Dlaczego komunistyczny pomnik nikomu nie przeszkadza?

W centrum Sejn znajduje się pomnik czczący 25-lecie PRL. Ten i 20 innych pomników w województwie podlaskim jest na liście do usunięcia… w związku z ustawą dekomunizacyjną. Nasuwa się tu pewna refleksja. Od prawie 30 lat żyjemy w III Rzeczypospolitej, która jest demokratyczna. Jak to możliwe, że w naszym kraju wciąż znajduje się tyle pomników wspominających poprzedni ustrój, który był totalitarny i opresyjny. Dlaczego mieszkańcy sami z siebie nigdy nie starali się usunięcie tych pomników, bądź po prostu tego nie zrobili, tak jak kiedyś usuwało się pomniki na przykład Lenina. 

A za komuny to było lepiej

Odpowiedź być może jest banalna. Ludzi, którzy pamiętają czasy młodości w PRL jest dużo więcej niż osób, które znają te czasy tylko z przekazów historycznych. Zatem w tych pierwszych PRL kojarzy się z młodością, zaś u tych drugich z totalitaryzmem i opresyjnością. Wiele starszych osób, które nie rozumieją procesów gospodarczych z łezką w oku wspominają czasy PRL, bo wtedy dostali mieszkanie, jeździli na wycieczki do Bułgarii oraz… każdy miał pracę. Innymi słowy – państwo wydawało potężne pieniądze, których nie miało, aż w końcu doszło do katastrofy gospodarczej i upadku PRL.

 

O komunistyczne pomniki raczej nie mają pretensji raczej także osoby, które wtedy pracowały na rzecz państwa – czyli wszyscy wojskowi, milicjanci, służby bezpieczeństwa, urzędnicy państwowi oraz urzędnicy partyjni, a także wszyscy inni żyjący bezpośrednio z budżetu państwowego. 

A może ludzie wolą komunizm?

Patrząc na obecne poparcie obecnej partii rządzącej trudno stwierdzić ile osób popiera ją ze względu na usuwanie pomników, a ile ze względu na rozdawanie 500 zł każdego miesiąca. Wydaje się, że jednak te drugie rozwiązanie bardziej zachęca elektorat Prawa i Sprawiedliwości. Skoro tak, to oznacza, że w Polakach nadal tkwić może tęsknota za PRL-em, którego domeną był właśnie socjalizm tak jak jest domeną obecnej partii. Wtedy też młodzi rodzice dostawali “wyprawkę”, “becikowe”, “talony”. Warto tu jednak zaznaczyć, że na takie dodatki mogli liczyć tylko pracujący. Dzisiaj przy wypłacie 500 zł miesięcznie nie ma to znaczenia. 

 

Wracając do komunistycznych pomników. Warto przytoczyć badania CBOS sprzed 4 lat. 19 proc. Polaków twierdzi, że miało do czynienia bezpośrednio lub pośrednio (np. rodzina, znajomi) z represjami lub prześladowaniem w PRL. 44 proc. pozytywnie ocenia ten okres w historii Polski, zaś 46 proc. negatywnie. Warto też przytoczyć jeszcze inne dane. W 2014 roku, czyli w czasie przytaczanego badania PiS popierało ok. 25 proc. badanych. Jednak tylko połowa ich wyborców (czyli ok. 12 proc.) negatywnie oceniała PRL. Poparcie dla PiS obecnie wynosi ponad 40 proc. Oznacza to, że albo przybyło przeciwników PRL, albo jednak 500 plus zrobiło swoje. 

 

Podsumowując – usuwanie komunistycznych pomników ma wymiar symboliczny i jest próbą rozliczenia się z historią, ale rządzący robią to bardziej dla siebie i przyszłych pokoleń, bo w większości obecni mieszkańcy miast, gdzie znajdują się takie pomniki, mają to gdzieś…

Na małym skrawku dobudują kamienicę. W ścisłym centrum miasta!

Krajobraz białostockiego centrum wkrótce zmieni się. Przechodząc obok Pałacu Branickich, ul. Kilińskiego będziemy mijać… nową kamienicę. Choć wydawało się, że ścisłe centrum miasta to już teren zamknięty pod względem architektonicznym, to jednak okazuje się, że znalazło się miejsce na kolejny budynek. I to w jakim miejscu! Na przeciwko dawnej loży masońskiej, a później książnicy, a także w sąsiedztwie prokuratury, dobudowany do budynku Hotelu Aristo zostanie kolejny budynek. Nowa kamienica będzie wyglądała jak przedłużenie sąsiedniej.

 

Na dole będą znajdować się lokale usługowe, zaś na górze mieszkania. Wszystko to na 130-metrowej działce! Już teraz można wysondować, że mieszkania w takim miejscu będą kosztować kosmiczne pieniądze. Zaś lokale usługowe na dole jeszcze więcej. Jeżeli chodzi o sam fakt budowy nowej kamienicy w tym miejscu, to mamy mieszane uczucia. Z jednej strony właściciel prywatnej działki może nią gospodarować zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego. Z drugiej jednak zdziwienie może wywoływać fakt, że urzędnicy w planie zezwolili na tego typu inwestycję.

 

I tutaj dochodzimy do filozoficznego pytania o wygląd centrum. Czy powinno ono pozostać terenem zamkniętym architektonicznie, czy powinniśmy umożliwić jego rozbudowę o nowe budynki. Można powiedzieć, że nowa kamienica była “wypadkiem przy pracy”, bo analizując mapy Białegostoku i jego ścisłego centrum, to drugiej takiej wolnej działki nie znajdziemy. Jednak jest sporo miejsc, które po przekształceniu mogłyby nadawać się na teren pod nowe budynki. Co wtedy?

Brzmi jak żart, ale to prawda. W Białymstoku dopiero się obudzili z biletami

To, co w każdym dobrze zarządzanym mieście jest tak samo dostępne niczym ciepła woda w kranie – w Białymstoku dopiero się pojawi… i to na próbę. Jeżeli większość radnych dotrzyma słowa i zagłosuje za. Mowa tu o biletach komunikacji miejskiej, które będą określone czasowo i… będzie można się dowoli przesiadać.

Jak jest teraz?

W Białymstoku teoretycznie można kupić bilet jednorazowy, 60-minutowy, 24-godzinny oraz 3-dniowy weekendowy. Do wyboru ulgowy i normalny. Pomińmy bilety dekadowe, miesięczne i strefy taryfowe, bo to inny temat. Bilet jednorazowy działa tak samo jak wszędzie. Pozwala na przejazd jednym autobusem. Bilet 60-minutowy to… też bilet jednorazowy, który istnieje nie wiadomo po co. Jest droższy od jednorazowego o 70 gr. Bowiem ani na jednym ani na drugim bilecie nie możemy się przesiadać. Każdy, kto jeździ komunikacją miejską w Białymstoku wie, że 60 minut to jedźie od pętli do pętli nie więcej jak kilka linii. Ponadto z biletem jednorazowym można jeździć nie patrząc na zegarek. Zaś na 60-minutowym trzeba, choć i tak nie wiadomo po co.

Jak jest w Warszawie

Warszawa to dobry przykład, by pokazać jak bardzo dobrze zorganizować komunikację miejską. Tam mamy jeden bilet na autobus, tramwaj, metro oraz kolej miejską. W Białymstoku kolej miejska to marzenie, bo politycy są na stanowisku “nie bo nie”. Do wybory mamy tam bilety jednorazowe oraz czasowe. 20, 40, 60 minut oraz 24 godziny. Podróż można planować tak jak nam wygodnie. Można przesiadać się nawet 10 razy zmieniając środki lokomocji. Ważne, by zgadzał się czas przejazdu.

 

To, co normalne w Warszawie, w Białymstoku dopiero będzie dyskutowane. Na najbliższej sesji radni omówią czy nie wprowadzić biletów 20, 40 i 60 minut. Chciałoby się powiedzieć – o czym tu w ogóle dyskutować. Tymczasem radni planują wprowadzić takie bilety… na próbę. Za półtorej roku może znowu wrócić stare (zależy kto dojdzie do władzy i co wymyśli).

 

Żeby sobie uświadomić jak bardzo jesteśmy zacofani jako region i jako kraj, pozwólcie, że przytoczę pewne porównanie. W USA planuje się misję na Marsa – z ludźmi. Chiny inwestują miliardy oraz dążą do bycia światowym liderem. Tymczasem w Polsce dyskutuje się o zakazie handlu w niedzielę, a w Białymstoku o tym czy wprowadzić autobusowe bilety czasowe z możliwością przesiadania się…

Wilk ze Słonimskiej. Rozdaje pieniądze na lewo i prawo. Tyle, że z waszych portfeli.

Rządzenie każdym miastem jest jak koncert. Najpierw mieszkańcy mogą usłyszeć nowe hity, a gdy tylko koncert dobiega końca (zbliżają się wybory), to można posłuchać starych szlagierów. Nie inaczej jest w Białymstoku. 2018 rok to czas, gdy odbędą się w Polsce wybory samorządowe. Dlatego Tadeusz Truskolaski kończący kolejną kadencję przyszykował największe hity. Jednak nie chodzi o pożegnanie, raczej prezydent spodziewa się bisu.

 

Choć prezydent jest wykonawcą budżetu, to nad jego zawartością głosują radni. W Białymstoku politycznie wykonawca i głosujący są po innych stronach barykady. Tadeusz Truskolaski jest bezpartyjny, ale najpierw startował z poparciem Platformy Obywatelskiej, później gdy ta coraz bardziej topiła się we własnych aferach, to wystartował z poparciem własnego komitetu wyborczego. Gdy po raz kolejny mieszkańcy wybrali go na swojego włodarza, to powołał swojego wieloletniego asystenta na wiceprezydenta, który jest z Nowoczesnej (jak syn Truskolaskiego), powołał też Zbigniewa Nikitorowicza – z Platformy Obywatelskiej. Większość w radzie miasta zaś ma Prawo i Sprawiedliwość. Jakby nie patrzeć klub ten nie ma ani po drodze z Platformą, ani Nowoczesną, a zatem komitet Truskolaskiego łączący te obie partie także im nie pasuje.

 

Jednak w święta dzieją się cuda. Zaczęło się trochę przed nimi. Będący przeciw radni PiS zagłosowali “Za” budową pasa startowego w Białymstoku. Tym razem nieoczekiwanie dogadali się z prezydentem co do budżetu. Trochę ponegocjowali, dorzucili od siebie, prezydent się zgodził i mamy budżet. Oznacza to, że przed wyborami nie będzie kłótni tylko inwestycje. Mieszkańcy idąc do lokali wyborczych będą widzieć dynamicznie zmieniający się Białystok. Co dokładnie zobaczą? Właśnie wyżej wspominane szlagiery, o których od dawna się mówiło.

 

Przede wszystkim parking na tyłach hotelu Cristal. Nie od dziś wiadomo, że zostawienie samochodu w centrum to jak wygranie w totolotka, gdyż wszystkie miejsca od rana do wieczora są zajęte. Powstanie cała masa uliczek osiedlowych, by mieszkańcy stąpali po twardym gruncie i parkingów, by można było zostawiać swoje samochody normalnie, a nie byle gdzie. Zobaczą mieszkańcy swymi oczyma także jak się buduje plac zabaw na Leśnej Dolinie.

 

To nie wszystko – miasto sypnie pieniędzmi dla każdej, większej, zorganizowanej grupy wyborców. Rodzice dzieci z podstawówek nie będą musieli płacić za pociechy w komunikacji miejskiej, kibice Jagiellonii otrzymają pieniądze na modernizację Ośrodka Kibice Razem przy Cieszyńskiej. Fani strzelania doczekają się strzelnicy na ul. Węglowej, która została wybrana głosami w budżecie obywatelskim, ale radni dorzucili do niej dodatkowe pieniądze.

 

Na koniec warto przypomnieć, że ani radni ani prezydent swoich pieniędzy Wam, drodzy białostoczanie nie dali. Wzięli wasze portfele i zaczęli płacić za wszystko, co tylko się da. Byleby dużo się działo w roku wyborczym. Cały ten koncert życzeń będzie kosztować 2,369 mld zł. Jak to się mówi – najlepiej się wydaje nie swoje pieniądze.

Za kilka lat będziemy wdychać to samo co mieszkańcy Krakowa?

Wraz z pierwszym śniegiem zakończył się sezon na BiKeR-y. Nie należy zapominać, że są ludzie, którzy zimą także poruszają się rowerami. Jednak w Białymstoku, gdy tylko spadnie śnieg to nikt nie odśnieża nawet ścieżek rowerowych. Nie należy tego traktować jako zarzut, bo rzecz jasna chodzi o oszczędności. Tak samo nie opłaca się odśnieżać ścieżek dla garstki, jak i utrzymywać systemu BiKeR zimą. Należy jednak pamiętać, że decydując się na pewne rozwiązania równocześnie promujemy pewne postawy. Każdy czyn wywołuje określone konsekwencje.

 

Tak jak pisaliśmy ostatnio – w Białymstoku nie ma Szybkiej Kolei Miejskiej. Chociaż uruchomienie jej nie byłoby trudne, to jest to tylko i wyłącznie decyzja polityczna. Czyli mamy do czynienia z tym samym czynnikiem co przy odśnieżaniu ścieżek i zwijaniu BiKeRów na zimę. Zarówno jedną i drugą decyzją świadomie rezygnujemy z przekonywania ludzi do ekologicznego stylu życia. Oczywiście od odśnieżania ścieżek rowerowych i utrzymania BiKeRów zimą chętnych może nie być zbyt wiele, ale ludzie podpatrują ludzi i biorą z nich przykład. Jeżeli ludzie widzieliby, że można jeździć rowerami bo ścieżki także są odśnieżane, to zaczęłaby robić to garstka. Później inni poszliby w ich ślady. Teraz za to mamy antyprzykład od władz miasta. 

 

Według nich nie warto jeździć rowerem zimą. Tak samo lepiej jest jeździć autobusem spalinowym (dobudowanie kolejnego buspasa na Legionowej tylko to potwierdza) niż koleją elektryczną. Kolejne takie przykłady też by się znalazły. W Białymstoku są pierwsze oznaki problemów ze smogiem. Stacje badawcze powietrza na ul. Waszyngtona, czy też ul. 42 Pułku Piechoty regularnie odnotowują przekraczane normy. Wiadomo że lepiej przeciwdziałać niż leczyć. Lepiej edukować niż karać. Jeszcze kilka lat bierności i będziemy wdychać to samo co mieszkańcy Krakowa.

 

Czy Białymstok ma szanse na bycie ekologicznym prymusem? Tak, ale tylko wtedy, gdy przykład pójdzie z góry.

Szybka Kolej Miejska w Białymstoku? To możliwe. Tylko władza nie chce.

Udało się z lotniskiem, dlaczego ma się nie udać z Białostocką Koleją Miejską? Ostatnia decyzja prezydenta, by lotnisko na Krywlanach budować na raty (najpierw pas, potem w razie potrzeby terminal i wydłużenie pasa). Tak samo można przeprowadzić inwestycję związaną z budową Białostockiej Kolei Miejskiej. Przede wszystkim nie wiadomo skąd upór urzędników, przez który jeszcze jej nie ma.

 

Godziny poranne i popołudniowe to na białostockich ulicach wielki koszmar. Korki na Piastowskiej, Popiełuszki czy Składowej nie są duże, są gigantyczne! Aleja Piłsudskiego czy Lipowa śmierdzą spalinami tak, że nie da się oddychać. Polacy w ciągu ostatnich 25 lat się wzbogacili, a ilość samochodów na ulicach wzrosła 3-krotnie. Obecnie w Polsce jest prawie 30 mln aut. Oznacza to, że zdecydowanie większość Polaków ma samochód. Miasto nie może poszerzać ulic w nieskończoność. Jednak problem można rozwiązać tworząc szybkie połączenia Białostockiej Kolei Miejskiej.

 

 

Obecnie komunikacja miejska w Białymstoku to rak. Mamy nowe autobusy, ale zarządzane jest wszystko z mentalnością poprzedniej epoki. Pasażer ma być wdzięczny, że autobus przyjeżdża i że w ogóle można gdziekolwiek dojechać. Nie liczy się czas, nie liczy się cena biletu, nie liczą się przepełnione autobusy. Ważne że są.

 

Nowoczesny transport wygląda diametralnie inaczej. Daleko nie patrząc – w Warszawie – na 1000 mieszkańców aż 900 ma samochód. Czy to znaczy, że wszyscy codziennie nimi jeżdżą? Nie! Oprócz autobusów normalnych, mają autobusy pośpieszne, mają tramwaje, kolej miejską oraz 2 siatki metra. Na wszystko obowiązuje jeden bilet z dowolną ilością przesiadek. U nas takie rzeczy tylko z biletami abonamentowymi. Na jednorazówkach nie ma mowy (nawet czasowych)

 

W Białymstoku nigdy nie będzie dobrze jeżeli cały czas będziemy konkurować z Suwałkami czy Łomżą, a nie Warszawą, Poznaniem czy Trójmiastem. Z tymi pierwszymi powinniśmy mocno współpracować, z tymi drugimi konkurować w każdej dziedzinie. Zaraz ktoś podniesie argument fundamentalny – pieniądze. Czy stać nas na Białostocką Kolej Miejską? 

 

Mamy infrastrukturę, gotowe stacje: Starosielce, Centrum, Fabryczny, Stadion, Wiadukt, Bacieczki. Wystarczy zrobić rozkład jazdy, wydzierżawić szynobusy, wstawić kasowniki i wozić ludzi. Z biegiem czasu zaś remontować, poprawiać, ulepszać, tworzyć nowe stacje. Czytając dyskusje urzędników nad pomysłem (a nie jest to pomysł nowy) widać, że od razu by chcieli wszystko na raz. Zacznijmy od podstaw.

 

Na czerwono zaznaczyliśmy obszar, który jest peronem. Tak wygląda jedna z podrzędnych stacji kolejowych w Czechach. Jak widać nie trzeba inwestować, by stworzyć prosty przystanek

 

W 2014 roku uruchomiono na 1 dzień testowo Białostocką Kolej Miejską. Efekt zaskakująco dobry – 1500 podróżnych. Do pomysłu warto wrócić. Białystok musi się rozwijać, bo stojąc w miejscu się zwijamy. Wyremontowane drogi to nie wszystko, bowiem mamy kiepskie uczelnie (z roku na rok ubywa studentów), niskie zarobki, zakorkowane ulice i wiele wiele innych. Żeby zacząć naprawiać, potrzeba jednak zmiany mentalności. Urzędnicy muszą przestać myśleć o Białymstoku jak o prowincji, a zacząć jak o dużym, europejskim mieście.

Nie uwierzycie o czym będą decydować mieszkańcy Łomży [FELIETON]

XXI wiek. Kończy się powoli rok 2017. Amerykanie planują załogową misję na Marsa, Rosja szykuje się do wojny, Polska debatuje o wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę. Tymczasem w Łomży…

 

Mieszkańcy zrzeszeni w Łomżyńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej mogą wypowiedzieć się w ankiecie czy chcą mieć ciepła wodę całą dobę, czy tylko w dzień (sic!). Coś, co wydawałoby się standardem w każdym mieście, jest w Łomży rozpatrywane. Jak słusznie władze spółdzielni doszły do wniosku – ludzie nie żyją tylko w dzień, bo czasem chodzą do pracy na różne zmiany. Na wszelki wypadek jednak zapytają mieszkańców czy w godzinach 0.00 – 4.00 ma być także ciepła woda w kranach.

 

Jako ciekawostkę powiemy o jak wielkie oszczędności tu chodzi. W standardowym 4-klatkowym bloku to… 50 zł miesięcznie. Zaś w dziewięcio-klatkowym zawrotna suma 120 zł miesięcznie. Podobno za tyle można już mieć własną kamienicę w Warszawie, więc nie o groszach tu mówimy, szczególnie, że na pierwszą sumę zrzuca się 45 osób, zaś na drugą 100 osób.

 

Warto zaznaczyć, że wielkimi krokami zbliża się zima. Jeżeli będzie sroga, to może z powodu strat w ciepłownictwie ŁSM odłączy całe osiedle od ogrzewania? Mieszkańcy powinni mieć plan awaryjny. Wspólnym wysiłkiem lokatorzy powinni zorganizować lokomotywę parową i węgiel. Wtedy wystarczy podłączyć się do węzła ciepłowniczego i będzie przyjemnie ciepło.

 

Jest tylko mały problem. Do Łomży nie dojeżdżają pociągi.

Minister odwołał dyrektor, bo nie zgadzała się na odstrzał żubrów?

Dobre i złe(?) wieści dla mieszkańców powiatu hajnowskiego, ale także dla turystów kochających Puszczę Białowieską i jej okolice. Najpierw zacznijmy od tej dobrej – od połowy 2019 roku pojedziemy wyremontowaną trasą z Zabłudowa do Nowosad. Obecnie droga jest w fatalnym stanie – jest cała wybita, a jazdą nią nie należy do przyjemnych. O tyle dobrze, że jest stosunkowo prosta. Droga wojewódzka prowadzi aż do granicy w Puszczy. Z Nowosad do Białowieży można jechać w przyzwoitych warunkach. Warto wiedzieć, że na obecnym odcinku, który będzie remontowany można rano napotkać stada żubrów. Teraz prace remontowe mogą odstraszyć te wspaniałe zwierzęta.

 

Wracając do złej wiadomości, to minister środowiska Jan Szyszko odwołał szefową Białowieskiego Parku Narodowego – podała białostocka Gazeta Wyborcza. Nieoficjalnie mówi się, że powodem miał być brak jej zgody na komercyjny odstrzał żubrów. Warto dodać, że to duża strata dla Parku, bo Pani Olimpia Pabian jest ekologiem. A to właśnie tacy ludzie powinni zarządzać parkami narodowymi i rezerwatami przyrody.

 

Warto wiedzieć, że żubry są pod ścisłą ochroną, jednak ich odstrzał jest możliwy, gdy jednostki są chore i agresywne. Takie wyrzucane są ze stada i błąkają się po wsiach stanowiąc zagrożenie dla ludzi. Chodzi o takie sytuacje jak na poniższym filmie:

 

 

Niestety trzeba się pogodzić z tym, że do odstrzału dojdzie. Jednak rażą dwie rzeczy. Odstrzał miał być komercyjny – czyli ktoś zapłaci wielkie pieniądze, by osiągnąć przyjemność strzelania do chorego zwierzęcia, a następnie będzie mógł zabrać trofeum. Druga rzecz razi jeszcze bardziej – bowiem planuje się wybicie 40 (czterdziestu!) sztuk w Puszczy Knyszyńskiej i Boreckiej (Mazury).

Podlaskie za 15 lat. Bez dużego lotniska, z koleją jadącą 200 km/h. Jest zatwierdzony plan.

Małe lotniska w Białymstoku i Suwałkach, szybkie pociągi pędzące od 120 km/h do 200 km/h z Suwałk, Sokółki i Białegostok, a także drogi ekspresowe. To nie pobożne życzenia, lecz plany, które przyjął Rząd na ostatnim posiedzeniu! Wszystko to wiąże się z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego 20 km pod Warszawą. To wokół tej inwestycji będzie kręcić się rozbudowa infrastruktury transportowej w Polsce. Plan zakłada doskonałe skomunikowanie z portem przede wszystkim regionów słabo rozwiniętych pod względem komunikacji. Nie musimy chyba mówić, że Podlaskie w zasadzie jest pierwsze w kolejce. Rząd przyjął strategię, która nie tylko zakłada budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego. To jest bowiem strategia inwestycji infrastrukturalnych do 2030 roku.

Co dokładnie oznacza budowa CPK dla nas?

Przede wszystkim zanim powstanie gigantyczny port pod Warszawą zostanie zmodernizowana kolej. Do 2025 roku będziemy mieli gotowe połączenie z portem. W tym samym czasie będą powstawać inne połączenia kolejowe. Oznacza to, że Z Białegostoku przez Warszawę do Łodzi, Wrocławia, Poznania, Krakowa oraz Katowic i Gdańska pociągi będą poruszać się z prędkością ok. 140 km/h! Będzie też modernizacja linii prowadzącej z Białegostoku do Ełku a dalej do Suwałk. Wyremontowany zostanie także odcinek do Sokółki. Tutaj jednak połączenia na początku będą wolniejsze.

 

W drugim etapie (do 2030 roku) kolej zostanie zmodernizowana aż do granicy z Białorusią – od Sokółki, zaś z Suwałk do granicy z Litwą. W tym czasie będą też trwały prace na odcinkach, które wymienialiśmy wyżej. I tak Z Suwałk do Ełku pociąg pojedzie 140 km/h, zaś z Ełku do Białegostoku, a dalej do Warszawy i w kolejnych kierunkach 200 km/h!

Lotniska regionalnego nie będzie?

Budowa Centralnego Portu Lotniczego oznacza, że budowa dużego lotniska regionalnego w Podlaskiem nie ma żadnego sensu. Wielka rządowa inwestycja, która rozpocznie się w przyszłym roku potrwa 7 lat. Jej założeniem jest stworzenie giganta, który ma być liderem na rynku całej Europy wschodniej. Gdyby w kolejnych wyborach samorządowych wybrano polityków chcących lotniska regionalnego w Podlaskiem, to takie powstawałoby co najmniej 3-4 lata. Kiedy by raczkowało i zdobywało pierwszych pasażerów, to na lotnisku Chopina i w Modlinie rozpoczętoby wygaszanie ruchu na rzecz CPK. Mieszkańcy mieliby już szybkie połączenie z nowym, dobrze skomunikowanym, gigantycznym portem.

 

Wszystko wskazuje na to, że budowa małego lotniska na Krywlanach okaże się bardzo dobra, a wręcz najlepsza z możliwych. Wszystko dlatego, że takie porty lotnicze jak Radom, Szymany (Olsztyn) czy właśnie po rozbudowie pasa i budowie terminalu Białystok mogą przejąć ruch lotniczy wszystkich przewoźników, którzy nie będą chcieli lądować na CPK. Nie oszukujmy się, za swój gigantyzm port będzie wyciągał od przewoźników bardzo dużo. Dlatego możemy być tańszą alternatywą dla niektórych linii. Możemy ale nie musimy, bo zaczynając od budowy samego pasa pozostawiamy sobie wybór – czy dalej inwestować czy już mamy to, czego potrzebujemy tu na miejscu.

 

W ciągu najbliższych 20 lat bez wątpienia rozwinie się także lotniczy ruch lokalny. Połączenia między Białymstokiem a Olsztynem, Wrocławiem, Poznaniem, Gdańskiem, Szczecinem, Krakowem czy Zieloną Górą nie kosztowałyby zbyt wiele, a my jako społeczeństwo przecież będziemy relatywnie bogatsi, tak jak jesteśmy bogatsi niż byliśmy w 1997 roku.

 

Nie można zapominać, że w Suwałkach także powstaje małe lotnisko. Zacznie dokładnie od tego samego co białostockie Krywlany czyli od 1300 metrowego pasa. Jednak co planują dalej robić włodarze tego miasta – niewiele wiadomo.

Będzie sieć dróg ekspresowych?

Drogowe, szybkie połączenie z Warszawą właśnie powstaje. Całość ma być gotowa już w 2018 roku. Natomiast do 2023 roku ma być gotowa droga ekspresowa od granicy z Białorusią, przez Sokółkę, Białystok, a dalej Lublin. Z Suwałk do Warszawy będzie można natomiast dojechać drogą krajową 61 przez Ełk, Grajewo, Łomżę, Zambrów, by dalej jechać ekspresową krajową ósemką. W zasadzie najbardziej poszkodowane w tym wszystkim będzie Augustów. Droga z Suwałkami jest już dobra, ale ta z Białymstokiem pozostawia wiele do życzenia i niewiele wskazuje na to, by cokolwiek się zmieniło.

 

Jak widać przyszłość województwa podlaskiego rysuje się w różowych kolorach. Miejmy nadzieję, że nikt strategii Rządu nie porzuci. Bo Polacy mogą wybrać za 2 lata przecież inne partie w kolejnych wyborach. Jedna z nich w podsłuchanych rozmowach miała taką propozycję: “Ch… z tą Polską wschodnią”.

Lotnisko w Białymstoku. Przedwyborcza hucpa czy jedyna szansa?

Czy budowa lotniska w Białymstoku to przedwyborcza hucpa, a pieniądze na to przeznaczone to jak wyrzucenie w błoto? Tak twierdzą osoby prowadzące dość popularną stronę na Facebooku “Lotnisko Białystok”. Według nich budowa lotniska na Krywlanach nie jest potrzebna. Uważają, że z Białegostoku po remoncie nadal nie będą latać żadne samoloty. Wskazują też, że nie będzie też terminala pasażerskiego oraz że krótki pas ograniczy przyjęcia samolotów do 50 pasażerów – a takimi nie dysponują prawie żadne linie lotnicze.

 

 

Można się z nimi zgodzić, ale tylko gdy patrzy się na to wszystko krótkowzrocznie. Zacznijmy od najważniejszego – długość pasa wyniesie 1350 metrów. Żeby wygodnie wylądował na nim duży samolot, to pas powinien mieć 2200 metrów. Żeby zbudować tak długo pas na Krywlanach trzeba by było albo wyciąć kawałek lasu od strony Ciołkowskiego. Lasu jest tam sporo, nie ma on walorów przyrodniczych. Zatem jeżeli kiedyś by zapadła decyzja o rozbudowie lotniska, to potrzeba by było jedynie decyzji politycznej.

 

Wracając do braku terminala. Operatorem lotniska ma być Aeroklub Białostocki. Trudno sądzić, by budowa terminala była jakoś specjalnie skomplikowana. Wystarczy spojrzeć na to, jak szybko buduje się nowy dworzec PKS, a to przecież bardzo podobna konstrukcja. Zanim takowy jednak powstanie, to na pewno będzie miejsce dla podróżnych. Zatem o jakich piszą administratorzy strony Lotnisko Białystok są bardzo niewielkie. Nie warto jednak inwestować teraz w wielkie lotnisko międzynarodowe, skoro nie wiemy czy nie skończylibyśmy jak Radom. Zaczynanie od małego lotniska to bardzo dobry pomysł, bowiem pas na pewno nie będzie stać pusty, a jeśli okaże się, że z Krywlan korzystamy bardzo często, to szybko zapadnie decyzja o rozbudowie.

 

Podamy jeszcze przykład z Anglii. Jej stolicę – Londyn – obsługują aż 3 wielkie lotniska. Zaledwie 40 km dalej znajduje się niewielkie miasteczko Cambridge (100 tys. mieszkańców). W mieście tym także znajduje się lotnisko, tyle że dużo mniejsze właśnie. Możemy z niego odlecieć do Edynburga (stolica Szkocji), znajduje się tam także Aeroklub oraz baza naprawcza lotniska wojskowego. Białystok może śmiało pójść w ślady Cambridge bowiem – jak wiemy w regionie NATO jest w ostatnim czasie bardzo aktywne. Jeżeli będzie u nas sprawne lotnisko, to będzie mogło je wykorzystać w jakimś stopniu wojsko. Druga sprawa to połączenia lotnicze. Przede wszystkim na sprawę należy patrzeć szerzej niż przez pryzmat tego, że obecnie rynkiem tanich linii lotniczych rządzą Ryanair i Wizzair, które raczej do Białegostoku nie zawitają.

 

Rynek lotniczy w Polsce będzie coraz bardziej się rozwijać. Jako społeczeństwo jesteśmy coraz bogatsi i częściej wolimy zapłacić więcej, by wygodnie i szybko podróżować niż, by tłuc się pociągami czy autobusami wiele godzin. Dlatego w nieodległej przyszłości połączenia lokalne w cenie Pendolino będą już osiągalne. Przede wszystkim na takich trasach nikt nie używa dużych samolotów, a ceny nie są wygórowane. Wtedy będziemy mogli latać z Białegostoku do Gdańska, Szczecina, Zielonej Góry czy Krakowa – wszędzie tam, gdzie obecnie musimy jechać wiele godzin.

 

Jeżeli chodzi o połączenia międzynarodowe, to bardzo możliwe są 3-4 kierunki do osiągnięcia. Mińsk, Berlin, Londyn, Bruksela. Połączenie z Mińskiem byłoby atrakcyjne dla wszystkich, którzy do nas chętnie przyjeżdżają nie tylko na zakupy, ale też by się pobawić czy odpocząć. Robi tak coraz więcej Białorusinów, dla których Białystok jest najbliższym przystankiem Europy zachodniej. Z Mińska do stolicy Podlaskiego jest blisko, ale stanie w kolejkach na granicy wydłuża całą podróż podwójnie. Ponadto Białoruś też powoli otwiera się na zachód, znosząc wizy w niektórych przypadkach, rozwijając infrastrukturę rowerową i kajakową dla turystów, zachęcając do odwiedzania ich części Puszczy Białowieskiej. Kolejnym krokiem może być zaproszenie do Mińska. Szczególnie, że wkrótce Mistrzostwa Świata w Rosji, na które zapewne wybierze się sporo Polaków jadąc przez Białoruś.

 

Pisząc o kolejnych kierunkach – Berlin – doskonałe miejsce na przesiadkę, by dostać się w każe miejsce na ziemi, zaś Londyn i Bruksela to miejsca bardzo chętnie odwiedzane przez Podlasian. Dlatego też nie można przekreślać idei lotniska w Białymstoku tylko dlatego, że nie będzie ono takie jak sobie wymarzyliśmy. Dyskusja o lotnisku trwa u nas od lat. Dobrze, że ktoś przestał gadać i zaczął robić. Lepszej szansy na jakiekolwiek lotnisko mieć już więcej nie będziemy, bo nie bardzo jest gdzie je budować. Podlaskie to obszar cenny przyrodniczo. Warto sobie przypomnieć jak skończyła się próba budowy obwodnicy Augustowa wbrew Unii Europejskiej, a także co się dzieje w Puszczy Białowieskiej. Dlatego mentalne Bizancjum u niektórych będzie powodować, że ciągle pozostawać będziemy w strefie marzeń.

 

 

 

Kierowcy mogliby się przesiąść do autobusów. Jednak nasza komunikacja odstrasza

Białystok pod względem zakorkowania miasta jest na 120 miejscu w Europie. Dla porównania – na pierwszym miejscu jest… Łódź (tak – najbardziej zakorkowane miasto w Europie to Łódź), w czołówce jest też Bukareszt i Moskwa. Z innych polskich miast dużych korków doświadczymy w Krakowie (17 miejsce), Warszawa (19 miejsce), Wrocław (26 miejsce), Poznań (29 miejsce). Jak widać na tle innych dużych miast nie wypadamy źle. Nie oznacza to jednak, że nie należy się niepokoić. Każdego roku na ulicach polskich miast – także podlaskich przybywa coraz więcej samochodów. W związku z tym są dwa główne problemy – zapchane parkingi i coraz dłuższe korki. Nikt nie może jednak zakazać ludziom jeżdżenia samochodem, ale warto zachęcać ich by się przesiedli do komunikacji miejskiej. Dlaczego kierowcy niechętnie jednak to zrobią w obecnej sytuacji?

Po co jeździć autobusem jak mam samochód?

Władze poszły na łatwiznę. Jeszcze wiele lat temu, gdy zepsuła się droga, to stawiano znaki drogowe z ograniczeniami do 30 km/h zamiast naprawić drogę. Teraz obecne władze postępują podobnie – tworząc buspasy. Przede wszystkim zwężając ulice zakorkowano jeszcze bardziej miasto. Najgorsze jest bowiem marnotrawstwo, gdyż buspas na Branickiego przeważnie stoi pusty, bo niewiele mamy tam połączeń autobusowych. Absurdalnym rozwiązaniem było zwężenie ul. Sienkiewicza, ale też utworzenie buspasa na Al. Piłsudskiego. W pierwszym przypadku tylko zwiększono korki, a na Al. Piłsudskiego jest dostatecznie szeroko, by nikt nie musiał w nich stać. Jednym słowem – jeżeli będą szerokie drogi, to autobusy nie będą stały w korkach, bo nikt nie będzie stał.

 

Wiadomo jednak, że poszerzać dróg w nieskończoność się nie da. Utrzymując obecnego stanu też nie, bo samochodów będzie coraz więcej z każdym rokiem. Dlatego już teraz władze powinny maksymalnie zachęcać do przesiadania się do autobusów. Na razie niewiele robi.

Drogie bilety

Ceny biletów autobusowych są horrendalne, a same bilety dostępne są przeważnie tylko u kierowców po jeszcze wyższych cenach (normalny 2,8 w punkcie, których jest jak na lekarstwo – zaś u kierowcy 3,5 zł). Ostatnio w ogóle białostocka komunikacja wejdzie w XXI wiek – zastosuje bowiem rozwiązania, które wszędzie są od lat – a mianowicie będzie można kupić bilet 60-minutowy, który będzie można używać przez godzinę w różnych autobusach. DO tej pory z takim biletem nie można się przesiadać. Dlaczego? Nie wiadomo.

 

Teraz prosta kalkulacja dlaczego kierowcom nie opłaca się jeździć autobusem. Przede wszystkim podzielmy ich na 2 kategorie – tych, którzy byliby skłonni się przesiąść i tych dla których nie wchodzi to w rachubę. W tym drugim przypadku będą wszystkie rodziny z dziećmi, które rozwożą je po różnych placówkach do szkół czy przedszkoli, a następnie jadą do pracy. Drudzy to tacy, którzy sami jeżdżą samochodem.

 

To właśnie do tych kierowców powinno się czynić zachęty do korzystania z komunikacji. Np. raz do roku można za darmo podróżować komunikacją z dowodem rejestracyjnym. Warto zapytać dlaczego nie cały rok? Bilet miesięczny na wszystkie linie kosztuje 80 zł, w zasadzie tyle samo co miesięczna jazda samochodem na gaz z domu do pracy i odwrotnie. Oczywiście jeżeli mieszkamy i pracujemy w Białymstoku.

Beznadziejne połączenia

Inną kwestią są połączenia. Ktoś kiedyś wymyślił linie w Białymstoku tak, by ludzie nie musieli się przesiadać, tyle że autobusy mają dużo przystanków po drodze i cała wyprawa jest koszmarnie długa. Nie ma u nas wzorem innych miast linii pośpiesznych, a także takich, dzięki którym możemy z łatwością się przesiadać. Istnieje u nas coś takiego jak “centrum przesiadkowe” – jedyne na całe miasto.

 

Już spuścimy zasłonę milczenia na najbardziej wstydliwą rzecz – niemożność dogadania się władz miasta z PKP i utworzenie szybkiej kolei miejskiej. Nie jest to dla nas zrozumiałe jak w mieście, gdzie mamy dobrą infrastrukturę kolejową (przecież miasto w ogóle się rozwinęło dzięki kolei) nie można wprowadzić takiego rodzaju komunikacji.

 

Za rok wybory samorządowe. Białystok przeszedł ogromną metamorfozę, ale żeby być tak ważnym ośrodkiem na mapie jak Poznań, Wrocław czy Gdańsk, to musimy wykonać jeszcze gigantyczną pracę. Odkorkowanie miasta póki jeszcze możemy to łatwo zrobić – jest jedną z takich prac.

To kontrowersyjny pomysł. Czy sprawdzą się śledzie z książkami?

Na białostockich ulicach pojawiły się specjalne regały na książki, które kształtem przypominają śledzia. W środku znajdą się książki, które można sobie pożyczyć, przeczytać, a następnie oddać. Do wyboru jest aż 430 pozycji. – Każdy sposób na wspieranie czytelnictwa jest dobry. Dlatego Białystok zaangażował się w bookcrossing, który sprawdza się w wielu polskich miastach i jest znany na całym świecie – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Liczymy na zainteresowanie białostoczan tym pomysłem. Jesteśmy gotowi rozwijać tę inicjatywę, jeśli spodoba się mieszkańcom naszego miasta.

 

Pomysł jest bardzo odważny. Jest to swoisty test sprawdzający czy nasze społeczeństwo jest już wystarczająco gotowe, by nie trzeba było go zawsze i wszędzie kontrolować. To, że chętnych na czytanie nie zabraknie nie ulega wątpliwości. Pytanie brzmi: ile pojawi się złodziei, wandali i zwyczajnych idiotów, którzy zechcą zabierać książki i nigdy nie oddać, zniszczyć je lub zniszczyć regał książkowy. Odpowiedź na to pytanie pokaże gdzie jesteśmy jako społeczeństwo – czy potrzeba jeszcze więcej kamer, wszelkiej maści zabezpieczeń i nieustającej kontroli – czy w końcu możemy sobie wzajemnie zaufać, bo rozumiemy w końcu słowo “publiczne” jako wspólne czyli coś, na za co płacimy wszyscy swoimi podatkami.

 

Za inicjatywę trzymamy kciuki, ale jesteśmy niepewni czy książki bez nadzoru przetrwają zimę.

 

fot. Wschodzący Białystok

Polskie Wojsko będzie modernizowane. Co to oznacza dla Podlaskiego?

Prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o modernizacji i finansowaniu sił zbrojnych. Jej główne założenie to zwiększenie finansowania na obronność. Co to oznacza dla Podlaskiego?

 

Przede wszystkim warto przypomnieć nasze położenie. Województwo Podlaskie styka się z granicą Rosji oraz graniczy z militarnym partnerem tego kraju – Białorusią. Między Trójstykiem w Wiżajnach, a początkiem granicy w okolicach Lipska jest tak zwany “przesmyk Suwalski”. To bardzo newralgiczne miejsce, gdyż łączy Obwód Kaliningradzki z Białorusią, zatem jego zajęcie byłoby strategiczne, gdyby Rosja chciała uderzyć na Polskę.

 

Nie mamy dobrych wieści polska doktryna wojskowa zakłada, że Białystok – stolica województwa podlaskiego nie jest strategicznym celem obronnym (póki co). Przede wszystkim w naszym regionie nie ma żadnego lotniska. Infrastruktura kolejowa od granic do Białegostoku jest w fatalnym stanie. Zatem również nie jest strategiczna. Jedynie kilka lądowisk w całym województwie może posłużyć śmigłowcom. Nasze wojsko nowoczesnych, które mieliśmy zakupić ostatecznie wciąż nie posiada.

 

Ma to oczywiście swoje plusy. W razie wojny jeżeli Rosja będzie chciała zajmować tereny, to prawdopodobnie te po stronie litewskiej, które są łatwiejszym celem. Modernizacja polskiego wojska prawdopodobnie ominie nasz region, bowiem nikt nie wystawia najlepszego sprzętu i najlepszej infrastruktury na pierwszy ogień. A że mamy najbliżej do agresora…

 

Nie można zapominać, że Polska, ale też sąsiadująca Litwa należą do NATO. Jeżeli rzeczywiście ktokolwiek będzie chciał nas bronić, to wojska agresora mogą zacząć gdzieś na Litwie, Łotwie bądź Estonii. Przerzucenie wojsk przez Białoruś pod polską granicę trwałoby dużo dłużej, przez co pozwoliłoby się całemu NATO bardziej przygotować. Modernizacja Wojska Polskiego ma potrwać do 2030 roku. Wtedy nasza armia ma liczyć 200 tys. żołnierzy, z czego 75 proc. będzie zatrudniona tam na etacie. Pozostałe stanowiska przypadną Wojskom Obrony Terytorialnej.

 

To jedyna formacja, która prawdopodobnie zostanie na Podlasiu rozbudowana. O ile przetrwa, bowiem kolejny po ministrze Antonim Macierewiczu może z niej zrezygnować, politycznie uznając że “dziecko” obecnego szefa MON jakim jest WOT nie ma racji bytu.

Na Lipowej nie ma czym oddychać! Czas na zmiany.

Popołudniowe godziny szczytu w Białymstoku to czas, gdy mieszkańcy wracają do domów z pracy i ze szkół. Mowa tu o godzinach między 15 a 17. Wtedy wszystkie główne ulice w mieście są przepełnione samochodami. To normalna sprawa w każdym większym mieście. Jest jedno ale. Jakiś czas temu ulica Lipowa została przebudowana. Stara kostka została wymieniona na nową, zaś całość została zwężona. Wymieniono także chodniki, a także zlikwidowano sporo zieleni. Każdego roku w naszym mieście przybywa samochodów. Nie jest to już towar luksusowy jak kiedyś. Dziś większość osób stać na posiadanie auta. W Białymstoku zarejestrowanych jest około 150 tysięcy aut. Jeżeli zestawimy ze sobą dwa fakty – coraz więcej samochodów z przebudową ulicy – w ten sposób, że jest cała z betonu z domieszką zieleni – to efekt końcowy niestety poraża.

 

Czy próbowaliście się kiedyś przejść ul. Lipową w popołudniowych godzinach szczytu? Nie radzimy, bo można się udusić, gdyż na Lipowej wtedy po prostu nie da się oddychać! Spaliny samochodów wypełniają całkowicie przestrzeń. Rośliny zaś to naturalny filtr, który wchłania CO2. Jeżeli roślin nie ma zbyt wiele, za to spalin za dużo, to z zabudowanej przestrzeni jaką jest ul. Lipowa – w godzinach szczytu tworzy się wręcz komora gazowa.

 

Ul. Lipowa w Białymstoku jest bardzo reprezentacyjna, to przedłużenie Rynku Kościuszki, który dla samochodów jest zamknięty. Tam brak zieleni więc aż tak nie doskwiera. Rozwiązania tego problemu nasuwają się same: albo zazielenić Lipową albo zamknąć ją dla samochodów od ul. Przejazd po Rynek Kościuszki tym samym wydłużając deptak i pozostawiając przejezdne skrzyżowania z Waryńskiego, Częstochowską, Malmeda i Liniarskiego. Zaś na Nowym Świecie pozostawić parking i postój Taxi. Można pokusić się również o przeniesienie wjazdu na parking hotelu Cristal od strony Liniarskiego i zamknięcie parkingu na Lipowej tuż przy samym Rynku Kościuszki.

 

Warto przypomnieć, że miasto zaczęło tworzyć alternatywną drogę idącą ul. Białówny i Mazowieckiego. Za jakiś czas plac Niepodległości przy Kościele Św. Rocha ma być przebudowany. Kiedyś był również plan na przebicie się przez Waryńskiego do Lipowej. Można by było to dokończyć. Niezależnie od planów, Lipową warto zamknąć jak najszybciej. Wyobraźmy sobie jak przyjemnie by było iść deptakiem od kościoła Św. Rocha, aż do katedry.

Zapewne ktoś zapyta co z autobusami. Można by było je pozostawić na czas przebicia się do Białówny.

Biedny Białystok. Co musimy zrobić, by być drugim Wrocławiem lub Poznaniem

Białystok. Miasto, które przeszło w ostatnich latach przeogromną metamorfozę. Jednak pod płaszczem zmian dalej kryje się ubogi organizm, który nie oferuje swoim mieszkańcom zbyt wiele. Nie ma tutaj zbyt wiele międzynarodowych korporacji, które są nie tylko w Warszawie, ale choćby we Wrocławiu czy Poznaniu. Można by zapytać po co nam one. A grają one bowiem kluczową rolę w rozwoju każdego dużego miasta.

 

Białystok ma świetną bazę akademicką. Politechnika Białostocka, Uniwersytet w Białymstoku, a także Uniwersytet Medyczny kształcą rocznie setki osób dając im ogromną wiedzę i możliwości. Cóż z tego, skoro zaraz po studiach zdecydowana większość stąd ucieka właśnie do innych miast, gdzie mogą się realizować w tychże korporacjach. Jaka jest różnica między takimi firmami, a małymi firemkami? Różnica w zarobkach. Zarabiamy dużo mniej w Białymstoku nie dlatego, że to Polska wschodnia, ale dlatego, że niczego aż tak wartościowego swoją pracą nie wytwarzamy. Jedynym wyjątkiem od tego jest branża IT, która swoich pracowników obsypuje złotem. Co mają zrobić jednak wykształceni w innych kierunkach?

 

Lekarze znajdują zatrudnienie, po długiej i wyboistej drodze w przychodniach, klinikach i szpitalach. Prawnicy mogą otworzyć własną kancelarię, jednak tych jest na rynku bardzo dużo. Kiedy mamy bardzo dużo korporacji, to mają one swoje działy prawne, gdzie można się realizować. Świadczenie usług w tychże to także handlowcy, marketingowcy, dziennikarze, specjaliści IT, kadra zarządzająca, HR, księgowości i wiele innych.

 

Na jaką pracę można liczyć w Białymstoku? Prym wiedzie u nas ilość hipermarketów, sklepów spożywczych i galerii handlowych, gdzie można zatrudnić się co najwyżej na kasie lub przy odrobinie szczęścia – w sklepie. W tym drugim przypadku zarobki są sensowne, ale trzeba pracować od rana do wieczora. Innym wyborem jest gastronomia – kelnerzy, barmani czy osoby sprzątające i zmywające. Nie wygląda to obiecująco dla kogoś, kto chce robić karierę. Jednak niestety takie są realia.

 

W Białymstoku potrzebujemy lotniska, które nie tylko będzie po to by można było stąd dalej uciekać, ale po to by napędzało koniunkturę. By można było tu przylecieć, można było tu importować szybko towary i eksportować je. Potrzebujemy także dobrych dróg dojazdowych – nie tylko do Warszawy, ale też do Lublina, a także Wilna i Gdańska.

 

Drugą ważną gałęzią rozwoju miasta jest turystyka. Czy myślicie, że taki Poznań czy Wrocław są pod tym względem lepsze od Białegostoku? Wystarczy wyjść w sobotni, letni wieczór na Rynek Kościuszki, by się przekonać, że bijemy te miasta na głowę jeżeli chodzi o wybór miejsc, gdzie można spędzić czas ze znajomymi. Jednak to tam, a nie u nas występują prawdziwe gwiazdy, dla których ludzie zjeżdżają się z całego kraju, to tam odbywają się międzynarodowe targi, gdzie prezentuje się wiele światowych firm, to tam wreszcie można przylecieć samolotem.

 

Czy jest szansa na zmianę w Białymstoku? Jest, ale najpierw musi nastąpić zmiana myślenia. Musimy odrzucić myśli, że jesteśmy Polską B, a zacząć myśleć, że jesteśmy takim samym miastem jak Poznań czy Wrocław właśnie i zacząć dążyć do tego, by dla przeciętnego Kowalskiego nie było różnicy czy mieszka tu, tu czy tu. Wtedy studenci nie będą wyjeżdżać, duże firmy się otwierać, a my nie będziemy pod płaszczem pięknego miasta być biedni.

 

Warto też zaznaczyć jeszcze jedno. Słuchanie o tym, że Białystok cały czas się rozwija można włożyć między bajki. Bo inni też się rozwijają. My musimy wziąć udział w wyścigu o lepsze jutro, bo inaczej nic się tu nie zmieni jeszcze przez wiele lat. 

Kłopotliwy pierwszy raz czyli… pęknięta guma w BiKeRze.

Nadeszła wielka chwila. Mój pierwszy raz. Wcześniej popytałem znajomych, jak to jest. W końcu teraz robi to każdy. Takie czasy, taka moda. Niektórzy ostrzegali mnie przed przedartymi gumami. Nie wziąłem jednak ich słów na poważnie. Trochę się ze mnie śmiali. Uważali, że jako chłopak ze wsi zbyt poważnie podchodzę do tematu. Kumpel przekonał mnie, iż po minucie i tak będzie po krzyku. Całkiem logiczne…

 

Z odrobiną niepokoju wyszedłem z domu. Zmierzam prosto do niej. Każdy krok powoduje lekkie przyśpieszenie akcji serca. Zastanawiam się czy wszystko pójdzie po mej myśli. No dobra, raz się żyje. Jestem na miejscu.  Czas się zapoznać z nią osobiście. Wcześniej widziałem ją tylko w internecie. Na pierwszy rzut oka podobała mi się, nie ma co ukrywać. 

 

Tak. Wiem co Wam może chodzić po głowie. Opowieść o mojej pierwszej wizycie w białostockiej stacji rowerów będę z pewnością przekazywał wnukom. Wszystko szło po mej myśli. Wykonałem wszelkie instrukcje pojawiające się na ekranie. Mój rower powinien wyskoczyć z zamka. Tak też zrobił, ale odrzut był niesamowity. Zanim doszedłem do niego, runął na ziemię.

 

Kilka części odpadło i raczej musiałbym mieć zestaw majsterkowicza by złożyć je do kupy. Zapamiętam wzrok innych ludzi. Na odgłos spadającego roweru zareagowali liczni przechodni. Pewnie część z nich uznała mnie za wandala. Stałem bowiem sam jak patyk przy rozwalonym sprzęcie. To ja miałem z premedytacją cisnąć nim o ziemię – wyczytałem to z oczu starszej kobiety z laską. 

 

Pęknięte części spakowałem do torby. Nie po to tyle czasu zwlekałem aby teraz porzucić zamiar przejażdżki. Ruszam w drogę. Po kilkunastu sekundach kolejna niespodzianka. Tym razem posłuszeństwa odmówiło siodełko. Nie miałem wyjścia. Musiałem wrócić się po zgubione śrubki. Z ziemi wybierałem je jak diamenty. Pełen sukces. Teraz tylko poskładać wszystko do kupy. Nadeszła kolejna próba okiełznania rumaka.

 

Po drodze mijam innych użytkowników. Wiem, że w czasie jazdy raczej nie powinno się pisać sms-ów, ale nie miałem wyjścia. Samotna jazda mnie nudziła. Napisałem więc do mego kolegi Zbyszka, jednoznaczną dla niego wiadomość – ”może byś tak Damian wpadł popedałować”.  Zbyszek uwielbiał tą piosenkę Lecha Janerki. Niestety miał już inne plany.

 

Widocznie byłem skazany na samotne przemierzanie ulic Białegostoku. Uratowała mnie na szczęście przypadkowo napotkana koleżanka ze studiów. Mimo, że rozmowa się kleiła, jazda raczej nie. Ciężko bowiem jechać obok siebie jednym pasem, gdy z naprzeciwka co raz goni inny cyklista czy grupa nieokiełznanych rolkarzy. Często musieliśmy mówić do swych pleców.

Zbyt wąska ścieżka to był jednak pikuś przy ty, co spotkało mnie pół godziny później. Wjeżdżamy w tunel. Nagle coś mnie zarzuciło. Resztki po butelce piwa załatwiły oponę. Do następnej stacji było daleko. Koleżanka nie specjalnie chciała podrzucić mnie na ramie. Musiałem więc pofatygować się pieszo. Po godzinie spaceru w upale dotarłem na miejsce. Uff!

 

Pierwszego razu z białostockim bikerem nie zapomnę do końca życia. Może nie będzie to wspomnienie, które przywołam w chwili śmierci, ale przynajmniej jest o czym opowiadać. Przygody nie zraziły mnie do ponownego skorzystania z usług wypożyczalni. Na swój drugi raz nie musiałem czekać długo. Tym razem nadszedł upragniony happy end…A u Was jak wyglądał pierwszy raz na bikerze?

Felieton: Miłość na wsi. Od dyskoteki do dyskoteki

Życie w mieście diametralnie różni się od wiejskiej rzeczywistości na Podlasiu. Inne możliwości, inne spojrzenie na świat. A jak jest ze sprawami miłosnymi? Miasta mają to do siebie, że stajemy się anonimowi. W tłumie ciężko wyłapać tą jedyną, tego jedynego, ale od czego są w końcu parki, kluby czy puby. Istnieje więc wiele opcji. Gdy już nam się uda kogoś zdobyć, będzie już z górki. Nie potrzeba zbyt wiele kreatywności. W mieście raczej zakochane pary nie powinny się nudzić. Do wyboru do koloru. Wszystko zależy od upodobań.

 

Kłopotu bogactwa nie znają młodzi mieszkańcy wsi. Ciągle te same twarze, te same obowiązki. Jedyną rozrywkę często stanowią letnie dyskoteki w remizie, o ile mamy fundusze na wejściówkę. Jeśli już nazbieraliśmy drobne, spotyka nas nieszczęście. Wśród świateł i stroboskopów spotykamy znowu znajomych ze szkoły. Od czasu do czasu pojawi się biały kruk. Każdy nowa osoba wzbudza ogromne zainteresowanie. Szybko powstają kółka adoracji. Gdy nastaje ranek, nasza miłość od pierwszego wejrzenia opuszcza wioskę i może już nie wrócić. Wyciągamy białą chusteczkę na pożegnanie i wracamy do krainy marzeń. Jeśli jednak obie strony zapłoną uczuciem, też pojawi się problem. Załóżmy, że nasz ukochany/ukochana wpada do nas na randkę. Z jednej strony myślimy – super, z drugiej – wpadamy w panikę. Na wsi nie ma pizzerii, jedyne kino jakie mamy to zaś ekran laptopa. Do stodoły na pokaz zwierząt też nie zaprosimy. Zbyt skromna bowiem to kolekcja na zoo. Pozostaje jedynie spacer i niekończące się sesje przytulania.

 

Co jednak mają robić samotni?  Gdy lato się skończy, a drzwi dyskoteki zostaną zamknięte, trzeba cierpliwie czekać na poprawę swego losu. Przeglądanie memów w internecie zabije czas. Warto też znaleźć hobby i nie zaszkodzi szklanka wody przy nocnym stoliku. Dla raptusów jedynym rozwiązaniem będzie zrzutka na benzynę i zawitanie do miasta. Hej przygodo!

Rozgorzała dyskusja wokół dziewczynki z konewką

Dziewczynka z Konewką stała się jednym z ważniejszych symboli Białegostoku. Mural na Al. Piłsudskiego jest tak ważny, że budynek, na którym się znajduje nie mógł być sprzedany. Należy on bowiem do Uniwersytetu w Białymstoku, który przenosząc się na kampus wyprzedaje swoje nieruchomości w centrum. Na budynek wydziału chemii, na którym znajduje się Dziewczynka z konewką znalazł się kupiec, jednakże, kiedy okazało się jakie ma plany wobec wielkiego rysunku – błyskawicznie zablokowano możliwość zmiany elewacji. Inwestor się wycofał, Uniwersytet został z kłopotliwym symbolem.

 

W Radiu Białystok można było ostatnio usłyszeć dyskusję na temat: co mogłoby być pamiątką Białegostoku, która w wersji mini mogłaby być kupowana przez turystów. Magnesy z Pałacem Branickich, Śledzie czy własnie Dziewczynka z konewką?

 

Ten ostatni pomysł wydaje się być wręcz rewelacyjny. Pamiętamy zapewne wielką aferę z logo Białegostoku, które było bardzo łudząco podobne do logo nowojorskich środowisk LGBT. Straty wizerunkowe miasta mogły być wtedy tak wielkie, że postanowiono logo zmienić.

 

Dziewczynka z konewką mogłaby być dopełnieniem wizualnym. Miasto powinno masowo wypuścić przeróżne gadżety z muralem. Najpierw jednak powinno dojść do zabezpieczenia praw autorskich, bo wydaje się, że artystka, która stworzyła dzieło ma w ręku skarb. Warto porozumieć się z nią, by w przyszłości z wizerunku dziewczynki można było czerpać pełnymi garściami.