Majówka 2017. Ogród leśny zaprasza entuzjastów przyrody

Nie jest to ogród zoologiczny ani botaniczny. Jedyny taki obiekt na Podlasiu, nazywany enigmatycznie Silvarium stanowi kwintesencję Puszczy Knyszyńskiej. Odnajdziemy go w miejscowości Poczopek położonej na trasie Krynki-Białystok. Zwiedzanie praktycznie rozpocząć już można od wyjścia z auta.

 

Na parkingu bowiem umieszczono dokładną mapę zakątka. Dzięki niej żadna atrakcja nam nie umknie, a jest ich całkiem sporo. Będziemy przechodzić przez urokliwe mostki, podziwiać ciekawe drewniane rzeźby, odwiedzimy też dom sów. Dużą popularnością wśród przyjezdnych cieszy się też Park Megalitów, gdzie skały ułożono na celtycki wzór. Dzięki wielu planszom informacyjnym zapoznamy się ze licznymi ciekawostkami na temat roślin i zwierząt, jakie napotkamy na szlaku. Do spaceru czy jazdy rowerem przygotowano specjalne trasy, tzw. leśne wędrownice. Wytyczono je tak aby pokazać to, co najlepsze w lesie.

Pasjonaci dawnych dziejów ściągają do Drohiczyna

Ostatnio pisaliśmy o kontynuowaniu tradycji walk rycerskich w Drohiczynie. Boje są toczone przy użyciu prawdziwych, ostrych mieczy, a nie jakiś lekkich replik. W tym mieście o bogatej historii organizuje się również zlot Słowian, Bałtów i Wikingów. Pod namioty od kilku lat ściągają pasjonaci dawnych dziejów. W ramach imprezy również odbywa się ostra rywalizacja, z tym że uzbrojenie i ekwipunek wygląda nieco inaczej, niż przy bitwach naśladowców zakonnych rycerzy.

W czasie imprezy można zaobserwować jak wyglądały prace rzemieślnicze. Odwiedzimy chociażby hutnika, którego zajęcie wymagało anielskiej cierpliwości. Rekonstrukcja procesu dymarskiego trwa nawet kilka godzin. O odpowiednią atmosferę powrotu do przeszłości dbają również muzycy grający średniowieczną muzykę. Dobra zabawa łączy się z nauka historii. Czy może być coś lepszego? To doskonała rozrywka nie tylko dla cosplayerów. Idealna propozycja na wakacyjny weekend. My polecamy z czystym sumieniem. O terminie najbliższej edycji będziemy informować.

Uzdrowienia i tysiące krzyży. Poznajcie tajemnice Świętej Góry.

Katolicy mają Jasną Górę w Częstochowie, a prawosławni Górę Grabarkę. W dniu Przemienienia Pańskiego okolice Siemiatycz przeżywają oblężenie. Ściągają tam również najwyżsi dostojnicy kościoła wschodniego. Chociaż tradycja pielgrzymowania sięga już 1710 r., to na dobre rozpoczęła się po II Wojnie Światowej. Wówczas to zdecydowana większość sanktuariów znalazła się w w granicach Związku Radzieckiego. Czas poznać bliżej historię tego fascynującego miejsca ukrytego w Puszczy Mielnickiej.

 

Najstarsze dzieje góry pokryte są mgłą tajemnicy. W XIII w. okoliczne lasy stanowiły idealne miejsce schronienia. Takiego zdania byli też mnisi z mielnickiego zakonu, ukrywając się przed tatarami. Szczególną ochroną objęli ikonę Spasa Izbawnika. Zapiski historyczne mówią, że przed nią modlił się sam książę Rusi Halickiej, Daniel. Duchowni ikonę ukryli prawdopodobnie właśnie na grabarce. Ze względu na patrona ikony, do dziś istnieje stwierdzenie, że ”jedziemy na Spasa”.

 

Na początku XVIII w. cały region nawiedziła epidemia. Do tej pory nie wiadomo, jaka to była dokładnie choroba. Jedni są przekonani, że ludność dziesiątkowała dżuma, drudzy skłaniają się do wersji z cholerą. Być może w okolicy nie przetrwałby nikt, gdyby nie cudowne wydarzenie. Pewien staruszek z Siemiatycz doznał wizji. Niezidentyfikowany głos wskazał mu sposób na ocalenie. Przed śmiercią ludzi mogła ocalić tylko wizyta z krzyżem na uroczysku. Odezwa była ogromna. Pełni nadziei wierni udali się na górę całymi tłumami. Przypuszcza się, że mogło zebrać się na niej wówczas 10 tys. pielgrzymów.

 

Według wyliczeń na górze obecnie spotkamy ponad 10 tys. krzyży. Każdy z nich to inna intencja, ale też podziękowanie za otrzymane łaski. Co ciekawe raczej nie odnajdziemy dwóch podobnych krzyży. Wzrok oczywiście przyciągają te najbardziej masywne, niekiedy metalowe. Coraz częściej można na nich przeczytać imię właściciela i jego prośbę skierowaną do niebios. To takie małe urozmaicenie pośród tysięcy anonimowych krucyfiksów. Na krzyżach odnajdziemy też napisy ”Spasi i Sochrani” co oznacza ”Zbaw i zachowaj”.

 

Nieopodal sanktuarium znajduje się cudowne źródełko. Pod kapliczką zawsze gromadzą się kolejki. Każdy chce nabrać w butelkę jak najwięcej wody. Jej uzdrawiające właściwości pomogły niezliczonej rzeszy cierpiących. Spora grupa wiernych korzysta również ze strumienia. Namoczoną chusteczką ocierają chore miejsca, a następnie zostawiają ją nad brzegiem. Tym samy w sposób niezwykle symboliczny dosłownie pozbywają się choroby.

 

Świątynia cudem ocalała z obu wojen światowych. Przegrała jednak z pożarem, który wybuchł w lipcu 1990 r. Śledczy uznali, że to było dzieło podpalaczy. Wierni nie mogli nawet myśleć o tym, że w tym miejscu zabraknie cerkwi. Odbudowali ją na wzór poprzedniczki. Budulcem głównym był już jednak kamień. Wyświęcenie miało miejsce osiem lat po tragedii. Wkrótce przystąpiono też do tworzenia muru wokół świątyni. Metropolita Sawa zwrócił się do wiernych o pomoc. Wraz z krzyżami mieli również przynosić…kamienie. Tak też się stało. Dzięki wsparciu pielgrzymów i lokalnych przedsiębiorców zbudowano mur długi prawie na kilometr.

W drohiczyńskiej ziemi nadal czekają skarby

Drohiczyn to jedno z ulubionych miejsc poszukiwaczy skarbów. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się góra zamkowa stanowiąca pozostałość średniowiecznej warowni. Regularnie od XIX w. na jej terenie znajdowano ołowiane plomby. Nieraz cenne przedmioty znajdowali rolnicy w czasie zwykłych prac polowych o czym pisaliśmy tutaj

 

Skąd tyle skarbów w Drohiczynie? W połowie XI wieku Drohiczyn był położony na granicy Mazowsza  i Podlasia, w którym władza, zmieniała się niczym kalejdoskop. Przez miasto przebiegał niezwykle ważny szlak handlowy. Zachód wymieniał się na towary ze wschodem. Z tego powodu powstała komora celna.  Podczas drogi na zachód wszystkie towary musiały być plombowane i dopiero gdy cło zostało opłacone, transport mógł ruszyć dalej. Plomby z pieczęciami książąt ruskich stanowiły gwarancję ochrony i bezpieczeństwa. W komorze celnej były odrywane i wyrzucane. Stąd właśnie obecność ołowianych plomb, którymi  pieczętowano choćby sól.

 

Za handlem szły ogromne pieniądze. Dlatego również ziemia drohiczyńska pełna jest srebrnych monet, głównie arabskich.  Warto wspomnieć, że w XI w. obszary te zasiedlili Waregowie, którzy przypłynęli łodziami z terenów dzisiejszej Ukrainy.  Świadectwem ich obecności są  cmentarzyska  w obudowach kamiennych, rozciągające się na północ od Bugu.  Drohiczyn w tamtych czasach był także ośrodkiem produkcji rzemieślniczej.

Oddał monety dzieciom. Nie wiedział, że to skarb

Podlaska ziemia skrywa wiele skarbów. Wiele z nich pewnie nigdy nie zostanie odkrytych. Co robić jednak gdy nam się uda? Przed takim dylematem stanął przed laty mieszkaniec miejscowości Klukowicze niedaleko Siemiatycz.

 

W 1945 r. gospodarz w trakcie prac polowych natknął się na tajemnicze naczynie. W środku brzęczały monety. Jako że zapadał już zmierzch część z nich wsypał do kieszeni i wrócił do domu. Wizja bogactwa okazała się silniejsza. Mimo totalnych ciemności z powrotem dotarł na pole. Gdy wzeszło słońce, okazało się, że nie są to carskie rublówki. Pokryte napisami w obcym języku zmniejszyły jego ciekawość. Zawiedziony mężczyzna część monet rozdał dzieciom do zabawy, część schował na strych, traktując je jako rupieć. Wieść o domniemanym skarbie szybko się jednak rozniosła. Machina ruszyła.

 

Do Klukowicz przybył sławny numizmatyk. Rolnik wskazał mu miejsce odkrycia. Monety, które wykopał to arabskie dirhemy. Przez miejscowość przechodził niegdyś istotny szlak handlowy. Kupcy z Bizancjum przybywali na owe tereny po bursztyn, futra i niewolników. Być może jeden z nich zapomniał o swej gotówce.

Zapomnianą drogę odsłania żywioł

Przez niewielką miejscowość w powiecie siemiatyckim, Granne przebiegał niegdyś istotny szlak. Kamienna przeprawa stanowiła najkrótszą drogę z Królestwa Polskiego do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Prowadziła od Warszawy do Wilna.

 

Zapiski historyczne z końca XVIII w. wspominają o przejeździe samego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przeprawa przez rzekę Bug była modernizowana w celach wojskowych, głównie w okresie wojen napoleońskich. Wcześniej rozegrała się tam jedna z ostatnich bitew w obronie Konstytucji 3 Maja. Trakt możemy podziwiać obecnie tylko w przypadku..suszy. Niski poziom wody odsłania malowniczą przeprawę na krótko, wiec jeśli zaistnieje okazja, warto ją zobaczyć na własne oczy. To w końcu kawał historii. Przeprawę musiało pokonać wielu rycerzy i władców.

Był bardzo ciekawski. Za karę zamienił się w bociana.

Przenieśmy się do czasów Jaćwingów. Na Podlasiu żyło wówczas wielu mężczyzn, których można określić jako nieustraszonych. W końcu lasy były pełne dzikiej groźnej zwierzyny. Jedną z takich osób przywołał Wielki Perun, czyli władca gromów. Dał mu zadanie. Worek, w którym umieścił wszelkie plagi i nieszczęścia miał zanieść nad Bug i rzucić w środek rzeki. Nie mógł jednak zajrzeć do środka. Mężczyzna zgodził się. Zmęczony drogą przysiadł na polanie gdzie spotkał duchy.

 

Jeden z nich przemówił i nakazał mu zaspokoić ciekawość. Tak też zrobił. Ze swego więżenia uciekły plagi. Człowiek czym prędzej powrócił do Peruna. Ten nie miał innego wyjścia jak wymierzyć surową karę. Zapowiedział, że od tej pory nie będzie miał własnego kraju ani domu. Perun rzucił w mężczyznę kawałek węgla. Ten przemienił się w bociana. Od tego czasu żałuje swego gniazda, które zostawił w ciepłych krajach. Gdy zaś we wrześniu udaje się do ciepłych krajów, tęskni za podlaskim gniazdem. Z żalu czerwienieją mu dziób i nogi.

Nikt nie mógł zdobyć twierdzy. Przegrała jedynie z płomieniami.

Kiedyś odzwierciedlał potęgę militarną. Teraz nic po nim nie pozostało. Chodząc po okolicy, ciężko uwierzyć, że mógł stanąć tam zamek. Mowa tu o dawnej twierdzy w Mielniku.

Składała się on z dwóch części – górnej i dolnej. Wyposażona w dwie baszty obronne stanowiła solidną fortyfikację. Najwcześniejsze zapiski o niej pochodzą z końca XIV w. z kronik krzyżaka Wiganda z Marburga. Wówczas to zakon podjął nieudaną próbę oblężenia. Zamek okazał się nie do zdobycia. Czasy świetności przypadają na okres panowania króla Kazimierza IV Jagiellończyka. Na początku XVI w. podpisano w nim Unię Mielnicką. Polska i Litwa miały stać się jednym państwem. Na pismach się jednak skończyło. Traktat nie był przestrzegany, gdyż Aleksander Jagiellończyk obawiał się utraty tronu.

Postrachem dla wrogów stanowiła tzw. ”Izba Czarna”. W tym zamkowym więzieniu wyroki odsiadywali głównie moskiewscy kniaziowie. Z biegiem lat zamek stracił swe znaczenie, głównie ze względu na brak modernizacji. Już samo przekształcenie baszty w mieszkalną kamienicę mówi samo za siebie. Najgorsze jednak przyniósł ogień. Pozostał tylko kościół na zamku dolnym, który też wkrótce zamienił się w popiół. Budowli nigdy nie odbudowano. 

Sam zbudował sobie zamek

Nowoczesne średniowiecze

W połowie drogi między Drohiczynem a Mielnikiem można spotkać coś niespotykanego. Podczas gdy inne takie obiekty niszczeją ze starości, ten pięknieje z dnia na dzień. Mowa tu o Koronie Podlasia – zamku budowanym od dziesięciu lat własnymi rękami przez pasjonata. Reportaże o obiekcie swego czasu były emitowane w publicznych mediach.

Krok po kroku

Wszystko zaczęło się od…płotu. Właściciel, Jerzy Korowicki postanowił zbudować ogrodzenie ze słupów z kamienia solnego. Gdy te wyszło nadspodziewanie dobrze, postanowił rzucić się na głębszą wodę. Postanowił spełnić marzenie, tworząc prawdziwą twierdzę.  Główny budulec stanowią krzemienie i otoczaki. Wszystkie własnoręcznie obrabiane. Chociaż wnętrza nie są jeszcze wyporządzone, zamek i tak robi już piorunujące wrażenie. W środku odnajdziemy na razie stół rycerski, lecz docelowo powstać ma sala uroczystości kameralnych z prawdziwego zdarzenia. Na samym  szczycie zamku dostrzeżemy koronę. Zamek ma nawet własny herb. Jest nim lustrzane odbicie herbu Siemiatycz. Miejsce pokochali nowożeńcy, wybierając je na plener sesji zdjęciowych. Dzięki wieży o wysokości 15 m mogą oni podziwiać malownicze tereny nad Bugiem. Warto wspomnieć, iż na terenie zamku planowano pierwotnie zakład przetwórczy. Na szczęście na planach się skończyło.