Home / Posts Tagged "ID03"


Bez żadnych zakłóceń przebiega budowa pasa startowego na Krywlanach (wersja dla zwolenników PiS) czy jak kto woli lotniska o ograniczonej certyfikacji (wersja dla zwolenników Tadeusza Truskolaskiego). Marszałek województwa przekazał w końcu 16 mln zł na inwestycję. Zakłóceń raczej nie będzie, bo pas/lotnisko mają być gotowe na jesień czyli akurat przed samymi wyborami samorządowymi. Ciekawe czy Tadeusz Truskolaski dotrzyma słowa i w dniu otwarcia lotniska wyjedzie z miasta – by nie przecinać wstęgi i się nie lansować przed wyborami. Warto dodać, że pierwsze samoloty będą mogły wylądować najwcześniej na wiosnę. Wtedy prawdopodobnie uda nam się osiągnąć potrzebną certyfikację.

 

Jedno jest pewne – nawet najbardziej krytyczni wobec niego przeciwnicy polityczni mogą pozazdrościć Truskolaskiemu, że uciął trwające od wielu lat dyskusje i nie patrząc na nikogo doprowadził do realizacji inwestycji. A wszyscy, którzy latami się przepychali czy lotnisko ma być w Topolanach, Sannikach, Żukach czy Krywlanach mają teraz okazję zamilczeć, jeśli przez gardło nie przejdą im gratulacje.

 

Warto przypomnieć dlaczego nie mamy dużego lotniska regionalnego i dlaczego budujemy sam pas startowy. Przede wszystkim politycy wszystkich opcji po kolei, które były u władzy o lotnisku tylko dyskutowały. Najpierw mocno faworyzowane były Topolany, później poprzedni prezydent miasta Ryszard Tur razem z Karolem Tylendą (z Urzędu Marszałkowskiego) wbijali łopaty na Krywlanach. Te miejsce jednak nie w smak innymi ważnym politykom, którzy mieszkają na Dojlidach (czyli obok Krywlan). Robili co mogli, by to nie nad ich, tylko cudzymi głowami lądowały samoloty.

 

Następnie marszałek Jarosław Dworzański zaczął tworzyć obszerną dokumentację pod lotnisko w okolicach Tykocina (Sanniki). Jednak tak długo tworzył, że ówczesna minister rozwoju (od kasy z UE) Elżbieta Bieńkowska powiedziała, że zakręca kurek na lotniska regionalne. Wtedy było wiadomo, że swoje dokumenty Dworzański może wrzucić do śmietnika.

 

Później mieliśmy kolejne wieści – lotnisko w Radomiu czy Zielonej Górze okazały się wielkimi niewypałami. Najbardziej głośno było o tym pierwszym, które zostało wyśmiane jako lotnisko-widmo. Mądrość (a zarazem przymus) Truskolaskiego polega właśnie na tym, że nie chciał od razu budować lotniska takiego jak w Radomiu. Zaczynamy od pasa i drogi kołowania. Jeżeli będzie to atrakcyjne miejsce dla przewoźników – dostawi się halę odlotów i przylotów, a także wydłuży pas tak, by mogły tu siadać także duże maszyny. Przymus jest taki, że zwyczajnie nas nie stać na coś większego. Truskolaski szastał pieniędzmi na lewo i prawo.

 

Warto tutaj podać przykład podobnego lotniska jak nasze. W Wielkiej Brytanii jest znane na całym świecie miasto Cambridge, które ma własne lotnisko – gdzie mogą siadać także wielkie maszyny. Chociaż śmietanka naukowa zlatuje się tam z całego świata to lądują na jednym z trzech lotnisk w Londynie. Najbliżej jest z lotniska Stansted – 40 km do Cambridge. Lotnisko w Cambridge służy głównie do tego, by serwisować maszyny wojskowe. Dla mieszkańców okolicy lotniska lądowanie kilkadziesiąt metrów nad głową wielkiego transportera wojskowego albo myśliwca to nic nowego. Oprócz serwisu można jednak odlecieć do Edynburga. EasyJet ma małe samoloty (do 50 osób), które świadczą właśnie taką usługę.4

 

Dlatego też powinniśmy się wzorować na Cambridge. Przede wszystkim niedaleko nas znajduje się „przesmyk Suwalski” – miejskie strategiczne z punktu widzenia NATO. Serwis maszyn wojskowych, które nad krajami Bałtyckimi ciągle manewrują mógłby odbywać się w Białymstoku. Tak samo prezydent Truskolaski wręcz stanąć na uszach, by ściągnąć do Białegostoku chociażby jednego przewoźnika typu EasyJet, który obsługiwałby połączenia z Tallinem, Rygą, Wilnem, Mińskiem, Kijowem, Pragą, Krakowem, Gdańskiem czy Berlinem. Dzięki temu regionalny ruch lotniczy kwitł w najlepsze, a my byśmy z tego korzystali.

 

Nikt zdrowy na umyśle nie oczekuje odlotów do Chicago, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Tokio czy Sydney – takie loty odbywają się z wielkich portów. A że akurat budowany będzie CPK – to należy właśnie wykorzystać lukę w postaci zagarnięcia jak największej ilości połączeń regionalnych, które na CPK odbywać się z pewnością nie będą (wysokie opłaty lotniskowe). 

 

Tadeusz Truskolaski po 12 latach rządzenia miastem uzbierał gigantyczną listę rzeczy, za które należy go krytykować. Jednak trzeba uczciwie przyznać – nawet jeśli na początku nikt tu nie będzie lądować, to nic na tym nie stracimy. A w przyszłości jest szansa by to zmienić. Łatwiej bowiem wydłużyć pas i dobudować halę niż zaczynać dyskusję od zera.

 

fot. Ondřej Franěk, www.lkpr.info

Rowerowanie po Białymstoku to prawdziwa katorga. Choć mamy dużo ścieżek rowerowych, to jeżdżenie po mieście nie jako transport, ale jako rekreacja nie sprawia przyjemności. Wszystko za sprawą nieustannego stania na światłach, a także nieustannego wchodzenia na ścieżkę rowerową pieszych, rodziców z wózkami (nie wiem dlaczego myślą że to pas dla nich), rolkarzy, biegaczy, a niekiedy nawet spacerowiczów z psami.

 

Ścieżki rowerowe są jednak dobre, gdy chcemy wyjechać z Białegostoku jak najszybciej żeby móc w spokoju porowerować bez ciągłego zatrzymywania się i zwracania uwagi lub dzwonienia na przeszkadzaczy. Do tej pory jeżeli chcieliśmy wyjechać z centrum w stronę Jurowiec to przez Białostoczek musieliśmy jechać ulicą, teraz prowadzi tamtędy ścieżka rowerowa, która zaczyna się na Sitarskiej i prowadzi przez Bitwy Białostockiej aż do obwodnicy, którą też możemy dojechać do wylotu na Augustów lub szybciej z Radzymińskiej do Sokólskiej, a dalej osiedlami i chodnikami bezpośrednio do augustowskiej wylotówki.

 

To nie koniec dobrych wieści. W najbliższym czasie powstanie jeszcze więcej ścieżek rowerowych, których zawsze brakowało. Między innymi przy okazji remontu drogi – pojedziemy ścieżką wzdłuż ul. Ciołkowskiego – od ul. Mickiewicza aż do obwodnicy. Ścieżki nie zabraknie też na nowo wybudowanej Sitarskiej, która wreszcie połączy Białostoczek z Dziesięcinami. Ścieżka pojawi się także w końcu na Hetmańskiej. Łącznie 140 km dróg.

 

Cieszy też inna sprawa – urzędnicy przestali budować drogi dla rowerów z bruku. Nowe ścieżki są asfaltowe. Oczywiście mieszanka jest prawdopodobnie najtańsza, bo rower szybciej i wygodniej jedzie ulicą, ale jak to się mówi lepszy rydz niż bruk… czy jakoś tak.

Budowa kuriozalnej estakady w środku Puszczy Knyszyńskiej trwa. Znów na 5 dni całkowicie zamknięto drogę Białystok – Supraśl. Od dziś do niedzieli należy korzystać z objazdów. Ciężarówki muszą jechać do Sokółki, potem do Krynek, a dopiero wtedy do Supraśla. Autobusy oraz samochody osobowe dojadą do Supraśla przez Zapieczki rozjeżdżając szutrową drogę tuż obok rezerwatu. Swoją drogą dziwne jest, że tymczasowo nie wpuszczono osobówek i autobusów na asfaltową drogę od Majówki. Tam mogą jeździć tylko służby leśne. Pozostali mogą liczyć na mandat.

 

Przypomnijmy, że droga Białystok – Supraśl jest drogą wojewódzką. Oznacza to, że nie musi być tak szeroka i mieć estakadę – tak jakby była drogą krajową. Wszystko rozchodzi się o pieniądze. Podlaski Wojewódzki Zarząd Dróg – inwestor – otrzymał gigantyczne dofinansowanie na tę drogę – 100 mln zł. Wkład własny wyniósł ich 20 mln zł. Pytaliśmy się różnych specjalistów od dróg czy dałoby się zbudować drogę za 20 mln zł. Wszyscy odpowiedzieli to samo – wyremontowanie drogi bez wycinania drzew w Puszczy, poszerzania drogi i budowania kuriozalnej estakady mogłaby zostać zrealizowana za kwotę wkładu własnego.

 

Można z tego wynikać, że estakadę i szeroką drogę wymyślono tylko po to by zawyżyć wysokość projektu i uzyskać wysokie dofinansowanie. Teraz musi ona być zamykana, by bezpiecznie estakadę zbudować.

Tomasz Bednarek odwiedził Białystok – stolicę Podlasia, w której zachowało się wiele pamiątek po dawnej wielokulturowej Rzeczypospolitej. Tak zaczyna się wstęp do programu „Zakochaj się w Polsce” wyemitowanego w TVP1. Widzowie z całego kraju zostali zabrani na wycieczkę po mieście. Autor programu chciał przede wszystkim pokazać wielokulturowość miasta. Jaki był efekt?

 

Wycieczka Tomasza Bednarka zaczyna się w Pałacu Branickich, później widzimy ratusz, katedrę, cerkiew, następnie trochę o historii Żydów w mieście, potem o Tatarach, by na koniec opowiedzieć o Zamenhofie i Operze i pożegnać się widokiem z okna hotelu w galerii Jurowieckiej. Efekt przedstawienia Białegostoku w 20-kilku minutach w taki sposób był nudny. Przede wszystkim program zdominowali urzędnicy. Autor programu poszedł na łatwiznę. Przez co tylko przedstawiciel cerkwi oraz przedstawicielka Tatarów opowiadali bardzo ciekawie. Pozostali? Klepali wyuczone formułki, które wypowiadali zapewne setki razy przy każdej możliwej okazji. Motyw przewodni był widoczny – wielokulturowość, która miała szansę zostać połączona językiem Esperanto. Jest to powtarzane przez urzędników od promocji miasta / województwa od lat niczym wielka legenda, która tak naprawdę jest już nudna. Białystok naprawdę miał ciekawsze epizody w swojej historii, które spowodowały, że dziś jesteśmy takim miastem właśnie, a nie innym. Choćby ten o Manchesterze Północy – gdy masowo przenoszono się z Łodzi do Białegostoku, albo o drugim największym po warszawskim powstaniu w Getcie. 

 

Ogólne wrażenie jest średnie. Pokazywanie w letnią pogodę zaśnieżonego miasta może wywołać poczucie, że u nas naprawdę chodzą białe niedźwiedzie po ulicach.  Ogólnie gdybyśmy byli turystami, to po tym programie do Białegostoku raczej byśmy nie przyjechali. Już więcej ciekawych rzeczy o mieście można znaleźć na Wikipedii niż w programie „Zakochaj się w Polsce”. Nie ma co oczekiwać od autora programu jakiejś specjalnej znajomości Białegostoku, ale wszystko wygląda tak jakby pan Bednarek zadzwonił nie tam gdzie trzeba, by potem pokazać wszystko bez polotu. 

 

Dostaliśmy w ogólnopolskiej telewizji prawie półgodzinną reklamę. Nie wykorzystaliśmy niestety tego, by pokazać się z jak najlepszej strony. Pokazaliśmy się jako kolejne miasto, w którym są jakieś zabytki, jakieś kościoły, jako ciekawostka – cerkiew i meczet, a także mamy Operę, pomnik (po zgładzonych Żydach) oraz pomnik po Ludwiku Zamenhofie i centrum jego imienia. Fascynujące!

 

Odcinek do obejrzenia tutaj:
https://vod.tvp.pl/video/zakochaj-sie-w-polsce,bialystok,37280448

 

 

 

Uroczysko Dębiec to takie miejsce w dolinie Biebrzy, którego nie ma na mapie, nie da się dotrzeć samochodem, lecz warto tam pojechać. Biebrzański Park Narodowy słynie z bagien. Jest tam wiele ciekawych miejsc do zobaczenia. Jednym z nich jest Uroczysko Dębiec położone nad rzeką Ełk. Rzeka ta łączy się z Jegrznią i wpada do Biebrzy. Razem z Kanałem Woźnawiejskim tworzą tak zwany Biebrzański Trójkąt – to właśnie powoduje, że uroczysko znajduje się na wyspie.

 

Na miejscu można obserwować łosie i ptaki, ale też możemy natrafić na wiele innych zwierząt na przykład wilki. To wymarzona okazja, by wyjechać, wyciszyć się i kontemplować naturę. Z wieży można zobaczyć Brzeziny Ciszewskie, a także cały Biebrzański Trójkąt. W uroczysku Dębiec można natrafić na ślady dawnej osady, gdzie mieszkali ludzie! Można zobaczyć pozostałości trzech gospodarstw, a także krzyż. Codzienność była ciężka. Wokół bagna, woda. Wiosną wszystko zalane, a mieszkańcy poruszali się łódką. Uroczysko Dębiec było głęboko ukryte wśród mokradeł, teraz można dotrzeć tam dzięki renaturyzacji sieci hydrograficznej.

 

Uroczysko Dębiec znajduje się na szlaku pieszym Goniądz ruda (oznaczony kolorem czerwonym), a także na szlaku Osowiec – Twierdza – Kuligi oznaczone kolorem zielonym. Z racji tego, że są to bagna to najbezpieczniej wybrać się do uroczyska właśnie teraz czyli w czerwcu i lipcu. Cały szlak ma 29 km. Jeśli jednak nie chcecie przechodzić całego, to należy jechać do wsi Kapice. Tam odszukać szlak czerwony. Jest on za wsią, gdzie zaczyna się też Biebrzański Park Narodowy z dużym kompleksem leśnym zwanym Brzeziny Kapickie.

Trwa piąty sezon BiKeR w Białymstoku. Liczba użytkowników rośnie, a także liczba wypożyczeń. Tylko od początku wciąż ten sam problem. BiKeR-y są w większości zdezelowane. Zamiast przytaczać tu niebotyczne liczby i wychwalać pod niebiosa BiKeRy – jak to robią inne media, my niestety będziemy (chyba jako jedyni) krytyczni. Owszem – trzeba przyznać obiektywnie, że uruchomienie BiKeR-ów w Białymstoku było bardzo dobrym pomysłem. Tylko, że to był dawno temu i nie będziemy z tego powodu świętować rocznic.

 

Problem jest taki, że płacimy bardzo duże pieniądze za produkt o bardzo niskiej jakości. Jak podaje portalsamorzadowy.pl – systemy miejskich wypożyczalni rowerów finansowo w żaden sposób się nie opłacają, ale to nie powstrzymuje samorządów przed inwestowaniem w tego typu rozwiązania. Statystyki pokazują, że liczby wypożyczeń jednośladów z każdym rokiem rosną. – czytamy. Za rowery o wartości 200-400 zł płaci się często dziesięć razy więcej. – podają autorzy na portalu.

 

W Białymstoku przetarg na miejskie rowery wygrała firma NextBike. Zaoferowała 4,4 mln zł. Przypomnijmy jeszcze słowa prezydenta Tadeusza Truskolaskiego – Poważna firma z uwagi na swoje doświadczenie gwarantuje wykonanie zamówienia w terminie i w dobrej jakości. Każdy, kto przejechał się choć kilka razy BiKeR-em mógł natrafić na zdezelowany rower. Niesprawne hamulce, opadające siodełko, nie działające przerzutki – to najczęstsze problemy z rowerami miejskimi.

 

Są także problemy ze stacjami. Te potrafią w systemie oznaczyć wypożyczenie i liczyć czas jednak nie zwalniając blokady – i nie oddając roweru. Podobnie jest w drugą stronę. Gdy nie ma wolnych miejsc, trzeba dopiąć rower szyfrem do innego. Zgłoszenie w systemie tego faktu potrafi zignorować ten fakt i naliczać czas (i pieniądze) dalej. Oczywiście wszystko można odkręcić, ale trzeba spędzić długi czas na infolinii.

 

Firma NextBike będzie obsługiwać Białystok do 2020 roku. Miasto zapłaciło za to 6,7 mln zł. Potężne pieniądze jak na produkt, z którym są wiecznie jakieś problemy. Białostoczanie, którzy za to płacą mają prawo domagać się rozwiązania powyższych problemów lub za dziadostwo, które serwuje nam NextBike nie powinniśmy aż tyle płacić.

 

fot. Henryk Borawski

Dobra wiadomość dla podróżujących kolejką po Podlasiu! Niektóre pociągi Przewozów Regionalnych zostały wyposażone w biletomaty. To szczególne ułatwienie gdy na przykład nie ma kasy na stacji – jak chociażby w Knyszynie. Normalnie w takiej sytuacji trzeba szukać konduktora. Gdy pociąg jest zatłoczony – jest to utrudnione. Na razie jest 6 urządzeń w pociągach. W planach jest wyposażenie kolejnych czterech. W biletomacie kupimy możliwość przejazdu nie tylko pociągiem, w którym się znajdujemy ale także na inne dni oraz połączenia.

 

Biletomat przyjmuje zarówno kartę jak i gotówkę. Jedyne ograniczenie – to wydawanie reszty – urządzenie nie wyda nam więcej jak 20 zł reszty. Pociągi, w których są biletomaty oznaczone są specjalnymi naklejkami. Urządzenia znajdziemy w pociągach z Białegostoku do Łap, Szepietowa czy też Ełku, Kuźnicy.

Mieszkańcy Białegostoku muszą się poprawić! Choć nie ma bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia białostoczan, to Inspektorat Ochrony Środowiska prognozuje, że do końca 2017 roku może dojść do przekroczenia dopuszczalnych norm benzopirenu w powietrzu. Mało tego problem mają również Suwałki oraz Łomża.

 

Warto przypomnieć, że w ubiegłą zimę Białystok również miał kłopot. Stężenie smogu w powietrzu potrafiło przekraczać normę o kilkaset procent!

 

Podlaskie to wspaniały region. Miejmy nadzieję, że władze wojewódzkie zajmą się problemem niezanieczyszczonego powietrza. Nie oszukujmy się, nie jesteśmy bogaci jak Śląsk czy Warszawa, więc nie możemy być tak samo brudni. Trzeba powiedzieć sobie wprost. To nie dopuszczalne, by pozwalano zatruwać powietrze w regionie, którego jednym z niewielu atutów jest czyste powietrze.

Być może wiele osób, które przechodzi przez park zwierzyniecki zastanawia się skąd tam pomnik żołnierzy 42 Pułku Piechoty. Warto przypomnieć, że 12 lipca w Białymstoku obchodzimy święto tegoż pułku, a poległym żołnierzom oddawany jest hołd.

 

W okresie międzywojennym, pułk stacjonował w Twierdzy Osowiec, a następnie przeniesiony zostałdo Białegostoku. Koszary znajdowały się przy ul. Traugutta. Tutaj każdego roku w batalionie pojawiało się około 600 rekrutów. Pułk sprawnie się rozwijał.

 

Warto przypomnieć, że Pułk zasłużył się także dla rozwoju miasta. W 1920 roku powstał Wojskowy Klub Sportowy 42 Pułku PIechoty Białystok. Był to protoplasta dzisiejszej Jagiellonii Białystok, która to pod swoją nazwą występuje od 1932 roku.

 

Supraśl to fantastyczne miasteczko pod Białymstokiem, do którego ciągle przyjeżdża bardzo wiele turystów, kręcono tu filmy i seriale, zbudowano hotele pod uzdrowiska. Wkrótce wszyscy przyjezdni będą mogli spędzić czas w zrewitalizowanym XVIII-wiecznym ogrodzie Saskim.

 

Odrestaurowany park ma zostać kolejną atrakcją miasteczka. Przypomnijmy, że ów park został w ubiegłym roku zniszczony przez wichurę. Cóż wyjątkowego będzie w parku? Na pewno będzie odtworzona jego oryginalna wielkość – gdyż archeolodzy przy użyciu georadaru sprawdzą jaka była wielkość ogrodu saskiego.

 

Naukowcy będą też próbowali odtworzyć roślinność, która występowała 3 wieki temu. Konkretny projekt nowego-starego ogrodu prawdopodobnie ujrzymy w przyszłym roku. Być może będzie to kolejne miejsce, gdzie filmowcy chętnie będą kręcić filmy?

 

fot. Chrumps / Wikipedia

Na Podlasiu bije się wiele rekordów. Bez znaczenia jest pora roku. Czy to żar leje się z nieba, czy to zamieć, w czymś trzeba przodować. Tym razem chodzi nam o rekord Guinnessa pobity przed dwoma laty przez tzw. morsów pluskających się w rzece Supraśl w Wasilkowie. Bicie rekordu nie spoczywało jednak tylko na ich barkach.

 

Tym razem musiała być to praca na większą skalę. Kategoria brzmiała bowiem następująco: ”Największa ilość kąpiących się równocześnie Morsów w przynajmniej dziesięciu miejscach”. Jednym z nich był właśnie Wasilków. Dotychczasowy rekord wynosił 1799 osób. Żeby go pokonać morsy musiały zgromadzić ponad 1800 osób w minimum 10 punktach w kraju. Sama zaś kąpiel musiała trwać co najmniej trzy minuty. Woda tego grudniowego dnia zalewie miała kilka stopni Celsjusza, co dla wielu morsów, okazało się czymś mało wyzywającym. Ostatecznie misja skończyła się pełnym sukcesem. Kolektywizm górą!

 

Rok wcześniej w Kołobrzegu nieoficjalnie został pobity rekord Guinnessa w najdłuższej kąpieli w lodzie. Dokonał tego Zbigniew Falkowski z Podlaskiego Klubu Morsów, który wytrzymał w ekstremalnych warunkach 2 godziny i 2 minuty. Przez ten czas przebywał w specjalnie przygotowanym akwarium, pełnym lodu. 

Czy Augustów przez kilka dni był swego rodzaju miastem olimpijskim? Coś jest na rzeczy. Na niemieckim medalu z 1915 r. można odnaleźć nazwę kurortu, laur olimpijski, a także napis ”Dem Sieger Im Olympia Prufungskampf”.  Pozyskanie konkretnych informacji na jego temat nie jest rzeczą łatwą. Pewne jest tylko to, że chodziło tu o zawody wojskowe zorganizowane przez Niemców. Dlatego też należałoby przeszukać archiwa niemieckiej prasy aby dowiedzieć się czegoś więcej.

 

Jakie konkurencje można było rozgrywać w kurorcie? Z pewnością takie związane z wodą, a więc kajakarstwo czy wioślarstwo. Dowodów jednak nie ma. W augustowskim muzeum znajdują się zdjęcia z zawodów, ale dostrzeżemy na nich jedynie najwyższych stopniem dowódców stojących na specjalnie skonstruowanym podium. Podczas uroczystości prawdopodobnie obecny był Hindenburg.

 

Augustów nie był jednak jedynym miastem w Polsce gdzie rozgrywano taką wojskową olimpiadę. Podobne sportowe zmagania organizowano też w innych miastach. Wzór medalu pozostawał stały, zmieniała się jedynie wygrawerowana na nim nazwa miejscowości. 

 

Gdzie znajduje się najstarsza lokomobila w Polsce? Oczywiście, że na Podlasiu, a dokładniej w Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Maszyna ma już ponad 100 lat. Aby ruszyła z miejsca potrzeba jedynie dwóch godzinnych przygotowań. Wystarczy tysiąc litrów wody, rozpalone drewno pod kotłem i ku przygodzie.

 

Wiatru we włosach w czasie przejażdżki raczej nie odczujemy. 10 km/h zawrotną prędkością nie jest. Czego jednak można wymagać od parowego kocioła na drogach. Na początku XX w. był jednak obiektem westchnień rolników. Przemieszczano nią głównie wozy gospodarcze.

 

Pojazd prowadzi się bardzo łatwo. Jest przy tym wyjątkowo cichy. Jedyną jego wadą jest to, że brakuje mu hamulców. Trzeba więc zachować ostrożność w czasie ewentualnych eskapad. Aby maszyna była w tak dobrym stanie, specjaliści od zabytkowych samochodów musieli rozłożyć ją na części, oczyścić i naprawić. Prace trwały niespełna rok. Kupno i odrestaurowanie najstarszej w kraju lokomobili kosztowało ponad dwieście tysięcy złotych. Pieniądze ofiarowal minister kultury i marszałek województwa podlaskiego.

Rok 1880. Na ulicy Kilińskiego pod numerem osiemnastym rozpoczyna swą działalność pierwsza tej klasy restauracja w mieście. Ermitraż kusił zawsze świeżymi produktami w atrakcyjnych cenach. Serwował kuchnię francuską i…ruską, a dania były podawane przez przystojnych kelnerów. Dużym zainteresowaniem cieszył się starannie urządzony przestronny balkon, na którym wieczorami grała orkiestra.

 

Po drugiej stronie ulicy powstała konkurencja. W pałacyku gościnnym należącym do niemieckiego przemysłowca Litterera urządzono restaurację Renaissance. Jej szefem był A. Wiśniewski. Goście mogli cieszyć się niespotykanym komfortem. Powstały oddzielnie pomieszczenia dla całych rodzin i miejsca, gdzie panowie mogli się…zabawić. Jak nie trudno się domyśleć ”gabinety rozkoszy” były oblegane. I w tym lokalu nie zabrakło muzyki. Orkiestra smyczkowa składała się z samych urodziwych dziewcząt. Choć wejście było bezpłatne, w środku panowała drożyzna. Z tego też powodu większość Białostoczan wybierała Ermitraż.

 

A. Wiśniewski znany ze swego wybuchowego charakteru postanowił działać. Wraz ze swoim szwagrem zdecydowali się na desperacki krok. Nie zważając na konsekwencje postanowili podpalić Ermitraż. W październiku 1913 r. lokal Renaissance miał hucznie obchodzić swoje urodziny.  Zamiast balu odbyła się jednak sądowa rozprawa. Jej wyniki zaskoczył wszystkich, być może nawet samych podpalaczy. Zostali uznani za niewinnych. Ermitraż już nigdy nie powstał z popiołów. 

 

Wojna zniszczyła marzenia wielu ludziom. Nie inaczej było w przypadku rodziny Oksiutów. Od połowy lat 30. mieszkała ona w podbiałostockich wówczas Pietraszach. Życie w strachu sprawiło, że głowa rodziny, Karol poważnie zachorował na żołądek. Objawy mogło złagodzić tylko mleko. Dlatego więc wszystkie pieniądze, jakie odkładali na dom, przeznaczyli na zakup krowy.

 

Mućkę sprowadziła żona z sąsiedniej wsi. Aby nie narazić się Niemcom musiała przebrać się za chłopkę. Zwierzę ostatecznie udało się przetransportować i ulokowano je w nieskończonej przybudówce. Regularne spożywanie białego trunku przyniosło spodziewane rezultaty. Głowa rodziny została uratowana od śmierci.

 

Karol widząc, co się święci na froncie zbudował schron, wyłożony od wewnątrz słomą. Prowadziły do niego dwa tajne wejścia – z kartofliska i przybudówki. Kryjówka przydała się jednak nie tylko na czas zbrojnych działań. Ktoś życzliwy doniósł, że pan Karol pędzi bimber. Milicjanci nie zdołali odszukać gospodarza i jego zapasów. Ten zdążył schować się na czas.  W czasie poszukiwań cała rodzina modliła się do obrazu Matki Boskiej. Księżycówka cudownie więc ocalała.

W okresie międzywojennym białostoccy właściciele hoteli czy restauracji nie mieli łatwego życia. Personel sprawiał więcej kłopotów niż można się tego spodziewać. Gdy pracownicy przekraczali pewną granicę lądowali na ulicy. Żyli głównie wtedy chęcią zemsty.

 

Tak też było z numerowym z hotelu Palsat. Ciągle prosił o podwyżkę, lecz szalejąca inflacja robiła swoje. Przez lata jego zarobki stały w miejscu. Gości też hotelowi nie przybywało, gdyż do najtańszych, delikatnie mówiąc, nie należał. Wkrótce sytuacja tak się pogorszyła, że został zwolniony. Nie mógł się pogodzić z tym faktem więc wpadł na szalony pomysł. Postanowił rozpalić w jednym z pokoi…ognisko. Szybkość zajmowania się pomieszczenia zaskoczyła numerowego więc postanowił wyskoczyć przez okno. Los chciał, że wtedy ulicą przechodził pracownik wydziału śledczego. Próba zemsty skończyła się czterema latami w więzieniu.

 

Inny konflikt między pracodawcą a pracownikiem skończył się bardziej tragicznie. Początki współpracy niczego jednak nie zwiastowały. Z usług kelnera restauracji Savoy zadowoleni byli wszyscy, od klientów po szefostwo. Z czasem sytuacja się pogarszała. Życzliwy pracownik z dnia na dzień stał się gburem. Ukradł nawet 2 butelki wódki. Podejrzewano go również o romans z żoną szefa. Tego było już za wiele. Właściciel restauracji postanowił podziękować mu za współpracę. Ten jednak nie dawał za wygraną. Pewnego dnia nie wytrzymał i zadał byłemu już szefowi cios nożem prosto w brzuch. Rannego przewieziono do szpitala. Mężczyznę obezwładniono a następnie osądzono na 5 lat więzienia.

W połowie lat 30. szalał kryzys ekonomiczny. Liczyła się dosłownie każda złotówka. Dlatego też zaczęto podrabiać bilon. W mieście pojawiało się coraz więcej fałszywych monet. Zwróciło to uwagę Urzędu Śledczego. Początkowo ciężko było ustalić skąd się bierze trefny bilon.

Znajdowano go u dorożkarzy czy kelnerów, których po przesłuchiwaniu jednak zwalniano. Nie mieli bowiem pojęcia, że są właścicielami fałszywek. Dostali je po prostu od klientów. Policyjni informatorzy wskazali na nijakiego Zygfryda Osińskiego, który organizował gry uliczne. Kasyno po chmurką znajdowało się na łączce przy ulicy Poleskiej. W lipcowy słoneczny dzień Osiński wraz ze swym wspólnikiem prowadzili kolejną rozgrywkę w oczko. Grę trzeba było jednak przerwać, gdyż fałszerze dostrzegli zbliżającego się funkcjonariusza.

Przestępcy uciekli w popłochu zabierając część monet. Policjant zauważył, że część tych pozostawionych wygląda na zupełnie nowe. Zawiadomił więc szybko Wydział Śledczy. W mieszkaniu Osińskiego znaleziono cały zestaw do produkcji lewych monet. Warsztat był w pełni profesjonalny. Jako że pracował w hucie szkła posiadał dużą wiedzę na temat odlewów. Z kolei u matki przestępcy, a dokładniej w jej łóżku odkryto tysiące podrobionych złotówek. Osiński trafił do więzienia na 2 lata.

Nietypowa instalacja znajduje się na drodze wylotowej do Warszawy i Ełku. Umiejscowienie dzieła nie było przypadkiem. Ma ono związek  z centralnymi dożynkami, które odbyły się w stolicy Podlasia we wrześniu 1973 r. Miasto przygotowało się do wielkiego wydarzenia, w którym uczestniczył premier Piotr Jaroszewicz, oraz I sekretarz KC PZPR Edward Gierek.

 

Na skarpie pod rzeźbą był jeszcze umieszczony herb Białegostoku oraz przestrzenny napis ”Witamy”. Wszystko to z myślą o dożynkowych gościach. Dziś rzecz jasna po tych elementach nie ma już śladu. Przekaz symboliczny rzeźby wydaje się być prosty w odbiorze. Dwa lecące ptaki opowiadają historię o wolności, braterstwie i wzajemnej miłości.

 

Ptaki, określona przez wielu jako ”Żurawie” są dziełem białostockiego  rzeźbiarza Albin Sokołowskiego. Szczyt jego aktywności twórczej przypadł na przełom lat 70 i 80. Zajmował się rzeźbą w drewnie oraz metalu. Innym znanym dziełem artysty jest ”Kompozycja”, znajdująca się na Placu Niepodległości.

Coraz częściej do obrotu trafiają produkowane bez nadzoru produkty regionalne. Tak jest chociażby z podlaskim serem korycińskim czy pierekaczewnikiem. Klienci nie zawsze zwracają uwagę na certyfikat, co ułatwia podrabiańcom rozwój procederu.

 

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych może kontrolować co do jakości tylko tych producentów, którzy taki certyfikat mają. Ci którzy wytwarzają ”na lewo” są więc w praktyce poza kontrolą. Jedynym rozwiązaniem jest donos na policję. Sery można kupić dosłownie wszędzie, a w rzeczywistości odpowiednie zezwolenie na produkcję ma garstka osób.

 

Podróbki zwykle są tańsze, choć reguły to nie stanowi. Jeśli chodzi o smak, różnica jest kolosalna. Właśnie to najbardziej boli producentów oryginałów. Mniejsze zyski to jedno, ale zawód turysty to poważna sprawa. Jak bowiem wytłumaczyć gościowi z Polski południowej, że towar, dla którego przyjechał, nie spełnia jego oczekiwań smakowych. Zła wieść się rozniesie i po turystach.

 

Produkt z certyfikatem musi spełniać wiele warunków – dotyczących zarówno smaku, jak i procesu produkcji. Tylko kupując towary opatrzone napisem mamy gwarancję zadowolenia. 

8 maja 1956 r. został oficjalnie otwarty pierwszy sklep samoobsługowy w Białymstoku. Pierwotnie miał zostać uruchomiony symbolicznie w święto pracy, ale ku niezadowoleniu władz, nie udało się wówczas zapiąć wszystkiego na ostatni guzik. Lokal miał być wzorowany na na już istniejących chociażby w Czechosłowacji.

 

W sklepie mogło przebywać maksymalnie 20 klientów równocześnie. Tyle też przygotowano wiklinowych koszyczków. Właściciele obawiali się bowiem zamieszania. Klienci zastanawiali się co robić, jeśli do lokalu weszło się z zakupami zrobionymi gdzie indziej. Bali się po prostu posądzenia o kradzież. Były to jednak niepotrzebne obawy. Wszystkie towary posiadały odpowiedni stempel. Sklep wzbudził zachwyt wśród mieszkańców Białegostoku. Szczególnie podobała im się ogólna czystość, jaka panowała w jego wnętrzach.

 

Dziennie sklep odwiedzało ponad 1000 osób. W kasie zostawiali blisko 18 tys. zł. Po miesiącu zaczęły się pojawiać pierwsze problemy. Jednorazowy brak porannej dostawy pieczywa wywołał ostrą krytykę. To jednak jeszcze nic. W kasie sklepu brakowało pieniędzy. Obwiniono zarówno personel, jak i klientów. Ci młodociani kradli przede wszystkim słodycze z chałwą na czele. Zaczęto publicznie z imienia, nazwiska i dokładnego adresu wymieniać złapanych na kradzieży zuchwałych klientów. Kierownik został ostatecznie zwolniony. Jego następca jesienią wprowadził udogodnienia dla personelu w postaci przerwy obiadowej. O godzinie 11 sklep był więc zamykany na cztery spusty.

Na ulicy Żydowskiej 2 w Białymstoku istniał nietypowy hotel. Goście przybywali do niego nie by odpocząć, ale się zabić. Obiekt nazywał się ”Wiktoria” co jeszcze dodaje pikanterii.

 

Właścicielem hotelu był Samuel Fejgin. Na parterze znajdowały się tam lokale usługowe. Można było tam zaopatrzyć się chociażby w tytoń czy buty. Na piętrze co raz miały miejsce przerażające zdarzenia. Jedno z nich miało miejsce w 1923 r. Nieszczęśliwie zakochana para postanowiła skrócić swe cierpienia. Ojciec dziewczyny nie godził się na związek, więc młodzi podjęli desperackie kroki. W pokoju nr 7 wachmistrz Stanisław Podsiadło z Kielc najpierw zastrzelił swą narzeczoną Eugenię Truskolawską  a potem sam odebrał sobie życie. Cały pokój zbryzgany był krwią. Portier zastawszy martwe ciała zemdlał z wrażenia. Cóż…nie jest to codzienny widok.

 

Podobne zdarzenia mnożyły się na potęgę. Czyżby w hotelu istniała jakaś niewidzialna siła, która skłaniała gości do samobójstwa. Tego już się nie dowiemy. Zagadka ”Wiktorii” pozostanie nierozwiązana.

Na początku XIX nad Augustów napłynęło morowe powietrze. Ludność uciekała jak najdalej w głębokie rejony Puszczy, lecz i tam dosięgała ich zaraza. Zwłoki można było napotkać wszędzie. Ciała trzeba było godnie pochować, lecz większość obawiała się o swe życie. Na ochotnika zgłosił się niejaki podstarzały Cimoch. Podobno kopał groby własnymi rękoma. Chorych natomiast dźwigał na barkach do szpitala.

 

Tam też wymyślił lekarstwo. Kuracja była dosyć nietypowa – gorzałka z pieprzem i czołganie się na twardych deskach. Cimoch wywarł ogromny wpływ na pozostałych. Ludność po prostu przestała się bać choroby, co spowodowało stworzenie systemu opieki nad cierpiącymi. Gdy epidemię udało się powstrzymać, Cimoch osiedlił się w drewnianej budce pod miastem. W środku ktoś umieścił w niej modrzewiową figurkę Chrystusa.

 

Przez kilka lat zbierał pieniądze na budowę kaplicy. Wraz z towarzysze, wędrownikiem Szczerbińskim, tułali się po świecie zbierając datki. Po powrocie miejsce obsadził topolami i zbudował parkan. Na kilka dni przed śmiercią po raz pierwszy i ostatni zachorował. Twierdził, że 150 lat to i tak wystarczająco dużo. W rzeczywistości był jednak nieco młodszy. Według danych urzędniczych było ok. 40 lat młodszy. Tak czy siak dożył imponującego wieku.

 

Po Cimochu zostały wspomnienia i kapliczka, przy której po wojnie założono budkę z piwem. Podobno nie ma było dnia bez ”ogonka”. Kolejki po trunek stały się normą. Każdy rolnik po powrocie z pola chciał bowiem ugasić pragnienie.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie wyobrażał sobie końca żniw na Podlasiu bez tego rytuału. Mowa tu o tzw. przepiórce. Na polu zostawiano garść zboża, a dwa końce kłosów związywano słomą . Przepiórkę wiązano najczęściej przy drodze, w miejscu dobrze widocznym, aby wszystkie przechodzące czy przejeżdżające osoby wiedziały, że na tym zagonie żniwa zostały zakończone.

 

Między poszczególnymi grupami żniwiarzy istniała swego rodzaju konkurencja, kto ładniej przystroi swoją przepiórkę. Przepiórkę starano się więc udekorować w odpowiedni sposób. Główną ozdobę stanowiły kwiaty, gałązki i owoce. Na koniec pozostawiano zwyczaj ”oborania”. Chwytano dziewczęta pod pachy i trzykrotnie ciągano je po ziemi wokół przepiórki. Panny ”orały” więc tylko nogami.

 

Ściernisko wokół przepiórki dokładnie oczyszczano, co miało zapobiec wzrostowi chwastów w zbożu w następnym roku. Gdzieniegdzie w czasie opielania wyrzucano jak najwyżej obcięte resztki słomy ze ścierniska. Miało to spowodować wyrośnięcie wysokiego zboża w przyszłym roku. Po ukończeniu pielenia, układano wokół przepiórki krąg lub rzadziej dwa kręgi z kamieni polnych. Starano się, aby liczba kamieni w kręgu była jak największa, ponieważ miało to wpływać na przyszłe zbiory – ile kamieni ułożono, tyle będzie kop żyta w przyszłych zbiorach.

 

 

Napis ten na stałe wpisał się w krajobraz centrum Białegostoku. ”X lat KPN” umiejscowiony na jednym z budynków na ul. M.C. Skłodowskiej to prawdopodobnie pierwsze graffiti w mieście. Chociaż cechuje się prostotą, ma swój wyjątkowy klimat.

Napis powstał z okazji dziesiątej rocznicę powstania KPN. Owy skrót oznacza Konfederację Polski Niepodległej.-partię polityczną założoną w 1979 roku. Nawiązywała ona do tradycji piłsudczykowskich. Jako pierwsze w tej części Europy posiadała antykomunistyczny charakter. Od początku swej działalności posługiwała się barwami biało-czerwonymi. Godłem KPN był Orzeł Biały w złotej koronie ze znakiem Polski Walczącej na piersi, a hasłem „Wolność i Niepodległość”. 

Napis na białostockim budynku trwa od ponad 30 lat. Każdy kto go zauważy, zwykle nie ma pojęcia, co autor miał na myśli. Przekaz był prosty i jasny. Miał na celu przypomnienie oraz zwrócenie uwagi mieszkańców na istnienie KPN.

Największy przedwojenny dom publiczny w Białymstoku istniał na ulicy Krakowskiej, z pozoru cichej i niepozornej. W budynku Hotelu Metropol swoje żądze zaspokajało setki mężczyzn. ”Ćmy nocne”, jak określano prostytutki, zawładnęły zmysłami, zarówno inteligentów, jak i zwykłych meneli.

 

Nad przybytkiem czuwała Chinka Ginzburg, wdowa po kupcu Szeftelu. Działał on z licznymi przerwami, które wynikały głównie z policyjnych interwencji. W następnych okresach istniały tam  kawiarnia, herbaciarnia a także gabinet ginekologiczny prowadzony przez Karola Ginzburga, dziedzica obiektu.

 

W hotelu Metropol działało coraz więcej młodocianych prostytutek . Grupą przewodziła 14-latka, która trudniła się fachem złodzieja.  Dane magistratu mówią, że w 1925 roku zarejestrowane były w mieście 233 ”córki Koryntu”. Tych zawodowych stwierdzono 84, a dorabiających – 149. Skąd te statystyki?

 

Otóż w powojennej Polsce prostytucja była legalna. Wszystko zmieniło się w czasach carskich. Pierwsze przybytki zamknięto w 1910, ale na szczęście dla klienteli szybko się odradzały. Prostytutki były nadzorowane przez komisje sanitarno – obyczajowe. Te, które uchylały się od rejestracji były ścigane przez specjalnych agentów. Zawodowe otrzymywały specjalne książeczki zdrowia.

 

 

Nad jeziorem Studzienicznym w Augustowie zlokalizowane jest znane w całym kraju Sanktuarium Maryjne. Prowadzi do niego grobla połączona z lądem. Okoliczna wieś o tej samej nazwie co jezioro, powstała w drugiej połowie XVIII w. i do dziś stanowi ważne miejsce odpustowe, zwłaszcza w Zielone Światki. Świętość tego miejsca wiąże się jeszcze z czasami pogańskimi.

 

Początki kultu maryjnego sięgają niezwykłych zdarzeń, które w chwili klęsk żywiołowych, uznane były za cudowne. Pobliska rzeczka zmieniała bowiem kierunek swego prądu, a na drzewie ukazała się Matka Boska. Pod koniec XIX w. wybudowano kaplicę w stylu neoklasycystycznym. Wewnątrz niej mieści się cudowny obraz Matki Bożej Studzieniczańskiej, ukoronowany złotem papieskim w 1995 roku.

 

Jest to XVIII-wieczna kopia dzieła z Częstochowy, a jej autor do dziś pozostaje nieznany. Za jego wstawiennictwem dokonało się wiele uzdrowień fizycznych i duchowych. 9 czerwca 1999 r. Sanktuarium odwiedził szczególny gość – papież Jan Paweł II. Do Studzienicznej przypłynął ON łodzią w dniu wolnym od apostolskiego trudu. Na cześć tego wydarzenia wybudowano pomnik, przedstawiający pielgrzyma z laską i różańcem. Umieszczono na nim pamiętne słowa: ” Byłem tu wiele razy, ale jako papież po raz pierwszy i chyba ostatni”.

Niepokojące zjawisko ma miejsce ostatnimi czasy w Hajnówce. Na ulicach coraz częściej znajdowane są martwe dorosłe ptaki. Jest ich tak dużo, że nieraz ciężko zrobić krok. Trawniki czy skwery pełne są nadgryzionych ciał. Czy mieszkańcy mają się czego obawiać?

 

Władze uspokajają. O epidemii ptasiej grypy nie ma mowy. Jej ostatnie ognisko wykryto bowiem zimą na Śląsku. Od tej pory nie wykryto przypadków zachorowań. Na ptasią grypę zapadają głównie łabędzie, kaczki czy dzikie gęsie. Przez Hajnówkę przebiega rzeka Leśna, nad którą bez trudu można spotkać te gatunki. Martwych przedstawicieli nad nią jednak nie stwierdzono.

 

Jak do tej pory nie odkryto przyczyny masowej śmierci ptaków. Podejrzewa się, że gdzieś w okolicy musi być źródło skażonej wody. Czy to prawda? Wiadomo tyle, że istną wyżerkę mają dzikie zwierzęta, czyli bezpańskie psy i koty. Trzeba też pilnować pupilów podczas spaceru. W każdej chwili do pyszczka może trafić ptasie skrzydełko.

Białystok w okresie międzywojennym nie był łatwym miejscem do życia. Miasto, prócz problemów z zaopatrzeniem borykało się również z problemem przestępczości. Najgorszy okazał się rok 1923. Wówczas to nastąpiła prawdziwa plaga włamań do mieszkań. Takich rabusiów określano jako szniferów.

 

Musieli mieć oni dobrą kondycję fizyczną. W końcu jakoś się wspiąć po krzywych ścianach budynków, gzymsach czy balkonach. Większość z nich wyglądała niepozornie, czasem wręcz nieporadni. Gdy jednak nadchodziła noc zmieniali się nie do poznania. Pewnym krokiem szli po swej łupy, poruszając się ze zwinnością pantery.

 

Nie raz mieli jednak ułatwione zadanie. Latem Białostoczanie zostawiali otwarte okna. Dla złodzieja stanowił wyraźny sygnał do akcji. Wewnątrz mieszkania sznifer musiał poruszać się bezszelestnie, co było nie lada wyzwaniem. Obudzenie domowników nie było mu w końcu na rękę.

 

Jako że szniferzy pracowali głównie w lato, ich pracę można określić jako sezonową. Na pokonanie okien mieli własne patenty. Wyposażeni byli w dłuto, diament do cięcia szkła, a także czyli fachową gumową uszczelka do usuwania fragmentów nadrysowanej szyby. Nazywano ją plastrem złodziejskim.

 

Rabusie ”wpadali” do mieszkań około 2, 3 nad ranem. Sen wtedy bowiem jest najtwardszy. Ich łupami padało wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Nie gardzili ubraniami, ale najcenniejszą zdobyczą była biżuteria i gotówką. Z szafek nocnych znikały nie raz całe majątki. 

Na Podlasiu pobito wiele rekordów Guinnessa. Pora przypomnieć jeden z nich. Owa próba nastąpiła w 2012 r. w Goniądzu nad rzeką Biebrzą i dotyczyła…ptaka.

 

Akcję zorganizował Klub Ptaków Polskich, skupiający rodziny o ptasich nazwiskach. Wraz z przyjaciółmi ułożyli sylwetkę orlika grubodziobego. W wydarzenie zaangażowało się w sumie ponad 2, 5 tys. osób przebranych w brązowe, białe i czarne koszulki

 

Miejsce oczywiście nie było przypadkowe. Biebrzański Park Narodowy to już ostatni bastion w Polsce, gdzie można zobaczyć orlika. W zabawie chodziło więc nie tyle o bicie rekordów, co o zwrócenie uwagi na jego ochronę. Ptak wymaga wilgotnych siedlisk, więc koniecznością jest dbanie o odpowiedni poziom wody, m.in. poprzez regularne koszenie łąk.

Na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego doszło do prawdziwej makabry. Takiego ataku wilków na taką skalę nie notowano na Suwalszczyźnie od lat. Drapieżniki poważnie przetrzebiły stado owiec pasące się w Jeglińcu na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego.

 

Śmierć poniosło blisko 20 zwierząt, a drugie tyle zostało rannych. Obecnie trwa szacowanie strat co nie będzie wcale łatwym zadaniem. Owce po ataku są bardzo nie ufne i nie pozwalają zbliżyć się na krok. Regionalna Dyrekcja Środowiska stara się jednak jak może aby spisać protokół niezbędny do wypłaty odszkodowania.

 

Właściciel stada nie może spać spokojnie. Istnieją bowiem obawy, że wilki powrócą. Wiedzą już przecież, gdzie znajdą swoje ofiary. Na razie nie wiadomo dlaczego doszło do ataku na tak dużą skalę. Uważa się, że jeśli zginie jeden rodzic młodego wilka, drugi idzie na łatwiznę w zdobywaniu pożywienia. Tak też mogło być i w tym przypadku. Obecnie na terenie Wigierskiego Parku Narodowego żyje około 20 wilków. Na terenach tych pojawiają się jednak inne watahy z dalszych stron.

Dekomunizacja trwa w najlepsze. Znikają nazwy ulic związane z okresem Polski Ludowej. W Bielsku Podlaskim zmiany idą jednak opornie.  Ulica 30 Lipca, która zdaniem IPN-u upamiętniała wyzwolenie Bielska Podlaskiego przez Armię Czerwoną nowej nazwy nie dostanie.

 

Większość jej mieszkańców jest przeciwna jakimkolwiek zmianom. Zdanie obywateli wzięto pod uwagę. Na sesji rady miasta odbyło się głosowanie  w tej sprawie. Argumentem za pozostawieniem starej nazwy było to, że 30 lipca zakończyła się w Bielsku Podlaskim okupacja niemiecka.

 

Burmistrz miał jednak inną wizję.  Jego zamysłem było nazwanie ulicy imieniem pierwszego burmistrza Bielska Podlaskiego Wojtkowskiego. To on przez dwa lata po odzyskaniu niepodległości, po pierwszej wojnie światowej sprawował ten urząd. Tę nazwę proponowało również Towarzystwo Ziemi Bielskiej, ale przepadła ona w głosowaniu radnych. Czy stara nazwa zostanie zaakceptowana przez IPN?

Nad rzeką Rospuda przepływającą przez Puszczę Augustowską odnajdziemy owiane tajemnicą ”święte miejsce”. Jego sława sięga jeszcze czasów pogańskich. Ze wzgórza porośniętego lasem iglastym wypływa źródełko o magicznych właściwościach. Na tle świerków nie sposób nie zauważyć drewnianych i kamiennych krzyży. Jeden z nich jest wyraźnie nadpalony, a w miejscu spękań wetknięto monety.

 

Początki ”świętego miejsca” wiążą się z objawieniem świętego Jana. W pewien wiosenny dzień ukazał się on staruszce gdy ta przyprowadziła krowy na łąkę. Cała okolica rozbłysła a wielki dąb runął na ziemię. Wystraszona uciekła i opowiedziała o wszystkim proboszczowi. Wraz z innymi mieszkańcami udali się wszyscy razem z powrotem na polanę. Tam odnaleziono drewnianą figurkę świętego. Z obalonego dębu zrobiono krzyż, który stał się przedmiotem kultu.

 

Od tej pory na dzień św. Jana z odległych zakątków przybywały głównie osoby cierpiące i schorowane. Woda w strumyku miała również zapobiegać przyszłym nieszczęściom. Dzieci kąpały się w rzece a potem zostawiały w niej koszule. Choroba odpływała razem z wodą. Z kolei osoby skarżące się na ból gardła obwiązywali do dolnej krzyża umoczoną chustę. W ten sposób dosłownie zostawiali chorobę.

 

Za carskiego panowania również miało miejsce nietypowe wydarzenie. W miejscowości Kuriany, położonej w sąsiedztwie polany, mieszkał Rosjanin. Zawsze gdy przechodził obok krzyży doznawał ataku szału. Raz nie wytrzymał, nakazując swym pracownikom ściąć je i wyrzucić do rzeki. Te jednak nie chciały płynąć z prądem. Wyglądało to jakby magicznie były połączone z ziemią. Krzyże nadal trzymały się świętego miejsca, więc Rosjanin musiał porzucić swe zamiary na zawsze.

Chaim Sofer założył swą fabrykę czekolady w 1905 r. Nazywany białostockim Wedlem szybko zdobył uznanie wśród lokalnych łasuchów. Przez wiele lat jego lokal znajdujący się na ulicy Sosnowej funkcjonował jako ”Wiedeński”. Firma mogła sobie pozwolić na liczne reklamy w prasie, w których to zapewniano o jakości, świeżości i niskich cenach słodyczy, takich jak karmelki czy chałwa.

 

Największy ruch panował tradycyjnie przed świętami. Na ten okres Chaim Sofer przygotowywał specjalną ofertę. Sprzedawano jaja, zające, kurczątka i baranki czekoladowe. Nie każdego było jednak stać na taki wydatek. W mieście powstał więc czarny rynek. Ktoś w mieście puścił plotkę, że rarytasy z ulicy zawierają truciznę. Cóż…Każdy chciał mieć dla siebie jak największy kawałek…tortu.

 

Centrum miasta pełne było krzykliwych handlarzy. „Paluszki czekoladoweeee! Reklamoweeee! Trzy sztuki za 10 groszyyy!”. Takie o to wołania budziły mieszkańców lokalnych kamienic. Uliczne słodycze najczęściej stanowiły wytwór podziemnych fabryk. Jedna z nich działała na obecnej ulicy Malmeda. Jej właściciel, nijaki Hirsz Ejger ”Czekoladnik” trafił do więzienia. Wcześniej wzbogacił się o niemałą sumkę. Kusił niską ceną i podrabiał etykiety znanych firm. Proste i genialne. Do czasu.

Historia produkcji miodów pitnych na obszarze woj. podlaskiego sięga XIV wieku, kiedy to kronikarz województwa napisał: ”Bielsku karczm miodowych 5, w Narwi karczm miodowych 2, w miasteczku Kleszczele karczm miodowych i piwnych 32”. Miód pitny podlaski wytwarzany jest według tradycyjnych receptur i metod produkcji, co gwarantuje pełną naturalność wyrobu i niezmienny od wieków smak oraz dobroczynne działanie dla ducha i ciała.

 

Podstawowym składnikiem miodu pitnego podlaskiego jest miód pszczeli naturalny oraz soki owocowe, pochodzące z własnej pasieki i certyfikowanych ekologicznych upraw sadowniczych zlokalizowanych w gospodarstwie w miejscu produkcji. To klarowny, słodki napój alkoholowy, wyróżniający się charakterystycznym miodowym aromatem i smakiem, z ewentualnym dodatkiem przypraw ziołowo-korzennych, soków owocowych lub chmielu.

 

Przybiera barwę od złocistej do bursztynowo-rubinowej. Co ważne, zawartość alkoholu waha się od 9% do 18%. Fermentacja trwa ok. czterech tygodni, a leżakowanie od roku do kilku lat. Gdy miód pity stanie się w pełni klarowny i gdy osiągnie wymagane cechy organoleptyczne, jest rozlewany do butelek szklanych lub ceramicznych.

Wcale nie trzeba jechać nad morze aby zobaczyć wydmy. Wystarczy udać się do powiatu zambrowskiego, w okolice wsi Grądów – Woniecko. Wędrujące wyspy stanowią cenny zabytek archeologiczny. Pozostawił je wycofujący się lądolód.

 

Wydmy były zasiedlane przez już w epoce kamienia. Ślady po przodkach odnajdziemy do dziś.  W piasku dostrzeżemy kręgi po paleniskach, ale także części ceramicznych naczyń i niewielkich narzędzi z krzemienia. Najstarsze z nich pochodzą z epoki mezolitu, a znaczy to, że powstały około 8 – 5 tys. lat p.n.e. Odnaleziono ponadto pozostałości po późniejszym osadnictwie, przypadającym na okres kultury łużyckiej, czyli wczesnej epoki żelaza.

 

Charakterystycznym elementem krajobrazu nadrzecznych wydm są różne gatunki traw, które niwelują małą stabilność podłoża. Ekosystem wydm jest jednak zagrożony przez różnego rodzaju zaburzenia. Regeneracja uszkodzonej czy zadeptywanej roślinności jest niezwykle powolna.

Piernik to twarde, ciemnobrązowe ciasto, w którego skład wchodzi m.in. mieszanka mąki pszennej i żytniej, jaja, karmelizowany cukier, miód oraz przede wszystkim przyprawy korzenne, jak pieprz. Nazwa wywodzi się wiec od staropolskiego słowa ”pierny”, czyli pieprzny. Zazwyczaj kojarzą się nam z Toruniem, ale Podlasie też może mieć swoje własne i to w stylu eko.

 

Wytwarzane byłyby z popularnej ostatnimi czasy mąki żołędziowej, która już jest produktem regionalnym. Można ją przygotować w domowym zaciszu. Cały proces trwa tylko pół godziny więc raczej nie spędzimy całego wieczoru w kuchni. Najpierw żołędzie należy jednak moczyć kilka godzin w ciepłej wodzie. Potem trzeba pozbyć się garbników. Wówczas żołędzie przestaną być gorzkie. Dopiero wtedy przystępujemy do suszenia. Po nim oddzielamy skorupkę i prażymy wnętrze żołędzi. Gdzie to zrobimy zależy już od nas samych – na patelni lub w piecu . Pozostało tylko wszystko doprawić.

 

Do tej pory pierniczki żołędziowe często gościły na okolicznościowych stołach. Wykorzystywano je również jako ozdobę świątecznych choinek. Czy pierniczki z mąki żołędziowej mają szansę stać się regionalnym przysmakiem?

Przeszukując czeluście internetów natrafiamy często na próby bicia rekordów Guinnessa przez mieszkańców Podlasia. Jedna z nich miała miejsce 2 lata temu. Konkurencja brzmiała następująco: ”Największy obszar łąki skoszony zestawem 3 kosiarek dyskowych w 8 godzin”.

 

Białostocki producent kosiarek przygotowywał się do próby przez miesiące. Przede wszystkim trzeba było spełnić warunki nałożone przez kapitułę i odszukać łąkę o powierzchni około 140 ha w jednym kawałku.  Odnalazła się ona na terenach łąk torfowych w Goślubiu, a więc w województwie łódzkim. Trochę daleko od Podlasia ale cóż…

 

Na kwadrans przed regulaminowym zakończeniem czasu ze względu na bardzo dużą nierówność terenu ciągnik ”zaliczył dziurę”  pikując kosiarką głęboko w ziemię. Po błyskawicznej reakcji naszych serwisantów listwa została oczyszczona z ziemi i trawy, po czym maszyna ruszyła do dalszej pracy. Ostatecznie doczekano happy end. Maszyny pobiła rekord dzięki czemu pewnie jej sprzedaż znacząco wzrosła

W międzywojennym Białymstoku żaden mężczyzna nie miał problemu ze znalezieniem domów rozkoszy. Wystarczyło spytać dorożkarza, recepcjonistę czy nawet bufetową, aby otrzymać konkretne namiary. Większość przybytków zlokalizowana była w najuboższej dzielnicy, Chanajkach.

 

Duża przestępczość okolicy nikomu nie przeszkadzała. Policja i urząd sanitarny co rusz zamykały rozpustne lokale, ale po kilku tygodniach powstawały nowe. Sutenerzy znaleźli również sposób na obławy. Gejszom, gdyż nazywała ich lokalna prasa, załatwiano legalne zameldowanie, więc mogły przyjmować kogo tylko chciały.

 

Jedną z najbardziej znanych gejsz w Białymstoku była nijaka Dejla Jewrejska, znana ze swego ognistego temperamentu. Panowie w wyniku intymnych spotkań oprócz pieniędzy tracili również zdrowie. Upodobała sobie również plakaty filmowe z kina Modern. Wieszała je w swym pokoju, aby klienci mieli porównanie, że obcują z naprawdę piękną kobieta, która niczym nie różni się od gwiazd z ekranu. Pracownicy kina myśleli zaś wcześniej, że fotosy kradnie im konkurencja. Jakież musiało być ich zdziwienie.

 

Gejszą nie zostawało się ze zwykłej zachcianki. Nieraz była to jedyna szansa na zarobek. Zerwanie z procederem natomiast było trudniejsze niż się wydaje. Przekonała się o tym Sara Siedlecka, która poślubiła, na pozór wspaniałego Berela Robotnika. Teściowa, niedługo po ślubie młodych zapragnęła otworzyć spelunkę. Sara zaś musiała spełniać wszystkie zachcianki gości. Gdy się nie godziła była dotkliwie bita przez kochaną teściową i swego męża. Dziewczyna nie wyobrażała sobie takiego dalszego życia i postanowiła opuścić miasto na zawsze.

Cerkiewne dzwonienie jest ginącą na ziemiach polskich tradycją, polegającą na tworzeniu kompozycji wygrywanych na tych instrumentach. Aby ocalić zjawisko od czarnego scenariusza Muzeum Ikon w Supraślu Międzynarodowy Festiwal Cerkiewnego Dzwonienia „Obwieszcza, wychwala, nawołuje”.

 

W prawosławnej tradycji dźwięk z dzwonu wydobywa się poruszając jego sercem. Dzwonnik pociąga za sznury, ale to już od siły i precyzji uderzenia zależy brzmienie. W prawosławiu dzwony wzywają na nabożeństwa, brzmią zależnie od okresu liturgicznego: na Wielkanoc radośnie, a w Wielkim Poście spokojnie.

 

Dzwonienie to sztuka, w której liczy się nie tylko umiejętność skomponowania melodii, ale i zdolności manualne.  W ciągu 15-u minut zawodnicy mają szansę zaprezentować swe zdolności. Niektórzy chronią słuch nausznikami, innym wystarcza wata w uchu. Festiwal odbywa się co dwa lata. Organizatorzy dbają bowiem o zachowanie wysokiego poziomu i atrakcyjności festiwalu, aby po prostu się nie znudził.

 

 

W okresie PRL-u 22 lipca był najważniejszym dniem w kalendarzu. Dla przeciętnego człowieka to tylko jeden z nielicznych dni wolnych. Rocznicę ogłoszenia w 1944 roku Manifestu Lubelskiego PKWN uważano za Narodowe Święto Odrodzenia Polski. Z tego powodu jego nazwę nadawano zakładom pracy i ulicom. Tak też było i w Białymstoku.

 

30 maja 1947 r. rada narodowa tak właśnie przekształciła ulicę” Św. Rocha. Według nich poprzednia nazwa nie miała żadnego związku z rzeczywistością. Kościoła więc nie zauważyli…Do starej nazwy na szczęście wrócono po zmianie ustroju. 

 

Dla Kowalskiego data ta kojarzyła się głównie z lepszym niż w inne dni zaopatrzeniem sklepów. Na kiermaszach pojawiały się bowiem takie towary deficytowe jak…papier toaletowy. Najlepszym robotnikom nadawano medale, lecz otrzymywali też talony i przydziały na dobra określane jako luksusowe.

 

Rok obrzędowy na Podlasiu wyznaczony był na przełomie XIX i XX w. wyznaczony przez kalendarz liturgiczny. Wiele zwyczajów na pewno znacie, ale jeśli nie mieszkacie na wsi, o niektórych raczej nie słyszeliście. Tak być może z dniem świętej Tekli.

 

Czci się ją 23 września, kiedy to należy rozpocząć kopanie ziemniaków. Czasu rolnicy mają niemało, bo aż do 15 października. Do dziś w małych miejscowościach można usłyszeć powiedzenie ” W dzień świętej Tekli, ziemniaki będziem jedli”. Czy wcześniejsze wykopki mogły przynieść pecha. Należy w to wątpić, ale tradycja musiała być podtrzymana. 

 

Kim była św. Tekla? Wyznawcy prawosławia uważają ją za pierwszą męczennicę. Wiążą się z nią liczne niezwykłe opowieści. Wielokrotnie cudem unikała śmierci. Miała zostać spalona na stosie za zerwanie zaręczyn, lecz egzekucję przerwał deszcz. W Rzymie natomiast, rzucona na pożarcie lwom, wyszła z opresji bez szwanku. Zwierzęta bowiem nie były głodne. Uciekając przed cesarskimi  prześladowcami, natrafiła na wielki blok skalny. Dzięki modlitwom ten się rozstąpił, tworząc wąwóz. 

Tak, to nie żaden fake news. Afrykański pomór świń nadal szaleje na Podlasiu. Przenoszona przez białoruskie dziki zaraza spędza sen z powiek podlaskim gospodarzom. Lokalni działacze wystosowali wcześniej pismo do pani premier Beaty Szydło w celu utworzenia specjalnej grupy do walk z dzikami. 

 

Teraz pojawiła się propozycja użycia Wojsk Obrony Terytorialnej. W końcu chrzest bojowy nowych oddziałów utworzonych przez Antoniego Macierewicza musi kiedyś nastąpić. Ich zadaniem miałby być odstrzał dzików. W niektórych miejscach konieczny jest nawet całkowite usunięcie populacji tych zwierząt. Aż przypominają się słowa piosenki z dzieciństwa ”Dzik jest dziki, dzik jest zły”. 

 

Na razie wszyscy oczekują na decyzję Ministra Obrony Narodowej. Rolnicy i nie tylko twierdzą, że innego wyjścia po prostu nie ma. Nie chcą już dłużej być zdania na pastwę losu. Dziki nie są bowiem ”świętymi krowami”.

Czarna Hańcza to malownicza rzeka przepływająca przez Suwalszczyznę. W zeszłym roku zdobyła w prestiżowym konkursie miano rzeki roku. Skąd się wzięła jej nazwa?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z plemieniem Mazowszan. Nad brzegiem rzeki toczono niezwykle zacięte boje.  Krew mogłaby wypełnić do pełna jego koryta. Armia litewska popadła w tarapaty. Jeden po drugim padał od celnych strzałów z łuku. Wielki Książę Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Oznaczają one ”dosyć tutaj”.

 

Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze”powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Ci trochę je zniekształcili przez swój nieco twardszy język. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia.

 

W międzywojennej Polsce odskocznią od szarej codzienności były używki, w tym narkotyki. Najwięcej ich miłośników było rzecz jasna w Warszawie. Kokainę i morfinę kupowali głównie artyści, ale także arystokraci i wojskowi. Również w Białymstoku chętnych nie brakowało. Z tego też powodu w 1922 r. wprowadzono zakaz sprzedaży owych specyfików bez recepty. Spowodowało to powstanie czarnego rynku. Za gram kokainy trzeba było zapłacić 10 zł.

 

Pojawiły się również próby fałszowania recept. Liczna uzależnionych lawinowo rosła. 3 lata przed II Wojną Światową w mieście wybuchła afera. Naczelny Lekarz Ubezpieczalni Społecznej wypisywał według śledczych recepty na lewo i prawo. Okazało się, że on i jego sekretarka, która realizowała recepty byli narkomanami.

 

Z kolei właściciel apteki w Wasilkowie prowadził w domowym zaciszu własną wytwórnię używek. W nielegalnym laboratorium odnaleziono głównie środki odurzające i przeciwbólowe. Chociaż postawiono mu wiele zarzutów, m.in. za dilerkę, skończyło się grzywną w wysokości 500 zł za…brak księgi rozchodów.

 

Popyt na narkotyki nie mógł uciec uwadze przemytnikom. Farmaceutyki sprowadzano głównie z Niemiec. Jednym z punktów składu była Łomża. Tam na czele kontrabandy stał właściciel składu aptecznego. W czasie nalotu na jego mieszkanie odkryto ogromną ilość środków nasennych i torebek kokainy. W gotówce miał ponad 200 tys. zł.

Ulica Grunwaldzka w Białymstoku uformowała się na przełomie XVIII i XIX wieku, czyli w tym samym czasie co sąsiadująca z nią dzielnica biedy – Chanajki. Nie mieszkali w niej jednak sami Żydzi, a skład narodowościowy był bardzo zróżnicowany.

 

Wcześniej nazywała się Kaflową, prawdopodobnie od powstałej w 1847 r. fabryki kafli Jana Kucharskiego. W swej ofercie, jeśli wierzyć dawnym ogłoszeniom, miał również stawienie pieców i kominków. Firma ta prężnie się rozwijała, ale wszystko zniweczył wybuch wojny. Po zakończeniu konfliktu synowie Jana doprowadzili przedsiębiorstwo do rozkwitu.

 

Zajęcie w fabryce znalazło ponad 80 osób, a produkty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem w całym kraju. Kucharscy dbali o swoich pracowników. Utworzyli chociażby świetlicę, w której to organizowano warsztaty i przedstawienia teatralne. Powstał również żłobek, przedszkole, biblioteka i łaźnia.

 

Oprócz kaflarni na Grunwaldzkiej działały również inne przedsiębiorstwa. Odnaleźć tam można było fabrykę sukna, gwoździ, a także tkalnię. Nie brakowało lokali usługowych. Dzięki masarni czy sklepie z alkoholem ulica tętniła życiem. Nie każdemu jednak wiodło się dobrze. Piękne domy przeplatały się z zaniedbanymi czynszówkami, w których to mieszkali też złodzieje.

W Białymstoku spośród tysięcy budynków, ten zasługuje na szczególnie uznanie. Jest bowiem jedyny w mieście. Na dom z gliny i słomy zdecydowała się 3 lata temu jedna rodzina.

 

Na budowie oczywiście cegieł musiało zabraknąć. Bez piasku jednak ani rusz. Potrzebny był on w ilości 9 ton. Do tego 3 razy mniej gliny, sprasowana słoma i można było działać. Naturalne zdrowe materiały stanowią gwarancję ciepła. Zapomnieć można o przykrościach związanych z wilgocią i grzybami, gdyż ściany doskonale przepuszczają powietrze. Całkowity koszt budowy jest ponad 2 razy mniejszy niż przy standardowych budowach.

 

Ekonomia jednak nie przemawia do innych ludzi. Największe obawy wzbudza kwestia łatwopalności słomy. Tak naprawdę w postaci skompresowanej nie powoduje większego zagrożenia. Zachowuje się bowiem jak drewno klejone. Bez stałego źródła ognia sama się wygasza.

 

 

Jednym z najpopularniejszych kierunków obieranych przez białostockich urlopowiczów w latach 30. była Gdynia. Eskapady do portu były organizowane przez lokalny oddział Orbisu, mieszczący się wówczas na ulicy Sienkiewicza. Swoją cegiełkę dokładały również władze PKP.

 

To dzięki nim można było się przejechać pociągami dancing-bridge, które zapewniały, jak sama nazwa wskazuje, liczne rozrywki nie konieczne związane z samą turystyką. Oferta przez kilka miesięcy była reklamowana w lokalnych mediach. Klientów wabiono orkiestrą i obietnicą taniego bufetu z barem. Na dziewiczą przejażdżkę zgłosiło się ponad 400 chętnych. Konieczne było dostawienie dodatkowych dwóch wagonów. Ile kosztowały uciechy? Koszt przejazdu II klasą wynosił 31 zł, a III – 20,50 zł. Jak na tamte czasy, ceny nie należały do wywindowanych.

 

Pierwszy kurs ruszył przez Warszawę do Gdyni 3 czerwca 1933 r. Wraz z ruszeniem lokomotywy rozpoczęła się prawdziwa impreza. Śmiechom nie było końca. Cytując Mickiewicza były tam ”tańce, hulanki, swawola”. Po kilkudniowym zwiedzaniu atrakcji portu rozbawione towarzystwo wróciło do stolicy Podlasia 6 czerwca.

 

Rok później zorganizowano kolejną edycję pociągu-śmiechu. Tym razem bilety można było nabyć także na białostockim dworcu. W dodatku do pociągu miał być dołączony ekskluzywny wagon restauracyjny z  potrawami w bardzo korzystnych cenach. Kieliszek wódki miał kosztować 30 gr, zaś kanapka – 15. Impreza w pociągu nie była jednak tak udana jak sprzed roku.  Podczas trwania wycieczki nadeszła wiadomość o śmiertelnym zamachu w Warszawie na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Powaga w takiej chwili była koniecznością.

Międzywojenna ulica Grochowa w Białymstoku mimo faktu, że przecinała się w główną ulicą miasta, a więc Lipową, miała niewielkie znaczenie handlowe. Nazywano ją wcześniej Grochowym Zaułkiem, co też pewnie miało znaczenie, przy wyborze miejsca pod lokal usługowy. 

 

Było ich zaledwie dziesięć. Na innych równie krótkich uliczkach swoje firmy prowadziło kilkudziesięciu przedsiębiorców, jak choćby na ul. Kilińskiego. Różnica jest więc kolosalna. Na Grochowej można było chociażby kupić wodę sodową czy zrobić sobie zdjęcie.

 

Przed II Wojną Światową tylko trzech mieszkańców ulicy miało telefon. Byli to Chaim Kapłan, dentystka Rachela Zabłudowska i Serok Chaim – właściciel składu papierów. Wszyscy mieszkali w tym samym budynku, zresztą jedynym podłączonym do magistrali.

 

O dziwo Grochową ominęła zmiana nazwy za czasów okupacji sowieckiej. Co się odwlecze, to nie uciecze. Niemcy mianowali ją ulicą…Krecią. Jakie były ich motywy tego nie nikt do dnia dzisiejszego. 

Już po raz dwunasty na drohiczyńskiej ziemi odbędzie się Zlot Wojowników Słowian, Bałtów i Wikingów. Nad Bugiem od 8 lipca czekają więc nie lada atrakcje dla wszystkich pasjonatów historii.

 

Takie imprezy to idealne połączenie przyjemnego z pożytecznym. To coś innego niż zdobywanie wiedzy z podręczników. Na własnej skórze można przekonać się jak wyglądało życie we wczesnym średniowieczu. Służyć będzie do tego specjalnie odtworzono wioska rzemieślnicza. Odwiedzimy  warsztaty rzemieślnicze kowala bądź garncarza. Nie zabraknie też…wróżki.

 

Na drohiczyńskim zlocie wojowników jest nie tylko rzemieślnicza praca i wojownicza rywalizacja ( rekonstrukcja napaści Polan na Drohiczyn przewidziana jest w sobotę 8 lipca. Jest również miejsce na zabawę. O nią zadbają zespoły muzyczne. Ten rekonstrukcyjny festiwal historyczny łączy pasjonatów historii – ludzi, którzy na te kilka dni mogą przenieść się w tak odległe, a jednocześnie tak bliskie im średniowiecze.

 

Bocianom nic nie przeszkadza. Ani hałasy przejeżdżających samochodów, ani kapryśna pogoda. Ptasie gniazda w podlaskich wsiach wszystkie są zajęte. Najczęściej przez rodziny wielodzietne. Cztery młode to tegoroczny standard.

 

Teraz przed zgrają potomków nie lada wyzywanie. Trzeba nauczyć się latać. Podlasie to tylko przystanek. Najpierw jednak należy porządnie się najeść. Pokarmu na podlaskich wsiach nie brakuje. Łąki i bagna pełne są bocianich przysmaków. Mokra wiosna sprawiła, że stanowią one krainę dostatku dla ptaków.

 

W ostatnich latach populacja bocianów spadła, wszystko przez susze. Ostatnia dekada to upływ ponad dziesięciu tysięcy par. Teraz pora na wyż demograficzny. Ile dokładnie nowych bocianów pojawiło się w kraju będzie wiadomo za 3 tygodnie kiedy to Towarzystwo Ochrony Ptaków skończy spis ptaków.

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nałożyło na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies. Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez podlaskie.tv, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW. Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono AAOO.pl Kamil Gopaniuk z siedzibą w Białymstoku, 15-875 Białystok, ul. Kalinowskiego 8/51 Cele przetwarzania danych 1.profilowanie i cele analityczne 2.świadczenie usług drogą elektroniczną 3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań 4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach 5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług Podstawy przetwarzania danych 1.profilowanie oraz cele analityczne – zgoda 2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi 3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych Odbiorcy danych Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa. Prawa osoby, której dane dotyczą Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą. Informacje dodatkowe Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności" Polityka prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close