Home / 2017 / Kwiecień


15 km na północ od Suwałk, nad jeziorem Szelment Wielki odnajdziemy nowoczesny kompleks, który zapewnia dostęp do wielu form aktywnej turystyki. Zimą Jesionowa Góra przyciąga miłośników jazdy na nartach czy desce snowboardowej. W maju kurtki i czapka nie są oczywiście potrzebne. Rusza bowiem sezon wyciągu na nartach wodnych.

 

Dzięki zainstalowaniu nowych przeszkód, poszukiwacze adrenaliny z pewnością będą zadowoleni. Jeśli woda to jednak nie nas żywioł, ma miejscu czekają na nas inne zajęcia. Rower? Czemu nie! Przejażdżka szlakiem Green Velo to sama przyjemność. Dużą dawkę emocji zapewni również park linowy, ściana wspinaczkowa czy możliwość rozegrania paintballowej potyczki. Do wyboru, do koloru. Jeśli wysiłek nie wchodzi w grę, zawsze można zatrzymać się na kiełbaskę i podziwiać piękno Suwalszczyzny.

Przewozy Regionalne i w tym roku zachęcają  do aktywnego spędzenia długiego weekendu. Dlatego też przygotowały specjalną ofertę dla rowerzystów. Nasz sprzęt przewieziemy jedynie za 7 zł. Kursy odbywają się z Białegostoku w kierunku Narwiańskiego i Biebrzańskiego Parku Narodowego.

 

Na obrzeża tego pierwszego dojedziemy w niecałe pół godziny. Wysiadając w Uhowie od razu możemy udać się na rowerową wycieczkę. Zajmie ona nawet cały dzień. Jest to więc propozycja dla wytrwałych.  Podróż do Osowca, gdzie to znajduje się siedziba Biebrzańskiego Parku Narodowego zajmuje z kolei godzinę. Na miejscu czeka już na nas 23 km ciekawej trasy. Po drodze kładki, wieże i platformy. Wszystkie szlaki edukacyjne są oznaczone odpowiednim kolorem. Dzięki licznym tablicom informacyjnym niczego nie przegapimy.

Ciekawą ofertę majówkową dla całych rodzin przygotowało Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie. Dzięki warsztatom z pewnością rozwiniemy swoje zdolności manualne. Wszystko pod czujnym okiem instruktorów.

 

Pierwszego dnia zajęć własnoręcznie będziemy mogli wykonać zabawki z łatwo dostępnych materiałów, bądź ozdobimy własny papierowy dom. Na dzień flagi czeka nas zadanie wykonania kotylionów w biało-czerwonych barwach. Gdy już się to uda udamy się na terenową grę ”Zagadkowy Skansen”. Na ostatni dzień majówki skorzystamy z okazji stworzenia tzw. makatki, czyli ozdobnej tkaniny na meble czy ściany. Po intensywnej pracy, każdy dzień skończy się ogniskiem w miłym towarzystwie.

Już 1 maja zostanie zainaugurowany sezon turystyczny na Szlaku Rękodzieła Ludowego. Piknik tradycyjnie odbędzie się miejscowości Czarna Wieś Kościelny. Impreza ma na celu promocję wyjątkowego, bo najstarszego szlaku etnograficznego w Polsce. Powstał on w 1994 r. z inicjatywy Muzeum Podlaskiego. Składają się na niego liczne pracownie, które kultywują dawne tradycje. Szlak przyciąga rocznie wiele tysięcy turystów.

 

Na pikniku zobaczymy dzieła mistrzów rzeźbiarstwa, garncarstwa czy zdobienia pisanek. Każdy chętny będzie mógł wziąć udział w warsztatach ceramicznych. Nauka toczenia na kole garncarskim wciągnie zapewne niejednego. Imprezie będą również towarzyszyć warsztaty kulinarne, a wszystko to w rytmie dobrej muzyki.

1 maja na Rynku Zygmunta Augusta w…Augustowie odbędzie się kolejna edycja Pikniku Kowalskiego, którego organizatorami jest Bractwo Bartne. To już trzecia jego odsłona imprezy i wygląda na to, że na stałe zapisała się do kalendarza miejskich wydarzeń.

 

Podczas imprezy zaprezentowane zostaną prace rzemieślników niegdyś cenionej, a dziś trochę zapomnianej profesji, jaką jest kowalstwo. Piknik ma na celu przybliżenie tajników pracy kowali szerszej publiczności oraz poznanie historii i pasji współczesnych rzemieślników. Podczas pikniku uczestnicy będą mieli okazję asystować w pracy jednemu z zespołów kowalskich lub własnoręcznie wybić monetę z historycznym herbem Augustowa.

Kilka dni temu media obiegła informacja o poważnym wypadku najbardziej utytułowanego polskiego żużlowca, Tomasza Golloba. Sportowiec nieszczęśliwie upadł podczas treningu do wyścigu motocrossowego. Wsparcie płynie nie tylko od fanów, ale również od wielu polskich artystów. Jednym z nich jest król disco polo Zenek Martyniuk. Wystawił on swój portret na aukcję. Całość funduszy zostanie przeznaczona na rehabilitację sportowca. To niezwykle szlachetny gest. Podobiznę stworzyła utalentowana mieszkanka Białegostoku. Biorąc pod uwagę, jak liczną grupą sympatyków cieszy się twórca hitu ”Przez twe oczy szalone” jest szansa, że uda się zebrać znaczną sumę. 

Źródło zdjęcia: Kadr z filmu: https://www.youtube.com/watch?v=k96jS1vurg4

Miał tam znajdować się tylko jeden pal, stanowiący fragment bramy po getcie. Okazało się, że pod ziemią spoczywa dużo większa konstrukcja. Remont na ulicy Czystej w Białymstoku przyniósł więc wielkie odkrycie. Konserwatorzy odetchnęli z ulgą. Gdyby nie ich wcześniejsze zabiegi, historyczne miejsce nie byłoby potraktowane na czas zmiany nawierzchni w tak delikatny sposób. Na euforię nie ma jednak miejsca. Pojawiły się pierwsze problemy.

 

Część bramy zlokalizowana jest bowiem na terenie wykupionym przez dewelopera. Jako, że będą tamtędy przejeżdżać auta ciężarowe, znalezisko będzie trzeba koniecznie przenieść. Wkrótce staną nowe bloki, do których trzeba przecież jakoś dojechać. Brama znajduje się zaś w newralgicznym punkcie. Na razie została ona przykryte piaskiem by nie niszczała od warunków pogodowych. Miejski konserwator zabytków zaproponował plac na sąsiedniej ulicy jako miejsce eksponowania historycznej bramy. Być może powstanie specjalna gablota upamiętniająca odkrycie. Kawałek konstrukcji trafi do Muzeum Historii Żydów Polskich.

 

”Z biegiem Kanału Augustowskiego” to już impreza kultowa. W najbliższą sobotę odbędzie się jej kolejna edycja. Wydarzenie ma na celu promocję aktywnego wypoczynku na terenie zabytkowego szlaku wodnego. Jeśli nie mamy ambicji aby stać się czynnym uczestnikiem, z pewnością nie będziemy się nudzić w roli obserwatora.

 

Zawodnicy mają do wyboru cztery formy pokonania trasy. Spływ kajakowy odbywa się na odcinku ze śluzy Gorczyca do śluzy Swoboda. Rajd rowerowy i pieszy rozgrywany jest zaś na odcinku Augustów – Studzieniczna. Na takiej samej trasie organizuje się wyścig konny. Rywalizacja odbywa się pod czujnym okiem instruktorów i pilotów. Wysiłek zakończony będzie tradycyjnie wielkim piknikiem. Każdy zawodnik otrzyma również pamiątkowe koszulki.

Jeśli ktoś ceni sobie aktywny wypoczynek, wobec tej propozycji nie może przejść obojętnie. Na Podlasiu nie brakuje urokliwych rzek, po których można podróżować kajakiem. Przyroda jaką napotkamy na drodze zachwyci nie jednego. Jednocześnie odpoczniemy od zgiełku miasta i spalimy zbędne kalorie. Od nas samych już zależy, jaką trasę wybierzemy. Na część z nich możemy również zabrać swoje pociechy.

 

Niektóre trasy liczą sobie Dlatego też podróże rozbite są na kilka dni. Nocowanie nad brzegiem jeziora to nie lada frajda. Niezwykle ciekawy jest szlak biegnący przez Dolinę Rospudy. Miejscami możemy mieć wrażenie, że jest to rzeka górska. Kamieniste dno, szybki nurt i powalone drzewa – to jej cechy charakterystyczne. Cała podróż może trwać nawet do pięciu dni, a jej łączna długość liczy łącznie około 105 km.

 

Mieszkańcy Białegostoku i okolic z pewnością wybiorą spływy na rzece Supraśl. Piękno Puszczy Knyszyńskiej pozwoli wypocząć zgodnie z naturą. Teren jest niezwykle zróżnicowany, co dodatkowo zwiększa jego atrakcyjność. Obszar poprzecinany strumykami i rzeczkami zaspokoi nasze potrzeby estetyczne.

 

 

Już 3 maja Pałacyk Gościnny Branickich w Białymstoku zostanie otwarty dla zwiedzających. Na własne oczy przekonamy się, w jakim przepychu żyła niegdyś rodzina hetmana. Po barokowych wnętrzach oprowadzą chętnych pracownicy Urzędu Miejskiego. Z pewnością usłyszymy nie jedną ciekawostkę. Zabytek zlokalizowany na ul. Jana Kilińskiego będzie dostępny dla zwiedzających od godz. 11 do 14. 

 

Pałacyk gościnny powstał w 1771 r. jako prezent hetmana dla swej żony Izabeli. Nocowało w nim wiele znanych osobistości,  w tym książę Paweł, późniejszy car Rosji. Po śmierci Izabeli, obiekt w całości przejął Aleksander I. Pod koniec lat 90. budynek, zarówno wewnątrz, jak i zewnątrz gruntownie odnowiono. Na podstawie źródeł historycznych odtworzono dawny wygląd pałacowych pomieszczeń. Obecnie mieści się tam Urząd Stanu Cywilnego.

Pokazy cyrkowe od dawna wzbudzały wielkie zainteresowanie, ale i kontrowersje. Chodzi to głównie o występy zwierząt, które według ich obrońców są wykorzystywane do granic wytrzymałości. Dziewiętnastowieczny cyrk stawiał jednak na inne atrakcje, głównie pokazy siłaczy.

 

W przedwojennym Białymstoku nie istniał stały budynek przeznaczony na występy. Wszelkie plany kończyły na panewce. Zespoły nie miały wyboru i musiały ustawiać namioty. Najczęściej wybieranym miejscem był plac przy skrzyżowaniu ulic Sienkiewicza i Nadrzecznej. Tam też zainstalował się słynny cyrk Braci Staniewskich. Pierwszy występ wypadł na 12 kwietnia 1882 r. Z powodu nagonki na wykorzystywanie zwierząt, zgromadzeni mogli obejrzeć tylko tresowane papugi. Słoni czy lwów więc nie przewidywano.

 

Na jedną osobę pasjonaci cyrku czekali z wielką niecierpliwością. Do miasta miał zawitać Zygmunt Brejbart, nazywany królem żelaza i biblijnym Samsonem. Jego objazd związany był  z rozpowszechnianiem przez niego idei syjonistycznej. Gdy tylko wyszedł z pociągu wszystkich ogarnął szał. Na rękach przeniesiono go do dorożki. W tle przygrywała orkiestra. Gościa przewieziono do Hotelu Ritz.

 

Dlaczego nazywano go królem żelaza? Mężczyzna obchodził się z nią jak z plasteliną. Wbijał gwoździe pięścią, przegryzał łańcuchy zębami czy wyginał metalowe pręty i układał je w formie kwiatów. Imponujące. Co więcej jeździli po nim nawet motocykliści. Z każdej sytuacji wychodził bez szwanku. Cały repertuar pokazywał w białostockim cyrku dwa razy dziennie. Tak było przez cały tydzień. W końcu dla niego takie wyczyny nie stanowiły żadnego wysiłku. Wielu umiejętności nie mógł jednak pokazać w obiekcie.

 

Nie zmieściłby się tam chociażby samochód ciężarowy. Tak! Z. Brejbart wytrzymywał nawet nacisk kilku ton. Zębami przeciągał zaś całe pociągowe wagony. Pod wrażeniem występów byli głównie panie. Wiele z nich mdlało na widok niecodziennych widoków. Mężczyźni byli z kolei mniej ufni. Ostatniego dnia pobytu doszło do zakładu. Grupka mężczyzn założyła się o 500 zł, że ten nie rozerwie przyniesionych przez nich łańcuchów. Siłacz zapowiedział, że jeśli mu się uda. pieniądze przeznaczy na cele dobroczynne. Tak też zrobił. Nie mogło się skończyć inaczej niż rozerwaniem żelastwa. Publiczność przez wiele minut oklaskiwała Z. Brejbarta za ten gest.

 

Jeśli chcemy poznać bliżej kulturę, tradycję i litewską kuchnię, nie można tego przegapić. 29 kwietnia przy Siedzibie Biebrzańskiego Parku Narodowego w Osowcu – Twierdzy, odbędą się targi „Smaki pogranicza”. Na tegoroczną edycję zaproszono ponad 90 wystawców.

 

Na miejscu zapoznamy się pracami artystów rękodzieła ludowego. Będziemy mogli podziwiać chociażby hafty, plecionki czy pisanki. Nie zabraknie również zdrowej żywności więc z pewnością nie powrócimy do domów z pustym żołądkiem.

 

Targi mają na celu przybliżyć kulturę gminy Puńsk, zamieszkałą przez litewską mniejszość, która przez cały czas zachowała swoją tożsamość. Dzięki temu zaprezentuje wszystkim swoje dziedzictwo. Z targami łączy się happening ”Wiosna nad Biebrzą”. Na zainteresowanych czekają warsztaty plastyczne o ptasiej tematyce, zabawy w plenerze, pokazy lutnictwa bądź też zajęcia garncarskie. Wszyscy uczestnicy otrzymają pamiątkowe podarunki.

 

Przedwczoraj miała miejsce rocznica tragicznych wydarzeń. Wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu zmienił w mgnieniu oka życie setek tysięcy mieszkańców Ukrainy. Chmura promieniotwórczego pyłu przemieściła się niemal po całej Europie. Radioaktywny opad spadł również na tereny Podlasia. Co więcej jego śladowe ilości wykrywane są do dzisiaj. W chwili wybuchu w Białymstoku nie istniały techniczne możliwości sprawdzenie poziomu skażenia w powietrzu. Stacja w Mikołajkach zanotowała zaś, że dwa dni po katastrofie promieniowanie było 550 tys. razy silniejsze niż zazwyczaj. Różnica jest kolosalna.

 

Panika wybuchła głównie wśród kobiet. Zwiększał ją brak rzetelnych informacji na temat katastrofy. Obawa przed urodzeniem niepełnosprawnego dziecka, skłoniła je do licznych aborcji. Był to ogólnoeuropejski trend. W całej Polsce, w tym zwłaszcza na Podlasiu wszystkim poniżej 17 roku życia podawano tzw. płyn Lugola. Zwiększał on zawartość jodu w organizmie do tego stopnia, że nie był on w stanie przyjąć kolejnych dawek radioaktywnych izotopów. Z perspektywy czasu uznano to za dobrą decyzję, choć nadal wiele osób zażycie płynu Lugola przez ”dzieci Czarnobyla” przypisuje do ich problemów z hormonem tarczycy. Nie ma na to jednak bezpośrednich dowodów.

 

Mimo ciągłego niebezpieczeństwa, Czarnobyl cieszy się niemałą popularnością wśród podlaskich miłośników mocnych wrażeń. Tak, to nie żart. Niektórzy bowiem od wylegiwania się na plaży, wolą jechać praktycznie w nieznane. Takie podróże nie są jednak organizowane przez lokalne biura podróży. W sieci nie brakuje firm z innych regionów oferujących nietypową ekspedycję. Z pewnością na miejscu spotkają zwierzęta, gdyż to właśnie one opanowały tamtejszą okolicę. Raczej się ich nie wystraszą. Między bajki należy włożyć niesmaczny dowcip, o tym, że w Czarnobylu jest jak w Disneylandzie. Z tym że dwumetrowa mysz jest prawdziwa. Choć natura rozkwita, nadal to niezwykle przytłaczające miejsce. 

Właśnie ukazała się bogato ilustrowana książka ”Bolek i Lolek zwiedzają Polskę”. Jej autorkami są Zuzanna Kiełbasińska i Anna Nowacka. Kultowi bohaterowie latającym dywanem przemierzają wzdłuż i wszerz kraj w poszukiwaniu zaginionego smoka wawelskiego.

 

Na Podlasiu oczywiście również nie mogło ich zabraknąć. Odwiedzili Puszczę Białowieską, Tatarów w Kruszynianach i Świętą Górę na Grabarce. Z pewnością na naszych terenach przeżyli niezapomniane przygody. Nie może być przecież inaczej. Doskonała pozycja czytelnicza nie tylko dla najmłodszych. Na majówkę, jak znalazł.

Może nie rozwijają zawrotnej prędkości, ale mają duszę. Kolej drezynowa w Puszczy Białowieskiej została uruchomiona w 2006 r. dzięki grupie pasjonatów. Po kilku latach uzyskali oni zgodę na organizację przejazdów turystycznych. Pojazdy napędzane siłą ludzkich mięśni przewożą wszystkich spragnionych wrażeń w głąb lasu. Przy odrobinie szczęścia spotkamy dzikie zwierzę. 

 

To zdecydowanie idealna propozycja na majówkę dla fanów przyrody. Najkrótsza trasa liczy 4, a najdłuższa 36 km. Przejazd tą drugą opcją w obie strony zajmuje ponad 7 godzin, więc potrzebna jest odrobina wytrwałości. Zwiedzimy chociażby owiane tajemnicą słynne miejsce mocy w Hajnówce. Największa drezyna pomieści do dwunastu osób. Rozwija prędkość 20 km/h, przez co wiatr nie popsuje nam fryzury. Radzimy wziąć koniecznie aparaty fotograficzne.

Jednym z najcenniejszych zbiorów Muzeum Północno-Mazowieckiego w siedzibą Łomży jest moneta pochodzą z okresu Cesarstwa Rzymskiego. Małe rzecz, a cieszy! Okaz, jak to zwykle bywa, został znaleziony przypadkiem. 

Jak nie trudno się domyśleć, skarb spoczywał w ziemi, aż pewnego razu jego spokój zakłócił rolnik, wykonujący prace orne. Na szczęście trafiło na uczciwego znalazcę. Monetę przekazał specjalistom, którzy niemal od razu przystąpili do badań. Srebrny pieniądz było trzeba ”prześwietlić” z każdej strony. Zadanie mieli ułatwione. Moneta zachowała się w dobrym stanie. Wybito ją za czasów panowania cesarza Lucjusza Werusa. Poważniejsze zabiegi konserwatorskie nie były konieczne.

Łomżyńska ziemia pełna jest jeszcze nieodkrytych skarbów. Przez miasto przebiegał niegdyś istotny szlak handlowy, stąd też pozostałości po transakcjach. Rzymianie na owe tereny zapuszczali się głównie po bursztyn i miód.

Na jednej scenie spotkali się znów Polacy, Białorusini, Litwini i Tatarzy. Wszystko to w ramach 10. Festiwalu Kultur organizowanym w gmachu Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku. W jubileuszowej edycji wzięło udział łącznie kilkanaście zespołów z naszego regionu. Impreza skierowana jest głównie do młodzieży w wieku szkolnym. Swoje programy prezentują więc zarówno uczniowie szkół podstawowych, jak i licealiści. 

 

Wszyscy uczestnicy mają szansę na zapoznanie się z innymi kulturami. Obcując z nimi od najmłodszych lat uczymy się choćby tolerancji. Do głębszego poznania kulturowych smaczków służą specjalne stoiska. Z bliska można obejrzeć narodowe stroje, jak i spróbować tradycyjnych potraw. Podlasie to jedyny region Polski z takim zróżnicowaniem etnicznym. Największą mniejszość stanowią Białorusini. 

Zdecydowanie najczęściej obieranym kierunkiem na podlaską majówkę są miejscowości położone przy Kanale Augustowskim.  Już 29 kwietnia rusza ”Piknik bez granic” organizowany przez Urząd Wojewódzki. Jako, że impreza zbiega się z rozpoczęciem sezonu bezwizowego, na przejściu Rudawka – Lesnaja, po polskiej i białoruskiej granicy na pewno nie zabraknie atrakcji. Wydarzenie promuje więc Kanał w kontekście międzynarodowym.

 

W ramach święta białoruskiej kuchni przy śluzie Dąbrówka, odbędzie się chociażby konkurs na największy placek ziemniaczany. Miłośnicy rywalizacji mogą stanąć do konkurencji w jedzeniu ich na czas. Tak więc z majówki nikt głodny nie wróci.

 

Na samym Kanale Augustowskim z kolei odbędą się zawody w turystycznym wieloboju rowerowym. Będziemy mogli podziwiać najlepszych zawodników regionu, w takich konkurencjach jak jazda figurowa czy trial. Jeśli spoglądanie na wysiłek fizyczny w czasie majówki to dla nas zbyt wiele, są oczywiście inne propozycje. Można pełnić rolę obserwatora, choćby na festiwalu tańców ludowych ,,Rozkwit w stylu etno”. Imprezie przyświeca głównie rozwój kultury tanecznej.

 

Należy pamiętać, że aby przekroczyć granicę z Białorusią, należy zabrać ze sobą ważny paszport. Usługi turystyczne należy wykupić zaś co najmniej dwa dni wcześniej.

Pierwszy szalet w Białymstoku powstał w latach 2o. ubiegłego wieku. Znajdował się on na terenie obecnego parku księcia Poniatowskiego przy teatrze. Nie była to zbyt wyszukana technologicznie konstrukcja. Ot po prostu zwykłe dziury w ziemi. Na szczęście panie i panowie mieli oddzielne jamy. O intymności można było zapomnieć. Drewniane parawany nic nie dawały. Istny raj dla podglądaczy…

Tak się dzieje zwłaszcza w okresie letnim, kiedy to spożywamy więcej ilości płynów. Tak też było w wakacje 1926 r. Pewien mężczyzna, niesiony zapewne hormonami, wdrapał się na szczyt konstrukcji szaletu i stamtąd obserwował sytuację. Liczni spacerowicze nie kryli swego oburzenia. Wielu z nich za pewne wpadło w szok. Mimo krzyków, podglądacz nie chciał szybko przerwać swego niecnego zachowania. W końcu jednak musiał kiedyś zejść. Gdy powrócił na ziemię stwierdził, że jest fachowcem,  którego marzeniem jest instalacja oświetlenia w szalecie. Musiał więc wpierw dokładnie zbadać miejsce.

Kobiety zamiast szaletu wolały coraz częściej udawać się w inne miejsca. Wybierano zarówno te ustronne, jak i nieco mniej. Nie obyło się bez skandali obyczajowych. Pewna pani postanowiła zaspokoić potrzebę przy synagodze znajdującej się na ulicy…Żydowskiej. Po rozeznaniu się w sytuacji przystąpiła do swych czynności. Wokół nikogo bowiem nie było. Nie spodziewała się, że ze świątyni za chwilę wyjdą wierni. Kobieta najadła się wstydu. Modlitewnicy raczej też nie mogli być zachwyceni.

Inna historia ze świątynią w tle rozgrywała się każdego dnia w cerkwi na Placu Wyzwolenia. Jako, że jej budowa stanęła miejsca, pełniła funkcję szaletu nie tylko dla dzieci. Profanacji starano się zapobiegać. Potrzeby fizjologiczne okazywały się jednak silniejsze niż drut kolczasty, którym to ogrodzono teren świątyni.

Sprawy z uryną w Białymstoku trafiały nawet na sądową wokandę. Przed II Wojną Światową rodzina żydowskich kupców stała się pośmiewiskiem okolicy. Ojciec z synem i ich żony mieszkali razem pod jednym dachem. Niestety między paniami wybuchł ostry konflikt. Jako, że każdy mężczyzna stara się pomagać ukochanej, nestor rodziny przygotował misterny plan. Niby na zgodę przygotował dla synowej śniadanie. Do herbaty dodał jednak coś od siebie i to dosłownie. Wściekła kobieta przysięgła zabić jego jego żonę. Groźbę słyszała cała okolica. Nestor rodziny za te słowa, pozwał synową do sądu. Ona odpłaciła mu się tym samym. W końcu nie co dzień dostaje się śniadanie z moczem.

Ile może trwać tworzenie rzeźby smoka? Mieszkańcowi Zambrowa zajęło to 4 lata. Monstrum powstało ze stali, a rozpiętość jego skrzydeł dochodzi do 4 metrów. Dzięki wysokości 2 m wzbudza nie lada respekt. Po prostu wow!

 

Mikołaj Tymiński spełnił swoje dziecięce marzenie. Już w wieku ośmiu lat stworzył pierwszy projekt ”Smoczysława”. Był to plastelinowy dinozaur o wielkości 17 cm. Do dziś trzyma go w pokoju jako pamiątkę z podstawówki. Z roku na rok ambicje jednak rosły. Musiało minąć 20 wiosen, aż mężczyzna odnalazł odpowiedni materiał.

 

Prace zostały przeprowadzone w garażu znajomego. Przy wsparciu rodziny i przyjaciół smok systematycznie rósł. Po ukończeniu dzieła ”Smoczysław” trafił na aukcję internetową. Zainteresowanie dziełem przekroczyło najśmielsze oczekiwania. Chętnych na posiadanie smoka nie odstraszyła cena – 35 tys.

Za każdymi ruinami kryje się historia. Nie inaczej jest z pozostałościami po żydowskiej mykwie w miejscowości Boćki nieopodal Siemiatycz. Patrząc na nie, z pewnością wpadniemy w długą zadumę.

 

O boćkowskiej mykwie nie wiele wiadomo. Nie zachowały się bowiem żadne dokumenty na jej temat. Zbudowany z kamienia polnego budynek pokryty był w całości czerwoną dachówką. Wyglądał niezwykle okazale. Po zakończeniu działań wojennych mieściła się tam kuźnia. Następnie popadł w zapomnienie. Z nieznanych przyczyn dach po prostu zniknął. Teraz mykwa bardziej straszy niż przyciąga. W chwili obecnej plac z budynkiem należy do prywatnego właściciela. Próbował on sprzedać teren, ale chętnych brakowało.

 

Warto na koniec wytłumaczyć czym w ogóle jest owa mykwa. Najprościej mówiąc określa się nią zbiornik z bieżąca wodą służący do rytualnego obmycia ciała oraz naczyń liturgicznych. W późniejszym okresie mykwą nazywano łaźnie.

W Białymstoku pojawi się nowe miejsce pamięci. Na Rynku Siennym, gdzie przed laty istniał cmentarz ewangelicki, powstanie nietypowa instalacja. Będzie to swego rodzaju artystyczna kaplica. Cztery prostokątne bryły z płaskorzeźbami mają przypominać mieszkańcom o byłej nekropolii.

 

Pod instalacją znajdzie się krypta ze szczątkami ekshumowanych pochówków. Na środku placu przecinać się będą dwie główne alejki układające się w znak krzyża. Autorem cyklu płaskorzeźb i koncepcji zaaranżowania placu przy Rynku Siennym jest znany artysta, Jarosław Perszko.

 

Na Rynku Siennym nie zabraknie też zieleni. Mają być posadzone liczny rośliny umilające czas spacerowiczom, którzy będą mogli odpocząć na licznych ławeczkach. Rozpoczęcie prac stało się możliwe dzięki zmianom w planach zagospodarowania przestrzennego. 

 

Cmentarz ewangelicki na terenie obecnego Rynku Siennego powstał na początku XVII. Działał przez blisko dwieście lat. Władze miasta nie potrafiły przez długi czas zdecydować o przyszłości nekropolii. Dopiero gdy lokalni producenci wyszli z inicjatywą przywrócenia tam handlu, ratusz postanowił działać. Wszystko ku zadowoleniu historyków i obrońców kultury dziedzictwa kulturowego.

 

Sam cmentarz skrywa swoje tajemnice. Wiele grobów kładziono warstwowo, więc nie sposób określić ich dokładnej liczby. Wstępne szacunki wskazują, że spoczywają tam szczątki nawet kilku tysięcy ewangelików – dawnych mieszkańców Białegostoku.

Źródło zdjęcia: http://www.bialystok.pl/

Okres międzywojenny. 70-letni, generał Stanisław Stelnicki powrócił po latach bitew do Białegostoku. Z Rosji przywiózł ze sobą młodą żonę, która mogłaby być jego córką. Marię, gdyż tak miała na imię, poznał na pruskim froncie, gdzie była sanitariuszką. 

Jako, że z racji sędziwego gen. Stelnicki nie mógł już prowadzić czynnej służby, musiał zadowolić się praca intendenta w szpitalu. W tej samej placówce obowiązki wykonywała jego żona. Minął rok zanim Maria zaczęła odczuwać zmęczenie rutyną. Zapragnęła więc poszerzyć krąg znajomych. Do domku na ul. Warszawskiej przychodzili głównie rosyjscy uchodźcy. Jednym z nich był Mikołaj Akimow, który szybko znalazł się w łaskach generała.

Bliższa znajomość z weteranem to był tylko pretekst aby częściej widywać Marię. Jako, że Mikołaj był gościem niemal codziennie, przyjaźń szybko zmieniła się w coś głębszego. Romans starali się ukryć jak najlepiej się dało. Konspiracja na nic się jednak zdała. W nowy rok doszło do makabrycznych zdarzeń. Generał Stelnicki wiedząc, że stracił ukochaną porwał się do szalonego czynu.

Po krótkiej rozprawie na temat uwodzenia żon, dwukrotnie postrzelił M. Akimowa, który wcześniej przyszedł złożyć mu życzenia. Padły dwa strzały prosto w serce. Generał nie oszczędził również Marii. W końcu sam odebrał sobie życie. Położył się na łóżku i wycelował we własną skroń. W pożegnalnym liście widniało tylko jedno zdanie:”wszystkie pozostałe rzeczy przeznaczam na pogrzeb mój i żony”.

Kataklizmy odwiedzają nasz kraj coraz częściej. Dynamiczne zmiany pogody, zwłaszcza w okresie letnim to obecnie norma. Media obiegają informacje o kolejnych lokalnych nawałnicach, które powodują liczne straty. To jednych z najbardziej niszczycielskich żywiołów należy trąba powietrzna. Jedna z nich z wielką siłą przeszła przez Białystok. Choć wydarzenia te miały miejsce w latach 80. z pewnością do dziś utkwiły w pamięci świadków.

Tornado uderzyło w Białystok 16 czerwca 1987 r. Pojawiło się nagle, jakby znikąd. Tego dnia nie przewidywano nawet małych opadów deszczu. W ciągu kilku minut przemierzyło obszar pięciu kilometrów. Ciemny lej niszczył wszystko na swej drodze. W powietrzu latały nie tylko działkowe altany, ale i całe dachy domostw, a nawet samochodowy ciężarowe. Wielotonowe auta stanowiły dla trąby małe zabawki, drzewa zaś były kruchymi zapałkami. Załoga samolotu ruszającego z Krywlan minęła się z lejem o włos. Inny nie mieli takiego szczęścia. Żywioł uniósł chociażby budkę z portierem w środku. Rodziny traciły cały dobytek w mgnieniu oka. 

Tornada na terenie miast to zjawisko niezwykle rzadkie. Mimo wielu lat badań nadal stanowią zagadkę, dlatego nigdy do końca nie wiadomo, gdzie i kiedy się pojawią. 

Był rok 1958. Wszyscy wstrzymali oddech. W końcu się udało. Budowa pierwszego w Białymstoku drapacza chmur została zakończona. Miasto zyskało nową wizytówkę – a przynajmniej tak chciano myśleć.  Stanęła ona w połowie białostockiej trasy WZ. Obecnie jest to skrzyżowanie ul. Sienkiewicza i al. Józefa Piłsudskiego. Budynek liczył w sumie dziewięć kondygnacji. Na poddaszu znajdowały się pralnie. Władze chciały aby budynek podziwiało jak najwięcej osób. Trasa z zachodu na wschód nie były jednak często uczęszczana. Widywano na niej głównie…furmanki.

 

Największą atrakcją wieżowca była pierwsza w powojennym Białymstoku winda. Wcześniej istniała ona jedynie w słynnym Hotelu Ritz. Aby się nią przejechać ludzie ustawiali się w kolejkach. Niektórzy nawet dorabiali sobie klucze, co raczej lokatorom nie mogło się podobać. Winda jednak nie działała od razu od dnia otwarcia wieżowca. Pierwsi mieszkańcy musieli sobie radzić bez niej. Regały byli zmuszeni nosić po schodach.

 

Nikt jednak nie narzekał. Wkrótce jednak na drugim piętrze zamieszkał konserwator, który uruchamiał windę na specjalne życzenie. On też jako jedyny w bloku miał telewizor. Stąd też kolejki na korytarzu w dniu transmisji pogrzebu J. Keneddy’ego. Mężczyzna wystawił odbiornik przed drzwi aby każdy zaspokoił swą ciekawość świata.

 

Z biegiem lat winda zaczęła się psuć. Co prawda istniał przycisk alarmowy, ale każdy był przekonany, że to tylko prowizorka. Dlatego też dzieci miały zakaz korzystania z dźwigu. Również młode matki z wózkiem wolały wnosić sprzęt po schodach, niż ryzykować utknięcie. Windę używano głównie do transportu opału. Zjeżdżała ona bowiem do piwnicy. Gdy się popsuła wiadro z węglem trzeba było nieść z powrotem na górę. Niektórzy bali się schodzić do ”podziemi” ze względu na szczury.

 

Na parterze znajdowała się część handlowa. Do historii przejdzie neonowy szyld z nazwą sklepu ”Mandarynka”. Amatorzy wina oczywiście najchętniej spożywali je na klatce schodowej. Dla nich też wkrótce ulokowano specjalne ławeczki. Jakaż wygoda! Jako że część sprzedawców mieszkała w wieżowcu, winda często z ich powodu nie była dostępna nawet na kilka godzin. Wykorzystywano bowiem ją do transportu skrzynek z towarem. 

 

Różowo-szara elewacja wieżowca szybko zbrzydła Białostoczanom. Po okresie zauroczenia przyszła obojętność. Obecnie pozostało tylko kilka osób, które mieszkają tam od początku powstania wieżowca. Nowi lokatorzy natomiast nie mają pojęcia, że ich nowe lokum ma taką bogatą historię. Wieżowiec już nie straszy przechodniów. Warto jednak na chwilę się przy nim zatrzymać i pomyśleć o dumie jaką niegdyś przynosił. 

 

Jeśli macie problem ze zdrowiem, a farmaceutyki przepisane przez lekarze nie pomagają, warto skorzystać z dobrodziejstw natury. Zioła rozwiążą sprawę. Album o roślinach o właściwościach zdrowotnych wydawało właśnie Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu. Patron obiektu stworzył pierwszy podręcznik botaniki. On też zasłynął z pionierskiego opisu komórkowej budowy roślin. Terminologia wypracowano przez ks. Kluka przetrwała do dnia dzisiejszego.

 

Album stanowi nawiązanie do ogrodu roślin leczniczych, który działa na terenie muzeum od lat 80. Tam też możemy zgłębić tajniki ziołolecznictwa. Książkę podzielono na kilka działów, dzięki którym łatwo odnajdziemy ziołowy specyfik na konkretną dolegliwość. Ból zębów, gorączka czy katar już nigdy nie będą nam dokuczać. Obok opisów odnajdziemy też liczne przepisy na syropy czy przetwory. Dowiemy się też, jakie dobroczynne rośliny znajdziemy w przydomowym ogrodzie. Przewodnik po ziołolecznictwie to doskonała propozycja dla tych, który medycyna tradycyjna zawiodła.

 

Nietypowe zawody odbyły się w ostatnia sobotę w Białymstoku, ale i nie tylko. Impreza równoległe była rozgrywana w kilkunastu polskich miastach i za granicą. Międzynarodowe Wyścigi Wózków w chodzie, zgromadziły wielu amatorów niecodziennej rywalizacji. Zwycięzcą zostaje ten, który na dystansie stu kroków okaże się najszybszy. Dla bezpieczeństwa pociech wprowadzono oczywiście zakaz biegu.

 

Wiadomo, w dobie popularności filmów z serii ”Szybcy i wściekli” rodzice mogliby wpaść na różne pomysły. Rywalizowano w sumie w trzech kategoriach. Najpierw swoje możliwości pokazały mamy, potem ojcowie, a na końcu rodziny łączyli siły. Rozgrywki przeprowadzono w systemie pucharowym. Tak naprawdę wyniki nie były tego dnia czymś ważnym. Impreza ma promować aktywność ruchową na świeżym powietrzu.

Jeszcze tylko 2 dni mają mieszkańcy Suwałk na głosowanie dotyczące nazwy nowej hali widowiskowo-sportowej. Choć jeszcze do jej budowy droga daleka, do uruchomienia inwestycji nazwa jest niezbędna. Firma przeprowadzająca inwestycję wkomponuje ją bowiem w elewację obiektu.

 

Do wyboru Suwalczanie mają aż 153 propozycji. Biała Twierdza, Sękacz Arena czy Gwiazda Północy to tylko kilka z nich. Trzeba przyznać, że mieszkańcy wykazali się niemałą pomysłowością. Oddać swój głos można tylko przez internet. Na pomysłodawcę zwycięskiej nazwy czeka nagroda pieniężna w wysokości tysiąca złotych. Więcej informacji znajdziecie w linku poniżej.

Głosowanie na nazwę hali

 

Niezwykła gra świateł w strumieniach wody znów porusza naszą wyobraźnię. Kolorowa fontanna w Alei Zakochanych Parku Planty obudziła się z zimowego snu. Mimo niesprzyjającej aury już przyciąga licznych przechodniów, a to dopiero początek. Zafascynowane są nie tylko dzieci. Wodne kurtyny dzięki blisko czterdziestu lampom przenoszą wszystkich na chwilę do innego świata.

 

Warto więc przysiąść, na chwilę się zapomnieć i zaspokoić zmysły. Kolorowa fontanna będzie cieszyła nasz wzrok do końca października. Oficjalne otwarcie sezonu na wodne pokazy odbędzie się już w majówkę. Władze Białegostoku tradycyjnie uruchomili fontannę trochę wcześniej ze względu na wzmożony ruch turystyczny. Kolorowe występy wodnego teatru będziemy mogli podziwiać w każdy weekend, święta i dni wolne od pracy. Z kolei w dni powszednie fontanna będzie działała w trybie oszczędnym. 

 

Autor zdjęcia: Paweł Targoński

Na terenie Wigierskiego Parku Narodowego odbywa się maraton o dosyć nietypowej nazwie – Pościg za bobrem. Spokojnie. Żadne zwierzęta nie są zmuszane do wysiłku. Być może bardziej pełnią rolę obserwatorów. Biegacze mają do pokonania odcinek o długości 13 km. Wiedzie on drogami szutrowymi i leśnymi ścieżkami. Bóbr znajduje się w logotypie Wigierskiego Parku Narodowego stąd też pomysł na nazwę imprezy.

 

Jako, że większość uczestników maratonu biega na co dzień w mieście, zwykle są zachwyceni walorami przyrodniczymi trasy. Należy jednak zachować ostrożność i patrzeć czasem pod nogi. Pokonywanie życiówek w tym maratonie schodzi na drugi plan. Organizatorzy pragną, aby przybyli z całego kraju biegacze mogli na własne oczy przekonać się o wyjątkowości Suwalszczyzny. Wąskie i kręte ścieżki nad jeziorem Wigry czy długie kładki na bagnach z pewnością wywierają duże wrażenie.

 

Spotkać tego ptaka to nie lada zaszczyt. Mieszka w podmokłych lasach unikając człowieka jak ognia. Bocian czarny, bo o nim tu mowa jest niczym biały kruk. Wyjątkowy w każdym calu. Potocznie nazywa się go hajstrą. Podlasie to jeden z nielicznych terenów gdzie można na niego wpaść.

 

Podczas gdy zwykłe białe boćki cieszą się uznaniem, stanowiąc symbol szczęścia, to bocian czarny nie kojarzył się dawniej dobrze. Wszystko przez jego ubarwienie piór, uznawane jako dosyć żałobne. Uważa się je jako pustelników, chociaż w chwili odlotu widywano stada liczące nawet do 100 bocianów czarnych.

 

Tak, jak biali kuzyni, wędrują do Afryki. Wiele z nich jednak nie dolatuje na miejsce. Ptaki wracają do nas w okolicach kwietnia. Zwykle posiadają nawet kilka gniazd. Dlatego też niektóre z nich pozostają puste nawet na kilka lat. 

 

Utarła się opinia, że nigdy nie można spotkać bociana czarnego przy białym krewniaku. To mit. Żerować mogą obok siebie, lecz raczej się nie dogadają. Bocian czarny nie klekoce, a porozumiewa się tylko i wyłącznie gestami. Ptaki te nadal skrywają tajemnice. 

Mało kto z mieszkańców Białegostoku wie, że w połowie drogi między ratuszem a fontanną na Rynku Kościuszki, istniał kiedyś pomnik św. Floriana. Powstał on po wielkim pożarze miasta w 1752 r. a ufundował go Jak Klemens Branicki. Rzeźba była wykonana z drewna a stała na marmurowym postumencie. Zniknęła z krajobrazu w połowie XIX w. Przegrała walka z pogodą.

 

Projekt przywrócenia pomnika zgłosiło Towarzystwo Miłośników Sztuki Kresów i Dziejów Ojczystych. Wszystko to w ramach budżetu obywatelskiego 2017. Niestety propozycja nie zdobyła uznania mieszkańców, zdobywając kilkaset głosów. Być może zdecydowała zbyt mała znajomość tematu. Powrót figury patrona strażaków z pewnością przywróciłby historyczny charakter Rynku.

Na Podlasiu tradycją stało się obchodzenie świąt związanych z lokalnymi dominującymi uprawami. W Mońkach mamy dzień ziemniaka, w Korycinie święto truskawki, w Szepietowie zaś obchodzi się dzień kukurydzy. Rolnicy wykorzystują ją głównie jako paszę dla zwierząt. Stawiają na nią gdyż brakuje większych areałów ziemi.

 

W czasie imprezy rolnicy na specjalnym poletku mogą zobaczyć efekt prac badawczych nad nowymi odmianami kukurydzy. Niekiedy kolekcja rynkowych nowości liczy nawet kilkaset sztuk. Każdy może skorzystać z fachowej wiedzy na temat upraw. Pracownicy Podlaskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Szepietowie pomogą chociażby wyborze odpowiedniej odmiany kukurydzy.

 

Dzień kukurydzy to również pokaz nowoczesnego sprzętu przeznaczonego do zbierania tych roślin. Dziesiątki producentów przedstawia zdobycze techniki, zachęcając do zakup rolniczych cacuszek. Impreza kończy się zazwyczaj konkursem orki, która ma głównie na celu popularyzację prawidłowej techniki. Orka to bowiem prawdziwa sztuka.

Zgubić się w gęstym lesie to straszna sprawa, urzeczywistnienie koszmaru nie jednego z nas. Na pewno nie grozi to nam na terenie Nadleśnictwa Głęboki Bród na Suwalszczyźnie. Przygotowano bowiem specjalną aplikację na smartfona, które wykorzystuje lokalizację GPS.

 

Na cyfrowej mapie odnajdziemy kilkadziesiąt wartych zainteresowania punktów i stale ich przybywa. Gdy już dotrzemy na miejsce, możemy posłuchać przez telefon opowiadanych gwarą historii starych mieszkańców. Dzięki programowi poznamy dokładnie leśne ścieżki. Natrafimy bez trudu chociażby na najstarszą sosnę w Puszczy Augustowskiej. 

 

Na mapę da się również nanosić własne informacje. Możemy zaznaczyć przykładowo miejsce pozostawienia auta. Niezwykle przydatne, prawda? Aplikacja nie ma więc ograniczeń, zapewniając bezpieczne i zarazem ciekawe wędrówki. Bezpłatny przewodnik multimedialny ściągniemy ze strony nadleśnictwa.

W Stanach Zjednoczonych niedawno rozpoczęła się emisja nowej odsłony kultowego serialu ”Prison Break. Skazany na śmierć”. Opowiada on o losach braci, dla których, jak się później okazało, nie ma sytuacji bez wyjścia. Kilkakrotnie uciekali z najpilniej strzeżonych wiezień. Oglądając pierwszy odcinek przypomniała mi się historia nijakiego Władka Szejdy. W latach 30. przyprawił on o zawrót głowy nie jednego białostockiego ( i nie tylko) strażnika.

Co prawda, Władek nie miał wytatuowanego planu więzienia na ciele, nawiązując do serialowego bohatera, ale jego pomysłowość była na zbliżonym poziomie. Co więcej, wiele razy nie musiał się zbytnio wysilać. Na początku 1935 r. trafił do aresztu mieszczącego się na ul. Artyleryjskiej w Białymstoku. Obiekt stanowił największe skupisko lokalnych rzezimieszków. Lądowali tam amatorzy nielegalnej produkcji alkoholu czy też zwykli awanturnicy.

Odsiadka pięcioletniego wyroku za ograbienie kina Świat znudziła się Władkowi Szejdzie po dziesięciu dniach. Sprawę miał ułatwioną ze względu na, delikatnie mówiąc, mało ogarniętą straż. Nie minęło kilkadziesiąt godzin, aż mężczyzna sam powrócił na komisariat. Powiedział mundurowym, że wyszedł tylko poszukać cieplejszych ubrań. W celi panował bowiem niewyobrażalny chłód.

Tym razem Władka umieszczono w tzw. szarym domu, czyli więzieniu na ul. Baranowickiej.  Obiekt ” na szosie” był o wiele pilniej strzeżony niż poprzedni areszt miejski. Dla niego nie stanowiło to żadnej przeszkody. Jako, że posiadał zdolności manualne poprosił o pracę w warsztacie. Gdy kompani kończyli już pracę, regularnie tworzył kilka wytrychów dzięki narzędziom ślusarskim.

Po kilku dniach mógł już otworzyć każde drzwi. W warsztacie zaopatrzył się również w liny, a więc zgromadził swego rodzaju ”uciekinier starter-pack”. Akcja powiodła się. Po niespełna trzech tygodniach na wolności, Władka zatrzymano na Litwie. Stamtą postanowiono przenieść go do łomżyńskiego ”czerwonaka”. Ceglana twierdza miała na dobre powstrzymać wolnościowe zapędy złodzieja.

Los chciał, że kolegą z celi Władka został inny znany uciekinier, Antonii Niedźwiecki. Nie trudno przewidzieć, jak mogło to się skończyć.  Na osłabianiu więziennych okiennych krat spędzili kilka miesięcy. Z nici ukradzionych w warsztacie utkali sznur o łącznej długości 10 m. Pozostało im czekać na odpowiednią okazję. Taka nadeszła lipcową nocą 1938 r. Nad miastem szalała potężna burza.

Ubrani w samą bieliznę, dzięki linie dotarli z drugiego piętra na dziedziniec. Na zewnątrz nie było ani jednego strażnika. Dlatego też zuchwali złodzieje zabrali z budki wartowniczej pozostawione przez funkcjonariuszy płaszcze. O ucieczce władze więzienne dowiedziały się dopiero rany. O zajściu powiadomił ich trzeci towarzysz z celi. Jemu z kolei ucieczka była całkowicie nieopłacalna. Do odsiadki zostały mu bowiem kilka tygodni.

Władek i Antonii skierowali się do Białegostoku. Tym razem spryt ich zawiódł. Policja była pewna, że białostocki złodziej schroni się u swej matki.  Tak też się stało. Gdy przestępcy zorientowali się o odkryciu kryjówki, uciekli na strych. Gonitwa po dachu trwała ponad pół godziny. Rzezimieszków schwytano. Już nigdy nie udało im się powtórzyć spektakularnej ucieczki.

Rowerowy plac zabaw? Jeśli lubisz jazdę z przeszkodami, to propozycja dla Ciebie. Najdłuższy w Polsce tzw. pumptrack istnieje w podlaskim Kolnie. Koszt jego powstanie szacuje się na ponad 150 tys. zł. Z placu mogą korzystać wszyscy zakręceni na punkcie ewolucji na rowerach, deskorolkach czy rolkach.

 

Co więcej, cały tor da się przejechać bez pedałowania. Zadbano bowiem o takie rozmieszczenie garbów, wyprofilowanych zakrętów, aby utrzymać wysoką prędkość. Wszystkie przeszkody składają się na zamkniętą pętlę, po której można śmiało jeździć w obu kierunkach.

 

Pumptrack w Kolnie jest rekordowy. Dzięki 190 m. długości cieszy się statusem najdłuższego w Polsce. Prawdziwy powód do dumy! W kraju mamy łącznie jedynie trzy obiektu takiego typu. Przydałyby się kolejne. Fanów adrenaliny na kółkach na Podlasiu nie brakuje.

”Nazywam się, proszę Państwa, Hanka Bielicka. Pochodzę z miasta Łomży, urodzona tamże w roku tysiąc dziewięćset…” – tak zaczynała Hanka Bielicka piosenkę ”My z Łomży”.  Naprawdę artystka urodziła się na terenach dzisiejszej Ukrainy, gdzie jej rodziców ewakuowano podczas I wojny światowej. Z Łomżą była jednak związana od zawsze i do końca.

 

Ojciec Hanki był nie tylko założycielem Banku dla Przemysłu i Handlu, ale także działaczem niepodległościowym, posłem na Sejm i zasłużonym społecznikiem. Jego słynna córka ukończyła w Łomży gimnazjum, a potem, jeszcze przed wybuchem wojny – romanistykę oraz Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej w Warszawie.

 

Zadebiutowała na deskach teatru w Wilnie, choć, jak sama przyznawała, jej pierwsze występy miały miejsce w łomżyńskim Klubie Wioślarskim. Po wojnie związała się ze stołecznym teatrem Syrena. Znana była z temperamentu i umiłowania do kapeluszy z szerokim rondem. Serce publiczności podbiła w ”Podwieczorkach przy mikrofonie” jako Dziunia Pietrusińska.

 

Ujmowała humorem i dystansem do własnej osoby i to mimo podeszłego wieku. Dowodem jej ostatni występ telewizyjny w programie Szymona Majewskiego. Powiedziała wówczas: „Dzisiejszy wieczór będzie pod nazwą: Bawcie się dzieci, nim babcia odleci”. Było to na kilka dni przed jej śmiercią. Pomnik na ulicy Farnej jest dowodem, że łomżanie kochają swą krajankę. Bo i jakże nie kochać osoby, która śpiewała: „Bo my z Łomży, a Łomża jest perłą wśród miast, najpiękniejszą gwiazdeczką wśród gwiazd”.

Na pograniczu polsko – litewskim powstały wyjątkowe trasy. Przeznaczone są one dla…człapaczy. Tak, to żaden żart. Pomysłodawcami tras są starsi mieszkańcy Sejn, którzy zachęcają wszystkich aby nieco zwolnić i to dosłownie. Aby dostrzec otaczające piękno należy bowiem czasem przystopować. Diabeł przecież tkwi w szczegółach. Biegnąc niczym sprinter nie zauważymy uroczej wiewiórki czy pogodnego rzadkiego ptaka.

 

Trasy dla człapaczy nie są zbyt długie. Maksymalna ma 12 km długości. Na pierwsze spotkanie nowej grupy zaproszono licznych gości w tym byłą już pierwszą damę, Annę Komorowską. Przed wyjściem w trasę odbyły się specjalne wykłady. Człapacze z Sejn chcieli pokazać przyjezdnym, w jaki sposób wyznaczyć ścieżki dla seniorów. Pomysłem chcą bowiem zarazić cały kraj. Czy im się uda spełnić to marzenie?

Jeśli ktoś pasjonuje się w budownictwie sakralnym, to z pewnością idealna propozycja dla niego. Transgraniczny Szlak Dominikański obejmuje najcenniejsze obiekty kultury sakralnej zbudowane przez zakon Dominikanów na trasie od Choroszczy do Aglony na Łotwie. Jest więc co zwiedzać przez wiele kilometrów. Dominikanie swą działalnością duszpasterską, oświatową i gospodarczą wywarli znaczący wpływ na rozwój społeczności lokalnych polsko-litewskiego pogranicza.

 

Pierwsi misjonarze dominikańscy w latach 40. XIII w. objęli swą działalnością ziemie Jaćwingów. W połowie XV w. powstał pierwszy klasztor w Wilnie. W XVII w. na terenie obecnego województwa podlaskiego powstały kolejno klasztory: w Sejnach, Krasnymborze, Różanymstoku i Choroszczy. Już wkrótce weźmiemy je na warsztat. Śledźcie Nas!

 

Korycin kontra reszta świata. Brzmi groźnie, lecz prawda jest zgoła odmienna, wręcz słodka. Jako, że miasteczko stanowi truskawkowe zagłębie co roku odbywa się wielka bitwa na owoce. W ciągu jej trwania zużywa się ponad pół tony truskawek. To one również pozwolą przełknąć gorycz porażki. Walka ma również wymiar protestu. Niskie ceny w żaden nie przekładają się bowiem na ogromną pracę właścicieli upraw.

 

Walka na owoce to tylko jedna z atrakcji Ogólnopolskich Dni Truskawki. Boisko przeznaczone specjalnie do tego celu może pomieścić 150 zawodników. Każdy dostaje koszulkę, spodenki i okulary ochronne. Już po kilku minutach wyłożony folią plac pokrywa się pachnącym owocowym sokiem, po którym ślizgają się zawodnicy. Co prawda korycińska bitwa nie jest tak sławna, jak hiszpańska na pomidory, ale kto wie…może kiedyś.

Słowo czempionka w świecie zwierząt kojarzy się nam raczej z wystawą koni. Mieszkańcy Szepietowa wolą jednak wybierać najpiękniejszą…krowę. Co roku w ostatni weekend czerwca, organizuje się tam Regionalną Wystawę Zwierząt Hodowlanych.

 

Do małego miasteczka przybywają hodowcy nawet z zagranicy aby pochwalić się swymi okazami. Krowy niczym modelki są odpowiednio wystylizowane. Niektórzy uczestniczą w konkursie od samego początku, niejednokrotnie dominując zawody. Każdego roku jury staje przed trudnym wyborem. Poziom piękności jest bowiem niezwykle wyrównany. O zwycięstwie zazwyczaj decydują detale. Każda edycja imprezy pokazuje, że Podlasie stanowi mleczarską potęgę. Wydarzenie od lat niezmiennie organizuje Regionalny Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Szepietowie. W tym roku czeka nas już 24-ta edycja.

Rajgród jest niewielkim miasteczkiem położonym w powiecie grajewskim. Jego najstarsza część to góra zamkowa. W czasach średniowiecza gród obronny założyli tam Jaćwingowie. Nazywano go rajem, ale z biblijnym znaczeniem tego słowa nie ma żadnego związku. Chodzi tu o tereny podmokle i niedostępne, określane w języku litewskim jako raistas. Gród strzegł szlaku handlowego z Mazowsza, ale i był przyczółkiem, z którego Jaćwingowie nękali pograniczne tereny polskie i litewskie.

 

Już sama nazwa góry wskazuje, że stał tam niegdyś zamek. Niestety próżno go szukać. Jego budowa zapoczątkowana przez Kazimierza Wielkiego została przerwana przez napad krzyżaków. Było to w XIV w. Archeolodzy stwierdzili natomiast, że po 1571 roku, gdy miasto stało się siedzibą starostwa grodowego, w zachodniej części grodziska postawiono obronny dwór starosty. Funkcjonował on  do czasu potopu szwedzkiego,

 

Z Góry Zamkowej rozpościera się widok na jezioro Rajgrodzkie. Przypominając park stanowi doskonałe miejsce na rodzinny wypad. Na zboczu odnajdziemy z kolei amfiteatr, zaś u podnóża miejską plażę.

Jak dobrze wiemy regionalnego portu lotniczego w Białymstoku nie będzie i na razie nic nie zwiastuje zmiany tej sytuacji. Poczekamy więc na widok przelatujących nad naszymi głowami aeroplanów. Walka o port zaczęła już przed II Wojną Światową.

 

Pierwszą decyzję o budowanie lotniska podjęto w 1926 r. Specjalna komisja uznała, że najlepszą lokalizacją będą łąki podbiałostockich Krywlan. Jednocześnie ruszyła machina informacyjna. Przy tworzeniu obiektu zajęcie miało znaleźć nawet tysiące bezrobotnych. W miesięczniku ”Wiadomości lotnicze” ukazała się zaś informacja, że wielkie otwarcie nastąpi w 1930 r. Białystok miał służyć jako miejsce do tankowania paliwa dla samolotów na trasie Ryga – Wilno – Warszawa.

 

Plany musiały być jednak skorygowane ze względu na globalny kryzys ekonomiczny. Inwestycja miała ruszyć ostatecznie w 1932 r. Rozpoczęto zbiórkę pieniężną wśród mieszkańców. Z pomocą ruszył znany biznesmen Mikołaj Kawelin. Na potrzeby budowy hangaru ofiarował on drewno ze swego tartaku. Wkrótce powołano do życia koło szybowcowe i klub spadochroniarzy. Nadeszła jednak wojna. Na Krywlanach działali wpierw sowieci, potem hitlerowcy. Ci ostatni zbudowali całą lotniczą infrastrukturę, którą przy wycofywaniu się z miasta zniszczyli.

 

Marzenie Białostoczan ziściło się w już tuż po zakończeniu wojny. Na otwarcie Polskich Linii Lotniczych Lot w Białymstoku przybyło wiele zacnych osobistości. Na pokładzie samolotów odbywać się jednak miały głównie podróże służbowe. Bilety można było kupić na poczcie. Kursy do Warszawy odbywały się codziennie po południu. Podróż trwała niecałą godzinę. Szczęście nie trwało długo. Wkrótce loty zawieszono. Mieszkańcy Białegostoku czekają już grubo ponad pół wieku na nowe lotnisko. Muszą uzbroić się jednak w cierpliwość. Na razie port to tylko sfera fantazji.

Na dziedzińcu byłej siedziby Urzędu Bezpieczeństwa w Bielsku Podlaskim zostały wznowione prace archeologów z IPN. Potrwają one przez okres trzech tygodni. Naukowcy nadal poszukują szczątek ofiar bojowników o polską wolność. Celem jest ustalenie personaliów wszystkich poległych. Pierwsze wykopaliska miały miejsce we wrześniu 2016 r. Odnaleziono wówczas szczątki sześciu osób.

Urząd Bezpieczeństwa działał w Bielsku w budynku po byłym klasztorze. W latach 1944-1956 torturowano tam i zabijano działaczy podziemia niepodległościowego. Nazwisk katów wciąż nie znamy. Odpowiednich dokumentów bowiem nadal brakuje. Śledztwo trwa nadal.

Klasztor kamedułów to prawdziwa wizytówka Wigier. Mimo, że przez lata stopniowo niszczał, nadal był niezwykle chętnie odwiedzany przez turystów. Na szczęście w końcu ruszył długo oczekiwany remont. Prace potrwają do czerwca 2018 r. Koszty szacowane są na blisko 18 mln zł.

 

Remontem zostaną objęte dwa największe obiekty. Chodzi to o tzw. Dom Królewski i Kaplicę Kanclerską. W tej ostatniej przebywał papież Jan Paweł II w czasie swej pielgrzymki w 1999 r. Oprócz okien czy drzwi konieczna będzie wymiana wszelkich instalacji – elektrycznych i sanitarnej. Fundamenty mają zostać ocieplone i są solidnie wzmocnione. Budynki wkroczą w końcu w XXI w. Powstaną bowiem ułatwienia dla osób niepełnosprawnych. Remont stał się możliwy dzięki datkom miejscowej parafii. Budżet na ten cel zasiliły również opłaty parkingowe i płatne wejściówki do niektórych pomieszczeń. Właściciele obiektu ubiegają się dodatkowo o fundusze na odbudowę klasztornych murów.

Aukcja na serwisie internetowym, jakich wiele. ”Stara plomba” – taki przedmiot wystawił na niej mieszkaniec Mielnika. Towar został zakupiony przez użytkownika z Gdańska za kwotę 150 zł.  Okazało się jednak, że owa plomba to bezcenny zabytek archeologiczny, mianowicie fragment bulli papieża Marcina V. Pochodziła więc z XV w. Bullą określano metalowe płytki służące do odciskania pieczęci. Z biegiem czasu bullą nazywano wszelkie dokumenty ze stolicy apostolskiej.

 

Do akcji wkroczyła podlaska policja. Funkcjonariusze od razu byli przekonani, że przedmiot pochodził z niekoniecznie  legalnego źródła. Dzięki współpracy z nadmorską komendą, udało się ustalić nową właścicielką skarbu. Okazała się nią 38 -letnia kobieta, która jako medalik ofiarowała bullę dla członka rodziny. Badania wykazały ślady ziemi na przedmiocie. Dlatego też w świetle naszego prawa stanowi własność Skarbu Państwa. Okaz przekazano do Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Gdańsku.

 

Wiek pochodzenia bulli pokrywa się z początkiem parafii w Mielniku. Przypuszcza się, że papież mógł opatrzyć pieczęcią chociażby przywilej na odpusty. Mimo, że papież Marcin V wysłał wiele dokumentów do naszego kraju, odnaleziono tylko jeden, mianowicie w Ostrowie Tumskim. Teraz do ubogiej kolekcji dołączyła bulla z Mielnika.

 

Podlasie doczeka się kolejnej atrakcji turystycznej. Władze Suwalskiego Parku Krajobrazowego mają w planach utworzenie ośrodka edukacji ekologicznej. Gdzie dokładnie? Na lokalizację wybrano ruiny młyna w Malesowiźnie – Turtulu.

 

Przyszły obiekt stanie więc przy rzecze Czarna Hańcza. Co w nim zobaczymy? Jako, że swój niepowtarzalny krajobraz Suwalszczyzna zawdzięcza zlodowaceniom, na pewno odwiedzający ujrzą ekspozycję na ten temat. Nie zabraknąć może też wystaw na temat zamieszkałym tam przed laty Jaćwingów. Ważne miejsce ma zajmować też kultura staroobrzędowców. Fundusze na budowę ośrodka pochodzić mają z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego.

 

Współczesny Białystok zdecydowanie zalicza się do jednych z najbardziej czystych miast. Nie zawsze tak jednak było. Problem przedwojennych mieszkańców był głównie nieprzyjemny zapach. Jego źródeł było kilka i zwykle wiązał się z działaniami przemysłowymi.

Niegdyś w miejscu zburzonego niedawno dworca PKS istniała fabryka sukna. Aby usuwać nieczystości, jej właściciel wykopał staw. Okoliczni mieszkańcy traktowali go niczym cmentarzysko zwierząt. Na dnie spoczywała padlina w ogromnej ilości. Białostoczanie wówczas oczekiwali zimy jak zbawienia. Odór bowiem wtedy znikał. Jednej zimy ze stawu wycinano bryły lodu i je sprzedawano. W ten sposób przerywano wieczny odpoczynek zwierząt – śmieli się przez łzy mieszkańcy.

Niemałe spustoszenie siała również fabryka dykty. Klej niezbędny do produkcji wytwarzano ze zwierzęcej krwi. Jako, że składowano go w otwartych beczkach, wnioski wysuwają się same. Mimo skarg, fabryka nie ukróciła śmierdzącego procederu. Nieprzyjemne zapachy istniały również w sercu miasta, a to za sprawą kiszkarni na Rynku Kościuszki. Na podwórzu jednej z kamienic każdej nocy następowało oczyszczanie towaru z fekalii.

W połowie lat 30. w Białymstoku przeprowadzono akcję ”czyste mieszkanie”.  Bru, kurz i mole – to zdaniem miejskiego ratusza znajdowało się w większości lokali. Wprowadzono nakaz otwierania okien w celu przewietrzania, co szło bardzo opornie. Nikt nie chciał się bowiem…przeziębić. Jak jednak je otwierać skoro na zewnątrz śmierdziało nie do wytrzymania.

W północnej części Puszczy Białowieskiej naukowcy odkryli pozostałości po społeczności Gotów. 25 kurhanów datuje się na czasy rzymskiej hegemonii. Aby ustalić jednak dokładnie wiek, należy przeprowadzić odwierty.

Odkrycie nie miało by miejsca gdyby nie technologia. O obecności ludzi na danym terenie świadczą pozostawione przez nich przedmioty, jak choćby naczynia ceramiczne. Jednak gęsty drzewostan uniemożliwia takie poszukiwania. Przepisów też nie można obejść. Jest to bowiem teren chroniony, więc wykopaliska z prawdziwego zdarzenia nie wchodzą w grę.

Dlatego też stosuje się ALS. Oznacza on lotnicze skanowanie laserowe. Takie działania pozwoliło wytypować kilka miejsc, gdzie rozpoczęto poszukiwania.  Oprócz ALS wykorzystano również kolejną zdobycz nauki, mianowicie georadar GPR, emitujący fale elektromagnetyczne. Kurhany to nie jedyne znalezisko. Resztki grobli i ślady po polach uprawnych to również cenne odkrycie. Badania mają potrwać łącznie jeszcze przez 3 lata.

To jedyna taka impreza w północno-wschodniej Polsce. Białystok od sześciu lat znajduje się bowiem w zaszczytnym gronie miast organizującym targi książki. Od piątku do niedzieli każdy fan czytelnictwa znajdzie coś dla siebie. To już szósta edycja tego wydarzenia. Stoiska przygotowano dla ponad 80-u wystawców. Lokalizacją targów jest Opera i Filharmonia Podlaska.

 

Targi odwiedza, według danych organizatorów ok. 20 tys gości. Tegorocznej imprezie towarzyszy festiwal literacki ”Na pograniczu kultur”. Nie zabraknie więc warsztatów, rozmów z ciekawymi gości, a także zabaw dla najmłodszych. Spotkania autorskie i możliwość zdobycia podpisu artystów to nie lada gratka dla czytelników. Dziś również na dużej scenie OiFP wystąpi znana aktorka Julia Pietrucha.

Kontynuując przeglądanie strony, zgadzasz się na ciasteczka Czytaj więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close