Przypominamy: Rosja napadła na Polskę, wymordowała polskich żołnierzy, wywiozła Polaków na Sybir, zamordowała elitę w Katyniu.

Przypominamy: Rosja napadła na Polskę, wymordowała polskich żołnierzy, wywiozła Polaków na Sybir, zamordowała elitę w Katyniu.

17 września powinien być w Polsce dniem szczególnym nie tylko dlatego, że przypomina o tragedii sprzed 87 lat. Powinien być przede wszystkim dniem trzeźwego patrzenia na Rosję. 17 września 1939 roku Związek Sowiecki zaatakował Polskę walczącą już z hitlerowskimi Niemcami, realizując ustalenia zawarte wcześniej przez oba totalitarne państwa. Do sowieckiej niewoli trafiły setki tysięcy polskich żołnierzy, a na zajętych terenach rozpoczęły się aresztowania, terror, sowietyzacja i deportacje. W czterech wielkich falach z lat 1940–1941 wywożono obywateli polskich w głąb ZSRR, a według ostrożnych szacunków IPN różnymi formami sowieckich represji zostało objętych około pół miliona obywateli II Rzeczypospolitej.

Symbolem tej polityki pozostaje Katyń. 5 marca 1940 roku sowieckie kierownictwo z Józefem Stalinem na czele podjęło decyzję, na podstawie której zamordowano tysiące polskich oficerów, policjantów, urzędników i przedstawicieli inteligencji więzionych przez NKWD. Było to uderzenie nie tylko w konkretnych ludzi, ale także w państwo polskie i jego elity. Równolegle deportacje miały usuwać z zajętych ziem ludzi najbardziej związanych z polską państwowością i ułatwiać pełną sowietyzację terenów zabranych Rzeczypospolitej.

Partnerzy portalu:

Od tamtych wydarzeń minęły dziesięciolecia. Związek Radziecki przestał istnieć, z Kremla zniknęła czerwona flaga, rozwiązano Układ Warszawski, a państwa Europy Środkowej i Wschodniej odzyskały możliwość samodzielnego wybierania swojej drogi. Można było mieć nadzieję, że również Rosja zaakceptuje tę zmianę i stanie się po prostu jednym z europejskich państw: ogromnym, wpływowym i dysponującym bronią jądrową, ale uznającym, że Litwini, Łotysze, Estończycy, Ukraińcy czy Polacy sami decydują, z kim zawierają sojusze i w jakim systemie bezpieczeństwa chcą funkcjonować. Przez pewien czas Zachód właśnie na takim założeniu budował stosunki z Moskwą. Jeszcze Akt Stanowiący NATO–Rosja z 1997 roku odwoływał się do poszanowania suwerenności państw, ich niepodległości i prawa do samodzielnego wyboru środków zapewniających bezpieczeństwo.

Pierwsze sygnały, że Rosja nie zamierza pogodzić się z utratą imperialnej pozycji, pojawiły się zresztą dużo wcześniej. W latach 90. i na początku XXI wieku przyszły dwie krwawe wojny w Czeczenii, w których Moskwa pokazała, że na obszarze uznawanym przez siebie za własną strefę kontroli jest gotowa używać brutalnej siły, by nie dopuścić do utraty wpływów. Potem, w 2008 roku, była wojna z Gruzją. Rosyjskie wojska wkroczyły głęboko na jej terytorium, a Moskwa następnie uznała niepodległość Abchazji i Osetii Południowej, mimo że społeczność międzynarodowa nadal uznaje je za część Gruzji. NATO już wtedy alarmowało, że rosyjskie działania podważają suwerenność i integralność terytorialną tego państwa.

Jeszcze wyraźniejszy sygnał przyszedł w 2014 roku. Rosja zajęła i nielegalnie anektowała Krym, a następnie wsparła zbrojnie separatystów w Donbasie, którzy przejęli część obwodów donieckiego i ługańskiego. To właśnie wtedy wojna rosyjsko-ukraińska rozpoczęła się naprawdę — osiem lat przed pełnoskalową inwazją z lutego 2022 roku. Kreml po raz kolejny pokazał, że granice uznaje tak długo, jak długo odpowiadają jego interesom, a gdy przestają odpowiadać, jest gotów zmieniać je siłą.

Historia następnych lat pokazała jednak, że rosyjska polityka coraz wyraźniej wracała do znacznie starszej koncepcji: Europy podzielonej na strefy wpływów, w której wielkie mocarstwo ma prawo mówić mniejszym sąsiadom, co wolno im robić. To właśnie w taki sposób ówczesny sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg opisywał rosyjskie podejście jeszcze w grudniu 2021 roku, wskazując, że Moskwa traktowała członkostwo Polski i państw bałtyckich w NATO jako problem i chciała powrotu do świata, w którym wielkie państwa decydują o wyborach swoich mniejszych sąsiadów.

Kilka tygodni później przekonaliśmy się, do czego takie myślenie prowadzi w praktyce. Ukraina została zaatakowana na pełną skalę, bo zdecydowała się budować własne państwo poza rosyjską kontrolą. W tym samym czasie Rosja jasno pokazała, że jej ambicje nie kończą się na Ukrainie. W przedstawionych Zachodowi w grudniu 2021 roku propozycjach „gwarancji bezpieczeństwa” Moskwa domagała się nie tylko zamknięcia NATO na nowych członków. Żądała również wycofania wojsk i infrastruktury Sojuszu z państw przyjętych po 1997 roku. Polska weszła do NATO w 1999 roku, Litwa, Łotwa i Estonia w 2004. Gdyby przyjąć rosyjską wizję, państwa naszej części Europy pozostałyby wprawdzie formalnie członkami Sojuszu, ale ich bezpieczeństwo zostałoby radykalnie osłabione. Sam Stoltenberg mówił wprost, że prowadziłoby to w praktyce do stworzenia członków NATO pierwszej i drugiej kategorii.

Nie trzeba więc fantazjować o tajnym planie Kremla, w którym ktoś rozpisał na mapie ponowne wcielenie Litwy, Łotwy i Estonii do Federacji Rosyjskiej oraz utworzenie w Warszawie nowego PRL. Takiego dokumentu nie znamy i nie ma potrzeby go wymyślać. Wystarczy patrzeć na to, co Rosja rzeczywiście robi i czego rzeczywiście żąda. Wobec Ukrainy zastosowała siłę wojskową, aby podporządkować sobie państwo, które próbowało wyrwać się z rosyjskiej strefy wpływów. Wobec NATO zażądała ograniczenia wojskowej obecności Sojuszu w państwach Europy Środkowo-Wschodniej. W tej wizji Polska może istnieć, Litwa może istnieć, Łotwa i Estonia mogą istnieć — byle ich najważniejsze decyzje dotyczące bezpieczeństwa nie były sprzeczne z interesem Moskwy. Dla Polaków jest to model aż nazbyt dobrze znany. PRL również posiadała własną flagę, rząd, parlament i granice. Tyle że każdy wiedział, gdzie ostatecznie przebiegała granica jej politycznej samodzielności.

I właśnie 17 września szczególnie trudno zrozumieć, że w Polsce wciąż można spotkać ludzi, którzy w sporze Rosji z Ukrainą kibicują Moskwie albo powtarzają jej podstawowe usprawiedliwienia. Nie chodzi tu o boty, anonimowe konta ani zawodowych internetowych prowokatorów. Znacznie bardziej niepokojący jest człowiek siedzący przy stole, przy grillu albo w pracy i przekonujący z pełnym przekonaniem, że „Putin miał rację”, „Rosja musiała się bronić”, „Ukraina sama jest sobie winna” albo że najlepiej byłoby, gdyby Rosjanie szybko zakończyli sprawę po swojemu. To zjawisko istnieje poza internetem i nie można udawać, że każda prorosyjska wypowiedź w Polsce została napisana przez farmę botów gdzieś pod Petersburgiem.

Trzeba przy tym bardzo wyraźnie oddzielić dwie rzeczy, bo inaczej sami ułatwiamy życie rosyjskiej propagandzie. Krytyka Ukrainy nie jest poparciem dla Rosji. Można domagać się prawdy o Wołyniu, ekshumacji ofiar, twardej polityki gospodarczej, ochrony polskiego rolnictwa, ograniczenia części świadczeń dla obywateli Ukrainy albo innego rozłożenia kosztów pomocy i nadal jednoznacznie uważać rosyjską agresję za zagrożenie dla Polski. Co więcej, nastroje społeczne rzeczywiście bardzo mocno się zmieniły: w lipcu 2026 roku CBOS po raz pierwszy od rozpoczęcia swoich pomiarów odnotował przewagę przeciwników dalszego przyjmowania uchodźców z Ukrainy — 52 proc. wobec 42 proc. zwolenników. To jednak nie jest sondaż poparcia dla Putina i nie wolno tych dwóch rzeczy utożsamiać.

Granica przebiega gdzie indziej. Czym innym jest powiedzieć: „Polska powinna przede wszystkim dbać o własny interes”, a czym innym cieszyć się z rosyjskich sukcesów wojskowych. Czym innym jest krytykować Zełenskiego, a czym innym usprawiedliwiać państwo, które przekroczyło granicę sąsiada z wojskiem. Czym innym jest spierać się o skalę pomocy dla Ukrainy, a czym innym powtarzać rosyjską tezę, że państwa pomiędzy Niemcami a Rosją powinny uwzględniać szczególne prawo Moskwy do decydowania o ich bezpieczeństwie. Można mieć najgorsze zdanie o ukraińskich władzach i jednocześnie rozumieć banalnie prostą zasadę polskiej geopolityki: lepiej mieć za wschodnią granicą niepodległą Ukrainę niż rosyjskie wojsko.

Rosyjska propaganda jest zresztą starsza niż internet i zadziwiająco mało oryginalna. 17 września 1939 roku Moskwa nie powiedziała Polakom: „napadamy was, bo chcemy zabrać wam ziemię”. Sowiecka nota przekonywała, że państwo polskie właściwie przestało istnieć, a Armia Czerwona przekracza granicę, żeby objąć opieką ludność i „uwolnić naród polski” od wojny. Propaganda miała agresję przedstawić jako moralną konieczność i działanie obronne. Dzisiaj słownictwo jest inne, media są inne, przywódcy noszą inne mundury i garnitury, ale mechanizm brzmi znajomo: Rosja nie napada, Rosja „reaguje”; Rosja nie odbiera innym prawa wyboru, tylko „broni swojego bezpieczeństwa”; Rosja nie buduje imperium, tylko „chroni własną strefę interesów”.

I właśnie dlatego 17 września nie powinien być kolejną rocznicą sprowadzoną do złożenia kwiatów, kilku przemówień i czarno-białych zdjęć na Facebooku. Sens pamięci historycznej nie polega przecież na tym, żeby doskonale wiedzieć, co zrobił Stalin w 1939 roku, a jednocześnie nie rozpoznawać podobnego sposobu myślenia wtedy, kiedy pojawia się we współczesnej polityce. Związek Radziecki nie istnieje, ale rosyjska tęsknota za strefą wpływów, w której mniejsze państwa mają ograniczoną suwerenność, bynajmniej nie zniknęła razem z nim.

Dlatego można w Polsce kłócić się o Ukrainę. Można krytykować jej rząd, jej politykę historyczną, sposób wydawania polskich pieniędzy, politykę migracyjną czy gospodarczą. Można nawet uważać, że Polska zrobiła dla Ukrainy znacznie więcej, niż powinna. Ale ktoś, kto świadomie życzy zwycięstwa Rosji, usprawiedliwia jej agresję i popiera rosyjskie żądanie przywrócenia Moskwie prawa do decydowania o bezpieczeństwie państw naszej części Europy, nie broni w ten sposób polskiego interesu. Działa dokładnie przeciwko niemu.

Bo Polska już przeżyła świat, w którym Moskwa decydowała, jakie sojusze wolno nam zawierać, gdzie mogą stać obce wojska i jak daleko sięga nasza polityczna samodzielność. Nasi dziadkowie i pradziadkowie zapłacili za ten świat więzieniami, Sybirem, Katyniem, dziesięcioleciami podporządkowania i utratą pełnej suwerenności. Dlatego człowiek świadomie pomagający rosyjskiemu imperializmowi odzyskiwać wpływy w naszej części Europy może nazywać siebie patriotą, realistą albo przeciwnikiem Ukrainy. Nazwa niczego tu nie zmienia.

Wspieranie rosyjskiej agresji i rosyjskiego prawa do podporządkowywania sąsiadów jest działaniem przeciw bezpieczeństwu i niepodległości Polski. 17 września powinniśmy pamiętać przede wszystkim właśnie o tym.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.