fot. WOSiR Szelment sp. z o.o.

Szelment nie tylko na zimę. Obecnie mnóstwo jest tam atrakcji.

Wypożyczalnia sprzętu wodnego, wyciąg nart wodnych, czarter katamarana, a także dmuchany tor przeszkód na wodzie – to atrakcje, które w swojej ofercie ma Wojewódzki Ośrodek Sportu i Rekreacji (WOSiR) Szelment. Dostępne są przez cały tydzień nad Jeziorem Szelment Wielki. Jak widać, słynące z zimowego wyciągu narciarskiego miejsce, również wiele oferuje latem.

Standardowo dostępne są narty wodne i wakeboard, czyli pływanie po powierzchni wody na desce. Miłośnicy sportów wodnych mają do dyspozycji kilometrowy tor. Mogą także wypożyczyć kajak, rowerek wodny lub deskę sub. W każdy weekend można skorzystać z rejsu katamaranem ze sternikiem w godz. 11-13. Przez cały tydzień jest możliwość czarteru sprzętu bez uprawnień. Nowością są dodatkowe przeszkody składające się na tor w parku wodnym. Kładka równoważnia, pływający most, zjeżdżalnia, a także trampolina i huśtawka na linie to tylko niektóre jego elementy.

– Największą popularnością cieszy się katamaran oraz dmuchany tor przeszkód na wodzie. Jest pod nadzorem ratownika i kamer. To świetna zabawa dla dzieci, ale także dla dorosłych ­– zachęca Daniel Racis, prezes WOSiR Szelment dodając, że w tym roku otworzona została także nowa plaża ze złocistym piaskiem, wyposażona w parasole. Tym, którzy stronią od wody, Szelment przygotował atrakcję na świeżym powietrzu. Wszyscy, którzy lubią aktywnie spędzać czas, mogą spróbować swoich sił w paintballu.

Warto podkreślić, że baza noclegowa jest zajęta do września, więc jeżeli chcecie pobyć tam więcej dni, to poszukajcie łóżek w okolicy.

Ostra Górka w Ignatkach – historia zapomnianej rodziny

Niewielu mieszkańców Ignatek wie, że przed wojną funkcjonował tu duży majątek, a już tylko kilka osób pamięta o jego właścicielach – rodzinie Miciełowskich. Zważywszy na to, że żadna z tych osób nie ma mniej niż 80 lat – i ich wkrótce zabraknie, a historia majątku Ignatki rozpłynie się w niebycie. Trudno się z tym pogodzić, Miciełowscy zapisali bowiem swoją kartę w historii Białegostoku jako miasta wielokulturowego i wielonarodowego.

Ignatki, podobnie jak cały Białystok, pozostawały pod zaborem rosyjskim. Znaczny odsetek mieszkańców miasta stanowili Rosjanie. Zaliczali się do nich Miciełowscy, chociaż w ich żyłach płynęła również niemiecka i polska krew. W latach 80. XIX wieku majątek Ignatki znajdował się w rękach Luby Reinhard, która w 1889 roku sprzedała go Włodzimierzowi Miciełowskiemu – inżynierowi budownictwa wojskowego w stopniu generała porucznika. Był on jednym z budowniczych twierdzy Modlin. Jego żona Olga była prawdopodobnie córką Luby Reinhard.

W 1911 roku przekazał on Ignatki w ręce swego syna, Borysa, który wraz z żoną Nadzieją zarządzał majątkiem aż do wybuchu II wojny światowej. Borys Miciełowski był pułkownikiem sztabowym artylerii w armii carskiej. Aby zadośćuczynić jeszcze jednej spadkobierczyni – niezamężnej ciotce Jadwidze – był zobowiązany wypłacać jej dożywotnio 300 rubli rocznie.

Rodzinie Miciełowskich przypadły dobra rozciągnięte między Hryniewiczami, Horodnianami, Kleosinem a Lewickimi, w sumie około 150 ha. W Ignatkach mieścił się dworek, w którym zamieszkali wraz z jedyną córką Eugenią. Nieopodal mieściły się czworaki, stajnie i inne budynki gospodarcze. Państwo Miciełowscy byli dobrymi i zapobiegliwymi gospodarzami. Przeprowadzili regulację rzeki, przebudowali kompozycję dworską, wykopali trzy stawy rybne, wznieśli młyn nad rzeką Horodnianką, założyli sady i ogród.

W obrębie majątku stało około stu drewnianych domków letniskowych. Od wiosny do jesieni były wynajmowane przez bogatych białostockich Żydów, którzy tutaj odpoczywali i oddawali się różnorakim rozrywkom.

Nieopodal stanął wielki Dom Zdrojowy „Kurhaus”, zwany przez miejscowych karuzelem. Mieściła się w nim wielka hala widowiskowa, w której Miciełowscy organizowali bale, koncerty i spektakle teatralne. Letniskiem zarządzała Nadzieja Miciełowska z pomocą Chiła Czapnickiego. Dochodziła tu specjalna, prywatna linia autobusowa. Letnicy mieli możliwość wynajmowania kajaków, by pływać w stawach. Niedaleko majątku mieściła się też strzelnica sportowa. Pojawiała się na niej białostocka śmietanka, by postrzelać dla rozrywki i wesoło spędzić czas.

Pan Wacław, który wychował się w sąsiednich Hryniewiczach doskonale pamięta czasy przedwojenne. Jako młody chłopiec zatrudniał się do obsługiwania gości na strzelnicy.

– Moim zadaniem było przynoszenie talerzyków, które zostały zestrzelone przez uczestników zabawy – wspomina. – Jeżeli talerzyk został rozbity, nic nie otrzymywałem, a jeżeli spadł nieuszkodzony, zawieszałem go z powrotem. Za każdy odwieszony talerzyk dostawałem 2 grosze.

Pan Wacław pamięta, że wówczas do Ignatek zjeżdżało wiele białostockich osobistości.

– Częstym gościem był Mikołaj Kawelin, założyciel i pierwszy prezes Klubu Sportowego Jagiellonia. Pamiętam go dobrze, ponieważ miałem okazję widywać go na własne oczy. Poza tym pojawiali się tam różni oficjele, na przykład główny komendant policji białostockiej – opowiada.   Pan Wacław wie, co mówi, jego ojciec Stanisław był bowiem osobistym dorożkarzem Borysa Miciełowskiego. W dzień i w nocy musiał być gotowy na wezwanie, które mogło przyjść w każdej chwili. A woził go nawet do samej Warszawy.

 

 

 

 

 

 

 

Miciełowski cieszył się dobrą opinią wśród okolicznych mieszkańców. Część z nich zatrudniał do prac polowych w majątku. Nigdy nikogo nie skrzywdził, zawsze wypłacał pieniądze na czas i w pełnej kwocie, nawet wtedy, gdy domowy budżet został nadwyrężony z powodu nieurodzaju.

Okoliczne wioski zaopatrywały dwór i dacze letniskowe w żywność. Na balach i przyjęciach w karuzelu stoły uginały się od przysmaków, ale myliłby się ten, kto pomyślał, że życie bogatego ziemianina upływało tylko na balowaniu i zaspokajaniu egoistycznych potrzeb. Żona Borysa, Nadzieja, całym sercem poświęcała się działalności charytatywnej.

Białystok przełomu wieków był miastem przemysłowym, fabrycznym, pełnym kontrastów i nierówności społecznych. Spory odsetek ludności stanowili bezrobotni i biedota. Nadzieja Miciełowska założyła Towarzystwo Dobroczynne i objęła opieką dzieci z najuboższych rodzin rosyjskich. Organizowała dla nich obozy wakacyjne. Co roku przyjmowała w swoim majątku ponad setkę dzieci, które utrzymywała ze swoich funduszy.

Do dziś w Białymstoku żyje jedna z uczestniczek tych obozów, pani Zina Korniłowicz. Pamięta atmosferę i realia tamtych odległych, przedwojennych czasów:
– Wszystkie dzieci przebywały w majątku w Ignatkach, nocowaliśmy w stodole, na sianie. Pani Nadzieja przebywała z nami, organizowała czas i osobiście doglądała, aby wszystko było jak należy – opowiada pani Zina. – Jedzenie było pyszne: jaja, mleko, mięso, a nawet świeżutkie ciasto. Niewiele dzieci przed wojną miało okazję tak jadać w domu.
– Tylko herbata była niesmaczna – kontynuuje opowieść pani Zina. – Była gotowana w wielkim kotle i pachniała dymem, nie mogłam jej pić.

Nadzieja Miciełowska organizowała charytatywne przedstawienia teatralne, w których brały udział ważne osobistości Białegostoku. O jednym takim przedstawieniu donosi przedwojenny tygodnik „Reflektor”:

„W poniedziałek, dn. 29 stycznia 1934 r. w teatrze Palace odbyło się przedstawienie amatorskie (w języku rosyjskim) na rzecz Rosyjskiego Komitetu Dobroczynności w Białymstoku. Odegrana została 4-aktowa sztuka dramatyczna znanej rosyjskiej poetki Szczepkinej-Kupernik – Panna z fiołkami. Czołowe role w sztuce wzięli na siebie znani na gruncie białostockim miłośnicy ros. sztuki dramatycznej – p.p. N. Miciełowska, Bujalska-Gorewa, i p. płk. Mikołaj Kawelin, którzy też wykonali te role dobrze i bez zarzutu. Reszta uczestników spektaklu ansamblu nie psuła. Pod względem reżyserii sztuka wypadła doskonale. W każdej drobnostce dała się odczuwać ręka doświadczonego artysty reżysera Wiktora-Narcewa Bubryka. Sala Palace była przepełniona doborową publicznością. Przedstawienie zaszczycił swoją obecnością p. Wojewoda Żyrdam-Kościałkowski”.

 

 

 

 

Córka państwa Miciełowskich, Eugenia, lekarka wykształcona w Paryżu, odziedziczyła po rodzicach prawy charakter i chęć pomocy ludziom. Niejednokrotnie udzielała świadczeń medycznych miejscowej ludności całkowicie nieodpłatnie, mając na względzie niski status materialny swoich pacjentów. Niezależnie od pogody i pory dnia zachodziła pod wiejskie strzechy, by pomagać chorym. Wielu z nich uratowała od śmierci.

Wybuch II wojny światowej całkowicie zmienił losy majątku Ignatki. Po zajęciu Białegostoku przez armię radziecką we wrześniu 1939 roku do domu Borysa Miciełowskiego zapukało NKWD. Stało się tak prawdopodobnie za sprawą pracownika majątku, który złożył donos na „ziemianina burżuja”. Borys Miciełowski został aresztowany jako „wróg klasowy” i wywieziony na wschód. Wszelki słuch o nim zaginął. Jego nazwisko nie figuruje na żadnej liście ofiar wojennych, do dziś jego losy pozostają nieznane. Nadzieja i Eugenia musiały opuścić majątek, który przeszedł w ręce radzieckiego okupanta. Dwór i pożydowskie dacze zostały zajęte przez wojsko, a w karuzelu urządzono magazyn obrań wojskowych.

 

 

 

 

Po wkroczeniu wojsk niemieckich w 1941 roku majątek Ignatki stał się zapleczem gospodarczym Wermachtu. Zarządzał nim wówczas Mazur o nazwisku Ilas. Okazał się ludzkim człowiekiem, który „pozwalał żyć”. Gdy Nadzieja podbierała jajka z kurnika lub odlewała mleko, odwracał głowę i odchodził w inną stronę. Po wkroczeniu frontu radzieckiego w 1944 roku majątek i letnisko zostały spalone. Nadzieja wraz z córką wyjechały do Poznania, gdzie do dziś żyją ich wnuki. Do Ignatek nigdy nie powróciły.

Po wojnie majątek znacjonalizowano i zorganizowano w nim PGR, czworaki zamieniono na mieszkania służbowe dla pracowników. Po przemianie ustrojowej w 1989 roku zabudowania przejął klub jeździecki. Na ziemiach po dawnym majątku zaczęły wyrastać osiedla domków jednorodzinnych, anonimowych bloków i szeregówek. Ignatki zamieniły się w dzielnicę Białegostoku. Ostra Górka jak samotna wyspa przetrwała jakby na przekór zawirowaniom historii. Jak długo jeszcze?

Odnalezienie potomków Borysa Miciełowskiego było jak poszukiwanie igły w stogu siana, ale to dzięki nim udało mi się uzyskać informacje dotyczące personaliów osób pochowanych na Ostrej Górce. Są to: Adolf von Reinhard, ojciec Olgi Miciełowskiej, żony Włodzimierza Miciełowskiego i Jadwigi Reinhard; Olga Miciełowska 20.08.1955–15.03.1936; Jadwiga Reinhard; Aleksy Miciełowski – młodszy brat Borysa; Zofia Kazakin, matka Nadziei Natalii zam. Miciełowskiej.

Ewa Zwierzyńska

Opowieść o lotnisku w Kurianach

Mieszkałem przez 11 lat w Halickich, a że już od młodości interesowałem się historią, to nasłuchałem się trochę opowieści o tym lotnisku. Powstało ono za pierwszego sowieta. Ten okres był najgorzej wspominany przez mieszkańców Halickich. Żołnierze sowieccy byli zakwaterowani w ziemiankach, wykopanych w lesie koło folwarku Białostoczek (do chwili obecnej doskonale są widoczne ślady po tych ziemiankach).

Na porządku dziennym było wymuszanie od mieszkańców wsi alkoholu. Bardzo często do drzwi wieczorem dobijał się uzbrojony żołnierz, żądając wódki pod groźbą użycia broni. Gdy ją dostawał, stwierdzał że sowiecki żołnierz nie jest złodziejem i w zamian pozostawiał koszulę lub jakieś inne elementy wyposażenia. Następnego dnia do gospodarza przychodził dowódca sołdata z oskarżeniem, że tenże nielegalnie posiada własność armii sowieckiej. Nieborak musiał oddać zostawiony fant i ponownie wykupić się wódką, żeby dowódca nie wniósł oficjalnego oskarżenia.

Inny z mieszkańców wspominał kiedyś, że zimą z 1940 na 1941-był zmuszony do stawiania się z furmanką na lotnisku w celu wywożenia śniegu. Jednego dnia, podczas wyjazdu z terenu lotniska, wartownik – ku jego zdziwieniu, zaczął kontrolować czy nic nie wywozi w śniegu. Niestety okazało się ,że któryś z bojców podrzucił mu łopatę. Delikwent został natychmiast aresztowany i osadzony pod strażą w jednej z ziemianek. Uwolnienie go, kosztowało rodzinę konewkę bimbru.

Władza sowiecka skończyła się w czerwcu 1941. Sowieci uciekali w takim pośpiechu, że w ziemiankach pozostawiali sporo rzeczy, które przygarnęła okoliczna ludność. Szczególnie cenione były elementy umundurowania, które po usunięciu odznaczeń i dystynkcji, po małych przeróbkach krawieckich nadawało się do noszenia przez cywili. Sowieckie odznaki zerwane z mundurów służyły dzieciom do zabawy – jedna z nich dotrwała do moich czasów na strychu starego domu i znajduje się w mojej kolekcji. Jest to odznaka absolwencka 7 Szkoły Dowódców Lotnictwa Wojskowego ZSRR.

Co wydaje się trochę dziwne – najlepiej wspominane były czasy okupacji niemieckiej. Niemcy rozbudowali infrastrukturę lotniska, postawili nowe hangary oraz wieżę kontroli lotów. Piloci byli zakwaterowani w folwarku Białostoczek – natomiast obsługa naziemna we wsi Halickie. Z tego co opowiadali mieszkańcy żołnierze niemieccy bardzo dobrze się do nich odnosili, m.in. dzielili się racjami żywnościowymi, a nawet jak wspominał jeden z mieszkańców, kwaterujący u nich Niemiec pomagał im w pracach polowych przy żniwach. Inny z kolei mieszkaniec Kolonii Halickie, wspominał że jako dziecko pomagał w poszukiwaniach kół zrzucanych przez startujące niemieckie samoloty (prawdopodobnie chodziło mu o szybowce wojskowe, które po starcie odrzucały kołowe podwozie), za co otrzymywał pieniężne gratyfikacje.

Latem 1944, Niemcy opuścili lotnisko – jednak wcześniej zniszczyli hangary i pasy startowe poprzez detonacje wkopanych bomb lotniczych. Niestety nie wszystkie bomby wybuchły. Jedna z nich zaraz po wojnie była przyczyną tragedii, kilkunastoletni mieszkaniec Halickich (niestety już nie pamiętam nazwiska) przy niej majstrował i wywołał eksplozję. Jeszcze do lat 90-tych w miejscu eksplozji stał krzyż upamiętniający to wydarzenie z inskrypcja na metalowej tabliczce.

Inna bomba, która nie wybuchła, była wkopana akurat centralnie po granicy dwóch działek i jeszcze do niedawna robiła za słupek graniczny. Mimo planowej ewakuacji, Niemcy pozostawili elementy wyposażenia. W moich zbiorach z tegoż miejsca i czasu znajduje się, butla tlenowa z samolotu i filiżanka z kantyny Luftwaffe.

 

 

Wkrótce po wycofaniu się Niemców, lotnisko ponownie zostało zajęte przez Sowietów. Najpierw się zajęli oni wyrównaniem pasów startowych. Jak opowiadał jeden z mieszkańców – leje po bombach były najpierw wypełniane ściętymi pniami drzew,a następnie zasypywane ziemią.

Sowieci z końca wojny całkiem przyzwoicie się odnosili do mieszkańców wsi. Nie byli już tak izolowani, jak ich pobratymcy w 1939-1941 roku, kwaterowali w domach i Polaków uznawali za sojuszników. Jeden z mieszkańców zapamiętał, że obsługa lotniska pozwalała starszym wyrostkom kompletować taśmy z amunicją do broni pokładowej, za co dostawali konserwy i słodycze (podobno amerykańskie).

Ostatecznie lotnisko zostało opuszczone na początku 1945 roku, w wyniku postępów ,,ofensywy styczniowej” i przesunięcia się frontu. Po bytności ostatnich użytkowników lotniska najwięcej pozostało łusek z broni pokładowej. Co zaradniejsi mieszkańcy oprawiali w nie pilniki i dłuta, spotkałem się nawet z pługami konnymi, w których rączki były zrobione z łusek od działek pokładowych 23mm.

Sowieci pozostawili również jeden z samolotów, prawdopodobnie zbyt mocno uszkodzony żeby nadawał się do naprawy. Podobno jeden z gospodarzy wymontował z niego silnik – udało się mu go uruchomić i przez kilkanaście lat po wojnie był używany do napędu młockarni (ale moim zdaniem to legenda – silnik lotniczy jest za duży do takiej roboty). Z tego okresu i miejsca posiadam w kolekcji, papierową tubę na pociski do 37 mm działka pokładowego samolotu Airacobra.

JACEK ANTONIUK