Nowe badania na temat alkoholu. Nawet małe ilości są groźne dla zdrowia.

Nowe badania na temat alkoholu. Nawet małe ilości są groźne dla zdrowia.

Przez długi czas alkohol funkcjonował w zbiorowej wyobraźni jako substancja „ambiwalentna”. Nadużywanie było bezdyskusyjnie szkodliwe, ale niewielkie ilości – lampka wina, kieliszek do kolacji – bywały przedstawiane jako neutralne, a czasem wręcz korzystne. Ten sposób myślenia dawał komfortowy kompromis między wiedzą o zdrowiu a codziennymi zwyczajami. W ostatnich latach ten kompromis staje się jednak coraz trudniejszy do obrony.

Zmiana nie wynika z jednego przełomowego badania, lecz z narastającej liczby analiz obejmujących ogromne populacje i długie okresy obserwacji. Gdy zestawia się dane z różnych krajów, stylów życia i wzorców picia, obraz alkoholu staje się mniej „warunkowy”, a bardziej jednoznaczny. Z biologicznego punktu widzenia alkohol etylowy nie jest substancją, której organizm potrzebuje. Każda jego ilość uruchamia procesy obronne, a więc oznacza obciążenie, nawet jeśli jest ono niewielkie.

Etanol jest związkiem toksycznym i psychoaktywnym. Po jego spożyciu organizm rozpoczyna intensywny proces metabolizowania, w którym kluczową rolę odgrywa wątroba. W uproszczonym języku można powiedzieć, że alkohol staje się metabolicznym „priorytetem”, ale precyzyjniej rzecz ujmując, jego utlenianie zmienia równowagę biochemiczną komórek. Zmienia się stosunek NADH do NAD+, co wpływa na inne szlaki metaboliczne, między innymi sprzyjając gromadzeniu tłuszczu w wątrobie czy zaburzając regulację poziomu glukozy. Produktem pośrednim tego procesu jest aldehyd octowy – związek silnie reaktywny, zdolny do uszkadzania białek i DNA. Ten mechanizm zachodzi zawsze, niezależnie od tego, czy mówimy o dużej dawce, czy o jednym kieliszku.

Przez dekady dużą rolę w publicznej dyskusji odgrywał argument o rzekomych korzyściach sercowo-naczyniowych umiarkowanego picia. Szczególnie często przywoływano wino i tzw. paradoks francuski. Dziś coraz wyraźniej widać, że wiele z tych obserwacji było obciążonych błędami metodologicznymi. Osoby pijące „umiarkowanie” różniły się od abstynentów nie tylko ilością alkoholu, ale też dietą, poziomem aktywności fizycznej, statusem materialnym czy dostępem do opieki zdrowotnej. Po uwzględnieniu tych czynników domniemany efekt ochronny w dużej mierze znika.

W zamian pojawiają się dane pokazujące, że alkohol – także w niewielkich ilościach – zwiększa ryzyko pewnych schorzeń układu krążenia. Dotyczy to zwłaszcza nadciśnienia tętniczego oraz migotania przedsionków, zaburzenia rytmu serca, którego częstość wyraźnie rośnie nawet przy stosunkowo małych dawkach alkoholu. To ważne uzupełnienie obrazu, bo pokazuje, że brak „ochrony serca” nie oznacza neutralności.

Najbardziej jednoznaczne pozostają dane dotyczące nowotworów. Alkohol zwiększa ryzyko rozwoju kilku typów raka, w tym jamy ustnej, gardła, przełyku, piersi i wątroby. W tych przypadkach nie da się wskazać progu, poniżej którego ryzyko biologicznie znika. Każda dawka oznacza pewien wzrost zagrożenia. Warto jednak zachować proporcje: przy bardzo niskim, okazjonalnym spożyciu wzrost ryzyka bezwzględnego dla pojedynczej osoby pozostaje niewielki. Problem polega na tym, że ryzyko to kumuluje się wraz z regularnością i czasem, a na poziomie populacyjnym nawet małe przesunięcia przekładają się na dużą liczbę dodatkowych zachorowań.

Podobnie nieobojętny jest wpływ alkoholu na mózg. Nawet niewielkie ilości zaburzają równowagę neuroprzekaźników odpowiedzialnych za nastrój, koncentrację i kontrolę impulsów. Krótkotrwałe poczucie rozluźnienia jest efektem chemicznej ingerencji, a nie „odpoczynku” dla układu nerwowego. Przy regularnym powtarzaniu tych bodźców mózg adaptuje się, co sprzyja utrwalaniu nawyku sięgania po alkohol jako narzędzie regulacji emocji.

W tym kontekście coraz częściej opisuje się alkohol nie jako neutralną używkę, lecz jako czynnik ryzyka, porównywalny z innymi elementami stylu życia. Różnica polega na tym, że alkohol jest głęboko zakorzeniony w obyczajach, rytuałach i relacjach społecznych. Ta kulturowa otoczka utrudnia jednoznaczny przekaz, ale nie zmienia biologicznego faktu: organizm reaguje na alkohol zawsze jako na substancję obcą.

Zmiana tonu widoczna jest również na poziomie instytucjonalnym. Światowa Organizacja Zdrowia coraz wyraźniej komunikuje, że z perspektywy długofalowego zdrowia nie istnieje całkowicie bezpieczna ilość alkoholu. Nie oznacza to, że każdy kraj przestał posługiwać się pojęciem „niskiego ryzyka” ani że każda dawka ma takie same konsekwencje. Oznacza raczej uporządkowanie przekazu: mniejsze ilości wiążą się z mniejszym ryzykiem, ale nie z jego brakiem.

Dla wielu osób ta zmiana narracji jest trudna do przyjęcia, bo podważa przekonania obecne od lat. Warto jednak zauważyć, że podobny proces zachodził wcześniej w odniesieniu do palenia tytoniu czy zanieczyszczenia powietrza. Przez długi czas próbowano wyznaczać „bezpieczne granice”, zanim uznano, że sam punkt wyjścia był błędny.

Stwierdzenie, że nawet małe ilości alkoholu są groźne dla zdrowia, nie musi oznaczać alarmizmu ani moralnego potępienia. Chodzi raczej o precyzję. Ryzyko zaczyna się od pierwszej dawki, ale jego skala zależy od częstotliwości, ilości i czasu. Nowe badania nie każą wszystkim żyć w absolutnej abstynencji, lecz zmieniają pytanie, które warto sobie zadać. Nie brzmi ono już: „ile alkoholu jest zdrowe?”, lecz raczej: „jakie ryzyko jestem gotów zaakceptować i z jakiego powodu?”.

Taka perspektywa przesuwa ciężar z mitów na świadome decyzje. Alkohol przestaje być elementem diety, który można usprawiedliwiać rzekomymi korzyściami, a staje się wyborem, który ma swoją cenę – nawet jeśli jest ona rozłożona w czasie i niewidoczna na pierwszy rzut oka.

Partnerzy portalu: