Jak służby Putina rozgrywają Polaków?

Jak służby Putina rozgrywają Polaków?

Rosja nie musi wysyłać czołgów, żeby przesuwać granice naszego bezpieczeństwa. Wystarczy, że wślizgnie się do naszych rozmów, mediów i głów. Sfera informacyjna to dla Kremla pełnoprawny teatr działań – z planem, budżetem i reżyserią. Ośrodek Studiów Wschodnich od lat pokazuje, jak ta machina pracuje: propaganda i dezinformacja nie są dodatkiem do polityki, lecz jej rdzeniem. Ich cel jest zawsze ten sam: w domu cementować władzę, na zewnątrz – rozmontowywać odporność przeciwników. Polska jest w tym scenariuszu celem pierwszoplanowym, bo stoi na drodze rosyjskiej strefie wpływów i ma odruch solidarności z Ukrainą. Więc trzeba ją ośmieszyć, podzielić, wyczerpać. I to właśnie robią służby Putina – codziennie, metodycznie, po cichu i bez skrupułów.

Sposób pierwszy: wdrukować Polakom obcą opowieść o nas samych. W rosyjskich przekazach jesteśmy prymitywnym imperialistą, który marzy o „kresowych łupach”, tęskni do 1612 roku i chowa szablę za pazuchą pod flagą NATO. Wersja eksportowa mówi więc Ukraińcom: „Polacy to nie sojusznik, tylko złodziej ziemi”. Wersja krajowa szepcze nam: „wasze elity zdradzą was dla Kijowa”. Do kompletu dokładane są spreparowane „dowody”: rzekome mapy polskiej telewizji z zachodnią Ukrainą w granicach RP, insynuacje o „oddziałach LGBT” w Wojsku Polskim, słowa przypisywane Zełenskiemu o przekazywaniu Polsce terytoriów. To nie są memy z piwnicy. To procedury. Komunikaty są projektowane tak, by grały na nerwach i odruchach: lęku przed wojną, niechęci do kosztów, zmęczeniu pomocą. Mają rozewrzeć szwy polsko-ukraińskiego zaufania i wylać w nie brudny, lepki klej podejrzeń.

Sposób drugi: zalać przestrzeń cyfrową, aż nikt nie rozróżni piany od wody. Trolle, boty, „webbrygady”, firmy-słupy kupujące „autentyczne” komentarze – to dziś tańsze niż batalion piechoty, a efektywniejsze niż niejedna dywizja. Astroturfing tworzy iluzję spontanicznych tłumów: niby zwykli ludzie „od dołu” mają dość uchodźców, są „po prostu sceptyczni” wobec NATO, „pytają tylko” o koszty wsparcia Ukrainy. Łańcuch jest zawsze ten sam: fałszywka → wzburzenie → amplifikacja → normalizacja.

Sposób trzeci: przenikać realną politykę tam, gdzie boli najbardziej – w kasę i w krwiobieg instytucji. Źródła i analizy OSW opisują klasykę „środków aktywnych”: sieciowanie „organizacji kulturalnych”, projekty „dialogu religijnego”, finansowanie grup, które „przypadkiem” powtarzają tezy Moskwy. Do tego prowokacje i sabotaże – wystarczy iskra na granicy, incydent z dronem, tajemniczy pożar czy zasłyszana rozmowa w mundurach – i już można szyć narrację o nieudolnym państwie, które „nie panuje nad niczym”. Finalnie powstaje obraz, w którym Polska jest jednocześnie agresorem i nieudacznikiem: dla Rosjan – wilkiem, dla Polaków – baranem prowadzonym na rzeź przez „zachodnich pasterzy”. Cyniczne? Oczywiście. Skuteczne? Niestety.

W tym miejscu trzeba powiedzieć coś nieprzyjemnego: ta operacja działa, bo ma podatną glebę. Polska to kraj niskiego zaufania. Przerobiliśmy afery, butę władzy, medialną wojnę na froncie 24/7 i komunikację państwa, która bywa – łagodnie mówiąc – niespójna. Jeśli rząd informuje o incydencie i trzy razy zmienia wersję, to nie trzeba Kremla, by ludzie przewracali oczami. Jeśli ktoś z góry mówi obywatelom „zaufajcie nam”, ale nie pokazuje liczb, dokumentów, procedur, to nie jest prośba – to zaproszenie dla dezinformacji. Tak, nieufność bywa zdrowa. Ale w polskich warunkach zbyt często przeradza się w cynizm: „wszyscy kłamią, więc ja wybiorę kłamstwo, które lepiej brzmi”. To jest przepis na państwo bez kręgosłupa. I właśnie na taki organizm polują służby Putina.

Kto wzrusza ramionami, niech spojrzy na brytyjskie lustro. Brexit zaczął się od banałów: hasła o „odzyskaniu kontroli”, autobus z 350 milionami dla NHS, poczucie, że „elity nas nie słuchają”. Brzmi znajomo? Do tej mieszaniny dołożono rosyjską przyprawę: rtęciowe media RT i Sputnik pompowały antyunijne narracje, trolle i boty spuszczały do kanałów społecznościowych strumienie emocjonalnej piany, a państwo brytyjskie – zajęte własną grą – nie sprawdziło, jak głęboko to sięgnęło. Dziś bilans jest bezlitosny. YouGov w czerwcu 2025 roku pokazuje, że większość Brytyjczyków uważa wyjście z UE za błąd. Większość ocenia Brexit jako porażkę, większość chce bliższych relacji z Unią, a wielu – po prostu powrotu. Coś, co miało „uwolnić” państwo, spętało gospodarkę i politykę. Coś, co miało być katharsis, okazało się długotrwałym kacem. Czy rosyjska ingerencja „przechyliła szalę”? Rzetelnego, pełnego śledztwa nie było – i to już samo w sobie jest aktem oskarżenia pod adresem elit. Ale jedno wiemy na pewno: rosyjskie sieci wpływu wykorzystały bliskość wyniku i pęknięcia społeczne do maksimum. Dokładnie tak to działa: nie trzeba sfabrykować 10 punktów procentowych. Wystarczy poruszyć jedną setną – a historia skręci w ślepy zaułek.

Polska nie jest skazana na powtórkę. Ale musi wyjść z roli naiwnego widza. Po pierwsze, państwo ma obowiązek mówić prawdę szybko, jasno i do końca. Informacja opóźniona to informacja przegrana. Po drugie, media – również te, które szczycą się patriotyczną pozą – mają przestać żyrować fejki tylko dlatego, że pasują do linii dnia. Po trzecie, my – obywatele – musimy przestać mylić „zdrowy sceptycyzm” z emocjonalnym refleksem „udowodnijcie, że to nie spisek”. Służby Putina nie rozerwą nas siłą. One nas rozkręcają jak słoik: milimetr po milimetrze, aż nagle metal puszcza. I wtedy wystarczy lekki skręt, żeby nakrętka poleciała.

Przy całej bezlitosnej diagnozie warto postawić kropkę nad i: krytykować władzę – tak, rozliczać – tak, domagać się przejrzystości – tak. Ale nie oddawać własnego osądu w ręce farm trolli i cynicznych propagandystów. Zaufanie buduje się powoli, kłamstwo rozchodzi się błyskawicznie. Jeśli Polacy chcą być nie do rozegrania, muszą znów mieć wspólny fundament faktów. Możemy się spierać o wybory, podatki i granice kompromisu. Ale nie możemy pozwolić, by spór zastąpił rzeczywistość. Bo wtedy obudzimy się w kraju, w którym decyzje podejmują nie obywatele, tylko cudze algorytmy. I nie będzie to „krótka zwycięska wojna”. To będzie cicha kapitulacja.

Co więc może zrobić zwykły obywatel, który nie ma w rękach mediów, służb ani politycznych dźwigni? Więcej, niż się wydaje.

Po pierwsze – sprawdzać źródła. Zanim udostępnisz sensacyjny news, zatrzymaj się na dziesięć sekund, zajrzyj, kto to napisał, kiedy, i gdzie jeszcze o tym piszą. Jeśli odpowiedzi brzmią: „anonimowy kanał”, „screen z Telegrama”, „nigdzie indziej” – to już wiesz, że pachnie to trollownią.

Po drugie – karmić się różnorodnością, nie algorytmem. Nie pozwól, by to Facebook czy YouTube decydowały, jakie masz poglądy. Czytaj różne źródła, także te, które cię drażnią – tylko wtedy zobaczysz, gdzie kończy się opinia, a zaczyna manipulacja.

Po trzecie – nie powtarzać emocji, których nie rozumiesz. W sieci gniew jest walutą, a twoje wzburzenie to dla trolla darmowe paliwo.

Po czwarte – rozmawiać na żywo. Nic tak nie rozbraja propagandy jak prawdziwa rozmowa przy stole, bez filtrów i nagłówków.

I wreszcie – uczyć się, jak działa informacyjna wojna, bo dziś to element obywatelskiej obronności tak samo ważny jak znajomość hymnu. Dezinformacja jest skuteczna tylko wtedy, gdy społeczeństwo nie zna zasad gry. A Polacy, jeśli coś potrafią, to uczyć się szybko, gdy stawką jest wolność.

Partnerzy portalu: