Featured Video Play Icon

Podlasie ich całkowicie zaskoczyło. Dlaczego będą tu wracać?

Podlasie nie jest kierunkiem, który planuje się miesiącami. Częściej trafia się tu przypadkiem — z ciekawości, z impulsu, czasem nawet z lekkim sceptycyzmem. I właśnie dlatego potrafi zaskoczyć najmocniej. Bo zamiast gotowych atrakcji dostaje się coś trudniejszego do uchwycenia — przestrzeń, ludzi, rytm, który nie próbuje się nikomu przypodobać. Tu nie ma presji, żeby coś „zaliczyć”. Jest czas, żeby po prostu być.

To miejsce nie działa jak typowa destynacja turystyczna. Nie konkuruje, nie przekonuje, nie krzyczy. A jednak zostaje w głowie dłużej niż wiele bardziej „efektownych” miejsc. Może dlatego, że wszystko jest tu prawdziwe — spotkania, krajobrazy, cisza. I dopiero po powrocie zaczyna się rozumieć, że to nie była zwykła podróż. To było doświadczenie, które trudno nazwać… ale łatwo zapamiętać.

Supraśl ze swoim spokojem i historią, Sokółka z codziennością, która nie udaje niczego więcej, Kruszyniany z tatarskim dziedzictwem, Trześcianka z drewnianą architekturą i PuCHA jako mniej oczywisty przystanek — każde z tych miejsc dokłada własny fragment do tej układanki. Razem tworzą obraz regionu, który nie potrzebuje jednego symbolu, bo jego siła tkwi właśnie w tej różnorodności i autentyczności.

Partnerzy portalu:

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Już niedługo stukot kół będzie tu codziennością. Co zmienia powrót kolei w Łomży?

Po 33 latach ciszy na torach, Łomża wraca na kolejową mapę Polski. Za dwa miesiące ruszą regularne połączenia – do Białegostoku i Olsztyna, docelowo nawet 13 par pociągów dziennie. Sama informacja nie jest już nowa. Ciekawe jest coś innego: co to realnie zmienia i czy Łomża potrafi tę zmianę wykorzystać.

Bo kolej w 2026 roku to nie jest „jeszcze jeden środek transportu”. To infrastruktura, która zmienia zachowania ludzi, kierunki przepływu pieniędzy i atrakcyjność miejsca do życia. Przez trzy dekady Łomża funkcjonowała jak wyspa – komunikacyjnie odcięta od głównych osi regionu. Autobusy i samochody wypełniły tę lukę, ale to rozwiązania indywidualne, rozproszone i wrażliwe na koszty paliwa, korki czy zmiany cen. Pociąg działa inaczej: jest przewidywalny, systemowy i – co najważniejsze – skaluje ruch. Jednym kursem przewozi dziesiątki, a nie pojedyncze osoby.

I tu pojawia się pierwszy realny potencjał: codzienne dojazdy. Jeżeli czas przejazdu będzie konkurencyjny, Łomża może stać się zapleczem dla Białegostoku i Olsztyna. Tańsze nieruchomości, spokojniejsze tempo życia i możliwość dojazdu do pracy bez prowadzenia auta to zestaw, który działa między innymi w Łodzi, gdzie sporo osób dojeżdża pracować w Warszawie.

Drugi obszar to studenci i młodzi ludzie. Dziś wybór uczelni często oznacza wyprowadzkę. Stałe, częste połączenia kolejowe mogą odwrócić tę logikę – pozwolić studiować w Białymstoku czy Olsztynie i nadal mieszkać w Łomży. To oznacza, że część młodych ludzi nie „znika” z miasta na kilka lat. A to z kolei wpływa na lokalny rynek usług, wynajem, gastronomię. Trzeci element to turystyka, która w Podlaskiem dopiero się buduje. Kolej obniża próg wejścia – ktoś z Białegostoku może spontanicznie przyjechać na jednodniowy wypad bez auta. Łomża, jeśli dobrze to rozegra, może stać się punktem startowym do eksploracji regionu – Narwi, okolicznych wsi, mniej znanych tras. Ale to wymaga czegoś więcej niż samych torów: spójnej oferty, informacji, współpracy lokalnych biznesów.

Czwarta rzecz to rynek pracy. Firmy zaczynają patrzeć na dostępność komunikacyjną jako jeden z kluczowych czynników. Miasto bez kolei jest dla wielu inwestorów automatycznie mniej atrakcyjne. Z koleją – nagle pojawia się możliwość zatrudniania ludzi z większego obszaru. To zwiększa pulę pracowników bez konieczności ich relokacji. I wreszcie aspekt mniej oczywisty: zmiana mentalna. Przez 33 lata mieszkańcy przyzwyczaili się, że „tu się nie da”. Kolej jest sygnałem odwrotnym – że jednak się da, że miasto wraca do obiegu. To nie jest mierzalne w kilometrach torów, ale często właśnie takie zmiany uruchamiają nowe inicjatywy.

Czy to oznacza koniec autobusów? Nie. Raczej początek konkurencji, która może poprawić jakość całego rynku transportowego. Autobusy będą musiały się dostosować – ceną, komfortem, elastycznością. Ostatecznie zyska pasażer.

Kluczowe pytanie brzmi jednak inaczej: czy Łomża potraktuje kolej jako szansę rozwojową, czy tylko jako ciekawostkę po latach przerwy. Bo sama infrastruktura niczego nie gwarantuje. Ona daje możliwości – ale to od miasta, przedsiębiorców i mieszkańców zależy, czy zostaną wykorzystane.

Partnerzy portalu:

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć
Kożyno

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć

Netflix właśnie pokazał światu nasze podwórko. Film „Podlasie” z Anną Seniuk i Arturem Barcisiem w rolach głównych trafił na platformę i natychmiast rozpalił dyskusje w sieci. Jedni zachwycają się, inni kręcą nosem – ale jedno jest pewne: malownicze wioski, rozlewiska Narwi i drewniane domy z kolorowymi okiennicami zrobiły robotę. I może właśnie o to chodzi.

Gwiazdy, bimber i… udawany akcent

Obsada robi wrażenie. Obok Anny Seniuk i Artura Barciśia na ekranie pojawiają się Piotr Pręgowski czy Cezary Żak – prawdziwe tuzy polskiego kina i telewizji. Mimo to film zdążył już zebrać sporą dawkę krytyki. Widzom przeszkadza fabuła, innym – udawane wschodnie akcenty, a jeszcze innym sceny z piciem bimbru, które ich zdaniem sprowadzają Podlasie do karykatury. Trudno się dziwić mieszkańcom, że reagują z mieszanymi uczuciami.

Ale jest i druga strona medalu. Kamera uchwyciła coś, czego nie da się sfałszować – autentyczne piękno tej ziemi. I to właśnie ono przyciąga wzrok nawet najbardziej sceptycznych widzów.

Gdzie kręcono „Podlasie”? Miejsca, które warto odwiedzić

Ekipa filmowa zawitała między innymi do Kaniuk, Kożyna, Rybołów czy Rzepnik. To nieprzypadkowy wybór – każda z tych wsi skrywa w sobie coś wyjątkowego. Kożyno leży malowniczo nad rzeką Łoknicą. Stare drewniane budynki, brukowana ulica – czas tutaj płynie inaczej, wolniej, jakby świat zewnętrzny jeszcze tu nie dotarł. Do tego niesamowitym widokiem jest rzeka płynąca obok drogi. Zupełnie jak w jakiejś górskiej miejscowości. Na filmie zobaczymy aktorów, którzy przechadzają przez wioskę.

Kaniuki z kolei ciągną się wzdłuż brzegu Narwi – droga we wsi biegnie równolegle do nurtu rzeki, a część domów stoi dosłownie pomiędzy jezdnią a wodą. Widok zapiera dech w piersiach, szczególnie o wschodzie słońca. Znajduje się tu także Izba Twórcza Włodzimierza Naumiuka, znanego ludowego rzeźbiarza, zlokalizowana na początku wsi. Posesja wyróżnia się licznymi rzeźbami w drewnie, a sam artysta tworzy w otoczeniu tradycyjnej podlaskiej architektury. Wspomniane rzeźby są także elementem fabuły filmu.

W Rybołach koniecznie trzeba zatrzymać się przy cerkwi – białej, z miętowymi kopułami. Jadąc dalej przez wieś, miniemy jeszcze drewnianą niebieską cerkiew na cmentarzu, a w drugiej części miejscowości, bliżej Rzepnik, czeka nas prawosławna kapliczka. To właśnie przy niej nagrywano sceny „Podlasia”.

Rzepniki zapamiętamy zaś jako wieś, w której kręcono tajemnicze sceny „kręgów w polu”. Dla porządku warto dodać, że sceny kręcono także na ruinach kościoła w Jałówce, który leży daleko od Rzeki, tuż przy białorusko-polskiej granicy.

Narwiańskie rozlewiska – bajkowa kraina, którą trzeba zobaczyć

Film „Podlasie” to jednak wycinek. Między Zabłudowem a Bielskiem Podlaskim rozciąga się świat sam w sobie. Wiosną, gdy Narew wylewa, cały obszar zamienia się w coś na kształt weneckiej delty – tyle że otoczonej łąkami, a nie kamienicami. Kolorowe chaty z charakterystycznymi ornamentami i otwartymi okiennicami spotęgują ten efekt do maksimum. Zakochać się można od pierwszego spojrzenia.

To tutaj żyją półdzikie konie i czerwone krowy – rasa niemal zapomniana przez nowoczesne rolnictwo, dziś mozolnie odbudowywana. Nad wodą panoszą się czajki, rycyki, dubelty i krwawodzioby. Ptasiarze mają tu raj.

Rzeka meandruje także między miejscowościami Narew, Ancuty, Kaczały, Ciełuszki. Każda z nich jest silnie związana z prawosławiem – po drodze napotkamy kolejne piękne, drewniane cerkwie, z których każda opowiada swoją własną historię. Warto także wspomnieć o Koźlikach, gdzie jest prywatny skansen, ale też piękne widoki na Narew z góry. Do tego to cicha i spokojna wieś.

Kraina Otwartych Okiennic – to trzeba zobaczyć

Nie można też pominąć jednego z najsłynniejszych szlaków turystycznych regionu – Krainy Otwartych Okiennic. Najbardziej rozpoznawalne są Soce, Puchły i Trześcianka, gdzie drewniana architektura z bogato zdobionymi okiennicami przyciąga fotografów i podróżników z całej Polski. Warto jednak pamiętać, że piękno tej okolicy nie kończy się na kilku pocztówkowych wsiach – atrakcyjne przyrodniczo tereny rozciągają się po obu stronach Narwi.

Film przeminie, Podlasie zostanie

„Podlasie” na Netflixie to zjawisko, które – niezależnie od oceny artystycznej – może zrobić dla regionu więcej niż niejeden folder turystyczny. Jeśli choć część widzów, zachęcona widokami z ekranu, wsiądzie w samochód i ruszy odkrywać nasze wioski, to cel zostanie osiągnięty. Bo Podlasie nie potrzebuje hollywoodzkiego scenariusza. Wystarczy przyjechać i zobaczyć na własne oczy.

Partnerzy portalu:

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!
fot. Archiwum PKS NOVA

Trzy nowe linie autobusowe skomunikują aż 7 gmin!

W powiecie monieckim pojawiły się nowe linie autobusowe. Dla wielu mieszkańców to może być pierwsza od lat realna alternatywa dla samochodu – szczególnie tam, gdzie komunikacja publiczna praktycznie nie istniała albo była symboliczna.

Trzy linie łączą m.in. Krypno, Mońki, Trzcianne, Jaświły, Goniądz, Jasionówkę i Knyszyn. To właśnie takie lokalne połączenia są w regionach najważniejsze, bo nie chodzi o spektakularne trasy, tylko o codzienne sprawy – dojazd do pracy, szkoły czy lekarza. Jeśli rozkłady będą sensownie dopasowane do realnego życia mieszkańców, może to faktycznie coś zmienić.

Projekt powstał przy współpracy kilku samorządów, a jego organizacją zajmuje się gmina Krypno. Finansowanie? Około miliona złotych, z czego blisko połowa pochodzi z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, reszta z lokalnych budżetów. Ceny biletów startują od 4 zł, co brzmi rozsądnie. Bilety można kupić u kierowcy albo przez internet, a dla chętnych są też bilety miesięczne i karta pasażera.

Na trasy wyjechało pięć autobusów, w tym pojazdy dostosowane do osób z niepełnosprawnością. To akurat ważny element, bo wykluczenie transportowe często najmocniej dotyka właśnie tych, którzy mają najmniej możliwości, by radzić sobie inaczej.

O sukcesie tych linii zdecyduje codzienność: czy autobusy będą jeździły punktualnie, czy rozkłady będą miały sens i czy mieszkańcy faktycznie zaczną z nich korzystać. Jeśli tak – to może być początek odbudowy lokalnej komunikacji. Na razie pozostaje obserwować.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Czas wyciągać rowery! Pogoda w Podlaskiem coraz lepsza.

Wiosna w końcu zaczyna się na dobre rozkręcać. Coraz więcej słońca, wyższe temperatury i dłuższe dni sprawiają, że trudno już szukać wymówek, żeby siedzieć w domu. To moment, w którym natura sama zaprasza do ruchu – a jednym z najprostszych i jednocześnie najprzyjemniejszych sposobów na powrót do formy jest… rower.

Nie trzeba od razu planować dalekich wypraw czy kupować specjalistycznego sprzętu. Wystarczy wyciągnąć rower z garażu, napompować koła i ruszyć przed siebie. Białystok daje sporo możliwości, jeśli chodzi o ścieżki rowerowe, ale prawdziwa przyjemność zaczyna się dopiero wtedy, gdy wyjedziemy trochę dalej – poza miejskie ulice. Ścieżek rowerowych tam nie brakuje. A i nie trzeba stać co chwile na światłach.

Dobrym pomysłem na wiosenny rozruch jest kierunek Księżyno i dalej Turośń Kościelna. To trasa stosunkowo łatwa, idealna na pierwsze kilometry po zimowej przerwie. Spokojne drogi, niewielki ruch i otwarta przestrzeń sprawiają, że można złapać rytm i po prostu cieszyć się jazdą.

Jeśli ktoś woli bardziej „zielony” klimat, świetnym wyborem będzie Wasilków i Jurowce. Już po kilku kilometrach krajobraz zmienia się diametralnie – więcej drzew, więcej cienia i wyraźnie czystsze powietrze. To dobre miejsce na spokojniejszą jazdę, bez pośpiechu, z krótkimi przystankami.

Z kolei Czarna Białostocka i Supraśl to kierunki dla tych, którzy chcą poczuć coś więcej niż tylko rozruch. Tu zaczyna się prawdziwa przygoda – Puszcza Knyszyńska robi swoje. Dłuższe odcinki, leśne trasy i naturalne otoczenie sprawiają, że jazda przestaje być tylko aktywnością fizyczną, a zaczyna być formą odpoczynku od wszystkiego.

Warto pamiętać, że początek sezonu to nie czas na bicie rekordów. Lepiej zacząć spokojnie, nawet od kilkunastu kilometrów, i stopniowo zwiększać dystans. Organizm po zimie potrzebuje chwili, żeby wrócić na właściwe obroty – ale odwdzięczy się szybko, jeśli damy mu szansę. Jedno jest pewne – taka pogoda nie będzie trwała wiecznie. Jeśli więc od kilku dni chodzi po głowie myśl „może by tak pojeździć”, to znak, że nie ma co odkładać. Wystarczy jeden wyjazd, żeby przypomnieć sobie, jak bardzo tego brakowało.

Partnerzy portalu:

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Mało znany staw zamienił się w perełkę

Nie każdy zakątek Białegostoku ma swoje pięć minut. Ten przy ul. Bema przez lata raczej ich nie miał. A jednak – wygląda na to, że właśnie się to zmienia. Mało znany staw, który dla wielu mieszkańców był co najwyżej „gdzieś tam obok”, przeszedł gruntowną przebudowę. Miasto wydało na to około 3,4 mln zł, z czego sporą część – blisko 1,5 mln zł – pokryły środki unijne. Sama inwestycja została zakończona jesienią 2025 roku, ale dopiero teraz zaczyna być o niej głośniej.

Zamiast opowieści o „łączeniu natury z nowoczesnością”, warto powiedzieć wprost: zbiornik został uporządkowany i przygotowany tak, żeby w końcu dało się z niego korzystać. Dno pogłębiono, brzegi wzmocniono, poprawiono przepływ wody. Efekt? Staw ma większą zdolność zatrzymywania wody, więc przy okazji trochę lepiej radzi sobie z nadmiarem deszczu. To akurat konkret, a nie slogan.

Ale równie ważne jest to, co powstało wokół. Pojawiły się alejki, pomosty, miejsca do siedzenia, trochę infrastruktury do odpoczynku i aktywności. Innymi słowy – przestrzeń, która przestaje być „dzikim zapleczem”, a zaczyna przypominać miejsce, do którego można przyjść z wyboru, a nie przypadkiem.

I tu jest chyba najciekawszy efekt tej inwestycji. Bo nie chodzi tylko o sam staw. Chodzi o to, że wiele osób w ogóle dowie się o jego istnieniu. Do tej pory był trochę jak białostocka ciekawostka dla wtajemniczonych. Teraz ma szansę stać się normalnym punktem na mapie spacerów. Ten kawałek miasta w końcu dostał swoją szansę.

Partnerzy portalu:

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

W Białymstoku wiosna oficjalnie zatwierdzona – nie przez kalendarz, nie przez synoptyków, a przez dwóch najbardziej wiarygodnych specjalistów od drzemek sezonowych. Bracia Chip i Dale, rezydenci Akcentu Zoo, zakończyli właśnie zimowy „tryb samolotowy” i wrócili do świata, w którym – jak się okazuje – nic nie smakuje tak dobrze jak poranna… pobudka przeciągnięta do południa.

Choć formalnie już się obudzili, to nadal operują w trybie „jeszcze pięć minut”. Pierwszy spacer odhaczony, ale zamiast dynamicznego wejścia w wiosnę mamy raczej miękkie lądowanie na trawie. Niedźwiedzie rozłożyły się pod siatką i wyglądały tak, jakby testowały nową usługę: „leżenie w jakości premium, bez reklam i bez pośpiechu”.

Stali bywalcy zoo od kilku tygodni prowadzili nieoficjalny monitoring sytuacji. Były zakłady, były spekulacje, a nawet próby interpretowania ciszy jako „ciszy przed… chrapaniem”. W końcu się udało – niedźwiedzie się wybudziły.

Dla porządku dodajmy, że w ubiegłym roku Chip i Dale zakończyli sen zimowy już 26 marca. W tym sezonie postawili na wersję rozszerzoną – coś pomiędzy „jeszcze chwila” a „jeszcze jedna drzemka dla zdrowia”. W naturze potrafią spać nawet do końca kwietnia, więc i tak można mówić o pewnym kompromisie z rzeczywistością.

A co dalej? Eksperci przewidują stopniowy powrót do aktywności: najpierw przeciąganie, potem spacer, a na końcu – być może – podjęcie poważnej decyzji, czy dziś bardziej się opłaca… poleżeć z lewej czy z prawej strony wybiegu.

Na koniec krótka informacja dla mieszkańców: jeśli czujecie się dziś nieco ospali, spokojnie – to nie brak kawy. To po prostu solidarność z niedźwiedziami. W końcu skoro one dopiero się budzą, to kto powiedział, że my już musimy być w pełni gotowi do życia?

Partnerzy portalu:

Piekło zamarza! Chwalimy ekipę Tadeusza Truskolaskiego!

Piekło zamarza! Chwalimy ekipę Tadeusza Truskolaskiego!

Są takie momenty, kiedy można pochwalić władze Miasta Białystok. Nie jest tajemnicą, że do działań ekipy Tadeusza Truskolaskiego podchodzimy zazwyczaj z dystansem. Czasem neutralnie, często krytycznie. Bo zbyt wiele decyzji przez lata było fatalnych dla miasta albo zwyczajnie oderwanych od realnych problemów mieszkańców. Tym razem czas na dobre słowa. I to nie dlatego, że nagle wszystko zaczęło działać idealnie. Raczej dlatego, że – wyjątkowo – ktoś w urzędzie zrobił coś po prostu sensownego. Rozwiązano konkretny, trudny i bardzo ludzki problem.

Miasto wprowadza funkcję koronera, czyli lekarza, który w sytuacjach „pomiędzy przepisami” będzie mógł stwierdzić zgon i wystawić kartę zgonu. W teorii temat wydaje się techniczny. W praktyce – dotyczy jednych z najtrudniejszych momentów w życiu. Do tego powodował konkretne skutki.

Oto przykład z Białegostoku. Na przystanku autobusowym w centrum umiera mężczyzna. Na miejsce przyjeżdżają kryminalni. Szybko stwierdzają, że nic na to nie wskazuje, by doszło do zabójstwa. Ich czynności się kończą w tym momencie, a ciało należy zabrać do prosektorium. Problem w tym, że nie można go ruszyć dopóki lekarz nie stwierdzi zgonu. Tylko skąd wziąć lekarza? Karetka pogotowia przyjeżdża do żywych.

Co mówią na to przepisy? Zgon musi stwierdzić lekarz leczący w ostatniej chorobie (czyli w szpitalu), lekarz zespołu ratownictwa medycznego (w przypadku zgonu podczas akcji medycznej) lub lekarz podstawowej opieki zdrowotnej. W tym ostatni przypadku policja najczęściej dzwoniła do najbliższej przychodni. I czekała godzinami. Bo lekarz nie był skory porzucić czekających w kolejce. Dlatego czekali policjanci ze zwłokami na ulicy. Cała sytuacja przeciągała się w sposób, który trudno nazwać godnym.

Rozwiązanie z koronerem jest znane, ale z jakiegoś powodu (czyt. pieniądze) nie stosowane. Teoretycznie powinna wejść w życie ustawa, która rozwiązuje ten problem. W praktyce rząd musiałby albo wszystkie gminy – w tym te najbiedniejsze skłonić do kolejnych wydatków tudzież samodzielnie to finansować. A tak obecnie mamy koronera tylko tam, gdzie gmina sobie sama powoła.Takie rozwiązanie jest w Suwałkach czy Poznaniu.

Teraz w Białymstoku policjant zgłosi sprawę do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego, a te na miejsce zgonu wyśle koronera.

Warto podkreślić – przepisy się nie zmieniają. Nadal w pierwszej kolejności robią to lekarze prowadzący, ratownicy czy lekarze POZ. Koroner wchodzi tam, gdzie system do tej pory miał lukę. I właśnie tę lukę w końcu ktoś zauważył. Czy to rewolucja? Nie. Czy to coś, co powinno działać od lat? Zdecydowanie tak.

I tu dochodzimy do sedna. Szkoda, że tak późno. Bo problem nie pojawił się wczoraj. On istniał od dawna i przez lata był zamiatany pod dywan, choć dotykał ludzi w najbardziej wrażliwych momentach. Ale mimo wszystko – lepiej późno niż wcale. Miasto podpisało umowę z firmą medyczną, która będzie pełnić funkcję koronera do końca 2026 roku. Koszt jednej interwencji to 700 zł, a na cały program przeznaczono 7 700 zł. Niewielkie pieniądze, jak na zmianę, która realnie poprawia działanie służb i – co ważniejsze – sytuację mieszkańców.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Niesamowite widoki. Zobacz podlaskie rozlewiska.

Jeszcze przez chwilę Podlaskie wygląda tak, jakby ktoś rozlał po nim spokojne morze. Ale to już ostatnie dni tego spektaklu. Rozlewiska w dolinie Biebrzy zaczynają powoli znikać. Woda, która jeszcze niedawno wdzierała się między łąki, drogi i zagajniki, ustępuje miejsca zieleni. Przyroda wraca do swojego letniego rytmu, a ten wyjątkowy moment – kiedy rzeka pokazuje swoją dziką, nieokiełznaną stronę – powoli dobiega końca.

To właśnie teraz jest ostatnia szansa, by zobaczyć Podlasie w tej najbardziej surowej i jednocześnie hipnotyzującej odsłonie. Najlepsze miejsca? Klasyka, ale nie bez powodu. Okolice Góry Strękowej to jeden z tych punktów, gdzie widać skalę zjawiska. Woda rozlewa się tu szeroko, tworząc krajobraz bardziej przypominający deltę wielkiej rzeki niż północno-wschodnią Polskę. Cisza, przestrzeń i ten specyficzny klimat, którego nie da się podrobić.

Wizna – miejsce historyczne, ale wiosną nabiera zupełnie innego charakteru. Drogi prowadzące przez rozlewiska, odbicia nieba w wodzie, pojedyncze drzewa wystające z tafli jak wyspy. To jeden z tych widoków, które zostają w głowie na długo.

I wreszcie Biebrzański Park Narodowy – serce tego wszystkiego. Tu rozlewiska są najbardziej rozległe, najbardziej dzikie i najbardziej „prawdziwe”. To nie jest park, który się ogląda. To przestrzeń, którą się chłonie – powoli, bez pośpiechu.

Jeśli ktoś odkładał ten wyjazd „na później”, to właśnie to „później” jest teraz. Za chwilę poziom wody spadnie, krajobraz się zmieni, a to co dziś wygląda jak naturalny spektakl na ogromną skalę, stanie się po prostu zieloną doliną. Podlaskie co roku daje kilka takich momentów, kiedy pokazuje swoją prawdziwą siłę i piękno. Rozlewiska są jednym z nich – i właśnie się kończą.

Partnerzy portalu:

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.
Budowa zalewu podczas zimy | fot. Urząd Gminy Orla

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.

W Orli trwa budowa zbiorników wodnych w dolinie Orlanki. Inwestycja przedstawiana jest jako retencyjna, potrzebna mieszkańcom i ważna dla rozwoju gminy. W wypowiedziach władz pojawia się wątek „atrakcyjności”, przyciągania ludzi, ożywienia miejsca. W dokumentacji – pełen katalog infrastruktury: pomosty, wieża widokowa, tężnia, ścieżki, oświetlenie, place zabaw, parkingi, rowery wodne, a nawet fontanna z podświetleniem LED.

Problem polega na tym, że wszystko to ma bardzo niewiele wspólnego z realnymi potrzebami tego miejsca.

Dziś nie żyjemy w czasach nadmiaru. W Polsce – także w Podlaskiem – mamy do czynienia z suszą hydrologiczną i spadkiem poziomu wód gruntowych. Rzeki latem osiągają stany, które jeszcze kilkanaście lat temu były sytuacją wyjątkową. W takiej rzeczywistości kluczowe staje się jedno pytanie: czy budowanie zalewów jest odpowiedzią na problem braku wody?

Wbrew intuicji – nie.

Zbiornik retencyjny w formie zalewu zatrzymuje wodę w jednym miejscu, ale jednocześnie zaburza naturalne funkcjonowanie rzeki i jej doliny. Woda zamiast powoli rozlewać się w krajobrazie i zasilać gleby oraz wody gruntowe, zostaje zamknięta w sztucznym akwenie. Tam szybciej się nagrzewa, intensywnie paruje i traci swoje właściwości. To nie jest retencja rozproszona, która stabilizuje system wodny. To punktowe magazynowanie, które w dłuższej perspektywie dokłada problemów.

Jeszcze większe wątpliwości budzi argument o ochronie przeciwpowodziowej. W sytuacji, gdy dominującym zjawiskiem jest niedobór wody, odwoływanie się do powodzi jako głównego uzasadnienia dla takich inwestycji brzmi jak kuriozum. Polska przez dekady prowadziła politykę szybkiego odprowadzania wody – prostowania rzek, melioracji, osuszania terenów. Dziś płacimy za to cenę. Tym bardziej zaskakuje, że odpowiedzią nadal są rozwiązania oparte na tej samej PRL-owskiej logice.

Jeśli przyjrzeć się bliżej inwestycji w Orli, trudno oprzeć się wrażeniu, że jej rzeczywistym celem nie jest retencja, lecz stworzenie miejsca rekreacyjnego. I nie ma w tym nic złego – pod warunkiem, że zostanie to jasno nazwane. Problem zaczyna się wtedy, gdy projekty o charakterze turystycznym uzasadnia się troską o wodę i środowisko.

Bo dobra inwestycja wodna wygląda inaczej.

Zamiast budowy zalewów, które zmieniają naturalny charakter rzek, coraz częściej wskazuje się na potrzebę działań bliższych naturze. Chodzi o spowalnianie przepływu wody w samym korycie rzeki, przywracanie jej naturalnych meandrów, odbudowę terenów zalewowych, odtwarzanie mokradeł i ograniczanie melioracji odwadniającej. To właśnie takie rozwiązania pozwalają zatrzymać wodę w krajobrazie na dłużej, poprawiając warunki dla rolnictwa, przyrody i mieszkańców.

Nie są spektakularne. Nie generują efektownych wizualizacji ani miejsc na weekendowy wypoczynek. Ale działają.

Wydanie kilkunastu milionów złotych na inwestycję, której głównym efektem będzie „atrakcyjność”, a nie realna poprawa sytuacji wodnej, to decyzja, która powinna być przedmiotem poważnej dyskusji. Zwłaszcza w regionie, który w dużej mierze opiera swoją tożsamość na przyrodzie.

Zalew w Orli może stać się miejscem spacerów i spotkań. Może przyciągnąć ludzi na chwilę. Ale nie zmieni faktu, że największym wyzwaniem nadchodzących lat nie będzie brak miejsc do wypoczynku nad wodą. Tylko brak samej wody.

Partnerzy portalu:

Wielcy bohaterowie Podlasia. Bartoszko, Białowarczukowie, Smółkowie ratowali Żydów podczas wojny.

Wielcy bohaterowie Podlasia. Bartoszko, Białowarczukowie, Smółkowie ratowali Żydów podczas wojny.

Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów przypadający na 24 marca nie jest datą „od święta”. To moment, który zmusza do zatrzymania się i spojrzenia wstecz – nie tylko na skalę zbrodni, ale też na pojedyncze decyzje ludzi, którzy w tamtym czasie potrafili zrobić coś, co dziś wydaje się niewyobrażalne.

Jedną z takich postaci jest Józef Bartoszko – człowiek, który w samym środku piekła zdecydował się działać.

27 czerwca 1941 roku to jedna z najczarniejszych dat w historii Białegostoku. Niemcy rozpoczęli wtedy brutalną akcję eksterminacyjną, której symbolem stało się spalenie Wielkiej Synagogi. Do środka spędzono około 700 osób. Drzwi zamknięto. Budynek podpalono. W tym samym czasie w mieście trwała rzeź. Płonęły domy, a ludzie byli zabijani na ulicach tylko dlatego, że byli Żydami. Ogień objął dzielnicę Schulhof, okolice Rynku Kościuszki, Suraskiej, Rynku Siennego, Legionowej i Akademickiej. Tego dnia zginęło ponad 2000 osób. W kolejnych dniach liczba ofiar wzrosła do prawie 8000. Dwa tygodnie później powstało getto.

W samym środku tej tragedii był człowiek, który zrobił coś, co zmieniło los kilkudziesięciu osób. Józef Bartoszko, dozorca, wykorzystał chwilę nieuwagi Niemców i otworzył boczne drzwi płonącej synagogi. W przedsionku znajdowali się ludzie, którzy nie mieli już żadnej drogi ucieczki. Dzięki tej decyzji 29 osób wydostało się na zewnątrz. W ostatniej chwili. Pod ostrzałem. To nie był gest. To była decyzja podjęta w sytuacji, w której każda pomoc oznaczała ryzyko natychmiastowej śmierci.

Przez dziesięciolecia ta historia pozostawała niemal zapomniana. Dopiero po 84 latach miasto upamiętniło bohatera. W pobliżu miejsca dawnej synagogi powstał skwer imienia Józefa Bartoszki. Podczas jego otwarcia obecna była wnuczka bohatera, Marta – symboliczny most między historią a teraźniejszością. Ale Bartoszko nie był wyjątkiem.

W Tykocinie mieszkańcy również ryzykowali wszystko, by ratować innych. Wacław i Lucyna Białowarczukowie ukrywali trzyletnią Marysię. Jan i Władysława Smółkowie ocalili dwóch chłopców – Menachema i Mojżesza Turków. Za swoje czyny zostali uhonorowani przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

W Tykocinie Muzeum przygotowuje nową, stałą ekspozycję, która ma opowiedzieć te historie w sposób pełny i uporządkowany. To potrzebne, bo pamięć bez konkretu szybko zamienia się w ogólnik. Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów nie jest tylko o przeszłości. Jest o tym, co robimy z tą wiedzą dzisiaj. Czy traktujemy ją jak kolejną datę w kalendarzu, czy jak zobowiązanie. Bo historia Józefa Bartoszki nie jest historią o bohaterstwie „z podręcznika”. Jest historią o człowieku, który w najgorszym możliwym momencie zrobił to, co uważał za słuszne.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Klimatyczna wyprawa z fotografem do Białowieży. Cuda natury!

Większość osób jadąc do Białowieży kończy i zaczyna spacer w okolicach parkingu przy Parku Pałacowym, przy rezerwacie żubrów czy gdzieś w samej miejscowości. A wystarczy wejść trochę dalej w las – nie kilometr, nie dwa – żeby zobaczyć zupełnie inny świat. Taki, w którym zwierzęta nie są „atrakcją”, tylko po prostu są u siebie. Puszcza Białowieska w głębi jest gęstsza, ciemniejsza i cichsza. I właśnie tam zaczyna się to, co robi największe wrażenie. Nie trzeba być znawcą przyrody ani mieć szczęścia życia. Wystarczy iść spokojnie i patrzeć. Bladym świtem.

Najłatwiej zauważyć ptaki, bo są praktycznie wszędzie. Dzięcioł – ten, którego każdy zna z obrazków – tutaj nie jest rzadkością. Słychać go częściej niż widać. Wystarczy się zatrzymać i po chwili wiadomo, skąd dochodzi charakterystyczne stukanie. Sikorki, które w mieście traktujemy jak coś oczywistego, w puszczy zachowują się inaczej – są spokojniejsze, mniej płochliwe. Sójka z kolei jest jak strażnik lasu. Głośna, czujna, często pierwsza daje sygnał, że coś się dzieje. Nawet zwykły kos, który w mieście ginie w tle, tutaj brzmi zupełnie inaczej – jego śpiew niesie się daleko i naprawdę robi klimat.

Dalej zaczyna się poziom wyżej, czyli większe zwierzęta. Tu już nie zawsze coś zobaczysz, ale bardzo często zobaczysz ślady. Rozkopana ziemia to niemal pewny znak obecności dzików. I to świeży. Czasem wystarczy chwila ciszy i słychać, jak gdzieś pracują ryjem w ziemi. Sarny pojawiają się nagle – potrafią podejść zaskakująco blisko, a potem znikają w sekundę. Jelenie są bardziej ostrożne, ale ich obecność czuć – ślady, odgłosy, czasem sylwetka między drzewami.

No i żubr. Nie każdy go spotka, ale to nie znaczy, że go tam nie ma. To zwierzę, które zmienia sposób patrzenia na ten las. Nawet jeśli go nie zobaczysz, świadomość, że możesz na niego trafić, sprawia, że idziesz inaczej – uważniej.

Z perspektywy fotografa najciekawsze nie są wcale same zwierzęta, tylko warunki. Światło w puszczy robi robotę. Przebija się przez stare drzewa, tworzy kontrasty, wydobywa szczegóły. Nawet zwykła ścieżka czy kawałek kory wygląda jak gotowy kadr. Dlatego takie wyprawy to nie tylko „polowanie” na zwierzęta, ale też obserwowanie miejsca.

Najważniejsze jest to, że nie trzeba szukać rzadkich gatunków, żeby poczuć, czym jest Puszcza Białowieska. Wystarczy zobaczyć znane rzeczy – dzięcioła, sarnę, dzika czy nawet sikorkę – ale w ich naturalnym środowisku. Bez hałasu, bez ludzi, bez pośpiechu. I wtedy dopiero widać, jak bardzo różni się las „turystyczny” od prawdziwego.

Partnerzy portalu:

Sezon turystyczny w Podlaskiem rozpoczyna się na dobre

Sezon turystyczny w Podlaskiem rozpoczyna się na dobre

Wraz z pierwszymi naprawdę ciepłymi dniami Podlaskie budzi się do życia. To moment, na który co roku czekają zarówno mieszkańcy, jak i przedsiębiorcy z branży turystycznej. Sezon zaczyna się na dobre – a region, który jeszcze niedawno kojarzony był głównie z ciszą i spokojem poza głównym nurtem, dziś coraz śmielej przyciąga turystów z całej Polski. Widać to szczególnie w weekendy w czterech miejscach, które od lat stanowią turystyczny rdzeń województwa: Augustowie, Białowieży, Tykocinie i Supraślu. Każde z nich oferuje zupełnie inne doświadczenia, ale łączy je jedno – autentyczność, której coraz trudniej szukać w popularnych, przeładowanych kierunkach.

Augustów tradycyjnie przyciąga wodą. Kanał Augustowski, jeziora i rozwinięta infrastruktura sprawiają, że to jedno z najlepszych miejsc w Polsce na aktywny wypoczynek. Kajaki, rowery wodne, rejsy statkami – sezon tutaj rusza dynamicznie, a w letnie weekendy trudno znaleźć wolne miejsca noclegowe.

Z kolei Białowieża to zupełnie inny rytm. Tu nie chodzi o tempo, tylko o doświadczenie. Puszcza Białowieska, jeden z ostatnich pierwotnych lasów Europy, przyciąga ludzi szukających kontaktu z naturą. Spacer ścieżkami, spotkanie z żubrem, cisza, której nie da się „wyprodukować” – to wartości, które dziś stają się luksusem.

Tykocin to podróż w czasie. Niewielkie miasteczko, które zachowało swój historyczny układ, przyciąga turystów klimatem dawnej Rzeczypospolitej. Rynek, synagoga, zamek – wszystko to tworzy spójną, autentyczną przestrzeń, której nie da się podrobić. To miejsce, gdzie zamiast atrakcji „na siłę” dostajemy historię opowiedzianą bez pośpiechu.

Supraśl natomiast łączy naturę z kulturą. Bliskość Białegostoku sprawia, że to popularny kierunek na krótsze wypady, ale jednocześnie miejsce ma swój unikalny charakter. Monaster, Muzeum Ikon, uzdrowiskowy klimat i lasy Puszczy Knyszyńskiej tworzą przestrzeń idealną zarówno do wypoczynku, jak i refleksji.

Co ważne, sezon w Podlaskiem nie zaczyna się jednym wydarzeniem – on po prostu stopniowo narasta. Coraz więcej turystów, coraz więcej otwartych lokali, coraz więcej życia w miejscach, które zimą potrafią być niemal uśpione. Widać to na ulicach, w restauracjach, na szlakach. Podlaskie nie konkuruje z największymi kurortami. I właśnie w tym tkwi jego siła. Tu nie chodzi o tłum i hałas, tylko o przestrzeń, naturę i prawdziwe doświadczenia. Dlatego co roku coraz więcej osób zamiast zatłoczonych plaż wybiera północno-wschodnią Polskę.

Partnerzy portalu:

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Kolejny ranking jakości życia w polskich miastach stawia Białystok na 11 miejscu. Biorąc pod uwagę, że badano 16 stolic województw, oznacza to jedno. Są gorsze miasta do życia niż Białystok. Czy zatem jest się z czego cieszyć? Takie zestawienia powinno prowokować do refleksji.

W dyskusjach o Białymstoku coraz częściej nie chodzi już o rozwój, tylko o usprawiedliwianie bylejakości. Każda krytyka spotyka się z tym samym zestawem argumentów, że to „hejterzy”.

Bo przecież – słyszymy – mamy czyste powietrze. Mamy spokój. Nie mamy korków. Blisko do natury. I jeszcze bezpiecznie. Tylko że to wszystko brzmi trochę jak lista argumentów, dlaczego dobrze jest mieszkać… wszędzie, byle nie tam, gdzie jest praca i pieniądze. Trudno uznać za sukces fakt, że miasto jest wygodne do życia pod warunkiem, że nie musisz pracować i zarabiać. Kto zatem korzysta z takiej sytuacji? Emeryci. Pomijamy już ludzi z wieloma milionami na koncie. Jest ich w mieście tak niewielu, że każdy dokładnie wie kto to jest. Czy miasto ma z tego pożytek, że tu są? Czasami można odnieść wrażenie, że wręcz odwrotnie.

A jak zestawić „brak korków” z tym, że Białystok ma najwyższe bezrobocie wśród miast wojewódzkich? Może po prostu ludzie nie stoją w korkach, bo nie mają gdzie jechać do pracy? Jak zestawić „spokojne tempo życia” z pensją, która pozwala kupić mniej niż metr mieszkania miesięcznie? To nie jest wybór stylu życia.

Jeszcze gorzej brzmi argument o „idealnym miejscu do pracy zdalnej”. Czyli sukcesem miasta ma być to, że można w nim mieszkać, pracując dla kogoś zupełnie gdzie indziej. To już nie jest nawet rozwój – to przyznanie, że lokalna gospodarka nie jest w stanie utrzymać własnych mieszkańców na odpowiednim poziomie. Pomijamy już fakt, że praca zdalna zwyczajnie umiera.

I tak dochodzimy do momentu, w którym 11. miejsce zaczyna wyglądać nie jak powód do zadowolenia, tylko jak sygnał ostrzegawczy. Bo jeśli największym atutem miasta są rzeczy, które nie wymagają żadnej polityki rozwojowej – jak powietrze, brak korków czy cisza – to znaczy, że w tych obszarach, które tej polityki wymagają, po prostu niewiele się dzieje.

Partnerzy portalu:

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Coraz częściej czytam w socmediach komentarze tytułujące mnie hejterem i malkontentem. Ilekroć narzekam na kolejny spalony w Białymstoku drewniany dom, na kolejne bloczysko, odpowiedzi są podobne: A co, lepiej, żeby rudera stała i gniła? Lepiej, żeby dalej pusta działka w mieście była? Lepiej, żeby gołębie srały? No to się spalił, i co, teraz ma stać puste?

Wszystkie te komentarze mają jedno wspólne: mierzą w dół – i to jest atytuda mi zupełnie obca.

Kiedy patrzę na zaniedbany przedwojenny dom, to moja wyobraźnia podpowiada mi remont, nową szalówkę, okna, dachówki. Patrząc na pustą działkę, myślę o możliwie estetycznej jej zabudowie. Widząc kolejne pogorzelisko, marzę o skazaniu podpalacza, i nakazie odbudowy tego, co spalił.

Z biegiem lat dotarło nawet do mnie, że na śledztwo w sprawie podpalenia i skuteczną egzekucję prawa przez konserwatora zabytków nie ma co w tym mieście liczyć. Ale mogę chyba wymagać elementarnej racjonalności w planowaniu przestrzennym?

Każdy skrawek ziemi przeznaczany jest pod intensywną zabudowę mieszkaniową. Nawet te niewielkie przestrzenie, które do niedawna zarezerwowane były do poprawy sytuacji ekonomicznej miasta, w miejscowych planach znalazły się pod złowieszczym symbolem MW. Przykładem jest działka vis-à-vis dworca PKS. Przez lata była (słusznie) przeznaczona pod powierzchnie biurowe, do chwili, aż deweloper zaostrzył sobie na nią apetyt. I będzie blok. Powstanie blok – będę narzekał. Będę narzekał, to mi odpowiedzą: A co, lepiej jak klepisko było?

Tymczasem w Białymstoku już naprawdę nie ma gdzie wykonywać działalności gospodarczej. Wszędzie widzimy szyldy reklamujące biura rachunkowe, usługi geodezyjne, IT i wiele innych stricte biurowych działalności na poddaszach domów, lokalach sklepowych, klatkach schodowych. Mikroskopijna podaż lokali biurowych wręcz poraża. Za niską podażą idą oczywiście horrendalne ceny, co skutecznie powstrzymuje przedsiębiorstwa od rozwoju. Kiedy prowadzisz małą firmę i osiągasz pułap, na którym należałoby przekształcić biznes w spółkę kapitałową i zatrudnić kilka-kilkanaście osób, zwyczajnie pójść do przodu – nie ma dokąd iść.

Identycznie sytuacja ma się w sektorze innych usług. Przykładem niech będą warsztaty samochodowe. Mamy ich mnóstwo i przed każdym samochodami zastawione są trawniki, chodniki i wszelkie inne przestrzenie. Masz opłacalny warsztat, mnóstwo zleceń – rozwijasz się, inwestujesz w pół hektara ziemi, stawiasz sobie tam halę, czy inny hangar, zatrudniasz pracowników i ogarniasz zlecenia szybko i skutecznie. Pod warunkiem, że masz gdzie to zrobić. Tymczasem te tereny, które objęte są planami miejscowymi, nakazują budowę bloków, a nie warsztatów. Natomiast tereny, które nie są planami objęte, są absurdalnie drogie. Dlaczego? –Bo brak planu nie wyklucza budowy bloków i dlatego jest łakomym kąskiem dla każdego dysponującego setkami milionów dewelopera. Niejeden mądrala teraz mi odpowie, że to oczywiste, że w centrum miasta nie powstają warsztaty samochodowe. Wnioskuję, że ich miejsce jest na peryferiach. A co mamy na peryferiach, Dojlidach, Skorupach, Pieczurkach, Bacieczkach? –Bloki. Bloki, to znaczy: deweloperów, z którymi trzeba o każdy metr konkurować.

Wracając do centrum, nie zgodzę się też, że jest to przestrzeń do spania w blokach. Centra tych miast, które odnoszą sukces, żyją. W nich się pracuje. Rozejrzyjcie się, gdzie tylko chcecie. Wszystko, co słusznie zwie się metropolią, do swojego centrum wabi przedsiębiorstwa ofertą przestrzeni biurowej lub hybrydowej. Białystok natomiast stał się sypialnią, czy to w centrum, czy na peryferiach. Spaniem się nie dorobimy.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Szeptuchy wzbudzają duże emocje. Kim są kobiety, które uzdrawiają szeptem?

Na Podlasiu są miejsca, gdzie czas płynie inaczej. To właśnie tutaj – w cieniu drewnianych cerkwi, między polami i lasami – od pokoleń działają szeptuchy. Kobiety, które leczą nie dotykiem, lecz słowem. Szeptem.

Ich temat wraca co jakiś czas, najczęściej przy okazji kolejnych filmów w mediach społecznościowych. Na przykład za sprawą filmu dokumentalnego „Szepciarze” autorstwa Alexandry Golus. Tym razem widzimy próbę uchwycenia świata, który nie istnieje w oficjalnych rejestrach, ale trwa – w pamięci ludzi, w opowieściach, w doświadczeniu tych, którzy przyjechali „z ciekawości”, a wyjechali z poczuciem, że coś się wydarzyło.

Szeptucha nie jest lekarzem, choć wielu trafia do niej wtedy, gdy medycyna rozkłada ręce. Nie jest też kapłanem, choć jej praktyki często opierają się na modlitwach – najczęściej prawosławnych, czasem przesiąkniętych dawnymi, przedchrześcijańskimi formułami. To osobliwa mieszanka: wiary, intuicji i tradycji przekazywanej nie w książkach, ale ustnie – z pokolenia na pokolenie.

Rytuał bywa prosty. Czasem to tylko kilka słów wypowiedzianych półgłosem, znak krzyża, zapalona świeca. Innym razem dochodzą zioła, woda, gesty, które dla postronnego obserwatora wydają się niezrozumiałe. Ale sedno zawsze pozostaje to samo: słowo. Szept, który ma „odwiązać” chorobę, „odczynić” urok, przywrócić równowagę. Dla jednych to ludowa magia, dla innych – herezja. A jednak w praktyce granice są płynne. W wielu domach obok ikon stoją święcone zioła, a modlitwa przeplata się z dawnym zaklęciem. Podlasie nie lubi prostych definicji.

Największy problem? Ta tradycja powoli znika. Szeptuchy starzeją się, a młodych następców brakuje. To wiedza wymagająca nie tylko nauki, ale i pewnego „powołania”, którego nie da się przekazać na kursie czy w internecie. Dlatego dziś to już nie tylko element folkloru, ale żywe dziedzictwo na granicy zaniku. I może właśnie dlatego temat wraca. Bo w świecie pełnym technologii, algorytmów i szybkich odpowiedzi, coraz więcej osób szuka czegoś, co wymyka się logice. Nie po to, by odrzucać naukę, ale by dotknąć czegoś starszego. Czegoś, co – jak Podlasie – nie daje się do końca zrozumieć, ale zostaje w człowieku na długo.

Partnerzy portalu:

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Stan Narwi – tragiczny.
fot. Narwiański Park Narodowy

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Stan Narwi – tragiczny.

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Narwiańskiego Parku Narodowego wraca do życia po zimowej przerwie i – przynajmniej na chwilę – znów daje możliwość przejścia przez rozlewiska Narwi suchą stopą. Po kilku miesiącach przerwy turyści mogą ponownie korzystać z tej unikalnej trasy. Drewniane pomosty, pływające platformy i szerokie, wiosenne rozlewiska tworzą krajobraz, którego nie ma nigdzie indziej w Polsce. To właśnie teraz, na przełomie zimy i wiosny, Narew pokazuje swoje najbardziej naturalne oblicze – rozlana, spokojna, pełna ptactwa i życia.

To dobra wiadomość, ale jednocześnie moment, w którym warto powiedzieć coś wprost: jeśli ktoś chce zobaczyć kładkę w pełnej krasie, powinien się pospieszyć.

Bo wszystko wskazuje na to, że za chwilę wody… może po prostu zabraknąć. To nie jest jednorazowy problem. To powtarzający się co roku schemat. Woda opada, rozlewiska znikają, a kładka – zamiast prowadzić przez rzekę – zaczyna prowadzić przez suchą, zarośniętą dolinę. Wtedy nie jest dostępna, bo platformy nie mają na czym pływać. I tu zaczyna się temat, którego od lat nikt nie chce podjąć na serio.

Narew nie wysycha przypadkiem. To efekt wieloletnich zaniedbań i decyzji hydrotechnicznych, które zmieniły jej naturalny charakter. Kluczowym problemem pozostaje zbiornik Siemianówka – konstrukcja, która zaburzyła naturalny rytm rzeki i w praktyce doprowadziła do jej stopniowej degradacji. Zamiast naturalnych wylewów mamy regulowany, często zbyt niski przepływ. Zamiast rozlewisk – coraz częściej suche tereny. Z roku na rok ten proces postępuje. Dlatego trzeba mówić nie o problemach z kładką, tylko o problemie z samą Narwią.

W tym kontekście trudno nie zadać pytania o rolę Narwiańskiego Parku Narodowego. To instytucja, która powinna być pierwszym i najgłośniejszym głosem w obronie rzeki. Tymczasem sprawia wrażenie, jakby jej odpowiedzialność kończyła się na granicach administracyjnych parku. To krótkowzroczne podejście. Rzeka nie kończy się na tablicy z napisem „park narodowy”. Jeśli Narew traci wodę powyżej i poniżej parku, to traci ją również w jego granicach. Jeśli proces degradacji będzie postępował, to w pewnym momencie nie będzie już czego chronić. Park bez rzeki stanie się parkiem bez sensu.

Dlatego potrzebne są działania, a nie tylko zarządzanie istniejącym stanem. Nagłaśnianie problemu, presja na decydentów, realne działania hydrotechniczne – od zwiększenia retencji, przez piętrzenie wody, po odważne decyzje dotyczące przyszłości Siemianówki. Dziś jeszcze można przejść kładką i zobaczyć Narwę taką, jaką powinna być. Pytanie tylko, jak długo jeszcze.

Partnerzy portalu:

Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Mimo, że Iran jest tysiące kilometrów od Podlaskiego, to gospodarka naszego regionu jest podłączona do globalnego systemu. Jednym z najważniejszych punktów na mapie tego systemu jest Cieśnina Ormuz – wąskie przejście między Zatoką Perską a Oceanem Indyjskim, przez które przepływa ogromna część światowych dostaw ropy. Gdy pojawiła się tam wojna, natychmiast ceny za paliwo podskoczyły w górę i pojawiły się obawy o zakłócenia transportu surowca. Ta wojna jest problemem dla gospodarek uzależnionych od ropy. Jak na dłoni wychodzi, że Podlaskie jest w tym gronie.

Wystarczy zagrożenie dla jednego szlaku morskiego, aby cały świat zaczął zastanawiać się nad dostępnością benzyny czy oleju napędowego. Jeszcze kilka lat temu auta elektryczne były często wyśmiewane jako ciekawostka dla entuzjastów nowych technologii. Tymczasem pojazd elektryczny nie potrzebuje ropy transportowanej przez tankowce z drugiego końca świata. Wystarczy energia elektryczna, którą można wytwarzać lokalnie – z różnych źródeł, od elektrowni konwencjonalnych po odnawialne.

Szczególnie ciekawie wygląda to w przypadku transportu publicznego. Autobusy elektryczne, które jeszcze niedawno wydawały się kosztownym eksperymentem, mogą być postrzegane jako inwestycja w niezależność energetyczną miast. Samorządy, które rozwijają flotę takich pojazdów, w mniejszym stopniu uzależniają codzienne funkcjonowanie komunikacji miejskiej od cen ropy i sytuacji geopolitycznej na świecie.

Jak widać zalety elektrycznych autobusów to nie tylko brak spalin czy cisza. W czasach niepewności na globalnych rynkach energii okazuje się, że mogą one pełnić jeszcze jedną rolę – stabilizować funkcjonowanie transportu publicznego niezależnie od tego, co dzieje się na świecie handlu, do którego jesteśmy podłączeni. Dlatego też elektryczne autobusy i samochody mogą mieć przed sobą znacznie większą przyszłość, niż wielu jeszcze niedawno przypuszczało.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Podlaskie potrzebuje nowego szlaku rowerowego. Green Velo to za mało.

Za rok minie dziesięć lat od momentu uruchomienia szlaku Green Velo. Przez ten czas stał się on jedną z najbardziej rozpoznawalnych tras rowerowych w Polsce i przyciągnął do wschodnich regionów mnóstwo turystów. Wystarczy w letni weekend pojawić się na dowolnym odcinku w Podlaskiem, aby zobaczyć rowerzystów z całej Polski, obładowanych sakwami a coraz częściej. To dowód, że turystyka rowerowa ma ogromny potencjał i że ludzie chcą poznawać region właśnie w ten sposób – spokojnie, z bliska i w rytmie pedałowania.

Paradoks polega jednak na tym, że sam szlak Green Velo w wielu miejscach pozostawia sporo do życzenia. Część odcinków jest dobrze przygotowana, ale są też takie, które obok ruchliwej drogi, gdzie trudno mówić o komforcie. W wielu miejscach infrastruktura jest skromna, a baza noclegowa w mniejszych miejscowościach wciąż nie nadąża za rosnącym zainteresowaniem rowerzystów. Turystów jest dużo – ale potencjał regionu jest znacznie większy niż to, co dziś oferuje główny szlak.

Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie: czy Podlaskie nie powinno stworzyć nowej, alternatywnej trasy rowerowej, która wykorzysta najciekawsze miejsca regionu i jednocześnie zachęci do powrotu tych, którzy przejechali już Green Velo, a także tych, którzy chcieliby zaliczyć i jedno i drugie?

Propozycja nowego szlaku przez serce Podlasia

Naturalnym pomysłem byłoby poprowadzenie nowego szlaku z północy regionu przez najbardziej charakterystyczne miejsca Podlasia aż nad Bug. Trasa mogłaby zaczynać się w Rygolu, gdzie łączyłaby się z Green Velo, na skraju Puszczy Augustowskiej – jednego z największych kompleksów leśnych w Polsce. To miejsce idealne na początek wyprawy: dzika przyroda, jeziora, kanał Augustowski i ogromna sieć leśnych dróg.

Dalej szlak mógłby prowadzić przez Lipsk i Nowy Dwór w kierunku Kuźnicy i Krynek. Ten fragment Podlasia ma niezwykły, pograniczny charakter – cichy, spokojny i wciąż mało odkryty przez turystów. W Krynkach warto zatrzymać się choćby przy słynnym okrągłym rynku, który należy do najbardziej charakterystycznych układów urbanistycznych w regionie.

Kolejny odcinek prowadziłby przez Kruszyniany – jedną z najbardziej znanych wsi tatarskich w Polsce. Drewniany meczet i mizar przyciągają turystów z całego kraju, a lokalna kuchnia tatarska od lat jest jedną z wizytówek Podlasia.

Stamtąd trasa mogłaby biec przez Gródek i Michałowo w kierunku Zabłudowa, a następnie przez Krainę Otwartych Okiennic – czyli wyjątkowy fragment Podlasia z drewnianą architekturą i kolorowymi zdobieniami domów w miejscowościach takich jak Trześcianka, Soce czy Puchły. To jeden z najbardziej malowniczych obszarów regionu i miejsce, które doskonale nadaje się do spokojnej turystyki rowerowej.

Dalszy odcinek mógłby prowadzić przez Strablę i Pietkowo do Brańska – jednego z najstarszych miast Podlasia (1493 rok). Następnie przez Ciechanowiec, gdzie znajduje się słynne Muzeum Rolnictwa, a dalej przez Granne w kierunku doliny Bugu.

Ostatni fragment trasy mógłby biec właśnie wzdłuż tej rzeki aż do przeprawy promowej w Mielniku. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc nad Bugiem – z kredową górą, pięknymi widokami i spokojnym, niemal wakacyjnym klimatem.

Szansa na turystyczny kręgosłup regionu

Taki szlak miałby ogromną zaletę: prowadziłby przez miejsca autentyczne, ciekawe kulturowo i przyrodniczo, a jednocześnie w dużej części przez spokojne drogi lokalne i tereny o niewielkim ruchu samochodowym. Byłby też naturalnym impulsem do rozwoju małej infrastruktury turystycznej – noclegów, punktów gastronomicznych, wypożyczalni rowerów czy miejsc odpoczynku.

Green Velo pokazał, że rowerzyści potrafią przyjechać setki kilometrów, jeśli mają atrakcyjną trasę. Podlasie ma wszystko, by stać się jednym z najważniejszych regionów turystyki rowerowej w Polsce: przestrzeń, przyrodę, historię i niezwykłą atmosferę pogranicza.

Brakuje tylko jednego – zapału, aby stworzyć szlak, który naprawdę pokaże to, co w regionie najciekawsze.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Placki z pokrzywy to przysmak ze Starego Berezowa

Stare Berezowo w gminie Hajnówka to nie tylko wieś, to także przystanek na kulinarnej mapie Podlaskiego. To właśnie tutaj kucharz Krzysztof 'Krystofor’ Tarasiuk spotkał się z miejscowym Kołem Gospodyń Wiejskich, by wspólnie przygotować prostą, ale niezwykle ciekawą potrawę – placki z pokrzywy. Do ich przygotowania wykorzystano około 150–200 gramów młodych liści pokrzywy, sześć jajek, szczypiorek, bułkę tartą oraz sól i pieprz. Całość po wymieszaniu trafia na patelnię z rozgrzanym olejem, gdzie powstają złociste placki o zaskakująco delikatnym smaku.

Samo Stare Berezowo to niewielka wieś położona w powiecie hajnowskim, na terenie gminy Hajnówka. Miejscowość leży na skraju regionu znanego z silnych tradycji prawosławnych. We wsi znajduje się także cmentarz prawosławny założony w XX wieku, a przez miejscowość przebiega linia kolejowa z przystankiem Stare Berezowo.

Spotkanie przy kuchni pokazało jednak coś jeszcze – że w podlaskiej tradycji kulinarnej ogromną rolę odgrywa to, co daje natura. Wiosną pojawiają się młode zioła i dzikie rośliny, które dawniej były naturalnym składnikiem wielu potraw. Pokrzywa, szczaw czy różne leśne dodatki mogą stać się inspiracją do prostych, sezonowych dań. Wystarczy odrobina odwagi, by spróbować w kuchni czegoś nowego i odkryć smaki znane naszym dziadkom.

SKŁADNIKI „Placki z pokrzywy”:

  • 150 – 200 g młodych liści z pokrzywy,
  • 6 jajek,
  • szczypiorek,
  • bułka tarta,
  • sól,
  • pieprz,
  • olej do smażenia.

Partnerzy portalu:

W Puszczy Białowieskiej zatrzymują wodę. Powstają dziesiątki małych progów na leśnych rowach.
fot. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku

W Puszczy Białowieskiej zatrzymują wodę. Powstają dziesiątki małych progów na leśnych rowach.

W Puszczy Białowieskiej rozpoczęto działania, które mają pomóc zatrzymać wodę w lesie. Wspólna akcja Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oraz żołnierzy Obrony Terytorialnej polega na budowie niewielkich progów na rowach odwadniających. Ich zadaniem jest spowolnienie odpływu wody i poprawa nawodnienia siedlisk przyrodniczych. Podczas jednego dnia prac udało się wykonać około 30 takich konstrukcji. To niewielkie obiekty zbudowane z materiałów dostępnych na miejscu – głównie z martwego drewna, kamieni i ziemi. Ich zasada działania jest bardzo prosta. Woda, która normalnie szybko spływałaby rowami odwadniającymi, zostaje na chwilę zatrzymana i rozlewa się w okolicznym terenie.

Problem, który narasta od lat

Zatrzymywanie wody w puszczy nie jest przypadkowym pomysłem. Spadek poziomu wód gruntowych oraz przesychanie siedlisk przyrodniczych to jedno z najpoważniejszych zagrożeń wskazywanych w dokumentach dotyczących ochrony Puszczy Białowieskiej. Problem został zidentyfikowany zarówno w planie zarządzania obiektem światowego dziedzictwa UNESCO, jak i w projekcie planu ochrony obszaru Natura 2000. Przyczyn jest kilka. Jedną z nich są zmiany klimatu i coraz częstsze okresy suszy. Drugą – historyczna sieć rowów odwadniających, które przez dziesięciolecia przecinały lasy i przyspieszały odpływ wody z terenu puszczy. W wielu miejscach woda po roztopach czy większych opadach potrafi bardzo szybko odpływać z kompleksu leśnego.

Najważniejszy moment na zatrzymanie wody przypada właśnie na koniec zimy i początek wiosny. Wtedy w lasach pojawia się woda z topniejącego śniegu i wczesnowiosennych opadów. Jeśli nie zostanie zatrzymana w terenie, bardzo szybko odpływa rowami do rzek i dalej w dół zlewni. Dlatego część działań ma charakter doraźny. Zanim ruszą większe projekty finansowane ze środków publicznych, które wymagają procedur przetargowych i przygotowania dokumentacji, można wykonać proste prace w terenie. Kilkadziesiąt niewielkich progów na rowach potrafi znacząco spowolnić odpływ wody i pozwolić jej pozostać w lesie na dłużej.

Proste rozwiązania inspirowane naturą

Budowane w puszczy konstrukcje przypominają w dużej mierze to, co w naturze robią bobry. Wykorzystuje się naturalne materiały dostępne w pobliżu – gałęzie, martwe drewno, kamienie i ziemię. Dzięki temu nie ingeruje się w krajobraz w sposób trwały, a jednocześnie osiąga się efekt hydrologiczny. Takie niewielkie progi powodują, że woda zatrzymuje się w rowie i zaczyna rozlewać w okolicznym terenie. W efekcie zwiększa się wilgotność gleby i poprawiają się warunki dla roślin oraz zwierząt związanych z wilgotnymi siedliskami.

Zatrzymywanie wody w lesie ma znaczenie nie tylko dla roślinności. Wilgotne siedliska są niezwykle ważne dla wielu gatunków zwierząt – od płazów po ptaki związane z podmokłymi terenami. Woda zatrzymana w lesie oznacza również większą odporność ekosystemu na okresy suszy. W Puszczy Białowieskiej takie działania mają szczególne znaczenie, ponieważ jest to jeden z najlepiej zachowanych kompleksów leśnych w Europie. Zachowanie naturalnych procesów hydrologicznych jest jednym z kluczowych elementów ochrony tego obszaru.

Choć pojedynczy próg na rowie może wydawać się niewielką zmianą, w skali całego kompleksu leśnego ich znaczenie rośnie. Kilkadziesiąt takich miejsc może zatrzymać znaczną ilość wody i spowolnić jej odpływ z puszczy. Prace prowadzone w ostatnich dniach pokazują, że czasem najprostsze rozwiązania mogą przynieść szybkie efekty. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o coś tak podstawowego jak woda – jeden z najważniejszych elementów funkcjonowania leśnych ekosystemów.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Nowa wizja dla Siemianówki. Zamiast brudu i zakwitów, coś co uratuje Narew.

Zalew Siemianówka od lat wzbudza emocje. Dla jednych jest miejscem wypoczynku, łowiskiem ryb i ogromnym akwenem wodnym na skraju Puszczy Białowieskiej. Dla innych – przykładem zbiornika, który nadaje się tylko do likwidacji. Zielona woda, zakwity glonów i ogromne płytkie strefy przy brzegach pojawiają się tu niemal co roku. Bez dwóch zdań zbiornik jest „wadliwy”.  Natomiast zamiast likwidacji oraz zostawienia tego w obecnej formie, jest jeszcze trzecia droga. Bowiem Siemianówka znajduje się w naturalnym procesie, który można wykorzystać, zamiast z nim walczyć.

Płytkie zbiorniki wodne na całym świecie przechodzą z czasem bardzo podobną drogę. Najpierw są otwartym akwenem, potem pojawiają się płycizny, roślinność wodna i trzcinowiska. Z biegiem lat zaczynają przypominać mozaikę rozlewisk, wysp i bagien. W hydrologii jest to zjawisko dobrze znane i często prowadzi do powstania jednych z najcenniejszych ekosystemów – mokradeł. Dlatego może warto wykorzystać to czym jest obecnie Siemianówka i przekształcić ją w coś bardzo wartościowego przyrodniczo?

Jeżeli spojrzeć na mapę Podlaskiego, nietrudno zauważyć pewną analogię. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się dolina Biebrzy – jedno z najcenniejszych mokradeł w Europie. To obszar rozległych bagien, płytkich rozlewisk i torfowisk, który przyciąga tysiące ptaków i turystów z całego świata. Siemianówka mogłaby w pewnym sensie pójść podobną drogą, z jedną istotną różnicą. W środku takiego obszaru nadal mogłoby istnieć jezioro. Powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów: mokradła, trzcinowiska, zatoki, wyspy i fragmenty otwartej wody. Najprościej można to opisać jednym obrazowym porównaniem – coś na kształt Bagien Biebrzańskich z jeziorem w środku.

Taka wizja nie jest tylko romantyczną fantazją. Mokradła są jednymi z najbardziej efektywnych systemów oczyszczania wody, jakie istnieją w naturze. Roślinność bagienna, taka jak trzciny czy turzyce, wraz z mikroorganizmami żyjącymi w osadach potrafi wychwytywać ogromne ilości fosforu i azotu. Są to dokładnie te substancje, które odpowiadają za zakwity glonów i sinic w zbiornikach wodnych. Woda przepływająca przez mokradła jest stopniowo filtrowana, ochładza się i staje się bardziej stabilna chemicznie. W wielu krajach wykorzystuje się nawet specjalnie tworzone mokradła jako naturalne oczyszczalnie wody. Gdyby podobny system powstał w Siemianówce, mógłby działać jak ogromny filtr dla Narwi.

A właśnie Narew jest w tej historii kluczowa. To jedna z najbardziej niezwykłych rzek w Europie Środkowej. Historycznie była rzeką wielokorytową, która płynęła przez szeroką dolinę bagien i torfowisk. Zbiornik Siemianówka zmienił naturalny rytm tej rzeki. Woda jest zatrzymywana, długo stoi w zbiorniku, nagrzewa się i dopiero to, co nie zdąży później wyparować – trafia do rzeki poniżej zapory. Rozległe mokradła mogłyby częściowo przywrócić naturalne procesy hydrologiczne. Działają one jak ogromna gąbka – zatrzymują nadmiar wody podczas opadów, a w czasie suszy powoli ją oddają. Dzięki temu przepływ w rzece staje się bardziej stabilny i bliższy naturalnemu.

Siemianówka już dziś pokazuje, jak duży potencjał przyrodniczy kryje się w tym miejscu. W czasie migracji zatrzymują się tu tysiące ptaków wodnych. Nad wodą można zobaczyć bieliki, czaple, rybitwy, a wiosną i jesienią ogromne stada gęsi. Dla wielu gatunków zbiorniki z rozległymi płyciznami są idealnym miejscem żerowania i odpoczynku. Gdyby część akwenu zamieniła się w rozległe mokradła, Siemianówka mogłaby stać się obok Biebrzy jednym z najważniejszych miejsc obserwacji ptaków w tej części Europy. W wielu krajach turystyka ornitologiczna generuje znacznie większe dochody niż klasyczna rekreacja nad wodą.

Najbardziej zaskakujące w tej koncepcji jest jednak to, że nie wymaga ona spektakularnych i kosztownych inwestycji. Wbrew powszechnemu przekonaniu przekształcenie części zbiornika w mokradła nie musi oznaczać likwidacji zapory ani całkowitego spuszczenia wody. Wystarczyłoby zmienić sposób gospodarowania poziomem wody w zbiorniku. Siemianówka jest tak płytka, że obniżenie poziomu wody odsłoniłoby ogromne połacie dna. Na takich terenach roślinność bagienna pojawia się bardzo szybko – często już w pierwszym sezonie. W ciągu kilku lat mogłyby powstać rozległe trzcinowiska, płycizny i zatoki. Siemianówka już dziś przyciąga tysiące ptaków w czasie migracji, ale większa powierzchnia mokradeł mogłaby zamienić ją w jedno z najważniejszych ptasich miejsc w tej części Europy.

Drugim elementem mogłoby być przywrócenie bardziej naturalnego przepływu Narwi przez zbiornik. W praktyce oznaczałoby to wyznaczenie głównego koryta rzeki przez środek akwenu. Wtedy rzeka przestałaby „stać” w zbiorniku, a zaczęłaby znów płynąć przez szeroką dolinę. Takie rozwiązanie jest stosowane w wielu projektach renaturyzacji rzek w Europie.

Co szczególnie ważne, taki scenariusz nie oznacza końca turystyki nad Siemianówką. Wręcz przeciwnie. Najgłębsza część zbiornika – w rejonie zapory w Bondarach, gdzie woda może osiągać nawet kilka metrów głębokości – mogłaby pozostać dużym akwenem. Tam nadal mogliby łowić wędkarze, podczas gdy płytsze fragmenty zbiornika stopniowo zamieniałyby się w rozlewiska i mokradła. Jednocześnie powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów – rozlewiska, trzcinowiska, wyspy i zatoki. W takich miejscach często buduje się wieże obserwacyjne, kładki przez bagna i ścieżki przyrodnicze. Dla wielu osób to właśnie takie dzikie krajobrazy są największą atrakcją.

Najbardziej fascynujące jest jednak tempo, w jakim przyroda potrafi działać. Mokradła nie powstają wyłącznie w skali dziesięcioleci. W sprzyjających warunkach pierwsze błotniste wyspy i płycizny pojawiają się w ciągu jednego sezonu. W ciągu kilku lat roślinność bagienna może całkowicie zmienić krajobraz zbiornika.

Zmiana byłaby jednak odczuwalna nie tylko na samej Siemianówce, ale również poniżej zapory. Narew wypływająca ze zbiornika mogłaby stopniowo odzyskać bardziej naturalny charakter. Dziś woda długo stoi w zalewie, nagrzewa się i trafia do rzeki już naładowana azotem, fosforem, zakwitnięta z małą ilością tlenu. Jeśli część zbiornika zamieniłaby się w rozległe mokradła, woda przepływająca przez trzcinowiska i płycizny byłaby naturalnie filtrowana i wolniej oddawana do rzeki. Oznaczałoby to stabilniejszy przepływ, chłodniejszą wodę i lepsze warunki dla organizmów żyjących w Narwi.

W praktyce w wielu miejscach nie trzeba byłoby wykonywać żadnych dużych prac hydrotechnicznych. Rzeka sama zaczęłaby odzyskiwać swój naturalny rytm przepływu. W niektórych odcinkach można byłoby jedynie pomóc temu procesowi – na przykład poprzez odtworzenie starorzeczy, połączenie dawnych odnóg rzeki z głównym nurtem lub usunięcie części sztucznych umocnień brzegów. Takie działania nie podnoszą poziomu rzeki w sposób sztuczny, lecz pozwalają wodzie rozlewać się szerzej w dolinie. Dzięki temu Narew zatrzymuje więcej wody w swoim naturalnym systemie rozlewisk, zamiast szybko odprowadzać ją w dół rzeki.

Na razie jest to jednak tylko koncepcja – wizja tego, jak można by wykorzystać naturalne procesy zachodzące w Siemianówce, zamiast ją likwidować. Aby taka zmiana mogła się kiedyś wydarzyć, potrzebne byłyby decyzje polityczne oraz działania instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną. A takie decyzje pojawiają się zwykle dopiero wtedy, gdy temat zaczyna żyć w przestrzeni publicznej.

Dlatego pierwszym krokiem nie są koparki ani projekty hydrotechniczne, lecz presja społeczna. Jeśli uznacie, że warto poważnie porozmawiać o przyszłości Siemianówki, najprostszą rzeczą jest nagłośnienie tej wizji i przekazywanie dalej tego artykułu – do radnych, samorządowców, posłów, ministrów czy instytucji zajmujących się wodami i ochroną przyrody. Wasze działanie pokaże, że temat nie jest tylko ciekawostką przyrodniczą, lecz pomysłem, który trzeba zrealizować jak najszybciej, by uratować Rzekę Narew i Narwiański Park Narodowy przez katastrofą jaka je czeka, gdy nie zrobimy nic.

Przekaż ten tekst dalej. Niech przeczytają go ci, którzy mogą zmienić przyszłość Narwi!

Partnerzy portalu:

Dawniej służyły do obrony, dziś są niezwykła atrakcją turystyczną
Fort fot. podlaskie.eu

Dawniej służyły do obrony, dziś są niezwykła atrakcją turystyczną

Forty w Piątnicy to jedno z najciekawszych miejsc historycznych w północno-zachodniej części Podlasia. Położone tuż przy Łomży, nad doliną Narwi, stanowią niezwykłe połączenie historii, militarnej architektury i atrakcyjnego krajobrazu. Dla turystów odwiedzających region to miejsce, w którym można nie tylko zobaczyć imponujące fortyfikacje sprzed ponad stu lat, ale także poczuć atmosferę wydarzeń, które decydowały o losach tej części Polski.

Budowę Twierdzy Łomża rozpoczęto w 1887 roku. Miała ona chronić ważną przeprawę przez Narew oraz strategiczne szlaki komunikacyjne prowadzące przez Łomżę – wówczas stolicę guberni w Imperium Rosyjskim. System obronny składał się z pięciu fortów tworzących tzw. „Główną Osłonę”. Dwa z nich powstały na lewym brzegu Narwi w pobliżu Łomży, natomiast trzy kolejne zbudowano wokół miejscowości Piątnica. Forty były przygotowane do długotrwałej obrony i funkcjonowania w pełnej izolacji – posiadały własne kuchnie, piekarnie, studnie, system ogrzewania oraz wentylacji.

Najbardziej rozbudowane umocnienia powstały właśnie w Piątnicy. Forty oznaczone numerami I, II i III zostały później nazwane literami A, B i W. Obiekty połączono systemem wałów ziemnych, fos oraz osłoniętych dróg, który umożliwiał szybkie przemieszczanie się żołnierzy i zaopatrzenia. W fortach znajdowały się betonowe koszary, kaponiery artyleryjskie, schrony bojowe i podziemne przejścia zwane poternami. Całość tworzyła ciągłą linię obrony oddaloną o około 1,5 kilometra od przeprawy przez Narew.

Choć twierdza została zlikwidowana w 1909 roku, jej znaczenie militarne powróciło jeszcze dwukrotnie w burzliwym XX wieku. W 1920 roku forty odegrały ważną rolę w obronie przed nacierającą Armią Czerwoną. Kilkudniowe powstrzymywanie wojsk sowieckich w rejonie Łomży pozwoliło polskim oddziałom przygotować się do kontruderzenia w decydującej Bitwie Warszawskiej. Z kolei we wrześniu 1939 roku Wojsko Polskie wzmocniło forty dodatkowymi schronami bojowymi, rowami strzeleckimi i zaporami przeciwpiechotnymi. W dniach 7–10 września w Piątnicy rozegrała się zacięta obrona przeciwko oddziałom niemieckim nacierającym od strony Prus Wschodnich.

Do dziś najlepiej zachowane są trzy forty w Piątnicy oraz fort IV przy drodze z Łomży w kierunku Ostrołęki. W jednym z nich działa muzeum forteczne oraz strzelnica sportowa. Zwiedzający mogą zobaczyć potężne ziemne wały, betonowe koszary i fragmenty podziemnych przejść, które do dziś robią ogromne wrażenie.

Forty w Piątnicy są dziś ciekawym przystankiem na turystycznej mapie Podlasia. To miejsce idealne dla miłośników historii, militariów, ale także dla osób szukających nieoczywistych atrakcji podczas podróży po regionie. Spacer po dawnych umocnieniach pozwala przenieść się w czasie i wyobrazić sobie, jak wyglądała obrona tych terenów ponad sto lat temu, gdy dolina Narwi była strategiczną bramą prowadzącą w głąb kraju.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak się żyło dawniej w podlaskich chałupach

Na Podlasiu jeszcze sto lat temu wieś wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Domy nie przypominały współczesnych budynków z pustaków i styropianu. Były to proste, drewniane chałupy, budowane z tego, co dawał las i ziemia. Mimo swojej skromności miały w sobie coś niezwykłego – były częścią krajobrazu, rytmu pracy i życia mieszkańców. Jeżeli zagłębimy się w podlaskie wsie to i jeszcze dziś napotkamy pojedyncze chałupy.

Podlaską chałupę najczęściej wznoszono z grubych bali sosnowych lub świerkowych. Drewno ciosano ręcznie i układano jeden bal na drugim, tworząc ściany, które potrafiły przetrwać dziesiątki lat. Dach kryto słomą albo drewnianym gontem. Wokół domu znajdowały się zabudowania gospodarcze – stodoła, obora i spichlerz. Wszystko było podporządkowane pracy na roli, bo życie mieszkańców wsi kręciło się wokół gospodarstwa.

Wnętrze takiej chałupy było bardzo proste. Najważniejszym miejscem był piec – duży, murowany, stojący w centrum domu. To on dawał ciepło zimą, służył do gotowania, pieczenia chleba, a często także do spania. W wielu domach na piecu znajdowało się specjalne miejsce, gdzie zimą kładły się dzieci albo starsi domownicy. Ciepło z pieca rozchodziło się po całej izbie.

W jednej izbie potrafiła mieszkać cała rodzina. Stał tam stół, ławy przy ścianach, skrzynia na ubrania i kilka prostych łóżek. Nad stołem często wisiał obraz święty, a w rogu izby znajdował się niewielki ołtarzyk z ikoną lub krzyżem. W wielu podlaskich wsiach można było zobaczyć domy ozdobione kolorowymi okiennicami i rzeźbionymi detalami przy framugach. Choć życie było ciężkie, ludzie starali się nadać swoim domom odrobinę piękna.

Chałupy ustawiano zazwyczaj wzdłuż jednej drogi, tworząc charakterystyczną wieś ulicówkę. Domy stały blisko siebie, dzięki czemu sąsiedzi byli niemal na wyciągnięcie ręki. Życie toczyło się wspólnie – ludzie pomagali sobie przy żniwach, budowie domów czy pracach gospodarskich. Wieczorami spotykano się, rozmawiano, śpiewano i opowiadano historie.

Partnerzy portalu:

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Każdej wiosny scenariusz wygląda identycznie. Pojawiają się pierwsze cieplejsze dni, trawy wysychają po zimie, a w wielu miejscach Podlasia ktoś podpala łąkę. Później pojawiają się kolejne ognie, a strażacy przez tygodnie gaszą pożary, które nie powinny się wydarzyć. W samym 2025 roku pożary zapoczątkowane wypalaniem traw objęły w Polsce 100 km kwadratowych powierzchni, spowodowały straty w wysokości ponad 28 mln zł i kosztowały życie siedmiu osób. W województwie podlaskim miało miejsce aż 801 takich wydarzeń, osiem osób zostało poszkodowanych.

Równolegle pojawia się drugi stały element tego rytuału: konferencje prasowe i apele. Strażacy, policja i przedstawiciele administracji apelują do rozsądku. Apelują, aby nie wypalać traw, o odpowiedzialność i o to by zgłaszać pożary. W tym roku nie było inaczej. O zaprzestanie wypalania traw apelowali podlascy strażacy, wojewoda podlaski, zastępca komendanta wojewódzkiego Policji oraz dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.

Pytanie brzmi – czy apelowanie to jednak nie jest za mało? Problem polega na tym, że od lat nic z tych apeli nie wynika. Straty liczone są w milionach złotych. W praktyce jest to działanie pozorne, bo apelowanie nie zatrzymuje pożarów.

Wypalanie traw jest w Polsce nielegalne. Grożą za to wysokie grzywny, a nawet kara więzienia. Istnieją przepisy, istnieją sankcje, istnieją kampanie społeczne. A mimo to liczba pożarów jest gigantyczna. To oznacza jedno: sama edukacja nie działa. Jeżeli co roku w tym samym regionie dochodzi do setek podpaleń, to znaczy, że system reaguje dopiero wtedy, gdy ogień już płonie. Cała strategia polega na gaszeniu skutków zamiast zapobieganiu przyczynom.

Tymczasem w ochronie przeciwpożarowej najważniejsza jest jedna rzecz – czas reakcji. Gdy ogień zostanie wykryty w ciągu kilku minut. Dobrym przykładem jest Biebrzański Park Narodowy. Po katastrofalnym pożarze w 2020 roku, który strawił ponad 5500 hektarów torfowisk i trzcinowisk, rozpoczęto rozbudowę systemu wczesnego wykrywania ognia. W ramach projektu wprowadzono monitoring przeciwpożarowy oparty na kamerach i wieżach obserwacyjnych. Do tego są samochody patrolowe i lekkie gaśnicze.

Dzięki temu różnica między wykryciem pożaru po 5 minutach a po godzinie może oznacza niwelację strat między spalonym hektarem a spalonymi tysiącami hektarów. Ogień w suchych trzcinowiskach lub na wyschniętej łące rozprzestrzenia się błyskawicznie. Gdy zostanie zauważony dopiero wtedy, gdy dym widoczny jest z kilku kilometrów, jest już za późno na łatwą akcję gaśniczą.

Jeżeli Podlaskie co roku mierzy się z setkami pożarów traw, to oznacza, że potrzebny jest system wczesnego wykrywania ognia obejmujący większe obszary regionu. Wieże obserwacyjne z kamerami, automatyczne systemy wykrywania dymu, monitoring satelitarny czy nawet drony patrolowe to technologie, które już istnieją. Ich koszt jest niewielki w porównaniu z kosztami wielodniowych akcji gaśniczych, w których uczestniczą setki strażaków, wojsko i lotnictwo.

Przykład Biebrzy pokazuje, że inwestycje w monitoring są możliwe i realne. To jest realna prewencja. Miliony na gaszenie, grosze na zapobieganie. Gdy dochodzi do wielkiego pożaru, uruchamiane są ogromne siły: setki strażaków, śmigłowce, samoloty gaśnicze, wojsko i służby leśne. Koszty takich operacji idą w miliony złotych. Jednocześnie inwestycje w wielkoobszarowe systemy wykrywania ognia są wyjątkiem, a nie standardem.

W efekcie państwo wydaje ogromne pieniądze na gaszenie pożarów, które można byłoby zdusić w zarodku – gdy ogień ma jeszcze kilka metrów, a nie kilka kilometrów frontu. Dopóki będą tylko apele, pożary będą co roku. Nie ma wątpliwości, że wypalanie traw jest głupotą i przestępstwem. Ale równie oczywiste jest to, że same apele nie zmienią rzeczywistości.

Rolnicy, którzy podpalają łąki, robią to od dziesięcioleci. Kampanie społeczne nie zmieniły tego w ciągu ostatnich lat i nie zmienią tego w ciągu kolejnych. Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi: czy powinniśmy apelować? Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego w regionie, w którym co roku płoną setki hektarów traw, nadal nie istnieje powszechny, spójny system wczesnego wykrywania pożarów? I niech nikt nie mówi o braku pieniędzy. Szczególnie patrząc na to, ile w Polsce bezużytecznych projektów unijnych zostało zrealizowanych za gigantyczne kwoty.

Dlatego dopóki jedyną odpowiedzią władz będą konferencje prasowe i apele o rozsądek, Podlaskie będzie płonąć każdej wiosny.

Partnerzy portalu:

Białystok mógł być jak drugi Czarnobyl. O włos od tragedii.

Białystok mógł być jak drugi Czarnobyl. O włos od tragedii.

9 marca 1989 roku. Białystok śpi. Jest godzina 2:25 w nocy. Po torach przecinających miasto powoli sunie ciężki skład towarowy – 32 wagony i sześć cystern wypełnionych chlorem. Pociąg zmierza do NRD. Wszystko wygląda rutynowo. Takich transportów w czasach PRL kursowało wiele. Nikt z mieszkańców miasta nie ma pojęcia, że za chwilę znajdzie się o krok od katastrofy, która mogłaby zabić dziesiątki tysięcy ludzi.

Nagle nocną ciszę rozdziera potężny zgrzyt metalu. Pęka szyna. Skład wypada z torów. W jednej chwili stalowa masa zaczyna się rozpadać. Wagony uderzają o siebie, nasyp kolejowy zostaje zniszczony, a podkłady i fragmenty torów splatają się z wagonami w chaotyczną plątaninę stali. Sześć cystern z chlorem przewraca się na bok. W ich wnętrzu znajduje się około 50 ton jednej z najbardziej niebezpiecznych substancji chemicznych używanych w przemyśle.

Chlor jest ciężkim, duszącym gazem. W razie uwolnienia nie unosi się wysoko – płynie przy samej ziemi jak zielonkawa mgła. Kontakt z nim powoduje poparzenia dróg oddechowych, obrzęk płuc i gwałtowną niewydolność krążenia. Wystarczyłoby jedno rozszczelnienie, aby nad miastem powstała trująca chmura. Na szczęście katastrofa wydarzyła się w miejscu płaskim. Gdyby wykolejenie nastąpiło kilkadziesiąt metrów dalej – na pobliskim wiadukcie – cysterny niemal na pewno pękłyby przy upadku.

Na miejsce natychmiast ruszają pierwsze zastępy straży pożarnej. Teren wokół katastrofy zostaje odcięty w promieniu 200 metrów. Zamknięto szkoły, sklepy i okoliczne budynki. Z parterów pobliskich bloków ewakuowani są mieszkańcy. Do Białegostoku ściągani są także ratownicy z innych miast, między innymi z Płocka. Szpitale wprowadzają ostry dyżur. Ale problem jest ogromny. Cysterny leżą w zniszczonym torowisku, a jedyny dźwig zdolny je podnieść nie może dojechać na miejsce. Tory są całkowicie zniszczone. Najpierw trzeba więc odbudować fragment linii kolejowej.

Ratownicy pracują w napięciu. Każdy ruch przy stalowej konstrukcji może uszkodzić zbiorniki z chlorem. Gdy w końcu udaje się doprowadzić dźwig, rozpoczyna się najbardziej ryzykowna część operacji. Podczas pierwszej próby podnoszenia słychać przerażający zgrzyt metalu. Elementy konstrukcji są ze sobą splątane. Niektórych fragmentów nie da się odłączyć mechanicznie. Trzeba użyć palnika acetylowego.

To moment, który mógł zdecydować o losie miasta. Każda iskra mogła doprowadzić do eksplozji lub rozszczelnienia cystern. Dlatego ratownicy kierują na zbiorniki dwa silne strumienie wody, aby obniżyć temperaturę metalu i zminimalizować ryzyko zapłonu. Po półtorej godziny pierwsza cysterna zostaje podniesiona. Kolejne okazują się znacznie trudniejsze. Jedną z nich podnosi się aż siedem godzin. Cała operacja trwa niemal dobę. Dopiero po około 24 godzinach od wykolejenia można powiedzieć, że najgorsze minęło.

Paradoksalnie większość mieszkańców Białegostoku dowiaduje się o katastrofie dopiero dziewięć godzin po jej rozpoczęciu. Władze PRL długo nie informują opinii publicznej o zagrożeniu. Ewakuacja obejmuje jedynie najbliższe bloki. Kiedy wiadomość zaczyna się rozchodzić pocztą pantoflową, wielu ludzi spontanicznie opuszcza miasto. Inni szukają schronienia na wyższych piętrach budynków, wierząc że ciężki chlor nie dotrze tak wysoko.

Dlaczego w ogóle doszło do tej katastrofy? Przyczyna okazała się banalna i zarazem tragiczna – zaniedbanie. Odcinek torów, na którym doszło do wykolejenia, powinien zostać wymieniony cztery lata wcześniej. Nie zrobiono tego. W końcu zużyta szyna pękła pod ciężarem pociągu. Białystok uniknął katastrofy właściwie o włos. Gdyby doszło do rozszczelnienia choć jednej cysterny, chmura chloru mogłaby rozlać się nad miastem. W najgorszym scenariuszu śmierć mogły ponieść tysiące ludzi.

Po wypadku wprowadzono zakaz transportowania chloru przez centrum Białegostoku. Na miejscu katastrofy przy ulicy Poleskiej stanął krzyż – symbol pamięci o wydarzeniu, które wielu mieszkańców do dziś nazywa „ocaleniem miasta”.

Z biegiem lat wokół tego wydarzenia narosła nawet legenda. Niektórzy wierzyli, że miasto ocalił błogosławiony ksiądz Michał Sopoćko. Rok przed katastrofą jego szczątki przeniesiono do pobliskiego kościoła.

Niezależnie od interpretacji jedno jest pewne: w marcu 1989 roku Białystok znalazł się o krok od tragedii na skalę, której Polska nigdy wcześniej nie doświadczyła. A o tym, że do niej nie doszło, zadecydowało połączenie determinacji ratowników… i ogromnej dawki szczęścia.

Partnerzy portalu:

Nowe połączenie na północy województwa. Czy stanie się niezbędna dla lokalnej społeczności?
fot. PKS NOVA

Nowe połączenie na północy województwa. Czy stanie się niezbędna dla lokalnej społeczności?

Nowe połączenie autobusowe na trasie Suwałki – Sejny przez Szypliszki, Puńsk i Krasnowo uruchomiło PKS NOVA. Dla mieszkańców tej części regionu oznacza to przede wszystkim łatwiejszy dojazd do pracy, szkół, urzędów czy placówek medycznych, bez konieczności korzystania z własnego samochodu. Szczególnie leżące na uboczu, maleńkie Sejny zyskają możliwość częstych i łatwych podróży do większych Suwałk. A w drugą stronę – Sejny oferują niesamowitą, dziką przyrodę na wyciągnięcie ręki, która może być doskonałym miejscem na wypoczynek dla Suwalczan.

Trasę obsługuje nowy autobus elektryczny Automet SmileX. Pojazd wyposażono w klimatyzację, możliwość ładowania telefonów, miejsce dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich oraz systemy zwiększające bezpieczeństwo podróży. Dla pasażerów oznacza to wyższy komfort i dostępność transportu także dla osób z ograniczoną mobilnością czy rodziców z dziećmi.

Autobus został zakupiony ze środków Krajowego Planu Odbudowy w ramach projektu dotyczącego rozwoju zrównoważonego transportu publicznego w województwie podlaskim. W praktyce oznacza to, że do regionu trafiły zewnętrzne środki finansowe, które pozwoliły unowocześnić tabor bez pełnego obciążania lokalnych budżetów. W najbliższym czasie flotę ma zasilić jeszcze 13 autobusów elektrycznych, co z pewnością przełoży się na kolejne nowe trasy lub poprawę jakości już istniejących połączeń.

Rozwój transportu publicznego w północnej części województwa to także kwestia środowiskowa i organizacyjna. Cichsze, bezemisyjne autobusy oznaczają mniej spalin w centrach miejscowości oraz potencjalnie niższe koszty eksploatacji w dłuższej perspektywie.

Dla mieszkańców najważniejsze pozostaje jednak to, czy połączenie będzie regularne, punktualne i dopasowane do realnych potrzeb. Jeśli tak się stanie, nowa linia może stać się istotnym elementem codziennego życia lokalnej społeczności.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Zwiedzanie Białegostoku – co warto zobaczyć w stolicy Podlaskiego?

Czy gdyby nie Opera i Pałac Branickich, w Białymstoku można by było zwiedzać tylko kościoły i cerkwie? Przynajmniej tak wynika z filmu, który pojawił się na YouTube i ma zachęcać do przyjazdu do Białegostoku. Czy tak jest w rzeczywistości?

Jeśli kamera przez pół godziny koncentruje się głównie na świątyniach różnych wyznań, widz otrzymuje obraz miasta sakralnego, niemal jednowymiarowego. Problem polega jednak nie na braku atrakcji, lecz na zawężonej narracji. Owszem, Białystok ma silnie widoczny komponent religijny. Bazyliki, kościoły, cerkwie, dawne synagogi czy meczet, które widzimy w filmie są ważnym elementem krajobrazu oraz świadectwem wielokulturowej historii miasta. Nie można tego negować. Jednak sprowadzanie oferty turystycznej do architektury sakralnej, z dwoma wyjątkami w postaci Opery i Pałacu Branickich, to uproszczenie, które nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Miasto rozwijało się nie tylko jako ośrodek religijny, lecz także jako ważne centrum przemysłowe XIX wieku. Do dziś w jego tkance urbanistycznej obecne są ślady fabrykanckiej przeszłości, dawne domy robotnicze, zabytkowe kamienice, które opowiadają historię dynamicznego rozwoju gospodarczego.

Białystok to również instytucje kultury, które nie ograniczają się do jednego gmachu opery. Nowoczesne muzea, galerie sztuki współczesnej to też dobre miejsca na zwiedzanie.

Istotnym atutem Białegostoku jest także zieleń. Parki, lasy i rezerwaty w granicach administracyjnych miasta pozwalają łączyć zwiedzanie z wypoczynkiem. Dla wielu turystów to właśnie możliwość spaceru wśród zieleni, przejazdu rowerem stanowi realną wartość. Tego w filmowej narracji niemal nie widać, choć w praktyce jest to jeden z elementów wyróżniających Białystok na tle innych ośrodków.

Dlatego odpowiedź na pytanie z początku artykułu, czy w rzeczywistości można tu zwiedzać tylko kościoły i cerkwie, brzmi jednoznacznie: nie. Można znacznie więcej. Trzeba tylko wyjść poza wąski kadr.

Partnerzy portalu:

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.
Żurawie zaobserwowane nad Narwią w 2026 roku. fot. Narwiański Park Narodowy

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.

W Podlaskiem coś już drgnęło. Jeszcze poranki są chłodne, jeszcze trawy przy ziemi trzyma szron, ale nad rozlewiskami Narwi i Biebrzy pojawiły się pierwsze dzikie ptaki wracające z ciepłych krajów. W Narwiańskim Parku Narodowym i w Biebrzańskim Parku Narodowym obserwatorzy wypatrzyli żurawie – a to znak, którego nie da się pomylić. Idzie wiosna.

Żurawie zawsze przylatują z godnością. Najpierw słychać je z daleka – charakterystyczny, niosący się kilometrami klangor przecina ciszę nad bagnami. Potem na tle jasnego nieba pojawiają się smukłe sylwetki z wyciągniętymi szyjami. Lecą w kluczach, czasem w luźnych formacjach, jakby same jeszcze nie dowierzały, że wracają. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, co dzieje się o świcie nad Biebrzą. Kiedy mgła unosi się nad rozlewiskami, a pierwsze światło rozlewa się po torfowiskach, człowiek stoi w ciszy i czeka. I wtedy zaczyna się koncert. Z jednej strony rzeki odpowiada para, z drugiej odzywa się kolejne stado. Klangor odbija się od wody, miesza z szelestem trzcin i tworzy dźwięk, którego nie da się porównać z niczym innym. To nie jest zwykły ptasi śpiew – to zapowiedź nowego sezonu życia.

Warto pamiętać, że żuawie najliczniejsze stanowiska lęgowe mają na Mazurach, Pomorzu Zachodnim, więc Podlaskie jest często dla nich przedostatnim przystankiem. Dlatego słuchanie klangoru jest na wyciągnięcie ręki tylko przez jakiś czas. Potem trzeba sobie zadać sporo trudu, by natrafić na żurawia.

Wyjazd nad Biebrzę o świcie to doświadczenie niemal pierwotne. Zimne powietrze szczypie w policzki, buty grzęzną lekko w wilgotnej ziemi, a nad głową przelatują potężne ptaki, które od wieków wybierają te same miejsca lęgowe. W takich chwilach czuje się, że Podlaskie jest przestrzenią wolności – szeroką, dziką, autentyczną. Wiosna nie przychodzi tu kalendarzem. Przychodzi skrzydłami żurawi. I jeśli chcecie naprawdę ją usłyszeć, nie wystarczy otworzyć okno w mieście. Trzeba wstać przed świtem, pojechać nad Biebrzę albo nad rozlewiska Narwi, stanąć w ciszy i pozwolić, by klangor żurawi przeszył powietrze. Wtedy wiadomo już na pewno – zaczyna się najpiękniejszy czas w roku.

W Kotlinie Biebrzańskiej obserwuje się przez cały rok 302 gatunki ptaków. 198 z nich gniazduje nad Biebrzą. Zdecydowana większość jest tam na stałe. Dolina Biebrzy jest najważniejszą ostoją dubelta, kropiatki, orlika grubodziobego, rybitwy białoskrzydłej i derkacza w Europie Środkowej i Zachodniej. Dla kilkunastu kolejnych gatunków jest najważniejszą krajową ostoją lęgową. Biebrza jest też ważnym „przystankiem” dla migrujących siewkowców, kaczek, gęsi i żurawi. Dlatego też dolina Biebrzy została uznana przez BirdLife International za ostoję ptaków o randze światowej.

Partnerzy portalu:

Wiadomo ile jest żubrów w Puszczy Białowieskiej. Są najnowsze dane.

Wiadomo ile jest żubrów w Puszczy Białowieskiej. Są najnowsze dane.

Blisko 1200 żubrów żyje obecnie na wolności w polskiej części Puszczy Białowieskiej i na terenach do niej przyległych. Najnowsza, zimowa inwentaryzacja przeprowadzona przez Białowieski Park Narodowy wykazała, że na koniec 2025 roku populacja liczy dokładnie 1176 osobników. To największe w Polsce skupisko tych majestatycznych zwierząt, a jednocześnie jedno z najważniejszych stad żubra w Europie. Dane pochodzą z dorocznego liczenia, które tradycyjnie odbywa się zimą – w okresie, gdy warunki sprzyjają dokładniejszym obserwacjom.

Liczenie żubrów w Puszczy Białowieskiej obejmuje nie tylko obszary leśne, ale także okoliczne tereny otwarte, na które zwierzęta regularnie wychodzą. Tegoroczna zima była śnieżna i mroźna, co znacząco ułatwiło pracę terenową. Żubry chętnie gromadziły się przy miejscach dokarmiania, tworząc większe stada. Dzięki temu możliwe było nie tylko ich policzenie, ale również ocena kondycji i stanu zdrowia. Pojedyncze osobniki tropiono po śladach na śniegu.

W trakcie inwentaryzacji rozpoznano 248 samców oraz 505 samic. W części przypadków – z powodu znacznej odległości – nie udało się ustalić płci zwierząt. Szczególnie istotna informacja dotyczy młodych: naliczono 176 cieląt urodzonych w ubiegłym roku. Rok wcześniej wynik zimowego liczenia wskazywał 870 żubrów żyjących na wolności. Trzeba jednak pamiętać, że wówczas ponad sto osobników przemieściło się z Puszczy Białowieskiej w rejon nadleśnictwa Żednia w Puszczy Knyszyńskiej. Jesienią ubiegłego roku część tej grupy wróciła.

Oznacza to, że realny przyrost populacji między 2024 a 2025 rokiem odpowiada w dużej mierze liczbie ubiegłorocznych cieląt. Wzrost nie wynika więc wyłącznie z dynamicznego rozmnażania, lecz także z powrotów wędrujących stad. Choć liczba 1176 osobników robi wrażenie, część żubrów regularnie opuszcza obszar zwartego kompleksu leśnego i żeruje na przedpolach puszczy. Zimą można je spotkać na polach rzepaku czy przy pozostawionej kukurydzy.

Zachowanie zwierząt w dużej mierze zależy od dostępności pokarmu w lesie. W latach obfitych w żołędzie żubry częściej pozostają w głębi puszczy. W okresach suszy, gdy runo leśne jest uboższe, chętniej wychodzą na tereny otwarte. To zjawisko rodzi zarówno wyzwania – m.in. związane z rolnictwem – jak i nowe pytania badawcze dotyczące migracji i przestrzennego wykorzystania siedlisk.

W ostatnim czasie jednemu z żubrów ze stada bytującego na łąkach założono obrożę telemetryczną. Dzięki niej naukowcy będą mogli dokładniej śledzić trasy wędrówek i sezonowe zmiany zachowań. Szczególnie interesujące jest połączenie między populacją z Puszczy Białowieskiej a stadami w Puszczy Knyszyńskiej. Taka wymiana osobników sprzyja zwiększeniu różnorodności genetycznej, co ma kluczowe znaczenie dla długofalowej stabilności populacji. Dane z obroży mogą w przyszłości odpowiedzieć na pytania, czy żubry wracają do puszczy na okres letni oraz jak długo przebywają poza jej zwartym obszarem.

Jedno jest pewne – Puszcza Białowieska pozostaje sercem polskiej populacji żubra. A liczba 1176 wolno żyjących osobników pokazuje, że symbol Podlasia ma się dziś silniej niż kiedykolwiek od czasu swojej powojennej odbudowy.

Partnerzy portalu:

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

W Choroszczy podpisano umowę na realizację projektu „Pisa–Narew – szlak aktywnej turystyki wodnej”, w ramach którego ma powstać kładka w miejscu tzw. zerwanego mostu w Kruszewie, a także wieża widokowa oraz infrastruktura dla kajakarzy. To milionowa inwestycja w turystykę wokół Narwi. Problem polega na tym, że prawie nie ma tam… wody.

Rzeka Narew od lat zmaga się z krytycznie niskimi stanami. W okresach letnich miejscami przypomina bardziej zarośnięte trzcinowisko niż rzekę o potencjale kajakowym. Płytkie, zamulone odcinki, brak stabilnego przepływu i postępująca degradacja hydrologiczna sprawiają, że przeprawa kajakiem jest trudna. Najpopularniejszy odcinek z Doktorc do Suraża to niekiedy pływanie w wodzie po kostki. W takich warunkach budowanie infrastruktury dla turystyki wodnej przypomina stawianie mariny przy wysychającym jeziorze.

Zwolennicy inwestycji mogą mówić o rozwoju regionu i przyciąganiu turystów. Tylko że turyści przyjeżdżają po doświadczenie przyrody – po wodę, rozlewiska, ptactwo, krajobraz żywej doliny rzecznej. Jeśli trafią na suche trzciny, zarośnięte starorzecza i brak możliwości spływu, szybko uznają to miejsce za rozczarowanie. Infrastruktura nie zastąpi rzeki. Kładka i pomost nie stworzą przepływu. A widok z wieży na zarośla sprawi, że więcej nikt do nas nie przyjedzie.

Zamiast wydawać kolejne miliony złotych na infrastrukturę turystyczną, trzeba uczciwie powiedzieć jedno: Narwi nie da się „udekorować”. Ją trzeba uratować – i to kompleksowo.

Ratunek nie polega na budowie kolejnych pomostów, lecz na przywróceniu rzece jej naturalnej dynamiki. Oznacza to likwidację zbiornika Siemianówka i realne działania zmierzające do odbudowy naturalnego biegu rzeki – zarówno tam, jak i na wszystkich odcinkach, gdzie przez lata Narew była prostowana, pogłębiana i regulowana. Każde wyprostowane koryto przyspiesza odpływ wody, obniża poziom wód gruntowych i niszczy charakter doliny rzecznej.

Jeżeli chcemy mieć w regionie żywą rzekę, trzeba zakończyć praktykę melioracji prowadzonej ciężkim sprzętem. Rzeka nie może płynąć jak przez betonową rynnę. Musi mieć przestrzeń do meandrowania, tworzenia starorzeczy, rozlewania się w sposób naturalny po okolicznych łąkach i terenach zalewowych. To właśnie rozlewiska, a nie wyprostowane kanały, budują retencję i stabilizują stosunki wodne.

Najważniejsza zasada jest prosta: rzeki nie powinno się tamować, lecz spowalniać w sposób możliwie najbardziej naturalny. Regulowanie jazami może pełnić wyłącznie funkcję pomocniczą wobec naturalnych przeszkód – powalonych drzew, zakoli, roślinności wodnej – a nie zastępować je jako główny mechanizm sterowania przepływem. Inaczej będziemy dalej utrwalać sztuczny system, który przy pierwszej suszy okazuje się bezradny. Dopiero kiedy Narew odzyska swój naturalny charakter, sens będą miały inwestycje turystyczne. Najpierw rzeka. Potem infrastruktura. W odwrotnej kolejności to tylko kosztowna scenografia bez aktora.

Narew od lat nie jest realnie doceniana przez decydentów. A przecież to jedna z najbardziej wyjątkowych rzek w Europie – rzeka anastomozująca, która naturalnie nie płynie jednym korytem, lecz rozdziela się na wiele odnóg, tworząc sieć rozlewisk i kanałów. Jej siłą nie jest szybkość nurtu, lecz właśnie wielokorytowość i zdolność do rozlewania się szeroko po dolinie. Regulowanie jej jak zwykłej rzeki nizinnej oznacza niezrozumienie jej natury.

Partnerzy portalu:

Będzie zakaz motorówek na augustowskich jeziorach?

Będzie zakaz motorówek na augustowskich jeziorach?

Augustów czy Sejny przyciągają całe rzesze turystów, którzy intensywnie korzystają z całej gamy dostępnych jezior. Po latach przypomniano sobie, że to także obszary Natura 2000, a dotychczasowa ochrona przyrody w tym miejscu może być nie wystarczająca.

Dlatego w najnowszym projekcie planu zadań ochronnych dla obszaru Natura 2000 Puszcza Augustowska pojawiły się konkretne propozycje, które mają ograniczyć hałas i falowanie na części jezior, żeby chronić ptaki wodne w okresie lęgowym. Zmiana – jeżeli wejdzie w życie – będzie doniosła, bo będzie dotyczyć kilkudziesięciu jezior – m.in. Sajno, Sajenek, Serwy, Blizno, Zelwa, Pomorze, Tobołowo, Głębokie i wielu innych – zaproponowano na nich maksymalną prędkość jednostek pływających do 6 km/h oraz zakaz pływania w ślizgu. Dodatkowo wprowadzono zasadę, że po tych akwenach można pływać wyłącznie łodzią wiosłową albo z silnikiem elektrycznym do 5 KM. W praktyce oznacza to wyłączenie silników spalinowych.

Co ważne, jeziora Necko i Białe zostały wprost wyłączone z tych ograniczeń.

Urzędnicy uzasadniają to ochroną przyrody. W dokumencie planu zadań ochronnych wielokrotnie powtarza się argument, że motorówki powodują silne falowanie, płoszą ptaki, utrudniają im żerowanie, a w okresie lęgowym mogą prowadzić do strat w lęgach i spadku liczebności populacji. Chodzi m.in. o bielika, rybitwy, perkozy, nurogęsi czy zimorodka. Z punktu widzenia biologii to argument zrozumiały – wiele gatunków buduje gniazda nisko nad wodą, w trzcinach albo na pływającej roślinności. Silna fala potrafi takie gniazdo zniszczyć w kilka sekund.

Zwolennicy zmian powiedzą wprost: jeziora to nie tor wyścigowy. Puszcza Augustowska to jeden z największych kompleksów leśnych w Polsce i obszar o wyjątkowych walorach przyrodniczych. Skoro mamy status Natura 2000, to musi to coś znaczyć. Ograniczenie prędkości do 6 km/h nie oznacza zakazu pływania – oznacza tylko spokojniejsze poruszanie się. A przejście na napęd elektryczny to trend światowy: ciszej, bez spalin, bez zapachu paliwa na wodzie.

Drugi argument to bezpieczeństwo. Mniejsze prędkości to mniejsze ryzyko wypadków, zwłaszcza na mniejszych jeziorach. Fala generowana przez szybką motorówkę potrafi przewrócić kajak albo małą łódź wędkarską. Jest też argument wizerunkowy. Region promuje się jako „zielone Podlaskie”, kraina natury. Ciche jeziora wpisują się w tę narrację. Dla części turystów brak ryku silników może być atutem, a nie wadą.

Przeciwnicy powiedzą jednak coś równie ważnego: to kolejne ograniczenia dla zwykłych ludzi. Dla wielu mieszkańców i turystów motorówka to sposób na aktywny wypoczynek. Wprowadzenie obowiązku używania silników elektrycznych oznacza realne koszty – nowy silnik, akumulatory, ładowanie. Pojawia się też pytanie o proporcje. Czy rzeczywiście na wszystkich wymienionych jeziorach problem jest na tyle duży, że trzeba wprowadzać tak daleko idące ograniczenia? Krytycy mogą wskazywać, że dokument operuje ogólnym stwierdzeniem o „płoszeniu” i „stratach w lęgach”, ale nie pokazuje mieszkańcom twardych danych: ile gniazd zniszczono, gdzie dokładnie, w jakiej skali.

Kolejny argument to wpływ na lokalną gospodarkę. Wypożyczalnie sprzętu motorowodnego, serwisy, mała turystyka – dla części firm to może oznaczać spadek dochodów. O ile najpopularniejsze Necko i Białe zostały wyłączone z ograniczeń, o tyle mniejsze jeziora, które też przyciągają turystów, mogą stać się mniej atrakcyjne dla osób szukających dynamicznego wypoczynku.

Jest wreszcie kwestia zaufania. Dla wielu mieszkańców takie dokumenty brzmią jak decyzje podejmowane „nad głowami ludzi”. Język planu jest hermetyczny, pełen kodów i nazw gatunków. Brakuje w nim prostego wyjaśnienia: dlaczego tu, dlaczego teraz i jakie będą realne skutki dla zwykłego użytkownika jeziora.

Ale jest też dobra wiadomość. Mówimy o projekcie, a nie o czymś co weszło w życie. To moment, w którym mieszkańcy, przedsiębiorcy i samorządy mogą zgłaszać swoje uwagi. Spór nie jest czarno-biały. Z jednej strony mamy realną potrzebę ochrony przyrody, z drugiej – wolność korzystania z wody i prawo do rekreacji.

Uwagi można wysyłać do na adres: [email protected] do 26 lutego 2026

Najważniejsze pytanie brzmi więc nie „czy chronić?”, tylko „jak chronić mądrze?”. Czy wystarczy ograniczenie w okresie lęgowym? Czy potrzebne są strefy ciszy tylko w części jeziora? Czy da się pogodzić ochronę ptaków z turystyką motorowodną? Jedno jest pewne: temat dotyczy nas wszystkich, którzy korzystają z jezior Puszczy Augustowskiej. I warto o nim rozmawiać zanim paragrafy z urzędowego dokumentu staną się codziennością na wodzie.

Partnerzy portalu:

Pseudo-konsultacje w sprawie ścieżki rowerowej do Białowieży. Trzy warianty tego samego absurdu

Pseudo-konsultacje w sprawie ścieżki rowerowej do Białowieży. Trzy warianty tego samego absurdu

Zarząd Podlaskich Dróg Wojewódzkich ogłasza konsultacje społeczne dotyczące budowy drogi rowerowej z Hajnówki do Białowieży. Brzmi dobrze. Demokratycznie. Nowocześnie. Problem w tym, że gdy zajrzymy do szczegółów, okaże się, że „wybór” sprowadza się do trzech wersji tego samego pomysłu: ścieżka ma biec wzdłuż drogi wojewódzkiej. Różnica? Czy bliżej jezdni, czy za rowem melioracyjnym.

Jeśli konsultacje mają polegać na wyborze między spalinami po lewej stronie a spalinami po prawej, to trudno mówić o realnym dialogu społecznym. Trudno też nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z klasycznym odhaczaniem procedury. Środowiska rowerowe od lat powtarzają jedno: człowiek nie wsiada na rower po to, by jechać wzdłuż ruchliwej trasy i wdychać spaliny. Tym bardziej, gdy mowa o trasie do Białowieży – symbolu dzikiej przyrody, ciszy i unikalnego krajobrazu. Ale kto by się przejmował tym co chcą ludzie. Urzędnik wie przecież lepiej.

Trasa rowerowa Hajnówka – Białowieża mogłaby być wizytówką regionu. Leśnym korytarzem prowadzącym przez jeden z najcenniejszych obszarów w Europie. Produktem turystycznym z prawdziwego zdarzenia. Tymczasem proponuje się rowerzystom jazdę wzdłuż asfaltu w cieniu osobówek czy autobusów. To nie jest infrastruktura turystyczna. To jest infrastruktura techniczna, zaprojektowana z perspektywy zarządcy drogi, a nie użytkownika roweru.

Klucz do zrozumienia całej sytuacji jest prosty: Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich ma kompetencje i „władztwo” nad pasem drogowym dróg wojewódzkich. Poza nim – już nie. Budowa ścieżki wzdłuż drogi wojewódzkiej jest więc najprostsza administracyjnie. Najłatwiej zaprojektować, najłatwiej rozliczyć, najłatwiej przeprowadzić inwestycję w ramach własnych kompetencji. Tyle że pytanie brzmi: czy konsultacje społeczne mają służyć wygodzie instytucji?

Jeżeli z góry wiadomo, że inwestor realnie może budować tylko w pasie drogowym, to po co udawać, że analizowane są różne koncepcje? Po co zapraszać mieszkańców i rowerzystów do „wyboru”, skoro wybór dotyczy detali technicznych, a nie kierunku inwestycji? Na mapach PZDW pojawiają się także cztery inne warianty – prowadzące wzdłuż torów kolejowych i przez tereny leśne. I tu pojawia się kolejne pytanie: jak PZDW zamierza realizować inwestycję poza swoim terenem?

Tory to własność innych podmiotów. Lasy – zarządzane przez Lasy Państwowe. Każdy z tych wariantów wymagałby współpracy międzyinstytucjonalnej, uzgodnień, być może zmian kompetencyjnych i odwagi decyzyjnej. Albo inaczej – to te instytucje bezpośrednio mogłyby zbudować ścieżki samodzielnie. Szczególnie Lasy Państwowe, które śpią na pieniądzach. Może nie warto forsować na siłę rozwiązań, które nie są akceptowane przez tych, którzy mają korzystać.

Nie jest to zresztą pierwsza próba budowy tej drogi. Poprzednie władze wojewódzkie również zapowiadały inwestycję i również organizowały konsultacje. Wtedy także mówiło się o wariantach, a w praktyce wszystko sprowadzało się do jednego – ścieżki wzdłuż drogi wojewódzkiej. Był szum, były mapki, były spotkania. A na końcu – cyrk wokół rozwiązania, które od początku budziło sprzeciw części środowiska rowerowego. A dziś historia zdaje się powtarzać.

Konsultacje społeczne mają sens wtedy, gdy istnieje realna przestrzeń do zmiany projektu. Gdy mieszkańcy mogą wpłynąć na przebieg inwestycji, a nie tylko wybrać między rowem po lewej a rowem po prawej. Jeśli jednak ramy inwestycji są tak wąskie, że jedynym dopuszczalnym kierunkiem jest pas drogowy drogi wojewódzkiej, to uczciwiej byłoby powiedzieć wprost: „możemy budować tylko tutaj”.

Wtedy rozmowa byłaby szczera. Można by dyskutować o standardzie, bezpieczeństwie, oddzieleniu od jezdni, ekranach zieleni. Ale dziś mamy wrażenie, że to nie mieszkańcy mają decydować, tylko mają legitymizować wcześniej przyjęte założenia.

Nie po to jedzie się do Białowieży, by pedałować wzdłuż ruchliwej trasy. Jeśli inwestycja nie będzie atrakcyjna, bezpieczna i odseparowana od ruchu samochodowego w sposób rzeczywisty, może okazać się kosztownym symbolem źle rozumianej infrastruktury. Miliony złotych wydane na ścieżkę, która nie stanie się turystycznym magnesem, tylko kolejnym pasem technicznym przy drodze.

Może więc zamiast organizować pseudo-konsultacje, warto zadać fundamentalne pytanie: czy naprawdę chcemy stworzyć trasę rowerową do Białowieży, czy tylko dobudować asfalt w granicach własnych kompetencji? Bo jeśli to drugie, to nie róbmy parodii z konsulacji.

Partnerzy portalu:

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?
Kojle Perty fot. Hubert Stojanowski

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?

W Podlaskiem powstały trzy nowe rezerwaty przyrody: Beretnica, Kojle i Perty oraz Wigrańce. To oznacza, że w całym województwie mamy już 114 rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 26 tysięcy hektarów. Jednocześnie część wcześniej utworzonych obszarów została udostępniona mieszkańcom – można tam spacerować, jeździć rowerem, konno, a w wyznaczonych miejscach także zbierać grzyby i owoce leśne.

Beretnica to niewielki, niecałe 6-hektarowy rezerwat w gminie Gródek. Chroni torfowisko, czyli podmokły teren porośnięty specyficzną roślinnością. Takie miejsca są dziś rzadkie i bardzo cenne, bo magazynują wodę i pomagają łagodzić skutki suszy. W Beretnicy rośnie m.in. przygiełka biała – roślina, której nie spotyka się często nawet w Puszczy Knyszyńskiej. Teren ma charakterystyczny układ: w środku jest najbardziej mokro, a im dalej, tym bardziej przypomina leśne bagno przechodzące w bór.

Rezerwat Kojle i Perty znajduje się w gminie Rutka-Tartak i obejmuje dwa głębokie jeziora oraz otaczające je tereny. Jezioro Kojle ma około 33 metry głębokości, a Perty około 31 metrów – to naprawdę dużo jak na podlaskie warunki. Wokół nich występują rzadkie rośliny i wiele gatunków zwierząt. Co ważne, mimo objęcia ochroną, jeziora nadal będą użytkowane rybacko i pozostaną dostępne dla wędkarzy. Ochrona ma tu iść w parze z rozsądnym korzystaniem z przyrody.

Największy z nowych rezerwatów to Wigrańce w gminie Sejny. Obejmuje fragment Puszczy Augustowskiej ze starymi sosnami, z których część ma nawet blisko 200 lat. To prawdziwy kawał dawnego lasu, który przetrwał w niemal naturalnym stanie. W takich widnych borach rosną rzadkie rośliny, m.in. sasanka otwarta czy mącznica lekarska. Ciekawostką jest to, że sosna odnawia się tu naturalnie, bez sadzenia przez człowieka.

Równocześnie udostępniono trzy inne rezerwaty: Romanówkę, Połomin i Starą Dębinę. Wyznaczono w nich trasy piesze, rowerowe i konne, a także miejsca, gdzie można legalnie zbierać grzyby i owoce runa leśnego. To odpowiedź na postulaty lokalnych mieszkańców, którzy chcą korzystać z lasu, ale w sposób uporządkowany.

W ciągu ostatnich dwóch lat w województwie podlaskim powołano 20 nowych rezerwatów i powiększono trzy istniejące. Łącznie od połowy 2024 roku objęto ochroną prawie 3 tysiące hektarów nowych terenów. Podlasie i tak było jednym z najbardziej zielonych regionów w Polsce, a teraz udział obszarów chronionych jeszcze się zwiększył.

Partnerzy portalu:

Białystok dopiero w 1919 roku odzyskał niepodległość. Dziś rocznica.

Białystok dopiero w 1919 roku odzyskał niepodległość. Dziś rocznica.

11 listopada 1918 roku Polska wróciła na mapę, ale Białystok jeszcze nie. U nas ta data długo nie brzmiała jak finał, tylko jak początek zamieszania. Dlatego białostockie „odzyskanie niepodległości” ma inną datę: 19 lutego 1919 roku. Tego dnia do miasta wjechało polskie wojsko, a okupujący Niemcy byli już na wylocie. Dopiero wtedy można mówić o realnym włączeniu miasta do odrodzonego państwa.

Żeby zrozumieć, czemu to trwało aż trzy miesiące dłużej niż w większości kraju, trzeba pamiętać, że Białystok w tamtym czasie był miastem wielojęzycznym i wielonarodowym. Najliczniejszą grupę stanowili Żydzi, Polaków było mniej, a w przestrzeni publicznej mieszały się też rosyjski i niemiecki. To wpływało na nastroje i pomysły na przyszłość. Dla części żydowskiej społeczności sensowny wydawał się wariant „wolnego miasta” na wzór Gdańska, pod międzynarodową ochroną. Polacy najczęściej chcieli prostego rozwiązania: Białystok ma być normalną częścią niepodległej Polski. Z czasem, gdy II RP mimo wojny z bolszewikami zaczęła wyglądać na państwo stabilne, poparcie dla autonomii słabło, a coraz częściej pojawiały się głosy o współpracy i wspólnym rozwoju miasta.

Wojna światowa zmiotła z miasta normalność już w 1914 roku. Białystok był wtedy w Imperium Rosyjskim: stan wojenny, aresztowania, mobilizacja, zatrzymanie wypłat, zamykanie fabryk. Rok później Rosjanie uciekli, a miasto przejęli Niemcy. Weszły konfiskaty, ostra kontrola handlu, racjonowanie żywności, wywożenie ludzi na roboty. Produkcja włókiennicza stanęła, brakowało opału i jedzenia, pojawiły się epidemie. Później okupacja trochę „zmiękła”, część zakładów wznowiła pracę na potrzeby armii, a Niemcy chętniej opierali się na żydowskich fabrykantach, których po prostu uznawali za pewniejszych partnerów gospodarczych. Tu przypomnijmy, że mówimy o pierwszej wojnie światowej – czyli dekady przed Holocaustem, gdy Hitler był 25-letnim żołnierzem.

Kiedy w listopadzie 1918 roku Niemcy przegrali wojnę i w Warszawie zaczęło się układanie nowej Polski, w Białymstoku było bardziej „pomiędzy” niż „w środku”. Niemieckie wojsko formalnie miało się wycofywać, ale w praktyce w mieście długo panował bałagan: brak jasnej władzy, rozchodzące się plotki, strzały „dla zabawy”, nerwowość. Były próby dogadywania się, były nadzieje, były też sceny, które dziś brzmią jak z filmu. W pewnym momencie pojawił się nawet samozwańczy „naczelnik”, który ogłosił, że Białystok ma zostać przyłączony do Białorusi, a on będzie tu rządził. To się szybko rozpadło, bo realną grę rozstrzygało nie to, co kto ogłosi, tylko kto ma wojsko i administrację.

Przełom nastąpił dopiero w lutym 1919 roku, kiedy udało się doprowadzić do bezpiecznego wyjścia Niemców z miasta. 18 lutego wyjechali, 19 lutego wjechały polskie oddziały. Kilka dni później zrobiono oficjalne uroczystości przed katedrą i to właśnie te obrazy zwykle dziś wracają na archiwalnych pocztówkach.

Co ciekawe, nawet po tym „wejściu do Polski” Białostocczyzna przez pewien czas funkcjonowała jak teren na specjalnych zasadach. W 1919 roku zdarzało się, że na Narwi działało przejście graniczne i trzeba było mieć przepustkę, żeby swobodnie jechać do Białegostoku czy okolic. Region był podporządkowany administracji wojskowej ziem wschodnich, co budziło sprzeciw lokalnej społeczności, bo wyglądało jak dalsze traktowanie tego obszaru jako „nie do końca Polski”. W tę sprawę mocno angażował się ks. Stanisław Hałko, organizator polskiego szkolnictwa w okupowanym Białymstoku, później poseł z okręgu białostocko-sokólskiego. Argumentował m.in., że frekwencja w wyborach była bardzo wysoka i że znaczna część mieszkańców, także Żydów, normalnie funkcjonuje po polsku. Sprawa skończyła się ustawą z 2 sierpnia 1919 roku o utworzeniu województwa białostockiego, czyli wreszcie pełnym uporządkowaniem statusu regionu.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak urzędnicy trwonią nasze pieniądze. Kolejny „filmik promocyjny” miasta.

Czy po obejrzeniu filmiku w internecie, rzucilibyście wszystko i pojechali do… Suwałk? Na to chyba liczą władze tego miasta, skoro na YouTube możemy oglądać ponad dwuminutowy materiał z lektorem, który przekonuje nas, że tu się żyje „normalnie”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że za ten film płacimy my wszyscy – z podatków. A owo „dzieło” niewiele wnosi do realnej promocji miasta. Dlaczego? Bo promocja to nie pojedynczy filmik, lecz długofalowa strategia z jasno określonym celem i mierzalnym efektem.

Tymczasem dostajemy produkt urzędniczej wyobraźni (konkretnie z Parku Naukowo-Technologicznego w Suwałkach): dwie minuty ogólników, bez konkretu, bez wyraźnego wyróżnika, bez emocji. Film, który równie dobrze mógłby opowiadać o dowolnym powiatowym mieście w Polsce. Wystarczyłoby podmienić planszę z nazwą.

I tu właśnie rodzi się pytanie: skoro miasto posiada formalnie przyjętą strategię promocji, to gdzie w tym materiale widać jej realizację? Gdzie widać jasno zdefiniowaną grupę docelową, spójny przekaz, konsekwencję budowania marki?

Ten filmik to nie tylko słaba produkcja wideo. To sygnał problemu z myśleniem o promocji. A jeszcze to hasło „Normalnie”. To tak, jakby restauracja reklamowała się sloganem: „U nas da się zjeść”. Gratulacje. Nijakie komunikaty, które nikogo nie obrażą, ale też nikogo nie poruszą. Bo łatwiej wyprodukować materiał, odhaczyć projekt i rozliczyć budżet, niż konsekwentnie wdrażać kilkuletnią koncepcję budowy wizerunku opartą na realnych atutach regionu. A tych w Suwałkach naprawdę nie brakuje.

Suwałki mają potencjał. Krajobraz, przestrzeń, bliskość natury, klimat do życia i pracy zdalnej. Ale tego nie da się sprzedać dwuminutowym klipem wrzuconym w internetową próżnię. Potrzebna jest kampania. Stała obecność w mediach. Współpraca z twórcami. Storytelling. Mierzalny efekt. I przede wszystkim cel – kogo chcemy przyciągnąć. Bo jeśli wszystkich, to w praktyce nikogo.

Najbardziej boli brak odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Problemem nie jest sam film. Problemem jest przekonanie, że taki materiał wystarczy, by mówić o skutecznej promocji. Że wystarczy coś nagrać, opłacić lektora i zamknąć temat. Nie, nie wystarczy. Jeśli wydajemy publiczne środki, mamy prawo wymagać nie tylko profesjonalizmu, ale i spójności z przyjętą strategią. Mamy prawo pytać o efekty. Mamy prawo domagać się czegoś więcej niż poprawnej formalnie realizacji dokumentu. Zasługujemy na coś więcej niż urzędnicze minimum.

Wystarczy spojrzeć na inne miasta, które potrafiły przekuć pojedynczy impuls w realny efekt promocyjny. Sandomierz przez lata korzystał z popularności serialu „Ojciec Mateusz” – to nie był przypadek, lecz świadome wykorzystanie rozpoznawalności produkcji do budowania ruchu turystycznego. Wycieczki „śladami serialu”, materiały promocyjne, konsekwentne utrwalanie wizerunku miasta jako miejsca klimatycznego i filmowego – to przełożyło się na konkretne liczby.

Kazimierz Dolny od lat buduje markę miasta artystów i weekendowej ucieczki z Warszawy. Nie jednym filmem, lecz konsekwentnym pozycjonowaniem: galerie, festiwale, obecność w mediach lifestylowych. Krynica-Zdrój od dekad utrwala status uzdrowiska i centrum wydarzeń gospodarczych, wykorzystując Forum Ekonomiczne jako narzędzie promocji wykraczające daleko poza sam event.

Tam widać myślenie kategoriami marki. Widać wykorzystanie atutu i jego multiplikację. A w Suwałkach? Mamy potencjał równie silny – przyrodę, przestrzeń, autentyczność – ale bez wyrazistego, powtarzalnego komunikatu pozostaje on tylko tłem do kolejnych, poprawnych urzędniczo produkcji.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Białystok: Co zostało z miasta wielokulturowego?

W serwisie YouTube coraz wyraźniej widać rosnącą popularność nagrań typu „walking tour”. To kilkudziesięciominutowe, często godzinne spacery po miastach rejestrowane w wysokiej rozdzielczości, bez lektora, bez dynamicznego montażu i bez podkładu muzycznego. Kamera po prostu idzie przed siebie. Słychać kroki, rozmowy przechodniów, odgłosy ruchu ulicznego, czasem wiatr czy ptaki w parkach. Widz nie ogląda reportażu – ma poczucie, że sam znajduje się w danym miejscu i chłonie jego codzienność w najbardziej naturalnej formie.

Do tej pory takie materiały kojarzyły się głównie z metropoliami – Nowym Jorkiem, Tokio czy Paryżem. Coraz częściej jednak podobne realizacje powstają także w Polsce. Najnowszy film prowadzi przez Białystok pod hasłem „Co zostało z miasta wielokulturowego?”. To spokojny, niespieszny spacer po centrum, który pozwala przyjrzeć się architekturze, ludziom i rytmowi miasta bez komentarza narzucającego interpretację. Obraz i autentyczny dźwięk ulic tworzą przestrzeń do własnych refleksji – szczególnie w kontekście historii i wielokulturowej tożsamości, z której Białystok przez dekady był znany.

Tego typu nagrania spełniają kilka funkcji jednocześnie. Dla części odbiorców są formą wyciszenia – działają jak wizualny ambient, który można włączyć w tle podczas pracy czy odpoczynku. Dla innych to sposób na poznawanie świata bez biletu lotniczego, możliwość zobaczenia realnego, nieupiększonego miasta. Z perspektywy wizerunkowej to również subtelna, ale bardzo skuteczna promocja – miejscowość pokazuje się taką, jaka jest naprawdę, bez filtrów i marketingowych sloganów.

Trend ten otwiera duże możliwości także dla całego regionu. Podlasie, ze swoją historią, architekturą i krajobrazem, aż prosi się o podobne realizacje. Wirtualny spacer potrafi obudzić ciekawość skuteczniej niż klasyczna reklama. Godzina spokojnego marszu ulicami może stać się początkiem realnej podróży – tej, w której zamiast ekranu przed oczami pojawia się prawdziwe miasto i jego autentyczna atmosfera.

Partnerzy portalu:

Zrobiła dla Białegostoku bardzo wiele. Zupełnie zapomniana przez władze.

Zrobiła dla Białegostoku bardzo wiele. Zupełnie zapomniana przez władze.

W Białymstoku jedna z głównych arterii nosi imię Jana Klemensa Branickiego. I to jest w pełni zrozumiałe. Hetman wielki koronny uczynił z miasta swoją reprezentacyjną rezydencję, rozbudował pałac, sprowadził wybitnych architektów i artystów, nadał Białemustokowi rangę magnackiego ośrodka o europejskich ambicjach. Bez jego ambicji, pieniędzy i politycznej pozycji XVIII-wieczny rozkwit miasta nie byłby możliwy. Ale historia Białegostoku nie jest historią jednego człowieka.

Izabela Poniatowska, a po wyjściu za mąż za Jana – Branicka pojawiła się tu jako młoda kobieta i bardzo szybko stała się realnym współtwórcą miejskiej elity. Nie była tylko „żoną hetmana”. To ona organizowała życie dworu, który stał się centrum kultury i awansu społecznego. To ona wspierała rozwój szkolnictwa, działalność dobroczynną, opiekę nad ubogimi i chorymi. To też ona dbała o funkcjonowanie struktur gospodarczych dóbr białostockich. To za jej czasów Białystok nie był prowincjonalnym „zaściankiem magnackim”, lecz miejscem, w którym bywało się z powodów towarzyskich, artystycznych i politycznych. Po śmierci męża nie pozwoliła, by wszystko się rozpadło.

I tu pojawia się pytanie do współczesnego Białegostoku. Dlaczego miasto ma reprezentacyjną ulicę Jana Klemensa Branickiego, a nie ma ulicy Izabeli Branickiej w ogóle? Nie chodzi o ideologię. Nie chodzi o modne hasła równouprawnienia. Chodzi o proporcję i elementarną konsekwencję w miejskiej pamięci. Jeśli uznajemy, że Branicki zasłużył na główną arterię – a zasłużył – to trudno racjonalnie wytłumaczyć całkowity brak analogicznego uhonorowania kobiety, która przez dekady współtworzyła prestiż miasta i realnie nim zarządzała.

Przed nami konkretne daty. W 2028 roku minie 220 lat od jej śmierci. W 2030 roku przypada 300. rocznica jej urodzin. To idealny moment, by temat uporządkować spokojnie i nadrobić stracony czas. Jeżeli w Białymstoku powstają nowe, znaczące arterie – jak choćby nowa droga odchodząca od ulicy 42 Pułku Piechoty – może właśnie tam jest miejsce na decyzję o większej skali. Nie skwer, nie krótka uliczka osiedlowa, wepchnięta pomiędzy inny, ale widoczna, komunikacyjnie istotna trasa.

To nie jest rewolucyjny postulat. To raczej przypomnienie władzom, że historia Białegostoku była tworzona Jana Klemensa Branickiego oraz Izabelę Branicką. Jedno nazwisko już widnieje na mapie w sposób godny. Czas, by drugie również się tam znalazło.

Partnerzy portalu:

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

To najstarszy park krajobrazowy w Polsce. Od 1976 roku chroni to, co w tej części kraju najcenniejsze – surową przyrodę i krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym.

Suwalski Park Krajobrazowy jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc północno-wschodniej Polski. Tutejszy teren ukształtował lądolód, zostawiając po sobie pagórki, głębokie rynny, jeziora i rozległe doliny. To przestrzeń otwarta, momentami surowa, pełna ciszy. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów poza zabudowania, by poczuć, że natura wciąż gra tu pierwsze skrzypce.

Na obszarze parku znajduje się ponad dwadzieścia jezior, w tym najgłębsze w Polsce – Jezioro Hańcza. Są też punkty widokowe, z których widać falujący krajobraz Suwalszczyzny. To miejsce dla tych, którzy lubią ruch i przestrzeń: piesze wędrówki, rowerowe trasy, motocyklowe przejażdżki po krętych drogach i stromych podjazdach.

Od pięćdziesięciu lat park pozostaje przestrzenią, w której przyroda, lokalna historia i codzienne życie mieszkańców splatają się w jedną opowieść. Z okazji jubileuszu powstał film „W krainie Hańczy. 50 lat SPK” – opowieść o krajobrazie wyrzeźbionym przez lądolód i o miejscu, które od pół wieku zachwyca kolejne pokolenia.

Partnerzy portalu:

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Supraśl od lat był symbolem spokoju, drewnianych domów, uzdrowiskowego klimatu i przestrzeni, w której człowiek oddycha inaczej. Kameralne miasteczko na skraju puszczy przyciągało tych, którzy uciekali od zgiełku i blokowisk. Dziś coraz częściej słychać jednak pytanie, czy ten rozdział właśnie się nie kończy.

Wraca temat dużej zabudowy mieszkaniowej na końcu ulicy Nowy Świat. Chodzi o teren dawnej fabryki – miejsce z historią, położone niedaleko rzeki, dotąd otoczone przestrzenią i ciszą. W planach jest nowe osiedle, które wraz z adaptacją zabytkowego budynku mogłoby pomieścić około 300 osób. To już nie wizja kilku domów jednorodzinnych, lecz większe budynki mieszkalne o zupełnie innym charakterze niż dotychczasowa zabudowa tej części miasta.

To początek końca Supraśla. Bo nowe osiedle to nie tylko elewacje i metry kwadratowe. To setki dodatkowych samochodów, większy ruch, presja na infrastrukturę i zmiana krajobrazu. Spokojna część miasteczka przeobrazi się w gęściej zabudowaną strefę mieszkaniową, która coraz mniej przypominać będzie dawny Supraśl. I tyle zostanie z naszej turystycznej perełki.

O wszystkim mają zadecydować radni. Dokument ma jasno określić, co i w jakiej formie będzie można tam wybudować. Wiadomo już, że wysokość zabudowy nie przekroczy 12 metrów – to maksimum przewidziane w obowiązujących dokumentach planistycznych. Jednak nawet przy takim ograniczeniu skala inwestycji budzi emocje. Szczególnie, że podobne napięcie towarzyszy planom zagospodarowania terenu po innej fabryce w centrum Supraśla. Tam również mówi się o osiedlu dla około 300 osób. Zabudowa miałaby powstać obok zachowanych elementów poprzemysłowych – wieży, komina czy dawnej szmaciarki. W praktyce oznacza to kolejne setki mieszkańców w ścisłym centrum niewielkiego miasta.

To decyzja krótkowzroczna i po prostu głupia. Sprzedawanie charakteru miasta za kilka milionów złotych rocznie to rachunek, który w dłuższej perspektywie po prostu się nie spina. Supraśl nie konkuruje z Białymstokiem liczbą mieszkań ani metrażem bloków. Jego siłą jest klimat, skala, krajobraz i spójność przestrzenna. Jeśli to zniszczymy, nie będziemy mieli już niczego, czym można się wyróżnić.

Wpychanie kilkuset nowych mieszkańców w tkankę małego, uzdrowiskowego miasteczka bez realnej odpowiedzi na pytania o dodatkowe drogi, parkingi, szkoły, komunikację to działanie na zasadzie „jakoś to będzie”. Nie, nie będzie. Będzie korek, chaos przestrzenny i narastający konflikt społeczny. Będzie beton tam, gdzie była przestrzeń. Będzie ruch tam, gdzie była cisza. Turystyczne walory zostaną zaorane.

To także uderzenie w lokalną markę budowaną latami. Supraśl promuje się jako miejsce odpoczynku, natury i oddechu. Trudno sprzedawać turystom wizję sielskiego miasteczka, gdy w tle rosną kolejne bloki. Trudno mówić o uzdrowisku, gdy zwiększa się natężenie ruchu i zagęszczenie zabudowy. Tak traci się reputację szybciej, niż się ją buduje.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ignoruje się głos mieszkańców, którzy widzą w tym zagrożenie dla tożsamości miejsca. Rozwój nie polega na bezrefleksyjnym dogęszczaniu przestrzeni, tylko na mądrym planowaniu. Jeśli jedyną wizją na przyszłość jest przekształcenie Supraśla w kolejną sypialnię aglomeracji, to rzeczywiście możemy mówić o końcu miasta, jakie znamy. Bo kiedy zniknie klimat, spokój i wyjątkowość, nie da się ich już odzyskać uchwałą ani kolejnym planem zagospodarowania.

Partnerzy portalu:

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Wilk w Polsce jest gatunkiem objętym ścisłą ochroną. Oznacza to, że co do zasady nie wolno go zabijać ani niepokoić, a wszelkie działania wobec tych zwierząt wymagają szczególnej, administracyjnej zgody. Tu dodajmy, że w praktyce wydawana jest ona bardzo niechętnie i w ostateczności.

Dlatego w tym przypadku mamy jednak do czynienia z sytuacją wyjątkową, która – zdaniem organów ochrony środowiska – uzasadnia odstępstwo od ogólnej zasady. Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska wyraził zgodę na odstrzał maksymalnie trzech wilków na terenie gminy Krasnopol. Decyzja została wydana w odpowiedzi na wniosek wójta, który od kilku lat otrzymywał od mieszkańców zgłoszenia o obecności tych zwierząt w pobliżu zabudowań oraz o atakach na zwierzęta gospodarskie. Choć wcześniej dopuszczono płoszenie drapieżników, działania te nie przyniosły oczekiwanych efektów.

Warto jednak dodać, że nie przesądził o tym fakt – ataków na zwierzęta gospodarskie i kręcenie się przy zabudowaniach. Zgoda dotyczy wyłącznie osobników wykazujących wyraźne objawy zaawansowanego świerzbu. Według relacji mieszkańców to właśnie chore wilki podchodzą pod domy i zagrody, stanowiąc zagrożenie dla inwentarza, a potencjalnie również dla ludzi. Do urzędu trafiły zdjęcia, nagrania oraz pisemne zgłoszenia dokumentujące obecność chorych zwierząt i przypadki zagryzień. Część szkód została potwierdzona przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, która wskazała, że za zdarzenia może odpowiadać pojedynczy, osłabiony osobnik.

Organ uznał, że w tej konkretnej sytuacji odstrzał może służyć zarówno poprawie bezpieczeństwa mieszkańców, jak i ochronie samej populacji wilka. Zwierzęta dotknięte ciężką chorobą częściej tracą naturalny dystans wobec człowieka, podchodzą bliżej zabudowań i mogą rozprzestrzeniać pasożyta wśród innych osobników.

Decyzja jest ściśle ograniczona. Odstrzelone mogą zostać wyłącznie te wilki, które zostały udokumentowane na zdjęciach i nagraniach oraz mają widoczne objawy choroby. Zadanie wykonają uprawnieni myśliwi z wyznaczonych kół łowieckich: „Łoś” i „Słonka” w Sejnach oraz „Jedynka” w Suwałkach. Każdy przypadek będzie dokładnie udokumentowany fotograficznie, a zwierzę poddane oględzinom z protokołem zawierającym informacje o płci, wieku i miejscu odstrzału. Dopuszczono także możliwość pobrania próbek do badań naukowych. Zezwolenie obowiązuje do końca grudnia 2026 roku.

Partnerzy portalu:

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Planowana budowa progu spiętrzającego na Narwi w rejonie Rzędzian stała się punktem zapalnym, bo dotyka dwóch sprzecznych, ale jednocześnie racjonalnych sposobów myślenia o rzece. Z jednej strony są mieszkańcy i rolnicy, którzy patrzą na Narew przez pryzmat bezpieczeństwa gospodarstw i użytkowania łąk, z drugiej – podejście przyrodnicze, według którego to właśnie nadmierna kontrola i „obsługa techniczna” rzeki doprowadziły ją do obecnego stanu degradacji. Spór nie jest więc prostym konfliktem interesów, lecz zderzeniem dwóch logik zarządzania wodą.

Argument przeciwników progu opiera się na doświadczeniu. W ich ocenie stałe piętrzenie w tak bliskiej odległości od jazu ogranicza możliwość reagowania na zmienne warunki hydrologiczne. Jaz, wyposażony w ruchome klapy, daje możliwość czasowego obniżenia poziomu wody w momentach krytycznych, takich jak wiosenne wezbrania czy okres prac polowych. Stały próg tej elastyczności nie ma. Nawet jeśli jest niższy niż poprzednia konstrukcja, wciąż narzuca minimalny poziom wody, który przy kumulacji opadów i roztopów może skutkować długotrwałym zaleganiem wody na łąkach i w pobliżu zabudowań. Z tej perspektywy budowa kolejnego piętrzenia obok istniejącego jazu wygląda jak dublowanie infrastruktury, które osłabia funkcję obiektu już zmodernizowanego i przenosi ryzyko na tereny użytkowane przez ludzi.

Z drugiej strony, argumenty strony pro-przyrodniczej uderzają w sam fundament takiego myślenia. To właśnie regulowanie rzek, ich pogłębianie, prostowanie i „obsługiwanie” jazami sprawiło, że Narew przez lata traciła kontakt z doliną, szybciej odprowadzała wodę i wysychała w okresach bezdeszczowych. W tej logice jaz, nawet jeśli technicznie sprawny, jest narzędziem kontroli, a nie odtwarzania naturalnych procesów. Stały próg ma wymuszać wyższy poziom wody na dłuższym odcinku rzeki, uruchamiać rozlewiska, zasilać starorzecza i podnosić poziom wód gruntowych w dolinie. Nie chodzi więc o „trzymanie wody w korycie”, lecz o to, by woda znów mogła rozchodzić się szeroko po krajobrazie, zamiast być spuszczana jak najszybciej w dół rzeki.

Oba podejścia mają swoje słabe punkty. Krytycy progu często abstrahują od tego, że sam jaz, nawet z klapami, w praktyce bywa prowadzony w sposób zachowawczy, nastawiony na szybkie odprowadzanie wody i minimalizowanie ryzyka formalnego, a nie na długotrwałe podpiętrzenia sprzyjające przyrodzie. Z kolei zwolennicy progu zakładają, że każde stałe piętrzenie automatycznie „oddaje rzekę naturze”, ignorując fakt, że źle dobrana lokalizacja i brak kontroli mogą prowadzić do podmywania brzegów, zamulania i konfliktów społecznych, które w dłuższej perspektywie kończą się presją na jeszcze silniejszą ingerencję techniczną.

W istocie spór sprowadza się do pytania, czy próg w tym konkretnym miejscu rzeczywiście robi coś, czego nie da się osiągnąć innymi metodami. Jeżeli podniesienie poziomu wody przez próg faktycznie uruchamia boczne połączenia Narwi ze starorzeczami i rozlewiskami, których jaz nie jest w stanie zasilić nawet przy pro-retencyjnym sterowaniu, wtedy argument przyrodniczy zyskuje ciężar. Jeżeli jednak efekt kończy się głównie na podniesieniu lustra wody w korycie i cofce przy jednoczesnym wzroście ryzyka dla łąk i zabudowań, wówczas rację mają ci, którzy widzą w tej inwestycji kolejny sztywny element w już przeinżynierowanym systemie.

Paradoks polega na tym, że obie strony mówią o „ratowaniu rzeki”, tylko rozumieją to inaczej. Jedni chcą ją ratować przed nadmiarem wody i nieprzewidywalnością, drudzy przed wysychaniem i zamianą w rynnę. Sens budowy progu obok jazu nie zależy więc od samej idei piętrzenia, lecz od tego, czy inwestycja rzeczywiście przywraca Narwi kontakt z doliną, a nie tylko przenosi odpowiedzialność za skutki uboczne z instytucji na lokalnych mieszkańców. Bez twardej odpowiedzi na to pytanie każda ze stron będzie mogła z równą siłą twierdzić, że broni racjonalnego interesu – i w obu przypadkach będzie miała ku temu powody.

Partnerzy portalu:

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Wypowiadanie się na temat Strefy Czystego Transportu w Białystok należy zacząć od autolustracji. Nawiązuję tu do słynnego wywiadu w RMF FM, gdzie poseł Lewicy Maciej Gdula, zapytany przez Robert Mazurek „czym jeździ”, miał w praktyce przejść test moralnej wiarygodności w sprawie ograniczania wjazdu starszych samochodów do centrów miast. Gdy wyszło, że parlamentarzysta porusza się SUV-em, rozmowa nagle przestała dotyczyć ekologii, a zaczęła hipokryzji.

Dlatego, z ostrożności i higieny intelektualnej, dokonam teraz autolustracji. Na Rynek Kościuszki jeżdżę zazwyczaj autobusem. Z prostego powodu: jedną z głównych „rozrywek” tej przestrzeni jest konsumpcja alkoholu, więc przyjazd samochodem mija się z celem. Gdy był jarmark świąteczny, również wybrałem komunikację miejską – mimo że nie planowałem degustacji niczego mocniejszego niż grzane wino bez wina.

Skoro mamy to za sobą, możemy przejść do rzeczy.

Białystok już jest w połowie drogi – tylko jeszcze o tym nie wie

Debata o Strefie Czystego Transportu (SCT) w Białymstoku często zaczyna się i kończy na haśle: „to u nas nie przejdzie”. Tyle że miasto, trochę nieświadomie, a trochę metodą małych kroków, już wykonało znaczną część pracy.

Rynek Kościuszki – zamknięty dla ruchu. Kilińskiego – strefa ruchu pieszego, gdzie ludzie faktycznie chodzą środkiem ulicy, a nie przytuleni do krawężnika jak w latach 90. Św. Rocha – w planach przebudowa na woonerf, czyli przestrzeń współdzieloną, gdzie samochód przestaje być świętą krową. I wreszcie Lipowa – klasyczna arteria, po której ruch odbywa się normalnie, jakby była oderwana od całej tej miejskiej układanki.

Co ciekawe – i tu zaczyna się urbanistyczna fantazja – zamknięcie Lipowej (choćby z pozostawieniem ruchu autobusowego) spinałoby te przestrzenie w jedną, logiczną całość. Św. Rocha, Lipowa, Rynek Kościuszki, Kilińskiego. Kilkaset metrów prawdziwego, ciągłego deptaka. Nie „strefy”, nie „odcinka”, tylko miejskiego kręgosłupa, który żyje, oddycha i zarabia.

I właśnie w tym momencie na scenę wchodzi ona – Strefa Czystego Transportu.

Dlaczego to genialny pomysł (nawet jeśli go nie lubimy)

Zacznijmy od argumentów, które powinny przekonać nawet największych sceptyków. Po pierwsze: powietrze. To banał, więc użyjmy argumentu niebanalnego. SCT nie poprawia jakości powietrza dlatego, że samochody znikają. Ona poprawia ją dlatego, że zmusza miasto do logicznej hierarchii transportu. Nagle okazuje się, że autobus musi być punktualny, rower bezpieczny, a chodnik szeroki. Samochód przestaje być domyślnym wyborem, a staje się jednym z wielu.

Po drugie: pieniądze. Wbrew mitom, strefy ograniczonego ruchu nie zabijają handlu. Zabija go tranzyt. Klient, który przyjeżdża „na chwilę” i parkuje na awaryjnych, nie buduje lokalnej gospodarki. Robi to pieszy, rowerzysta, pasażer autobusu – ktoś, kto zostaje, siada, zamawia, wraca. Zachodnie miasta wiedzą to od dekad, a Kraków wdraża to u nas, choć z oporami i bólem. A po trzecie: miasto jako produkt. Białystok konkuruje dziś nie tylko z Lublinem czy Olsztynem, ale z Berlinem, Pragą i Wilnem – przynajmniej w wyobraźni młodych ludzi. SCT i duży, spójny deptak to jasny sygnał: „to miasto jest do życia, nie tylko do przejazdu”.

I wreszcie argument najbardziej cyniczny, a więc najsilniejszy: SCT i tak przyjdzie. Jeśli nie za pięć, to za dziesięć lat. Pytanie nie brzmi „czy”, tylko „czy Białystok zrobi to na własnych warunkach, czy pod presją odgórnych regulacji”.

A dlaczego to fatalny pomysł (i właśnie dlatego warto go rozważyć)

Teraz odwróćmy perspektywę. Po pierwsze: wykluczenie. SCT uderza w tych, którzy nie mają wyboru. Stary diesel nie zawsze jest wyborem ideologicznym. Często jest jedynym ekonomicznym. Jeśli miasto mówi „nie wjedziesz”, ale nie oferuje realnej alternatywy, to nie jest ekologia – to klasizm w zielonym opakowaniu.

Po drugie: peryferia kontra centrum. SCT wzmacnia centrum kosztem osiedli. Łatwo być ekologicznym, mieszkając przy głównej linii autobusowej. Trudniej, gdy do najbliższego przystanku jest kilometr, a autobus jeździ co czterdzieści minut. Wtedy SCT przestaje być polityką transportową, a staje się deklaracją światopoglądową. A po trzecie: polska specyfika. Lubimy kopiować rozwiązania „z Zachodu”, zapominając o kontekście. Tam SCT było zwieńczeniem dekad inwestycji w transport publiczny. U nas często bywa substytutem – zamiast. Najpierw zakaz, potem zobaczymy. To rodzi bunt, a bunt zabija nawet najlepsze idee.

I wreszcie argument najważniejszy: Białystok nie jest (jeszcze) zakorkowany jak metropolia. Wprowadzenie SCT może wyglądać jak leczenie aspiryną kataru, który jeszcze się nie zaczął. Po co tworzyć problem, skoro go nie ma?

Paradoks, który wszystko komplikuje

Najciekawsze w tej dyskusji jest to, że oba zestawy argumentów są prawdziwe jednocześnie. SCT może być narzędziem poprawy jakości życia, ale może też być symbolem arogancji władzy. Może ożywić centrum albo je skansenizować. Dlatego być może pytanie nie powinno brzmieć: „czy wprowadzić Strefę Czystego Transportu w Białymstoku?”, lecz: czy mamy odwagę zaprojektować centrum miasta bez udawania, że samochód jest jego naturalnym mieszkańcem?

Bo nawet jeśli SCT nigdy tu formalnie nie powstanie, logika, która za nią stoi, już działa. Rynek jest zamknięty. Kilińskiego oddana ludziom. Św. Rocha czeka. Lipowa – stoi na rozdrożu. A Białystok, chcąc nie chcąc, i tak będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy jest miastem, przez które się przejeżdża, czy miastem, w którym się bywa.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Historia żydowskiego Białegostoku. Zobacz wyjątkowy film.

Choć film powstał w 2014 roku, zawarta w nim historia nigdy się nie przedawnia. Jest on szczególnie wart uwagi, ponieważ został zrealizowany przez uczennice ówczesnego Gimnazjum im. ks. Wacława Rabczyńskiego w Wasilkowie – Gabrielę Petrykowską, Natalię Kownacką oraz Magdalenę Hałasik. Fakt ten zasługuje na odnotowanie, gdyż w dobie silnych podziałów i politycznych sporów wokół historii, tak świeże spojrzenie młodych autorek zachowuje cenny obiektywizm.

Na filmie możemy zobaczyć archiwalne ujęcia dawnego Białegostoku oraz poznać losy ludzi, którzy tworzyli to miasto. To prawdziwa podróż w niezwykłą przeszłość stolicy województwa podlaskiego. Z perspektywy 2026 roku materiał ten ogląda się ze szczególnym wzruszeniem – miasto przeszło tak ogromne metamorfozy, że po wielu dawnych zakątkach pozostały już tylko strzępki wspomnień.

Historia żydowskiej społeczności Białegostoku wymaga przypominania z jeszcze jednego, niezwykle istotnego powodu. Przedwojenni Żydzi byli pełnoprawnymi obywatelami Polski, a państwo Izrael wówczas jeszcze nie istniało. Podkreślanie tego faktu jest dziś kluczowe w obliczu rosnącej popularności antysemickich partii politycznych w Polsce. Nienawiść do drugiego człowieka jest złem, którego nie można usprawiedliwiać współczesnymi konfliktami politycznymi. Tragedie i działania wojenne toczące się obecnie na Bliskim Wschodzie, w tym sytuacja w Gazie, nie mogą rzucać cienia na historię naszych dawnych sąsiadów. Nie wolno mieszać dzisiejszej polityki międzynarodowej z dziedzictwem Żydów, którzy przez wieki współtworzyli tożsamość Białegostoku.

Powyższy film powinien być dla nas cenną lekcją. Znajomość własnych korzeni pozwala nam – białostoczanom i mieszkańcom Podlasia – budować świadomą tożsamość. To właśnie dzięki tej trudnej, wielokulturowej historii nasze miasto ma swój niepowtarzalny charakter, a my, jako jego mieszkańcy, wiemy, skąd pochodzimy.

Partnerzy portalu:

Piekło zamarza! Będziemy chwalić urzędników.

Piekło zamarza! Będziemy chwalić urzędników.

Rzadko się to zdarza, dlatego warto to jasno powiedzieć: urzędnicy zachowali się tym razem odpowiedzialnie. Po latach kluczenia, przemilczania tematu albo ulegania najgłośniejszym emocjom, pojawił się racjonalny, merytoryczny komunikat, który nie próbuje ani straszyć mieszkańców, ani przypodobać się doraźnym interesom. Zamiast tego — edukuje.

Dotychczas temat wilków w regionie był dla wielu samorządowców politycznie niewygodny. Rolnicy obawiający się strat, mieszkańcy karmieni sensacyjnymi nagłówkami i część środowisk myśliwskich tworzyli presję, której najłatwiej było… nie zauważać. Wójtowie często populistycznie stawali „po stronie strachu”, a urzędnicy unikali jasnych komunikatów. Tym razem stało się inaczej — i to jest dobra wiadomość.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku odniosła się do medialnych doniesień o wilku obserwowanym na terenie Sokółki, studząc emocje i przywracając proporcje. Pojedyncze obserwacje wilków w miastach nie są zjawiskiem nadzwyczajnym — podobne sytuacje miały już miejsce w Warszawie, Łodzi, Tarnowie, Augustowie czy Dubiczach Cerkiewnych. To nie „inwazja”, lecz efekt naturalnych migracji dzikich zwierząt.

Jak podkreśla Sabina Pierużek-Nowak, badaczka wilków z ponad 30-letnim doświadczeniem, osobnik obserwowany w Sokółce jest w dobrej kondycji, nie wykazuje objawów choroby ani agresji. Wilki — co warto wreszcie powiedzieć wprost — nie mają wbudowanego GPS-u. Przemieszczają się na znaczne odległości, czasem pojawiając się w pobliżu zabudowań, a nawet w dużych miastach. Widok wilka z samochodu czy zza okna nie oznacza, że zwierzę „oswoiło się” z człowiekiem ani że stanowi zagrożenie.

Co ważne, komunikat RDOŚ nie bagatelizuje bezpieczeństwa mieszkańców. Wydano decyzję zezwalającą na płoszenie zwierzęcia, a Straż Miejska prowadzi patrole i reaguje na zgłoszenia. To przykład działania proporcjonalnego: bez paniki, ale też bez bezczynności.

Szczególnie trafna jest krytyka medialnej sensacyjności. Nagłaśnianie przez dziennikarzy pojedynczych zdarzeń w formie clickbaitów nie zwiększa bezpieczeństwa — za to skutecznie podsyca strach. W regionach przygranicznych, gdzie napięcia społeczne i informacyjne i tak są wysokie, takie działania są po prostu nieodpowiedzialne.

RDOŚ zwraca też uwagę na niewygodny, lecz istotny fakt: ludzie sami często zapraszają dzikie zwierzęta, pozostawiając otwarte bramy, niezabezpieczone podwórka czy zwierzęta gospodarskie. To nie wilk łamie zasady współistnienia — to my często je ignorujemy.

Apel o spokój i rozsądek jest tu kluczowy. W przypadku spotkania z wilkiem należy zachować dystans, nie dokarmiać zwierzęcia, nie próbować go płoszyć na własną rękę i spokojnie się oddalić. To wiedza podstawowa, ale przez lata niemal nieobecna w oficjalnych przekazach.

Dlatego ten komunikat warto zapamiętać. Nie dlatego, że „broni wilków”, ale dlatego, że broni faktów przed strachem. Jeśli administracja publiczna ma odzyskiwać zaufanie społeczne, właśnie takimi działaniami — opartymi na nauce, odpowiedzialności i odwadze mówienia prawdy — powinna to robić częściej.

Warto w tym miejscu jasno podkreślić jeszcze jedną, często pomijaną kwestię: wilk w Polsce objęty jest ścisłą ochroną gatunkową. Oznacza to, że jego zabijanie, okaleczanie, chwytanie, płoszenie bez zezwolenia czy niszczenie siedlisk jest nielegalne i podlega odpowiedzialności karnej. Ochrona ta nie jest „fanaberią ekologów”, lecz elementem prawa krajowego i europejskiego, wynikającym z realnej potrzeby zachowania równowagi w ekosystemach. Wilk pełni kluczową rolę jako drapieżnik regulujący liczebność zwierzyny kopytnej, co w dłuższej perspektywie ogranicza szkody w uprawach i lasach. Dlatego myśliwi tak go nienawidzą, bo jest dla nich konkurencją.

Partnerzy portalu:

Dezynsekcja Białystok – ile kosztuje usunięcie karaluchów z mieszkania?

Dezynsekcja Białystok – ile kosztuje usunięcie karaluchów z mieszkania?

Karaluchy w kuchni, pluskwy w sypialni, a może mrówki maszerujące przez przedpokój? To koszmar każdego mieszkańca – nie dość, że budzą wstręt, to jeszcze mogą przenosić bakterie i wywoływać alergie. Niestety, domowe metody rzadko przynoszą trwałe rezultaty, a owady wracają po kilku tygodniach. Jak skutecznie pozbyć się niechcianych lokatorów i ile trzeba za to zapłacić? Z naszego tekstu dowiesz się wszystkiego o profesjonalnej dezynsekcji mieszkania i cenach usług w stolicy Podlasia.

Dezynsekcja mieszkania – na czym polega?

Profesjonalna dezynsekcja to coś znacznie więcej niż tylko popsikanie mieszkania środkiem z aerozolu. Specjaliści najpierw dokładnie sprawdzają, z jakim gatunkiem owadów mamy do czynienia – bo przecież karaluchy wymagają innego podejścia niż pluskwy czy prusaki. Następnie wybierają najskuteczniejszą metodę walki, która zależy od stopnia zainfekowania, typu powierzchni i obecności dzieci czy zwierząt w domu.

Najczęściej stosuje się preparaty chemiczne w postaci żeli, proszków lub aerozoli, które nakłada się w miejscach, gdzie owady najchętniej się ukrywają. Coraz większą popularnością cieszy się także dezynsekcja termiczna – metoda polegająca na podgrzaniu pomieszczeń do temperatury, która jest śmiertelna dla insektów, ale bezpieczna dla ludzi i zwierząt. To świetne rozwiązanie dla alergików i osób z małymi dziećmi.

Po zabiegu trzeba zachować kilka zasad bezpieczeństwa. Zwykle przez kilka godzin nie wolno przebywać w pomieszczeniu, a potem trzeba je dokładnie przewietrzyć. Specjaliści dokładnie instruują, jak postępować, żeby efekt był trwały. Czasem potrzebna jest druga wizyta – wszystko zależy od skali problemu.

Do kogo warto zwrócić się po pomoc?

Wybierając firmę do walki z owadami, warto stawiać na profesjonalistów z prawdziwego zdarzenia. Nie chodzi tylko o skuteczność działania, ale też o bezpieczeństwo – źle dobrane środki mogą zaszkodzić domownikom albo zwierzętom. Dlatego dobrze jest zweryfikować, czy firma ma odpowiednie certyfikaty i ubezpieczenie OC.

Stander oferujący dezynsekcję w Białymstoku to przykład takiej sprawdzonej firmy. Działa na terenie północno-wschodniej i centralnej Polski, obsługując ponad 170 punktów dla 60 firm. Wszystkie usługi realizowane są ekspresowo – zwykle w ciągu 24 godzin od zgłoszenia, co jest ogromnym atutem, gdy sytuacja wymaga szybkiej reakcji. Firma daje gwarancję na swoje usługi i posiada ubezpieczenie OC z sumą świadczenia do 1 miliona złotych.

Ile kosztuje dezynsekcja pluskiew?

Cena za dezynsekcję pluskiew to jedno z najczęstszych pytań, jakie zadają właściciele mieszkań zmagający się z tym problemem. Niestety, nie ma jednej uniwersalnej stawki – wszystko zależy od wielkości mieszkania, stopnia zainfekowania i wybranej metody.

W przypadku małego mieszkania o powierzchni 30-40 metrów kwadratowych trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 300-500 złotych za jednorazowy zabieg metodami chemicznymi. Większe mieszkania czy domy to już koszt 500-1000 złotych lub więcej. Jeśli wybierzemy dezynsekcję termiczną, cena może być wyższa – od 800 złotych wzwyż, ale za to jest to metoda ekologiczna i często skuteczniejsza przy dużych inwazjach.

Nie warto oszczędzać na profesjonalnej pomocy. Samodzielne próby często kończą się niepowodzeniem, a owady stają się odporne na preparaty ze sklepu. Zaufaj fachowcom, którzy wiedzą, co robią, i sprawią, że Twoje mieszkanie znów będzie bezpieczne.

Materiał partnerski

Partnerzy portalu:

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!
Likwidacja Siemianówki to szansa na przeżycie dla Narwiańskiego Parku Narodowego (na zdjęciu kładka Waniewo-Śliwno w NPN)

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!

Obecna zima na Podlasiu – ze stałą pokrywą śnieżną i długotrwałymi mrozami – jest zjawiskiem, którego nie obserwowaliśmy od wielu lat. Z punktu widzenia przyrody i gospodarki wodnej to wydarzenie wyjątkowe. Przez ostatnią dekadę Polska doświadczała coraz częstszych susz hydrologicznych, niskich stanów rzek i spadku poziomu wód gruntowych. Brak zim oznaczał brak powolnego, równomiernego zasilania środowiska wodą. Tegoroczna sytuacja tworzy jednak krótkie, ale realne okno szansy.

Śnieg jest naturalnym magazynem wody. W przeciwieństwie do intensywnych opadów deszczu, które szybko spływają powierzchniowo, roztopy zasilają glebę i wody gruntowe stopniowo. Jeśli proces ten zostanie odpowiednio wykorzystany, możliwe jest realne poprawienie bilansu wodnego regionu przynajmniej na jeden, a potencjalnie kilka kolejnych sezonów.

Problem polega na tym, że obecny krajobraz Podlasia nie sprzyja zatrzymywaniu wody. Przez dekady prowadzono intensywne melioracje – prostowano rzeki, osuszano doliny i torfowiska, budowano sieć rowów odprowadzających wodę jak najszybciej do głównych cieków. System ten działa sprawnie, ale jego efektem jest błyskawiczny odpływ wody do Wisły i dalej do morza. W praktyce oznacza to, że nawet po śnieżnej zimie wiosną obserwujemy krótkotrwałe wezbrania, a już latem powrót problemu suszy.

Dodatkowym elementem pogarszającym sytuację jest Siemianówka. Zbiornik ten, ze względu na swoją dużą powierzchnię i niewielką głębokość, powoduje bardzo duże straty wody poprzez parowanie. W okresie letnim z jego lustra znikają miliony metrów sześciennych wody, które mogłyby zasilać rzeki i gleby. W warunkach postępujących susz hydrologicznych taki zbiornik nie pełni funkcji magazynu, lecz działa jak czajnik. Z tego powodu zasadne jest postulowanie jak najszybszego opróżnienia Siemianówki i rezygnacji z jej ponownego napełniania w obecnym modelu gospodarowania wodą.

Pojawia się więc kluczowe pytanie: czy da się coś zrobić szybko, jeszcze w tym sezonie, aby zatrzymać wodę z roztopów? Odpowiedź brzmi: tak, ale w ograniczonym zakresie i bez złudzeń co do skali. Nie ma możliwości przebudowy całego systemu hydrologicznego w kilka miesięcy, jednak istnieją działania, które można wdrożyć bez wieloletnich inwestycji.

Przede wszystkim chodzi o tzw. małą retencję. Obejmuje ona spowalnianie odpływu wody poprzez zamykanie zastawek na rowach melioracyjnych, ograniczanie drożności odpływów oraz czasowe cofanie wody na łąki i tereny zalewowe. Są to rozwiązania technicznie proste i relatywnie tanie, możliwe do wdrożenia lokalnie w ciągu tygodni. Każdy dzień, w którym woda pozostaje w krajobrazie, zwiększa jej infiltrację do gleby i podnosi poziom wód gruntowych.

Drugim istotnym działaniem jest przywracanie – choćby czasowe – naturalnych rozlewisk rzecznych. Doliny rzek pełnią funkcję naturalnych zbiorników retencyjnych. Zatrzymują wodę na dłużej, zmniejszają gwałtowność wezbrań i pozwalają jej wsiąkać w grunt. W wielu miejscach wystarczyłoby nie usuwać przeszkód, które tamują wodę. Tak samo nie należy rutynowo udrażniać i pogłębiać rowów melioracyjnych ani koryt rzek. Wtedy pozwolilibyśmy funkcjonować im zgodnie z naturalnym rytmem.

Wykorzystanie tegorocznych roztopów może przynieść wymierne korzyści. Lepsze uwilgotnienie gleb przełoży się na stabilniejsze warunki dla rolnictwa. Wody gruntowe będą odnawiać się szybciej, co zmniejszy ryzyko wysychania studni. Rzeki dłużej utrzymają przepływ, co ma znaczenie zarówno dla przyrody, jak i dla lokalnych społeczności. Zmniejszy się także podatność krajobrazu na skutki letnich fal upałów.

Obecna zima nie rozwiąże problemu suszy w Polsce. Może jednak stać się punktem zwrotnym w myśleniu o gospodarce wodnej. Jeśli po raz kolejny pozwolimy wodzie szybko odpłynąć, zmarnujemy rzadką szansę, jaką daje ten sezon. Jeśli natomiast podejmiemy nawet ograniczone, ale racjonalne działania, zyskamy czas i konkretne efekty, które będzie można odczuć jeszcze w tym roku.

To nie jest kwestia ideologii ani wielkich haseł. To kwestia prostego wyboru: czy woda ma zostać w krajobrazie, czy – jak przez ostatnie lata – znów bezpowrotnie z niego zniknąć.

Partnerzy portalu:

Zabytkowy Dwór w Białymstoku zostanie wyremontowany
fot. Bialystok.pl

Zabytkowy Dwór w Białymstoku zostanie wyremontowany

Zabytkowy Dwór Herbstów przy ul. Nowowarszawskiej w Białystok ma zostać przeznaczony na działalność kulturalną i społeczną. Zgodnie z założeniami obiekt ma pełnić funkcję lokalnego miejsca aktywności dla mieszkańców osiedla Skorupy.

Dwór powstał w latach około 1860–1862 jako część posesji fabrykanckiej. Jest jednym z najstarszych zachowanych drewnianych budynków w Białymstoku i znajduje się w gminnej ewidencji zabytków. Obiekt związany jest historycznie z rodziną Herbstów oraz okresem intensywnego rozwoju przemysłu włókienniczego w mieście. Z przekazów lokalnych wynika, że właściciele prowadzili działalność społeczną, m.in. udostępniali bibliotekę mieszkańcom i wspierali lokalne inicjatywy.

Plan zakłada przystosowanie wnętrz do organizacji warsztatów, spotkań, wystaw, wydarzeń kulturalnych oraz inicjatyw sąsiedzkich. Przestrzeń ma być dostępna dla różnych grup wiekowych, ze szczególnym uwzględnieniem osób starszych. W planach uwzględniono również dziedziniec dworu, który ma zostać udostępniony na wydarzenia plenerowe, takie jak kameralne koncerty, działania artystyczne i spotkania otwarte. Byłaby to jedyna tego typu ogólnodostępna przestrzeń kulturalna na osiedlu Skorupy, zlokalizowana w historycznym otoczeniu.

Dwór Herbstów posiada opracowaną dokumentację projektową. Zakłada ona zachowanie oryginalnych elementów historycznych, remont konstrukcji i detali architektonicznych oraz usunięcie późniejszych dobudówek. Szacunkowy koszt inwestycji wraz z zagospodarowaniem terenu wynosi około 6 mln zł.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To zajęcie jest reliktem w dzisiejszych czasach? Nic bardziej mylnego!

Na pierwszy rzut oka może brzmieć jak relikt dawnych wieków, coś między rycerską legendą a kartą z podręcznika historii. A jednak sokolnictwo ma się zaskakująco dobrze – i co więcej, w XXI wieku przeżywa cichy, ale bardzo sensowny renesans.

Pretekstem do tej opowieści jest projekt zrealizowany jesienią 2025 roku przez Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej. Inicjatywa „W zgodzie z naturą – sokolnictwo jako żywa tradycja” miała na celu popularyzację i ochronę jednej z najstarszych tradycji łowieckich, dziś wpisanej na krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Były warsztaty, pokazy lotów, film edukacyjny i broszura. Ale to wszystko jest tylko punktem wyjścia. Bo prawdziwe pytanie brzmi: po co nam sokolnictwo dzisiaj?

Wbrew stereotypom sokolnictwo nie polega na „tresurze” ptaka. Tu nie ma dominacji ani ślepego posłuszeństwa. Jest relacja. Sokolnik nie rozkazuje – on współpracuje. Drapieżny ptak zawsze może odlecieć. Jeśli wraca, to dlatego, że chce. I właśnie ta dobrowolność czyni sokolnictwo czymś wyjątkowym. Kontakt z ptakiem drapieżnym zmienia perspektywę. Uczy cierpliwości, pokory i uważności. To pasja, która nie znosi pośpiechu – a to dziś rzadkość.

Co więcej, sokolnicy odgrywają dziś ważną rolę w ochronie przyrody. Biorą udział w rehabilitacji ptaków drapieżnych, edukują, współpracują z parkami narodowymi i lotniskami, gdzie ptaki pomagają w naturalny sposób odstraszać inne zwierzęta – bez chemii, hałasu i przemocy.

Można potraktować sokolnictwo jak ciekawostkę – coś egzotycznego, co dobrze wygląda na pokazie. Ale kto zobaczy ptaka wracającego z lotu na rękawicę sokolnika, ten rozumie, że chodzi o coś więcej. O zaufanie między dwoma gatunkami.

Partnerzy portalu:

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.
fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.

Od dziś białostoczanie mogą korzystać z nowej linii autobusowej nr 50 w ramach Białostockiej Komunikacji Miejskiej. Warto przypomnieć, że linia ta powstała nie w wyniku planowych działań miasta, lecz jako efekt inicjatywy mieszkańców przeforsowanej w Budżecie Obywatelskim. Trasa prowadzi od ul. Filipowicza do ul. Przędzalnianej, w dużej mierze Trasą Niepodległości, z odgałęzieniami na poszczególne osiedla.

I już sam ten fakt powinien skłaniać do refleksji. W mieście tej wielkości podstawowe potrzeby transportowe nie powinny być realizowane dopiero wtedy, gdy mieszkańcy „wywalczą” je w głosowaniu. Skoro linia była potrzebna, to dlaczego nie mogła powstać w normalnym trybie planistycznym? Na to pytanie częściowo odpowiada wiceprezydent Rafał Rudnicki, który na swoim profilu w mediach społecznościowych wskazuje, że przyczyną były wątpliwości co do liczby potencjalnych pasażerów. „Teraz będzie można to zweryfikować” – pisze. Po czym dodaje: „Ale bez względu na to, linia nr 50 i tak będzie cały czas funkcjonować. Wszak jest projektem obywatelskim”.

Ten komentarz odsłania istotny problem systemowy. Z jednej strony miasto deklaruje brak pewności co do sensowności danej linii, z drugiej – uruchamia ją „bez względu na koszty”, ponieważ została przegłosowana przez mieszkańców. Trudno uznać to za racjonalne zarządzanie transportem publicznym. To raczej dowód na brak spójnej strategii i odpowiedzialności decyzyjnej. Wystarczy przyjrzeć się konstrukcji Białostockiej Komunikacji Miejskiej, by zrozumieć skalę problemu. BKM jest zarządzana w sposób skrajnie urzędniczy, a model jej funkcjonowania od lat budzi kontrowersje. Krytyka nie dotyczy jednej decyzji czy jednej linii, lecz wieloletniego kierunku, w którym system ten się kurczy zamiast rozwijać.

Niezrozumiała hybryda

Sprawy personalne to jedno, ale kluczowy jest sam model organizacyjny. BKM obsługiwana jest przez trzy miejskie spółki. Przewozy muszą się więc bilansować finansowo, tymczasem ceny biletów ustalają radni miejscy. W praktyce oznacza to sytuację, w której podmioty odpowiadające za realizację usług nie mają realnego wpływu na ich wycenę. To tak, jakby prowadzić kilka sklepów, w których ceny ustala ktoś z zewnątrz, a następnie oczekiwać rentowności.

Efekt? Bilety są drogie, a komunikacja miejska coraz mniej konkurencyjna. Nie jest tajemnicą, że część mieszkańców wybiera taksówki lub samochody prywatne. Jednocześnie system i tak wymaga stałego dofinansowania z budżetu. Trudno o bardziej sprzeczną konstrukcję.

Całość przypomina hybrydę, w której niewiele elementów ze sobą współgra. Zamiast realnej reformy, od lat utrzymuje się status quo. Po co miastu trzy spółki komunikacyjne? Poza argumentami historycznymi i politycznymi trudno wskazać dziś przekonujące uzasadnienie. Obawy sprzed lat, związane ze strajkami po czasach transformacji, nie przystają do obecnych realiów prawnych i gospodarczych. Polska nie jest już krajem z początku lat 90., a utrzymywanie przestarzałych struktur tylko generuje koszty.

Kolejnym problemem jest sama siatka połączeń. Białystok przez ostatnie dekady znacząco się rozrósł i zagęścił, lecz system komunikacji miejskiej zdaje się tego nie dostrzegać. Od lat 90. (nie licząc linii podmiejskich) uruchomiono zaledwie kilka nowych regularnych linii. Co znamienne, nowa linia 50 w dniu startu nie jest nawet ujęta na stronie internetowej BKM.

zrzut ekranu strony BKM z 30.01.2026

Nie mamy linii ekspresowych. Linie nocne funkcjonują wyłącznie w weekendy. Na schematach wszystko wygląda poprawnie — miasto jest „pokryte” autobusami. W praktyce przejazd między oddalonymi osiedlami często zajmuje ponad godzinę, podczas gdy samochodem ten sam dystans można pokonać w kilkanaście minut albo maksymalnie w pół godziny. Najśmieszniejsze są w tym wszystkim wiecznie puste buspasy. Trudno się dziwić wyborom mieszkańców.

Do tego dochodzi dramatycznie niewystarczająca liczba węzłów przesiadkowych. Realnie są to głównie okolice centrum — skrzyżowanie Sienkiewicza i Piłsudskiego, dworzec kolejowy i autobusowy oraz rejon Hetmańskiej i Solidarności. Przy 29 osiedlach to zdecydowanie za mało. Gęsta komunikacja istnieje właściwie tylko w śródmieściu i okolicach.

fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Modelowa komunikacja miejska

Gdyby ktoś naprawdę poważnie traktował transport publiczny w Białymstoku, planowałby go w skali całego miasta, a nie punktowo i reaktywnie. Komunikacja miejska w dużym mieście nie polega na „łataniu dziur” pojedynczymi liniami ani na reagowaniu dopiero wtedy, gdy presja społeczna staje się zbyt głośna. To system krwionośny miasta, który musi być projektowany całościowo, z wyprzedzeniem i według jasnych zasad.

Modelowo transport publiczny powinien opierać się na czytelnej hierarchii połączeń. Rdzeniem systemu muszą być szybkie, częste linie główne – kursujące co kilka minut, łączące największe osiedla z kluczowymi punktami miasta. Do nich powinny być dowiązane linie osiedlowe i dowozowe, których zadaniem nie jest „jechać wszędzie”, lecz sprawnie doprowadzić pasażera do węzła przesiadkowego. Przesiadka nie może być porażką – musi być naturalnym elementem podróży, szybkim i przewidywalnym. W Białymstoku cały czas urzędnicy się przed tym bronią. Centra przesiadkowe funkcjonują bardziej „przy okazji”.

Duże miasto nie funkcjonuje bez sieci węzłów przesiadkowych. Nie jednego czy dwóch w centrum, lecz wielu – rozlokowanych na styku osiedli, przy dużych arteriach, centrach handlowych, zakładach pracy i uczelniach. Węzeł to nie przystanek z ławką, lecz miejsce, gdzie linie się spotykają, a rozkłady są zsynchronizowane. Tam pasażer nie „czeka”, tylko płynnie się przesiada.

Kolejna rzecz to czas. Transport publiczny musi być konkurencyjny wobec samochodu. Jeśli dojazd autobusem trwa dwukrotnie dłużej niż autem, to żadna kampania promocyjna tego nie zmieni. Stąd potrzeba buspasów, priorytetu na skrzyżowaniach, linii ekspresowych i realnego uprzywilejowania komunikacji zbiorowej w ruchu miejskim – nie na papierze, lecz na ulicy. Co mamy w Białymstoku? Puste buspasy, uprzywilejowane światła dla autobusów jako ciekawostka, a nie standard, brak lini ekspresowych. A zamiast nich linie długie i ciągnące się jak spaghetti.

Równie istotna jest częstotliwość i prostota. Pasażer nie powinien studiować rozkładu jazdy jak instrukcji obsługi reaktora. W dobrze zaprojektowanym systemie autobus „po prostu przyjeżdża” – co 5, 7 czy 10 minut. Linia nocna nie jest „fanaberią weekendową”, tylko elementem bezpieczeństwa i normalnego funkcjonowania miasta przez całą dobę. Bez tego wszystkiego transport publiczny zawsze będzie przegrywał z samochodem. A miasto, które przegrywa walkę o komunikację zbiorową, przegrywa jakość życia swoich mieszkańców.

Dlaczego ciągle nie mamy Szybkiej Kolei Miejskiej?

Na koniec wisienka na torcie. Białystok ma realne warunki do stworzenia Szybkiej Kolei Miejskiej, ale władze miasta od lat konsekwentnie nie podejmują tego tematu. Zamiast myślenia systemowego dominuje przekonanie, że obecne rozwiązania są „wystarczające”. Efekt? Kolej – najwydajniejszy środek transportu w aglomeracjach – pozostaje w praktyce poza miejskim systemem komunikacyjnym.

Tymczasem połączenie kolei i autobusów byłoby jednym z najprostszych i najtańszych sposobów realnego usprawnienia transportu w mieście. Białystok już dziś posiada linię kolejową przebiegającą przez jego obszar, z przystankami, które naturalnie mogłyby pełnić rolę węzłów przesiadkowych. Nie trzeba budować torów od zera ani wymyślać technologii przyszłości – wystarczy włączyć istniejącą infrastrukturę w system transportu miejskiego.

Dlaczego to działa? Bo kolej miejska jest szybka, punktualna i odporna na korki. Pociąg jadący przez miasto nie stoi na światłach, nie grzęźnie w szczycie komunikacyjnym i nie konkuruje z ruchem samochodowym o każdy metr asfaltu. Dla mieszkańców peryferyjnych osiedli lub miejscowości przyległych oznaczałoby to radykalne skrócenie czasu dojazdu – często o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut.

Integracja kolei z autobusami pozwoliłaby też uporządkować całą siatkę połączeń. Autobusy przestałyby udawać dalekobieżne środki transportu, a zaczęłyby pełnić rolę dowozową – dokładnie tak, jak robi się to w nowoczesnych miastach. Jeden bilet, jeden system informacji, skoordynowane rozkłady i realna alternatywa dla samochodu. To nie jest rewolucja – to standard.

Co więcej, Szybka Kolej Miejska działa najlepiej właśnie tam, gdzie komunikacja autobusowa jest niewydolna na dłuższych dystansach. Czyli dokładnie w takich miastach jak Białystok: z oddalonymi osiedlami i coraz większym ruchem samochodowym. Rezygnowanie z tego narzędzia nie jest przejawem ostrożności, lecz braku ambicji transportowej. Dopóki kolej będzie traktowana jako byt „obok miasta”, a nie jego integralna część, dopóty będziemy kręcić się w kółko: drogie bilety, długie dojazdy, ucieczka mieszkańców do samochodów i kolejne, coraz większe dopłaty z budżetu. A potem zdziwienie, że komunikacja miejska się nie broni.

Partnerzy portalu: