Featured Video Play Icon

Uczniowie ZSOiZ w Mońkach mają swój autobus. Prosto z USA!

W 1999 roku w Polsce miały miejsce cztery reformy – administracyjna, zdrowotna, emerytalna i edukacyjna. Ta ostatnia polegała przede wszystkim na przywróceniu gimnazjów (które funkcjonowały przez wojną), tyle że w nowej formule. Teraz uczniowie po 6 latach podstawówki mieli iść na 3 lata do gimnazjum, a potem na 3 lata szkoły średniej. Dziś po tej reformie nic nie zostało – jest tak samo jak było wcześniej – 8 lat podstawówki, a potem szkoła średnia. Nie mniej jednak, gdy reforma wchodziła w życie, to uczniowie, rodzice i nauczyciele otrzymali w 1998 roku broszury informacyjne od Ministerstwa Edukacji, które wyjaśniały na czym zmiany będą polegać. Jako że byłem pierwszym rocznikiem, który do ów gimnazjum miał iść, to pamiętam wszystko dokładnie. Najbardziej pamiętam podwójne rozczarowanie.

Na okładce tej broszury informacyjnej był charakterystyczny autobus, na wzór takiego żółtego z USA w którym wesołe dzieci jechały do szkoły. Jako 12-latek uwierzyłem, że do gimnazjum wszyscy będziemy jeździć takimi samymi autobusami jakie znam z amerykańskich filmów. 1 września wszystko stało się jasne. Do szkoły miałem 450 metrów drogi i nikt tam podwozić mnie nie będzie. Kolejne rozczarowanie przyszło już w późniejszych latach. To było rozczarowanie państwem polskim, gdy zobaczyłem, jak wyglądają polskie „gimbusy”. Były to ohydne, pomarańczowe stare autosany, które wcześniej widziałem na dworcach PKS tyle że w innych barwach. Dlatego, gdy teraz widzę zakup uczniów ZSOiZ w Mońkach, to bardzo ich rozumiem i wcale się im nie dziwie. Uczniowie, którzy dojeżdżają do szkół powinni móc to robić w wygodnych i bezpiecznych warunkach. Stare, dymiące graty były zaprzeczeniem tego.

Amerykański, żółty autobus w Mońkach wykorzystywany będzie nie tylko do transportu. To prawdziwa promocja szkoły, miasta i całego powiatu. Młodzież, która dokonała zakupu samodzielnie organizując zbiórki chce, by pojazd obecny był na wszelkich wydarzeniach. Autobus, który widzicie nie był szczególnie drogi. To zaledwie 5500 dolarów. Uczniowie przez internet zebrali 30 000 zł. Należy sobie jednak zadać pytanie – czy to nie jest wstyd dla władz państwowych i samorządowych, że ludzie w kółko muszą się na coś zrzucać? Ilość pieniędzy, które wydawane są z naszych podatków poprzez budżet państwa i samorządy zupełnie by wystarczyła na te wszystkie sprawy, które przecież służą całej lokalnej społeczności. Tymczasem często topione są niczym w studniach bez dna.

Dlatego uczniom z Moniek należą się szczere gratulacje. Udało im się zrealizować marzenie, udało im się zaktywizować lokalną społeczność, udało się wspólnie osiągnąć zamierzony cel. Zrobili coś, o czym wielu samorządowych i państwowych urzędników (od podobnych spraw) mogłoby tylko pomarzyć.

Featured Video Play Icon

Zapora na granicy to nowa atrakcja turystyczna? Już przyciąga ciekawskich.

Jeżeli pamiętacie film pt. Miś, to tam była taka scena, w której zepsuł się tramwaj. Zaraz po tym urządzono ludziom na czas usuwania awarii koncert „Wesołego Romka”. Konferansjer stwierdził, że „awaria jest też jakąś okazją”. I ta scena przyszła nam na myśl, gdy się okazało, że wielka zapora na granicy, co prawda jeszcze nie chroni napływem nielegalnych migrantów, ale jest już atrakcją turystyczną.

Oczywiście wszyscy czekamy na to aż zamontowana zostanie pełna elektronika, która ma wzmocnić ochronę granicy. Wiadomo już, że skróci ona czas reakcji na nielegalne przekroczenie. Ale czy cały proceder zatrzyma? To dopiero wyjdzie w praktyce. Jako ciekawostkę możemy dodać, że podobna zapora stoi również na terenie Białorusi (nie wiadomo po co). Jednak nie wszyscy wiedzą, że jest ona pod napięciem elektrycznym. Nie jest to oczywiście napięcie, które zrobi krzywdę człowiekowi. Działa bardziej jak pastuch.

Obecnie nielegalni migranci próbują forsować polską zaporę górą, dołem i bokiem (przez rzekę). Już teraz widać, że dobrze by było położyć asfalt na nowej drodze przy samym płocie aby uniemożliwić podkopy, samą barierę podłączyć pod prąd, by nie można było na nią wejść, zaś rzeki zarybić piraniami. Wtedy być może to coś da. Bo jak na razie to czekamy na zimę. Ujemne temperatury i śnieg to jedyne bariery, które do tej pory wykazały swoją skuteczność. Sam płot skutecznie przyciąga turystów i nie zniechęca migrantów.

Czy beton z Rynku Kościuszki kiedyś zniknie i zostanie zastąpiony zielenią?

Presja ma sens. Można to zauważyć nawet na Rynku Kościuszki.

Epidemia koronawirusa, wojna na Ukrainie, ogromna inflacja, a także prawdopodobne w przyszłości niedobory surowców, blackouty, a nawet i kryzys uchodźczy z powodu braku jedzenia i wody. To wszystko spowodowało i powodować będzie także przez kolejne lata, że wszyscy zaczynają przymykać oczy na postępujące zmiany klimatyczne. Rekordowe temperatury w Europie Zachodniej, susze, gigantyczne ulewy z powodziami, tornada i inne gwałtowne zjawiska pogodowe nie znikną na życzenie. Tak samo jak kryzysy same się nie rozwiążą, a wojna jeszcze długo nie ustanie.

Te wszystkie ważne wydarzenia światowe mają także mocny wpływ na nasz region, województwo podlaskie. Szczególnie, że nie wytwarzamy zbyt dużych pieniędzy na tle Europy, a nawet w samej Polsce. Przez to ciężej jest nam się bronić przed tym wszystkim, ale w naszym zasięgu jak najbardziej jest wiele rozwiązań, dzięki którym wiele ciężkich spraw przejdziemy bez większych szkód.
O ile nie mamy bezpośredniego wpływu na pogodę, to dzięki naszej przyrodzie, której się nie pozbyliśmy „w imię rozwoju”, na tle innych rejonów Polski jest u nas ciągle stabilnie. Ale nie oznacza to, że będzie tak cały czas. Bezczynność spowoduje, że za kilka lat dołączymy do takich rejonów kraju, w których rzeki pousychały. Wystarczy spojrzeć na mało rozwinięte Podkarpacie, gdzie ostatnio wielka rzeka San pozostała bez wody.

4 lata temu pisaliśmy, o tym, że w Białymstoku lasy się wycina a nie sadzi, stąd usuwamy miejsca, gdzie natura gromadzi nadmiary wody. Rzeka Biała natomiast jest wyregulowana, przez co podczas deszczu zamienia się w rynnę, przez co potencjalnie pitna woda szybko spływa dalej, by finalnie trafić do słonego Bałtyku. Już pomijamy fakt, że my tą samą pitną wodą spłukujemy sedes. Bo gdyby spojrzeć, ile życiodajnej substancji marnujemy, to złapalibyśmy się za głowę. Szczególnie, że woda z oceanów i mórz nie nadaje się bezpośrednio do spożywania.

Czy Rzeka Biała wsiąknie? Duże prawdopodobieństwo jeśli nic nie zrobimy.

Regularnie jeździmy po Podlasiu i wiemy, że problemu z wodą w rzekach jeszcze nie ma, ale jest inny. Wszystkie lasy – także Puszcza Białowieska są suche jak wiór, zagrożenie pożarowe jest wysokie. Zainwestowano w szybkie wykrywanie zagrożeń, ale w likwidację u źródła już nie. Powinniśmy jak najszybciej wodę gromadzić tak, by podnieść jej poziom, aby lasy mogły się nawodnić.
Tymczasem w naszym regionie dalej króluje beton, który później podczas upałów trzeba chłodzić. Koronnym przykładem jest tu Rynek Kościuszki, który zabetonowano w 2010 roku. Wtedy wydawało się to bardzo eleganckie i schludne, dziś już wiemy, że tej „ozdoby” trzeba się jak najszybciej pozbyć. Najlepiej byłoby w całe otoczenie centrum miasta wkomponować dużo zieleni. Powtarzamy to już któryś raz z kolei i nadal będziemy powtarzać, bo widzimy, że presja ma sens.

Regularnie wyśmiewaliśmy wylewanie wody na Rynku Kościuszki. Teraz spacerując możemy zauważyć, że coś ruszyło w głowach urzędników. Nowoczesne urządzenia tworzą „mgiełkę”. Woda nadal się zużywa, ale już nie tyle co dawniej. Nie oznacza to, że mamy satysfakcję. Będziemy ją mieli, gdy pod wpływem presji zaczną skuwać beton. Ale do tego potrzeba więcej takich jak my.
Trudno oczekiwać, że od naszego tupania nogą i zamykania oczu, problemy same się rozwiążą. Dlatego róbmy to, co jest w naszym zasięgu. Zadbajmy o naszą lokalną ojczyznę, wpływajmy na urzędników – piszmy do nich maile, żądajmy, udostępniajmy, protestujmy, komentujmy. Najgorzej jest wtedy, gdy ignorujemy, bo wtedy inni decydują za nas.

Trawa zamiast betonu na Rynku Kościuszki? Czas wracać do natury!

fot. Adam Ludwiczak, UM Białystok

Mieszkańcu! Odpoczywaj pośród huku samochodów. Prezydent zbudował mini-park.

Każdy, kto znajdował się nieopodal białostockiej obwodnicy czyli przy tak zwanej „Trasie generalskiej” doskonale wie jak bardzo głośne jest to miejsce. Huk nieustannie przejeżdżających samochodów jest nie do zniesienia. Dlatego już sama jazda rowerem wzdłuż tej trasy nie należy do zbyt przyjemnych. Tymczasem Tadeusz Truskolaski, prezydent Białegostoku zafundował mieszkańcom przy samej obwodnicy park kieszonkowy. Ciężko tamtędy jechać rowerem, a włodarz wpadł na pomysł by można było tam posiedzieć.

Gdy oficjalna strona miasta komunikuje białostoczanom o nowościach, to zwykle jest to opatrzone jakimś komentarzem czy to prezydenta czy jego zastępcy. Nie inaczej było z komentarzem do parku kieszonkowego. Tu postanowił się wypowiedzieć sam Tadeusz Truskolaski. Nazwał park przy głośnej obwodnicy – urokliwym miejscem. Najśmieszniejsze jednak było drugie zdanie – Zieleni w mieście nigdy dosyć, więc staramy się, aby jej wciąż przybywało. – powiedział człowiek, który zadecydował o wycięciu mnóstwa drzew oraz zabetonowaniu centrum miasta, czego odczuwamy teraz negatywne konsekwencje.

A sam park kieszonkowy mieszczący się przy Andersa polecamy odwiedzić w stoperach. Może rzeczywiście będzie tam wtedy przyjemnie siedzieć. Koszt inwestycji (z roczną pielęgnacją nasadzeń) wyniósł ponad 627 tys. zł.

Czy Białystok pójdzie po rozum do głowy czyli drogą Wiednia?

Betonoza w Podlaskiem ma się całkiem dobrze. Tylko ostatnio pisaliśmy o tym jak wybetonowano plac w Łapach, ale to nie jest jedyny przykład z ostatnich czasów. Taki sam los spotkał główne skrzyżowanie w Choroszczy przy kościele, gdzie park zastąpiono betonowym placem. Pozbyto się również zieleni przy Komendzie Wojewódzkiej Policji przy i tak kompletnie zabetonowanej ulicy Sienkiewicza w Białymstoku. Wszystkich przykładów tego typu inwestycji z ostatnich lat można mnożyć na pęczki.

Druga strona medalu

Są dwie strony medalu, jedna jest taka, że Białystok i ogólnie cały region po II wojnie światowej był kompletnie zdewastowany zarówno przez Niemców jak i Rosjan. W latach powojennych nastąpiły czasy PRL-u, a w raz z nimi odbudowa kraju w stylu sowieckim. Wszystko co przetrwało, a stanowiło element dziedzictwa kraju zostało przez komunistów gęsto „zasłonięte” drzewami. Do tego dobudowano resztę. My i tak mieliśmy szczęście, że u nas projektował Bukowski. Jest wiele miejsc w kraju, gdzie pośrodku dawnej architektury stoją bloki z betonowych płyt. I tak spacerując przez Pałac Branickich w Białymstoku, a dawniej także w okolicach białostockiego ratusza oraz wielu innych miejsc, obserwowaliśmy tą wyjątkową architekturę nieco zasłonięta.

Dlatego we współczesnych latach nastąpiło odwracanie tego trendu i zaczęto wszystko odsłaniać. Wycinano masowo dojrzałe, ogromne drzewa, a zamiast tego zaserwowano nam elegancką kostkę brukową. Beton sprawił, że w otoczeniu stało się niezwykle schludnie. Ponadto można było poczuć się tak jak na zachodzie, gdzie tego typu rozwiązania dominują we wszystkich większych miastach. I tak oto symbolicznie odcięliśmy się od sowieckich wynalazków.

Kolejną rzeczą, którą mieliśmy w PRL-u było dokładnie to, co przywracamy dzisiaj. Czyli opakowania nadające się do recyklingu. Dawniej nie dało się kupić wędliny czy sera zapaczkowanych, a wszystko było zawijane w papier. Wszelkiej maści napoje występowały natomiast wyłącznie w szkle. Pewną ciekawostką była oranżada w woreczku foliowym. To wszystko zamieniliśmy na plastik. My jeszcze jakoś się jednak hamujemy. W takiej Japonii, w folie paczkowane są nawet owoce czy warzywa pojedynczo! Tak czy siak jako świat zaczęliśmy produkować na potęgę, zaczęliśmy zużywać na potęgę, zaś razem z wytworzonymi przedmiotami produkowane było ciepło. I tak cały świat podgrzał atmosferę. Opakowania plastikowe natomiast pływają w coraz większych ilościach w oceanach. Ostatecznie spożywamy razem z wodą mikrocząsteczki plastiku. Rocznie jest wielkość karty do bankomatu.

Dlatego dziś jesteśmy w sytuacji, gdy możemy siedzieć na podgrzanym do czerwoności Rynku Kościuszki, by w kompletnym skwarze popijać kawę z plastikowego kubczeka i zajadać się lodami z plastikowymi łyżeczkami (dawniej były do tego drewniane patyczki). Świat opakowań to tylko jedno. Żeby chłodzić te zabetonowane place, w ostatnich latach władze używały kurtyn wodnych i wylewały wodę pitną (bo innej nie mamy) żeby wszystko chłodzić. Opanowało nas kompletne marnotrawstwo.

Wycieczka do Wiednia

Jeżeli ktoś był w Wiedniu, to doskonale zdaje sobie sprawę, że jest on dokładnie tak samo zabetonowany jak Białystok i mierzy się z tymi samymi problemami co my. Tam jednak postanowiono przeciwdziałać. Dokładnie rzecz biorąc, w 2018 roku rozpoczęto pierwsze inwestycje polegające na przebudowie zabetonowanych miejsc w taki sposób, by dawały cień. Sadzono drzewa, tworzono zielone miejsca, zamykano ulice zmieniając je w skwery z alejkami dla pieszych i rowerzystów. Ogólnie rzecz biorąc zadziałano radykalnie. Toteż efekt końcowy również taki był. Obniżono temperaturę w mieście o 6 stopni!

Należy sobie zadać pytanie. Czy powinniśmy iść drogą Wiednia czy trwać w betonozie? Zadajcie sobie to pytanie, gdy będziecie przebywać w słoneczny dzień na jednym z takich placów, co zafundowała nas władza, za nasze pieniądze. Możemy też liczyć na to, że samo z siebie temperatury wrócą do normy. Bardziej prawdopodobne jest to, że przy obecnym podejściu zamienimy się w step.

Featured Video Play Icon

Andrzej, Gienek, Kononowicz i Janusz Alfa. Oto obraz Podlasia w internecie.

Kiedy myślimy o Sandomierzu, to pierwsze skojarzenie rodzi się natychmiast. Jest nim Ojciec Mateusz. Szczecin w głowach Polaków kojarzy się z Paprykarzem, Gdańsk z wolnością, Poznań z koziołkami, a Białystok? Ostatnie, znane nam badanie na ten temat pochodzi z 2020 roku. Wykonało je Omnibus-Online. Zapytano wówczas internautów o skojarzenia ze stolicą województwa Podlaskiego. Jakie były wyniki?

Zaskakujące. Większość nie ma skojarzeń i jest to zarazem plus jak i minus. Po 10 procent ankietowanych kojarzy Białystok z zimnem i Jagiellonią. Osiem procent natomiast wskazuje Krzysztofa Kononowicza, dawnego kandydata na prezydenta miasta, który obecnie ze swoim współlokatorem emituje cyklicznie tak zwane „patostreamy”. Problem w tym, że XXI wiek to kultura obrazka. Nawet nasze teksty nie są zbyt rozbudowane, bo doskonale wiemy, że i tak dłuższe nie byłyby czytane. Ludzie masowo konsumują wideo. Nie bez powodu najpopularniejszą aplikacją jest obecnie Tik-Tok. Na nasze nieszczęście, każdy kto szuka filmów dotyczących Białegostoku, w przytłaczającej większości znajdzie właśnie nagrania z udziałem Kononowicza.

Jeżeli chodzi o skojarzenia, to chyba nadal lepiej jest z Podlasiem. Tu ostatnie badania jakie znamy pochodzą z 2010 roku. Wówczas 23 proc. wskazało, że nasz region kojarzy się z lasami i puszczami. Kolejne siedem z przyrodą i dziką naturą. Kolejne wyniki także dotyczą jakiś konkretnych miejsc powiązanych z przyrodą na przykład jeziora, parki narodowe, rzeki czy rezerwaty. Ogólnie rzecz biorąc prawie 70 proc. kojarzy nas z tematami około przyrodniczymi.

Niestety, Podlasie problem ma podobny co Białystok. Obecnie antyreklamę Podlasia robi regionowi popularny program „Rolnicy. Podlasie” w Fokus TV. Poziom audycji jest podobny co w polsatowskich „Chłopakach do wzięcia”, gdzie ogólnie rozrywka polega na pokazywaniu perypetii uczestników mieszkających na polskiej wsi. Jeżeli chodzi o „Rolnicy. Podlasie”, to najpopularniejszymi uczestnikami są Gienek i Andrzej z Plutycz, którzy niewiele różnią się od Krzysztofa Kononowicza. YouTube pod hasłem „Podlasie” jest dosłownie zalany filmami o tych dwóch uczestnikach.

Przypomnijmy też, że jeszcze kilka miesięcy temu przez internet przelała się fala memów z „Januszem Alfa”. Tu ówczesny wicemarszałek województwa podlaskiego, Stanisław Derehajło chętnie dał sobie robić śmieszne zdjęcia, które w połączeniu z jego nadmiarową tuszą dały efekt taki, że ludzie okrzyknęli go właśnie „Januszem Alfa”. W tym przypadku polityk wzbudził masowe skojarzenia jako „przedsiębiorca, wyzyskiwacz”. Mimo, że zupełnie nieprawdziwe – w taki sposób powiązały go z Podlasiem. Nie inaczej jest Kononowiczem, Andrzejem i Gienkiem. Ludzie mają z nimi jakieś skojarzenia, a to wszystko na koniec łączone jest z naszym regionem.

Nie można oczywiście nikomu zabronić pokazywać Podlasia w taki sposób, ale należy aktywnie przeciwdziałać antywartościom, pokazując Podlasie wszędzie gdzie się da, w sposób masowy tak, by nie był antyreklamą. W internecie już staliśmy się memem i trochę pośmiewiskiem. Jeżeli nic nie zrobimy, to tak już pozostanie. Czy tego właśnie chcemy?

Ludzie chcieli park. Truskolaski wolał sprzedać ziemię. Deweloper Rogowski kupił ją za 17 mln.

To, że w Białymstoku za kadencji Truskolaskiego, chyba nigdy nie liczono się z wolą mieszkańców, to już wiemy od 2006 roku – czyli od momentu, gdy ekonomista objął miasto swoimi rządami. Żeby nie być gołosłownym, podamy kilka przykładów. Prezydent chciał likwidować bazar na Jurowieckiej i zrobił to mimo protestów. Zechciał przebudować i zabetonować Rynek Kościuszki? Zrobił to mimo protestów. Lotnisko na Krywlanach, powoli realizuje mimo protestów. Nikomu nie potrzebne i oprotestowane buspasy? Proszę bardzo. Można śmiało powiedzieć, że gdy Truskolaski miał jakąś wizję, to ją realizował. Niezależnie czy komuś się to podoba czy nie.

Z perspektywy czasu widzimy, że zabetonowanie Jurowieckiej sprawiło, że jest tam schludniej, ale za to mamy co roku powodzie po każdej ulewie. Na Rynku także jest schludniej, ale ekstremalne temperatury latem powodują, że trzeba odpalać kurtyny wodne, marnować zasoby by chłodzić beton. Lotnisko? Cóż, tu przeciwnicy walczą hardo i sama wizja nie wystarczy. Dlatego sobie jeszcze poczekamy na oficjalne otwarcie portu lotniczego. Tym bardziej nie możemy ocenić długofalowych skutków. Nie możemy też powiedzieć czy buspasy sprawiły, że autobusy wybiera coraz więcej mieszkańców, ale chyba nie, bo nikt się nie chwali. A ekipa prezydenta ma to w zwyczaju przy każdej możliwej okazji.

Tak samo nie chwalili się specjalnie, że mimo protestów mieszkańców sprzedali atrakcyjną działkę deweloperowi za 17 milionów złotych. Powstanie tam oczywiście blok. Zastąpi tym samym dziki parking przy ZUS. Ogólnie dawne „Chanajki” zamieniają się w zwykłe blokowisko. Szkoda, ale na pocieszenie możemy powiedzieć że nowe bloki chociaż częściowo zasłonią znienawidzoną przez Polaków instytucję. Gorzej dla tych, co chcieli do niej przyjechać samochodem. Teraz raczej nie będzie to dobry pomysł.

Czy Białystok potrzebuje punktu dla turystów? Chyba nie bardzo.

Ta sprawa wydawać się może błaha, ale dotyczy publicznych pieniędzy. Dlatego warto ją opisać. Białystok, tak jak inne miasta mają informację turystyczną. W sezonie letnim punkt działa w bramie zegarowej Pałacu Branickich. Do końca 2020 roku stały punkt mieścił się w siedzibie kurii metropolitalnej. Mimo, że miasto dysponuje własnymi lokalami, to wynajmowało jeszcze jeden od kościoła. Obecnie nie ma żadnego punktu, który działałby cały rok. W ostatnim czasie toczyły się dyskusje nad tym, by do tego powrócić. Tylko gdzie miałby się mieścić? Pytanie powinno raczej brzmieć – czy jest sens, by go tworzyć?

Umówmy się, mamy XXI wiek, a praktycznie każdy ma smartfona. Miasto powinno zainwestować raczej w aplikację dla turystów do zwiedzania, a nie punkt informacji turystycznej. Można powiedzieć że tego typu działalność to przeżytek. Tylko jak to się mówi, diabeł tkwi w szczegółach. Za aplikację wystarczy zapłacić raz i ewentualnie wyznaczyć kogoś, kto będzie ją aktualizować o nowe informacje. Urzędników od takich spraw, akurat w mieście nie brakuje.

Tymczasem punkt stacjonarny to ciągłe koszty – poczynając od zapłaty za wynajem, bo jak widać, miasto u siebie lokali nie szukało, a kończąc na rosnących rachunkach za prąd czy wodę. Do tego oczywiście musimy doliczyć zatrudnienie pracownika, które również jest kosztowne. Wydawałoby się, że jest to logiczne, że lepiej zrobić coś raz i zapłacić raz niż płacić cały czas i to dużo. Tylko w Białymstoku to tak nie działa. Truskolaski od początku swoich rządów w mieście działa z rozmachem. Podczas pierwszej kampanii wyborczej, na jednym ze spotkań nawet powiedział, by nie utożsamiać go z tanim państwem. Wtedy było to jednak oczywiste, ludzie po latach 90. i rządach  Ryszarda Tura mieli dość dziadostwa. Tylko, tak jak wspomnieliśmy na początku, mamy XXI wiek i teraz nie trzeba robić po dziadowsku, by było zrobione dobrze. Pewne procesy możemy automatyzować, przez co obniżamy koszty działania. Kto jak kto, ale prezydent – ekonomista powinien to wiedzieć najlepiej. Stawiamy dolary przeciw orzechom, że on to doskonale wie, ale z jakiegoś powodu tego nie robi.

Możemy jedynie dywagować, że ten powód to „tumiwisizm”. Nie da się nie zauważyć, że prezydent oddał pałeczkę swojemu zastępcy Rafałowi Rudnickiemu, a sam nie zajmuje się już Białymstokiem tylko polityką ogólnokrajową. Jego działalność to teraz statystowanie przy inicjatywach bardziej rozpoznawalnych w Polsce prezydentów innych miast. Każdy chce się rozwijać, tylko po co trzymać się stołka?

fot. jaroslawzielinski.pl

Ile osób potrzeba do otwarcia 12-metrowego mostu? Policzcie sami.

Niedaleko Suwałk jest sobie taka miejscowość Potasznia. Ostatnio znalazła się w centrum uwagi wielu mediów. Wszystko za sprawą mostu. Można powiedzieć, że ot zwykła konstrukcja nic specjalnego. O nie, nic z tego. Tak powiedzieć nie możemy. Wszystko dlatego że ostatnio odremontowany, nowy, będzie służyć wielu przez lata. Most jak most, ma zaledwie 12 metrów długości i kosztował 3,3 mln zł. Nie cena jest jednak najważniejsza, ale to, ile osób przyszło na przecięcie wstęgi i pamiątkowe zdjęcie. Otóż było to 37 osób ze świata polityki, lokalnego samorządu, nawet kościoła, bo jak wiemy nic bez poświęcenia działać prawidłowo nie będzie.

Potasznia znajduje się pod Suwałkami. Dzięki konstrukcji można było sobie skrócić drogę jadąc z wielu części miasta do Filipowa czy Przerośli. Ile osób potrzebnych byłoby do otwarcia mostu, gdyby był dłuższy? Najdłuższy most na świecie znajduje się w Chinach. Jego długość wynosi 164 km. Gdyby u nas otwierać taki, to zabrakłoby Podlasia, ale popuśćmy wodzę fantazji. Do otwarcia takiego obiektu potrzebowaliśmy aż 7 milionów wszelkiej maści polityków. Czy tyloma osobami w ogóle dysponujemy? Chyba potrzebni by byli statyści. Bo tylu to my mamy co najwyżej selekcjonerów.

Nie ulega wątpliwości, że most w Potaszni to bardzo ważna inwestycja, bo ułatwi życie wielu osobom. Warto jednak się zastanowić, czy jak będziemy z taką pompą otwierać każdy metr drogi, to nie wpadniemy w samozachwyt ile to nie zbudowaliśmy. Może trochę skromności?

Czy Białystok ze swoim lotniskiem przebije Radom? Będzie rozbudowa Krywlan!

Było to już wiadomo od dawna, ale warto przypomnieć w kontekście tego co wydarzyło się w 2021 roku. Miasto Białystok planuje budowę terminala i hangaru na lotnisku Krywlany. Tak tym samym lotnisku, które nie może działać bo do tej pory, od kilku lat nie można wyciąć drzew, by umożliwić lądowanie samolotom pasażerskim. Tak się czasem zastanawiamy co jest śmieszniejsze – budowa lotniska w Radomiu jako kaprys zakompleksionych na punkcie Warszawy polityków, które stało bezużyteczne aż je zamknięto na czas rozbudowy na jeszcze większe. Czy może śmieszniejsza jest budowa lotniska Krywlany i rozbudowa bez załatwienia najważniejszej rzeczy – usunięcia przeszkód lotniczych. Trochę to przypomina pewnego dewelopera, który buduje bez pozwolenia, a potem liczy że jakoś to będzie.

Najnowsza historia z Krywlanami trwa już ładnych parę lat. Mimo sprzeciwu polityków, którzy głosowali za, mimo sprzeciwu mieszkańców Dojlid i Olmont, wybudowano pas startowy. Zanim wybuchło w 2020 wiadomo co, to podobno nawet LOT miał chrapkę na lądowania i starty z Białegostoku. Tylko trzeba było rozwiązać maleńki problemik. Wyciąć las. Problemik stał się problemem. Co bystrzejszy zauważył, że niekiedy jest potężna kłótnia o kilka drzew. Co jeśli ktoś chciałby wycinać cały las? Oliwy do ognia dolał od siebie jeszcze kościół, który ujawnił plany wycinki innego lasu. Rozwścieczeni mieszkańcy mieli zostać pozbawieni dwóch kompleksów! Tego było już za wiele. Może trzeba było więc zacząć od załatwienia sprawy tego lasu?

Ostatecznie żadne lasy nie zostały (jeszcze wycięte) zaś Tadeusz Truskolaski zgodnie z wyrokiem sądu, na spokojnie musi od nowa przygotować decyzję o wycince lasu pod lotnisko. Tymczasem ogłoszone zostało to, co dawniej wpisano do budżetu: Nowa inwestycja na Krywlanach za prawie 16 milionów złotych. Miasto chce budować terminal do odpraw pasażerów i hangar na samoloty. Ponadto okazało się, że… płyta lotniska nie jest dostosowana do wymagań Urzędu Lotnictwa Cywilnego i dopiero teraz trzeba będzie się za to zabrać!

Miejmy tylko nadzieję, że nie przebijemy Radomia. Tam jest lotnisko, z którego nikt nie chciał latać. My możemy mieć lotnisko, z którego nikt nie będzie mógł latać. Bo czytamy o kolejnych inwestycjach, zaś o tym co najważniejsze – cisza.

fot. Ministerstwo Obrony Narodowej

My Polskie Społeczeństwo, musimy pamiętać o wspólnocie, którą łączy jeden cel – bezpieczna Polska

Kilka tysięcy nielegalnych imigrantów z krajów arabskich rozbiło obóz na Białorusi tuż przy pasie granicznym z polską. Próbowano siłą wejść do Polski. Jedni zadają sobie pytanie czy jest to wojna hybrydowa jak Rosji z Ukrainą czy kryzys migracyjny jak na południu Europy. Kiedy takie rzeczy dzieją się pod naszą granicą, na naszym ukochanym Podlasiu, to trudno jest pisać o czymś innym. Zbliża się długi weekend listopadowy. Można byłoby go poświęcić na wspaniały wyjazd po regionie, ale mając z tyłu głowy sytuację przy granicy trudno jest skupić swoje myśli na przyrodzie czy atrakcjach. Nie będziemy powielać kolejnych newsów. Ostrzegaliśmy w noc przed atakiem, że może to być „gorąca” noc. Okazało się, że atak na polską granicę miał miejsce kolejnego dnia z rana. Służby polskie robią swoje, dlatego jeżeli uznamy, że warto o czymś istotnym informować, to tak będziemy czynić. Chcielibyśmy jednak skomentować cała sytuację.

Polskie granice są nienaruszalne i nie ma mowy o wpuszczaniu kogokolwiek bez uprzedniej weryfikacji. Bezpieczeństwo Polaków i polskich dzieci jest najważniejsze. Nie mamy wątpliwości, że jest to wojna hybrydowa, która trwa już od kilku miesięcy, a teraz ma miejsce eskalacja, która się jeszcze nie skończyła. Najgorsze w tym jest to, że polskie społeczeństwo jest podzielone w tej sprawie. Istnieje sporo naiwnych ludzi, którzy widzą biedne arabskie kobiety i dzieci pod granicą, a nie widzą polskich kobiet i dzieci. Nawołują do wpuszczenia tamtych, mając w nosie bezpieczeństwo naszych obywatelek. Chcą zafundować nam – mieszkańcom cierpienie, żeby nie cierpieli tamci.

W przededniu święta polskiej niepodległości, nasz kraj jest zagrożony. Ta wojna będzie trwała jeszcze bardzo długo. Pierwszym krokiem, by ją wygrać jest silna psychika. W najbliższym czasie będzie ona narażana przez dyktatora jeszcze wiele razy. W trudnych chwilach, My Polskie Społeczeństwo, musimy pamiętać o wspólnocie, którą łączy jeden cel – bezpieczna Polska. Ten cel jest możliwy do zrealizowania wyłącznie, gdy przestaniemy wierzyć w bajkę o dobrych uchodźcach, co chcą sobie przejść do Niemiec. Niestety, są to ofiary białoruskiego reżimu Łukaszenki i jego hybrydowej wojny prowadzonej z Polską. My również będziemy ofiarami, jeżeli nie zrozumiemy, że rozwiązanie tego problemu będzie możliwe, gdy wszyscy politycy, a za nimi społeczeństwo będą mówić jednym głosem. Wtedy ten głos zostanie usłyszany na świecie. Jest to potrzebne dlatego, że zakończenie tej wojny jest możliwe tylko z poziomu NATO i Unii Europejskiej.

Wierzę, że za rok, świętując polską niepodległość obecna sytuacja będzie tylko niemiłym wspomnieniem.

Kamil Gopaniuk

17 września to nie tylko rocznica. To ostrzeżenie.

Dziś będzie trochę gorzkich słów. Przywykliśmy, że we wrześniu każdego roku wyją syreny alarmowe. Najpierw 1 września, a następnie 17 września. Wtedy we wszystkich chyba mediach po kolei, we wszystkich social media jesteśmy zalewani grafikami i stwierdzeniami „pamiętamy”. Mamy pamiętać, że o to 1 września 1939 roku nad ranem Niemcy napadły Polskę, a potem 17 września z drugiej strony napadła nas Rosja sowiecka. Nikt jednak nie chce pamiętać dlaczego byliśmy bezbronni.

Związek Sowiecki przyszedł na gotowe

Jest taka zasada w świecie. Nie jest ona może zbyt chwalebna, ale jest. Nikt nie chce iść pod rękę z przegranym, zaś wszyscy chcą dołączyć do wygranego. Gdyby Polska była silna, to nie zostałaby napadnięta z dwóch stron. Polskę od wschodu zaatakowało blisko 500 tys. żołnierzy Armii Czerwonej. Zgrupowane były w dwa Fronty: Białoruski i Ukraiński. Wzdłuż zaatakowanej przez Związek Sowiecki granicy stacjonowało ok. 12 tys. żołnierzy KOP (pełna mobilizacja wynosiła 17,5 tys.). Granica wschodnia była słabo obsadzona, a w garnizonach sporą część stanowili rezerwiści. Polska doktryna wojenna nie zakładała wojny na dwa fronty. Gdy zaatakowali nas Niemcy, to rzuciliśmy do walki wszystkie siły jakie mamy. Trzeba jednak podkreślić, że nie było tego zbyt wiele. 17 września Rosja wchodziła do Polski w zasadzie „na gotowe”. Po kilku dniach z jednej strony armia niemiecka stała na linii Knyszyn – Białystok – Narew – Hajnówka – Brześć Litewski. Zaś po drugiej stronie Białostocczyzny znajdowała się armia rosyjska, która wyparła polskich żołnierzy z Białegostoku w nocy z 21 na 22 września 1939r. Niemcy w dwa tygodnie zajęli nasz kraj, zaś Związek Sowiecki w kolejne 4 dni zajęła Kresy, gdzie żołnierze KOP albo szybko się wycofywali w głąb kraju albo trafiał do niewoli. Prawda jest taka, że gdyby Sowieci nas 17 września nie napadli, to Polska w najbardziej optymistycznym scenariuszu broniłaby się kilka miesięcy, a nie dwa tygodnie. Czy coś to by zmieniło? Jeżeli wrócimy do przywołania tej zasady, o której wspomnieliśmy powyżej, to odpowiedź jest jasna.

„Flirt” Polski z Hitlerem

Trzeba też się rozprawić z mitem o sojusznikach Polski. Czy Francja i Anglia nas zdradziły? Tak. Nikt jednak nie chce pamiętać dlaczego to zrobili. W 1933 roku w Niemczech u władzy był już Hitler. Od 1934 roku Stalin w Związku Sowieckim zdobywa pełnie władzy. 12 maja 1935 umiera Józef Piłsudski. Nikt w Polsce jeszcze nie wie, że za 4 lata dojdzie do IV rozbioru. Kilka godzin po pogrzebie było już wiadomo, że władzę w kraju przejmie Edward Śmigły-Rydz oraz dalej będzie ją pełnić jako prezydent (bardziej reprezentacyjnie) Ignacy Mościcki. Od 1932 roku ministrem spraw zagranicznych jest Józef Beck. Wcześniej wykonujący polecenia Piłsudskiego, teraz zaczyna grę, która doprowadzi Polskę do upadku. Beck widział Polskę jako mocarstwo.

Hitler doskonale odczytuje intencje Polaków i co raz proponuje alianse obiecując różne wpływy. Wszytko po to, by odciągnąć nas od wpływu Francji i Wielkiej Brytanii. Nasz kraj jednak w tego rodzaju gierki nie wchodzi, jednak z drugiej strony gdy 12 marca 1938 roku Hitler siłą przyłącza Austrię do Niemiec. Polska 17 marca 1938 r. stawia ultimatum Litwie, by ta nawiązała z Polską normalne stosunki dyplomatyczne. W kraju organizowano demonstracje pod hasłem „Wodzu prowadź na Kowno”. 29 września 1938 roku podpisano układ monachijski zezwalający III Rzeszy na aneksję części Czechosłowacji. 2 października 1938 wojska polskie zajęły obszar Zaolzia.

Ten „flirt” z Hitlerem nie jest zrozumiały dla Francji czy Wielkiej Brytanii (które w Europie są mocarstwami i przeciwnikami Niemiec). Z obawy o to, że nasz kraj dołączy do sojuszu z Niemcami – najpierw Wielka Brytania 6 kwietnia 1939 roku ogłasza, że udzieli pomocy w wypadku zagrożenia niepodległości Polski czy Wielkiej Brytanii (jako pretekst po zajęciu Czechosłowacji). W zamian Polska ma udzielić pomocy, gdyby doszło do napaści na Wielką Brytanię. Kilka dni później rząd Francuski również udziela takiej pomocy. Dokumenty historyczne potwierdzają – to był blef, które miał odciągnąć Polskę od Niemiec.

Hitler stawia Polsce ultimatum w sprawie Gdańska. Propozycja ze strony Niemiec padnie jeszcze kilka razy. Dochodzi do pogorszenia stosunków pomiędzy naszym krajem a Niemcami. Minister Sprawy Zagranicznych Józef Beck w polskim parlamencie wygłasza słynną mowę, w której stwierdza, że „My Polacy nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę”. O ile taki bojowy nastrój podoba się rodakom, o tyle na Hitlerze nie robi wrażenia. Zarządza, że Niemcy mają być gotowi do wojny z Polską przy pierwszej okazji.

23 września Niemcy i Rosja zawierają tajny pakt o podziale wpływów na mocy którego Polska miała przestać istnieć. Szybko dowiadują się o tym wywiady innych krajów. Ale nie nasz. Dlatego 25 września Wielka Brytania a w ślad za nią Francja dają kolejne gwarancje Polsce. Jest to kolejny blef, który ma za zadanie odciągnąć Polaków od ulegania Hitlerowi oraz wystraszyć go przed uderzaniem we Francję i Wielką Brytanię. Jeżeli wojna ma być to niech się zacznie w Polsce. U nas natomiast dalej panują bojowe nastrojowe i przekonanie o własnej potędze, a także o tym że Niemcy się nas boją. Józef Beck był natomiast przekonany, że Hitler jeżeli uderzy to zajmie wyłącznie Gdańsk. 1 września 1939 szybko zweryfikuje nasze przekonania.

Nasze zbrojenia

Warto jeszcze dodać kilka informacji o naszych zbrojeniach. 80 procent budżetu inwestycyjnego przeznaczaliśmy na wojsko. Niestety pieniądze te były po prostu przejadane. Budowaliśmy nowe fabryki broni, gdy inne produkowały 30 proc. tego co mogły. Bardzo dużo pochłaniały nas… konie. Tak rządzący obdarzali te zwierzęta miłością, że przysłoniło to im rozum. Do tego warto jeszcze wspomnieć, że Polacy byli mamieni potęgą polskiego wojska pod wodzą Śmigłego-Rydza. Nikt nie był kompletnie świadomy jak bardzo zagrożona jest Polska.

Oto gorzka prawda, którą musimy pamiętać, gdy wyją syreny. Nie mieliśmy armii, nie mieliśmy wywiadu, który uświadomiłby nas, że nie zawarliśmy realnych sojuszy, mieliśmy za to polityka z manią wielkości, który doprowadził nas do upadku. Mieliśmy generała, który uciekł do Rumunii, a razem z nim prezydent i minister Beck.

My wojnę przegraliśmy dawno przed tym, gdy się rozpoczęła.

Featured Video Play Icon

Kolejna powódź w Białymstoku. Kiedy Truskolaski zacznie coś robić?

W 1922 roku miała miejsce w Białymstoku wielka powódź. Było to 28 lipca. Prawie po 100 latach widzimy, że miasto znów jest ofiarą powodzi, ale tym razem cyklicznych i częstych. Zalane są samochody i posesje. Dlaczego do tego dochodzi od kilku lat, każdego lata w mieście? 28 lipca 1922 roku – Dziennik Białostocki – napisał o wielkiej powodzi w Białymstoku. Zatopione zostały m.in. Bank Przemysłu i Handlu i firma „Textil” przy ul. Sienkiewicza, a także synagoga przy ul. Nadrzecznej (nieistniejąca droga, dziś część Al. Piłsudskiego). Komunikacja piesza przez Białkę była możliwa tylko przez most przy ulicy Pałacowej, bo pozostałe skryła woda. Zalane zostały nawet piętra w budynkach położonych bliżej rzeki.Do akcji wkroczyły służby wojewody i prezydenta miasta, korzystano z pomocy wojska.

1 lipca 2021 roku – zalany został Uniwersytecki Szpital Kliniczny, woda pływała w autobusach komunikacji miejskiej, które przewoziły pasażerów. Pod wodą znalazły się także ulice Branickiego, Miłosza, Piastowska, Towarowa, Wasilkowska, Tysiąclecia, Jurowiecka, Wierzbowa, Poleska, Wiewiórcza, Ciołkowskiego, Legionowa, Pogodna. Prognozy pogody sugerują że to nie koniec, a początek. Kto miał być jednak zaskoczony, to mógłby być już wiele lat temu, bo cykliczne powodzie w mieście to żadna nowość.

Kto za to odpowiada? Przeglądając lokalne media wiemy już, że nie będziemy pierwsi we wskazaniu winnego. To Tadeusz Truskolaski – Prezydent Białegostoku. Czy on odkręca jakiś magiczny kurek i potem zalewa nam miasto? Czytając komentarze osób, które go bronią, można odnieść wrażenie – że taki jest główny zarzut lokalnych mediów do włodarza. Tak jednak nie jest. Truskolaski nie odkręca żadnego kurka i woda nie zalewa miasta. Powodzie są, bo padają obfite deszcze, a ten sam Truskolaski od wielu lat nic z tym nie robi. Mimo, że chyba już każdy wie, że im więcej betonu, tym jeszcze większe powodzie. Tymczasem prezydent i jego ekipa dalej betonują. Mimo, że chyba każdy już wie żeby nic nie budować przy rzece, to Truskolaski betonuje przy rzekach.

Przyjrzyjmy się zalanym ulicom. Branickiego – Rzeka Biała płynie tam prosta niczym od linijki. Teoretycznie powinna działać jak rynna, którą woda szybko spływa dalej. W praktyce widzimy, że to nie działa. Przyjrzyjmy się ile tam jest betonu. Pętla autobusowa, wielkie „apartamenty”, zabetonowany plac przy teatrze. Ulice Wasilkowska, Jurowiecka, Legionowa czy Pogodna to w zasadzie jeden wielki beton.

Odkąd można było przewidzieć powtarzalność powodzi, to Truskolaski mógł wcześniej zakontraktować sprzęty do szybkiego usuwania skutków powodzi. Dodatkowo zamiast wszystko betonować, powinien uwzględnić równowagę pomiędzy stosunkiem terenów zielonych do inwestycji. Każde blokowisko powinno mieć nie tylko miejsca parkingowe, ale uwzględniony zbiornik retencyjny z terenami zielonymi. I to w ilości 50 do 50 proc. To jeszcze nie wszystko – plany zagospodarowania przestrzennego powinny absolutnie zakazywać budowania czegokolwiek przy rzece. Tymczasem jak wyglądają ul. Jurowiecka czy Wierzbowa? Odpowiedzcie sobie sami.

Jedno jest pewne. Dopóki nie zmieni się prezydent w mieście, nie widać nawet perspektyw na to, by białostoczanie nie byli podtapiani latem i paraliżowani zimą.

Festiwal marnotrawienia wody czas zacząć. Na Rynku Kościuszki zaczęła pracę kurtyna wodna.

Niedługo dołączą do niej kolejne. Kurtyny całymi dniami będą wylewać i marnotrawić wodę. Wszystko po to żeby schłodzić beton, którym Truskolaski z ekipą zabudował w 2010 Rynek Kościuszki. O ile wtedy uważano, że to prawdziwa odmiana na lepsze, tak teraz widać jak na dłoni jak zła była to decyzja. Latem w centrum nie da się po prostu przebywać. Przypomnijmy też, że czekają nas jeszcze letnie ulewy, które kończą się zwykle podtopieniami, bo woda nie ma gdzie spływać. Dlatego też od kurtyn marnotrawiących wodę czas zacząć letni festiwal w Białymstoku. Zagrane będą te same hity co, co roku.

Ilość marnowanych zasobów na świecie jest przerażająca. Dodajmy do tego, że nawet na Podlasiu stany rzek były przez dłuższy czas bardzo niskie. Było tak sucho, że doszło do przerażającego pożaru w Biebrzańskim Parku Narodowym. Teraz, gdy poziomy wód są wysokie lub normalne, to warto by było wodę magazynować na gorsze czasy. Tymczasem my ją wylewamy żeby chłodzić beton. To może skuć trochę tego betonu i posadzić trawę lub inną roślinność? W Wielkiej Brytanii, ogromne jak Rynek Kościuszki, zielone tereny to norma. Dlaczego nie możemy brać z nich przykładu?

Warto też dodać, że woda nie jest za darmo. Za to bezsensowne wylewanie wody zapłacą w podatkach białostoczanie. Na szczęście jest jeszcze gdzie uciec z tej betonowej patelni. Zupełnie obok funkcjonują jeszcze Planty, chociaż zakusy by je zniszczyć już były. Nawet fragment, gdzie rosły ogromne tuje ogołocono. Można też wybrać się do Parku i Lasu Zwierzynieckiego. Tutaj czeka na nas natura w pełnej krasie.

Tak mógłby wyglądać Tadeusz Truskolaski - gdyby zjadł wszystkie słodycze, które zamówiono do jego urzędu.

Truskolaski zamówił słodycze, kawy, herbaty na prawie 100 tys. zł! Kilkaset kilo cukierków, ciastek, czekoladek oraz 800 butelek coli.

Przyznamy szczerze, że ta sprawa nas nieco rozśmieszyła. Oto Pan Prezydent Tadeusz Truskolaski i jego ekipa okazali się niezłymi łasuchami! Gdyby kupowali za swoje, to nic nam do tego, bo sami też lubimy słodycze. Ale oni kupili te słodycze za nasze – wydając nasze prawie 100 000 zł. Kuriozum. Warto przypomnieć w tym kontekście, że pożałowano 200 zł (dwieście złotych) na stojaki rowerowe. Dodajmy też, że byle czego jeść nie będą. Rafaello, Merci, Michałki, a także migdały i pistacje. Wytykanie zakupu wody, kawy i herbaty darujemy. Słodyczy nie. Miejmy nadzieję, że prezydent nie zamawiał tylko dla siebie. Tyle się ostatnio mówi o cukrzycy.

Najbardziej zaskoczyła nas jednak kwota zamówienia – słodycze, woda, kawa i herbata kosztować będą prawie 100 000 zł i ma to starczyć na cały rok. Inaczej mówiąc Urząd Miejski w Białymstoku będzie przejadać i popijać słodycze za nasze dokładnie 97 063,23 zł. Złożono zapotrzebowanie na konkretne produkty (pełna lista poniżej). Między innymi kilkadziesiąt bombonierek, kilkaset opakowań ciastek, 800 butelek coli, ponad 100 kg cukierków. Kto tyle zje i czy nie boi się o zdrowie?

Być może gdyby Truskolaski w 2019 roku nie utyskiwał na brak pieniędzy, a w 2020 roku nie mówił że budżet „nie potrzeb, a możliwości”, gdyby nie „afera” o brak pieniędzy na stojaki rowerowe za kilkaset złotych, to o tych słodyczach byśmy nie mówili. Niestety urosły one do rangi jednak ważnych wydatków, bo skoro jest tak źle – to kto wpada na pomysł kupowania słodyczy na prawie 100 000 złotych? Za prywatne pieniądze w życiu by tyle nie kupili, ale skoro to publiczne to trwonią na lewo i prawo. Wstyd Panie Prezydencie!

Słodyczami będą się zajadać pod adresami: Słonimska 1 (główny Urząd), Kilińskiego 6 (Pałacyk Gościnny, Urząd Stanu Cywilnego), Składowa 11 (Inwestycje, drogi, komunikacja miejska), Św. Rocha 3 (Centrum Aktywności Społecznej).

Oto czego sobie zażyczono sobie konkretnie:

fot. Dawid Gromadzki / UM Białystok

Jaki ma być Białystok w 2030 roku? Bez Truskolaskiego.

Ostatnio prezydent Białegostoku przeprowadzał konsultacje społeczne. Zainteresowanie nimi było umiarkowane. Mieszkańcy wypełnili łącznie 593 ankiety na temat oczekiwań co do przyszłości miasta. Wynik nie jest powalający, ale i magistrat niespecjalnie „promował” konsultacje. Wcale się nie dziwimy, bo Tadeusz Truskolaski w swoim wieloletnim rządzeniu ze zdaniem mieszkańców nigdy się nie liczył. Zatem im mniej ankiet tym mniej osób oburzonych na jego przyszłe decyzje.

Najpierw zacznijmy od tego, dlaczego uważamy, że Tadeusz Truskolaski nigdy się nie liczył ze zdaniem mieszkańców. Wróćmy do „prehistorii”. Gdy tylko prezydent zajął stołek po Ryszardzie Turze, nastały roboty na wielu ulicach na raz. Najpierw utrudnienia, a potem nowe drogi. To szybko zrobiło wrażenie na mieszkańcach, którzy do dziś wybierają Truskolaskiego właśnie za te remonty dróg kilkanaście lat temu. Jednak równolegle ze zmianą nawierzchni – mimo protestów – wyrzucono ludzi z bazarem przy ul. Jurowieckiej, zabetonowano Rynek Kościuszki (nieco ulegając mieszkańcom pozostawiono kilka drzew), wybudowano pas startowy na Krywlanach, a ostatnio utworzono skwerek im. Pawła Adamowicza – nie mającego nic wspólnego z Białymstokiem, zamordowanego kolegi prezydenta Truskolaskiego. Czy te wszystkie były słuszne? Tego nie rozpatrujemy. Wskazujemy tylko, że były one wbrew białostoczanom. Przykłady tego typu decyzji można by było mnożyć.

Według opinii mieszkańców najważniejszymi aspektami rozwoju Białegostoku do 2030 r. są:
– atrakcyjne miejsca pracy – 167 odpowiedzi (12,79% ogółu odpowiedzi),
– działania w zakresie ochrony środowiska – 133 odpowiedzi (10,18% ogółu odpowiedzi),
– rozwój miejskich terenów zielonych – 132 odpowiedzi (10,11% ogółu odpowiedzi),
– rozwój lotniska i połączeń lotniczych – 118 odpowiedzi (9,04% ogółu odpowiedzi),
– rozwój transportu publicznego – 88 odpowiedzi (6,74% ogółu odpowiedzi),
– tolerancyjność – 87 odpowiedzi (6,66% ogółu odpowiedzi)

Zacznijmy od oczekiwań mieszkańców. Odkąd rządzi Truskolaski jest aktualne ciągle oczekiwanie, by do Białegostoku ściągnąć jakieś firmy, które zatrudniają specjalistów i lepiej płacą. Kilkanaście lat i prezydent nadal nic nie zdziałał. Oczywiście na Dojlidach stoi Białostocki Park Naukowo-Technologiczny i jest specjalna strefa ekonomiczna, ale przegrywany z pobliską Warszawą. Nie mamy nic do zaoferowania wielu firmom, bo kończący specjalistyczne studia w Białymstoku (inżynieryjne, medyczne i prawnicze) w zdecydowanej większości uciekają z miasta z dyplomem. Póki co w Białymstoku tylko koszty utrzymania przypominać zaczynają warszawskie.

Jeżeli chodzi o ochronę środowiska oraz rozwój miejskich terenów zielonych – to odpowiedź mieszkańców na to, co do tej pory Truskolaski robił z Białymstokiem. Betonował i wycinał. Dopiero ostatnio powstały ciekawe inwestycje przyrodnicze na os. Marczuk czy Mickiewicza. Sprawdziły się też łąki kwietne. Na kilkanaście lat to jednak zdecydowanie za mało. Szczególnie, że nic nie zrobiono z ulewami podtapiającymi miasto latem.

Jeżeli chodzi o temat lotniska, to nie będziemy tutaj rozwijać zbytnio wątku. Temat jest obszernie znany i Truskolaskiemu akurat trzeba zapisać na plus, że mimo protestów i wszystkich innych przeciwności zrobił w temacie lotniska całkiem sporo. Teoretycznie pozostało wycięcie drzew. Coś czujemy, że jednak długo to jeszcze nie nastąpi. A szkoda by było.

Jeżeli chodzi o transport publiczny, to od dawna krytykujemy Tadeusza Truskolaskiego, że komunikacją miejską rządzi od bardzo dawna ten sam człowiek i to jest bardzo złe. Nie ma żadnego powiewu świeżości na tym stanowisku. A przez to Białystok zapycha się samochodami, a autobusami jeżdżą osoby tylko te, które muszą. Bilety są bardzo drogie, nie ma linii „ekspresowych”, nie ma też kolei miejskich (lub aglomeracyjnych) mimo możliwości. W efekcie jest zapchane centrum, w którym nie da się zaparkować. A można by było zorganizować wszystko tak, by autobusem czy koleją miejską opłacało się jeździć bardziej niż samochodem. Szczególnie, gdy chcemy dostać się do centrum.

Tolerancja jako najważniejszy aspektu rozwoju miasta to natomiast coś, czego zupełnie nie rozumiemy. Być może odpowiadającym chodziło o to, by promować się jako wielokulturowe miasto i przyciągać tym turystów. Tyle, że to robi się zarówno w mieście jak i całym Podlaskiem od dawna. Efekty? Gdyby nie epidemia, może by było coraz lepiej. Turystów widać latem coraz częściej.

Organizacje pozarządowe uznały za najważniejsze czynniki do rozwoju miasta:
– budowa i rozbudowa infrastruktury drogowej, optymalizacja organizacji ruchu – 9 odpowiedzi (13,43% ogółu odpowiedzi),
– działania w zakresie ochrony środowiska – 5 odpowiedzi (7,46% ogółu odpowiedzi),
– rozwój transportu publicznego – 5 odpowiedzi (7,46% ogółu odpowiedzi),
– rozwój miejskich terenów zielonych – 4 odpowiedzi (5,97% ogółu odpowiedzi),
– spójna polityka przestrzenna miasta 4 odpowiedzi (5,97% ogółu odpowiedzi

Tu odniesiemy się tylko do ostatniego punktu, bo nie jest zbieżny z tym co oczekują mieszkańcy. Ostatni raz efekty polityki przestrzennej było widać przy okazji remontu Rynku Kościuszki w 2010 roku. Wtedy to zaczęły też znikać brzydkie szyldy, zaś cała przestrzeń nabrała nowej jakości. Dziś natomiast mamy politykę przestrzenną pod dyktando deweloperów. Zabytki i to co stare płonie przy udawaniu ze strony miasta, że problemu nie ma, zaś później w tych samych miejscach powstają bloki.

Jeżeli zestawimy oczekiwania mieszkańców i to co zrobił do tej pory przez kilkanaście lat Tadeusz Truskolaski, to prezydent wypada bardzo blado. Szanse, że za 9 lat oczekiwania zostaną spełnione są bardzo niskie. To co oferuje świat nowoczesnych technologii, to jak wyglądają i jak działają dziś europejskie miasta i jak daleko w tyle jest Białystok świadczy tylko o jednym. Z tym prezydentem nie ruszymy już dalej z miejsca. Remont Rynku, wymiana nawierzchni dróg i rozpoczęcie budowy lotniska to trochę za mało jak na kilkanaście lat rozwoju miasta. Dlatego odpowiadając na pytanie jaki ma być Białystok w 2030 roku? Bez Tadeusza Truskolaskiego.

Featured Video Play Icon

Czy Białystok jest najlepszym miejscem do życia na tle innych miast Europy?

Komisja Europejska zbadała jakość życia mieszkańców 83. miast Europy i opublikowała raport „Jakość życia w miastach europejskich”. Badał on poziom życia mieszkańców i wyszło, że w Białymstoku jest najlepiej. Miasto Białystok z tego powodu natychmiast stworzyło propagandowy filmik (do obejrzenia powyżej) i oczywiście się pochwaliło. Ale czy jest czym?

W raporcie zbadano między innymi poziom życia mieszkańców w ostatnich pięciu latach. W raporcie, poza Białymstokiem, uwzględniono jeszcze trzy polskie miasta: Gdańsk, Kraków i Warszawę. Ale co to znaczy, że jest Białystok najlepszy? Tak naprawdę, to przeprowadzono po prostu ankietę wśród mieszkańców. Ankieterzy Komisji Europejskiej zapytali 58,1 tys. mieszkańców różnych miast, jak oceniają czystość, szeroko rozumiane bezpieczeństwo, opiekę zdrowotną, rynek pracy, udogodnienia dla osób starszych, dostęp do terenów zielonych i placówek kulturalnych, a także otwartość światopoglądową i wiele innych czynników. Pytania dotyczyły aż 27 kategorii związanych z życiem każdego z miast.

W większości kategorii Białystok otrzymał wyższy procentowy wynik, niż średnia europejska dla danej kategorii:

  • dobre miejsce do życia dla osób starszych – 96 proc.
  • miejsce dobre do życia dla ludzi w ogóle – 95 proc.
  • zadowolenie z życia w mieście – 94 proc.
  • bezpieczeństwo przed kradzieżą – 94 proc.
  • transport publiczny jest bezpieczny – 93 proc.
  • czyste miasto – 92 proc.
  • dobre miejsce do życia dla rodzin z małymi dziećmi – 92 proc.
  • zadowolenie z transportu publicznego – 92 proc.
  • zadowolenie z obiektów kultury – 91 proc.
  • zadowolenie z terenów zielonych – 91 proc.
  • bezpieczeństwo spacerów w nocy – 91 proc.
  • dobra jakość powietrza w mieście – 88 proc.
  • łatwo dostępne usługi on-line w lokalnej administracji publicznej – 86 proc.
  • obiekty sportowe – 85 proc.
  • dobra sytuacja finansowa gospodarstw domowych – 71 proc.
  • czas na załatwienie wniosku w lokalnej administracji publicznej – 70 proc.
  • brak korupcji w lokalnej administracji publicznej – 59 proc.

Czy można wyliczyć na podstawie takich kryteriów, że miasto jest najlepsze? To przecież wielkie skupisko społeczności, gdzie są różne interesy i potrzeby. Zaczynając od administracji. Gdyby nas zapytał ankieter o korupcję w lokalnej administracji, to byśmy nie umieli powiedzieć czy taka jest czy nie, bo nigdy nie załatwialiśmy spraw w urzędzie, w których jakiś urzędnik wymagał płacenia „pod stołem”. Czy to przesądza o braku korupcji? Od tego są odpowiednie organy państwowe, a nie widzimisię mieszkańców. Czas na załatwienie wniosku w lokalnej administracji wynika natomiast z przepisów prawa. Zatem także nie ma tak, że w różnych miastach te czasy różnią się od siebie diametralnie. Usługi online także nie są wdrażane przez samorządy, tylko Ministerstwo ds. cyfryzacji.

Jak traktować natomiast dane związane z bezpieczeństwem? Policja w Polsce działa przecież jednakowo i także nie ma nic wspólnego z danym miastem, a z organizacją państwową. Dlatego jak traktować wyniki dotyczące bezpieczeństwa przed kradzieżą, bezpiecznym transportem publicznym czy bezpiecznymi spacerami w nocy.

To za co rzeczywiście odpowiada miasto, to obiekty sportowe, obiekty kultury, czystość w mieście – gdzie zarzutów do Białegostoku mieć nie można oraz tereny zielone, transport publiczny, jakość powietrza, – gdzie zarzuty mieć można. Ale są one naszym subiektywnym odczuciem na podstawie takich faktów jak wysokie ceny biletów oraz brak innych środków transportu niż autobusy, złe trasy autobusów, zabetonowanie centrum i doprowadzenie do gigantycznym temperatur latem i lokalnych podtopień przy ulewach. Zimą zaś gryzące gardło powietrze od smogu. Ale jak widać jesteśmy z zdecydowanej mniejszości, której te rzeczy przeszkadzają na tyle, by wydać pozytywną opinię.

Osobny wątek to zarobki. Powyższe wyniki pokazują, że białostoczanie chyba są bardzo bogaci, skoro 71 proc. ankietowanych uważa, że sytuacja finansowa ich gospodarstw jest dobra. Nie zaglądamy nikomu do portfela i nikomu nie zazdrościmy, ale chodząc do sklepu czy w normalnych czasach do lokali usługowych mamy zupełnie inne odczucia. Szczególnie, że spędziliśmy trochę czasu na Lubelszczyźnie, Podkarpaciu, Małopolsce, Śląsku, Dolnym Śląsku, Pomorzu i Pomorzu Zachodnim, a także Warmii i Mazurach. Tam poziom życia jest podobny, a niekiedy i dużo lepszy co w Białymstoku, a ceny w produktów i usług relatywnie niższe do zarobków. W Białymstoku natomiast ceny są „warszawskie”, mimo, że nasze miasto nie przypomina stolicy.

Featured Video Play Icon

50 lat temu Białystok był mięsną potęgą! Ten film archiwalny to pokazuje.

Powyższy film oczywiście powstał na potrzeby PRL-owskiej propagandy, więc nie można go traktować jako źródło całkowitej prawdy, ale coś jednak pokazuje. A mianowicie jak w Białymstoku zakłady mięsne produkowały gigantyczne ilości wędlin, kiełbas i konserw. Gdyby przeliczyć to na dzisiejsze pieniądze, to roczna wartość produkcji wynosiłaby na dzisiejsze pieniądze około 72 miliony złotych rocznie. Do tego warto zauważyć, że zatrudniano 2000 ludzi. Dla porównania dodamy, że jedna z najnowocześniejszych firm mięsnych na pobliskim Mazowszu zatrudnia około 1300 osób. Jako, że przez 50 lat technika poszła do przodu, to obie te liczby można ze sobą porównać.

Dzisiejszy rynek rządzi się zupełnie innymi prawami. Mamy globalizację, komputeryzację, outsorcing oraz mnóstwo lokalnych firm ze „swojskimi” wyrobami zamiast produkowanych na gigantyczną skalę. Stąd nie potrzeba już zatrudniać tak wielu osób i produkować aż tak dużych ilości. Ponadto trend jest taki, że ludzie powoli odwracają się od mięsa. Nie stali się jeszcze wegetarianami, ale ograniczyli spożycie na rzecz innych „smakołyków”.

Dlatego trzeba pogodzić się, że tamte czasy już minęły i raczej nie wrócą. Jeżeli ktoś marzy, że w Białymstoku znów zacznie się masowa produkcja i przemysł to raczej się rozczaruje. Dziś gra toczy się oto, gdzie ludzie będą mieszkać, bo pracować mogą wszędzie. Na dzień 30 czerwca 2020 roku wyliczono, że stolica Podlaskiego zamieszkała jest przez 297 585 osób. Warto jednak dodać, że od lat miasto nie powiększa granic, a ludzie wyprowadzają się na obrzeża. Gdyby doliczyć osoby z powiatu białostockiego, to okazałoby się że jest nas tutaj ponad 400 000. Czyli tyle ile mniej więcej mieszka w Szczecinie czy Gdańsku.

Czy Białystok będzie jeszcze potęgą w jakiejś dziedzinie? Miejmy nadzieję, że tak. Od upadku PRL zrobiliśmy znaczący krok do przodu. Ale ostatnia dekada to czas, gdy nasze miasto jest w letargu. Mieszkając na co dzień nie jest to odczuwalne, bo wszystkie zmiany, przebudowy i inne nowości wydarzyły się jakby wczoraj. Stracony rok przez koronawirusa pokazał, że nie można stać w miejscu. Że ten krok do przodu trzeba robić cały czas. Po to żebyśmy w kółko nie mówili „oj, kiedyś to było”.

Featured Video Play Icon

Nowa promocja Podlaskiego to… żart? Strona internetowa nie działa, a film to parodia.

W ostatnim czasie Urząd Marszałkowski ogłosił nową propozycję w promowaniu województwa Podlaskiego pod kątem inwestycyjnym. Jeżeli przyjrzeć się z bliska, to wygląda to wszystko jak… jeden wielki żart.

 

Zacznijmy od rzeczy najważniejszej. Marszałek pochwalił się stroną internetową, która w połowie nie działa. Przyciski w menu nie prowadzą donikąd, zaś wersja na telefony komórkowe – która w dzisiejszych czasach to absolutna podstawa – również nie prezentuje się najlepiej. Druga kwestia to film promocyjny. Nie dość, że pokazuje potencjalnemu inwestorowi coś czego nie mamy, to nawet jako proponowana „wizja przyszłości” na 2030 rok ukazuje odgrzewane kotlety, które do tej pory nie działały.

 

Zacznijmy od tego co widzimy na filmie. Hasło „nowy węzeł transportowy” można po prostu nazwać wielkim żartem. Bo ani to węzeł ani tym bardziej nowy. Szlaki komunikacyjne są znane od wielu lat, a dla chińskiej firmy, która wysyła towar do Europy nie to żadnego znaczenia. W tej kwestii ma do wyboru port w Gdyni, gdzie towary z Azji przypływają w wielkich kontenerach lub któreś duże lotnisko. Natomiast dla firm tranzytowych również nie ma to żadnego znaczenia, bo układając trasę wybierają najtańszą opcję, a nie żeby jechać przez konkretny region. Jeżeli natomiast ktoś chciałby otwierać firmę transportową z nastawieniem na eksport na wschód to… już dawno to zrobił u nas albo na Lubelszczyźnie.

 

Kolejny slajd prezentujący podstawowe dane naszego regionu ma również hasło – „atrakcyjna oferta terenów inwestycyjnych”. Ktoś, kto to „wymyślił” jest mentalnie w latach 90. Takie hasło nic nie mówi i można je stosować na całym świecie. Nasze tereny inwestycyjne nie różnią się niczym od innych terenów inwestycyjnych – mają podłączone media, prowadzi do nich droga i są gotowe do postawienia budynku lub budynków. Ponadto warto zauważyć, że ogromne zakłady produkcyjne już nie powstają w Europie od dawna, bo nie mamy czym konkurować z Azją czy ostatnio nawet Afryką. A wielki pomysł na uprzywilejowaną podatkowo strefę gospodarczą w Białymstoku pokazał pokazał dobitnie jakie firmy na tym skorzystały i czy popchnęły swoją działalnością nas do przodu. Zakładanie tych samych butów przez Podlaskie da dokładnie ten sam efekt. Kolejny tekst o 20-milionowej populacji w promieniu 300 km od centrum regionu też nie ma żadnego znaczenia, bo uwaga uwaga mamy internet, którym możemy sprzedawać swoje towary i usługi na drugi koniec świata bez przyjeżdżania na Podlasie.

 

Następny slajd to prawdziwy hit. Promujemy się nieistniejącym lotniskiem CPK (film jest wizją 2030 roku). Przypomnijmy tylko, że dyskusje o lotnisku regionalnym w Podlaskiem już się zakończyły i obecna władza milczy przy wznowieniu tematu. Jedynie aktywnie zwalczała pomysł z Krywlanami, który nieudolnie ale jednak cały czas do przodu realizuje Tadeusz Truskolaski. Wyobraźmy sobie, że taki potencjalny inwestor na pewno będzie chętnie chciał skorzystać z naszej oferty mając opcję lądowania w CPK, by potem jeszcze jechać 2 pociągiem z lotniska. Nie oszukujmy się, jeżeli CPK w ogóle powstanie, to będzie ono atrakcyjne dla nas, a nie dla tych, którzy będą chcieli inwestować w Podlaskiem. Władza natomiast powinna całować po rękach Pana Martyniuka (nie piosenkarza, tylko biznesmena), bo w zasadzie jego prywatne lotnisko w Narwi póki co ma największy potencjał gospodarczy. Dzięki czemu realni inwestorzy w pierwszej kolejności chcąc się dostać do nas najłatwiej wylądują u niego.

 

W kolejnej części filmu zauważyć możemy animację – prowadzących nitek szlaków kolejowych z Azji prowadzących do Kuźnicy i Siemianówki. Zacznijmy od tego, że szlak prowadzi naprawdę na Lubelszczyznę, gdzie w Terespolu jest ogromna brama wymiany towarów na wschód i zachód. Natomiast Siemianówka i Kuźnica to miejsca, przez które również przejeżdżają towary w mniejszej skali, ale… jadą dalej, więc z naszego punktu widzenia nie ma to żadnego znaczenia, co z resztą pokazane nawet jest w dalszej części tej samej animacji. W następnej części pokazujemy się jako miejsce niedaleko Warszawy. No super! Tylko że tak pokazujemy się od wielu lat i nic się w tej kwestii nie zmieniło.

 

Podsumowując znów idziemy w te same stare śpiewki o tym że mamy tereny, że jesteśmy niedaleko Warszawy, że do lotniska jest w miarę niedaleko i że jesteśmy regionem transgranicznym. Tylko, że to wszystko inwestorzy wiedzą od lat. Czy u nas inwestują z tego powodu? Najśmieszniejsze, że to koncepcja pokazująca te walory z uwzględnieniem 2030 roku, czyli za 10 lat! Tak, dobrze zrozumieliście – będziemy promować się tymi samymi tekstami co od lat nie działają, że tacy będziemy w ciągu 10 lat. Cała koncepcja powinna trafić do kosza. Po raz kolejny widać, że koncepcji nie wymyślali specjaliści tylko jakiś urzędnik znający realia zza swojego biurka. Kompletny brak wizji, a w szczególności takiej na najbliższe 10 lat boli. Urzędnicy dalej mentalnie są w 1995 roku, gdy biedna Polska zdenominowała walutę i łaknęła każdych pieniędzy szukając inwestorów dokładnie w ten sam sposób co dzisiaj chcą robić to urzędnicy Urzędu Marszałkowskiego. Bez uwzględniania, że od tego 1995 roku poszliśmy do przodu technologicznie, a w ciągu 10 lat pójdziemy jeszcze bardziej. Ale to już wątek na inny artykuł.

Bielsk Podlaski mocno się rozwija. Białystok był wschodzący, teraz trwa szybki zachód.

24 kilometrowy odcinek łączący Bielsk Podlaski z Hajnówką zostanie przebudowany. Każdy, kto jechał tą drogą wie że jest ona w nie najlepszym stanie. Teraz szczególnie, gdy dojazd do Białowieży przez Trześciankę i Narew jest mocno utrudniony, przekonało się o tym również wielu turystów. Droga z Bielska do Hajnówki jest więc alternatywnym połączeniem dla wszystkich tych, którzy chcą zwiedzać rezerwat z żubrami i wiele innych atrakcji. Jednak ta droga służy również mieszkańcom.

 

Warto dodać, że obecnie Bielsk Podlaski jest jednym z lepiej rozwijających się miast w naszym regionie. Wiele osób z Białegostoku jeździ do pracy tam, a nie odwrotnie. To też o czymś świadczy. Dobrze o Bielsku, gorzej o Białymstoku. A potwierdzeniem tych słów niech będzie fakt, że umowę na drogę z marszałkiem województwa podpisywał przedstawiciel wykonawcy – czyli firmy Unibep – Adam Poliński. Niektórzy być może pamiętają, że to były wiceprezydent Białegostoku. Trzeba też uczciwie przyznać, że był dobry w tym, czym się zajmował. To Poliński był twarzą rewolucyjnych zmian na Rynku Kościuszki, a także innych inwestycji, które przewróciły „stary ład miasta”. Skoro po zakończeniu kariery w urzędzie wybrał mniejszy Bielsk, a nie Białystok, to trzeba sobie zadać pytanie dlaczego? Nie trzeba być geniuszem, by domyślać się że tam są lepsze pieniądze i ciekawsze stanowiska do objęcia niż w stolicy województwa.

Niestety z Białymstokiem jest coraz gorzej. Prezydent miasta ciągle zajmuje się polityką i lansuje się z innymi prezydentami miast w mediach. Ostatnio – o czym pisaliśmy – zajmowano się zmianą logo miasta. Konkretnie to tylko jednym słowem w tym logo – „wschodzący”. Rządzący radni w koalicji z Truskolaskim uznali, że Białystok już nie jest „wschodzący”, więc napis trzeba zlikwidować. Teraz jest po prostu Białystok. I można powiedzieć, że to symboliczne nawet. Białystok przestał wschodzić, ale niestety nie jest w zenicie, lecz trwa szybki zachód.

 

Przebudowywany odcinek DW 689 znajduje się w gminach Bielsk Podlaski, Orla, Czyże i Hajnówka. W ramach inwestycji ponad 24 kilometrowy odcinek drogi zostanie rozbudowany i poszerzony do 7 m, a także m.in. powstanie obwodnica miejscowości Hołody, przebudowane będą zjazdy, skrzyżowania i most na Orlance. W miejscowościach, przez które droga przebiega powstaną chodniki. Koszt inwestycji to blisko 115 mln zł. Całość zostanie sfinansowana ze środków centralnych – samorząd województwa podlaskiego nie poniesie żadnych kosztów.
Remontowany odcinek ma być gotowy do użytku pod koniec 2023 r.

fot. bialystok.pl

Betonowy Białystok im. Tadeusza Truskolaskiego

Po gigantycznym, ogólnopolskim skandalu z logo miasta, a następnie po 11 latach używania zmienionego pierwotnie logo – wszystko się zmienia. Białystok ma nie być już „Wschodzący”. Radni będą o tym debatować. Wybiegając w przód proponujemy nazwę adekwatną do obecnej sytuacji – czyli jak w tytule. Przypomnijmy jak z tym Wschodzącym Białymstokiem było.

” 21 listopada 2008
W najbliższy poniedziałek Radni Miejscy po upojnym weekendzie zabiorą się do roboty. Czeka ich ważne zadanie do zrealizowania. Będą musieli zagłosować czy logo miasta, żółto – czerwony placek wymyślony przez Eskadrę, powinien być używany przez prezydenta Tadeusza Truskolaskiego i cały urząd.

Radni byli za żółto-czerwonym „plackiem”. 3 grudnia 2008 roku Grupa Eskadra z Krakowa wygrała przetarg na promocję Białegostoku w Polsce. Białystok ma wydać na to 2,7 miliona złotych. To co stanie się później, przebije chyba kwotę wielokrotnie. Białystok nie będzie schodził z czołówek ogólnopolskich serwisów w telewizji, radiu, prasie i internecie. Wszystko za sprawą nowego wówczas logo. A wyglądało ono tak:

Po prawej stronie obrazka widzimy logo nowojorskiej organizacji LGBT. Sprawa wyszła zupełnie przypadkiem i można to nazwać efektem motyla czyli serią pozornie nieistotnych zdarzeń na inne, o wielokroć większym zasięgu. Zaczęło się w grudniu 2008 roku. Zostałem świeżo wywalony z pracy w prywatnej telewizji. Długo moje bezrobocie nie trwało, bo zaraz zgłosili się do mnie ludzie, którzy razem ze mną chcieli współtworzyć nowy, rozrywkowy portal wBialymstoku.pl (który już nie istnieje, swoją drogą telewizja też nie). Jak to nowa inicjatywa, to każdy aż buchał nowymi pomysłami, ale nie tylko bowiem okazało się, że są osoby „obrażone” na inne redakcje, które to z chęcią podzielą się właśnie z nami różnymi rewelacjami. I tak pokazany został nam link do filmu na YouTube, gdzie jakiś pan coś mówi o LGBT po angielsku. Konkretnie dotyczyło to przemocy seksualnej w amerykańskich więzieniach. Jednak tuż za uchem mówcy w tle, wystawało małe logo, które coś mi przypominało.

 

Zacząłem drążyć Google różnymi kombinacjami. Po wielu godzinach udało się ustalić co to za organizacja i odnaleźć jej logo i dowód w postaci zdjęcia. Następnie była to już formalność. Opisałem wszystko na portalu wBialymstoku.pl, a powyższa grafika zestawiająca oba loga oraz poniższe foto obiegły chyba wszystkie redakcje w kraju. Pech chciał, że publikacja miała miejsce 23 grudnia, wiec skandal wybuchł w święta Bożego Narodzenia. No cóż, przykro mi że popsułem wielu ludziom z białostockiego ratusza święta (gdy rozdzwonili się do nich dziennikarze z całej Polski), ale jakoś tak wyszło, że zawsze bylem w gorącej wodzie kąpany.

Skandal dodatkowo podsycał fakt, że logo było nie tylko podobne do jakiegoś innego, ale że konkretnie do loga organizacji LGBT. Białostoczanie wylali wiadro pomyj na Eskadrę, Truskolaskiego, radnych co głosowali za, co delikatnie opisała Gazeta Współczesna:

” Poza tym sam fakt skojarzenia miasta z taką organizacji nie wzbudza entuzjazmu białostoczan. Nasi Czytelnicy dali już temu wyraz na naszym forum internetowym. Nie było tam żadnej pozytywnej opinii na ten temat.

Komentarz Eskadry? Proszę bardzo:

” Podobieństwo logo Białegostoku ze znakiem graficznym używanym w przeszłości przez jedną z nowojorskich organizacji społecznych jest absolutnie przypadkowe i nie zamierzone

Ostatecznie prawnicy stwierdzili, że plagiatu nie było. Ale Tadeusz Truskolaski i tak umowę na promocję Białegostoku z takim logo rozwiązał „w związku z zaistnieniem okoliczności poddających w wątpliwość dalsze funkcjonowanie logotypu miasta w jego obecnej formie„. Później jednak logo zostało przepołowione i problemu już nie było. Towarzyszyło nam z hasłem „Wschodzący Białystok” przez 11 lat, bo kampania ruszyła już w 2009 roku.

Teraz radni chcą zmian. Trudno powiedzieć czy ma być tylko wyrzucenie słowa „Wschodzący” i zostawienie naszego pół-placka, czy też Białystok pójdzie na całość i będzie chciał mieć też nowy symbol. Bo skoro już nie „wschodzący”, to dlaczego w logo ma być domniemany wschód słońca? Obserwując nasze miasto od dzieciństwa, mieszkając w nim od urodzenia, widząc wszystkie jego pozytywne i negatywne przemiany proponuję nową nazwę:

 

Betonowy Białystok im. Tadeusza Truskolaskiego. A znakiem graficznym niech będzie podobny betonowy klocek co stoi na Rynku Siennym w miejscu dawnego cmentarza ewangelickiego – chyba tak naprawdę nieformalny pomnik prezydenta miasta.

 

Po tylu latach temat LGBT wrócił do Białegostoku. W mieście pojawiły się ostatnio bilbordy „Milczącej większości”, którzy komunikowali mieszkańcom cytaty z Biblii. Wszystko w kontekście krytykującym mniejszości seksualne. Prezydent co kiedyś logo zmieniał z powodu skojarzeń z LGBT teraz zaciekle „walczy po drugiej strony barykady”. Zakomunikował na Twitterze, że złożył zawiadomienie w prokuraturze w sprawie treści na bilbordach. Ostatnio w ogóle Truskolaski najaktywniejszy jest w polityce, zaś w sprawach miasta niewidoczny. Ciekawe czy go Białystok jeszcze obchodzi czy może zbiera już siły, by za 3 lata zawalczyć o coś więcej? Miejmy nadzieję, że tak. Bo Truskolaski jak Łukaszenka „trochę się zasiedział”.

 

Na koniec jeszcze wróćmy do logo. Organizacja LGBT z Nowego Jorku też już zmieniła logo! Oto aktualne oraz nasza propozycja, by podtrzymać tradycję i nawiązać do nowojorskiej organizacji. Oczywiście bez plagiatu!

Brak pieniędzy wyszedł na dobre. Miasto musi budować tak jak na zachodzie.

Ta wiadomość wydaje się zła, ale w gruncie rzeczy jest dobra. Chodzi o budowę tunelu zamiast kładki na dworcu kolejowym. Z powodu oszczędności nie będzie tam drogi dla samochodów, a jedynie dla pieszych i rowerzystów.

 

Samochodów jest bardzo dużo i będzie jeszcze więcej. To trend, który przyszedł do nas z krajów rozwiniętych. Teraz te same kraje rozwinięte z powodu nadmiaru samochodów mocno faworyzują pieszych i rowerzystów, a także transport publiczny. W Białymstoku najpierw za unijne pieniądze budowano drogi. Potem, gdy już UE kasy na nowe drogi dawać nie chciała, to ekipa Tadeusza Truskolaskiego wymyśliła pewien fortel.

 

Otóż budowano za kasę unijną drogi dalej, ale z bus-pasami, które do dziś są nikomu niepotrzebne, ale są. Byłyby potrzebne gdyby komunikacja miejska w Białymstoku funkcjonowała dobrze, a od wielu lat funkcjonuje źle. Truskolaski po objęciu władzy – czyli 14 lat temu – nawet nie zmienił dyrektora, nie dał szansy nowym pomysłom. Wprowadzano tylko głupkowate udogodnienia – na przykład elektroniczny bilet miesięczny, który trzeba było przyłożyć przy każdym wsiadaniu i wysiadaniu z autobusu. Dopiero przed samymi wyborami Truskolaski jako ten łaskawca nagle to zmienił. Oprócz tego wymieniono tabor ze starych jelczów, ikarusów czy lotniskowych mercedesów na nowoczesne. Ale to już było…

 

Teraz nowy tabor jest znów stary, ceny biletów bardzo drogie, a do tego jazda autobusem to zwyczajna strata czasu. Ich trasy od wielu lat nie zmieniły się, dalej objeżdżają wszystkie osiedla po kolei. Nie ma tak jak na przykład w Warszawie linii „ekspresowych”, które mają za zadanie dowieźć pasażerów z dwóch odległych krańców jak najszybciej. Nie ma też wciąż kolei miejskiej, która już dawno mogłaby funkcjonować w ramach Białostockiego Obszaru Funkcjonalnego. A potem pytają się – dlaczego ludzie wolą samochodem jeździć po mieście.

 

Coraz więcej kierowców to duży problem. Przede wszystkim nieustanna wojna o miejsca parkingowe i domaganie się budowy ich coraz więcej. Druga kwestia to zabetonowane centrum z włączonymi silnikami powoduje nagrzewanie się miasta i tworzenie wysp ciepła. Ludzie zamiast świeżego powietrza wdychają spaliny. Przejście ul. Lipową czy Aleją Piłsudskiego w godzinach szczytu to prawdziwy koszmar.

 

Najgorsze jest to, że to są problemy, które trapią Białystok od wielu lat i nikt z urzędu nie kiwnął palcem, bo cokolwiek zmienić. Dlatego ten tunel zamiast kładki bez samochodów to jakiś promyk nadziei wynikający z beznadziei. Kiedyś nazwaliśmy Truskolaskiego Wilkiem ze Słonimskiej na cześć rozrzutnego Wilka z Wallstreet, który rozrzucał gotówkę ze swojego jachtu. Gdy przyszły czasy związane z koronawirusem, to rozrzutność Truskolaskiego została natychmiast ukarana. Okazało się, że zaczyna brakować pieniędzy na wszystko. Jako pierwsze dostały w kość planowane inwestycje. Na razie budowa tunelu zaczyna się od przygotowania dokumentacji technicznej. To jeszcze nie jest aż tak drogie. Budowa zacznie się w połowie 2023 roku. Najważniejsze, że będzie zgodna z tym co odkryli już na zachodzie – by nie pchać wszędzie samochodów. To, że taka decyzja jest zupełnie z innych powodów to już mniej istotne.

Pogorzelisko Biebrzańskiego Parku Narodowego zanika. Wszystko kwitnie!

Chyba po raz pierwszy w życiu tak wielu ludzi zainteresowało się w Polsce pożarem. Gdy pali się jakiś budynek to zwykle wzbudza to lokalne zainteresowanie – najbliższych sąsiadów budynku. Sprawni strażacy dosyć szybko załatwiają sprawę. Czasem jest trudniej – mam tu na myśli nawracający „tajemniczy” pożar na wysypisku w Studziankach pod Wasilkowem. I tu przechodzimy do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Ogromny ogień przerósł wszystkich. Garstka strażaków desperacko walczyła z żywiołem dopóki sprawy nie nagłośniły media ogólnopolskie. Nagle znaleźli się dodatkowi strażacy, żołnierze, samoloty, helikoptery i pieniądze na akcje gaśniczą. A wszystko to zaczęło się od wypalania traw.

 

Różne informacje przekazuję ludziom od 2006 roku. Przez te 14 lat akcji strażaków, którzy wyjeżdżali by gasić trawy było tak wiele, że trudno byłoby już to zliczyć z pamięci. Zainteresowanie tym tematem jednak zawsze było bliskie zeru. Gdy nie było kryzysu klimatycznego, gdy nie było pandemii koronawirusa to ludzie bezmyślnie konsumowali. Jeszcze w latach 90-tych mówiło się o masowym wycinaniu drzew. Nikt jednak nie patrzył na to serio. O wirusie, który zarazi cały świat mówiono gdzieś koło 2000 roku w telewizji w programie „Nie do wiary”. Czy ktoś to brał na poważnie? A pamiętacie kryzys z uchodźcami? To było tak niedawno w temu. Gdyby tak można było to „przewidzieć”. Gdyby ktoś tylko czytał opracowania naukowe, to by wiedział o problemie dekadę wcześniej. Tu jest właśnie problem. Co czytamy i kogo słuchamy.

 

Jest takie przysłowie „Polak mądry po szkodzie”. Chciałbym, by nastał dzień, byśmy mówili „Polak mądry przed szkodą”. Z drugiej jednak strony wiem, że nie da się zmienić całego świata. Że tak jak ten pożar – nasz hałas w jakiejś sprawie będzie słyszany tylko lokalnie. Chyba, że wydarzy się niewyobrażalna tragedia. W Biebrzańskim Parku Narodowym na pogorzelisku odrasta już trawa. Jeszcze trochę deszczu i przyroda zagoi świeże rany, jakie po raz kolejny zadał jej człowiek. I znów jesteśmy mądrzy po szkodzie. W Parku pracę zaczęli naukowcy, a efektem ich prac ma być odpowiedź – kiedy po takim pożarze przyroda całkowicie wróci do stanu „przed”. Na wiosnę przyszłego roku ma być też gotowy plan przeciwpożarowy, który uwzględni zmiany klimatu czy suszę. Bo obecne procedury udają, że takich zjawisk nie ma.

 

Problemów, które trzeba pilnie rozwiązać jest mnóstwo. Niestety rządzący – i mam tu na myśli prawie wszystkich polityków, wszystkich opcji, którzy zajmują jakieś stanowisko czy to w samorządzie czy rządzie. Mentalnie dalej są w latach 90-tych, ignorują zmiany klimatyczne, suszę i wiele innych problemów. Problem w tym, że ich ignorancja uderza w nasze życie. Nie mam wątpliwości, że potrzebujemy głębokich zmian i to natychmiast, bo inaczej będziemy ostatnim pokoleniem, które żyło pośród pięknej przyrody.

Kamil Gopaniuk

Cyrk z Krywlanami trwa. Będzie certyfikat, a prezydent nawet nie zaczął liczyć drzew.

Cyrk z lotniskiem na Krywlanach trwa. Od 1,5 roku od wybudowania pasa startowego stoi praktycznie nieużywane, bo Tadeusz Truskolaski sam sobie piętrzy problemy proceduralne, byleby nie wycinać lasku przy lotnisku. Nikt nie wie w zasadzie po co. Ostatnio na Krywlanach był spory ruch spowodowany przez pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. Teraz może znów będzie coś tam się działo, bo od 23 maja Krywlany będą miały certyfikację, ale… że Truskolaski dalej nie wyciął drzew to po prostu będziemy w międzynarodowej bazie lotnisk jako czynne lotnisko (obecnie jesteśmy jako lotnisko sportowe – czyli bez pasa).

 

Problem w tym, że pilot nie będzie mógł wykorzystać całych 1350 metrów tylko fragment pasa. Nie wiadomo nawet jak duży, bo każdy samolot, który będzie chciał lądować, będzie traktowany indywidualnie (zapewne do wykorzystania będzie 860 metrów, bo tyle miał poprzedni pas trawiasty). Wiele będzie miał również do powiedzenia kierunek aktualnie wiejącego wiatru. Ogólnie rzecz biorąc tylko desperat będzie chciał tu lądować. I taki stan będzie panować póki Truskolaski przestanie sam sobie piętrzyć problemy z drzewami.

 

Chcielibyśmy napisać coś pozytywnego, bo samo wypromowanie lotniska na świecie i przy tym Białegostoku dałoby miastu nowy impuls gospodarczy. Ale niestety ten prezydent najzwyczajniej w świecie już się zużył. Tadeusz Truskolaski sprawia wrażenie jakby miasto, którym rządzi już go nie obchodziło. Nie pamiętamy kiedy ostatni raz zajął się czymś istotnym dla Białegostoku. Pamiętamy za to, że ciągle angażuje się w politykę krajową. Z innymi prezydentami dużych miast stworzył kółko wzajemnej adoracji, z którego nic nie wynika dla miasta.

Featured Video Play Icon

Białystok opustoszał. Tak wygląda, gdy nikt nie wychodzi.

Zwykle takie widoki można było obejrzeć w majowy weekend lub święta i to bladym świtem. Teraz to widok codzienny. Białystok jak i inne miasta opustoszały. Ludzie pokornie czekają na to aż epidemia wygaśnie. Nikt nie wie ile to potrwa, ale każdy dzielnie to znosi. Musimy przyznać, że jesteśmy z tym zaskoczeni. Oczywiście, gdy pogoda jest ładna to atrakcje turystyczne są oblegane, ale nie możemy mówić, że to są takie tłumy jak w sezonie. Jeżeli gdzieś jest dużo osób na raz to jest ich tyle, ile byłoby w sklepie. Jednak ogólnie patrząc na sytuację – ludzie naprawdę siedzą w domu.

 

Trzeba powiedzieć, że zwykle mieszkańcy wobec „zaleceń” władzy są obojętni. Jednak tym razem stało się inaczej, co świadczy o naszej dojrzałości. Sami sobie możemy przyznać za to medale. Jest jednak coś niepokojącego. Zdecydowana większość zarażonych do tej pory to osoby, które rząd ściągnął samolotami zza granicy. Mało tego, każdego dnia słyszymy, że wiele tych osób nie przestrzega kwarantanny. Trzeba to powiedzieć jasno – gdyby nie oni, to w Polsce epidemia być może aż tak się nie rozprzestrzeniała.

 

Dlatego, jeżeli czytają to osoby, które planują jeszcze do Polski przyjechać. Mamy prośbę – nie przyjeżdżajcie. Siedźcie tam, gdzie jesteście. Jeżeli macie znajomych za granicą, którzy planują przyjazd – nie bójcie się im powiedzieć tego samego. To wszystko dla dobra nas wszystkich.

Featured Video Play Icon

Opustoszałe miasta, a na zewnątrz fatalne powietrze.

Można powiedzieć, że zniknięcie wielu samochodów z ulic miast nie zmieniło jakości powietrza. Wszystko przez pogodę. Wciąż jest zimno, więc ludzie siedząc w domach nadal palą w piecach. To, czym palą pozostawia wiele do życzenia. Nierozwiązany problem z przeszłości wraca jak bumerang. A ten problem jest złożony. Nie chodzi tylko o to, że ludzie palą byle czym, ale dlaczego to robią. Niektórzy dlatego, że są idiotami, ale zdecydowana większość robi to z biedy. Nie stać ich na wymianę pieców ani na opał. A „dofinansowanie” to za mało. Bo zero z dofinansowaniem to nadal zero.

 

Władze powinny się zastanowić – czy lepiej przeznaczyć pieniądze na wymianę ludziom pieców i zapewnienie ekologicznego opału najbiedniejszym, czy też wolą te same pieniądze przeznaczać na leczenie chorób dróg oddechowych oraz innych powodowanych przez to, że mieszkańcy wdychają te trujące opary z kominów. Mamy już wiosnę, ale to nie znaczy, że problem znika. Wróci znowu zimą. Trzeba go w końcu rozwiązać.

 

Odnosimy jednak wrażenie, że wszystkie władze, które były rozrzutne, a teraz ich gminy, powiaty czy województwa mają problemy finansowe będą powtarzać jak mantrę, że to koronawirus wydrenował budżety. Tak jakby płacili nam za siedzenie w domach. A tutaj trzeba zauważyć, że to dla wszystkich oszczędności. Zaczynając od mniejszych wydatków w na komunikację miejską z powodu zmienionych rozkładów jazdy. Teraz temat jest jeden, ale nie zapomnijcie, że zimą znów wróci temat ogrzewania, które truje ludzi. Nie dajcie sobie wtedy wmówić, że nic się nie dało od wiosny zrobić.

Planty zamienią się w betonową pustynię? Jest takie magiczne słowo…

Jest takie magiczne słowo – „rewitalizacja”. Generalnie jak sama nazwa wskazuje, chodzi o przywrócenie czegoś o życia. Odkąd w Polsce urzędnicy doją dotacje z Unii na wszystko co tylko można, niezależnie czy jest na to potrzeba czy nie ma, to słowo rewitalizacja ma niestety negatywne znaczenie. Wszędzie gdzie miała miejsce – wycinano drzewa, a całe zielone tereny zamieniano w betonowe pustynie. Tylko dlatego, że były dotacje na „rewitalizacje” i urzędnicy za wszelką cenę chcieli je wykorzystać. Nie ominęło to Białegostoku. Przy okazji ostatnio na stronie internetowej Urzędu Miasta w Białymstoku wspomniano o „rewitalizacji” sprzed dekady: Celem rewitalizacji Rynku Kościuszki i Placu Jana Pawła II było utworzenie centralnego placu Białegostoku. W założeniu miał on uaktywnić i uatrakcyjnić centrum miasta przy jednoczesnym zachowaniu historycznego układu rynku.

 

W ostatnim czasie w tym samym urzędzie w Białymstoku padło hasło „rewitalizacji Plant”. Biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenia można zacząć się obawiać. A jest czego. Planty to piękne, zielone tereny, które są odwiedzane tłumnie przez białostoczan w wolne, ciepłe, słoneczne dni. Czasem nie można wsadzić tam nogi – jest tak dużo ludzi. Czy ktoś chce zamienić to miejsce w betonową pustynię? Nie śniłoby się nam w czarnych snach, ale…

 

Nie od dziś wiadomo, że już od dawna trzeba wymienić starą, asfaltową nawierzchnię na Plantach. Nie jest ona estetyczna ani równa. Najlepiej by było gdybyśmy mogli spacerować po takiej nawierzchni jaka jest w ogrodzie Branickich, ale jest jeden problem. Jak jest duża dotacja, to nie można wyciągnąć małej. Wtedy urzędnicy na siłę szukają drogich rozwiązań – choćby były głupie. Patrz: budowa wielkiej, nikomu niepotrzebnej estakady prowadzącej do Supraśla.

 

Czy po „rewitalizacji” będziemy spacerować po betonowych płytach – takich samych jak na Rynku Kościuszki? W zasadzie to można by było też powycinać drzewa na Plantach. Wszak – Pałac Branickich to prawdziwa perła, a drzewa ją tylko zasłaniają z każdej strony. Gdy pojedziecie do europejskich stolic – to tam drzew nie ma. Jak jest zabytek, pałac, ważne miejsce to nie chowa się za drzewami. Być może taka decyzja nie zapadnie, ale uwierzcie – w białostockim magistracie wśród urzędników takie myślenie panuje. Być bardziej europejscy niż Europa.

 

Chcielibyśmy jakoś pozytywnie spuentować. Być może prezydent tak jak się boi wycinać drzew, by mogło ruszyć lotnisko na Krywlanach, tak może będzie bał się ruszać drzew na Plantach. Wszak, to chyba ostatnie miejsce, gdzie jeszcze nie dotarł „nowoczesny” beton. Rynek Kościuszki, Lipowa, Kilińskiego, plac przez Teatrem Dramatycznym – te wszystkie miejsca kiedyś były bardziej zielone, a potem nastąpiła ich „rewitalizacja”. Czy taki los czeka również Planty? Oby nie.

Lotnisko Krywalny

Wkrótce startuje lotnisko w Suwałkach! A w Białymstoku kiedy Panie Truskolaski?

Zbudowali w 2018 roku i nadal hula tam wiatr! Mowa o lotnisku Krywlany. Tadeusz Truskolaski tłumaczył się zmianą prawa, które spowodowało, że już nie Urząd Lotnictwa Cywilnego wyda zgodę na użytkowanie lotniska tylko sam Tadeusz Truskolaski. Sytuacja teoretycznie jak prezent – wydać samemu sobie zgodę powinno być formalnością. Tymczasem prezydent Białegostoku najpierw pytał Samorządowe Kolegium Odwoławcze czy by kto inny się tym nie mógł zająć, a potem postanowił liczyć drzewa.

 

W Suwałkach takich problemów sobie nie robili. Zbudowali identyczny pas jak u nas i już w marcu nastąpi certyfikacja zaś latem nastąpi oficjalne otwarcie. Teraz będą zajmować się budową drogi dojazdowej oraz stacji paliw. Z lotniska będą mogły skorzystać samoloty pasażerskie, które przewożą do 50 osób. Zupełnie jak u nas.

 

W Białymstoku jak Truskolaski nie będzie wymyślać sam sobie nowych problemów to może oficjalne otwarcie będzie w 2021 roku. Póki co do końca maja ma być gotowy dokument, w którym oficjalnie napiszą ile drzew i krzewów chcą wycinać. Mimo to nikt z piłami do lasu pod Krywlanami od razu wejść nie będzie mógł gdyż między 1 marcem a 15 październikiem trwa okres lęgowy ptaków. Zakładając, że nie będzie pod koniec 2020 roku srogiej zimy ze śnieżycami, to może Pan Tadeusz Truskolaski już nie będzie szukać kolejnych problemów tylko zezwoli w końcu wycinać, a potem sam sobie certyfikuje lotnisko.

 

Mimo wszystko i tak ciągle chwalimy Tadeusza Truskolaskiego za inwestycję, która jak już ruszy – to na pewno będzie funkcjonować z dużym pożytkiem dla Białegostoku i okolic. Trzeba na to patrzeć przyszłościowo. Będziemy coraz bogatsi – nawet w takim Białymstoku, będziemy chcieli latać z miasta a nie z Warszawy, zaś przewoźników z małymi samolotami będzie coraz więcej. Pas będzie można również wydłużyć pod większe samoloty, dobudować też wieżę kontroli lotów, stację paliw czy terminal. Nie trzeba tego robić na raz, można stopniowo z biegiem lat. Pamiętajmy, że to będzie rozwijanie zupełnie martwego rynku na Podlasiu.

 

Niestety działania Tadeusza Truskolaskiego oceniamy jako kuriozalne. Najpierw mimo, że nie miał większości w radzie miasta – przeforsował budowę Krywlan stawiając opozycyjny PiS pod ścianą. Potem szybko wybudowano pas. Aż tu nagle zaciągnięto wielki hamulec, gdy pozostało wycięcie drzew. Swoją drogą dlaczego nie zrobiono tego kompleksowo z całą inwestycją? Tylko dopiero zajęto się tym po zbudowaniu pasa? Ktoś czegoś chyba do końca nie przemyślał.

Niebezpieczna droga zyska ścieżkę. Gdyby nie brak kultury kierowców wystarczyłoby namalować pas.

To są niecałe 2 km lecz dla rowerzystów jest niebezpiecznie. Mowa o drodze do Olmont. Wkrótce to się zmieni gdyż będzie budowana tam ścieżka rowerowa. Każdy kto tamtędy jechał jednośladem nie raz czuł duszę na ramieniu. W zachodnich krajach europejskich nie ma czegoś takiego jak ścieżka rowerowa. Tam po prostu jest szersza jezdnia, na której po prostu maluje się dodatkowy pas dla rowerzystów. Dlaczego to nie działa w Polsce i trzeba budować drogi dla rowerów oddzielnie za dużo większe pieniądze?

 

Odpowiedź jest prosta: Kierowcy samochodów. Z przykrością musimy to napisać, ale w naszym kraju kultura jazdy na drodze nie istnieje. To dlatego za wszystko jesteśmy karani tak wysokimi mandatami, dlatego też buduje się oddzielne drogi dla rowerów. Każdy kto jechał w mieście rowerem jezdnią wie, że w ciągu kilku minut był narażony na śmierć kilka razy. Ostatnio byliśmy świadkami takiej sceny: starszy mężczyzna jechał typowym wiejskim rowerem ul. Branickiego w Białystoku. Następnie wjechał nim na rondo Lussy i dalej na Al. Piłsudskiego. Kierowcy kompletnie go ignorowali, nie traktowali jako uczestnika ruchu, więc musiał się na rondzie zatrzymywać. Mimo że miał pierwszeństwo, to musiał ustępować innym.

 

Dlatego też dołączamy do chóru, który mówi że ścieżka rowerowa do Olmont jest bardzo potrzebna. Bo wiemy, że trzeba wydawać mnóstwo pieniędzy na dodatkową infrastrukturę zamiast domalowania oddzielnego pasa tylko dlatego, że w naszym kraju nie istnieje kultura jazdy. Szkoda, że na ścieżkę nie mogliby się zrzucić ci, którzy zapłacili mandaty za niebezpieczną jazdę.

Prezydent szuka oszczędności. Obciął kasę na zabytki.

Jakiś czas temu zarzucaliśmy prezydentowi rozrzutność podobną do Wilka z Wallstreet. Później wskazywaliśmy, że miasto pożycza pieniądze na spłatę kredytów, a oznacza to że może nigdy nie wyjść z zadłużenia. Prezydent w 2020 roku postanowił zacząć oszczędzać… na zabytkach. Łączna pula dotacji na remonty zabytkowych budynków w tym roku to 100 000 zł. Każdy kto robił remont w zwykłym mieszkaniu na pewno wie jak niska to jest kwota. To teraz proszę sobie wyobrazić, że remont zabytku pochłania gigantyczne pieniądze bo musi zostać wykonany według wskazówek konserwatora zabytków. Za 100 000 zł można będzie jedynie najwyżej nakupić płyt OSB i zabić nimi wszystkie okna i drzwi.

 

O negatywnym stosunku jaki obecna władza miejska ma do zabytków można napisać całą książkę opisując studium upadku i traktowanie tego co zostało po kompletnie zniszczonym Białymstoku po II Wojnie Światowej. Sporo jest XIX-wiecznych i XX-wiecznych zabytków, które wymagają remontów i które warto wyremontować. Największą wizytówką miasta jest Pałac Branickich. Sam budynek należy do uczelni, ale reszta nie. Taśmy budowlane na murach przy bramie wjazdowej od dłuższego czasu straszą przechodniów czy turystów. Gdyby trwał remont ogrodzenia, to byśmy o tym nie wspominali. Problem w tym, że te taśmy wiszą tam żeby mur zabezpieczyć przed dalszym sypaniem się.

 

To, że prezydent powinien oszczędzać ile się da to jest jasne. Czy powinien na zabytkach? Jak nazwać społeczeństwo, które nie szanuje własnego dziedzictwa i własnej historii? Co więc mamy myśleć o reprezentancie tego społeczeństwa, gdy czeka aż dziedzictwo te się samo rozpadnie? Szczególnie to jest irytujące, gdy widzi się ile prezydent przeznaczył pieniędzy na przykład na nie działający system kamer, który miał rejestrować wjazd na czerwonym świetle (30 milionów złotych), albo ile planuje przeznaczyć na Intermodalny Węzeł Komunikacyjny (180 mln zł), który może i byłby potrzebny gdyby komunikacja miejska nie była drogim koszmarem, z którego korzystają tylko te osoby, które muszą. Przykładów można wymieniać jeszcze wiele, ale te 100 000 zł na dotacje remontów zabytków przy tych sumach to śmiech przez łzy.

Pociągi z Białegostoku do Berlina, Pragi, Budapesztu, Moskwy, Mińska, Rygi, Tallina i Helsinek? To możliwe!

Trwają inwestycje kolejowe w ramach projektu Rail Baltica. Gdy zostaną ukończone wszystkie odcinki to teoretycznie będzie można pojechać koleją z Helsinek do Berlina przez Białystok już w 2023 roku. W praktyce nas interesowało jedynie połączenie z Warszawą – by było szybciej. To poważny błąd.

 

Nie oszukujmy się. Budowa Rail Baltica dla samego połączenia Białegostoku z Warszawą nie miałaby większego sensu. Przed remontem pociąg jechał 30 minut dłużej. Gdy inwestycja będzie ukończona ten czas się skróci jeszcze bardziej, bo pociąg na całym odcinku pojedzie 160 km/h. Patrząc na inwestycję szerzej należy sobie zadać pytanie – czy będzie można pojechać ekspresowo z Białegostoku do Berlina, Rygi, Tallina, Helsinek tak jak można z Warszawy do Wiednia, Pragi czy Budapesztu?

 

Jakiś czas temu pisaliśmy, że Białystok mógłby być kolejową bramą na wschód. By otworzyć zamkniętą linię 37 by wszystkie ważne pociągi międzynarodowe jeździły ponownie do Mińska, Smoleńska i Moskwy jak dawniej, a także by właśnie można było dojechać do Rygi, Tallina i Helsinek. Czy tak będzie? Bardzo wątpliwe. Polityków od lat interesuje wyłącznie połączenie do Warszawy. Ich horyzont nie sięga dalej.

 

Warto wiedzieć to już dziś co będzie w 2023 roku, gdy Rail Baltica będzie gotowa. Czy nadal będzie interesować nas tylko połączenie do Warszawy? Jeżeli działać będzie ktoś „bardziej zainteresowany” to może wywalczy parę zmian. Obecnie z Warszawy do Berlina startują 4 pociągi dziennie. Mogłyby startować z Białegostoku. Podobnie mogłoby być ze startem i końcem trasy jeżeli chodzi o połączenia z Wiedniem, Budapesztem i Pragą. Skoro technicznie będziemy gotowi, to nic nie powinno stać na przeszkodzie, by międzynarodowy odcinek wydłużyć.

 

Na wschód obecnie możemy dojechać tylko do Kowna – szynobusem w weekendy. Co ciekawe jest takie połączenie krajowe, które nie kończy się w Białymstoku a w Grodnie. To pociąg Hańcza z Krakowa, który w Białymstoku jest rozdzielany na wagony do Suwałk i do Grodna właśnie. Po co to? W Grodnie można się przesiąść na pociąg do Moskwy, Petersburga, Mińska i Homela (na wschodzie Białorusi). Jak widać gdyby komuś zależało to te same pociągi mogłyby startować z Białegostoku. Wystarczy trochę pieniędzy, umiejętności zawierania porozumień oraz wpływy w Warszawie. Tego ostatniego podlaskim politykom wszystkich opcji brakowało od zawsze. Bezpośrednie pociągi z Białegostoku do Berlina, Pragi, Budapesztu, Moskwy, Mińska, Rygi, Tallina i Helsinek są możliwe, ale politycy chyba są tylko zainteresowani Warszawą.

Rok się właśnie kończy. Oto najpopularniejsze teksty Podlaskie.TV z tego roku!

Koniec roku to także czas podsumowań. W związku z tym postanowiliśmy przypomnieć nasze najlepsze teksty z tego roku i opatrzeć je liczbami i dodatkowym komentarzem. W tym roku mieliśmy aż 194 148 unikalnych użytkowników. Jak na portal, który nie zieje sprawami kryminalnymi, patologią, nie uprawia polityki oraz nie stosuje chwytliwych tytułów, po których Czytelnik czuje się oszukany, to jest to całkiem przyzwoity wynik.

Nasz numer jeden to:

Ten film to absolutny unikat! Niemcy przekazują Sowietom Białystok w Pałacu Branickich
/bialystok-1939-historia-sowieci-niemcy

 

Kto jeszcze nie widział może obejrzeć na własne oczy dramatyczne sceny z miasta. Jest także nasz nowy materiał, gdzie film z życia w Białymstoku podczas II Wojny Światowej jest dłuższy: /bialystok-1939-1944-film/

Drugi najpopularniejszy artykuł w tym roku to:

Absolutny skandal! Nadleśnictwo uważa, że wilk to szkodnik?
/absolutny-skandal-nadlesnictwo-uwaza-ze-wilk-to-szkodnik/

 

Mnóstwo udostępnień tego artykułu w internecie pokazało, że presja ma sens. Zaraz po naszej publikacji nadleśnictwo usunęło swoje „przemyślenia” z Facebooka. Do dziś jednak nie przeprosiło. Jednak Lasy Państwowe będące nad nadleśnictwem – stanowczo stwierdziły – wilk to nie jest szkodnik.

Kolejne popularne artykuły to:

Bimber Podlaski. Znasz tylko Ducha Puszczy? Oto najpopularniejsze regionalne trunki.
/bimber-podlaski-duch-puszczy/

Podejrzewamy, że popularność tego artykułu wynika przede wszystkim z faktu, że w innych częściach Polski usłyszano o naszym regionalnym trunku i postanowili sprawdzić cóż to za wynalazek.

 

To była luksusowa dzielnica Białegostoku. Mieszkali tu najbogatsi.
/to-byla-luksusowa-dzielnica-bialegostoku-mieszkali-tu-najbogatsi/

Przedwojenna Warszawska była przeciwieństwem Chanajek. Zobaczcie sami kto mieszkał dawniej w tej części miasta.

 

Dlaczego prawosławni są akurat na Podlasiu i kim właściwie są?
/dlaczego-prawoslawni-sa-akurat-na-podlasiu-i-kim-wlasciwie-sa/

Ostatni tekst, który zdobył popularność dotyczy tożsamości osób prawosławnych. Zrobiliśmy bardo dokładną analizę w oparciu o statystyki ze spisów powszechnych, a także innych źródeł by odpowiedzieć na pytanie dlaczego prawosławni są akurat na Podlasiu i kim właściwie są (tożsamościowo).

 

Dziękujemy, że byliście z nami w tym roku a także w poprzednich. Pokazaliście, że w polskim internecie jest miejsce również na tematy, które nie wywołują niepotrzebnych, fałszywych i chwilowych sensacji. Miejsce, w którym można wzajemnie dyskutować z poszanowaniem drugiej osoby. W przyszłym roku będziemy się starać pokazać i napisać jeszcze więcej. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż nie stoją za nami wielkie korporacje ze swoimi wielkimi budżetami, stąd też Podlaskie.TV nie jest czymś co przynosi stałe dochody. Zatem, by mogło funkcjonować autorzy najpierw zarabiają pieniądze w swoich pracach, a dopiero potem przygotowują kolejne materiały do publikacji. Jeżeli zależy Ci tak jak nam ażeby portal się rozwijał jeszcze bardziej możesz wesprzeć nas dodatkowymi środkami, które przeznaczone będą na utrzymanie serwera, domeny, a także na produkcję kolejnych filmów i zdjęć  oraz przyczynią się do powstawania kolejnych artykułów: /wsparcie/

 

Wszystkiego dobrego w nadchodzącym 2020 roku!

Kamil Gopaniuk

Nowoczesny jak Białystok, nowoczesny jak Tadeusz Truskolaski

To nawet zabawne jak prezydent Tadeusz Truskolaski pojmuje nowoczesność. Z jednej strony działaniem wspiera marsz równości LGBT, z drugiej bardzo długo każe czekać na ułatwienie życia mieszkańcom.

 

Rok 2006 to czas gdy Tadeusz Truskolaski po raz pierwszy wygrywa wybory na prezydenta Białegostoku. Wtedy po fatalnym Ryszardzie Turze jest jak koń na białym rycerzu, który zbawi wreszcie Białystok od mentalnej i faktycznej stagnacji. Pierwszą kadencję rozpoczyna z impetem – całymi garściami bierze unijne środki i betonuje co się da. Dostaje wtedy od opozycji przydomek „betonowy Tadzio”. Oczywiście nie należy pomijać pozytywnego aspektu tej sprawy. Białostoczanie nie jeżdżą po starych wybitych drogach tylko po nowych. Oblicze zmienia również Rynek Kościuszki, co w przyszłości będzie miało bardzo złe konsekwencje – w postaci wylewania hektolitrów wody w upały.

 

Pierwszy poważny problem prezydenta pojawia się w 2008 roku tuż przed Bożym Narodzeniem. Otóż okazuje się, że nowe logo miasta jest bardzo podobne do innego logo – organizacji LGBT z Nowego Jorku. Wszystkie media w Polsce mówią tylko o tym. Białystok ma reklamę jakiej nie potrzebował. Oczywiście według agencji, która przygotowała logo – podobieństwo było przypadkowe, zaś prawnicy stwierdzili że plagiatu nie było. Jednak to było najmniej istotne. Białostoczanie po wybuchu skandalu nie chcieli być absolutnie kojarzeni z LGBT. Wówczas prezydent Truskolaski to zrozumiał, a logo zostało przecięte na pół i wygląda tak jak obecnie.

Prezydent miasta jest także konserwatywny w innych kwestiach. W Białymstoku istnieje strefa płatnego parkowania. Jednak nie można się doprosić o parkomaty. Trzeba szukać kiosku, kupować karty postojowe, wypełniać je i zostawiać za szybą. Podobnie z biletami na komunikacje miejską. Mijają kolejne lata i kadencje prezydenta. W końcu w 2015 roku cud! Pojawiają się parkomaty. Karty postojowe idą w zapomnienie. Następny sygnał to biletomaty. Zostaje wspomniane o nich mimochodem przy okazji zakupu nowych autobusów. Umowa zostaje podpisana w lipcu. W 2020 roku urządzenia mają pojawić się w autobusach (szkoda, że na niektórych przystankach).

 

Nowoczesność przychodzi do Białegostoku z bardzo dużym opóźnieniem. Prezydent przeżył na tyle głęboką odmianę, że od osoby, która wysłuchała głosu mieszkańców – by Białystok nie miał logo kojarzącego się z LGBT (mimo, że logo to przecież nie plagiat) – zamienił się w osobę, która od LGBT już tak się nie odcina, a wręcz jest im nawet przychylny. 20 lipca w Białymstoku przejdzie po raz pierwszy marsz osób LGBT. Jest wiele środowisk, które próbowało zorganizować w tym samym czasie kontrmanifestacje i inne wydarzenia. Tadeusz Truskolaski odmawiał jednak wszystkim po kolei tłumacząc, że marsz LGBT był pierwszy (różnice zgłoszeń wynosiły kilka sekund). Co prawda nie udziela ani patronatu ani nie weźmie udziału, ale też sądząc po działaniu nie zgadza się na to, by cokolwiek innego w tym dniu, zgodnie z prawem mogło się w mieście wydarzyć. Opozycja już złośliwie nazywa prezydenta „Tęczowym Tadziem”.

 

Jedno jest pewne – prezydent to nie jest „Nowoczesny Tadzio”, bo do decyzji o dyskretnym sympatyzowaniu z LGBT dojrzewał 11 lat. Do parkomatów 15 lat, a do biletomatów chyba jeszcze dłużej. Co dalej? Może za 10 lat doczekamy się Szybkiej Kolei Miejskiej oraz elektrycznych autobusów. Chyba, że mieszkańcy na kolejną kadencję Truskolaskiego nie wybiorą.

fot. główne: Platforma Obywatelska RP / Wikipedia

Czy Lotnisko Krywlany wystartuje szybciej? Prezydent ma 3 możliwości.

Prezydent Tadeusz Truskolaski chciał, by kto inny zadecydował o tym ile drzew wyciąć na potrzeby białostockiego lotniska na Krywlanach. Zwrócił się w tej sprawie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które zadecydowało, że to jednak nie kto inny a Prezydent Truskolaski musi sam zadecydować ile lasu wycinać. O ile nie zabraknie mu odwagi, to Krywlany wystartują szybciej.

 

Zacznijmy od tego, że lotnisko na Krywlanach ma tyle samo przeciwników co zwolenników. Przed wyborami samorządowymi jednak Truskolaski będąc w opozycji do radnych z PiS przycisnął ich. Musieli zadecydować o tym, czy wziąć dotację z od zarządu Województwa Podlaskiego, który był obsadzone przez sprzymierzeńców Truskolaskiego z PO. Doskonale wiedzieli, że zagłosowanie „przeciw” byłoby katastrofą wizerunkową, zaś na żadne inne lotnisko niż na Krywlanach nie ma szans odkąd minister Bieńkowska za czasów Platformy zakręciła kurek z kasą europejską na lotniska regionalne.

 

Po wyborach zmienił się krajobraz. W Białymstoku radni są z Platformy (czy też teraz Koalicji Obywatelskiej), zaś zarząd Województwa Podlaskiego z PiS. Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by budować mityczne lotnisko regionalne, za którym optują gorąco politycy PiS. Wystarczy przegłosować i działać. Problem w tym, że jakoś po wyborach nikt z PiS nie wspomina już o lotnisku regionalnym. Dlatego też po czasie widać, że lotnisko na Krywlanach to dobra inwestycja, bo jedyna możliwa. Jednak żeby ją uruchomić trzeba usunąć „przeszkody lotnicze” – czyli wyciąć duży kawałek lasu. Ktoś musi oszacować ile dokładnie i wydać decyzję o wycince. Zgodnie z przepisami musi to zrobić prezydent Truskolaski. Każdy dobrze wie, że wycinanie lasu nie będzie jednak wizerunkowo korzystne. Już pojawiła się petycja w sieci by nie wycinać. Zaraz zawiąże się jakiś Komitet Obrony Lasu i będzie trzeba się użerać. Dlatego prezydent chciał by to inny organ wydał decyzję, bo on mógłby nie być w tym obiektywny, bezstronny i takie tam. Przede wszystkim jednak by dostał gotową decyzję do realizacji i przeciwnikom by odpowiedział, że taka jest decyzja niezależna i on nic nie może zrobić.

 

Problem w tym, że w matematyce nie ma subiektywnych opinii, są tylko fakty więc trudno o nieobiektywną decyzję w sprawie wycinki lasu. Są parametry techniczne określone liczbami, które to gwarantują, że podczas lądowania samolotu będzie bezpiecznie. Nie ma tu opcji, że prezydent wyjdzie i powie – „no to żeby było miło przeciwnikom wycinki, to wytnę tylko połowę”. Dlatego też jeżeli trzeba wyciąć 80 hektarów lasu (zaznaczony fragment na mapie) to nie będzie tutaj negocjacji. Warto jednak zaznaczyć, że las znajduje się również po drugiej stronie pasa.

Truskolaski ma trzy możliwości. Może wziąć na klatę to co sam forsował przed wyborami samorządowymi i podjąć szybko decyzję o wycince lasu. Przeciwników i tak nie przekona, a zwolennicy wiedzieli przecież o wycince lasu od początku, więc gdyby im to przeszkadzało to by byli przeciwnikami. Jeżeli nie prezydent Truskolaski nie będzie zwlekać, to wtedy lotnisko wystartuje w przyszłym roku i będzie można rozmawiać z przewoźnikami oraz budować halę odpraw i wieżę kontroli lotów.

 

Jest też druga możliwość. Prezydent może zaskarżyć decyzję Samorządowego Kolegium Odwoławczego do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego i upierać się, by to na przykład prezydent innego miasta decydował o wycince dla jakiejś wymyślonej „bezstronności”. Taki ruch wydłużyłby całe uruchomienie lotniska i skompromitowałby prezydenta Truskolaskiego w oczach swoich zwolenników. Trzecia możliwość to gra na czas. Jeżeli Truskolaski zamierza startować do Parlamentu jesienią, to wtedy kto inny będzie musiał martwić się wycinką. Ponadto gdyby taki scenariusz byłby realizowany, to po ewentualnych wygranych wyborach mógłby podjąć decyzję o wycince na odchodne nie martwiąc się już przeciwnikami.

 

Jeżeli więc Tadeusz Truskolaski nigdzie nie zamierza startować, to szybka decyzja w sprawie Krywlan byłaby wskazana. W polityce różnie bywa. Teraz w radzie prezydent nie ma opozycji, to powinien korzystać. Wycinać las i budować dalszą infrastrukturę lotniska. Nie raz i nie dwa różne koalicje się rozpadały. W Białymstoku też może tak być. Zauważalna jest w ostatnim czasie aktywność wiceprezydenta Adama Musiuka ze swoją ekipą radnych. Zaczęli budować swój wizerunek, z którego przywiązanie do Koalicji Obywatelskiej nie jest już tak oczywiste.

Jak musi być fatalnie w innych miastach, skoro Białystok dostaje nagrody.

Jak musi być fatalnie w innych miastach skoro Białystok przepełniony pustymi lokalami „do wynajęcia” jest na 3 miejscu w klasyfikacji Forbes w kategorii miast przyjaznych dla biznesu. Być może dlatego, że to w kategorii – miasta do 299 tys. mieszkańców. Całe szczęście, że nie jest nas o tysiąc więcej, bo mogłoby nie być zbyt wesoło Tadeuszowi Truskolaskiemu, który w imieniu miasta odbierał dyplom, ale zupełnie jak Jerzy Brzęczek, który nic konkretnego nie zrobił, by Białystok był dla biznesu rzeczywiście przyjazny. No chyba, że chodzi o developerów. Tutaj bezapelacyjnie pierwsze miejsce!

 

Białystok według Forbesa znajduje się na 10 miejscu wśród najbardziej innowacyjnych miast w Polsce. Ciekawe co u nas jest najbardziej innowacyjne. Być może świadczy o tym całkowicie zabetonowane centrum miasta, które trzeba chłodzić kurtynami wodnymi, a podczas ulew wyciągać łódki. Jak fatalnie musi być w innych miastach, skoro tylko 9 przed nami jest jeszcze bardziej innowacyjne. To całkowite szaleństwo, że jednocześnie segregujemy śmieci, by uprawiać recykling oraz wylewamy potężne ilości wody bo zabetonowaliśmy centrum i podczas upałów wszystko się nagrzewa jak w piekarniku. Może jednak niepotrzebnie zlikwidowano zieleń na Rynku Kościuszki? Jeżeli termometry pokazują 32 stopnie – to jest to temperatura w cieniu. A gdzie on jest? Na pewno nie na deptaku. Warto przypomnieć, że kiedyś był.

Brak wody

Tak to już jest, że gdy narobimy głupot to nie zawsze od razu widać, czasem wychodzi to po jakimś czasie. To tak samo jak z Białymstokiem zrobił Tadeusz Truskolaski. Na Lipowej i Alei Piłsudskiego w godzinach szczytu nie da się oddychać od tych jego innowacji. W upały nie da się chodzić wszędzie tam gdzie wyrzucono zieleń, a zamiast drzew i trawników mamy „innowacyjne” płyty. Nowocześnie też zgodzono się na zabudowanie okolic rzeki Białej, przez co po każdej ulewie wszystko mamy podtopienia!

 

Aż strach pomyśleć co się dzieje w innych miastach, skoro to my dostajemy nagrody. Tam musi być prawdziwe piekło. Klimat się zmienia. Udawanie, że nie ma problemu może skończyć się tak samo jak w Skierniewicach. Brakiem wody. Dalej bezmyślnie wylewajmy ją na beton. Tak w ogóle czy nie jest go za mało w mieście? Przypomnijmy więc o pomysłach, które włodarze chcieli realizować w 2016 roku. Wówczas otrzymali zgodę na wysypanie kruszywa na ścieżki w… rezerwacie jakim jest Las Zwierzyniecki. Miało tam się również pojawić oświetlenie. Te wszystkie głupoty, które Tadeusz Truskolaski zafundował w Białymstoku będą widoczne dopiero po jakimś czasie.

Białystok za 15 lat

Rzeka Biała wtedy może przestać istnieć. Bowiem istotną rolę w gromadzeniu wody odgrywają rzeki. Im bardziej są one naturalne tym lepiej. Poprzedni mieszkańcy Białegostoku regulując rzekę spowodowali, że nurt jest szybszy, a woda się nie gromadzi na danym obszarze. Nie ma też naturalnych terenów zalewowych. Warto też pamiętać, że na rzece tworzą się siedliska zwierząt i roślin. Te drugie są swoistym filtrem. Rośliny absorbują fosfor i azot. Dla człowieka to zanieczyszczenie, zaś dla rośliny to pokarm.

 

Już teraz zmagamy się ze smogiem. Jeżeli będziemy dalej biernie się przyglądać, to za 15 lat bez maski zimą nie będzie można wyjść na ulicę. Latem zaś upały będą jeszcze większe niż obecnie. 40 stopni w cieniu, a dużo więcej na słońcu również spowoduje że nie będzie można wyjść z domu – gdzie obowiązkowo będzie zamontowana klimatyzacja. Za 15 lat dzisiaj nowa kanalizacja deszczowa będzie już stara. Coraz większe ulewy spowodują, że podtopienia będą coraz częstsze oraz coraz bardziej dokuczliwe. Białystok może nie być zdatny do życia. Ciekawe czy te wszystkie „zacofane” miasta też. Być może im gorzej tym lepiej?

 

fot. główne: Wschodzący Białystok. Tadeusz Truskolaski odbiera dyplom.

Plac NZS. Ludzie nie chcą zmian. I co teraz? Ktoś tu nie może się pogodzić, że to koniec…

Rozgorzała dyskusja na temat placu NZS (dawniej Plac Uniwersytecki)… bo magistrat właśnie próbuje takową uciąć. Wszystko przez konsultacje społeczne. Ludzie skupieni wokół „Inicjatywy Plac NZS” oraz Gazeta Wyborcza nie mogą się pogodzić, że wynik konsultacji społecznych nie był dla nich korzystny. Wszystko dlatego, że ludzie w konsultacjach powiedzieli, że nie chcą ograniczenia ani zamykania ruchu na Placu NZS, który obecnie jest wielkim, okrągłym skrzyżowaniem.

 

Wiele osób doskonale zdaje sobie sprawę (w tym nasza redakcja), że potencjał tego miejsca bardzo mocno się marnuje. My optowaliśmy za totalną rewolucją – wyrzuceniem wielkiego pomnika, zburzeniem socjalistycznego budynku Uniwersytetu, który chyba dla żartu został zabytkiem, a także zbudowaniem wielkiego podziemnego parkingu, na którego dachu byłby zielony plac i mały pomnik zamiast tego wielkiego. A wszystko to połączone z dawnym, zasypanym cmentarzem żydowskim, na którego powierzchni znajduje się teraz Park Centralny.

 

Inicjatywa Plac NZS natomiast zorganizowało konkurs i pokazało kilka różnych koncepcji zagospodarowania placu stworzonych przez uczestników. Wszystko to na nic. Wredny Truskolaski ogłosił konsultacje społeczne, a wredni białostoczanie potwierdzili – ŻADNYCH ZMIAN. I co teraz? „A co to za demokracja, gdzie każdy może mieć swoje zdanie?” – mówił zdziwiony Kargul. Gazeta Wyborcza natomiast pyta czy „Vox populi, vox dei” – a tłumacząc czy głos ludu to głos Boga. Gazeta Wyborcza mocno wspierająca Komitet Obrony Demokracji i wiele innych ruchów tego typu nie może się pogodzić z demokratycznym wynikiem konsultacji, gdzie zdecydowana większość zmianom na NZS powiedziała nie. I co teraz? Demokracja jest nieważna, bo by gdyby demokracja to ludzie dalej by chcieli bazaru zamiast Galerii Jurowieckiej oraz ruchu na Rynku Kościuszki łącznie z przystankami autobusowymi zamiast ogródków i koncertów latem. A tak chytry prezydent Truskolaski wtedy nie zapytał i osiągnął co chciał, a teraz zapytał i… osiągnął co chciał?

 

Może tak się wydawać. Prezydent bowiem najpierw szastał pieniędzmi na lewo i prawo, aż wkopał się w potwornie drogą inwestycje, której nie mógł nie zrealizować – a mianowicie mowa tu o węźle Porosły. Przez to musiał rezygnować z innych inwestycji. Dlatego też roboty Placu NZS są mu obecnie potrzebne jak na d… pryszcz. Stąd też konsultacje społeczne. Należy sobie jednak zadać pytanie – czy ludzie to idioci, którzy nie wiedzą co dla nich dobre? Gdyby wewnętrznie czuli, że dany pomysł jest dobry – to czy by nie zagłosowali? Odpowiedź jest prosta – jeżeli o czymś nie wiem, to trudno bym to popierał. Inicjatywa Plac NZS zrobiła zdecydowanie za mało, by rozpropagować swój pomysł. Wystarczyło skrzyknąć wszystkich sympatyków swojej inicjatywy, ich rodziny a może wynik konsultacji byłby inny. A tak: GAME OVER.

Południowe Podlasie powinno połączyć się z północnym, a Łomża z Mazowszem?

20 lat temu rząd Jerzego Buzka wprowadził nowy podział terytorialny kraju. Z mapy zniknęło 49 województw, a w ich miejsce pojawiło się 16. W tym Podlaskie, które zlepione zostało z Białostocczyzny, Ziemi Łomżyńskiej oraz Suwalszczyzny. Mało kto pamięta, że eksperci ustalili, że dla Polski najlepiej będzie gdy będzie składać się z 10-12 województw. Politycy jednak nie mogli się z tym pogodzić i między sobą wynegocjowali właśnie 16 województw. Po 20 latach już wiemy, że Buzkowi nie wyszły reforma zdrowotna (nie ma już Kas Chorych), reforma edukacyjna (nie ma już gimnazjów), reforma emerytalna (praktycznie nie ma już OFE), ale też reforma administracyjna. Niestety chyba niewiele można z tym zrobić.

 

Spójrzmy na to z perspektywy Podlaskiego. Przyłączenie południowego Podlasia do Lublina, a północnego do mazowieckiej Łomży sprawiło, że obie strony czują się poszkodowane. Łomża jest pomijana przy największych inwestycjach, gdyż to Białystok jest stolicą województwa. To tutaj znajdują się wszystkie ważniejsze urzędy czy instytucje. Białystok natomiast nie jest nawet z Łomża solidnie połączony. Nie da się tam dojechać pociągiem. Zaś dojazd samochodem nie jest specjalnie komfortowy. Oba miasta nie są ze sobą kulturowo związane. Od zawsze były po dwóch różnych stronach granic.

 

Głównym miastem południowego Podlasia są Siedlce. Jest tez Biała Podlaska, Łuków i Radzyń Podlaski. Tereny te dawniej należały do Księstwa Warszawskiego, a w 1816 roku roku przekształcone zostały w województwo podlaskie. Dlaczego po reformie Buzka „zagrabiono” je na rzecz Mazowsza? Warto też przypomnieć, że historyczne Podlasie to także miasta Korony Polskiej – Drohiczyn, Mielnik czy Granne – leżące na szczęście w naszym województwie. Niewątpliwie brakuje tu uzupełnienia o Siedlce i Białą Podlaską.

 

Zabrać podlaskie ziemie lubelskiemu i mazowieckiemu, oddać Łomżę Mazowszu i co dalej? Przesunięcie granic województwa we właściwe miejsca byłoby jednak tylko uporządkowaniem historii. Z perspektywy mieszkańców Łomży, Białej Podlaskiej czy Siedlec nie miałoby to żadnego sensu, a jedynie utrudniłoby życie. Wszystko przez odległości – między Łomża a Białymstokiem jest 80 km, zaś miedzy Łomżą a Warszawą prawie 2 razy tyle. Biała Podlaska do Lublina ma 120 km, do Białegostoku 140 km. Siedlce do Warszawy prostą drogę i niecałe 100 km. Do Białegostoku natomiast 150 i to gorszą drogą. Pociągiem też nie lepiej. Ściana wschodnia kompletnie nie jest ze sobą skomunikowana. Do Lublina nie dojedziemy przez Czeremchę i Siedlce lecz przez Warszawę i Siedlce. Podobnie do Białej Podlaskiej. Ta miejscowość również nie ma lepiej z połączeniem do Lublina.

 

Przywrócenie dawnych granic nie miałoby sensu. Dlatego też musimy porzucić marzenia o powrocie wielkiego, historycznego Podlasia na rzecz ciężkiej pracy na to, byśmy nie byli takimi biedakami. Nie będzie to jednak takie łatwe. Mimo wspaniałych walorów turystycznych – nie przyjeżdża do nas tyle osób co choćby w biedne, podkarpackie Bieszczady. Pensje w naszym regionie względem innych są żenująco niskie. Najbliższe lotnisko jest pod Warszawą. Jedyne co mamy to jedną szybką drogę ekspresową i komfortowe połączenie kolejowe również z Warszawą. Niezbyt wiele jak na 20 lat istnienia województwa podlaskiego. Wystarczająco jednak, by stąd uciec na zawsze jeżeli natrafi się dobra okazja.

fot główne: Facebook – Nowy Podział Administracyjny Polski (koncepcja podziału na 10 województw

Wilk ze Słonimskiej powraca! W nowym odcinku utopi ponad półtora miliona złotych!

Chociaż jest już po wyborach samorządowych i nie trzeba rozdawać pieniędzy na lewo i prawo, to Wilk ze Słonimskiej w kolejny odcinku serialu postanowił pieniądze utopić na łąkach. Konkretnie to 1,6 miliona złotych. Oczywiście pod pretekstem smogu, ekologii i przyrody. Pomysł zakładania łąk kwietnych na pasach drogowych brzmi zupełnie niepoważnie, a wręcz śmieszne. Dziwić może decyzja Wilka biorąc pod uwagę jego zapędy do betonowania czego tylko się da i zezwalanie na zabudowanie czego się tylko da – co w efekcie daje ekologiczne powodzie po każdej ulewie. Może gryzie go sumienie przez te betonowanie? Jeżeli tak, to koszt tej zabawy pokuty nie jest niski. Umówmy się – 1,6 miliona złotych można by było zagospodarować w lepszy sposób niż wymiana zwykłej trawy na łąki kwietne w pasach drogowych.

 

Oddajmy głos Wilkowi: – Taka zieleń pełni wiele pożytecznych funkcji. Chcemy nasze miasto czynić coraz piękniejszym, czystym i przyjaznym mieszkańcom. HA HA HA. Każdej zimy Białystok dusi się od smogu, każdego lata po każdej ulewie miasto zamienia się w Wenecję, zarobki są tu jedne z niższych w Polsce, brak też wysokospecjalistycznych miejsc pracy i dużych korporacji. Co z tego? Zakładajmy łąki!

 

Ten 1,6 mln zł wyrzucony w błoto, o przepraszamy w łąki to tylko preludium. Wilk ze Słonimskiej wkrótce także rozstrzygnie przetarg na obsługę swoich wyjazdów zagranicznych, z których przez wszystkie lata, które rządzi jeszcze nic nie wynikło. Na zakończenie przypomijmy coś co jest wiadome, ale każdy o tym zapomina – ta kasa co jest tak marnotrawiona idzie z Waszych portfeli.

10 zł za godzinę parkowania na Rynku? Ciągły brak miejsc postojowych w Centrum.

Białystok ma plan na budowę parkingów w mieście. Wszędzie tylko nie w centrum. Tak można w skrócie opisać najbliższe plany magistratu. Zdaje się urzędnicy, a szczególnie ten „najważniejszy” nie chcą zauważyć, że od dawna ścisłe centrum miasta cierpi na kompletny brak miejsc postojowych. Dlaczego nie ma nawet żadnych planów, by to zmienić? Najbardziej nasuwająca się odpowiedź to nowe prawo.

 

We wrześniu wejdą w życie przepisy, dzięki którym białostocka Rada Miejska (z obozu prezydenta) będzie mogła uchwalić tak zwaną „śródmiejską strefę parkowania”. Jeżeli tak się stanie, to w praktyce oznaczać to będzie, że na terenie ścisłego centrum zaczną obowiązywać dużo większe opłaty za parkowanie. Zgodnie z nowymi przepisami – pierwsza godzina postoju będzie mogła wynosić 0,45 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia. Te w 2019 roku wynosi 2250 zł brutto, zatem opłata wynieść będzie mogła 10 zł 12 gr. Wiadomo, że dużo łatwiej jest dowalić opłatami w kierowców, by stawali „tylko na chwilę”, niż wybudować więcej miejsc parkingowych. W ścisłym centrum jest takie miejsce, gdzie można by było bez przeszkód postawić wielopoziomowy parking. To plac NZS (dawniej Uniwersytecki). Nie oszukujmy się – przy obecnym układzie drogowym kompletnie do niczego nie służy, a mógłby. Drugie takie miejsce znajduje się tuż obok – bo za blokiem stojącym przy placu. Tam również stoi podwórko, które z punktu widzenia zagospodarowania przestrzeni nie ma racji bytu.

 

Dlatego też stawiamy dolary przeciwko orzechom, że tuż po wyborach sejmowych, gdy nie będzie trzeba już ściemniać w kampanii wyborczej – rada podniesie opłaty za parkowanie w ścisłym centrum. Oczywiście w ramach walki ze smogiem.

Budynek za 1 zł nie dla Lucy Lisowskiej. To ostatnia osoba, która powinna cokolwiek dostać!

Dobra wiadomość dla wszystkich mieszkańców Białegostoku. Upór może poskutkować tym, że władza wycofa się z głupiego pomysłu, a takim niewątpliwie należy nazwać próba oddania za 1 zł dawnej meliny w centrum miasta pod żydowskie muzeum w Białymstoku. Mieszkańcy ul. Bohaterów Getta mogą czuć się usatysfakcjonowani, gdyż żadne muzeum pod ich blokiem nie powstanie. Główna zainteresowana przejęciem budynku za 1 zł – Lucy Lisowska, reprezentująca Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska-Izrael obawiała się, że ktoś podpaliłby ewentualne muzeum, stąd też nie zgłosi się do prezydenta po budynek – dowiadujemy się na stronie internetowej Kuriera Porannego.

 

To dobrze, że prezes CEO Lucy Lisowska zrezygnowała. Jest ostatnią osobą, która powinna cokolwiek w Białymstoku dostać. Najpierw chciała by w kamienicy przy ul. Waryńskiego – gdzie także zapowiadała powstanie Muzeum Żydowskiego. Co do czego przyszło była zainteresowana otwarciem tam kawiarni, do tego płacąc 10 proc. czynszu. Miasto na coś takiego się na szczęście nie zgodziło. Kolejny adres, gdzie miało powstać muzeum białostockich Żydów to zrujnowany budynek przy Kijowskiej 1. Tym razem miasto postanowiło, że jeżeli z Panią Lucy Lisowską i organizacją, której ona przewodniczy nie dojdą do porozumienia, to gmina będzie samodzielnie prowadzić instytucję. Na łamach Kuriera Porannego wiceprezydent Rafał Rudnicki zapowiadał, że remont zakończy się w 2016 roku. Tymczasem mamy koniec 2018 roku a budynek nie wygląda jakby miało tam cokolwiek powstać.

 

Dlatego też dobrze się stało, że kolejny budynek nie jest już w kręgu zainteresowania Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska – Izrael. Dzięki temu melina bez wartości historycznej – jaka znajduje się przy ul. Bohaterów Getta zostanie rozebrana. Tak stałaby i czekała lata na remont, który prawdopodobnie nigdy nie doszedłby do skutku podobnie jak Waryńskiego i Kijowska. Wiceprezydentowi Rudnickiemu zaś przypomnimy o budynkach, które niszczeją, a mają wartość historyczną. Oto one:

 

 

 

Pod granicą trwały ćwiczenia żołnierzy. Jak będzie wyglądać wojna na Podlasiu?

Trwają militarne ćwiczenia „Anakonda-18”. Jednym z trenowanych epizodów była ewakuacja ludności z Gródka. I w tym miejscu należy sobie zadać pytanie co w rzeczywistości może się wydarzyć, gdyby napadła nas Rosja. Czy nasza skromna 100-tysięczna Armia (która teoretycznie ma być wzmocniona przez NATO) będzie wystarczająca, by obronić się przed napastnikiem? Czy też jak w Powstaniu Warszawskim – wszyscy mieszkańcy staną się żołnierzami? Ćwiczenia sugerują, że tereny przygraniczne mogą być miejscem walk, z których trzeba będzie ewakuować ludzi.

 

We współczesnych czasach ewentualna wojna nie będzie przypominać tej jaką znamy z historii. Przede wszystkim największe mocarstwa dysponują bronią masowego rażenia. Nie będą musieli wysyłać żołnierzy do walk, kiedy będą mogli załatwić sprawę potężnymi bombami. Warto jednak pamiętać, że im większa bomba tym gorsze możliwości jej transportu. Zatem mało realne jest, by ktoś na Polskę zrzucił bombę rozstrzygającą od razu wojnę. Do miniaturyzacji tego elementu zbrojenia jeszcze naukowcy nie doszli. Jednym słowem, nie ma czegoś takiego jak mała bomba atomowa.

 

Należy popatrzeć także na sprawę z drugiej strony. Doktryny wojenne nie zmieniają się zbyt często. Toteż Polska ma doktrynę obronną. Wobec czego należy zadać sobie pytanie czego będziemy bronić, a czego nie. Bo chyba tylko naiwny twierdzi, że będziemy w stanie utrzymać całe terytorium kraju. Kiedyś w sieci był nawet taki artykuł: Kto będzie umierać za Białystok? Z jego treści wynikało, że nikt.

 

Putin kilka lat temu powiedział „W 2 dni zajmę Warszawę”. Czy to zwykłe przechwałki? Nie oszukujmy się, że Polska jest w trakcie zmiany zbrojenia na nowe, które potrwa jeszcze wiele lat. Wiadomo, że na pierwszy ogień pójdzie największy szrot. Kto normalny rzuci co najlepsze na początek, by potem bronić się złomem? Dlatego też konkluzją gródeckich ćwiczeń „Anakonda-18” oraz faktu, że nasza armia nie jest zbyt mocna w porównaniu z rosyjską, powinno być stwierdzenie – że podczas ewentualnej wojny – każdy powinien uciekać z Podlasia – najlepiej na południowy zachód. Tam na wojska wszyscy poczekają na wojska napastnika najdłużej.

 

Na pocieszenie rzucimy tylko, że Rosja niechętnie wychylać się będzie jednak na zachód. Jedyne co może interesować potencjalnego agresora, to dostęp drogą lądową do Kaliningradu (przez przesmyk suwalski) oraz ziemie Ukrainy i Lubelszczyzny, które mają realną wartość rolniczą. Dalsza ekspansja nie ma ekonomicznego sensu. Poza tym Chińczycy tylko czekają by nastąpił odpowiedni moment, by zająć Syberię.

Powstanie nowa linia kolejowa w regionie? A może nowe województwo?

Dużo się dzieje w inwestycjach kolejowych województwa podlaskiego. Tak jak Łomża była odcięta od ruchu kolejowego, tak prawdopodobnie zostanie. Inwestycja na odcinku Łapy – Śniadowo – Łomża stoi pod znakiem zapytania. Wszystko dlatego, że PKP PLK SA – inwestor – nie ma wystarczająco dużo pieniędzy na wszystkie inwestycje. Brakuje 75 mln zł, które spółka chce przesunąć właśnie na remont odcinka Kuźnica – Geniusze oraz bocznicę Bufałowo pod Sokółką, które dla województwa podlaskiego są uznane za strategiczne. Rewitalizacja linii kolejowej z Łap do Śniadowa spółka PKP PLK chciałaby umieścić na listę rezerwową zaś do krótkiego odcinka Śniadowo – Łomża wykonać tylko dokumentację projektową.

 

Co ciekawe zamiary spółki zbiegły się w czasie z decyzją ministra infrastruktury, który chce by za niecałe 10 lat przez Łomżę przebiegała linia kolejowa łącząca to miasto z Warszawą i Mazurami. Kuriozalne by było gdyby, pociągiem można było dojechać z Łomży wszędzie tylko nie do Białegostoku. A może ktoś szykuje reformę samorządową i Łomża ma trafić do upragnionego Mazowsza? Kiedyś Jarosław Kaczyński był zwolennikiem zmian samorządowych – szczególnie optował za powstaniem jeszcze jednego województwa na Pomorzu. Być może jest i jakaś potajemna oferta również dla Łomży i innych pobliskich miast?

 

Nie od dziś wiadomo, że funkcjonowanie w ramach mazowieckiego takich miast jak Siedlce, Sokołów Podlaski, Ostrów Mazowiecka, Przasnysz, Ostrołęka oraz podlaskiego takich miast jak Łomża, Grajewo, Kolno czy Zambrów to zwyczajna pomyłka. Nie raz padały przecież głosy – że Warszawa jako stolica zagrania najwięcej, kosztem właśnie reszty miast w województwie. Nie inaczej w tym kontekście jest z Białymstokiem. Jeszcze nie wiadomo co, ale chyba coś jest na rzeczy.

Featured Video Play Icon

Idiotyczna inwestycja dobiega końca. Mamy się cieszyć?

Idiotyczna inwestycja dobiega końca. Można już bez większych przeszkód jeździć do Supraśla. Tylko w jednym miejscu To, że nowa droga do podbiałostockiego uzdrowiska jest potrzebna – wiedzieli wszyscy. To, że powstanie karykatura drogi – wzbudziło wiele kontrowersji. 

 

Zacznijmy od przypomnienia. Droga biegnie przez Puszczę Knyszyńską. Inwestor – Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich postanowił błyskotliwie wziąć pieniądze na drogę z Unii Europejskiej. Problem w tym, że projekt był „za tani”. Wymyślono więc budowę idiotycznej, wielkiej estakady pośród drzew, by zawyżyć wartość projektu. Kierowcy jadąc będą po bokach widzieć ich czubki. Cay szkopuł w tym, że by brać pieniądze unijne należy dysponować wkładem własnym. Zapytani przez nas specjaliści od budowania dróg nie mieli wątpliwości – wyremontowanie drogi Białystok – Supraśl bez cyrków w postaci estakady było możliwe za pieniądze z wkładu własnego.

 

Po co więc ta cała farsa? Odpowiedź w powyższym filmie.

 

Układy sił zmieniły się po wyborach. Czy będzie miało to wpływ na Podlaskie?

Nasz portal jest apolityczny, lecz nie sposób nie wspomnieć o tym, że doszło do wielu istotnych zmian we władzach. Co będzie miało wpływ na Białystok czy województwo podlaskie. Też warto napisać o tym choćby dla kronikarskiego obowiązku.  Przede wszystkim nowym-starym prezydentem Białegostoku został Tadeusz Truskolaski. Z poparciem 59 proc. białostoczan uzyskał mandat na kolejne – tym razem 5 lat. Jednak jego sytuacja polityczna uległa znaczącej poprawie gdyż tym razem większość w białostockiej Radzie Miasta ma tym razem stronnictwo prezydenta – Koalicja Obywatelska. W ich rękach jest 16 mandatów, zaś w rękach opozycji tylko 12. Tak dużą przewagę osiągnięto przez słabość trzeciej i czwartej formacji – Białystok na Tak oraz Inicjatywa dla Białegostoku, które nie otrzymały żadnego mandatu. W przypadku tej drugiej zabrakło 22 głosów do uzyskania jednego miejsca.

 

W Sejmiku natomiast rządzić będzie PiS. Tam PO-PSL utraciła większość i obecnie będzie miała 14 mandatów. Zaś wygrany PiS – 16. Oznacza to tak samo zmianę. Ze stanowiska będzie musiał ustąpić obecny marszałek Jerzy Leszczyński i cały zarząd województwa. Ten zostanie wybrany między politykami PiS bez problemu. Co te zmiany oznaczają dla naszego województwa oraz dla jego stolicy? Bardzo wiele.

 

Przede wszystkim w Radzie Miasta nie będzie już ostrego sporu z prezydentem Truskolaskim, gdyż będzie jedna formacja. Obserwatorzy życia publicznego w mieście na pewno zauważyli, że w radzie było więcej polityki niż samorządności, co nigdy nie wpływa korzystnie na miasto. Mimo wszystko udało się przeforsować najbardziej kontrowersyjny projekt – pasa startowego na Krywlanach, który będzie aspirował do lotniska. Wybór Truskolaskiego to gwarancja kontynuowania tej inwestycji, która ma tyle samo przeciwników co zwolenników.

 

W Sejmiku zaś nie należy się spodziewać rewolucji. Ciekawe jednak czy nowy marszałek nie ogłosi, że chce budować lotnisko regionalne. Oczywiście bez rządowych pieniędzy nie jest to możliwe. Dlatego kluczowy będzie tu fakt czy podlascy politycy są dostatecznie wpływowi.

 

Ciekawe też czy nowy marszałek wsłucha się w głos mieszkańców, by uruchomić bezpośrednie połączenie kolejowe Białystok – Lublin lub nawet Suwałki – Rzeszów (obecnie możliwe jest tylko przez Warszawę). Z kolejowych połączeń jest jeszcze kwestia pociągów do Kowna, Walił oraz w przyszłości do Białowieży (po remoncie torów). Nie wiadomo jaki stosunek będzie miała nowa ekipa do tego typu połączeń.

 

Ostatnią kwestią jest drogi Białystok – Augustów. Po wybudowaniu „Via Baltici” w 2021 roku będzie można do granicy z Litwą dojechać nowiutką drogą, ale przez Suwałki, Szczuczyn, Łomżę oraz Ostrów Mazowiecką. Z perspektywy Białegostoku w połączeniu z Suwałkami ta droga jest bezużyteczna. Trochę lepiej będą mieli mieszkańcy Augustowa, którzy także zostali wykluczeni z tej inwestycji, ale do Via Baltici przebiegającej przez Raczki mają całkiem nie daleko.

 

Inną kwestią jest budowa „Via Carpatii”, która ma powstać do 2025 roku. Prowadzić ma od Choroszczy przez Dobrzyniewo, Knyszyn, a dalej „Via Balticą”. Jednak znów z Białegostoku do Augustowa będzie to „na około”. Dlatego na pewno w pewnym momencie zostanie poruszony temat dotyczący obecnej, kiepskiej krajowej ósemki, którą jazda między Katrynką a Augustowem to straszna męczarnia. I tutaj będzie mógł się wykazać zarząd województwa.

 

Infrastruktura jest bardzo ważna, lecz nie należy zapominać, że najważniejszy jest rozwój gospodarczy. A Podlaskie naprawdę ma kogo gonić, nie jesteśmy liderami, a nasze województwo to wciąż miejsce, z którego się wyjeżdża aniżeli przyjeżdża. Miejmy nadzieję, że nowa ekipa zacznie coś w tym kierunku robić.

Featured Video Play Icon

Kompromitacja premiera. Morawiecki chce wytępić wilki?

Kiedy podrzędny polityk, choćby parlamentarzysta bredzi coś publicznie, to można przymknąć oko. Wszak nie mamy systemu dwupartyjnego w Polsce jak w USA, przez co poseł czy senator w praktyce małe ma szanse by to co plecie zmaterializować w obowiązujące prawo. Zupełnie inaczej jest, gdy plecie premier. On każdą bzdurę, którą wypowie może z łatwością ustanowić prawem, o ile nie zbuntuje mu się własna partia, a prezydent nie zawetuje.

 

Dlatego włos się jeży na głowie, gdy premier Mateusz Morawiecki na publicznej konferencji prasowej w Biebrzańskim Parku Narodowym nie dość, że nie rozróżnia Lasów Państwowych od Parków Narodowych, to jeszcze mówi, że zaczyna przybywać w lasach wilków, a on zaczyna się bać i dodaje „Myślę, że z waszą pomocą z wilkami sobie też poradzimy”. W tym momencie dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego zrobił tak wielkie oczy, jak Arnold Schwarzenegger w „Pamięci absolutnej”, gdy próbował złapać oddech na Marsie.

 

Pamięć absolutna, 1990r., Vision Film Distribution

 

Kompromitacja Morawieckiego była bezdyskusyjna. Miejmy nadzieję, że ktoś mu skutecznie wytłumaczy, że komuniści tępili wilki, przez co te obecnie są pod ścisłą ochroną. W innym przypadku ich populacja byłaby na granicy wymarcia, o czym marzą myśliwi, którzy raz po raz robią jakąś publiczną „aferę” o zagryzione zwierzęta na polu (które powinny być na noc zamykane w stodole), by straszyć ludzi wilkami.

 

Najgorsze, że wystraszyli także premiera Morawieckiego, który ma dość władzy by jak za komuny własnie wilka wytępić. A warto na każdym kroku przypominać, że wilki to wspaniałe, zwierzęta, które regulują nadmiar zwierzyny w lesie eliminując najsłabsze i schorowane – czyli konkurują z myśliwymi własnie. Miejmy nadzieję, że Mateusz Morawiecki pójdzie po rozum do głowy i wszyscy zapomnimy o tej kompromitacji.

W tych miastach będzie tylko po jednym kandydacie. Nikt nie chce z nimi konkurować?

Kolno i Wysokie Mazowieckie to dwa miasta w województwie podlaskim, gdzie wybory samorządowe w zasadzie zostały rozstrzygnięte już teraz. Zarówno w jednym jak i o fotel burmistrza ubiega się jeden kandydat. Nie oznacza to jednak, że Panowie Andrzej Duda (nie Prezydent) i Jarosław Siekierko zostaną burmistrzami z automatu. W przypadku, gdy o urząd ubiega się tylko jeden kandydat to musi on zdobyć głosy „na Tak”. Oczywiście głosów tych musi być więcej niż „na Nie”. Najwięcej osób bije się o fotele prezydenckie – Białegostoku (5 kandydatów), Łomży (7 kandydatów) i Suwałk (5 kandydatów).

 

Warto sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego oprócz obecnych włodarzy Kolna i Wysokiego Mazowieckiego nikt nie chce rządzić. Są tak idealni, że nie mają opozycji czy też Kolno i Wysokie Mazowieckie mają tak duże problemy, że nikt nie chce się za nie łapać?

Kolno

Miasteczko liczy sobie 10 000 mieszkańców, zaś prawa miejskie ma od 1425 roku! Wydawałoby się, że tak stare miasta w dzisiejszych czasach powinny sobie radzić najlepiej. Jednak przypomnijmy, że Białystok względem Suraża, Supraśla czy Tykocina zyskał dopiero, gdy zaborca wybudował u nas linię kolejową. Najbliższymi sąsiadami Kolna są Grajewo, Pisz, Ostrołęka i Łomża. Pierwsze dwa mają dwa razy więcej mieszkańców niż Kolno, zaś kolejne dwa 6 razy więcej. Taka dysproporcja powoduje, że potencjał gospodarczy Kolna jest mocno ograniczony – bowiem wokół ma silną konkurencję. Tereny Kolna to także w 86 procentach użytki rolne, zatem jego mieszkańcy w głównej mierze mogą żyć z rolnictwa i drobnej przedsiębiorczości oraz usług. W Kolnie jednak znajdują się zakłady, które zatrudniają ponad 500 osób. Dodatkowo są też duże sklepy.

 

Dlaczego więc tylko jeden kandydat? Budżet na 2018 rok Kolna zakłada dziurę budżetową w wysokości 3 mln zł. – Budżet jest napięty, ale musimy wykorzystać szanse na rozwój miasta jakie niosą możliwości pozyskania dofinansowania zewnętrznego na miejskie inwestycje. Dlatego ten budżet ma tak ambitne założenia i przewiduje rekordowo duży front inwestycyjny – mówił Burmistrz Kolna Andrzej Duda na łamach portalu UM Kolno.

 

Andrzej Duda jest związany z PiS. W 2015 roku przymierzano go do objęcia stanowiska Wojewody Podlaskiego, ten jednak postanowił zostać w Kolnie na stanowisku burmistrza. Na forach lokalnych portali można przeczytać wiele negatywnych komentarzy o burmistrzu, jednak wydaje się, że Andrzej Duda w Kolnie ma po prostu spokój – w postaci braku realnej opozycji. Stąd też nie ma nawet chętnego, by stanąć z Dudą do rywalizacji, której wątpliwą nagrodą byłoby kombinowanie skąd wziąć brakujące w budżecie 3 miliony.

Wysokie Mazowieckie

Miasteczko leży obok Szepietowa – gdzie jest linia kolejowa Białystok – Warszawa oraz obok Zambrowa, gdzie jest prawie ukończona droga ekspresowa Białystok – Warszawa. Co ciekawe, w Wysokiem Mazowieckiem mieszka więcej ludzi niż w Szepietowie. Zambrów ma „tylko” dwa razy więcej mieszkańców. Dlatego Wysokie Mazowieckie nie ma tak silnej konkurencji sąsiedzkiej jak Kolno. Do tego bliskość ekspresówki i linii kolejowej powinno nadawać miastu silny potencjał gospodarczy. Warto też przypomnieć, że w mieście znajduje się znana w całej Polsce Mlekovita.

 

Co ciekawe dochody budżetu wynoszą dokładnie tyle samo co wydatki budżetu. Dla potencjalnych kontrkandydatów sytuacja wręcz idealna, gdyż przejmując urząd nie wskoczyliby na minę. Jednak jest pewien szkopuł – skoro burmistrz nie zadłuża miasta i prowadzi racjonalną gospodarkę finansową, to w takim razie po co go zmieniać? Być może i tutaj chętnych na zmianę nie było, bo każdy z potencjalnych rywali uznał z góry, że nie ma żadnych szans.

 

Wyniki wyborów „Na Tak” i „na Nie” potwierdzą czy obaj Panowie Burmistrzowie rzeczywiście nie mają potencjalnej konkurencji.

 

na zdj. Kolno, fot. PanSG / Wikipedia

Białystok przyjazny rowerzystom? Chyba tylko dlatego, że u innych jest gorzej

Białystok otrzymał certyfikat „Gmina Przyjazna Rowerzystom”. Stolica województwa podlaskiego została wyróżniona w kategorii gmin do 500 tysięcy mieszkańców na Międzynarodowych Targach Rowerowych – Kielce Bike-Expo. Do konkursu zgłosiło się ponad pięćdziesiąt gmin z Polski. Trudno jednoznacznie tę informację skomentować, bo skoro nas wyróżnili certyfikatem, to może oznaczać, że:

 

a) jest u nas super
b) u innych jest dużo gorzej

 

Jako mieszkańcy Białegostoku, którzy żyją tym miastem na 100 procent bardziej przychylamy się do tej drugiej odpowiedzi. Oczywiście nieuczciwe byłoby stwierdzenie, że w Białymstoku dla rowerzystów jest źle, ale mówienie że nasze miasto jest przyjazne rowerzystom – jak głosi certyfikat to duża przesada. Miasto chwali się, że jest u nas 123 km ścieżek rowerowych. Szkoda, że nic nie wspomina o ich jakości. Pierwszą ścieżką, którą można wyróżnić w mieście jest ta przy ul. Wiosennej. Jest dobrze oznaczona, bardzo szeroka i wystarczająco odseparowana od pieszych. Problem w tym, że jej długość to około 800 metrów. Drugi problem jest taki, że to jedyna tak dobrze zrobiona ścieżka w Białymstoku.

 

A jak pozostałe? Zdecydowana większość to tak zwane ciągi pieszo-jezdne – czyli oddzielone zwykłą linią chodniki, brukowane drogi i czasem asfalty. Problem z nimi jest taki, że piesi ignorują podział. Drugi problem – to jakość nawierzchni jest zwyczajnie słaba. Warto też wspomnieć o wielu ścieżkach, które z urzędniczej wygody kończą się, by zacząć się ponownie po drugiej stronie ulicy. Tutaj za przykład należy wziąć ciąg na ul. Lipowej. Oficjalnie przejeżdżać przez przejście nie wolno. Wszystko dlatego, że tak przebudowana została Lipowa (a wcześniej zaprojektowana). Ktoś taki projekt zatwierdził, a potem zrealizował. Palcem pokazywać nie będziemy, bo każdy dobrze wie kto od 12 lat „rządzi” na Słonimskiej.

 

Problemów rowerowych w mieście jest jeszcze dużo więcej, o czym można by napisać książkę. Dlatego też można się pocieszać, że u innych jest jeszcze gorzej. Tylko czy jest to eleganckie i ambitne podejście?

Białystok ma filmik dla inwestorów. Przypomina ten ze stadniny koni w Janowie.

Zapewne wielu z Was słyszało i widziało „film promocyjny” stadniny koni w Janowie Podlaskim, który był wyśmiany chyba w całej Polsce. Przypomnijmy muzyczka, krzaki, liście, budynek stadniny, tylko koni jakoś nie bardzo widać. Tutaj wideo dla przypomnienia:

 

 

W pewnym sensie Białystok stworzył podobną produkcję. Oczywiście zdjęciowo, montażowo i ogólnie technicznie dużo lepszą, ale przesłanie bardzo podobne. Oto mamy miasto, które czeka na inwestorów, tylko że nie mamy za bardzo co pokazać. Zobaczcie sami:

 

 

Widzimy stadion, Pałac Branickich, kwiaty na Rynku Kościuszki i nawet fontannę, drogi oraz nieistniejące jeszcze lotnisko na Krywlanach. Jest też pokazana droga do Warszawy. Później film jakby się rozkręca – pokazywana jest strefa ekonomiczna i jej okolice. Nie zabrakło też ujęć kampusu. Najśmieszniejsze jest jednak to, co przewija się w napisach podczas pokazywania tych obrazków. Mianowicie suche dane statystyczne plus garść informacji typu: nasz budżet to 2,4 mld zł. Warto dopytać co z tego wynika? Że miasto zadłuża się na potęgę. Kolejna porażająca informacja… miasto połączone DROGĄ EKSPRESOWĄ z WARSZAWĄ. Rozumiecie? Ewenement w skali kraju.

 

Najlepsze jest jednak później: Podstrefa Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej – zainwestowało uwaga, porażająca liczba… 15 przedsiębiorców. Białystok to już drugi Hong Kong? Firmy wydały 500 mln zł i zatrudniły 1100 osób. Zabrakło najważniejszego – ile łącznie wygenerowały zysku te firmy, bo dla potencjalnego inwestora to jest najważniejsze. Jedyną zachętą jest zwolnienie z CIT do 70 proc. i zwolnienie z podatku od nieruchomości. Na filmie chwalimy się GIGANTYCZNĄ liczbą studentów czyli 30. tys. Jeżeli zestawimy jednak tą liczbę z danymi z innych ośrodków akademickich, to wypadniemy blado.

 

Co interesuje inwestora? Ile zarobi na tym, że otworzy firmę w Białymstoku, jakie ma możliwości importu oraz eksportu, jakimi potencjalnymi pracownikami dysponujemy – jakie mają doświadczenie oraz umiejętności oraz co nas wyróżnia na tle innych miast. Tego inwestor się nie dowie, bo ktoś kto przygotowywał ten film raczej nie ma pojęcia o biznesie. Gdyby zwykły filmik załatwiał sprawę, to do Janowa Podlaskiego zjechaliby się zainteresowani z całego świata w rytm muzyczki tididi bum. Nie od dziś jednak wiadomo, że ekipa Truskolaskiego przez 12 lat nie zrobiła praktycznie nic pod względem tego, by w Białymstoku pensje zaczęły rosnąć z powodu konkurencji przedsiębiorstw. Nie ma u nas zbyt wielu firm zatrudniających specjalistyczną kadrę, która by przyjeżdżała z innych miast za pieniędzmi, karierą i innymi korzyściami. Białystok to miasto, z którego wciąż się ucieka. Osoba, która zainwestowała swój czas w wykształcenie i rozwój musi jechać  do Warszawy, Poznania, Wrocławia czy Gdańska. W Białymstoku nie ma dla niej poważnych ofert. I żaden filmik tego nie zmieni. Nikt tu nie przyjedzie i pod jego wpływem nie zainwestuje.

Cała Puszcza Białowieska parkiem narodowym?

Ponownie ożył temat, by cała Puszcza Białowieska stała się parkiem narodowym. Zabiega o to stu polskich naukowców, którzy otwarcie o to apelują do premiera Mateusza Morawieckiego, argumentując że to dobry moment, bo stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Oczywiście żaden z naukowców zapewne nie brał pod uwagę, że na terenie Puszczy Białowieskiej znajdują się gminy, w których mieszkają ludzie. Zaś naukowcy najwyraźniej chcą ich jak Indian zamknąć w rezerwacie. Chociaż wydaje nam się, że najchętniej tych ludzi by wszyscy wypędzili. No może nie wszystkich. Jest taki znany ekolog, który mieszka w Teremiskach. Jego to nikt by nie wypędzał, bo najprawdopodobniej postulat naukowców mu pasuje.

 

Rozszerzenie granic Białowieskiego Parku Narodowego o całą Puszczę spowodowałoby przede wszystkim katastrofę dla mieszkańców Białowieży. Ich możliwość rozwoju zamknęłaby się jedynie do turystyki. Ponadto cały powiat hajnowski musiałby importować drewno. Wszystkie okoliczne tartaki oraz firmy zajmujące się przetwórstwem drewna by splajtowały. W przeciągu 20 lat miasteczka prawdopodobnie wyludniłyby się, bo nie mogłyby się rozwijać. Hajnówka prawdopodobnie zostałaby zdegradowana do gminy o charakterze wiejskim.

 

W obrębie Puszczy Białowieskiej mieści się 8 gmin. Wszystkie musiałyby zostać „poświęcone” na rzecz ochrony przyrody. Koszty społeczne i gospodarcze takiego przedsięwzięcia byłyby gigantyczne, gdyż mówimy o zmuszeniu 20 tysięcy ludzi do przekwalifikowania się, wypłaty im zasiłków lub wyprowadzki. Jednym słowem miejmy nadzieję, że dążenia naukowców w tej kwestii pozostaną jedynie w sferze fantazji.

Pociągi Białystok – Warszawa pojadą 160 km/h

Jeszcze 3 lata poczekamy na to, by do stolicy z Białegostoku można było jechać 160 km/h. Nie wygląda to zbyt rozwojowo, szczególnie że już teraz pociągi jeżdżą na tej trasie 120 km/h. W Warszawie Wschodniej obecnie wysiądziemy po równo 2 godzinach podróży. W 2021 roku podróż potrwa jeszcze krócej. Oczywiście należy się cieszyć z tego co mamy, ale warto sobie uświadomić, że obecny rekord prędkości osiągnięty na świecie to 603 km/h.

 

Żeby w Polsce w ogóle było można marzyć o podobnych prędkościach musi się zmienić myślenie. Mimo, że komunizmu formalnie nie ma od 1989 roku, to mentalnie jest on w urzędnikach cały czas. Niczym w piosence Perfectu – Nie Płacz Ewka – w głowach urzędników telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt. Dlatego potem wszystko co inwestujemy, to nie robimy tego perspektywicznie. Drogi mają po 2 pasy ruchu (gdzie samochodów przybywa), pociągi osiągają zawrotną prędkość 160 km/h zamiast budować takie tory jak we Francji czy Japonii i tak dalej…

 

Jeżeli chcemy rzeczywiście dogonić zachód, to musimy przyspieszyć i to mocno, a my będziemy gonić jeszcze 50 lat i i tak nie dogonimy. Polska dziś jest tam, gdzie zachód był, gdy rozszerzono Unię Europejską o nowe kraje. Tak – nasz rozwój obecnie to 2004 rok w Niemczech, Francji, Holandii czy Anglii. Jesteśmy zapóźnieni prawie o 20 lat. To teraz spójrzmy na jeszcze bardziej zastopowane Podlasie – o ile jesteśmy cofnięci? Dlatego z inwestycji PKP można się cieszyć przez łzy.