Maszyniści zwalniają do 20 km/h. Problemem jest Polska robiona po taniości.

Maszyniści zwalniają do 20 km/h. Problemem jest Polska robiona po taniości.

W piątek maszyniści w całej Polsce protestują, przejeżdżając przez przejazdy kolejowo-drogowe z prędkością nie większą niż 20 km/h. Pierwotnie akcja miała trwać przez całą dobę, ale po spotkaniu z ministrem infrastruktury została skrócona do godziny 12.00. Bezpośrednim impulsem była tragedia w Sokolnikach Suchych, gdzie pociąg Intercity zderzył się na przejeździe z ciężarówką. Zginęła jedna osoba, a kilkanaście kolejnych zostało rannych. Związkowcy mówią wprost: została przekroczona czerwona linia.

Łatwo byłoby teraz napisać kolejny tekst o kierowcach, którzy ignorują czerwone światło, objeżdżają rogatki albo wjeżdżają ciężarówką na przejazd, mimo że nie mają pewności, czy zdołają z niego zjechać. Tyle że to byłaby tylko połowa prawdy. Bo druga połowa jest znacznie mniej wygodna: Państwo Polskie przez dziesięciolecia kolej zwyczajnie zaniedbywało. Budowaliśmy drogi, autostrady, ekspresówki, obwodnice, skrzyżowania i parkingi, a ogromna część sieci kolejowej pozostawała technologicznie w poprzedniej epoce. Dopiero gigantyczny dopływ pieniędzy europejskich pozwolił nadrabiać wieloletnie zaległości.

Maszyniści mają rację

I nadrabiamy je naprawdę. Obecna perspektywa unijna oznacza około 33 mld zł przeznaczonych na kolej z różnych funduszy europejskich. Sam FEnIKS to ponad 17 mld zł przyznanych PKP PLK, a z KPO ponad 10 mld zł dofinansowania idzie na inwestycje w linie kolejowe. Na liście projektów znajdują się również przedsięwzięcia dotyczące wprost poprawy bezpieczeństwa na skrzyżowaniach torów z drogami. Problem polega na tym, że kilku dekad zaniedbań nie da się zlikwidować w kilka lat.

Według danych Europejskiej Agencji Kolejowej w Polsce funkcjonują tysiące przejazdów kolejowo-drogowych. To tysiące miejsc, w których rozpędzony pociąg spotyka się na jednym poziomie z samochodem osobowym, autobusem, ciągnikiem albo ważącym kilkadziesiąt ton zestawem ciężarowym. I możemy oczywiście prowadzić kampanie społeczne. Możemy stawiać znaki. Możemy apelować. Możemy pokazywać rozbite samochody i powtarzać po raz tysięczny, że czerwone światło oznacza „stój”.

Tylko że nowoczesne państwo powinno projektować infrastrukturę także z założeniem, że człowiek popełnia błędy. Nawet tacy Rosjanie – kraj, który można stawiać w większości spraw za antywzór, na części przejazdów stosują rozwiązanie brutalnie proste: oprócz klasycznych rogatek istnieją fizyczne urządzenia UZP podnoszące element jezdni i blokujące możliwość wjazdu samochodu na przejazd. Nie apelują wtedy do rozsądku kierowcy. Po prostu uniemożliwiają mu wykonanie najbardziej niebezpiecznego manewru.

W Wielkiej Brytanii ogromną wagę przykłada się do fizycznego oddzielenia kolei od otoczenia. Network Rail utrzymuje ogrodzenia wzdłuż swojej infrastruktury właśnie po to, żeby utrudnić wejście ludzi i wjazd pojazdów na teren kolejowy. Oczywiście także tam istnieją przejazdy kolejowe, ale sama filozofia jest inna: tor kolejowy ma być przestrzenią możliwie odseparowaną od przypadkowego ruchu.

Jeszcze dalej poszli Francuzi i Japończycy. Francuskie linie dużych prędkości budowano bez przejazdów kolejowo-drogowych. Na zwykłych liniach takie przejazdy oczywiście nadal istnieją i także dochodzi na nich do wypadków. Ale TGV może pędzić z ogromną prędkością właśnie dlatego, że na jego wydzielonej trasie nie pojawi się nagle ciężarówka próbująca zdążyć przed szlabanem. Japoński Shinkansen to już niemal podręcznikowy przykład tej filozofii. Ma własne tory, nie dzieli ich z normalnymi pociągami i nie ma na nich przejazdów drogowych. JR Central wskazuje wprost, że pełna separacja poziomów eliminuje ryzyko kolizji pociągu z samochodem na przejeździe.

I tu dochodzimy do sedna protestu maszynistów. Oni mają rację, kiedy mówią, że problemu nie da się dłużej sprowadzać do haseł „kierowco, uważaj”. Maszynista prowadzący kilkusettonowy skład przy dużej prędkości nie ma magicznego przycisku zatrzymującego pociąg w miejscu. Jeżeli ktoś wjedzie mu ciężarówką na tory, może jedynie patrzeć na to, co za chwilę się wydarzy lub uciekać licząc że przeżyje.

Jest też druga czarna strona

Ale druga strona tej historii również zasługuje na bardzo niewygodną rozmowę. Polski transport drogowy przez lata zbudował swoją potęgę między innymi na cenie. Mieliśmy wozić dużo, szybko i tanio. Przewoźnicy ścigali się o kontrakty, spedytorzy o kolejne grosze na kilometr, klienci żądali jeszcze niższych stawek, a cała presja tego systemu spadała ostatecznie na człowieka siedzącego w kabinie.

Tylko ekonomii nie da się oszukiwać w nieskończoność. Jeżeli transport ma być coraz tańszy, ktoś musi za tę taniość zapłacić. Kierowca płaci tygodniami poza domem, spaniem w kabinie na parkingach, presją czasu, nocną jazdą i stresem związanym z terminami. Firma próbuje ograniczać koszty. Rynek cierpi dziś na gigantyczny niedobór pracowników — według danych przytaczanych przez PAP brakuje w Polsce około 120 tysięcy zawodowych kierowców, a firmy coraz częściej szukają pracowników za granicą.

Samo zatrudnianie cudzoziemców oczywiście nie jest żadnym problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy branża zamiast uczynić zawód atrakcyjnym, dobrze płatnym i prestiżowym, próbuje przede wszystkim znaleźć kolejnego człowieka gotowego wykonywać niezwykle odpowiedzialną pracę w warunkach, których coraz więcej Polaków zwyczajnie nie chce zaakceptować. Bo prowadzenie czterdziestotonowego zestawu powinno być zawodem wysoko odpowiedzialnym. To człowiek, który każdego dnia operuje maszyną zdolną w jednej chwili zabić kilka osób.

Taniocha wrogiem Polski

Tymczasem model „byle taniej” produkuje dokładnie odwrotne bodźce: szybciej, dłużej, jeszcze jeden kurs, jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. I nie jest to teoria.

Inspekcja Transportu Drogowego regularnie opisuje przypadki dziesiątek naruszeń czasu pracy ujawnianych podczas pojedynczej kontroli. W jednym z przypadków kierowca przejechał około 2200 kilometrów, a jego najdłuższy odpoczynek wynosił zaledwie cztery godziny. W innym przypadku podczas analizy jednego okresu pracy ujawniono 84 naruszenia.

Jeszcze ciekawiej wygląda to na naszym podwórku. Okręgowy Inspektorat Pracy w Białymstoku podał, że w przeprowadzonych w 2025 roku kontrolach dotyczących czasu pracy kierowców nieprawidłowości wykryto u wszystkich 25 kontrolowanych pracodawców. Oczywiście 25 kontroli nie oznacza, że każda firma transportowa w województwie łamie przepisy. Pokazuje jednak, że nie rozmawiamy o problemie wymyślonym przy kawie. I właśnie tutaj kolej spotyka się z czymś znacznie większym niż transport. Z polskim modelem robienia biznesu „po taniości”.

Przez wiele lat nauczyliśmy się uważać niską cenę za dowód przedsiębiorczości. Firma ma zarobić. Jak najwięcej. Koszt ma być jak najmniejszy. A jeśli część kosztów można wyrzucić poza fakturę firmy — jeszcze lepiej. Fabryka zarabia, jeżeli taniej pozbędzie się ścieków. Rachunek za zniszczoną rzekę dostaje społeczeństwo.

Dostawczak wjeżdża na chodnik, bo kierowca będzie miał dziesięć metrów bliżej do sklepu. Oszczędzi trzy minuty. Za popękane płyty chodnikowe zapłaci później miasto, czyli my wszyscy.

Deweloper wciska kolejny blok w każdy wolny metr działki, bo każdy dodatkowy metr mieszkania można sprzedać. Zysk zostaje w przedsiębiorstwie. Koszt braku zieleni, korków, przegrzewających się osiedli i konieczności późniejszej rozbudowy infrastruktury ponoszą mieszkańcy.

Firma transportowa zdobywa kontrakt, bo była o kilka procent tańsza. Kierowca dostaje kolejną trasę i kolejny termin. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze — firma ma zysk. Jeżeli źle — na przejeździe kolejowym spotyka się czterdziestotonowa ciężarówka i kilkusettonowy pociąg. I wtedy koszt przestaje być pozycją w Excelu. Płacą pasażerowie. Płaci maszynista, który czasem przez resztę życia pamięta kilka sekund przed zderzeniem, jeśli przeżyje. Płacą rodziny ofiar. Płaci kolej. Płaci państwo. Płacimy wszyscy.

Prywatny zysk. Społeczny koszt.

To jest wspólny mianownik znacznie większej liczby polskich problemów, niż chcielibyśmy przyznać. Dlatego protest kolejarzy można wyśmiać. Można zdenerwować się, że pociąg przyjedzie godzinę później. Można powiedzieć, że przecież winny jest kierowca ciężarówki, który nie powinien znaleźć się na torach. I zapewne w wielu konkretnych wypadkach rzeczywiście to kierowca popełnia bezpośredni błąd.

Tyle że państwo nie może budować bezpieczeństwa wyłącznie na nadziei, że kilka milionów ludzi każdego dnia nigdy się nie pomyli, nie zagapi, nie zaśnie, nie spanikuje i nie złamie przepisu. Nowoczesne państwa próbują sprawić, żeby jeden głupi błąd nie kończył się katastrofą. Budują wiadukty i tunele zamiast przejazdów. Oddzielają tory od dróg. Grodzą linie. Stosują fizyczne zabezpieczenia. Projektują szybką kolej całkowicie bezkolizyjnie.

Polska dopiero nadrabia dziesięciolecia kolejowych zaległości i dzięki miliardom z Unii rzeczywiście robi to dziś szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie oszukujmy się jednak, że za dwa czy trzy lata wszystkie niebezpieczne przejazdy nagle znikną. Nie znikną. Dlatego kolejarze mają prawo powiedzieć: dość. A branża transportowa powinna przy tej okazji usłyszeć coś jeszcze.

Nie da się bez końca budować przewagi konkurencyjnej na tym, że człowiek będzie pracował taniej, dłużej i w gorszych warunkach niż powinien. Tak samo jak nie da się bez końca produkować taniej, wylewając ścieki do rzeki. Nie da się budować taniej, przerzucając wszystkie problemy na przyszłych mieszkańców. Nie da się dostarczać wszystkiego taniej i szybciej, traktując drogę publiczną jak prywatny plac manewrowy. Bo koszt zawsze istnieje. Można go tylko na jakiś czas ukryć.

A później przychodzi dzień taki jak ten i rachunek dostaje ktoś, kto w ogóle nie był stroną interesu.

Ten wyjazd może sprawić wiele problemów czekającym na pozytywną decyzję Polski

Ten wyjazd może sprawić wiele problemów czekającym na pozytywną decyzję Polski

Andrzej Poczobut wrócił na Białoruś. Po pięciu latach spędzonych w białoruskim więzieniu, zaledwie kilka miesięcy po odzyskaniu wolności, przekroczył 8 września granicę w Bobrownikach i pojechał do Grodna. Jego decyzję można rozumieć. To jego rodzinne miasto, tam mieszka część jego bliskich, tam działają ludzie ze Związku Polaków na Białorusi. Sam Poczobut mówił wcześniej wprost: w Grodnie jest jego dom.

Można jednak jednocześnie podziwiać jego odwagę i uważać, że z punktu widzenia innych ludzi była to decyzja bardzo ryzykowna. Nie tylko dla niego.

Kilka dni przed wyjazdem Poczobuta Związek Polaków na Białorusi zdecydował o przełożeniu swojego zaplanowanego na wrzesień zjazdu aż do marca 2027 roku. Oficjalnym powodem były względy bezpieczeństwa. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że decyzja zapadła z powodu samego Poczobuta — tym bardziej że uczestniczył on w posiedzeniu, podczas którego ją podjęto. Trudno jednak nie zauważyć kontrastu: organizacja polskiej mniejszości uznaje sytuację na Białorusi za na tyle niebezpieczną, że odkłada duże spotkanie o pół roku, a jeden z najbardziej znanych represjonowanych działaczy chwilę później sam jedzie do Grodna.

I właśnie tutaj pojawia się problem, o którym mówi się znacznie mniej.

Od lat tysiące Białorusinów próbują w Polsce udowodnić, że powrót do ich kraju może wiązać się z represjami. Są wśród nich opozycjoniści, dziennikarze, uczestnicy protestów, działacze społeczni czy osoby, które po prostu znalazły się na celowniku tamtejszych służb. W 2025 roku Białorusini byli jedną z największych grup występujących w Polsce o ochronę międzynarodową. Taka ochrona przysługuje jednak nie dlatego, że ktoś jest Białorusinem, lecz wtedy, gdy grozi mu prześladowanie albo rzeczywiste niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Każda sprawa jest więc oceniana indywidualnie.

I teraz wyobraźmy sobie taką rozmowę w urzędzie.

Człowiek tłumaczy, że boi się wrócić na Białoruś, ponieważ działał przeciwko reżimowi albo był związany z niezależnym środowiskiem. Po drugiej stronie biurka może paść bardzo proste pytanie: skoro Andrzej Poczobut, jeden z najbardziej znanych przeciwników białoruskich władz, człowiek skazany tam na osiem lat więzienia, mógł po uwolnieniu dobrowolnie wrócić do Grodna, spędzić tam kilka dni i ponownie wyjechać do Polski, to dlaczego właśnie panu ma grozić niebezpieczeństwo?

Oczywiście byłoby to ogromne uproszczenie. Bezpieczeństwo Poczobuta nie oznacza bezpieczeństwa każdego Białorusina. Wręcz przeciwnie — właśnie dlatego, że Poczobut jest osobą znaną na świecie, jego sytuacja może być zupełnie inna. Reżim doskonale wie, że ponowne zatrzymanie człowieka, którego uwolnienie było wynikiem międzynarodowych negocjacji, natychmiast stałoby się wydarzeniem politycznym. Zwykły działacz z Grodna, Brześcia czy Mińska takiej ochrony rozgłosu nie ma.

Problem polega jednak na tym, że administracja lubi argumenty proste.

Poczobut sam podkreśla, że represje wobec Związku Polaków na Białorusi się nie skończyły. Także sam ZPB nie zachowuje się jak organizacja działająca obecnie w normalnych, bezpiecznych warunkach — skoro właśnie z powodów bezpieczeństwa przesuwa swój zjazd o pół roku. Dlatego jeżeli Poczobut zgodnie z planem po około tygodniu wróci do Polski cały i zdrowy, powstaną dwa zupełnie różne obrazy tej samej Białorusi.

Pierwszy: państwa, które przez pięć lat więziło polskiego dziennikarza, nadal represjonuje przeciwników politycznych i członków niezależnych organizacji. Drugi: państwa, do którego ten sam były więzień polityczny kilka miesięcy po uwolnieniu dobrowolnie przyjeżdża w odwiedziny, porusza się po Grodnie, spotyka ze znajomymi, a następnie spokojnie wyjeżdża.

Dla Poczobuta może to być manifestacja wolności i pokazanie białoruskim władzom, że nie są w stanie wypędzić go z własnego domu. Z jego osobistej perspektywy można to nawet podziwiać. Tyle że bohaterstwo jednej osoby potrafi czasem skomplikować życie ludziom, których nazwisk nikt nie zna. Nie chodzi przy tym o wszystkich Białorusinów starających się w Polsce o pobyt stały. Posiadacze Karty Polaka czy osoby polskiego pochodzenia mają odrębne podstawy prawne i powrót Poczobuta na Białoruś niczego tutaj automatycznie nie zmienia.

Znacznie bardziej kłopotliwa może być jego historia dla osób, które muszą przekonać polskie instytucje, że właśnie ze względu na represje nie mogą bezpiecznie wrócić do swojego kraju. I oby żaden urzędnik nigdy nie sprowadził ich sytuacji do zdania: „skoro Poczobut mógł wrócić, to pan też może”. Bo byłby to fatalny argument. Ale po tej podróży Andrzeja Poczobuta taki argument właśnie dostał do ręki.

Wilno, Ryga, Tallin, Helsinki i inne miasta bałtyckie – czy Białystok i Podlaskie mogą coś zaczerpnąć od sąsiadów?

Wilno, Ryga, Tallin, Helsinki i inne miasta bałtyckie – czy Białystok i Podlaskie mogą coś zaczerpnąć od sąsiadów?

Wystarczy wyjechać z Białegostoku na północ i w ciągu kilku dni zobaczyć cztery stolice, które rozwijały się w zupełnie różnych warunkach, a jednak wszystkie mogą być dla nas ciekawym punktem odniesienia. Wilno, Ryga, Estonia to duże miasta w małych krajach. Helsinki są już oczywiście inną ligą gospodarczą, ale pod względem klimatu, położenia czy problemów typowych dla północnej Europy są nam znacznie bliższe niż miasta Hiszpanii, Francji czy Włoch. Dlatego zamiast po raz kolejny zachwycać się Kopenhagą albo Amsterdamem, warto popatrzeć na to, co zrobili nasi najbliżsi sąsiedzi. Nie po to, żeby ich bezmyślnie kopiować. Raczej po to, żeby się zainspirować i postarać się wiele rzeczy urządzić zupełnie inaczej.

Dziecko w ruchu

Jedną z pierwszych różnic zauważa się w Rydze, szczególnie gdy podróżuje się z dzieckiem. U nas plac zabaw bardzo często jest dodatkiem do parku albo osiedla. Kilka urządzeń kupionych z katalogu: domek, zjeżdżalnia, dwie huśtawki, może mała ścianka wspinaczkowa. Wszystko kolorowe, bezpieczne, otoczone gumową nawierzchnią i właściwie takie samo jak sto innych placów zabaw. W Rydze widać inną filozofię. Tam tworzy się całe przestrzenie przeznaczone do ruchu. Dobrym przykładem jest ogromny plac w Mežaparksie, zajmujący około 1,5 hektara i podzielony na siedem stref aktywności, ale także nowe inwestycje, jak rozbudowywany Park Zwycięstwa czy piętnastohektarowy teren rekreacyjny w Skanste. Są tam duże konstrukcje do wspinania, tory przeszkód, skateparki, miejsca do ćwiczeń, boiska, wodne place zabaw czy przestrzenie, po których dziecko po prostu może biegać. Nie chodzi więc o to, żeby przez dziesięć minut pozjeżdżało ze zjeżdżalni. Chodzi o to, żeby po dwóch godzinach naprawdę miało dość ruchu.

To jest coś, co Białystok mógłby skopiować niemal natychmiast. Mamy mnóstwo zieleni, duże parki i sporo wolnej przestrzeni. Zamiast budować kolejny niewielki plac zabaw, który różni się od poprzedniego kolorem daszku, można byłoby stworzyć jeden naprawdę potężny park aktywności dla dzieci. Taki, do którego jedzie się specjalnie z drugiego końca miasta. Coś pomiędzy placem zabaw, parkiem linowym, boiskiem, torem przeszkód i miejscem eksperymentowania. Zadziwiające jest, że miasta o znacznie trudniejszym klimacie potrafią projektować przestrzeń z założeniem, że dzieci mają być na zewnątrz i się ruszać, podczas gdy u nas często projektuje się ją przede wszystkim tak, żeby urządzenie miało odpowiedni certyfikat, zmieściło się w budżecie i ładnie wyglądało podczas przecięcia wstęgi.

Rowerowe szaleństwo

Jeszcze większa różnica pojawia się w Tallinie, a przede wszystkim w Helsinkach. Chodzi o rower. Nie jako rekreację na niedzielę, ale jako zwyczajny środek transportu. W Białymstoku infrastruktura rowerowa przez ostatnie lata bardzo się poprawiła, ale ciągle w wielu miejscach można odnieść wrażenie, że najpierw projektuje się ulicę dla samochodu, później chodnik, a jeśli zostanie trochę przestrzeni, próbuje się jeszcze gdzieś wcisnąć rowerzystę. W Helsinkach widać podejście odwrotne. Trasa rowerowa jest elementem systemu komunikacyjnego miasta i ma prowadzić gdzieś dalej, a nie kończyć się nagle dlatego, że projektantowi zabrakło miejsca.

Najbardziej uderzające jest to podczas remontów. Można trafić na sytuację, w której chodnik zostaje zamknięty albo pieszy otrzymuje objazd, a biegnąca obok droga rowerowa pozostaje przejezdna. Nie oznacza to, że fińskie prawo formalnie stawia rowerzystę ponad pieszym. Takiego pierwszeństwa nie ma. Pokazuje jednak sposób myślenia: ciągłość trasy rowerowej traktowana jest podobnie jak ciągłość ulicy. Helsinki budują dodatkowo sieć szybkich tras Baana, która docelowo ma liczyć około 140 kilometrów, a około 160 kilometrów najważniejszych tras rowerowych jest już objętych specjalnym utrzymaniem zimowym. Na części z nich śnieg nie jest nawet klasycznie odgarniany i posypywany piaskiem, lecz usuwany szczotkami, a nawierzchnia zabezpieczana przed śliskością. I nagle brak odśnieżania dróg rowerowych zimą w Białymstoku zaczyna brzmieć dość zabawnie. W Helsinkach zima jest przecież trochę bardziej zimowa niż w Białymstoku.

Co dzieci robią na W-F?

Helsinki potrafią zaskoczyć także w zupełnie innym miejscu. Na szkolnym boisku można zobaczyć dzieci grające na WF-ie w coś, co my Polacy nazywamy palantem. W rzeczywistości jest to pesäpallo, fińska odmiana gry z kijem i piłką, która stała się jednym z narodowych sportów Finlandii. Grają w nią dzieci, młodzież i zawodnicy profesjonalnych drużyn. Fiński związek prowadzi rozbudowane programy szkolne i młodzieżowe, a sam sport jest mocno związany z systemem edukacji.

I tutaj znów nie chodzi o kopiowanie Finlandii i rozdawanie białostockim uczniom kijów do pesäpallo. Bardziej interesująca jest sama idea. Dlaczego wychowanie fizyczne ma polegać ciągle na tych samych kilku dyscyplinach? Przecież Polska również miała własne gry podwórkowe i zespołowe, które właściwie zniknęły. Palant rozwija bieganie, rzucanie, łapanie, refleks i współpracę, a przy okazji nie wymaga hali za kilkadziesiąt milionów złotych. Czasem rozwój nie musi polegać na wymyślaniu czegoś nowego. Można również przypomnieć sobie coś, co kiedyś działało.

Jak wykorzystać przestrzeń?

Helsinki imponują jeszcze czymś innym – wykorzystywaniem przestrzeni, której na pierwszy rzut oka w ogóle nie widać. Centrum miasta w dużej części ma drugie życie pod ziemią. Galerie handlowe, przejścia, parkingi, metro, dworzec kolejowy i kolejne budynki połączone są systemem podziemnych korytarzy. Z centrum handlowego Forum można pod ziemią dostać się między innymi w kierunku metra, dworca centralnego czy Kamppi. W praktyce w wielu miejscach można przemieszczać się przez centrum miasta, robić zakupy i korzystać z usług niemal bez wychodzenia na powierzchnię. To nie jest jedna gigantyczna galeria handlowa, jak można byłoby pomyśleć podczas pierwszej wizyty, lecz wiele budynków i przestrzeni, które zostały z czasem połączone w jeden organizm. Helsinki mają nawet osobny plan zagospodarowania przestrzeni podziemnej.

Oczywiście pomysł budowania podziemnego Białegostoku byłby absurdem. Nie mamy ani fińskiego klimatu, ani takiej gęstości zabudowy, ani cen gruntów. Ale już filozofia wykorzystywania tego, co istnieje, jest bardzo ciekawa. U nas inwestycja zbyt często zaczyna się od znalezienia pustej działki i postawienia na niej nowego budynku. Tam znacznie częściej szuka się sposobu, żeby nowa funkcja weszła do starej przestrzeni albo została z nią połączona.

Jeszcze lepiej widać to w Tallinie. Wystarczy odejść kilkaset metrów od średniowiecznej starówki, żeby znaleźć się pośród współczesnych biurowców, hoteli i apartamentowców. Teoretycznie nic niezwykłego. Nowoczesne centra biznesowe ma dziś pół Europy. A jednak w Tallinie bardzo wiele nowych budynków wygląda tak, jakby ktoś naprawdę nad nimi siedział, rysował je, zastanawiał się nad proporcjami, materiałami, detalami i tym, jak będą wyglądały obok budynku stojącego tam od stu lat. Nie chodzi o to, że każdy jest arcydziełem. Chodzi o widoczną ambicję, żeby nie tworzyć miasta złożonego wyłącznie ze szklanych pudełek.

Najlepiej widać to w kwartale Rotermanna. Dawny obszar przemysłowy był pod koniec XX wieku mocno zdegradowany. Najprościej byłoby go wyburzyć, sprzedać deweloperom i zbudować wszystko od początku. Tymczasem stara zabudowa została objęta ochroną, a pomiędzy dawnymi młynami, magazynami i fabrykami zaczęły pojawiać się odważne współczesne budynki. Dziś właśnie kontrast między jednym a drugim jest największą wartością tego miejsca. Nowoczesność nie udaje tam XIX wieku, a XIX wiek nie przeszkadza nowoczesności.

W Białymstoku ta lekcja powinna szczególnie boleć. Tutaj stary budynek bardzo często staje się problemem. Przeszkadza w inwestycji, jest drogi w remoncie, ma niewygodny układ, konserwator czegoś nie pozwala. Potem przez lata stoi pusty i niszczeje, aż w końcu okazuje się, że jego stan jest tak zły, iż niczego już nie da się zrobić. Czasem dodatkowo „pomaga” pożar. I nagle problem znika, a działka staje się niezwykle atrakcyjna. Tallin pokazuje coś dokładnie odwrotnego: stary budynek może być nie przeszkodą inwestycyjną, lecz najcenniejszym elementem całej inwestycji. Nowoczesny biurowiec można przecież postawić wszędzie. Stuletniej fabryki, magazynu czy kamienicy nie da się już później odtworzyć.

Zakaz dla hulajnóg elektrycznych

Ciekawym doświadczeniem jest też samo Wilno. To miasto pod wieloma względami wydaje się Białemustokowi najbliższe, ale coraz wyraźniej próbuje odzyskiwać przestrzeń zdominowaną przez samochody. Jednocześnie Litwini pokazują, że promowanie rowerów i hulajnóg nie oznacza automatycznej zgody na to, żeby ich użytkownicy robili wszystko, co chcą. W Wilnie (i innych litewskich miastach) istnieją miejsca, w których znaki po prostu zabraniają jazdy hulajnogami elektrycznymi i rowerami. Na części Starego Miasta oraz na mostach obowiązuje ograniczenie do 12 km/h, a na najbardziej zatłoczonych ulicach wprowadzono zakazy ruchu takich pojazdów. Miasto wyznaczyło też specjalne miejsca do pozostawiania współdzielonych hulajnóg, żeby nie walały się po całych chodnikach. To dość zdroworozsądkowe podejście: mikromobilność jest dobra, dopóki nie odbywa się kosztem pieszego.

Podobne wrażenie robi jazda samochodem po Litwie. Bardzo szybko człowiek przestaje tam traktować ograniczenie prędkości jako sugestię. Fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości są tak powszechne, że nawet krótkie ograniczenie z 90 do 70 km/h lepiej potraktować poważnie. Nie jest to wyłącznie subiektywne wrażenie kierowcy. Według danych przywołanych przez Komisję Europejską na litewskich drogach państwowych działa 212 stałych urządzeń kontroli prędkości: 78 mierzących prędkość w konkretnym punkcie oraz 134 systemy mierzące średnią prędkość na odcinku.

Można oczywiście dyskutować, czy wszystkie radary stoją w idealnych miejscach i czy każde ograniczenie ma sens. Sama zasada jest jednak godna uwagi. Znak drogowy działa wtedy, kiedy większość kierowców zakłada, że jego zignorowanie może mieć konsekwencje. W Polsce wciąż mamy mnóstwo dróg, na których ograniczenie do 70 km/h oznacza w praktyce jazdę 90, a ograniczenie do 50 – około 70. Litwa pokazuje, że kulturę jazdy można zmieniać nie tylko apelami i kampaniami społecznymi, ale również zwyczajną nieuchronnością kontroli.

Gdzie się podziała chińszczyzna?

Podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię można zauważyć jeszcze jedną drobną rzecz. Oczywiście są tam sklepy z tanimi gadżetami, plastikowymi zabawkami i importowanym towarem z Chin. Nie ma sensu tworzyć mitu, że kraje bałtyckie odgrodziły się od chińskiej produkcji, bo byłaby to nieprawda. Jednak w centrach miast znacznie słabiej rzuca się w oczy handel przypadkową tandetą. Więcej jest lokalnego wzornictwa, miejscowych produktów, normalnych sklepów czy lokali usługowych, a mniej punktów, które wyglądają jak zawartość kontenera sprowadzonego prosto z azjatyckiej hurtowni. To oczywiście obserwacja, której nie da się uczciwie zamienić w statystykę importu. Ale na poziomie estetyki miasta różnica jest zauważalna.

Nie tylko zachwyty

Nie wszystko u sąsiadów powinno jednak budzić zachwyt. Najbardziej zaskakująca jest pod tym względem Narwa. Polski turysta przyjeżdżający tam po doświadczeniach z granicy polsko-białoruskiej może doznać lekkiego szoku. Na Podlasiu mamy mur graniczny, system elektroniczny, wojsko, Straż Graniczną oraz strefy, do których zwykły człowiek nie może wejść. W niektórych miejscach samo zbliżenie się do granicy jest niemożliwe. Tymczasem Narwa leży dosłownie naprzeciw rosyjskiego Iwangorodu. Po drugiej stronie rzeki zaczyna się państwo, które kilka lat wcześniej napadło na Ukrainę i którego potencjalna agresja jest jednym z najważniejszych scenariuszy bezpieczeństwa całej Estonii. A mimo to nad Narwą ludzie spacerują, jeżdżą rowerami i robią zdjęcia rosyjskiej twierdzy.

Na pierwszy rzut oka wygląda to wręcz jak kompletna beztroska. Na moście są betonowe przeszkody, ale samo miasto nie przypomina przygranicznej twierdzy. Dopiero dokładniejsze sprawdzenie pokazuje, że jest to w dużej części zamierzone. Estonia wraz z Łotwą i Litwą buduje Bałtycką Linię Obrony. Po estońskiej stronie ma powstać do 600 bunkrów oraz system przygotowanych przeszkód przeciwpancernych, drutu kolczastego, punktów oporu i rowów przeciwczołgowych. Część elementów ma być magazynowana i rozwijana dopiero w razie zagrożenia. Estońskie ministerstwo obrony wprost podkreśla, że drogi, lasy i pola w pobliżu umocnień mają w czasie pokoju w dużej części pozostać normalnie dostępne.

To oznacza, że pierwsze wrażenie – „oni chyba kompletnie się Rosji nie boją” – jest mylące. Ale sam kontrast pozostaje fascynujący. Polska i Estonia przyjęły dwie różne filozofie. Polska bardzo mocno pokazuje swoją ochronę granicy i ogranicza dostęp do części pogranicza w związku z trwającą presją migracyjną ze strony Białorusi. Estonia przygotowuje się przede wszystkim do potencjalnego konfliktu militarnego, ale jednocześnie stara się nie zamieniać Narwy w koszary, dopóki wojny nie ma. Trudno jednoznacznie powiedzieć, która filozofia okaże się lepsza.

Ukraina ważna dla wszystkich

Jest jeszcze jedna rzecz, której właściwie nie sposób było nie zauważyć podczas podróży przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Ukraińskie flagi. Na budynkach publicznych, w centrum miast, przy instytucjach, hotelach, lokalach. Oczywiście nie oznacza to, że każdy Litwin, Łotysz, Estończyk czy Fin ma identyczne zdanie na temat wojny, ale skala widocznej solidarności jest uderzająca. Te państwa nie traktują przetrwania Ukrainy jak odległego konfliktu gdzieś na wschodzie Europy. Doskonale wiedzą, że Ukraina wiąże dziś znaczną część rosyjskiego potencjału militarnego, a jej zdolność do obrony ma bezpośredni związek z bezpieczeństwem całego regionu.

Litwa wprost deklaruje, że zwycięstwo Ukrainy jest związane z bezpieczeństwem Litwy i Europy, Łotwa konsekwentnie przeznacza ogromne w stosunku do swojej wielkości środki na pomoc, w Finlandii ponad 90 proc. ankietowanych uznaje pomoc humanitarną dla Ukrainy za ważną, a w Estonii potępienie rosyjskiej agresji od lat pozostaje bardzo wysokie. I tutaj Polska zaczyna wyglądać coraz bardziej paradoksalnie.

To my graniczymy z Białorusią, mamy obwód królewiecki tuż obok i jesteśmy jednym z państw najbardziej zagrożonych rosyjską polityką, a jednocześnie w debacie publicznej coraz mocniej narasta fala niechęci i agresji wobec Ukraińców. W lipcu 2026 roku po raz pierwszy w badaniach CBOS przeciwnicy przyjmowania uchodźców z Ukrainy stanowili większość – 52 proc., przy 42 proc. popierających ich przyjmowanie. Nie jest to oczywiście to samo co poparcie lub brak poparcia dla samej Ukrainy, ale dobrze pokazuje zmianę społecznej atmosfery.

Kraje bałtyckie i Finlandia zdają się znacznie mocniej pamiętać o prostej zależności: im dłużej niepodległa Ukraina jest w stanie powstrzymywać Rosję, tym dalej rosyjska armia pozostaje od Wilna, Rygi, Tallina, Helsinek – i również od Białegostoku.

Nie ma tajemnej wiedzy

I właśnie to chyba jest najciekawsze po przejechaniu Wilna, Rygi, Tallina i Helsinek i Narwy na dokładkę. Nie ma tam żadnej tajemnej wiedzy, której nie moglibyśmy zastosować w Białymstoku czy w Podlaskiem. Większość rzeczy, które robią wrażenie, nie wymaga nawet poziomu zamożności Finlandii. Wielki park aktywności dla dzieci nie jest technologią kosmiczną. Zachowanie starego magazynu i wkomponowanie go w nowy budynek nie wymaga wynalezienia nowego materiału budowlanego. Spójna droga rowerowa jest kwestią projektu, a nie odkrycia naukowego. Zakaz jazdy hulajnogą po zatłoczonej ulicy kosztuje mniej więcej tyle, co znak drogowy.

Różnica tkwi gdzie indziej. Widać tam częściej myślenie o mieście jako o całości. Jeśli buduje się drogę rowerową, to dlatego, że ma ona tworzyć sieć. Jeśli powstaje park, ma dawać mieszkańcom konkretną możliwość spędzania czasu. Jeśli zachowuje się stary budynek, szuka się dla niego funkcji. Jeśli miasto chce ograniczyć ruch samochodów, buduje alternatywę. Jeśli hulajnogi zaczynają przeszkadzać pieszym, wprowadza zasady. Nie każda decyzja jest trafiona, nie każdy system działa idealnie i w każdym z tych miast znajdziemy korki, zaniedbane miejsca, brzydkie bloki, nieudane inwestycje czy rozwiązania, które mieszkańcy krytykują.

Białystok przez ostatnie dwadzieścia lat także zmienił się nie do poznania. Problem w tym, że ogromna część tej zmiany polegała na remontowaniu. Nowa ulica, nowy chodnik, nowa elewacja, odnowiony park, przebudowane skrzyżowanie. To wszystko było potrzebne. Tyle że po dwóch dekadach korzystania z miliardów złotych europejskich pieniędzy warto chyba zacząć stawiać sobie trudniejsze pytanie: nie co jeszcze możemy wyremontować, ale czym Białystok ma się wyróżniać i jak właściwie chcemy w nim żyć za dwadzieścia lat.

Nie musimy stawać się drugim Wilnem, Rygą, Tallinem ani Helsinkami. Zresztą byłoby to bez sensu. Ale moglibyśmy zacząć robić to, co nasi sąsiedzi robią najlepiej: patrzeć na miasto nie jak na zbiór inwestycji do zrealizowania w kolejnej kadencji, lecz jak na miejsce, które trzeba świadomie zaprojektować dla ludzi. I chyba właśnie tego najbardziej warto od nich zaczerpnąć.

Bez kompleksów ale i bez kasy

Statystyki mówią same za siebie, ale dopiero wtedy, gdy spojrzymy na nie z dwóch stron. W badaniu jakości życia przeprowadzonym dla Komisji Europejskiej aż 92,8 proc. mieszkańców Wilna deklarowało zadowolenie z życia w swoim mieście. Białystok osiągnął bardzo podobne 91,8 proc., Tallin 91,5 proc., Helsinki 91,1 proc., Warszawa 90,4 proc., a wyraźnie słabiej wypadła Ryga – 80,1 proc. Gdyby zatrzymać się w tym miejscu, można byłoby dojść do wniosku, że Białystok właściwie niczym sąsiadom nie ustępuje.

Jeszcze wyraźniej różnicę widać po zwykłych zarobkach. W Białymstoku przeciętna miesięczna pensja na rękę to około 5800 zł. W Rydze jest bardzo podobnie – po przeliczeniu również około 5800 zł. Ale już w Wilnie przeciętne zarobki netto to mniej więcej 7400 zł miesięcznie, w Tallinie około 8100 zł, a w Helsinkach prawie 12 000 zł. Oczywiście w Finlandii czy Estonii część rzeczy kosztuje więcej niż w Polsce, więc nie oznacza to, że mieszkaniec Helsinek jest dwa razy bogatszy od białostoczanina. Pokazuje jednak coś bardzo prostego: Wilno, Tallin i Helsinki mają znacznie silniejszy rynek pracy i więcej dobrze płatnych miejsc pracy.

I właśnie to jest chyba najbardziej interesujący paradoks Białegostoku: mieszkańcy bardzo dobrze oceniają samo życie w mieście, mimo że gospodarczo funkcjonuje ono w jednym z najsłabszych regionów Polski i daleko mu do ekonomicznej siły Wilna, Tallina czy Helsinek. Jeśli do stosunkowo wysokiego komfortu życia udałoby się dołożyć gospodarkę zdolną tworzyć więcej dobrze płatnych, specjalistycznych miejsc pracy, Białystok mógłby przestać być miastem, z którego dobrze się żyje tym, którzy już mają tu swoją pozycję, a stać się miejscem, do którego ludzie rzeczywiście przyjeżdżają po rozwój zawodowy.

Czas decyzji. Siemianówka niedługo wyschnie. Czy musimy niszczyć też Narew?

Czas decyzji. Siemianówka niedługo wyschnie. Czy musimy niszczyć też Narew?

Siemianówka w obecnym kształcie nie ma przyszłości. To nie jest zbiornik, którym wystarczy jeszcze trochę „lepiej zarządzać”, żeby wszystko wróciło do normy. Normy już nie ma. Warunki klimatyczne, dla których projektowano ten gigantyczny, płytki akwen, przestały istnieć. Śnieżne zimy, regularne roztopy i wysokie wiosenne przepływy, które miały zasilać zbiornik, znikają. Zamiast nich mamy długie okresy suszy, coraz wyższe temperatury i coraz mniejsze dopływy. Jeżeli będziemy próbować za wszelką cenę utrzymać Siemianówkę taką jak dziś, rezultat będzie jeden: stracimy i zbiornik, i Narew.

Najczarniejszy scenariusz nie jest dziś straszeniem ekologów. To logiczna konsekwencja tego, co już obserwujemy. Zbiornik zwyczajnie „rozpada się w oczach”. Przegrzewa się, kwitną w nim sinice i spada poziom wody. Narew poniżej zapory straciła wezbrania, boczne koryta i rozlewiska. Cały system działa fatalnie, a kolejne suche sezony tylko zabijają Narew i Siemianówkę. Jeśli nic nie zmienimy, około 2037 roku Siemianówka prawdopodobnie zniknie, zarośnie. A my pozostaniemy ze śmierdzącym od rozkładających się ryb bagnem. Górna Narew będzie okazjonalnie widocznym strumykiem, która zachowa już tylko nazwę.

To nie jest już problem do „monitorowania”. To problem do naprawienia. Najgorsze, co możemy dziś zrobić, to bronić obecnego stanu tylko dlatego, że przyzwyczailiśmy się do widoku wielkiej tafli wody. Ta tafla nie jest żadnym dowodem bezpieczeństwa hydrologicznego. Jest gigantyczną, płytką powierzchnią, która latem nagrzewa się jak patelnia i oddaje do atmosfery miliardy litrów wody. W czasie suszy wygląda to wręcz groteskowo: brakuje wody w Narwi, brakuje jej w starorzeczach i mokradłach, a my trzymamy ją w miejscu, gdzie część po prostu wyparowuje.

Przy obecnej powierzchni Siemianówki straty przez parowanie mogą wynosić około 12 miliardów litrów rocznie. To ogromna ilość, której potem zwyczajnie nie ma ani w rzece, ani w dolinie. Oczywiście część wody wyparowałaby również z naturalnych mokradeł, ale różnica jest zasadnicza. W naturalnej dolinie woda najpierw zasila glebę, torfowiska, starorzecza i wody gruntowe, a dopiero później wraca do atmosfery. W Siemianówce znaczna część leży na rozgrzanej, płytkiej tafli i znika bez żadnej korzyści dla całego systemu rzecznego poniżej zapory.

Tymczasem Narew nie potrzebuje „minimum egzystencjalnego”, które pozwoli jej tylko jakoś płynąć jednym korytem. Potrzebuje wezbrań. Potrzebuje momentów, kiedy wody jest na tyle dużo, żeby wejść w boczne ramiona, starorzecza i rozlewiska. Bez tego wielokorytowa rzeka po prostu przestaje być wielokorytowa. To już się dzieje. Kolejne odnogi zarastają, część z nich traci kontakt z głównym nurtem, a mokradła wysychają. Narwiański Park Narodowy może zachować granice administracyjne, ale bez wody będzie już tylko Muzeum Narwiańskiego Parku Narodowego.

Potrzeba 15 zrzutów rocznie

Dlatego pierwsze działanie powinno rozpocząć się od najbliższej wiosny. Od kwietnia do lipca powinny rozpocząć się regularne, kontrolowane zrzuty imitujące naturalne wezbrania. Około 15 takich okresów, z przepływem rzędu 6 m³/s, pozwoliłoby Narwi przestać funkcjonować na kroplówce i zacząć znowu pracować jak rzeka. Nie chodzi o „spuszczenie Siemianówki jak w toalecie”, jak lubią to przedstawiać przeciwnicy zmian. Zbiornik ma nadal się napełniać. Ma gromadzić wodę, kiedy jest jej więcej, a potem oddawać ją wtedy, kiedy rzeka naprawdę jej potrzebuje. Tyle że dziś robimy odwrotnie: bronimy wielkiej tafli wody jak świętości, a Narwi dajemy resztki. To nie jest retencja. To jest konserwowanie złego systemu.

Jeżeli takie wezbrania ruszą od 2027 roku i kolejne sezony nie będą katastrofalnie suche, Narew zacznie reagować bardzo szybko. Woda wróci do bocznych koryt, część starorzeczy odzyska kontakt z rzeką, a mokradła przestaną wysychać tak gwałtownie. Pierwsze efekty będzie można zobaczyć po jednym sezonie. Po kilku latach regularnego zasilania dolina zacznie odzyskiwać zdolność do zatrzymywania wody. To właśnie wtedy zacznie się prawdziwa odbudowa.

Koniec wielkiego jeziora

Rok 2029 powinien być końcem starego modelu gospodarowania Siemianówką. Wtedy wygasa obecna instrukcja i nowa nie może być kolejnym dokumentem napisanym tak, żeby przede wszystkim utrzymać jak największe jezioro. Priorytet musi się odwrócić. Jeżeli nie ma realnego zagrożenia powodziowego, woda ma służyć Narwi. Zbiornik ma być narzędziem, a nie celem samym w sobie.

Równocześnie trzeba zacząć trwałe zmniejszanie Siemianówki. Najbardziej oczywisty pierwszy etap to część za nasypem kolejowym, w stronę granicy z Białorusią. To około jednej szóstej obecnego akwenu. Jeżeli decyzje zapadną w 2027 roku, około 2030 roku ten fragment powinien już przestać być płytkim jeziorem i zacząć wracać do natury. Nie jako pustynia, tylko jako mokradła, trzcinowiska, płytkie rozlewiska i nowe koryta Narwi.

I nie ma sensu udawać, że jedna szósta wystarczy. Nie wystarczy. To będzie dopiero symboliczny początek. Przy dzisiejszych stratach przez parowanie i przy objętości wody potrzebnej do prawdziwych wezbrań docelowa redukcja musi być dużo większa. Matematycznie wychodzi, że otwarte lustro powinno zostać ograniczone nawet o około 65 procent. To oznacza, że mniej więcej jedna trzecia obecnej Siemianówki mogłaby pozostać jako mniejszy, głębszy i bardziej stabilny zbiornik, a reszta powinna wrócić do Narwi i mokradeł.

To właśnie taka Siemianówka ma szansę przetrwać. Mniejsza, głębsza i mniej podatna na przegrzewanie. Nadal z rybami, rekreacją i turystyką, ale bez absurdalnego obowiązku utrzymywania gigantycznej, płytkiej tafli wody w warunkach, w których zwyczajnie brakuje jej w całej zlewni. Pozostałe tereny nie będą żadną „stratą”. Mogą stać się jednym z najcenniejszych obszarów przyrodniczych północno-wschodniej Polski. Rozległe mokradła, trzcinowiska, wyspy, naturalne koryta, wieże obserwacyjne, kładki i szlaki kajakowe mogą stworzyć coś znacznie bardziej wartościowego niż zbiornik, który przez pół roku walczy z sinicami, parowaniem i spadającym poziomem.

2037 to rok, gdy może zniknąć Siemianówka… razem z Narwią

Jeżeli tego nie zrobimy, 2037 rok nie będzie żadnym „ostrzeżeniem”. Będzie rachunkiem. Siemianówka będzie najwyżej do kostek, zarośnięta i niezdatna do niczego. Problem w tym, że ucierpi też Górna Narew, która będzie coraz bardziej przypominała sezonowy ciek niż rzekę, dla której powstał park narodowy. Wtedy nie będziemy już decydować, czy zmniejszyć Siemianówkę. Natura zrobi to za nas. Tyle że zrobi to chaotycznie, bez planu, bez ochrony turystyki, bez rezerwatu i bez pomocy Narwi. Zostaniemy z błotem, rozkładającą się materią, cofniętą linią brzegową i rzeką, która może pozostać wspomnieniem.

Dlatego wybór jest prosty. Albo zaczynamy w 2027 roku, odwracamy zasady gospodarowania wodą w 2029, zmniejszamy zbiornik od około 2030 i przez kolejne lata odbudowujemy całą dolinę, albo za dekadę będziemy patrzeć na efekt własnej bezczynności. Siemianówka w obecnym kształcie umrze. Proszę przyjąć to wreszcie do wiadomości. Nie musimy przez to zabijać Narwi bezczynnością.

Awantura o Skolima w Białymstoku. Czy dzieci trzeba chronić przed koncertem o godzinie 17?

Awantura o Skolima w Białymstoku. Czy dzieci trzeba chronić przed koncertem o godzinie 17?

Skolim osiągnął już ten poziom polskiej kariery, na którym samo śpiewanie byłoby zwyczajnym marnowaniem potencjału. Król Latino koncertuje, sprzedaje perfumy, ma stację paliw, a jego nazwiskiem sygnowane są kiełbasy, kabanosy i parówki. I trudno się dziwić, że taką gwiazdę każdy chce mieć u siebie.

W piątek 28 sierpnia Skolim pojawi się więc w Białymstoku. O godzinie 17 na Rynku Kościuszki rozpocznie koncert w ramach imprezy „Białystok Pełen Muzyki”. Wstęp jest bezpłatny, imprezę współorganizuje miasto, wcześniej działać będzie rodzinna strefa przygotowana przez Wodociągi Białostockie.

I tu zaczyna się problem. Oczywiście tylko dostrzegany przez niektórych.  Bo akurat kilka dni przed białostockim występem przez Polskę przetoczyła się awantura o repertuar Króla Latino. Internet obiegły nagrania z dziećmi bawiącymi się przy utworach, których teksty trudno pomylić z repertuarem Fasolek. Są przekleństwa, seks, bardzo bezpośrednie aluzje i cała reszta tego, dzięki czemu siedmiolatek może wrócić z koncertu bogatszy o kilka nowych pytań do rodziców.

Natychmiast pojawiło się więc pytanie: czy taki artysta powinien występować o godzinie 17, gdy pod sceną mogą stać dzieci? Może lepiej po 22? Może powinno być ostrzeżenie? Może urzędnicy powinni wcześniej ocenić repertuar? Wysłać alert RCB? A może przed wejściem na Rynek Kościuszki należy ustawić komisję, która będzie sprawdzała akty urodzenia i znajomość tekstów piosenek?

Problem jest ciekawy, bo dotyczy czegoś znacznie większego niż sam Skolim. Dzieci nie są oczywiście ani własnością państwa, ani własnością rodziców. Ale to rodzice ponoszą za nie odpowiedzialność i na co dzień podejmują tysiące decyzji dotyczących tego, co mogą oglądać, czego słuchać i gdzie chodzić. Jeżeli ktoś uważa, że siedmiolatek nie powinien słuchać Skolima, rozwiązanie wydaje się wyjątkowo skomplikowane: nie zabiera siedmiolatka na Skolima.

Nie trzeba do tego uchwały Rady Miasta, zarządzenia prezydenta, konsultacji społecznych ani powoływania pełnomocnika do spraw ochrony dzieci przed latino. Tyle że jest również druga strona tej historii.

Białostocki koncert nie jest prywatną imprezą w klubie. To bezpłatne wydarzenie w centrum miasta, współorganizowane przez samorząd i reklamowane jako pożegnanie wakacji dla mieszkańców. Organizator naprawdę może się zastanowić, czy o 17 powinien wyjść artysta z repertuarem zdecydowanie niepisanym dla najmłodszych. Można więc dyskutować o godzinie. Można informować rodziców, czego mają się spodziewać. Można nawet uznać, że przy miejskiej imprezie lepiej byłoby ustawić Skolima później.

Tylko nie udawajmy przy okazji, że właśnie odkryliśmy Skolima. Człowiek nie pojawił się wczoraj. Od dawna jest jedną z największych gwiazd muzyki tanecznej w Polsce. Gra dziesiątki koncertów, jego piosenki mają gigantyczne zasięgi, na występy przychodzą całe rodziny, a dzieci znają jego utwory zapewne znacznie lepiej niż większość oburzonych komentatorów.

Repertuar również nie zmienił mu się radykalnie w miniony wtorek. Skolim nie śpiewał wcześniej o dokarmianiu sikorek zimą, żeby nagle w sierpniu 2026 roku przejść na erotyczne disco. Dlatego najbardziej zabawne w całej aferze jest zbiorowe zdziwienie.

Przez długi czas Skolim jeździł po Polsce, zapełniał place, dożynki i festyny, dzieci stały pod scenami, rodzice nagrywali telefonami i wszystko było dobrze. Teraz nagle część Polski odkryła teksty jego piosenek i rozpoczęła debatę, czy państwo powinno chronić najmłodszych przed Królem Latino. A może wystarczyłoby coś znacznie prostszego?

Organizator informuje, jaki artysta wystąpi i czego można spodziewać się po jego repertuarze. Rodzic sprawdza, gdzie prowadzi swoje dziecko. A Skolim robi to, co robił do tej pory. Śpiewa. Potem jedzie na kolejny koncert. A po drodze być może zatrzymuje się na swojej stacji po kabanosy Skolima.

Bo wygląda na to, że największym problemem nie jest dziś to, czego słuchają dzieci, tylko kto akurat postanowił się tym oburzyć.

To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

O niżu demograficznym mówi się w Polsce od lat. Zazwyczaj jednak w taki sposób, jakby był problemem przyszłości – czymś, czym będziemy musieli martwić się za 10 albo 20 lat. Tymczasem na Podlasiu jego skutki zaczynają być widoczne już teraz. I bardzo dobrze pokazują to przedszkola.

W województwie podlaskim działa 645 placówek przedszkolnych. Łącznie oferują one 47 172 miejsca, podczas gdy zapisanych jest 40 913 dzieci. Według dostępnych danych szacunkowo wolnych pozostaje aż 6937 miejsc. To niemal 15 proc. całej dostępnej infrastruktury. To nie jest też wyłącznie problem małych miejscowości. W samym Białymstoku działa 171 placówek przedszkolnych, które łącznie wykazują 2077 wolnych miejsc. Tylko w 24 placówkach nie ma już żadnego wolnego miejsca, natomiast aż 68 deklaruje co najmniej 10 wolnych miejsc. W 11 placówkach wolnych jest ponad 40 miejsc, a rekordzista wykazuje ich aż 126.

Tak duża liczba wolnych miejsc nie oznacza już pojedynczych pustych krzeseł przy stolikach. W praktyce może oznaczać, że w wielu placówkach nie udało się utworzyć części planowanych grup albo że istniejąca infrastruktura została przygotowana dla znacznie większej liczby dzieci, niż obecnie jest chętnych. Jeżeli taki stan będzie się pogłębiał, część przedszkoli będzie musiała ograniczać liczbę oddziałów, zatrudnienie, a w dalszej perspektywie niektóre placówki mogą po prostu znikać lub już to właśnie robią.

Zaczną znikać przedszkola

Przedszkole nie staje się znacznie tańsze tylko dlatego, że zamiast 100 dzieci chodzi do niego 70. Nadal trzeba ogrzać budynek, zapłacić za prąd, sprzątanie, administrację i utrzymanie obiektu. Nadal potrzebni są nauczyciele, woźne, kuchnia czy obsługa techniczna. Przy spadającej liczbie dzieci koszt utrzymania jednego miejsca zaczyna więc rosnąć. W pewnym momencie samorządy staną przed prostym rachunkiem ekonomicznym: czy utrzymywać kilka częściowo pustych placówek, czy połączyć grupy i skoncentrować dzieci w mniejszej liczbie budynków. A wiemy jak to jest, gdy politycy (szczególnie przed wyborami) muszą coś zlikwidować. Wolą utrzymywać pustą fikcję za nasze pieniądze – tak jak robią to ze szpitalami.

Szczególnie mocno będzie to odczuwalne w małych miejscowościach. Tam likwidacja przedszkola to wyrok na społeczność. Likwidacja i tak małej liczby miejsc pracy: dla nauczycieli, administracji, kucharek, pracowników obsługi i osób zajmujących się utrzymaniem budynku. Pośrednio tracą również firmy dostarczające żywność, środki czystości czy wykonujące remonty. Demografia zaczyna więc przekładać się na lokalną gospodarkę.

Za chwilę ta sama fala dotrze do szkół

Dzisiejsze przedszkolaki za moment staną się uczniami. Jeżeli dzieci rodzi się mniej, nie istnieje żaden mechanizm, dzięki któremu nagle więcej pojawi się ich w pierwszych klasach szkół podstawowych. Niż po prostu przesuwa się razem z kolejnymi rocznikami. Najpierw zmniejsza się liczba grup przedszkolnych. Następnie klas w szkołach podstawowych. Później problem dociera do liceów, techników i szkół zawodowych. I tutaj konsekwencje mogą być jeszcze większe.

W małych miejscowościach szkoła zaraz po urzędzie często jest jednym z największych pracodawców finansowanych przez samorząd. Jeżeli zamiast dwóch klas pierwszych będzie można utworzyć jedną, potrzeba mniej godzin nauczycielskich. Jeżeli uczniów będzie jeszcze mniej, pojawi się pytanie o sens utrzymywania całej szkoły. Możliwe będą łączenia klas, ograniczanie etatów, łączenie placówek, a w skrajnych przypadkach ich zamykanie.

Dla gmin oznacza to bardzo trudny wybór. Utrzymywanie prawie pustej szkoły jest kosztowne, ale jej likwidacja sprawia jednocześnie, że politycy opozycji powiedzą – a my nie zlikwidujemy. I w ten sposób może powstać demograficzne błędne koło.

Potem przyjdzie czas na uczelnie

Kolejna fala dotrze do szkół średnich, a następnie na uczelnie. Największe i najbardziej rozpoznawalne kierunki prawdopodobnie poradzą sobie stosunkowo dobrze. Znacznie trudniejsza sytuacja może czekać mniej popularne kierunki oraz mniejsze szkoły wyższe. W Białymstoku w zasadzie wszystkie uczelnie prywatne już zniknęły lub ledwo przędą. Jeżeli maturzystów będzie coraz mniej, może to oznaczać zamykanie kierunków, łączenie grup, ograniczanie zatrudnienia.

Biorąc pod uwagę jak już Białystok jest mało atrakcyjny dla studentów, których przez ostatnie lata liczba zmniejszyła się o kilkadziesiąt tysięcy. To dla stolicy województwa podlaskiego niska demografia oznacza wyrok. Studenci wynajmują mieszkania, korzystają z gastronomii, sklepów, transportu i usług. Mniej studentów oznacza więc nie tylko problem uniwersytetu czy politechniki. To również mniej pieniędzy pozostających w mieście.

A później zabraknie pracowników

Dzisiejsze dzieci za kilkanaście czy dwadzieścia lat wejdą na rynek pracy. A będzie ich znacznie mniej niż osób z licznych roczników, które będą wtedy przechodziły na emeryturę. GUS w głównym scenariuszu prognozy ludności przewiduje, że województwo podlaskie może zmniejszyć swoją populację z około 1,143 mln mieszkańców w 2022 roku do około 1,101 mln w 2030 roku, 1,035 mln w 2040 roku i zaledwie około 885 tys. w 2060 roku.

Nie będzie to więc wyłącznie problem tego, że „będzie nas trochę mniej”. Zmieni się również struktura wieku mieszkańców. Coraz mniej będzie ludzi młodych i osób w wieku produkcyjnym, a większą część społeczeństwa będą stanowić seniorzy. To już zaczyna być dostrzegalne gołym okiem teraz. To oznacza mniej pracowników utrzymujących gospodarkę i jednocześnie większe zapotrzebowanie na ochronę zdrowia, opiekę i usługi skierowane do osób starszych.

Firmy będą walczyły o życie

Podlaskie może wejść w znacznie trudniejszy scenariusz niż zwykły „brak pracowników”. Już dziś rynek pracy w Białymstoku jest po prostu bardzo słaby. Małe firmy regularnie znikają, część przedsiębiorców ogranicza działalność, a duże zakłady nie tworzą takiej liczby nowych miejsc pracy, która mogłaby zatrzymać młodych ludzi w regionie. Nie mamy tu zbyt wiele stanowisk dla wysokiej jakości specjalistów. Główny pracodawca to urząd i budżetówka. Czyli coś, co nie wytwarza PKB, a je zużywa.

W takim układzie niż demograficzny nie musi wcale spowodować, że nagle pracodawcy zaczną bić się o każdego pracownika. Może wydarzyć się coś znacznie gorszego: razem z liczbą mieszkańców będzie kurczył się cały lokalny rynek. Mniej ludzi to mniej klientów sklepów, restauracji, usług, mieszkań na wynajem czy lokalnych firm. Dla przedsiębiorcy oznacza to mniejsze obroty i jeszcze mniejszą opłacalność inwestowania w regionie.

Kolejne firmy mogą więc ograniczać zatrudnienie albo całkowicie znikać, a młody człowiek, który nie znajdzie tu odpowiedniej pracy, wyjedzie tam, gdzie rynek oferuje mu większy wybór i wyższe zarobki. Czyli to co już się dzieje, ale w wersji ekstremalnej. W ten sposób powstaje bardzo niebezpieczne sprzężenie zwrotne: mieszkańców jest mniej, więc gospodarka słabnie, a ponieważ gospodarka słabnie, kolejni mieszkańcy wyjeżdżają.

Samorządy również będą miały problem

Mniej mieszkańców oznacza także mniejszą bazę podatkową. Jeżeli z gminy wyjeżdżają osoby młode i pracujące, zmniejszają się wpływy związane z ich dochodami i lokalną konsumpcją. Jednocześnie drogi, wodociągi, szkoły, urzędy czy komunikację nadal trzeba utrzymywać. Infrastruktura nie kurczy się razem z liczbą mieszkańców. Droga o długości 10 kilometrów kosztuje podobnie niezależnie od tego, czy korzysta z niej 10 tys., czy 7 tys. osób. Dlatego depopulacja szczególnie dotkliwa może być dla niewielkich gmin wiejskich. Koszt utrzymania infrastruktury w przeliczeniu na jednego mieszkańca będzie tam systematycznie rósł. Podobnie odczuwa to Białystok, z którego młodzi uciekają do gmin sąsiednich. Zatem miasto jest drenowane podwójnie – niżem demograficznym oraz ucieczką do sąsiada.

Przedszkola są dopiero pierwszym ostrzeżeniem

Dane dotyczące wolnych miejsc w podlaskich przedszkolach warto więc potraktować jako coś więcej niż ciekawostkę. To pierwszy etap znacznie większej zmiany. Dzisiaj mamy za dużo miejsc w części przedszkoli. Za kilka lat problem przejdzie do podstawówek. Potem do szkół średnich i uczelni. Jeszcze później odczują go przedsiębiorcy. Prognozy demograficzne nie pozostawiają przy tym wiele miejsca na optymizm. Urząd Statystyczny w Białymstoku w najnowszym opracowaniu dotyczącym sytuacji demograficznej regionu przedstawia już prognozy aż do 2060 roku, również w podziale na poszczególne gminy.

Niż demograficzny nie jest więc czymś, co dopiero nadchodzi. On już trwa. Na razie można go zobaczyć w pustych miejscach w przedszkolach. Za kilkanaście lat zobaczymy go w kolejnych miejscach. I właśnie dlatego zamiast zastanawiać się wyłącznie nad tym, jak utrzymać wszystkie istniejące placówki, Podlaskie powinno już dziś odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie: jak zorganizować region, jego edukację, gospodarkę i usługi publiczne tak, aby mogły dobrze funkcjonować także wtedy, gdy mieszkańców będzie znacznie mniej?

Czy Białystok może jeszcze wygrać przyszłość? Sztuczna inteligencja to ostatnia szansa.
Zdjęcie wygenerowane przez Sztuczną Inteligencję

Czy Białystok może jeszcze wygrać przyszłość? Sztuczna inteligencja to ostatnia szansa.

Od wejścia Polski do Unii Europejskiej minęły ponad dwie dekady. Białystok przez ten czas zmienił się wizualnie nie do poznania. Wyremontowano ulice, chodniki, place, budynki i przestrzenie publiczne. Powstały nowe drogi, stadion, kampus, parki i kolejne miejsca rekreacji. Miasto jest niewątpliwie bardziej estetyczne i wygodniejsze do życia niż w 2004 roku. Tylko że piękne miasto nie musi być miastem silnym gospodarczo.

Największym problemem Białegostoku ostatnich dwóch dekad nie jest bowiem brak inwestycji. Problem polega na tym, że ogromna część publicznej energii została skierowana na nadrabianie zaległości infrastrukturalnych, podczas gdy nie udało się stworzyć dziedziny, z którą Białystok byłby jednoznacznie kojarzony w Polsce i Europie.

Poznań ma silny przemysł, logistykę, handel i technologie. Wrocław przez lata budował pozycję jednego z najważniejszych polskich ośrodków IT, nowych technologii, przemysłu i centrów badawczo-rozwojowych. Kraków wykorzystał potencjał swoich uczelni, przyciągając międzynarodowe firmy technologiczne i centra usług.

A Białystok? Trudno wskazać odpowiedź. I właśnie to powinno niepokoić najbardziej.

Nie można przez kolejne 20 lat remontować miasta

Inwestycje infrastrukturalne były potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy stają się właściwie jedyną wizją rozwoju. Nie da się bez końca budować przewagi gospodarczej miasta na kolejnych remontach ulic, rewitalizacjach placów czy wymianie nawierzchni chodników. Takie inwestycje poprawiają jakość życia, ale nie powodują automatycznie, że powstają wysoko płatne miejsca pracy. Nie zatrzymują absolwentów uczelni. Nie ściągają naukowców. Nie tworzą przedsiębiorstw sprzedających swoje produkty na świecie. Potrzebna jest specjalizacja.

Białystok prawdopodobnie nie zostanie drugim Poznaniem pod względem przemysłu. Nie dogoni Warszawy jako centrum finansowego. Trudno będzie również powtórzyć drogę Krakowa czy Wrocławia, które swoją przewagę w sektorze międzynarodowych usług i IT budowały przez lata. Ale właśnie teraz pojawiło się coś, czego dwadzieścia lat temu praktycznie nie było. To sztuczna inteligencja. To jedna z największych zmian technologicznych od czasu upowszechnienia internetu. I jednocześnie rynek, którego podział dopiero trwa.

Wyścig już się rozpoczął

Problem w tym, że inne miasta również to zauważyły. Poznań buduje dziś swoją pozycję między innymi wokół PIAST-AI. Poznańskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe wraz z partnerami tworzy jedną z polskich fabryk sztucznej inteligencji należących do europejskiej sieci AI Factories. Komisja Europejska zalicza PIAST AIF do europejskiej infrastruktury mającej umożliwiać przedsiębiorstwom, naukowcom i startupom korzystanie z zaawansowanych zasobów AI.

To niezwykle ważne, bo za kilka czy kilkanaście lat zdanie „Poznań jest jednym z polskich centrów sztucznej inteligencji” może być równie naturalne jak dzisiejsze skojarzenie Wrocławia z sektorem IT. Białystok nie ma jeszcze takiej pozycji. Ale nie oznacza to, że startuje od zera.

Białystok ma ludzi. Tylko trzeba stworzyć im miejsce.

Politechnika Białostocka posiada Wydział Informatyki i już prowadzi projekty dotyczące sztucznej inteligencji. Jest między innymi liderem międzynarodowego projektu MAESTRO-AI, realizowanego wspólnie z uczelniami z Grecji, Rumunii i Portugalii, dotyczącego wykorzystania AI w nauczaniu matematyki i programowania. Uczelnia wprowadziła również własne zasady dotyczące stosowania generatywnej sztucznej inteligencji, rozwija kompetencje pracowników i studentów oraz wykorzystanie AI w badaniach, dydaktyce i administracji.

Jest Uniwersytet w Białymstoku, na którym w roku akademickim 2025/2026 kształci się ponad 8,5 tys. studentów. Są kolejne uczelnie, przedsiębiorcy oraz młodzi ludzie, którzy dziś po ukończeniu informatyki, matematyki czy kierunków technicznych nie zawsze znajdują w Białymstoku pracę odpowiadającą ich ambicjom. I tutaj pojawia się zasadnicze pytanie.

Co by się stało, gdyby Białystok podjął polityczną i gospodarczą decyzję, by być jednym z najważniejszych polskich ośrodków zastosowań sztucznej inteligencji?

Nie jako hasło promocyjne na konferencję. Jako plan na dziesięć lat.

Białystok nie musi budować własnego ChatGPT

Sztuczna inteligencja to znacznie więcej niż ChatGPT i generowanie tekstów. W dużym uproszczeniu jest to grupa technologii, które pozwalają komputerom analizować ogromne ilości danych, rozpoznawać w nich wzorce, przewidywać zdarzenia i podejmować lub wspierać decyzje. AI potrafi analizować zdjęcia rentgenowskie, wykrywać wady produktów na linii produkcyjnej, przewidywać awarie maszyn, sterować ruchem, rozpoznawać choroby roślin, optymalizować zużycie energii czy pomagać w projektowaniu nowych leków. Chatboty są więc tylko jednym z najbardziej widocznych zastosowań sztucznej inteligencji. Jej prawdziwa gospodarcza siła kryje się przede wszystkim tam, gdzie pozwala wykonywać zadania szybciej, dokładniej i taniej albo rozwiązywać problemy, których człowiek nie byłby w stanie samodzielnie przeanalizować ze względu na ogromną ilość danych.

Próba konkurowania z największymi światowymi firmami w tworzeniu gigantycznych modeli AI byłaby absurdalna. Potrzebne są do tego miliardy, ogromna infrastruktura obliczeniowa i tysiące specjalistów. Ale gospodarka oparta na sztucznej inteligencji jest znacznie szersza. Największą szansą Białegostoku mogłyby być praktyczne zastosowania AI w konkretnych branżach. Podlaskie jest jednym z najważniejszych regionów rolniczych i spożywczych w Polsce. Można rozwijać tutaj AI dla rolnictwa, mleczarstwa i przemysłu spożywczego: analizę obrazu, automatykę, robotykę, przewidywanie produkcji, wykrywanie chorób roślin, kontrolę jakości czy optymalizację zużycia energii.

Białystok posiada silne środowisko medyczne. To naturalna przestrzeń dla rozwoju systemów wspierających diagnostykę, analizę obrazów medycznych, zarządzanie ochroną zdrowia czy badania nad wykorzystaniem danych. Mamy przemysł maszynowy, firmy technologiczne i produkcyjne. Tutaj sztuczna inteligencja może być wykorzystywana do automatyzacji, analizy jakości produkcji, robotyki czy przewidywania awarii urządzeń. To właśnie w takich niszach można budować specjalizację. Nie „AI do wszystkiego”. AI do rzeczy, w których Podlasie już posiada doświadczenie.

Pierwszy krok już wykonano. Ale to zdecydowanie za mało.

W lipcu 2026 roku ogłoszono projekt „AI4Business – Centrum Sztucznej Inteligencji i Wsparcia Transformacji Cyfrowej Przedsiębiorstw”. Jego wartość wynosi 6,3 mln zł, z czego 5,3 mln zł pochodzi z funduszy europejskich. Projekt ma pomóc co najmniej 65 podlaskim małym i średnim przedsiębiorstwom między innymi w audytach, pilotażach i przygotowaniu wdrożeń wykorzystujących AI. To bardzo dobry kierunek. Tylko że 65 przedsiębiorstw nie zmieni gospodarczej pozycji regionu. Potrzebujemy myślenia w znacznie większej skali.

Wyobraźmy sobie Białostockie Centrum Sztucznej Inteligencji stworzone wspólnie przez miasto, województwo, Politechnikę Białostocką, Uniwersytet w Białymstoku, środowisko medyczne oraz przedsiębiorców. Nie kolejny urząd z sekretariatem, dyrektorem i kilkoma konferencjami rocznie. Prawdziwe centrum badawczo-wdrożeniowe.

Miejsce posiadające infrastrukturę obliczeniową, laboratoria, zespoły badawcze i fundusz umożliwiający finansowanie eksperymentalnych projektów. Miejsce, do którego przedsiębiorca przychodzi z problemem technologicznym, a naukowcy i programiści pomagają stworzyć rozwiązanie wykorzystujące AI. Obok niego powinien powstać program przyciągania startupów technologicznych. Tanie lub bezpłatne biura. Dostęp do infrastruktury. Granty na pierwsze projekty. Współpraca z uczelniami. Dostęp do przedsiębiorstw, w których można testować rozwiązania.

A przede wszystkim bardzo jasny komunikat wysyłany przez następne dziesięć lat: Jeżeli chcesz rozwijać sztuczną inteligencję w Polsce, możesz robić to w Białymstoku.

Trzeba zatrzymać najlepszych studentów

Białystok co roku kształci młodych ludzi, a następnie wysyła ich do Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy za granicę. To jeden z najbardziej absurdalnych mechanizmów rozwojowych. Państwo i samorządy wydają pieniądze na szkoły. Miasto tworzy infrastrukturę. Uczelnie kształcą specjalistę przez pięć lat. A kiedy człowiek osiąga wiek, w którym zaczyna generować największą wartość gospodarczą, wyjeżdża, ponieważ gdzie indziej czeka na niego lepsza praca.

Jeżeli Białystok chce zatrzymywać ambitnych dwudziesto- i trzydziestolatków, potrzebuje gospodarki oferującej im coś więcej niż argument, że tutaj są mniejsze korki i tańsze mieszkania niż w Warszawie. Potrzebuje ambitnych miejsc pracy. AI może takie miejsca stworzyć.

Być może właśnie małe miasto ma swoją przewagę

Białystok nie musi kopiować Warszawy. Odległości są niewielkie. Uczelnie, przedsiębiorcy i administracja znajdują się blisko siebie. Znacznie łatwiej stworzyć środowisko, w którym rektor, przedsiębiorca, prezydent miasta, marszałek i twórca startupu rzeczywiście mogą współpracować. Na równych zasadach. W technologiach często właśnie takie skupiska tworzą największą wartość. Warunek jest jeden: wszyscy muszą wiedzieć, dokąd zmierzają.

Jeżeli każdy będzie realizował własny niewielki projekt, organizował własną konferencję i wydawał kolejne kilka milionów złotych z funduszy europejskich, za dziesięć lat prawdopodobnie będziemy dokładnie w tym samym miejscu. Tylko chodniki będą jeszcze równiejsze.

Potrzeba decyzji

Najważniejszą rzeczą, której brakowało Białemustokowi po 2004 roku, nie były pieniądze. Tych dzięki członkostwu Polski w Unii Europejskiej pojawiło się bardzo dużo. Brakowało wielkiej gospodarczej ambicji. Odpowiedzi na pytanie w czym Białystok ma być naprawdę dobry. Przez ponad dwadzieścia lat takiej odpowiedzi nie znaleźliśmy. Sztuczna inteligencja daje możliwość, aby spróbować jeszcze raz.

Nie chodzi o ogłoszenie Białegostoku „polską Doliną Krzemową”. Takie hasło szybko stałoby się karykaturalne. Nie chodzi również o kolejną strategię liczącą 200 stron, która po konferencji trafi na półkę archiwum. Potrzeba kilku konkretnych decyzji: specjalizacji, centrum badawczo-wdrożeniowego, pieniędzy na startupy i badania, współpracy uczelni z przedsiębiorstwami, przyciągania specjalistów oraz konsekwentnego budowania marki miasta przez wiele lat.

Efekty nie pojawią się po jednej kadencji samorządu. Ale właśnie w ten sposób rozwijały się miasta, którym dziś zazdrościmy ich pozycji. W 2040 roku Białystok może być miastem, o którym mówi się w Polsce: tam powstają ciekawe rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję. Może też być miastem z kolejnymi pięknie wyremontowanymi ulicami, z którego najbardziej ambitni młodzi ludzie nadal wyjeżdżają rozwijać przyszłość gdzie indziej. Tym razem warto nie przespać swojej szansy.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

W Polsce udała się rzecz zdumiewająca. Części polityków i związanych z nimi środowisk przez lata skutecznie przekonywała ludzi, że ochrona przyrody jest czymś wymierzonym przeciwko zwykłemu człowiekowi. Że ekolog to ktoś, kto chce zamknąć las, zabronić zbierania grzybów, odebrać rolnikowi pole, rybakowi jezioro, a mieszkańcowi możliwość wejścia nad rzekę. Powstało nawet pogardliwe określenie „ekooszołom”, którym można było wygodnie przykleić łatkę każdemu, kto zadawał niewygodne pytania o wycinkę drzew, zabudowę wydm, osuszanie mokradeł czy betonowanie kolejnego kawałka wybrzeża.

Konstytucyjna ochrona

Tymczasem ochrona środowiska nie jest żadnym lewicowym wynalazkiem, fanaberią organizacji pozarządowych ani pomysłem przywiezionym z Brukseli. Jest wpisana wprost do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 5 mówi, że państwo zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju. Artykuł 74 idzie jeszcze dalej: ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych, a polityka państwa ma zapewniać bezpieczeństwo ekologiczne również przyszłym pokoleniom. I warto o tym przypominać szczególnie dziś, kiedy słowo „ochrona” zaczęło się wielu osobom kojarzyć przede wszystkim z zakazami.

Paradoks polega na tym, że część środowiska politycznego, które dzisiaj tak chętnie straszy ludzi „zamykaniem lasów”, sama pokazała już, jak wygląda prawdziwe zamknięcie lasów. W kwietniu 2020 roku, podczas epidemii COVID-19, po rekomendacji rządowego zespołu kryzysowego wprowadzono ogólnopolski zakaz wstępu do lasów. Straż Leśna miała go egzekwować. Zakaz obowiązywał od 3 kwietnia, a dostęp do lasów przywrócono 20 kwietnia. To właśnie był zakaz wstępu.

Ochrona przyrody zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej. Nie polega na ustawieniu szlabanu przed każdym lasem i wypędzeniu z niego człowieka. Najbardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczą szczególnych obszarów i wyjątkowo cennych fragmentów przyrody. W ogromnej części chronionych terenów nadal funkcjonują drogi, szlaki, turystyka, rolnictwo czy lokalne społeczności. Nawet przy obecnym sporze o planowany rezerwat Uroczysko Mszar koło Krasnopola Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska podkreśla, że utworzenie rezerwatu nie musi oznaczać zakazu zbierania grzybów, jagód czy żurawiny. Problem leży gdzie indziej.

Najważniejszą funkcją ochrony przyrody jest dzisiaj często obrona wspólnego dobra przed człowiekiem, który ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby próbować to dobro zamienić we własny biznes. Bo czym właściwie jest piękne jezioro? Dla mieszkańca jest miejscem spaceru, kąpieli, łowienia ryb, krajobrazem i częścią jego małej ojczyzny. Dla inwestora może być przede wszystkim działką, której wartość wzrośnie kilkukrotnie, jeżeli uda się postawić apartamentowiec wystarczająco blisko brzegu.

Czym jest nadmorski las? Dla tysięcy ludzi to wspólna przestrzeń. Dla dewelopera może być „potencjałem inwestycyjnym”. Czym jest widok na góry? Dobrem wspólnym czy produktem premium sprzedawanym za kilkadziesiąt tysięcy złotych za metr? Na tym właśnie polega konflikt, o którym zbyt rzadko mówi się wprost. Nie pomiędzy „ekologiem” i „zwykłym człowiekiem”. Pomiędzy interesem wspólnym a prywatną maksymalizacją zysku. Polska zna już wystarczająco dużo historii pokazujących, do czego prowadzi sytuacja, w której grunt jest wyjątkowo atrakcyjny, a przepisy ochronne zaczynają inwestorowi przeszkadzać.

W Mechelinkach nad Bałtykiem inwestor próbował wykorzystać specjalne przepisy covidowe, aby bez standardowego pozwolenia postawić dziesięć dwukondygnacyjnych domków. Oficjalnym uzasadnieniem miało być przeciwdziałanie COVID-19, możliwość kwarantanny i rekonwalescencji ozdrowieńców. Problem w tym, że inwestycja powstała na terenie objętym zakazem zabudowy, w sąsiedztwie rezerwatu Mechelińskie Łąki i w otulinie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Co więcej, jeszcze przed pandemią ten sam inwestor zabiegał o możliwość budowy w tym miejscu i jej nie uzyskał. Sprawa zakończyła się nakazem rozbiórki zabudowy i przywrócenia terenu do poprzedniego stanu.

W Zakopanem powstała historia niemal groteskowa. Na Bachledzkim Wierchu pojawiły się drewniane obiekty, choć teren objęty był ograniczeniami zabudowy. Inwestor przekonywał początkowo, że chodzi między innymi o „poidło dla koni”. Ostatecznie stanęło pięć domków turystycznych pod wynajem. W sierpniu 2026 roku zapadło prawomocne rozstrzygnięcie nakazujące ich rozebranie i przywrócenie działki do wcześniejszego stanu.

Nad morzem presję inwestycyjną widać jeszcze lepiej. W Dźwirzynie, które należy do gminy Kołobrzeg – a nie do miasta Kołobrzeg, co warto wyraźnie podkreślić – powstaje The Elements Resort. Inwestycja znajduje się około 50 metrów od plaży, w pierwszej linii brzegowej, i ma obejmować około 350 apartamentów. Materiały branżowe reklamują ją właśnie bliskością morza, widokiem i inwestycyjnym modelem zakupu lokali.

Sama legalna inwestycja nie jest oczywiście przestępstwem. Jest jednak świetnym obrazem tego, jak ogromną wartość finansową ma możliwość zabudowania przestrzeni znajdującej się tuż obok czegoś, czego nikt nie wyprodukował: plaży, morza, lasu czy jeziora. A w tej samej gminie pojawił się jeszcze dużo poważniejszy wątek.

We wrześniu 2022 roku CBA zatrzymało ówczesnego wójta gminy Kołobrzeg. Według śledczych chodziło o 300 tys. zł łapówki w zamian za korzystne zmiany w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Sprawa dotyczyła między innymi terenów w Dźwirzynie i inwestycji sanatoryjno-hotelowych. Prokuratura skierowała później akt oskarżenia przeciwko sześciu osobom.

Czy naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego planowanie przestrzenne i ochrona środowiska muszą mieć mocne zabezpieczenia?

Jeżeli zmiana kilku kresek na mapie może zmienić wartość gruntów o miliony złotych, presja zawsze będzie gigantyczna. Najbardziej spektakularnym symbolem tej logiki pozostaje jednak Stobnica. W środku obszaru Natura 2000 wyrósł kilkunastopiętrowy obiekt stylizowany na zamek. Budowa przez lata była przedmiotem sporów administracyjnych, śledztw i postępowań sądowych. W kwietniu 2026 roku Naczelny Sąd Administracyjny zakończył jeden z najważniejszych administracyjnych wątków sprawy, uznając, że nie ma podstaw do wzruszenia zgody na budowę. Jednocześnie nadal toczył się proces karny dotyczący nieprawidłowości przy realizacji inwestycji. I właśnie dlatego ochrona przyrody nie może być uzależniona wyłącznie od tego, kto ma większy kapitał, droższą kancelarię i więcej cierpliwości do prowadzenia postępowań przez kolejne lata.

A teraz wróćmy na Podlaskie rejony. W Krasnopolu mieszkańcy protestują przeciwko utworzeniu rezerwatu Uroczysko Mszar. Argumentują, że od pokoleń chodzą tam po grzyby, jagody czy żurawinę i obawiają się ograniczeń. Gmina wcześniej sprzeciwiała się także utworzeniu innych rezerwatów, a pod jednym z protestów podpisało się prawie tysiąc osób. Te obawy trzeba traktować poważnie. Nie wolno mieszkańców pouczać ani traktować jak ludzi, którzy „nie rozumieją ekologii”.

Ale warto zadać inne pytanie. Kto najbardziej skorzysta na tym, że określony teren nigdy nie dostanie silniejszej ochrony? Czy człowiek chodzący tam dwa razy w roku po grzyby? Czy może ktoś, kto za dziesięć lub dwadzieścia lat kupi odpowiednio położoną działkę? Podobny mechanizm widzimy wokół Siemianówki.

Dyskusja o ograniczeniu zbiornika w celu poprawy sytuacji Narwi wywołuje potężne emocje. Mieszkańcy i przedsiębiorcy związani z turystyką obawiają się utraty źródeł dochodu. Padają argumenty o bankructwach, spadku wartości nieruchomości i zniszczeniu gospodarki stworzonej wokół zbiornika. Przyrodnicy zwracają natomiast uwagę na wpływ wielkiego sztucznego akwenu na hydrologię Narwi i problem parowania ogromnych ilości wody.

I znowu: rozmowa o rekompensatach czy interesie mieszkańców jest potrzebna. Ale rzeka nie jest własnością właściciela pensjonatu stojącego nad zbiornikiem. Tak samo jak jezioro nie jest własnością właściciela działki przy brzegu. Rzeka jest systemem, od którego zależą całe regiony. Jeżeli jej funkcjonowanie zostaje zaburzone, koszty ponoszą ludzie oddaleni od konkretnego biznesu o dziesiątki, a czasem setki kilometrów.

Podlaskie powinno tę lekcję znać najlepiej. Przecież już kiedyś słyszeliśmy, że garstka „ekologów” przeszkadza w rozwoju regionu. Że przez Dolinę Rospudy musi przejść droga. Że protestujący komplikują życie normalnym ludziom. Że kilka roślin, ptaków czy bagien nie może być ważniejszych od inwestycji. Ludzi broniących Doliny Rospudy nazywano oszołomami. Symbolem protestu stały się desperackie próby zatrzymania budowy. Po latach mało kto chciałby już powiedzieć, że zachowanie Rospudy było błędem. To samo może dotyczyć kolejnych miejsc.

Największym sukcesem przeciwników ochrony przyrody było wmówienie zwykłemu człowiekowi, że ekolog stoi po drugiej stronie barykady. Tymczasem bardzo często ekolog stoi dokładnie po tej samej stronie co zwykły mieszkaniec. Po stronie człowieka, który nie ma miliona złotych na działkę nad jeziorem. Który nie kupi apartamentu za dwa miliony przy samej plaży. Który nie będzie miał prywatnego pomostu, zamkniętego osiedla ani tarasu z widokiem na morze.

Ale który chciałby nadal móc przyjechać nad tę plażę, wejść do lasu, popatrzeć na rzekę i pokazać ją swoim dzieciom. Bo kiedy ochrona przyrody przegrywa, przyroda bardzo często wcale nie staje się bardziej dostępna dla „zwykłych ludzi”. Najpierw znika las. Potem pojawia się płot. Za płotem apartamenty. A na końcu reklama:

„Ekskluzywna inwestycja w otoczeniu dziewiczej natury”. I właśnie przed tym przede wszystkim jest nam potrzebna ochrona przyrody.

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.
Tarcza Wschód w budowie - fot. gov.pl

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.

Na Podlasiu coraz częściej ścierają się dwie wizje przyszłości regionu. Pierwsza zakłada rozwój gospodarczy, nowe inwestycje, modernizację infrastruktury i wykorzystanie lokalnych zasobów. Druga stawia na ochronę krajobrazu, ciszę, przyrodę oraz zachowanie charakteru miejsca, który dla wielu mieszkańców jest największą wartością województwa. Żadnej z tych wizji nie można łatwo uznać za słuszną albo błędną. Problem zaczyna się wtedy, gdy korzyści z inwestycji otrzymują konkretne osoby lub przedsiębiorstwa, natomiast jej koszty ponosi znacznie większa grupa mieszkańców.

Panele zamiast łąk

Dobrym przykładem jest planowana budowa wielkopowierzchniowej elektrowni słonecznej w gminie Zabłudów. Inwestycja miałaby objąć ponad 200 hektarów prywatnych gruntów, z czego około 130 hektarów zostałoby zajętych przez panele. Część mieszkańców okolicznych miejscowości protestuje, wskazując na skalę przedsięwzięcia, bliskość zabudowań oraz możliwy wpływ na krajobraz i działalność gospodarstw agroturystycznych.

Zwolennicy podobnych inwestycji mogą odpowiedzieć, że energia odnawialna jest potrzebna, prywatni właściciele mają prawo korzystać ze swojej ziemi, a gmina nie może pozostawać na uboczu przemian gospodarczych. Podlasie nie powinno być traktowane jak skansen, w którym każda większa inwestycja jest z góry uznawana za zagrożenie. Przeciwnicy pytają jednak, czy rozwój musi oznaczać ustawienie przemysłowej instalacji tuż obok ich domów. Z ich perspektywy nie jest to abstrakcyjny spór o transformację energetyczną, lecz trwała zmiana otoczenia, w którym mieszkają, odpoczywają i niekiedy prowadzą działalność turystyczną.

Panele mogą produkować czystą energię, ale jednocześnie zmieniają krajobraz. To, co dla inwestora jest źródłem dochodu, dla sąsiada może oznaczać utratę widoku, poczucia przestrzeni oraz dotychczasowego charakteru miejscowości. Obie strony patrzą więc na tę samą inwestycję, ale widzą zupełnie inne rzeczy.

Przyroda, bezpieczeństwo i granice wolności

Podobne napięcie pojawia się przy planach związanych z przyrodniczym komponentem Tarczy Wschód. Ministerstwo Obrony Narodowej oraz Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapowiedziały zmiany w sposobie gospodarowania lasami przy wschodniej granicy. W debacie pojawiły się określenia stref „no-go” i „slow-go”, których zasadniczym celem ma być utrudnienie przemieszczania się potencjalnych wojsk przeciwnika poprzez odpowiednie kształtowanie terenu i roślinności.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa oraz ochrony przyrody taki projekt może wydawać się korzystny. Ograniczenie wycinki, pozostawianie większej ilości martwego drewna, odtwarzanie mokradeł czy zwiększanie naturalnej retencji mogą służyć zarówno środowisku, jak i obronności. Mieszkańcy terenów przygranicznych mogą jednak obawiać się, że decyzje podejmowane na poziomie centralnym będą coraz mocniej wpływały na ich codzienne życie. Pojawiają się pytania o dostęp do lasów i terenów przygranicznych, możliwość prowadzenia działalności gospodarczej, korzystania z własności oraz rozwijania turystyki.

W tym przypadku konflikt nie przebiega wyłącznie pomiędzy rozwojem a ochroną przyrody. Dotyczy także granicy pomiędzy interesem państwa a swobodą mieszkańców. Przyroda może zyskać, bezpieczeństwo może zostać wzmocnione, ale jednocześnie część ludzi może odczuwać, że traci wpływ na otoczenie, w którym żyje.

Żwirownia daje miejsca pracy, ale zabiera krajobraz

Jeszcze wyraźniej problem widać w przypadku żwirowni działających w okolicach Sokółki. Wzgórza Sokólskie są obszarem cenionym ze względu na urozmaiconą rzeźbę terenu oraz walory przyrodnicze, krajobrazowe, kulturowe i wypoczynkowe. Jednocześnie znajdują się tam złoża, których wydobycie może przynosić przedsiębiorcom znaczne dochody, zapewniać zatrudnienie i dostarczać materiałów potrzebnych między innymi w budownictwie.

Z punktu widzenia właściciela złoża lub przedsiębiorstwa wydobywczego eksploatacja kruszywa jest legalną działalnością gospodarczą. Z punktu widzenia mieszkańców oznacza jednak ciężki transport, hałas, pył, zmianę stosunków wodnych oraz trwałe przekształcenie terenu. Żwir zostaje sprzedany, pieniądze trafiają do przedsiębiorstwa, a powstałe wyrobisko pozostaje na miejscu. Nawet jeżeli teren zostanie później poddany rekultywacji, pierwotny krajobraz może już nigdy nie powrócić.

Właśnie tutaj najlepiej widać nierównowagę pomiędzy prywatnym zyskiem a społecznym kosztem. Korzyść można stosunkowo łatwo policzyć w złotówkach. Znacznie trudniej wycenić utracony krajobraz, pogorszenie komfortu życia albo fakt, że dana okolica przestaje być atrakcyjna turystycznie i mieszkaniowo.

Konfliktu nie da się całkowicie rozwiązać

Takich przykładów można znaleźć znacznie więcej. Budowa drogi w Puszczy poprawia komunikację, ale ingeruje w przyrodę. Elektrownia wiatrowa produkuje energię, ale zmienia panoramę okolicy i wprowadza hałas. Nowe osiedle przynosi podatki i mieszkania, ale zabiera pola oraz tereny zielone. Rezerwat chroni przyrodę, ale może ograniczać działalność gospodarczą.

Nie istnieje rozwiązanie, które jednocześnie zapewni nieograniczony rozwój, pełną ochronę krajobrazu, całkowitą swobodę właścicieli gruntów i brak uciążliwości dla sąsiadów. Te interesy są ze sobą sprzeczne i prawdopodobnie zawsze będą prowadziły do konfliktów. Nie oznacza to jednak, że społeczeństwo powinno bezradnie przyglądać się każdej inwestycji albo automatycznie ją blokować. Najważniejsze pytanie może brzmieć inaczej: kto otrzymuje korzyści, a kto ponosi koszty?

Jeżeli inwestycja przynosi prywatny zysk, ale powoduje mierzalne straty po stronie lokalnej społeczności, rozsądne wydaje się stworzenie mechanizmu rekompensaty. Mogłyby to być dodatkowe opłaty przeznaczone bezpośrednio na rozwój danej miejscowości, fundusze dla mieszkańców, inwestycje w drogi i przestrzeń publiczną, pasy zieleni osłaniające instalacje, ograniczenia dotyczące transportu lub inne rozwiązania uzgodnione ze społecznością.

Rekompensata nie sprawi, że farma fotowoltaiczna zniknie z krajobrazu, żwirownia przestanie być żwirownią, a ograniczenia przy granicy nie będą odczuwalne. Może jednak przywrócić elementarną równowagę. Skoro mieszkańcy mają ponosić część kosztów inwestycji lub decyzji podejmowanej w interesie innych podmiotów, powinni również otrzymać część wynikających z niej korzyści.

Spór pomiędzy rozwojem a spokojem pozostanie nierozwiązywalny, ponieważ obie wartości są potrzebne. Podlasie nie musi wybierać wyłącznie pomiędzy byciem przemysłowym zapleczem a przyrodniczym skansenem. Powinno natomiast wypracować zasadę, zgodnie z którą rozwój nie odbywa się cudzym kosztem bez rozmowy, udziału mieszkańców i uczciwego wyrównania ponoszonych strat.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Władze województwa podlaskiego ogłosiły zakup dwóch pierwszych w regionie hybrydowych zespołów trakcyjnych. Pojazdy wyprodukuje firma NEWAG, a wartość umowy wynosi niemal 118 mln zł. Jeden skład będzie więc kosztował blisko 59 mln zł. Zakup otrzymał 80 mln zł unijnego dofinansowania, natomiast pozostała część zostanie pokryta z budżetu województwa. Nowoczesny tabor jest oczywiście potrzebny. Pasażerowie oczekują komfortowych, dostępnych i niezawodnych pociągów. Problem polega jednak na tym, że województwo podlaskie konsekwentnie inwestuje dziesiątki milionów złotych w pojazdy kolejowe, lecz nadal nie posiada własnego regionalnego przewoźnika.

Samorząd kupuje pociągi, a następnie w przetargu wybiera zewnętrzną firmę, która będzie nimi (ale także swoimi) wozić pasażerów. Obecnie województwo dysponuje sześcioma elektrycznymi i jedenastoma spalinowymi zespołami trakcyjnymi. Wszystkie te pojazdy, stanowiące majątek samorządu, zostały przekazane w dzierżawę Polregio, które otrzymało także kontrakt na realizowanie przewozów w latach 2026–2030. Wartość pięcioletniej umowy wynosi blisko 400 mln zł.

Dolny Śląsk pokazał, że można inaczej

W innych częściach kraju samorządy wybrały zupełnie inną drogę. Najlepszym przykładem są Koleje Dolnośląskie — spółka należąca do samorządu województwa, która samodzielnie organizuje przewozy, rozwija połączenia, zatrudnia pracowników i buduje własną markę. Dzięki temu odpowiedzialność jest jasna. Samorząd posiada tabor, zarządza przewoźnikiem i bezpośrednio odpowiada przed mieszkańcami za jakość połączeń.

W Podlaskiem wygląda to inaczej. Województwo kupuje pociągi za publiczne pieniądze, a następnie płaci kolejnej spółce za ich obsługę. Trudno uznać taki model za najlepszy z możliwych, szczególnie gdy mówimy o inwestycjach liczonych już nie w milionach, ale w setkach milionów złotych.

Historia przetargów na podlaskie przewozy pokazuje ponadto, że wybór operatora nie zawsze przebiegał bez sporów. W jednym z postępowań Polregio odwołało się do Krajowej Izby Odwoławczej, gdy rozstrzygnięcie było dla tej spółki niekorzystne. W kolejnym postępowaniu odwołanie składała Arriva, kwestionując część wyjaśnień dotyczących oferty Polregio. KIO rozpatrywała te sprawy, nakazywała ponowne badanie określonych elementów postępowania albo oddalała zarzuty. Ostatecznie kontrakt na lata 2026–2030 otrzymało Polregio.

Pokazuje to jak skomplikowany i konfliktogenny jest obecny system. Co kilka lat samorząd musi przeprowadzać wielkie postępowanie, rozpatrywane są odwołania, a przyszłość regionalnych połączeń zależy od wyniku rywalizacji zewnętrznych operatorów. Własna spółka kolejowa pozwoliłaby budować stabilny system na dziesięciolecia, a nie tylko od jednego przetargu do następnego.

Hybrydowe pociągi mają sens. Trzeba tylko wiedzieć, dokąd mają jeździć.

Nowe składy będą mogły korzystać zarówno z napędu elektrycznego, jak i spalinowego. To bardzo ważna cecha w województwie, w którym duża część linii kolejowych nadal nie posiada sieci trakcyjnej. Takie pojazdy mogą sprawdzić się między innymi na trasie z Białegostoku przez Sokółkę do Augustowa i Suwałk. Odcinek na północ od Sokółki nie jest zelektryfikowany i obecnie nic nie wskazuje na to, aby sieć trakcyjna pojawiła się tam w najbliższych latach. Hybryda mogłaby więc wyjechać z Białegostoku, korzystając z energii elektrycznej, a następnie kontynuować podróż po niezelektryfikowanej linii bez konieczności zmiany pojazdu.

Ale jest jeszcze jedna trasa, o której niedawno pisaliśmy na Podlaskie.TV. Białystok nadal nie ma normalnego, regularnego i bezpośredniego połączenia kolejowego z Lublinem przez Bielsk Podlaski, Czeremchę, Siedlce, Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew. Pasażerowie najczęściej muszą podróżować przez Warszawę, choć wszystkie potrzebne odcinki kolejowe istnieją i są wykorzystywane w ruchu pasażerskim.

Przeszkodą pozostaje brak elektryfikacji znacznej części trasy pomiędzy Białymstokiem a Siedlcami. Tak jak pisaliśmy, nie uniemożliwia to wprowadzenia już teraz połączenia, ale jest przeszkodą. I właśnie tutaj zakup hybrydowych zespołów trakcyjnych nabiera szczególnego znaczenia.

Skoro województwo kupuje pojazdy potrafiące poruszać się zarówno pod siecią trakcyjną, jak i bez niej, to argument o braku elektryfikacji przestaje być wystarczającym usprawiedliwieniem dla braku połączenia Białystok–Lublin. Oczywiście uruchomienie takiej trasy wymaga współpracy trzech województw (bo chyba dla żartu autorzy reformy samorządowej w 1999 roku wcisnęli kawałek Mazowieckiego pomiędzy Podlaskie i Lubelskie), uzgodnienia rozkładu, finansowania i dostępu do infrastruktury. Nie jest to jednak problem technicznie niemożliwy do rozwiązania.

Nowoczesny pociąg nie powinien być jedynie eksponatem prezentowanym podczas konferencji prasowych. Powinien służyć do uruchamiania połączeń, których mieszkańcy rzeczywiście potrzebują.

Marszałku, czas na Koleje Podlaskie

Już wcześniej apelowaliśmy na Podlaskie.TV o utworzenie Kolei Podlaskich. Podtrzymujemy ten apel. Skoro województwo posiada siedemnaście pojazdów, kupuje dwa kolejne za niemal 118 mln zł i rozważa zamówienie następnych czterech, to najwyższy czas zadać podstawowe pytanie: dlaczego cały ten majątek nie może być wykorzystywany przez własną spółkę samorządową?

Koleje Podlaskie nie musiałyby od pierwszego dnia przejmować wszystkich tras. Spółkę można rozwijać stopniowo — rozpocząć od obsługi wybranych połączeń, zbudować zaplecze techniczne, zatrudnić maszynistów i pracowników, a później rozszerzać działalność. Dokładnie tak rozwijały się samorządowe koleje w innych województwach. Własny przewoźnik oznaczałby większą kontrolę nad rozkładem jazdy, standardem obsługi, stanem taboru i informacją dla pasażerów.

Zakup hybrydowych pociągów może być dobrym krokiem. Ale sam zakup taboru nie jest jeszcze polityką transportową. Prawdziwym historycznym wydarzeniem byłoby stworzenie spójnej, odpowiedzialnej i zarządzanej w regionie kolei.

Panie Marszałku, skoro województwo potrafi kupować własne pociągi, powinno również potrafić stworzyć własnego przewoźnika. Czas na Koleje Podlaskie.

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

W sobotę o godzinie 17.00 w wielu polskich miastach ponownie zawyją syreny. Oficjalnie będzie to symboliczne uczczenie 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Stolica zatrzyma się na minutę w godzinę „W”, a podobne sygnały zostaną uruchomione również w innych częściach kraju. Piękny gest? Owszem. Pod warunkiem że syrena jest dzwonem, hejnałem albo instrumentem w orkiestrze dętej. Tyle że nie jest.

Syrena alarmowa jest urządzeniem służącym do alarmowania (a to ciekawe!) ludzi o niebezpieczeństwie. Jej dźwięk powinien oznaczać mniej więcej tyle: przerwij to, co robisz, sprawdź komunikaty, znajdź schronienie, bo być może za chwilę stanie się coś bardzo złego.

W Polsce oznacza natomiast wszystko

Rocznicę. Ćwiczenia. Test techniczny. Pamięć historyczną. Zagrożenie. Odwołanie zagrożenia. Czasami uroczystość państwową, czasami samorządową, a czasami fakt, że ktoś w urzędzie postanowił sprawdzić, czy przycisk nadal działa. Nie mamy już systemu alarmowania. Mamy narodową trąbkę do obsługi dowolnej okazji. Dziesięć dni temu test. Wczoraj prawdziwe zagrożenie. Jutro rocznica.

21 lipca w całym kraju odbywały się ćwiczenia „ALARM-26”. W godzinach od 7.00 do 19.00 uruchamiano systemy ostrzegania, sprawdzając między innymi procedury, słyszalność syren i działanie infrastruktury. Mieszkańców uprzedzano, że to tylko trening i nie należy się niepokoić. Czyli syrena wyje, ale spokojnie. Nad ranem 30 lipca syreny obudziły mieszkańców Lubelszczyzny. Tym razem nie chodziło o akademię, rekonstrukcję ani test głośników. Alarm uruchomiono w związku z rosyjskim atakiem na Ukrainę, aktywnością lotnictwa przy polskiej granicy i pojawieniem się niezidentyfikowanego obiektu. Czyli syrena wyje i tym razem być może naprawdę należy się bać. A jutro znów zawyje. Ale spokojnie, tym razem czcimy rocznicę.

Jeszcze kilka takich rund i obywatel po usłyszeniu alarmu będzie zastanawiał się nie nad tym, gdzie jest najbliższe bezpieczne miejsce, lecz nad tym, czy przypadkiem nie wypada dziś jakaś bitwa, powstanie, katastrofa albo lokalny jubileusz koła gospodyń wiejskich.

Państwo uczy ludzi ignorowania własnych alarmów

Zjawisko jest banalne i znane każdemu, kto kiedykolwiek miał w samochodzie wadliwy czujnik. Pierwszy sygnał niepokoi. Drugi sprawdzasz. Przy trzecim wzdychasz. Po dziesiątym podgłaśniasz radio. Tak właśnie powstaje zobojętnienie alarmowe. Im częściej sygnał ostrzegawczy pojawia się bez realnego zagrożenia, tym mniejszą wywołuje reakcję. Nie dlatego, że ludzie są głupi, leniwi albo niepatriotyczni. Dlatego, że ich mózg całkiem rozsądnie uczy się, iż ten dźwięk najczęściej niczego od nich nie wymaga.

Państwo prowadzi więc bardzo osobliwy program szkoleniowy: regularnie trenuje obywateli, żeby ignorowali system, który może kiedyś uratować im życie. Najpierw informuje: „usłyszycie syreny, ale nie reagujcie”. Potem: „usłyszeliście syreny, to było prawdziwe zagrożenie”. Następnie: „jutro znów usłyszycie syreny, ale tym razem stańcie na baczność”. Jeszcze brakuje tylko komunikatu: „W środę syreny zostaną użyte do przypomnienia o odbiorze odpadów wielkogabarytowych”.

Pamięć o powstańcach nie wymaga psucia systemu bezpieczeństwa

Krytyka używania syren nie jest krytyką Powstania Warszawskiego ani pamięci o jego uczestnikach. To wygodny chwyt tych, którzy każdą dyskusję chcą zamknąć pytaniem: „Czy przeszkadza panu oddawanie hołdu bohaterom?”. Nie. Przeszkadza mi używanie urządzenia alarmowego do celów ceremonialnych w państwie leżącym przy kraju napadniętym przez Rosję. Powstańców można uczcić minutą ciszy. Zatrzymaniem ruchu. Dzwonami kościelnymi. Hejnałem. Sygnałem emitowanym z miejskich głośników. Komunikatem w radiu i telefonach. Flagami. Uroczystościami. Światłami. Dosłownie setką sposobów, które nie polegają na rozmywaniu znaczenia podstawowego narzędzia obrony cywilnej.

Syrena powinna wyć wtedy, gdy człowiek ma coś zrobić. Nie wtedy, gdy ma coś wspominać. To rozróżnienie naprawdę nie wymaga doktoratu z zarządzania kryzysowego. Halyna, baczność. Albo i nie. Jutro więc znów zawyje. Jedni staną. Inni nagrają film telefonem. Ktoś pomyśli, że są ćwiczenia. Ktoś inny sprawdzi kalendarz. Większość nawet nie oderwie wzroku od ekranu, bo przecież syreny ostatnio wyją regularnie i prawie zawsze po chwili okazuje się, że „nie ma powodów do niepokoju”.

A kiedy pewnego dnia powody naprawdę będą, usłyszymy zapewne zdziwione pytanie: dlaczego ludzie nie zareagowali? Ano dlatego, że wcześniej przez lata tresowano ich, żeby nie reagowali. Bohater mema przynajmniej próbował zachować się patriotycznie. Pomylił powstania, pożegnał się z Halyną, wyszedł oddać hołd i dopiero wtedy zobaczył błysk. My jesteśmy już o etap dalej. Usłyszymy syrenę, przewrócimy się na drugi bok i pomyślimy: „Dajcie spokój. Pewnie znowu jakaś rocznica”.

Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna

Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna

Ten tytuł może zabrzmieć jak jakaś herezja, ale gdy zapoznacie się z merytorycznymi argumentami, sami powiecie, że Białystok wyda pół miliarda na halę, która nie jest nikomu potrzebna.

Stolica województwa jest coraz bliżej budowy hali widowiskowo-sportowej. Do przetargu zgłosiły się trzy firmy, a najtańsza oferta opiewa na blisko 485 milionów złotych. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, po podpisaniu umowy wykonawca będzie miał 30 miesięcy na zakończenie inwestycji.

Można byłoby więc powiedzieć: wreszcie. O hali mówi się przecież w Białymstoku od kilkunastu lat. Problem polega na tym, że przez te kilkanaście lat zmieniło się miasto, zmienił się rynek wydarzeń, zmieniły się oczekiwania publiczności i zmieniła się skala przedsięwzięć organizowanych w Polsce. Tymczasem Białystok nadal próbuje zrealizować pomysł będący odpowiedzią na potrzeby z zupełnie innej epoki.

To nie jest zarzut do prezydenta Tadeusza Truskolaskiego, że hali wcześniej nie zbudował. Historia tej inwestycji sięga co najmniej 2012 roku, kiedy rozstrzygnięto konkurs architektoniczny. Później przedsięwzięcie na lata utknęło między kolejnymi procedurami, dokumentami, decyzjami i zastrzeżeniami dotyczącymi planowanej lokalizacji. Pozwolenie na budowę miasto otrzymało dopiero w 2024 roku. Można więc przyjąć, że władze Białegostoku rzeczywiście próbowały doprowadzić projekt do końca, lecz przez wiele lat nie mogły tego zrobić.

Tyle że właśnie dlatego należało w pewnym momencie zatrzymać się i zadać podstawowe pytanie: czy hala wymyślona kilkanaście lat temu nadal jest tym, czego Białystok potrzebuje najbardziej?

Hala dla sportu, którego w Białymstoku nie ma

Planowany obiekt ma mieć ponad 30 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni, cztery kondygnacje i widownię na około 6,4 tysiąca osób. W środku powstaną boiska, trybuny, zaplecze treningowe, strefa odnowy biologicznej, przestrzenie dla zawodników, artystów i mediów, lokale gastronomiczne oraz centrum konferencyjne.

Na papierze wygląda to imponująco. Tylko komu właściwie ma służyć największa funkcja tego obiektu, czyli arena sportowa na kilka tysięcy widzów?

Białystok nie ma dziś ani w koszykówce, ani w siatkówce, ani w piłce ręcznej zespołu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Tym bardziej nie ma drużyny, której regularne mecze przyciągałyby sześć tysięcy kibiców. Duża hala może pomóc klubom się rozwinąć, ale nie stworzy automatycznie silnej drużyny, sponsorów, wieloletniego finansowania ani tysięcy kibiców. Wznoszenie ogromnego obiektu z nadzieją, że kiedyś pojawi się zespół, który będzie go regularnie zapełniał, przypomina budowę portu w oczekiwaniu, że później znajdą się statki. Najpierw musi być popyt.

Na największe koncerty hala będzie za mała

Drugim argumentem mają być koncerty. I tu problem z wielkością obiektu staje się jeszcze bardziej widoczny. Stadion miejski ma ponad 22 tysiące miejsc na trybunach. Podczas koncertów dochodzi do tego publiczność stojąca na płycie. Koncert Sanah pokazał, że w Białymstoku można zgromadzić około 25 tysięcy widzów. Stadion, który przede wszystkim służy Jagiellonii, jest jednocześnie miejscem zdolnym przyjąć największe wydarzenia muzyczne organizowane w regionie.

Hala z widownią na około 6,4 tysiąca osób, nawet po ustawieniu części publiczności na płycie, pozostanie obiektem kilka razy mniejszym. Nie będzie więc realną konkurencją dla stadionów, na których występują największe gwiazdy. Stadion ma 22 372 miejsca na trybunach, a sam obiekt reklamuje się również jako przestrzeń do organizowania koncertów i dużych wydarzeń kulturalnych.

Nowa hala może oczywiście przyciągnąć wykonawców, dla których stadion jest za duży. Ale w tym segmencie rynku Białystok nie znajduje się na pustyni. Są kluby, sale widowiskowe, kampus Uniwersytetu w Białymstoku, obiekty sportowe, a przede wszystkim Opera i Filharmonia Podlaska. Nie chodzi więc o to, że w hali nie odbędzie się żaden koncert. Odbędą się. Pytanie brzmi, czy sporadyczne występy na kilka tysięcy osób uzasadniają wydanie niemal pół miliarda złotych i późniejsze ponoszenie kosztów utrzymania całego obiektu.

Opera już ma scenę, której może pozazdrościć wiele miast

W oficjalnych zapowiedziach hali pojawiają się również spektakle i wydarzenia kulturalne. Tyle że Białystok posiada Operę i Filharmonię Podlaską – obiekt stworzony właśnie do realizacji wymagających przedsięwzięć scenicznych.

Duża Scena Opery ma około 20 metrów szerokości i 16 metrów głębokości. Wyposażono ją w cztery dwupoziomowe zapadnie, scenę obrotową, 53 sztankiety, automatyczną mechanikę sceniczną oraz rozbudowany system oświetlenia i nagłośnienia. Widownia może być konfigurowana na ponad tysiąc osób. To nie jest zwykła sala ze sceną ustawioną na końcu parkietu, lecz jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie obiektów teatralnych w tej części Polski.

Hala sportowa może przyjąć objazdowy musical, kabaret, widowisko telewizyjne albo koncert z własną produkcją. Nie zastąpi jednak Opery jako miejsca stworzonego do wystawiania spektakli. Będzie po prostu kolejną przestrzenią, którą trzeba będzie zapełnić wydarzeniami, aby nie świeciła pustkami.

Konferencje i targi? Miejsce już jest

Kolejnymi funkcjami mają być konferencje, wystawy i wydarzenia biznesowe. Również tutaj trudno wskazać brak infrastruktury, który uzasadniałby inwestycję tej skali.

Stadion miejski dysponuje dwunastoma salami rozmieszczonymi na czterech kondygnacjach. Największe przestrzenie mają prawie 1300 metrów kwadratowych i mogą przyjmować kilkaset osób. Sam stadion oferuje organizację konferencji, szkoleń, wydarzeń firmowych i targów. Do wykorzystania są również powierzchnie wystawiennicze wewnątrz i na zewnątrz obiektu, a w szczególnych przypadkach nawet płyta główna o powierzchni około 7500 metrów kwadratowych.

Do tego dochodzą hotele, uczelnie, Opera, Białostocki Park Naukowo-Technologiczny oraz liczne prywatne centra konferencyjne. Białystok może potrzebować lepszej koordynacji i promocji tych przestrzeni, ale trudno twierdzić, że cierpi na brak sal, w których da się przeprowadzić konferencję.

Pół miliarda za uzupełnienie istniejącej oferty

Najtańsza oferta w przetargu wynosi niemal 485 milionów złotych brutto. Najdroższa przekracza 537 milionów. Do tego trzeba będzie doliczyć późniejsze wyposażenie, bieżące utrzymanie, ogrzewanie, ochronę, remonty, obsługę techniczną i ewentualne dopłaty do funkcjonowania obiektu. Za te pieniądze Białystok nie otrzyma ani hali odpowiadającej na potrzeby istniejącego klubu z wielotysięczną publicznością, ani największej areny koncertowej we wschodniej Polsce, ani obiektu kulturalnego przewyższającego możliwości Opery, ani jedynego miejsca zdolnego przyjmować targi i kongresy.

Otrzyma bardzo drogi obiekt, który będzie po trochu halą sportową, salą koncertową, centrum konferencyjnym, powierzchnią targową i zapleczem rekreacyjnym. Każdą z tych funkcji będzie spełniał, ale w niemal każdej będzie konkurował z miejscami, które już w Białymstoku istnieją.

I właśnie tutaj znajduje się największa słabość tej inwestycji. Nie chodzi o to, że hala będzie całkowicie bezużyteczna. Z pewnością znajdzie zastosowanie. W tak dużym mieście zawsze da się zorganizować mecze, gale, targi, koncerty, widowiska, kongresy i imprezy szkolne. Pytanie nie brzmi jednak: czy cokolwiek będzie się tam odbywać? Pytanie brzmi: czy korzyści będą warte pół miliarda złotych?

Albo naprawdę duża arena, albo znacznie tańszy obiekt

Gdyby Białystok zdecydował się stworzyć obiekt o rzeczywiście ponadregionalnej skali, zdolny przyciągać największe koncerty i wydarzenia z całej Polski oraz krajów sąsiednich, rozmowa wyglądałaby inaczej. Musiałaby to jednak być arena mieszcząca dziesiątki tysięcy osób – w skrajnym wariancie nawet około 40–50 tysięcy – a więc obiekt o znaczeniu krajowym, nie lokalna hala powiększona o centrum konferencyjne.

Taka inwestycja również byłaby niezwykle droga i obarczona ogromnym ryzykiem. Miałaby jednak przynajmniej czytelny cel: sprawić, aby Białystok stał się jednym z najważniejszych miejsc wielkich wydarzeń w Polsce.

Alternatywą byłaby dużo mniejsza i tańsza hala sportowa, odpowiadająca realnym potrzebom miejscowych klubów, szkół, zawodników i mieszkańców. Bez monumentalnej formy, bez kosztownego udawania centrum wszystkiego i bez tworzenia obiektu, który od pierwszego dnia będzie musiał walczyć o wydarzenia z Operą i stadionem.

Miasto wybrało rozwiązanie pośrednie, a rozwiązania pośrednie bywają najdroższe. Hala będzie zbyt duża dla większości lokalnych drużyn, ale za mała dla największych koncertów. Będzie oferowała rozbudowaną scenę wydarzeń, choć Białystok ma Operę. Będzie posiadała sale konferencyjne i powierzchnie targowe, choć takie przestrzenie działają już na stadionie.

Kilkanaście lat temu hala na 6,4 tysiąca miejsc mogła być symbolem skoku cywilizacyjnego Białegostoku. Dzisiaj wygląda raczej jak spóźniona odpowiedź na pytanie, którego nikt już nie zadaje.

Najgorszym argumentem za jej budową byłoby stwierdzenie, że skoro mieszkańcy czekali na nią tak długo, to teraz trzeba ją wybudować za wszelką cenę. Czasem długo oczekiwana inwestycja staje się jeszcze bardziej potrzebna. Czasem jednak po latach okazuje się, że świat poszedł dalej, a projekt został w miejscu.

Białystok powinien więc jeszcze raz policzyć nie tylko koszt budowy hali, lecz także cenę jej późniejszego utrzymania i realną liczbę wydarzeń, których nie da się zorganizować w żadnym z istniejących obiektów. Bo pół miliarda złotych to zbyt duża kwota, by wydawać ją wyłącznie po to, aby po kilkunastu latach móc powiedzieć: wreszcie ją mamy.

Burmistrz Wasilkowa strzelił sobie w stopę. Bezmyślne kopiowanie Białegostoku.
fot. UM Wasilków

Burmistrz Wasilkowa strzelił sobie w stopę. Bezmyślne kopiowanie Białegostoku.

Wasilków przez lata wygrywał z Białymstokiem czymś bardzo prostym: był blisko miasta, ale nie próbował go bezmyślnie kopiować. Można było tu mieszkać spokojniej, dojechać nad zalew bez analizowania aplikacji parkingowych, parkometrów i regulaminów, a przestrzeń publiczna nie była jeszcze traktowana wyłącznie jako okazja do pobierania kolejnych opłat.

Od 10 lipca ma się to zmienić. Parking przy zalewie od strony ul. Jurowieckiej będzie płatny przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Każda godzina postoju ma kosztować 5 zł, doba 35 zł, a za brak opłaty kierowca może zapłacić dodatkowe 200 zł. Darmowych godzin jak w galerii handlowej czy innym sklepie – brak. Innymi słowy – skok na kasę.

I trudno oprzeć się wrażeniu, że burmistrz Wasilkowa – Adrian Łuckiewicz właśnie strzelił sobie w stopę.

Wasilków nie konkuruje przecież z Białymstokiem liczbą biurowców, apartamentowców, parkometrów i miejskich zakazów. Wygrywa właśnie tym, że nie ma tu jeszcze wszystkich „wielkomiejskich” głupot. Nie trzeba płacić za każdą chwilę postoju. Nie wciska się bloków w każdy możliwy kawałek wolnej ziemi. Nie tworzy się regulaminu, systemu opłat i aplikacji mobilnej tylko dlatego, że ktoś zostawił samochód na kilka godzin.

Oczywiście urząd przedstawia całą sprawę inaczej. Płatny parking ma zwiększyć rotację pojazdów, poprawić dostępność miejsc dla osób wypoczywających i ograniczyć parkowanie samochodów pracowników okolicznych firm. Dodatkowo gmina liczy na wpływy pozwalające pokrywać koszty utrzymania zalewu oraz odzyskanie 350 tys. zł zapłacone przy budowie obiektu.

Brzmi rozsądnie — dopóki nie spojrzymy na cennik. Pięć złotych za każdą godzinę oznacza, że rodzina, która przyjedzie nad zalew na pięć godzin, zapłaci 25 zł wyłącznie za możliwość pozostawienia samochodu. Jeśli ktoś chce spędzić nad wodą niemal cały dzień, bardziej opłaca mu się kupić postój dobowy za 35 zł. To nie jest symboliczna opłata porządkowa. To stawka znana z centrów większych miast albo komercyjnych parkingów przy atrakcjach turystycznych. Tymczasem mówimy o gminnym zalewie, wybudowanym z publicznych pieniędzy, który miał służyć mieszkańcom.

Szczególnie kuriozalnie brzmi informacja, że system będzie działał 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Jeszcze dziwniej wygląda argument, że parking zajmowali pracownicy okolicznych firm. Jeżeli rzeczywiście to był główny problem, można było wprowadzić ograniczenie czasu postoju i kontrolę w wybranych godzinach albo bezpłatny okres parkowania. Zamiast precyzyjnego rozwiązania wybrano najprostsze: zapłacą wszyscy, przez całą dobę.

Urząd zachęca jednocześnie, by nad zalew przyjeżdżać komunikacją publiczną, rowerem miejskim albo przychodzić pieszo. To klasyczna urzędowa odpowiedź, która dobrze wygląda w komunikacie, ale gorzej w codziennym życiu. Nie każdy mieszka obok zalewu. Nie każdy może przyjechać rowerem z dziećmi, torbami, ręcznikami, jedzeniem, parasolem i sprzętem plażowym. Nie każdy w gminie Wasilków ma dogodne połączenie autobusowe.

Wasilków stał się atrakcyjnym miejscem do życia (według rankingów drugie miejsce po Supraślu) właśnie dlatego, że dawał wygody miasta bez jego uciążliwości. Był blisko Białegostoku, ale pozostawał bardziej dostępny, swobodny i ludzki. Decyzja o płatnym parkingu nad zalewem idzie dokładnie w przeciwnym kierunku.

Dziś parkometr pojawia się nad zalewem. Jutro może paść argument, że kolejne miejsce też jest oblegane przez pracowników lokalnej firmy i również powinno „na siebie zarabiać”. Potem następne i następne. W ten sposób małe miasto przestaje oferować alternatywę dla dużego, a zaczyna kopiować jego najgorsze pomysły.

Gmina oczywiście ma prawo szukać pieniędzy na utrzymanie obiektu. Powinna jednak pamiętać, że przestrzeń publiczna nie jest zwykłym biznesem, a mieszkaniec nie jest klientem, którego należy obciążyć opłatą przy każdej możliwej okazji.

Burmistrz Wasilkowa być może zyska wpływy i ładne tabelki w budżecie. Może jednak stracić coś znacznie ważniejszego: przekonanie mieszkańców, że Wasilków jest miejscem przyjaznym, prostym i wolnym od absurdów, z których coraz częściej słyną większe miasta.

Nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi. Wołyń to nie powód, by prześladować Ukraińców.

Nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi. Wołyń to nie powód, by prześladować Ukraińców.

11 lipca to jedna z wielu bolesnych dat w polskiej pamięci historycznej. Tego dnia będziemy wspominać ofiary rzezi wołyńskiej – ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów. To nie jest temat do zamiatania pod dywan, rozmywania, relatywizowania ani udawania, że „jakoś to było”. Była zbrodnia. Były spalone wsie, mordowane rodziny, dzieci, kobiety, starcy. Była nienawiść, która zamieniła sąsiadów w oprawców. Pamięć o tych ofiarach jest obowiązkiem państwa polskiego, historyków, rodzin i każdego, kto rozumie, czym jest narodowa wspólnota.

Ale jest też druga prawda, równie ważna dziś, w lipcu 2026 roku.

Pamięć o Wołyniu nie może być pretekstem do popierania rosji w wojnie przeciw Ukrainie. Z perspektywy prawdziwego polskiego patriotyzmu jest to po prostu niedopuszczalne.

Bo patriotyzm nie polega na tym, by dać się prowadzić za rękę państwu, które od pokoleń traktowało Polskę jak teren do podporządkowania, rozbioru, zniewolenia albo zastraszenia. Patriotyzm nie polega na tym, by w imię słusznego bólu po polskich ofiarach powtarzać dzisiaj hasła korzystne dla rosji. Patriotyzm nie polega na tym, by tak nienawidzić Ukraińców za zbrodnię sprzed ponad 80 lat, żeby nie zauważyć, że obecnie to rosja prowadzi brutalną wojnę, niszczy miasta, morduje cywilów i testuje, jak daleko może przesunąć granicę strachu w Europie.

A Polska jest w tej układance następna. Nie dlatego, że ktoś straszy dla efektu. Dlatego, że historia rosyjskiego imperializmu nie zna pojęcia „wystarczy”. Jeśli moskwie udałoby się złamać Ukrainę, granica zagrożenia przesunęłaby się na Polskę. I wtedy wielu dzisiejszych internetowych „realistów”, którzy dziś z zapałem powtarzają po ruskich botach antyukraińskie narracje, mogłoby się bardzo zdziwić, komu naprawdę pomogli.

Jedno jest pewne. Jeszcze przed 11 lipca rosja eskaluje działania informacyjne wymierzone jednocześnie w Polskę i Ukrainę. Obecnie trwa aktywna faza rosyjskiej operacji, której celem jest zerwanie relacji między naszymi krajami. W tym celu wykorzystywana jest właśnie rocznica zbrodni wołyńskiej, bo Kreml doskonale wie, że to temat bolesny, emocjonalny i łatwy do podpalenia. Szczególnie, że na dokładkę bardzo głupio postąpił ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski gloryfikując zbrodniarzy UPA w ostatnim czasie.

Mechanizm jest prosty. Najpierw rosja może „odtajnić” dokumenty dotyczące Wołynia. Potem będą pojawiać się fake newsy, anonimowe konta, fałszywe przekazy, prowokacyjne wygenerowane przez sztuczną inteligencję plakaty i sugestie, że „Ukraińcy w Polsce” mają rzekomo specjalnie obrażać Polaków przed rocznicą.

Wszystko po to, by zwykły człowiek zobaczył obrazek w internecie, zagotował się z emocji i podał dalej. Dlatego nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi.

Obrazek nie musi nikogo nawet przekonywać, że putin jest dobry. Wystarczy, że przekona, iż Ukraina jest naszym głównym wrogiem. Nie musi mówić: „kochajcie rosję”. Wystarczy, że podsunie: „nienawidźcie Ukraińców”. Nie musi wysyłać czołgów na polską granicę, jeśli wcześniej uda się zatruć polską debatę publiczną tak, by Polacy sami zaczęli powtarzać rosyjskie tezy, kłócić się między sobą i osłabiać własne bezpieczeństwo.

To jest wojna informacyjna. Brudna, cyniczna i bardzo skuteczna, jeśli trafia na ludzi, którzy mylą pamięć historyczną z plemienną nienawiścią.

Bo można i trzeba mówić prawdę o Wołyniu. Można domagać się ekshumacji, godnego pochówku, uczciwej edukacji historycznej, jasnego – negatywnego stanowiska władz Ukrainy wobec zbrodni UPA. Można krytykować ukraińską politykę pamięci tam, gdzie jest ona ślepa, niesprawiedliwa albo raniąca dla Polaków. To wszystko mieści się w dojrzałym patriotyzmie. Ale czymś zupełnie innym jest przechodzenie od pamięci o ofiarach do nienawiści wobec całego narodu.

Historia Europy jest pełna zbrodni, które mogłyby być paliwem dla wiecznej wojny wszystkich ze wszystkimi. Potop szwedzki nie jest dziś powodem, by nienawidzić Szwedów. Holocaust, niemieckie obozy zagłady, pacyfikacje wsi i mordowanie Polaków podczas II wojny światowej nie są powodem, by nienawidzić współczesnych Niemców jako narodu. Katyń, zorganizowany przez rosję, nie powinien prowadzić do ślepej nienawiści wobec każdego rosjanina, choć oczywiście obecne państwo rosyjskie i jego imperialna polityka muszą być negatywnie oceniane bez złudzeń.

Tak samo rzeź wołyńska nie może być podstawą do nienawiści wobec wszystkich Ukraińców. Może być podstawą do pamięci. Do bólu. Do żądania prawdy. Do upominania się o groby. Do mówienia, że pojednanie bez prawdy jest puste. Ale nie może być podstawą do tego, by dziś kibicować rosyjskim rakietom spadającym na ukraińskie miasta.

Tu trzeba postawić granicę bardzo wyraźnie: kto używa Wołynia do usprawiedliwiania rosyjskiej agresji, ten profanuje polską pamięć i obraża Polaków.

Bo ofiary Wołynia nie zginęły po to, by ich tragedia stała się narzędziem w rękach kremla. Nie zginęły po to, by rosyjska propaganda mogła dziś rozgrywać polskie emocje jak tanią kartę w internetowej wojnie. Nie zginęły po to, by ktoś w Polsce, siedząc wygodnie przed komputerem, z oburzeniem pisał o ukraińskich zbrodniach sprzed dekad, a jednocześnie milczał wobec rosyjskich zbrodni dziejących się teraz.

Prawdziwy patriotyzm wymaga pamięci, ale też rozumu. Wymaga serca dla polskich ofiar, ale też zimnej oceny współczesnych zagrożeń. A największym zagrożeniem dla Polski w tej części świata nie jest dziś ukraińska matka z dzieckiem, która uciekła przed wojną. Nie jest ukraiński pracownik, który mieszka obok. Nie jest naród ukraiński, który sam płaci gigantyczną cenę za rosyjską agresję.

Największym zagrożeniem jest rosja – imperialna, agresywna, zakłamana i gotowa podpalać cudze konflikty historyczne, byle tylko osłabić tych, którzy stoją jej na drodze.

Dlatego 11 lipca trzeba pamiętać. Trzeba zapalić znicz. Trzeba oddać hołd pomordowanym. Trzeba mówić prawdę o Wołyniu bez lęku i bez poprawnościowych uników.

Ale trzeba też uważać, kto stoi obok z zapałkami.

Featured Video Play Icon

Pamięć o białostockich Żydach jest obowiązkiem wobec historii

Są takie tematy, przy których łatwo wpaść w pułapkę uproszczeń. A jeszcze łatwiej w czasach, gdy świat dzieli się w mediach społecznościowych na obozy, hasła i natychmiastowe wyroki. Jednym z takich tematów jest pamięć o Żydach zamordowanych przez Niemców podczas II wojny światowej i dzisiejsza ocena państwa Izrael.

Te dwie sprawy trzeba umieć od siebie oddzielić. I to bardzo wyraźnie.

Dzisiejszy Izrael jako państwo zasługuje na ocenę skrajnie krytyczną. Działania izraelskich władz w Strefie Gazy, polityka wobec Palestyńczyków, okupacja, przemoc wobec ludności cywilnej, niszczenie infrastruktury, blokady humanitarne, przymusowe przesiedlenia i język polityczny oparty na etnicznej wyższości — to wszystko są sprawy, obok których nie wolno przechodzić obojętnie. Nie da się udawać, że chodzi wyłącznie o „skomplikowany konflikt”, w którym każdy argument unieważnia poprzedni. Są granice, po których przekroczeniu należy mówić jasno: państwo może stać się sprawcą przemocy, a jego działania mogą nosić znamiona zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości.

Izrael coraz częściej nie jest już postrzegany jedynie jako państwo broniące swojego bezpieczeństwa. Jest postrzegany jako państwo nacjonalistyczne, brutalne, oparte na polityce uprzywilejowania jednej grupy kosztem drugiej. To nie jest antysemityzm. To jest krytyka konkretnego państwa, konkretnych władz, konkretnych decyzji i konkretnego systemu politycznego. Tak samo jak krytyka Rosji putina nie jest nienawiścią do wszystkich Rosjan, krytyka Turcji Erdogana nie jest nienawiścią do Turków, a krytyka Chin nie jest nienawiścią do Chińczyków.

I właśnie dlatego trzeba bardzo mocno powiedzieć drugą rzecz: krytyka Izraela nie może być przenoszona na Żydów jako ludzi, na judaizm, na żydowską kulturę ani na pamięć o żydowskich mieszkańcach Polski. Tym bardziej nie może dotyczyć tych, którzy nie mieli z dzisiejszym Izraelem nic wspólnego, bo zostali zamordowani kilkadziesiąt lat przed powstaniem dzisiejszego porządku politycznego na Bliskim Wschodzie.

Białostoccy Żydzi byli częścią naszego miasta. Nie byli „obcym elementem”, nie byli przypisem do historii, nie byli wyłącznie ofiarami opisanymi w podręcznikach. Przez stulecia współtworzyli Białystok — jego handel, rzemiosło, kulturę, religijność, język ulicy, codzienność i charakter. Miasto, które dziś znamy, wyrasta także z ich obecności. Z tego, że tu mieszkali, pracowali, modlili się, zakładali rodziny, prowadzili sklepy, warsztaty, szkoły, drukarnie, organizacje społeczne. Byli sąsiadami.

27 czerwca 1941 roku rozpoczęła się jedna z najczarniejszych kart w historii miasta. Niemieccy okupanci rozpoczęli zagładę białostockich Żydów. Tego dnia spalili Wielką Synagogę przy ulicy Bożniczej, obecnie Suraskiej, wraz z setkami uwięzionych w niej ludzi. Do tych, którzy próbowali uciekać, strzelano. Szacuje się, że w płomieniach zginęło od 700 do nawet 2,5 tysiąca osób.

To nie była „śmierć w czasie wojny”. To był mord. Zaplanowany, wykonany z zimną konsekwencją, wymierzony w ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. Dlatego pamięć o nich nie jest dodatkiem do lokalnej historii. Jest jednym z jej fundamentów.

W 85. rocznicę tamtych wydarzeń Białystok oddał hołd ofiarom „Czarnego piątku”. Pod Pomnikiem-Kopułą Wielkiej Synagogi przy ul. Suraskiej spotkali się mieszkańcy, przedstawiciele władz samorządowych, organizacji i środowisk żydowskich oraz zaproszeni goście. Wspominano ludzi, których świat został brutalnie przerwany. Nie abstrakcyjną grupę, nie symbol, nie polityczny argument, ale konkretnych mieszkańców miasta, którzy mieli swoje domy, rodziny, imiona i życie.

I tutaj właśnie zaczyna się najważniejsza lekcja. Oddanie hołdu białostockim Żydom zamordowanym przez Niemców nie oznacza poparcia dla polityki dzisiejszego Izraela. Tak samo jak krytyka dzisiejszego Izraela nie zwalnia nikogo z obowiązku pamięci o Żydach zamordowanych w Polsce przez niemieckich okupantów. Łączenie tych spraw jest intelektualnie fałszywe i moralnie niebezpieczne.

Bo jeżeli ktoś mówi: „Nie będę upamiętniał Żydów, bo nie popieram Izraela”, to w rzeczywistości popełnia dokładnie ten błąd, który prowadzi do zbiorowej odpowiedzialności. Przenosi winę państwa i jego współczesnej polityki na ludzi, którzy żyli w innym czasie, w innym miejscu i zostali zamordowani jako bezbronne ofiary niemieckiego ludobójstwa. To nie jest krytyka Izraela. To jest wejście na drogę antysemickiego uproszczenia.

Można — a nawet trzeba — stanowczo potępiać zbrodnie wojenne. Można krytykować izraelski nacjonalizm, kolonizację, okupację, przemoc wobec Palestyńczyków i politykę władz w Tel Awiwie oraz Jerozolimie. Można domagać się odpowiedzialności karnej przed trybunałami międzynarodowymi. Można mówić, że cierpienie Palestyńczyków nie może być relatywizowane Holocaustem. Można mówić, że pamięć o Zagładzie nie daje żadnemu państwu immunitetu na łamanie prawa międzynarodowego.

Ale nie wolno z tej krytyki robić nienawiści do Żydów. Nie wolno niszczyć pamięci o dawnych mieszkańcach Białegostoku. Nie wolno udawać, że białostocki Żyd z 1941 roku jest politycznym reprezentantem rządu Izraela z XXI wieku. To absurdalne, okrutne i historycznie fałszywe.

Pamięć o Wielkiej Synagodze jest pamięcią o Białymstoku. O mieście, którego część została spalona razem z ludźmi zamkniętymi w świątyni. O sąsiadach, których Niemcy najpierw odczłowieczyli, potem zamknęli, a następnie zamordowali. O świecie, którego już nie ma, ale którego ślady nadal są pod naszymi stopami — w nazwach ulic, w pustych miejscach, w archiwalnych zdjęciach, w rodzinnych historiach, w miejskiej tożsamości.

Dlatego obecność pod Pomnikiem-Kopułą Wielkiej Synagogi nie jest gestem wobec dzisiejszego państwa Izrael. Jest gestem wobec dawnych mieszkańców Białegostoku. Wobec ofiar niemieckiej zbrodni. Wobec historii, która wydarzyła się tutaj, w naszym mieście, nie gdzieś daleko.

W świecie, w którym polityka coraz częściej próbuje zawłaszczać pamięć, trzeba jej bronić przed prostymi hasłami. Można jednocześnie płakać nad losem Palestyńczyków i oddawać hołd Żydom zamordowanym przez Niemców. Można potępiać izraelskie zbrodnie i zapalić znicz pod pomnikiem Wielkiej Synagogi. Można nie zgadzać się na nacjonalizm państwa Izrael i jednocześnie uznawać żydowskie dziedzictwo Białegostoku za część naszego wspólnego dziedzictwa.

Nie ma w tym sprzeczności. Jest dojrzałość.

Bo pamięć nie powinna być zakładnikiem bieżącej polityki. A ofiary nie powinny po raz drugi tracić swojego miejsca w historii tylko dlatego, że współczesne państwo, które powołuje się na żydowską tożsamość, prowadzi politykę zasługującą na potępienie.

27 czerwca 1941 roku w Białymstoku Niemcy spalili ludzi żywcem. To jest fakt, którego nie wolno rozmywać. I o tych ludziach mamy obowiązek pamiętać — niezależnie od tego, jak surowo oceniamy dzisiejszy Izrael.

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.
Marszałek Województwa Podlaskiego - Łukasz Prokorym (po środku), na zdjęciu z Wojciechem Sienickim (po lewej, aktualny prezes PKS Nova), oraz Adamem Byglewskim (po prawej, poprzednim - pełniącym obowiązki prezesa PKS Nova) - fot. podlaskie.eu

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.

Panie Marszałku, cieszymy się, że nasze postulaty dotyczące PKS Nova przebiły się do realnych decyzji. Nie będziemy udawać fałszywej skromności: w sprawie tej spółki transportowej przez wiele miesięcy pisaliśmy dokładnie o tym, co dziś zaczyna się dziać. Gdy dyskusja publiczna kręciła się wokół nazwisk, prezesów, prokurentów i kolejnych personalnych roszad, my konsekwentnie wskazywaliśmy, że problem PKS Nova nie leży w samym gabinecie prezesa, lecz w modelu działania.

Pisaliśmy, że spółka nie może jednocześnie wykonywać misji społecznej i być rozliczana tak, jakby każda linia miała zarabiać sama na siebie. Pisaliśmy, że transport autobusowy w regionie trzeba potraktować jako usługę publiczną, a nie komercyjny dodatek do życia mieszkańców. Pisaliśmy też, że bez stabilnego finansowania, współpracy samorządów i jasnego powierzenia zadań przewoźnikowi każda kolejna zmiana personalna będzie tylko przesuwaniem krzeseł na pokładzie.

Najpierw były więc teksty o tym, że sama wymiana prezesa niczego nie rozwiąże. Potem była krytyka fikcji, w której od PKS Nova oczekiwano rentowności, a jednocześnie oburzano się na likwidację nierentownych połączeń. Później wskazywaliśmy, że prawdziwym przełomem nie będzie kolejne nazwisko w zarządzie, lecz przekształcenie spółki w narzędzie województwa do realizacji transportu publicznego — z jasnym finansowaniem, planowaniem połączeń i odpowiedzialnością po stronie samorządu.

I co nastąpiło potem?

Władze województwa zaczęły mówić dokładnie tym językiem: o misji społecznej, przeciwdziałaniu wykluczeniu transportowemu, stabilizacji finansowej, modelu in-house, bezpośrednim powierzaniu zadań publicznych oraz zwiększeniu pracy przewozowej z około 9 do około 15 milionów wozokilometrów.

Dlatego tak, Panie Marszałku — cieszymy się, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Nie dlatego, że chodzi tu o ambicję redakcji czy przypięcie sobie medalu. Chodzi o coś ważniejszego: skoro diagnoza była trafna przy PKS Nova, to warto pójść za nią dalej. Bo ten sam błąd systemowy, który przez lata niszczył regionalną komunikację autobusową, widać również na kolei. Województwo płaci ogromne pieniądze, pasażerowie oczekują stabilnych połączeń, a odpowiedzialność rozmywa się między urzędem, operatorem, taborem, przeglądami i komunikacją zastępczą. Skoro przy autobusach zaczynamy odchodzić od prowizorki, to czas zrobić kolejny krok: powołać Koleje Podlaskie.

Jeżeli spółka PKS Nova ma stać się podmiotem wewnętrznym województwa, jeżeli ma dostać stabilniejszy model finansowania, jeżeli transport autobusowy ma być wreszcie traktowany jako usługa publiczna, a nie jako zwykły biznes liczony wyłącznie tabelką zysków i strat, to jest to krok w dobrą stronę. Dokładnie o to chodziło. Publiczna komunikacja nie jest luksusem. To część infrastruktury społecznej, tak samo ważna jak szkoła, przychodnia czy droga.

Ale jeśli powiedziało się „A” przy PKS Nova, trzeba powiedzieć „B” przy kolei. Bo największym błędem byłoby teraz zatrzymać się w połowie drogi i uznać, że wystarczy uporządkować autobusy, a kolej nadal może funkcjonować według starego modelu: województwo płaci, Polregio jeździ, a pasażerowie mają nadzieję, że pociąg rzeczywiście wyjedzie. Podlasie potrzebuje własnego regionalnego przewoźnika kolejowego. Potrzebuje Kolei Podlaskich.

PKS Nova pokazuje, że da się zmienić sposób myślenia

W sprawie PKS Nova przez długi czas udawano, że problemem jest prezes. Zmieniano nazwiska, komentowano decyzje personalne, mówiono o restrukturyzacji, samowystarczalności i nowym otwarciu. Tymczasem prawdziwy problem był prostszy i brutalniejszy: od spółki oczekiwano rzeczy sprzecznych. Miała nie przynosić strat, ale nie zamykać nierentownych połączeń. Miała działać jak firma, ale wykonywać misję społeczną. Miała wozić ludzi tam, gdzie autobus jest potrzebny, choć wiele takich tras nigdy nie utrzyma się wyłącznie z biletów.

Dopiero uznanie, że transport autobusowy jest zadaniem publicznym, otwiera drogę do realnej naprawy. Model in-house, bezpośrednie powierzanie zadań, długofalowe planowanie, mniejsze autobusy na mniej obciążone trasy, współpraca z samorządami, lepsza siatka połączeń — to są konkretne narzędzia. Nie gwarantują sukcesu automatycznie, ale przynajmniej porządkują logikę działania.

I właśnie dlatego trzeba pójść dalej. Skoro województwo zaczyna rozumieć, że autobus nie może być pozostawiony wyłącznie rynkowi, to dlaczego kolej regionalna ma być dalej zlecana zewnętrznemu operatorowi, który przez lata pokazywał, że w Podlaskiem nie potrafi zapewnić stabilności na poziomie oczekiwanym przez pasażerów?

Polregio w Podlaskiem miało zbyt wiele momentów, których pasażerowie długo nie zapomną

Nie chodzi o jednorazowe opóźnienie, awarię czy incydent na torach. Każdy przewoźnik może mieć problemy. Kolej to trudny organizm: tabor, przeglądy, infrastruktura, pogoda, wypadki, remonty, braki kadrowe. Ale w Podlaskiem problem z Polregio przez długi czas miał charakter powtarzalny i systemowy.

Wystarczy przypomnieć sytuację, o której pisaliśmy wcześniej: od 24 listopada 2024 roku do 24 stycznia 2025 roku odwołanych zostało 139 kursów pociągów. To nie jest drobna niedogodność. To nie jest „chwilowe utrudnienie”. To jest komunikacyjna wyrwa w życiu ludzi, którzy planują dojazdy do pracy, szkoły, lekarza, urzędu, na uczelnię albo do rodziny. Jeżeli ktoś kupuje bilet na pociąg, to chce jechać pociągiem. Zastępcza komunikacja autobusowa może być rozwiązaniem awaryjnym, ale nie może stać się codzienną protezą systemu kolejowego.

Szczególnie niepokojące było to, że województwo użyczało Polregio 17 pojazdów szynowych, a do pełnej obsługi zaplanowanych kursów potrzeba było 24 pojazdów. Brakujący tabor operator miał uzupełniać we własnym zakresie. Jeżeli jednak przeglądy, naprawy gwarancyjne, naprawy powypadkowe czy modernizacje szynobusów powodują masowe odwołania połączeń, to znaczy, że system jest zbyt kruchy. A pasażera nie interesuje, czy zawinił harmonogram przeglądów, brak rezerwy taborowej, organizacja przewoźnika czy zbyt słaby nadzór zamawiającego. Pasażera interesuje jedno: czy pociąg przyjedzie.

I właśnie dlatego nie wystarczy kara umowna. Nie wystarczy powiedzieć, że przewoźnik nie dostaje pieniędzy za niezrealizowane kursy. To może poprawiać formalny bilans urzędu, ale nie naprawia życia pasażerów. Człowiek, który nie dojechał do pracy, nie odzyska straconego dnia tylko dlatego, że operator zapłacił karę. Uczeń, który nie dotarł na zajęcia, senior, który nie zdążył do lekarza, pracownik, który musiał przesiąść się do samochodu — oni wszyscy płacą za niewydolność systemu realną cenę.

Skoro płacimy setki milionów, powinniśmy budować własny system

Województwo podlaskie podpisało z Polregio umowę na przewozy kolejowe do 2030 roku. Mowa o kwocie bliskiej 400 mln zł. To ogromne publiczne pieniądze. I dlatego trzeba postawić proste pytanie: czy po 2030 roku naprawdę chcemy znów podpisać podobną umowę z zewnętrznym operatorem, czy wreszcie zaczniemy budować własne Koleje Podlaskie?

Bo problem nie polega wyłącznie na tym, kto dziś prowadzi pociąg. Problem polega na tym, kto ma kontrolę nad rozwojem regionalnej kolei. Jeżeli województwo samo organizuje przewozy, posiada tabor, zna potrzeby mieszkańców, planuje rozkład, buduje integrację z autobusami, rozwija połączenia aglomeracyjne i turystyczne, to może tworzyć spójny system. Jeżeli natomiast co kilka lat zleca usługę operatorowi zewnętrznemu, staje się bardziej płatnikiem niż prawdziwym gospodarzem kolei.

A Podlasie potrzebuje gospodarza.

Potrzebuje kogoś, kto będzie myślał nie tylko o tym, żeby „wykonać pracę przewozową”, ale o tym, jak kolej ma zmienić region. Jak połączyć Białystok z Łapami, Wasilkowem, Czarną Białostocką, Sokółką, Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą, Choroszczą, Mońkami, Grajewem, Suwałkami i Łomżą. Jak stworzyć realną kolej aglomeracyjną wokół Białegostoku. Jak zintegrować rozkłady z PKS Nova. Jak zrobić jeden bilet na autobus i pociąg. Jak sprawić, żeby mieszkaniec mniejszej miejscowości nie musiał posiadać samochodu tylko dlatego, że państwo i samorząd nie potrafią zapewnić mu normalnego transportu.

Koleje Dolnośląskie pokazują, że własny przewoźnik może być sukcesem

Nie trzeba wymyślać tego od zera. Wystarczy popatrzeć na Dolny Śląsk. Koleje Dolnośląskie są spółką samorządową województwa dolnośląskiego i dziś można je stawiać jako jeden z najlepszych przykładów regionalnego przewoźnika w Polsce. To nie jest idealny świat bez problemów, bo taki w transporcie nie istnieje. Ale jest to model, który udowodnił, że samorządowa kolej może się rozwijać, przyciągać pasażerów i budować nawyk codziennego korzystania z transportu publicznego.

W styczniu 2024 roku Koleje Dolnośląskie przewiozły prawie 1,9 mln pasażerów, bijąc swój miesięczny rekord. W całym 2024 roku było to ponad 22,5 mln podróżnych. To są liczby, za którymi stoi coś znacznie ważniejszego niż statystyka: zaufanie. Ludzie zaczęli traktować kolej jako normalny środek codziennego transportu. Nie jako awaryjną alternatywę. Nie jako romantyczną wycieczkę raz na rok. Jako realny wybór.

Podlasie też może pójść tą drogą. Oczywiście nie skopiujemy Dolnego Śląska jeden do jednego. Mamy inną gęstość zaludnienia, inne odległości, inną sieć osadniczą, inne potoki pasażerskie i inne problemy. Ale właśnie dlatego potrzebujemy własnego przewoźnika, a nie uniwersalnego modelu obsługi z zewnątrz. Koleje Podlaskie mogłyby być zaprojektowane pod Podlasie: pod Białystok, pod mniejsze miasta, pod ruch szkolny, studencki, pracowniczy, turystyczny, weekendowy, przygraniczny i aglomeracyjny.

Białystok bez kolei miejskiej to komunikacyjny absurd

Największym niewykorzystanym potencjałem jest Białystok i jego otoczenie. Mamy infrastrukturę kolejową, mamy miejscowości satelickie, mamy codzienne dojazdy, mamy zakorkowane ulice, rosnącą liczbę samochodów i parkingi puchnące od aut. A mimo to wciąż nie mamy prawdziwej kolei miejskiej czy aglomeracyjnej.

To powinien być jeden z pierwszych celów Kolei Podlaskich.

Nie chodzi o wielkie hasła, tylko o proste pytania. Czy mieszkaniec Łap powinien mieć możliwość wygodnego, regularnego dojazdu koleją do Białegostoku? Czy Wasilków, Czarna Białostocka, Choroszcz, Sokółka czy Bielsk Podlaski powinny być mocniej wpięte w codzienny rytm stolicy województwa? (Regularne połączenia to nie jest to, co mamy teraz – proszę porównać rozkłady jazdy Ożarów Mazowiecki – Warszawa vs Łapy – Białystok).

Czy uczniowie i studenci powinni móc planować dzień bez lęku, że po południu nie będą mieli czym wrócić? Czy pracownik powinien realnie rozważać pociąg zamiast samochodu? Odpowiedź jest oczywista. Ale oczywiste odpowiedzi wymagają decyzji politycznych.

PKS Nova i Koleje Podlaskie powinny być jednym systemem

Największy błąd polegałby na tym, żeby naprawiać PKS Nova osobno, a kolej osobno. Podlasie potrzebuje jednego organizmu transportowego, w którym autobus i pociąg nie konkurują ze sobą chaotycznie, lecz wzajemnie się uzupełniają.

PKS Nova powinna dowozić do stacji kolejowych. Kolej powinna obsługiwać główne korytarze. Autobusy powinny wypełniać białe plamy tam, gdzie torów nie ma. Rozkłady powinny być układane razem, a nie obok siebie. Bilet powinien być wspólny. Informacja pasażerska powinna być wspólna. A województwo powinno wreszcie przestać patrzeć na transport jak na zbiór oddzielnych problemów, tylko jak na jeden system dostępności.

To jest właśnie prawdziwa walka z wykluczeniem komunikacyjnym. Nie konferencja prasowa. Nie zmiana prezesa. Nie kolejna deklaracja, że „będzie lepiej”. Tylko konkretny układ połączeń, w którym człowiek z mniejszej miejscowości może rano wyjechać, załatwić sprawę i wrócić bez proszenia rodziny o podwózkę.

Panie Marszałku, czas przygotować decyzję na 2030 rok już teraz

Umowa z Polregio obowiązuje do 2030 roku. To może brzmieć jak odległa przyszłość, ale w transporcie publicznym cztery lata to wcale nie jest dużo. Jeżeli Koleje Podlaskie mają naprawdę powstać, nie można obudzić się w 2029 roku z konferencją prasową i pomysłem zapisanym na jednej kartce.

Trzeba działać teraz. Przygotować analizę prawną. Sprawdzić model organizacyjny. Policzyć tabor. Oszacować koszty. Zaplanować zaplecze techniczne. Określić, które linie powinny być priorytetowe. Przygotować integrację z PKS Nova. Rozpocząć rozmowę o kolei aglomeracyjnej wokół Białegostoku. Sprawdzić możliwości finansowania zewnętrznego. Zbudować zespół, który nie będzie myślał kategorią „jak dotrwać do końca umowy”, tylko „jak stworzyć najlepszą regionalną kolej w tej części Polski”.

Bo jeśli województwo już dziś potrafi mówić o PKS Nova jako o narzędziu walki z wykluczeniem transportowym, to dokładnie tym samym językiem powinno mówić o kolei. Nie wystarczy mieć pociągi. Trzeba mieć politykę kolejową. Nie wystarczy płacić operatorowi. Trzeba mieć kontrolę nad systemem. Nie wystarczy karać za niewykonane kursy. Trzeba zbudować przewoźnika, który będzie częścią strategii rozwoju województwa.

Podlasie nie jest skazane na komunikacyjną prowizorkę

Przez lata przyzwyczajano nas do myślenia, że w Podlaskiem „się nie da”. Że jest za mało ludzi. Że za duże odległości. Że za słabe potoki pasażerskie. Że transport publiczny zawsze będzie deficytowy. Że najważniejsze, żeby jakoś przeżyć kolejny rok. To jest mentalność, która prowadzi donikąd.

Transport publiczny nie musi zarabiać jak prywatna firma. Ma działać tak, żeby region nie tracił ludzi, energii i szans rozwojowych. Jeżeli dzięki dobrym połączeniom młody człowiek może dojechać do szkoły, senior do lekarza, pracownik do pracy, turysta do atrakcji, a rodzina może żyć z jednym samochodem zamiast z trzema, to zysk pojawia się gdzie indziej: w gospodarce, edukacji, zdrowiu, rynku pracy i jakości życia.

Dlatego Koleje Podlaskie nie powinny być polityczną fantazją. Powinny być następnym logicznym krokiem po uporządkowaniu PKS Nova. Panie Marszałku, skoro przy autobusach zaczynacie iść w stronę modelu, o którym pisaliśmy od dawna, to prosimy nie zatrzymywać się w połowie drogi. PKS Nova jako spółka wewnętrzna województwa to dobry kierunek. Ale prawdziwa zmiana zacznie się wtedy, gdy Podlasie przestanie tylko kupować usługę kolejową, a zacznie budować własną kolej.

Czas na Koleje Podlaskie. Nie przeciwko komuś. Nie dla ambicji politycznej. Nie po to, żeby wymienić logo na pociągu. Po to, żeby mieszkańcy Podlasia wreszcie mieli transport publiczny, któremu można zaufać.

Rafał Rudnicki zablokował mnie na Facebooku. Pękniecie ze śmiechu – gdy poznacie powód.

Rafał Rudnicki zablokował mnie na Facebooku. Pękniecie ze śmiechu – gdy poznacie powód.

Od 1 lipca w Białostockiej Komunikacji Miejskiej mają wejść nowe zasady podróżowania. W skrócie: pasażerowie będą musieli częściej korzystać z przycisków. Żeby wejść do autobusu, trzeba będzie nacisnąć guzik przy drzwiach. Żeby wysiąść, też trzeba będzie nacisnąć guzik. A na przystankach na żądanie trzeba będzie odpowiednio wcześniej zasygnalizować kierowcy, że chce się wsiąść lub wysiąść.

Miasto tłumaczy, że chodzi o oszczędności, komfort, ograniczenie uciekania ciepła zimą i lepsze działanie klimatyzacji latem. Czyli generalnie: mniej otwierania drzwi bez potrzeby, więcej odpowiedzialności po stronie pasażera. Zmiana jak zmiana. Można ją popierać, można mieć wątpliwości, można zapytać o sens, szczegóły albo praktykę.

No więc zapytałem.

Pod postem Rafała Rudnickiego, wiceprezydenta Białegostoku, który nadzoruje między innymi Białostocką Komunikację Miejską, napisałem komentarz. Nie był to elaborat. Nie była to tyrada. Nie było tam wyzwisk, wielkich liter, teorii spiskowych ani mema z autobusem jadącym do piekła.

Mój komentarz brzmiał dosłownie:

„Po co?”

I wtedy wydarzyła się rzecz piękna w swojej absurdalności.

Zostałem zablokowany.

Tak, dobrze czytacie. W mieście, w którym pasażer ma naciskać guziki, ja najwyraźniej nacisnąłem ten niewłaściwy. Nie „stop” w autobusie. Nie przycisk otwierania drzwi. Tylko obywatelski guzik z napisem: „zadaj proste pytanie”.

I ten guzik najwyraźniej uruchomił procedurę awaryjną.

Nie mogę już obserwować postów Rafała Rudnickiego. Czyli moje skrajnie agresywne, brutalne i destabilizujące system samorządowy pytanie „Po co?” doprowadziło do sytuacji, w której dialog z mieszkańcami najwyraźniej uznano za ryzyko komunikacyjne.

Przyznaję: nie doceniłem mocy języka polskiego.

Myślałem, że „Po co?” to normalne pytanie. Takie, które można zadać, gdy miasto wprowadza zmianę dotyczącą tysięcy pasażerów. Myślałem, że urzędnik może odpowiedzieć: „Po to, żeby autobusy nie traciły ciepła zimą”, „Po to, żeby zmniejszyć koszty”, „Po to, żeby dostosować system do rozwiązań znanych z innych miast”.

Ale po co odpowiadać, skoro można zablokować?

Rafał Rudnicki dostosował swój poziom do poziomu komunikacji miejskiej. Mieszkaniec pyta: „Po co?”. Władza odpowiada: „Nie będzie pan już więcej pytał”. Elegancko. Szybko. Bez zbędnych konsultacji. Bez marnowania energii. Prawdziwa oszczędność — nie tylko ciepła w autobusie, ale też słów w debacie publicznej.

Najzabawniejsze jest to, że cała sprawa dotyczy przycisków. Miasto mówi mieszkańcom: teraz musicie nauczyć się naciskać przyciski. A ja nacisnąłem jeden przycisk za dużo — przycisk zdrowego rozsądku. I nagle okazało się, że system działa znakomicie. Tylko nie ten autobusowy. Przycisk „blokuj” zadziałał natychmiast. Przycisk „odpowiedz mieszkańcowi” najwyraźniej był chwilowo nieczynny.

Nie mam problemu z tym, że miasto zmienia zasady działania komunikacji. Być może te zmiany mają sens. Być może rzeczywiście przyniosą oszczędności. Być może pasażerowie szybko się przyzwyczają i po kilku tygodniach nikt nie będzie pamiętał, że kiedyś kierowca otwierał wszystkie drzwi.

Ale mam problem z tym, że pytanie „Po co?” wystarczy, żeby człowiek zniknął z dyskusji. Bo jeżeli osoba publiczna informuje mieszkańców o zmianach, to musi liczyć się z tym, że mieszkańcy będą pytać. Czasem długo. Czasem krótko. Czasem uprzejmie. Czasem kąśliwie. A czasem po prostu: „Po co?”. To nie jest hejt. To nie jest atak. To nie jest naruszenie powagi urzędu. To jest najprostsze pytanie świata. I może właśnie dlatego tak bardzo zabolało.

Bo „Po co?” ma w sobie coś niebezpiecznego. Otwiera drzwi. Nie te autobusowe, tylko te dużo ważniejsze — drzwi do rozmowy o sensie decyzji. O tym, czy mieszkańcy są tylko odbiorcami komunikatów, czy jednak mają prawo zapytać, dlaczego coś się dzieje. O tym, czy profil polityka samorządowego służy do rozmowy z ludźmi, czy tylko do nadawania komunikatów w jedną stronę.

W Białymstoku od lipca pasażerowie będą musieli naciskać przyciski, żeby wejść i wyjść z autobusu. Ja nacisnąłem przycisk wcześniej. Zapytałem: „Po co?” i wysiadłem z dyskusji przymusowo.

Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!
Po lewej przyszłość Siemianówki bez zmian, po prawej - gdy zmiany będą wprowadzone.

Zalew Siemianówka zostanie osuszony? Zapadły ważne decyzje!

Jeszcze niedawno mówienie o zmianie przyszłości Siemianówki brzmiało dla wielu jak fantazja. Gdy pisaliśmy, że obecny model funkcjonowania zbiornika jest problemem dla Narwi, że płytki, nagrzewający się akwen paruje, zarasta, zakwita i coraz słabiej pełni swoją rolę, łatwo było machnąć ręką. Ot, kolejna publicystyczna wizja. Kolejny głos z internetu. Kolejna dyskusja, która pewnie rozejdzie się po kościach.

A jednak coś się zmieniło

Do dyskusji o przyszłości Siemianówki dochodzą kolejne konkrety. 15 czerwca odbyło się następne robocze spotkanie przedstawicieli instytucji zajmujących się tym tematem — między innymi Narwiańskiego Parku Narodowego, Wód Polskich, RDOŚ, Polskiego Związku Wędkarskiego, Białowieskiego Parku Narodowego oraz SGGW. Na razie nie ma jeszcze oficjalnego harmonogramu działań. Ale w niedalekiej przyszłości konieczna będzie aktualizacja wielu dokumentów i analiz. Stąd też można wywodzić bardzo wstępny termin: około 2029 roku mogłyby rozpocząć się głębsze prace naprawcze na Siemianówce.

Już dziś wiadomo jednak jedno: aby ratować Narew, od marca do czerwca potrzebne są interwencyjne zrzuty wody ze zbiornika, które nasycą koryta rzeki i torfy w Narwiańskim Parku Narodowym. Co ważne, mówimy o około 7000 hektarów nieużytków, więc takie okresowe zalewanie nie uderza w mieszkańców ani rolnictwo, a daje ogromną korzyść przyrodzie. Czysty zysk. Szczególnie istotny jest też fakt, że na Siemianówce wstrzymano produkcję prądu właśnie po to, by oszczędzać wodę dla Narwi. To pokazuje, że zmiana myślenia o zbiorniku już się zaczęła. Nieoficjalnie mówi się o stałym spuszczeniu wody (by pozostały tylko mokradła) od torów do granicy państwa.

Dziś o częściowym osuszaniu Siemianówki, ograniczaniu parowania i zmianie sposobu gospodarowania wodą mówimy nie tylko my. Temat wszedł do poważnej debaty instytucjonalnej. Rozmawiają o nim przyrodnicy, Narwiański Park Narodowy, Wody Polskie, Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, naukowcy i samorządowcy. To ogromny sukces samej idei. Nie dlatego, że ktokolwiek chce komukolwiek coś odebrać. Przeciwnie. Dlatego, że wreszcie zaczynamy rozmawiać o Siemianówce nie jak o świętym obrazku, którego nie wolno dotknąć, ale jak o miejscu, które wymaga nowej, mądrej i odważnej wizji.

Najważniejsze jest jednak coś innego: ta zmiana nie musi oznaczać końca lokalnej turystyki. Może oznaczać jej początek na zupełnie nowym poziomie.

Dziś wielu mieszkańców, przedsiębiorców i samorządowców boi się, że jakakolwiek ingerencja w zbiornik zabije turystykę. Ten lęk jest zrozumiały. Przez ponad trzy dekady wokół Siemianówki powstały gospodarstwa agroturystyczne, miejsca noclegowe, punkty gastronomiczne, plaże, wypożyczalnie sprzętu wodnego, działki rekreacyjne i cały lokalny sposób myślenia o rozwoju. W Siemianówkę zwyczajnie wpompowano miliony złotych. Trudno się teraz pogodzić z faktem, że po 30 latach okazało się to zabójcze.

Dla wielu osób zalew nie jest abstrakcyjnym „obiektem hydrotechnicznym”, tylko źródłem utrzymania, wspomnieniem dzieciństwa, miejscem pracy albo miejscem do życia.

Dlatego nie chcemy mówić o zmianie Siemianówki językiem wojny. To nie może być opowieść: przyrodnicy przeciwko mieszkańcom, Narew przeciwko turystyce, mokradła przeciwko lokalnym biznesom. To byłaby najgorsza możliwa droga. Prawdziwe pytanie brzmi inaczej: jak zmienić Siemianówkę, żeby ratować Narew, ograniczyć straty wody, poprawić stan przyrody, a jednocześnie stworzyć mieszkańcom nowy, silniejszy i bardziej odporny model zarabiania na turystyce?

Bo obecny model wcale nie jest tak bezpieczny, jak się wydaje.

Jeżeli zbiornik będzie coraz płytszy, coraz cieplejszy, coraz bardziej podatny na zakwity i coraz mniej atrakcyjny latem, to lokalna turystyka i tak będzie słabnąć. Jeżeli wody będzie mniej, plaże będą się oddalać. Jakość wody już budzi wątpliwości. Dlatego samo trzymanie się obecnego stanu nie uratuje przedsiębiorców. Może tylko odwlec problem w czasie. A najgorsze w takim scenariuszu jest to, że region zostanie z degradującym się akwenem, coraz większą suszą, coraz słabszą Narwią i turystyką opartą na czymś, co powoli traci swoją atrakcyjność.

Nowa wizja Siemianówki daje szansę, by wyjść z tego zaklętego kręgu. Wyobraźmy sobie nie wysychającą kałużę z zakwitami, ale jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce. Mozaikę otwartej wody, trzcinowisk, płycizn, rozlewisk, wysp, bagien, kanałów i punktów widokowych. Miejsce, w którym nadal istnieje akwen, ale obok niego powstaje wielki, żywy system mokradeł. Coś pomiędzy jeziorem, rezerwatem, ptasim rajem i dziką doliną rzeczną. Nie kopia Mazur, bo Podlasie nigdy nie powinno kopiować Mazur. Raczej coś własnego: Siemianówka jako brama do dzikiej Narwi, Puszczy Białowieskiej i wschodnich mokradeł.

To mogłoby być znacznie mocniejsze turystycznie niż dzisiejszy zalew. Współczesna turystyka coraz częściej ucieka od betonu, hałasu i masowości. Ludzie szukają ciszy, krajobrazu, autentyczności, ptaków, ścieżek, wież widokowych, lokalnego jedzenia, opowieści i miejsc, których nie da się podrobić w innym województwie. Siemianówka przekształcona w kierunku mokradeł mogłaby stać się dokładnie takim miejscem. Nie tylko dla wędkarzy i plażowiczów, ale także dla fotografów przyrody, obserwatorów ptaków, rodzin z dziećmi, seniorów, szkół, grup edukacyjnych, kajakarzy, rowerzystów, miłośników slow travel i turystów z zagranicy.

To nie jest mała nisza. Turystyka ornitologiczna, przyrodnicza i krajobrazowa potrafi przyciągać ludzi przez cały rok, a nie tylko w kilka ciepłych weekendów wakacji. Ptaki migrują wiosną i jesienią. Mgły nad rozlewiskami są najpiękniejsze o świcie. Zimą dzikie mokradła też mają swój surowy urok. Taki model wydłuża sezon. A wydłużenie sezonu to więcej noclegów, więcej posiłków, więcej przewodników, więcej lokalnych usług i mniej uzależnienia od tego, czy w lipcu będzie upał i dobra woda do kąpieli. Lokalsi mogliby na tym zyskać bardzo konkretnie.

Gospodarstwa agroturystyczne mogłyby przestać sprzedawać wyłącznie „nocleg nad zalewem”, a zacząć sprzedawać pobyt w jednym z najciekawszych obszarów mokradłowych w Polsce. To zupełnie inny produkt. Można tworzyć pakiety weekendowe: świt z ptakami, kolacja z lokalnych produktów, spacer z przewodnikiem, ognisko, opowieści o zatopionych wsiach, wycieczka rowerowa, obserwacja bielików, czapli, gęsi i żurawi. Taki turysta nie przyjeżdża tylko po to, żeby poleżeć na ręczniku. On zostawia pieniądze w kilku miejscach naraz.

Właściciele wypożyczalni sprzętu również nie musieliby znikać. Mogliby się przebranżowić częściowo z ciężkiej rekreacji motorowodnej na spokojniejszą turystykę wodną: kajaki, canoe, łodzie płaskodenne, rowery wodne w wyznaczonych strefach, rejsy przyrodnicze z przewodnikiem, bezpieczne trasy po otwartej części akwenu. Jeśli najgłębsze fragmenty zbiornika pozostałyby wodą, nadal mogłyby funkcjonować jako przestrzeń rekreacyjna. Różnica polegałaby na tym, że reszta obszaru nie byłaby traktowana jak „stracona woda”, lecz jak nowa atrakcja.

Nowe możliwości!

Przewodnicy lokalni mogliby zyskać zupełnie nowy rynek. Dziś wiele osób przejeżdża przez Podlasie, widzi kilka znanych punktów i jedzie dalej. Tymczasem Siemianówka jako obszar mokradeł mogłaby wymagać opowieści. A tam, gdzie potrzebna jest opowieść, pojawia się praca dla ludzi. Ktoś musi oprowadzać po kładkach. Ktoś musi tłumaczyć, dlaczego Narew jest rzeką wyjątkową. Ktoś musi pokazywać ptaki, dawne wsie, historię budowy zbiornika, relację z Puszczą Białowieską, granicę, kolej, Bondary, Narewkę i Michałowo. To wszystko można zamienić w doświadczenie turystyczne, nie tylko w mapkę z parkingiem.

Restauracje i mała gastronomia mogłyby oprzeć się na kuchni regionalnej, nie na przypadkowej wakacyjnej ofercie. Turysta przyrodniczy bardzo często szuka lokalności. Chce zjeść coś z regionu, kupić miód, sery, kiszonki, zioła, rękodzieło, chleb, coś z tatarskich, białoruskich, podlaskich albo kresowych inspiracji. Jeśli wokół Siemianówki powstałaby silna marka miejsca, zarabialiby nie tylko właściciele noclegów, ale też rolnicy, koła gospodyń, małe przetwórnie, twórcy ludowi i lokalne sklepy.

Samorządy mogłyby zyskać nie problem, lecz nową strategię rozwoju. Zamiast inwestować wyłącznie w klasyczną infrastrukturę nadwodną, można byłoby budować produkt turystyczny oparty na przyrodzie: wieże obserwacyjne, parkingi buforowe, ścieżki rowerowe, kładki edukacyjne, punkty informacji, małe centra interpretacji przyrody, aplikacje terenowe, oznakowane trasy, miejsca odpoczynku, lokalne targowiska, wydarzenia tematyczne i festiwale przyrodnicze. To nie musi być betonowy moloch. W Podlaskiem często największą siłę mają rzeczy proste, dobrze wpisane w krajobraz.

Taką zmianę można też powiązać z pieniędzmi zewnętrznymi. Renaturyzacja, adaptacja do zmian klimatu, ochrona mokradeł, retencja naturalna, edukacja ekologiczna, turystyka zrównoważona, infrastruktura rowerowa i ochrona bioróżnorodności to dziś tematy, na które łatwiej pozyskać środki niż na kolejną zwykłą plażę. Gdyby region dobrze przygotował projekt, Siemianówka mogłaby stać się nie ciężarem, ale wizytówką nowoczesnego myślenia o wodzie, przyrodzie i lokalnym rozwoju.

Najważniejsze jest jednak to, by mieszkańcy nie zostali z tym sami

Jeżeli państwo, przyrodnicy i instytucje chcą zmieniać sposób gospodarowania wodą, muszą równolegle mówić o rekompensacie rozwojowej dla regionu. Nie chodzi o jednorazowe odszkodowania, ale o realny program przejścia z jednego modelu turystyki do drugiego. Szkolenia dla przewodników. Wsparcie dla agroturystyk. Pomoc w zmianie profilu wypożyczalni. Promocję nowej marki Siemianówki. Dofinansowanie małej infrastruktury. Włączenie lokalnych firm w tworzenie produktu turystycznego. Kampanie promujące nie „osuszony zalew”, ale nową perłę przyrodniczą Podlasia.

Bo ludzie nie boją się samej przyrody. Ludzie boją się, że ktoś podejmie decyzję nad ich głowami, a oni zostaną z rachunkami. Dlatego ta rozmowa musi być prowadzona uczciwie. Mieszkańcy Narewki, Michałowa, Bondar, Siemianówki i okolicznych miejscowości nie mogą być przedstawiani jako przeciwnicy ratowania Narwi. To oni powinni być pierwszymi beneficjentami zmiany. Jeżeli Narew ma zostać uratowana, lokalna społeczność musi dostać jasny sygnał: nie zabieramy wam przyszłości, tylko pomagamy zbudować nową.

Warto też powiedzieć rzecz niewygodną: turystyka oparta wyłącznie na dużym, płytkim zbiorniku w czasach suszy hydrologicznej jest ryzykowna. Można przez jakiś czas udawać, że problemu nie ma. Można powtarzać, że „zalew nas utrzymuje”. Ale jeśli ten zalew będzie coraz bardziej nagrzany, coraz płytszy i coraz częściej będzie kojarzony z zakwitami, to sam stanie się zagrożeniem dla lokalnej gospodarki. O wiele rozsądniej jest wyprzedzić kryzys i stworzyć nową markę, zanim stary model zacznie się sypać.

Siemianówka mogłaby stać się podlaskim symbolem mądrej transformacji. Miejscem, w którym nie walczono do końca o utrzymanie problemu, tylko odważnie zamieniono go w szansę. Zamiast opowieści o stracie mogłaby powstać opowieść o odrodzeniu. Zamiast „kiedyś był zalew” — „tu powstał jeden z najciekawszych obszarów przyrodniczych w Polsce”. Zamiast sporu między ekologami a mieszkańcami — wspólny projekt dla Narwi, turystyki i lokalnej gospodarki.

To jest właśnie moment, w którym trzeba zmienić język debaty. Nie pytajmy wyłącznie, ile wody zniknie z płytkiej części zbiornika. Pytajmy, co może się tam pojawić w zamian. Ile wież obserwacyjnych? Ile kilometrów kładek i ścieżek? Ile nowych usług? Ile miejsc pracy dla przewodników, gospodarzy, edukatorów, gastronomii i lokalnych producentów? Ile nowych powodów, by przyjechać tu nie tylko latem, ale także wiosną, jesienią i zimą?

Nasz postulat zaczyna być traktowany poważnie. To sukces, ale nie koniec drogi.

Teraz najważniejsze jest dopilnować, by rozmowa o Siemianówce nie została sprowadzona do prostego konfliktu: osuszyć albo nie osuszyć. Prawdziwa rozmowa powinna dotyczyć tego, jak uratować Narew i jednocześnie zbudować lepszą przyszłość dla ludzi żyjących wokół zbiornika.

Bo jeśli ta zmiana zostanie dobrze zaplanowana, Siemianówka nie straci turystyki. Ona może wreszcie zyskać turystykę, której nie zabije susza, brudna woda ani zakwity. Turystykę opartą na tym, co w Podlaskiem najcenniejsze: dzikiej przyrodzie, ciszy, przestrzeni, ptakach, wodzie, historii i krajobrazie, którego nie da się znaleźć nigdzie indziej.

I właśnie dlatego nie należy bać się nowej wizji Siemianówki. Trzeba ją mądrze zaprojektować, uczciwie skonsultować z mieszkańcami i wykorzystać tak, by Narew odzyskała oddech, a lokalni ludzie dostali nowe źródło rozwoju. To może być nie koniec Siemianówki, ale jej najlepszy początek.

PKS Nova ma znów nowego prezesa. O co w tym chodzi?
Nowy Prezes PKS Nova - Wojciech Sienicki, fot. PKS NOVA

PKS Nova ma znów nowego prezesa. O co w tym chodzi?

PKS Nova ma nowego prezesa zarządu. Został nim Wojciech Sienicki, dotychczasowy doradca ds. restrukturyzacji w spółce. To kolejna w tym roku zmiana we władzach przewoźnika podległego samorządowi województwa podlaskiego. I choć na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak następny odcinek personalnej karuzeli, tym razem sprawa jest bardziej logiczna, niż mogłoby się wydawać.

Jak poinformowała spółka, 9 czerwca 2026 roku odbyło się posiedzenie Rady Nadzorczej PKS Nova S.A., podczas którego wybrano prezesa zarządu. W toku procedury kwalifikacyjnej wpłynęły dwie oferty. Po zasięgnięciu opinii kancelarii prawnej potwierdzono, że tylko jedna z nich spełniła wszystkie wymogi wynikające z obowiązujących przepisów prawa. Funkcję prezesa powierzono Wojciechowi Sienickiemu.

I tu właśnie dochodzimy do sedna. Adam Byglewski, który od początku roku faktycznie przejął kierowanie spółką, formalnie nie był prezesem zarządu, lecz prokurentem samoistnym. To nie był przypadek ani wyłącznie polityczna konstrukcja językowa. Byglewski, mimo ogromnego doświadczenia w transporcie, logistyce i biznesie, nie spełniał jednego z formalnych wymogów stawianych kandydatom na prezesa zarządu – wymogu posiadania wyższego wykształcenia. Mówiąc prościej: to wysokiej klasy fachowiec, ale „bez papierka”.

W biznesie wykształcenie ma trzecio jak nie czwartorzędne znaczenie. Można mieć imponujące doświadczenie, prowadzić duże przedsięwzięcia, znać branżę od podszewki i wciąż nie mieć na to „papierów”. Ale gdy mówimy o spółce publicznej, wykształcenie jest wymagane.

Dlatego obecna zmiana może wyglądać dziwnie tylko wtedy, gdy patrzymy na nią jak na kolejne „odwołanie i powołanie”. W rzeczywistości bardziej przypomina uporządkowanie stanu, który od początku był tymczasowy. Adam Byglewski został wprowadzony do spółki jako człowiek od operacyjnej naprawy i praktycznego zarządzania, ale nie jako klasyczny prezes zarządu. Teraz, po konkursie, spółka otrzymuje prezesa spełniającego wymogi formalne, a Byglewski ma pozostać w PKS Nova jako dyrektor operacyjny.

Wojciech Sienicki nie przychodzi z zewnątrz jako osoba przypadkowa. Do tej pory pełnił funkcję doradcy ds. restrukturyzacji i – jak informuje spółka – uczestniczył w działaniach związanych z rozwojem oraz zmianami organizacyjnymi. PKS Nova przedstawia więc tę decyzję nie jako zerwanie z dotychczasowym kierunkiem, lecz jako wzmocnienie obecnego pionu zarządczego. Marszałek Łukasz Prokorym mówi o tandemie, który ma doprowadzić do tego, że przewoźnik będzie samowystarczalny.

To słowo – samowystarczalny – brzmi jednak w przypadku PKS Nova wyjątkowo ryzykownie. Bo o tym pisaliśmy już wcześniej: największym problemem tej spółki nigdy nie było samo nazwisko na drzwiach gabinetu prezesa. Problemem był model, w którym od przewoźnika oczekiwano rzeczy wzajemnie sprzecznych. PKS Nova miała nie przynosić strat, a jednocześnie nie zamykać nierentownych połączeń. Miała działać jak przedsiębiorstwo, ale pełnić społeczną misję. Miała wozić mieszkańców tam, gdzie autobus jest potrzebny, choć wiele takich tras nie ma szans utrzymać się wyłącznie z biletów.

W jednym z poprzednich tekstów pisaliśmy, że sama zmiana personalna niczego nie rozwiąże, jeśli za nią nie pójdzie nowy model finansowania i organizacji transportu. Bo autobus publiczny nie jest zwykłym produktem rynkowym. Nie można przykładać do niego wyłącznie miary zysku i straty, a potem dziwić się, że linie do mniejszych miejscowości wypadają z rozkładu. Dla młodzieży, seniorów, osób bez samochodu czy mieszkańców oddalonych wsi takie połączenie nie jest luksusem. To często warunek normalnego życia.

Dlatego ważniejsze od tego, kto formalnie zostaje prezesem, jest pytanie, czy województwo rzeczywiście zbuduje dla PKS Nova stabilne zasady działania. Wcześniej pojawiła się zapowiedź, że od 1 stycznia spółka ma stać się podmiotem powierzonym województwa i działać w formule in-house. To byłaby zmiana znacznie ważniejsza niż każda roszada personalna. Oznaczałaby bowiem, że samorząd województwa traktuje transport autobusowy jako usługę publiczną, a nie jako biznes, który ma sam się bilansować nawet tam, gdzie z definicji jest deficytowy.

Na tym tle nominacja Wojciecha Sienickiego jest raczej domknięciem formalnego układu niż politycznym trzęsieniem ziemi. Adam Byglewski pozostaje w spółce tam, gdzie jego doświadczenie może być najbardziej użyteczne – przy operacyjnym zarządzaniu, zmianach, analizie przewozów i codziennej logistyce. Sienicki ma natomiast wziąć na siebie formalną odpowiedzialność prezesa zarządu. Jeżeli ten tandem rzeczywiście ma działać, to jego sens będzie można ocenić nie po tytułach stanowisk, lecz po rozkładach jazdy, liczbie połączeń i kondycji finansowej spółki.

A ta kondycja wciąż jest trudna. Według informacji podawanych przy okazji sejmikowych dyskusji strata netto PKS Nova na koniec lutego 2026 roku wynosiła ponad 2,6 mln zł. W kwietniu większość w sejmiku zdecydowała o zwiększeniu poręczenia kredytu do 20 mln zł, głównie na działalność bieżącą. To pokazuje, że przed nowym prezesem nie stoi zadanie wizerunkowe, lecz bardzo konkretna i ciężka praca: modernizacja taboru, uporządkowanie siatki połączeń, stabilizacja finansów i przygotowanie spółki do nowego modelu działania.

Nie ma więc sensu sprowadzać tej zmiany do prostego pytania: „dlaczego znowu nowy prezes?”. Ważniejsze jest pytanie, czy tym razem za zmianą personalną idzie realny porządek. W styczniu można było odnieść wrażenie, że władze województwa próbują przykryć głębszy problem wymianą nazwiska. Teraz sytuacja jest inna. Formalny prezes został wybrany w konkursie, a człowiek od praktycznego zarządzania ma zostać w strukturze spółki. To może być logiczne rozwiązanie, pod warunkiem że nie stanie się tylko kolejnym komunikatem do mediów.

Bo mieszkańców Podlasia naprawdę nie obchodzi, czy PKS NOVA prowadzi prezes, prokurent, dyrektor operacyjny czy doradca ds. restrukturyzacji. Mieszkańców interesuje, czy autobus przyjedzie. Czy dowiezie dziecko do szkoły. Czy senior dotrze do lekarza. Czy z mniejszej miejscowości da się wyjechać rano i wrócić po południu. Czy rozkład będzie miał sens, a nie będzie jedynie tabelą pełną martwych godzin.

Dlatego nowy prezes PKS Nova nie dostaje czystej karty. Dostaje spółkę z historią błędów, napięć, politycznych uników i finansowych problemów. Ale dostaje też moment, w którym można jeszcze uporządkować system. Jeśli Wojciech Sienicki i Adam Byglewski rzeczywiście stworzą skuteczny duet, a samorząd województwa nie cofnie się przed odpowiedzialnością za transport publiczny, ta zmiana może okazać się czymś więcej niż kolejną roszadą.

Na razie warto powiedzieć jedno: sama nominacja nie rozwiązuje problemów PKS Nova. Ale tym razem przynajmniej da się ją logicznie wytłumaczyć. To nie tyle wymiana fachowca na fachowca, ile próba pogodzenia praktyki z formalnościami. A w spółce publicznej, niestety, czasem nawet najlepszy kierowca nie pojedzie dalej, jeśli nie ma właściwego prawa jazdy.

Wielki test dla Łomży. Pociągi wracają tam po bardzo wielu latach.

Wielki test dla Łomży. Pociągi wracają tam po bardzo wielu latach.

14 czerwca 2026 roku Łomża ponownie znajdzie się na kolejowej mapie regionu. Po ponad trzech dekadach przerwy z miasta mają ruszyć regularne pociągi pasażerskie. Dla mieszkańców to wiadomość długo wyczekiwana, bo kolej oznacza wygodniejsze dojazdy do Białegostoku, nowe możliwości dla studentów, pracowników, rodzin i przedsiębiorców. To może być jeden z tych momentów, które realnie zmieniają codzienne życie miasta.

Ale powrót pociągów do Łomży będzie też czymś więcej niż transportowym świętem. Będzie wielkim testem odpowiedzialności kierowców, pieszych i rowerzystów. Przez ponad 30 lat mieszkańcy nie funkcjonowali w mieście, w którym regularny ruch kolejowy jest częścią codzienności. Wielu kierowców mogło przyzwyczaić się do przejazdów traktowanych niemal jak zwykły fragment drogi. Od 14 czerwca takie myślenie może być śmiertelnie niebezpieczne.

Ostrzeżenia te nie są przesadą i nie biorą się znikąd. W województwie podlaskim w ostatnich latach dochodziło do wielu niebezpiecznych zdarzeń z udziałem samochodów i pociągów. Szczególnie alarmujący był 2025 rok, gdy w regionie doszło do serii wypadków na przejazdach kolejowych. Według informacji podawanych przez lokalne media i służby, tylko w tym jednym miesiącu odnotowano siedem takich zdarzeń, a dwa z nich zakończyły się tragicznie.

Na początku lipca 2025 roku w Szyszkach pod Sokółką ciężarówka wjechała pod pociąg Polregio relacji Czyżew – Kuźnica. Siła uderzenia była tak duża, że wykoleił się pierwszy wagon. Pasażerowie zostali ewakuowani, kierowca ciężarówki został ranny, a straty po stronie kolei szacowano nawet na kilka milionów złotych. To przykład, że wypadek na przejeździe nie kończy się wyłącznie na uszkodzonym aucie. Może zatrzymać ruch kolejowy, narazić życie pasażerów i doprowadzić do ogromnych strat.

Kilka tygodni później niebezpiecznie zrobiło się także w okolicach Łomży. W miejscowości Modzele-Wypychy samochód osobowy zderzył się z pociągiem relacji Białystok – Ostrołęka. Według relacji świadków kierowca wjechał wprost pod jadący skład, który uderzył w tył auta. Mężczyzna sam wyszedł z pojazdu, ale trafił do szpitala na badania. Pociągiem jechało ponad 70 pasażerów. Tym razem obyło się bez ofiar, ale przebieg zdarzenia pokazuje, jak niewiele potrzeba, by zwykły przejazd przez tory zamienił się w dramat.

Jeszcze tragiczniejsze skutki miał wypadek na trasie Śniadowo – Mężenin. Kierujący volkswagenem 77-letni mężczyzna wjechał przed nadjeżdżający pociąg. Zginął na miejscu. Według wstępnych ustaleń policji najprawdopodobniej nie zatrzymał się przed znakiem STOP. To szczególnie ważna lekcja dla wszystkich kierowców: znak STOP przed torami nie jest formalnością. Nie jest sugestią. Nie jest czymś, co można zignorować, bo „przecież nic nie jedzie”. Przy torach taki odruch może decydować o życiu.

Do groźnego zdarzenia doszło również w Wołyńcach w powiecie sejneńskim, gdzie 19-letni kierowca osobówki wjechał na niestrzeżony przejazd pod nadjeżdżający pociąg towarowy. Mężczyzna został przewieziony do szpitala, a na miejscu interweniowały służby ratunkowe. W Dziękoniach natomiast opel wjechał na niestrzeżony przejazd i zderzył się z lokomotywą PKP Cargo. Kierowca samochodu zginął.

Te zdarzenia układają się w bardzo czytelny obraz. Problemem nie jest sama kolej. Problemem jest rutyna, pośpiech, ignorowanie znaków, jazda „na pamięć” i przekonanie, że skoro przez lata nic się nie działo, to nic się nie stanie również tym razem. W Łomży to ryzyko może być szczególnie duże, bo powrót regularnych pociągów zmieni sytuację, do której wielu uczestników ruchu nie jest przyzwyczajonych.

Dlatego apel, by przy przejazdach kolejowych zachować szczególną ostrożność, trzeba potraktować poważnie. W rejonie torów nie powinno się jechać z głośną muzyką, rozmawiać przez telefon, patrzeć w ekran, przechodzić w słuchawkach odcinających od otoczenia ani przejeżdżać rowerem bez upewnienia się, że nic nie nadjeżdża. Pociąg nie zatrzyma się tak jak samochód. Maszynista może widzieć zagrożenie, może hamować, może użyć sygnału dźwiękowego, ale fizyki nie oszuka.

Powrót kolei do Łomży jest ogromną szansą. Może ułatwić codzienne dojazdy, poprawić dostępność komunikacyjną miasta, wzmocnić lokalną gospodarkę i sprawić, że Łomża stanie się atrakcyjniejszym miejscem do życia, pracy i inwestowania. Ale ten sukces będzie pełny tylko wtedy, gdy mieszkańcy od pierwszych dni potraktują tory z należytą powagą.

14 czerwca nie zaczyna się wyłącznie nowy rozdział w komunikacji. Zaczyna się także test. Test dla kierowców, pieszych i rowerzystów. Test z cierpliwości, wyobraźni i odpowiedzialności. Oby Łomża zdała go bez wypadków.

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.
fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.

To jest jedna z tych informacji, przy których warto na chwilę odłożyć polityczne emocje i powiedzieć wprost: dobrze, że ten kierunek został obrany. Przez ostatnie miesiące wokół PKS Nova narastało wiele pytań, napięć i obaw. Mieszkańcy bali się likwidacji kolejnych połączeń, politycy przerzucali się odpowiedzialnością, a sama spółka tkwiła w modelu, który z góry skazywał ją na konflikt między rachunkiem ekonomicznym a społeczną misją.

Pisaliśmy jakiś czas temu, że największym problemem PKS Nova nie jest konkretne nazwisko na stanowisku prezesa czy prokurenta. Problem był znacznie głębszy. Od spółki oczekiwano, że będzie jednocześnie rentowna i społecznie dostępna. Miała nie przynosić strat, ale też nie zamykać połączeń. Miała obsługiwać trasy potrzebne mieszkańcom, choć wiele z nich z natury rzeczy nie może utrzymać się wyłącznie z biletów. To był układ niemożliwy do utrzymania.

Teraz marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zapowiedział rozwiązanie, które uderza dokładnie w sedno tego problemu. Od 1 stycznia PKS Nova ma stać się podmiotem powierzonym Województwa Podlaskiego i działać w formule in-house. W praktyce oznacza to, że samorząd województwa będzie mógł bezpośrednio powierzać spółce realizację zadań z zakresu publicznego transportu zbiorowego.

To bardzo ważna zmiana. Nie kosmetyczna, nie personalna, nie wizerunkowa, ale systemowa. PKS Nova przestanie być spółką, od której oczekuje się cudów finansowych na nierentownych trasach, a zacznie działać w ramach umowy określającej zakres usług i liczbę kilometrów realizowanych przez autobusy. Innymi słowy: transport publiczny zostanie potraktowany jak transport publiczny, a nie jak zwykła działalność komercyjna, która ma sama się bilansować bez względu na społeczne potrzeby regionu.

Podczas poniedziałkowego spotkania z samorządowcami z powiatów białostockiego i sokólskiego oraz przedstawicielami PKS Nova marszałek przekazał też deklarację, na którą czekało wielu mieszkańców. Zapowiedział, że kilometrów realizowanych przez autobusy będzie więcej niż obecnie. To istotny sygnał szczególnie dla tych miejscowości, które w ostatnich latach coraz mocniej odczuwały wykluczenie komunikacyjne.

Bo o to właśnie chodziło w całej tej sprawie. Autobus w województwie podlaskim nie jest luksusem. Dla wielu osób to jedyny sposób, by dojechać do szkoły średniej, lekarza, urzędu, pracy, na studia albo do większej miejscowości, z której dalej można ruszyć pociągiem. Tam, gdzie znika połączenie, często znika też realna możliwość normalnego funkcjonowania. Szczególnie dla młodzieży, seniorów i osób, które nie mają samochodu.

Nowy model ma dać PKS Nova stabilne i przewidywalne finansowanie. To z kolei powinno pozwolić spółce planować rozwój, zamiast co kilka miesięcy gasić pożary. Władze województwa liczą, że dzięki formule in-house oraz doświadczeniu obecnego kierownictwa PKS Nova w ciągu kilku lat osiągnie pełną stabilność finansową. Ważne jest także to, że nowa organizacja ma ułatwić skuteczniejsze korzystanie ze środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.

Równie istotna jest zapowiedź zmian w siatce połączeń. Nowy system ma być dostosowany do rzeczywistych potrzeb mieszkańców regionu. Autobusy mają w pierwszej kolejności zapewniać sprawną komunikację między miastami powiatowymi, a następnie między miastami powiatowymi i gminami. Brzmi to prosto, ale właśnie tak powinien działać sensowny transport publiczny: nie jako zbiór przypadkowych kursów, lecz jako logiczna sieć, w której można się przesiąść, zaplanować podróż i nie czekać godzinami na kolejny autobus.

Marszałek zwrócił się też do samorządowców o aktywny udział w tworzeniu nowej siatki połączeń. To bardzo ważne, bo bez wiedzy lokalnych władz trudno będzie zaprojektować komunikację odpowiadającą realnym potrzebom mieszkańców. Gminy i powiaty najlepiej wiedzą, gdzie są szkoły, przychodnie, zakłady pracy, urzędy i miejscowości, które dziś mają największy problem z dojazdem.

Warto więc powiedzieć jasno: jeżeli zapowiadany model rzeczywiście zostanie wdrożony konsekwentnie, będzie to dobra wiadomość dla województwa podlaskiego. Nie dlatego, że rozwiąże wszystkie problemy z dnia na dzień. Tego nie zrobi żadna jedna decyzja. Ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna wskazano właściwy kierunek: stabilne finansowanie, jasne zasady, publiczna odpowiedzialność i próba budowy spójnego systemu zamiast doraźnego ratowania pojedynczych kursów.

Wcześniej ostrzegaliśmy, że sama zmiana personalna w PKS Nova niczego nie załatwi, jeśli nie powstanie nowy model organizacyjny i finansowy. Teraz taki model został zapowiedziany. To oznacza, że problem, o którym pisaliśmy, został przynajmniej na poziomie decyzji politycznej zauważony i nazwany. A to w sprawach transportu publicznego jest już duży krok naprzód.

Teraz najważniejsze będzie wykonanie. Mieszkańcy nie ocenią tej zmiany po komunikatach, spotkaniach i deklaracjach. Ocenią ją po tym, czy autobus naprawdę przyjedzie. Czy będzie można nim dojechać do szkoły, lekarza, pracy i powiatowego miasta. Czy rozkład jazdy będzie logiczny. Czy przesiadki będą możliwe. Czy z mniejszych miejscowości da się wydostać nie tylko rano, ale też wrócić po południu.

Jeżeli tak się stanie, województwo podlaskie może zyskać coś więcej niż uratowaną spółkę. Może zyskać fundament nowoczesnego transportu publicznego, który nie udaje, że każda trasa musi być biznesem, lecz rozumie, że komunikacja jest częścią infrastruktury społecznej. Tak samo jak szkoła, droga, przychodnia czy urząd.

I właśnie dlatego ta wiadomość jest dobra. Bo wreszcie nie chodzi tylko o to, kto kieruje PKS Nova. Chodzi o to, na jakich zasadach ta spółka ma działać. A bez jasnych zasad żaden autobus daleko nie zajedzie.

Właśnie dlatego ten szalet kosztował tyle co mieszkanie. Idioci zdewastowali wejście.
Zdjęcie ilustracyjne

Właśnie dlatego ten szalet kosztował tyle co mieszkanie. Idioci zdewastowali wejście.

Białostocki szalet na Plantach znów wrócił do miejskiej debaty. Ten sam, który kilka lat temu stał się bohaterem ogólnopolskich żartów, memów i komentarzy o „toalecie za cenę mieszkania”. Teraz jednak cała ta historia nabiera innego znaczenia. Bo kiedy słyszymy, że publiczna toaleta kosztowała ponad 400 tysięcy złotych, łatwo wzruszyć ramionami i zapytać: „po co aż tyle?”. Przypomnijmy, że kiedy inni wyśmiewali cenę szaletu, pisaliśmy już – że musi tyle kosztować, ponieważ nie brakuje w mieście idiotów, którzy zaraz będą chcieli go zdewastować. Dlatego wszystko musi być w nim niemalże „pancerne”. I cóż… mieliśmy rację. Niedawno ktoś wyrwał ze ściany szaletu panel płatniczy, a naprawa ma kosztować 20–30 tysięcy złotych, odpowiedź sama ciśnie się na usta.

Właśnie dlatego.

Szalet przy bulwarach Kościałkowskiego stanął jesienią 2022 roku. Od początku budził emocje. Jedni mówili, że taka toaleta w centrum miasta, przy Plantach, zabytkach i popularnych trasach spacerowych, jest po prostu potrzebna. Inni wyliczali, że za podobne pieniądze można kupić mieszkanie. Później było jeszcze ciekawiej, bo obiekt przez długi czas nie mógł zostać otwarty, a pierwszy moduł ostatecznie zdemontowano, ponieważ nie spełniał wymogów prawa budowlanego. Temat idealny do kpin. Miasto, szalet, setki tysięcy złotych i brak możliwości skorzystania z toalety. Internet dostał paliwo, jakiego potrzebował.

Tylko że dzisiaj warto spojrzeć na tę sprawę z drugiej strony. Publiczna toaleta to nie jest łazienka w prywatnym mieszkaniu, z której korzystają domownicy i zaproszeni goście. To obiekt stojący w przestrzeni publicznej, dostępny dla tysięcy osób, także nocą, także w weekendy, także wtedy, gdy ktoś wraca z imprezy, nudzi się, chce coś sprawdzić „dla zabawy” albo po prostu jest zwyczajnym idiotą.

I niestety właśnie pod takich ludzi często trzeba projektować miejską infrastrukturę.

Bo w przestrzeni publicznej nie wystarczy, żeby coś było ładne, funkcjonalne i wygodne. To musi być odporne na kopanie, szarpanie, wyrywanie, zalewanie, podpalanie, bazgranie, rozkręcanie i wszystkie inne pomysły, które rodzą się w głowach wandali. Zwykła toaleta, taka jak w mieszkaniu, w takim miejscu nie przetrwałaby długo. Publiczny szalet musi być pancerny nie dlatego, że urzędnicy mają fantazję, tylko dlatego, że część użytkowników zachowuje się tak, jakby jedynym celem istnienia wspólnej przestrzeni było jej zniszczenie.

Według informacji miasta szalet na Plantach został wyłączony z użytkowania właśnie z powodu aktów wandalizmu. Zniszczony został przede wszystkim główny panel, umożliwiający płatności kartą. Mówiąc prościej: ktoś wyrwał go ze ściany. Sprawa została zgłoszona na policję, trwają czynności śledcze, a ponowne uruchomienie obiektu planowane jest do 30 czerwca, o ile nie pojawią się kolejne komplikacje. Szacowany koszt naprawy wynosi 20–30 tysięcy złotych.

I tu dochodzimy do sedna. Można oczywiście dalej śmiać się z „najdroższego szaletu w Białymstoku”. Można liczyć kafelki, moduły, przyłącza i porównywać wszystko do cen mieszkań. Ale każda taka inwestycja w przestrzeni publicznej musi uwzględniać coś, czego nie ma w prywatnym domu: ryzyko konfrontacji z idiotami. A głupota, jak widać, potrafi być bardzo droga.

Od otwarcia w lipcu 2023 roku z toalety miało skorzystać około 16 tysięcy osób. To pokazuje, że obiekt nie był fanaberią. Był potrzebny. Szczególnie w miejscu, gdzie spacerują mieszkańcy, gdzie pojawiają się turyści, gdzie odbywa się normalne życie miasta. Problem nie polega więc na tym, że w centrum Białegostoku postawiono publiczną toaletę. Problem polega na tym, że nawet tak prosta i potrzebna rzecz musi być zabezpieczana tak, jakby miała przetrwać najazd barbarzyńców.

Publiczne pieniądze nie znikają tylko przez nietrafione decyzje, procedury i przetargi. Znikają też wtedy, gdy ktoś niszczy wspólne mienie. Gdy wyrywa panel. Gdy dewastuje ławkę. Gdy rozbija przystanek. Gdy traktuje miasto jak cudzą własność, choć w rzeczywistości niszczy coś, za co płacimy wszyscy. Potem wszyscy płacimy drugi raz: za naprawy, monitoring, solidniejsze materiały, odporniejsze konstrukcje i kolejne zabezpieczenia.

Dlatego białostocki szalet z Plant jest czymś więcej niż tylko miejską ciekawostką. Jest smutnym symbolem tego, jak bardzo przestrzeń publiczna musi być projektowana nie pod normalnych użytkowników, ale pod idiotów. Pod ludzi, którzy nie potrafią skorzystać z toalety, ławki czy przystanku bez zostawienia po sobie śladu zniszczenia.

Więc kiedy następnym razem ktoś zapyta, dlaczego publiczny szalet kosztował tyle co mieszkanie, odpowiedź może być prosta: bo w mieszkaniu nie trzeba zakładać, że ktoś przyjdzie i wyrwie ze ściany panel płatniczy. W mieście, niestety, trzeba.

Miasto chce budować parkingi w centrum. Brakuje najważniejszej lokalizacji.
grafika UM Białystok z 2012 roku - pod planowany parking na tyłach ulicy Liniarskiego.

Miasto chce budować parkingi w centrum. Brakuje najważniejszej lokalizacji.

Miasto Białystok w końcu dostrzegło problem z parkowaniem w centrum. To dobrze, bo od lat znalezienie miejsca postojowego graniczy dziś z cudem. Magistrat analizuje sześć lokalizacji pod parkingi wielopoziomowe i podziemne – od Waszyngtona, przez Cieszyńską, aż po plac przed kościołem św. Rocha. Problem w tym, że w całej tej dyskusji pomijana jest najbardziej oczywista i najbardziej strategiczna lokalizacja w centrum miasta – Plac NZS.

To właśnie tam znajduje się ogromny zieleniec, który aż prosi się o stworzenie nowoczesnego parkingu podziemnego z prawdziwego zdarzenia. W tej lokalizacji można byłoby stworzyć parking na 200 miejsc. Co ważne – przy zachowaniu zieleni na powierzchni. W wielu europejskich miastach takie rozwiązania funkcjonują od lat. Nad parkingiem można by było urządzić park, plac lub teren rekreacyjny, a całe zaplecze komunikacyjne przeniosłoby się pod ziemię.

I właśnie dlatego dziwi, że miasto analizuje dziś mniej efektywne i bardziej problematyczne lokalizacje, zamiast skupić się na miejscu, które mogłoby realnie rozwiązać problem parkowania w centrum na długie lata. Gdyby pod Placem NZS powstał duży parking podziemny, prawdopodobnie nie byłoby potrzeby budowy parkingów przy Cieszyńskiej czy pod placem przed św. Rochem. Kierowcy mogliby zostawić samochód praktycznie w sercu miasta i dalej poruszać się pieszo.

Warto przypomnieć, że temat parkingu w tej okolicy pojawiał się już wcześniej. Miasto rozważało kiedyś budowę parkingu na zapleczu Placu NZS (wizualizacja z 2012 roku na grafice powyżej) , czyli za blokami przy ulicy Liniarskiego. To pokazuje, że urzędnicy od dawna wiedzieli, iż właśnie ten rejon jest jednym z kluczowych punktów komunikacyjnych śródmieścia. Ostatecznie jednak temat gdzieś zniknął, a dziś wraca się do pomysłów rozproszonych po różnych częściach miasta.

Oczywiście potrzebny jest parking przy szpitalach na Waszyngtona – tu trudno dyskutować, bo sytuacja od lat jest dramatyczna. Jednak jeśli mowa o rozwiązaniu problemu parkowania w ścisłym centrum, Plac NZS wydaje się lokalizacją wręcz idealną. Centralne położenie, ogromna przestrzeń i możliwość budowy pod ziemią bez niszczenia miejskiej tkanki sprawiają, że trudno znaleźć lepsze miejsce.

Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale dlaczego miasto znów omija najbardziej oczywiste rozwiązanie?

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Presja ma sens! Urzędnicy wystraszyli się wściekłych rowerzystów!

Jeszcze dziś rano pisaliśmy jak kompromitującą decyzję podjęli radni – zakazującą jazdy rowerom po Rynku Kościuszki. Po burzy jaka pojawiła się w sieci, urzędnicy najwyraźniej wystraszyli się wściekłych właściciel jednośladów. Na Rynku są znaki, które wykluczają rowery z ogólnego zakazu wjazdu pojazdom. Ale, trudno powiedzieć czego one dotyczą konkretnie, skoro Rynek nie jest drogą a placem. Znaki drogowe stosujemy do dróg. Tak czy inaczej urzędnicy po dwóch dniach „zastanawiania się” przyznali – jazda rowerem przez Rynek jest legalna.

Oznacza to jedno. Presja ma sens.

Presja społeczna faktycznie zadziałała, ale jednocześnie obnażyła coś znacznie groźniejszego – brak stabilności decyzji. Mieszkańcy dostali jasny sygnał: nie obowiązuje spójna polityka, tylko doraźne reagowanie na kryzysy wizerunkowe. Dziś rowerzyści „wygrali”, jutro ktoś inny może przegrać – w zależności od tego, kto głośniej krzyknie.

Jeżeli miasto chce być traktowane poważnie, nie może działać w ten sposób. Regulamin głównego placu to nie jest eksperyment, który testuje się „na żywym organizmie” i poprawia po komentarzach z Facebooka. To powinien być efekt analizy, konsultacji i świadomej decyzji.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ta sytuacja była całkowicie do przewidzenia. Wystarczyło wyjść poza salę obrad i zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w centrum. Zobaczyć ludzi jadących rano do pracy, uczniów, studentów, mieszkańców, którzy po prostu korzystają z miasta. Zamiast tego dostaliśmy decyzję zza biurka – i jej równie chaotyczną korektę.

Presja ma sens – to fakt. Ale jeszcze większy sens miałoby podejmowanie decyzji, które tej presji nie wymagają.

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Puste witryny na każdym kroku. Centrum Białegostoku przestaje istnieć jako miejsce biznesu.

Spacer po centrum Białegostoku przestaje być spacerem po mieście wojewódzkim. To przejście z widokiem na puste witryny, wynajęte kiedyś lokale i przestrzenie, które wyglądają jak po odwrocie przedsiębiorców. Jeszcze niedawno działały tu sklepy, usługi, małe firmy. Dziś – żółte plansze „do wynajęcia” i głucha cisza. I nie mówimy o pojedynczych przypadkach. To zjawisko masowe, widoczne gołym okiem, szczególnie w ścisłym centrum. Jeśli ktoś ma wątpliwości – wystarczy przejść się i policzyć. Zobaczcie nasze zdjęcia, wykonane tylko przy głównych ulicach miasta.

To nie jest chwilowe spowolnienie. To proces. Centrum straciło swoją funkcję gospodarczą, a wraz z nią – zanika sens istnienia jako żywego organizmu miejskiego. Miasto, które nie ma aktywnego centrum, zaczyna się rozlewać i degenerować. Białystok już w tę stronę idzie.

Miasto bloków zamiast możliwości

Białystok od lat rozwija się w najprostszy możliwy sposób – przez budowę kolejnych osiedli. Bloki rosną szybciej niż jakakolwiek realna gospodarka. Efekt? Mamy coraz więcej mieszkańców, ale nie mamy dla nich pracy, rozwoju ani przestrzeni do tworzenia czegokolwiek wartościowego.

To zaczyna przypominać rozrośnięte miasto powiatowe, tylko w większej skali. 10. największe miasto w Polsce, które nie oferuje realnych możliwości dla specjalistów. Rynek pracy jest płytki, firmy nie skalują działalności, a ambitni ludzie po prostu wyjeżdżają. Zostaje stagnacja i powolne osuwanie się w przeciętność.

To nie jest kwestia opinii. To jest obserwowalny fakt: brak nowych, silnych inwestycji, brak dynamicznych firm, brak przyciągania kapitału. Lokalny biznes w wielu przypadkach nie rozwija się – on trwa. A trwanie to nie rozwój. To oczekiwanie na koniec. Mało tego, to wszystko trwa od wielu lat na grupie tych samych biznesmenów.

Centrum umiera, bo nikt nim realnie nie zarządza

Największy problem to brak jakiejkolwiek strategii. Centrum Białegostoku nie jest traktowane jak kluczowy obszar gospodarczy, tylko jak przestrzeń „do ładnego utrzymania”. Brakuje aktywnego zarządzania – przyciągania najemców, tworzenia warunków dla biznesu, realnego wsparcia przedsiębiorców. Miasto nie konkuruje o firmy. Nie tworzy impulsów. Nie daje powodów, by ktoś chciał tu inwestować. Efekt jest prosty: kapitał wybiera inne miejsca. A jeśli centrum nie zarabia, to przestaje istnieć.

Ostatnie działania miały miejsce 16 lat temu, gdy postanowiono zabetonować Rynek Kościuszki i postanowiono go „sprofilować” pod gastronomię. Tylko, że dziś po tylu latach, nie ma już z tego powodu żadnego rozwoju.

Co trzeba zrobić w ciągu 5 lat?

Jeśli ten trend ma zostać odwrócony, potrzebne są decyzje, które będą odczuwalne natychmiast – nie za 15 czy 30 lat.

Po pierwsze, jeżeli coś ma się realnie szybko zmienić potrzebna jest agresywna polityka przyciągania biznesu. Zwolnienia podatkowe dla firm w centrum, preferencyjne najmy, realne wsparcie dla nowych działalności. Nie symboliczne działania – tylko konkretne pieniądze i ulgi.

Po drugie, aktywne zarządzanie pustymi lokalami. Zarząd Mienia Komunalnego musi wejść w rolę pośrednika i animatora rynku – łączyć właścicieli z najemcami, tworzyć programy tymczasowego zasiedlania lokali, wspierać start małych biznesów. Pusty lokal to koszt zrzucany na nas wszystkich.

Po trzecie, przyciągnięcie jednego silnego sektora. Cokolwiek, co ma potencjał wzrostu i płacenia dobrych pieniędzy. Bez tego nie będzie klasy średniej, a bez klasy średniej nie będzie życia w centrum.

Po czwarte, zmiana podejścia do przestrzeni miejskiej. Centrum musi być miejscem, gdzie opłaca się być – nie tylko przejść. Potrzebne są wydarzenia, ruch, ludzie. Ale nie jednorazowe imprezy, tylko stała aktywność.

Po piąte, brutalna diagnoza i koniec udawania, że „jest dobrze”. Nie jest. I dopóki ktoś tego jasno nie powie, nic się nie zmieni.

Albo działamy teraz, albo za kilka lat postępujące wyludnianie miasta na tyle się pogłębi, że zostaną tu emeryci, urzędnicy i pracownicy służb. Dokładnie to co obserwujemy obecnie na Białorusi, gdzie gospodarka od lat jest w zapaści.

Białystok stoi w miejscu, a świat idzie dalej. Każdy dzień bez decyzji pogłębia problem. Puste lokale dziś to tylko objaw. Choroba jest głębsza – brak kierunku i odwagi, by coś zmienić. A jeśli nic się nie wydarzy, centrum stanie się tylko tłem dla miasta, które już dawno przestało żyć, a zaczęło wegetować.

Featured Video Play Icon

Rynek Kościuszki do przebudowy. Czas skończyć z betonem w tym miejscu!

Od kilkunastu lat serce Białegostoku – Rynek Kościuszki – pozostaje przestrzenią, która jest jednym, gigantycznym, betonowym placem. Trudno dziś wskazać realne korzyści z takiej formy zagospodarowania. Beton dominuje nad zielenią, funkcjonalność nad estetyką, a potencjał miejsca – zamiast być wykorzystany – zdaje się być ograniczony przez własną formę.

Oczywiście, nie wszystko jest tu złe. Sam fakt stworzenia długiego, niemal ciągłego deptaka – od ulicy Kilińskiego aż po Lipową – to krok w dobrą stronę. Ograniczenie ruchu samochodowego i oddanie tej przestrzeni pieszym to decyzja, która wpisuje się w nowoczesne myślenie o miastach. Problem zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się idea, a zaczyna realizacja.

Bo czym od lat właściwie jest Rynek Kościuszki? Latem – przestrzenią zdominowaną przez ogródki piwne. Te jednak w żaden sposób nie wymagają tak rozległej, zabetonowanej powierzchni. W wielu miastach funkcjonują one wśród zieleni, na bardziej przyjaznych, miękkich nawierzchniach, które sprzyjają odpoczynkowi, a nie odbijają upał i potęgują wrażenie pustki.

Jeszcze większe wątpliwości budzą organizowane tu wydarzenia. Koncerty, które regularnie pojawiają się na rynku, są zwyczajnie uciążliwe. Pomijając już mieszkańców przyzwyczajonych do hałasu, warto zwrócić uwagę chociażby na witraże w katedrze. Nadejdzie dzień, że się rozlecą od tego drżenia przy głośnej muzyce. Hałas niesie się daleko. Tymczasem kilka kroków dalej znajduje się plac przy Teatrze Dramatycznym – miejsce znacznie lepiej przystosowane do organizacji tego typu wydarzeń. Większa przestrzeń, bardziej naturalne „zamknięcie” akustyczne i mniej bezpośrednie sąsiedztwo mieszkań i kruchych witraży sprawiają, że byłby to wybór po prostu rozsądniejszy.

Podobnie wygląda kwestia jarmarków świątecznych. Choć przyciągają mieszkańców i turystów, ich skala wcale nie uzasadnia zajmowania centralnej części rynku. To wydarzenia, które z powodzeniem mogłyby odbywać się w innych punktach miasta – bez konieczności „zabetonowania” przestrzeni.

Po latach widać wyraźnie: zabetonowany Rynek Kościuszki nie spełnia swojej roli tak, jak mógłby. Ludzie niepotrzebnie się tam męczą, gdy chcą zjeść lody czy wypić piwo. Brakuje zieleni, cienia, naturalnych stref odpoczynku. Brakuje pomysłu na codzienne funkcjonowanie tej przestrzeni – takiego, który nie będzie uzależniony od sezonowych ogródków i okazjonalnych wydarzeń.

To nie jest apel o cofnięcie czasu, ale o refleksję. Bo skoro już mamy w centrum miasta tak dużą, wyłączoną z ruchu przestrzeń, warto zadać pytanie: czy naprawdę wykorzystujemy ją najlepiej, jak potrafimy? Odpowiedź brzmi po prostu: nie.

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Czy Białystok to dobre miasto do życia? Są gorsi od nas.

Kolejny ranking jakości życia w polskich miastach stawia Białystok na 11 miejscu. Biorąc pod uwagę, że badano 16 stolic województw, oznacza to jedno. Są gorsze miasta do życia niż Białystok. Czy zatem jest się z czego cieszyć? Takie zestawienia powinno prowokować do refleksji.

W dyskusjach o Białymstoku coraz częściej nie chodzi już o rozwój, tylko o usprawiedliwianie bylejakości. Każda krytyka spotyka się z tym samym zestawem argumentów, że to „hejterzy”.

Bo przecież – słyszymy – mamy czyste powietrze. Mamy spokój. Nie mamy korków. Blisko do natury. I jeszcze bezpiecznie. Tylko że to wszystko brzmi trochę jak lista argumentów, dlaczego dobrze jest mieszkać… wszędzie, byle nie tam, gdzie jest praca i pieniądze. Trudno uznać za sukces fakt, że miasto jest wygodne do życia pod warunkiem, że nie musisz pracować i zarabiać. Kto zatem korzysta z takiej sytuacji? Emeryci. Pomijamy już ludzi z wieloma milionami na koncie. Jest ich w mieście tak niewielu, że każdy dokładnie wie kto to jest. Czy miasto ma z tego pożytek, że tu są? Czasami można odnieść wrażenie, że wręcz odwrotnie.

A jak zestawić „brak korków” z tym, że Białystok ma najwyższe bezrobocie wśród miast wojewódzkich? Może po prostu ludzie nie stoją w korkach, bo nie mają gdzie jechać do pracy? Jak zestawić „spokojne tempo życia” z pensją, która pozwala kupić mniej niż metr mieszkania miesięcznie? To nie jest wybór stylu życia.

Jeszcze gorzej brzmi argument o „idealnym miejscu do pracy zdalnej”. Czyli sukcesem miasta ma być to, że można w nim mieszkać, pracując dla kogoś zupełnie gdzie indziej. To już nie jest nawet rozwój – to przyznanie, że lokalna gospodarka nie jest w stanie utrzymać własnych mieszkańców na odpowiednim poziomie. Pomijamy już fakt, że praca zdalna zwyczajnie umiera.

I tak dochodzimy do momentu, w którym 11. miejsce zaczyna wyglądać nie jak powód do zadowolenia, tylko jak sygnał ostrzegawczy. Bo jeśli największym atutem miasta są rzeczy, które nie wymagają żadnej polityki rozwojowej – jak powietrze, brak korków czy cisza – to znaczy, że w tych obszarach, które tej polityki wymagają, po prostu niewiele się dzieje.

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Patologiczny model rozwoju Białegostoku. Kto zabija nasze miasto?

Coraz częściej czytam w socmediach komentarze tytułujące mnie hejterem i malkontentem. Ilekroć narzekam na kolejny spalony w Białymstoku drewniany dom, na kolejne bloczysko, odpowiedzi są podobne: A co, lepiej, żeby rudera stała i gniła? Lepiej, żeby dalej pusta działka w mieście była? Lepiej, żeby gołębie srały? No to się spalił, i co, teraz ma stać puste?

Wszystkie te komentarze mają jedno wspólne: mierzą w dół – i to jest atytuda mi zupełnie obca.

Kiedy patrzę na zaniedbany przedwojenny dom, to moja wyobraźnia podpowiada mi remont, nową szalówkę, okna, dachówki. Patrząc na pustą działkę, myślę o możliwie estetycznej jej zabudowie. Widząc kolejne pogorzelisko, marzę o skazaniu podpalacza, i nakazie odbudowy tego, co spalił.

Z biegiem lat dotarło nawet do mnie, że na śledztwo w sprawie podpalenia i skuteczną egzekucję prawa przez konserwatora zabytków nie ma co w tym mieście liczyć. Ale mogę chyba wymagać elementarnej racjonalności w planowaniu przestrzennym?

Każdy skrawek ziemi przeznaczany jest pod intensywną zabudowę mieszkaniową. Nawet te niewielkie przestrzenie, które do niedawna zarezerwowane były do poprawy sytuacji ekonomicznej miasta, w miejscowych planach znalazły się pod złowieszczym symbolem MW. Przykładem jest działka vis-à-vis dworca PKS. Przez lata była (słusznie) przeznaczona pod powierzchnie biurowe, do chwili, aż deweloper zaostrzył sobie na nią apetyt. I będzie blok. Powstanie blok – będę narzekał. Będę narzekał, to mi odpowiedzą: A co, lepiej jak klepisko było?

Tymczasem w Białymstoku już naprawdę nie ma gdzie wykonywać działalności gospodarczej. Wszędzie widzimy szyldy reklamujące biura rachunkowe, usługi geodezyjne, IT i wiele innych stricte biurowych działalności na poddaszach domów, lokalach sklepowych, klatkach schodowych. Mikroskopijna podaż lokali biurowych wręcz poraża. Za niską podażą idą oczywiście horrendalne ceny, co skutecznie powstrzymuje przedsiębiorstwa od rozwoju. Kiedy prowadzisz małą firmę i osiągasz pułap, na którym należałoby przekształcić biznes w spółkę kapitałową i zatrudnić kilka-kilkanaście osób, zwyczajnie pójść do przodu – nie ma dokąd iść.

Identycznie sytuacja ma się w sektorze innych usług. Przykładem niech będą warsztaty samochodowe. Mamy ich mnóstwo i przed każdym samochodami zastawione są trawniki, chodniki i wszelkie inne przestrzenie. Masz opłacalny warsztat, mnóstwo zleceń – rozwijasz się, inwestujesz w pół hektara ziemi, stawiasz sobie tam halę, czy inny hangar, zatrudniasz pracowników i ogarniasz zlecenia szybko i skutecznie. Pod warunkiem, że masz gdzie to zrobić. Tymczasem te tereny, które objęte są planami miejscowymi, nakazują budowę bloków, a nie warsztatów. Natomiast tereny, które nie są planami objęte, są absurdalnie drogie. Dlaczego? –Bo brak planu nie wyklucza budowy bloków i dlatego jest łakomym kąskiem dla każdego dysponującego setkami milionów dewelopera. Niejeden mądrala teraz mi odpowie, że to oczywiste, że w centrum miasta nie powstają warsztaty samochodowe. Wnioskuję, że ich miejsce jest na peryferiach. A co mamy na peryferiach, Dojlidach, Skorupach, Pieczurkach, Bacieczkach? –Bloki. Bloki, to znaczy: deweloperów, z którymi trzeba o każdy metr konkurować.

Wracając do centrum, nie zgodzę się też, że jest to przestrzeń do spania w blokach. Centra tych miast, które odnoszą sukces, żyją. W nich się pracuje. Rozejrzyjcie się, gdzie tylko chcecie. Wszystko, co słusznie zwie się metropolią, do swojego centrum wabi przedsiębiorstwa ofertą przestrzeni biurowej lub hybrydowej. Białystok natomiast stał się sypialnią, czy to w centrum, czy na peryferiach. Spaniem się nie dorobimy.

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Rolnicy wypalając trawy co roku niszczą Podlaskie. Gigantyczne straty.

Każdej wiosny scenariusz wygląda identycznie. Pojawiają się pierwsze cieplejsze dni, trawy wysychają po zimie, a w wielu miejscach Podlasia ktoś podpala łąkę. Później pojawiają się kolejne ognie, a strażacy przez tygodnie gaszą pożary, które nie powinny się wydarzyć. W samym 2025 roku pożary zapoczątkowane wypalaniem traw objęły w Polsce 100 km kwadratowych powierzchni, spowodowały straty w wysokości ponad 28 mln zł i kosztowały życie siedmiu osób. W województwie podlaskim miało miejsce aż 801 takich wydarzeń, osiem osób zostało poszkodowanych.

Równolegle pojawia się drugi stały element tego rytuału: konferencje prasowe i apele. Strażacy, policja i przedstawiciele administracji apelują do rozsądku. Apelują, aby nie wypalać traw, o odpowiedzialność i o to by zgłaszać pożary. W tym roku nie było inaczej. O zaprzestanie wypalania traw apelowali podlascy strażacy, wojewoda podlaski, zastępca komendanta wojewódzkiego Policji oraz dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.

Pytanie brzmi – czy apelowanie to jednak nie jest za mało? Problem polega na tym, że od lat nic z tych apeli nie wynika. Straty liczone są w milionach złotych. W praktyce jest to działanie pozorne, bo apelowanie nie zatrzymuje pożarów.

Wypalanie traw jest w Polsce nielegalne. Grożą za to wysokie grzywny, a nawet kara więzienia. Istnieją przepisy, istnieją sankcje, istnieją kampanie społeczne. A mimo to liczba pożarów jest gigantyczna. To oznacza jedno: sama edukacja nie działa. Jeżeli co roku w tym samym regionie dochodzi do setek podpaleń, to znaczy, że system reaguje dopiero wtedy, gdy ogień już płonie. Cała strategia polega na gaszeniu skutków zamiast zapobieganiu przyczynom.

Tymczasem w ochronie przeciwpożarowej najważniejsza jest jedna rzecz – czas reakcji. Gdy ogień zostanie wykryty w ciągu kilku minut. Dobrym przykładem jest Biebrzański Park Narodowy. Po katastrofalnym pożarze w 2020 roku, który strawił ponad 5500 hektarów torfowisk i trzcinowisk, rozpoczęto rozbudowę systemu wczesnego wykrywania ognia. W ramach projektu wprowadzono monitoring przeciwpożarowy oparty na kamerach i wieżach obserwacyjnych. Do tego są samochody patrolowe i lekkie gaśnicze.

Dzięki temu różnica między wykryciem pożaru po 5 minutach a po godzinie może oznacza niwelację strat między spalonym hektarem a spalonymi tysiącami hektarów. Ogień w suchych trzcinowiskach lub na wyschniętej łące rozprzestrzenia się błyskawicznie. Gdy zostanie zauważony dopiero wtedy, gdy dym widoczny jest z kilku kilometrów, jest już za późno na łatwą akcję gaśniczą.

Jeżeli Podlaskie co roku mierzy się z setkami pożarów traw, to oznacza, że potrzebny jest system wczesnego wykrywania ognia obejmujący większe obszary regionu. Wieże obserwacyjne z kamerami, automatyczne systemy wykrywania dymu, monitoring satelitarny czy nawet drony patrolowe to technologie, które już istnieją. Ich koszt jest niewielki w porównaniu z kosztami wielodniowych akcji gaśniczych, w których uczestniczą setki strażaków, wojsko i lotnictwo.

Przykład Biebrzy pokazuje, że inwestycje w monitoring są możliwe i realne. To jest realna prewencja. Miliony na gaszenie, grosze na zapobieganie. Gdy dochodzi do wielkiego pożaru, uruchamiane są ogromne siły: setki strażaków, śmigłowce, samoloty gaśnicze, wojsko i służby leśne. Koszty takich operacji idą w miliony złotych. Jednocześnie inwestycje w wielkoobszarowe systemy wykrywania ognia są wyjątkiem, a nie standardem.

W efekcie państwo wydaje ogromne pieniądze na gaszenie pożarów, które można byłoby zdusić w zarodku – gdy ogień ma jeszcze kilka metrów, a nie kilka kilometrów frontu. Dopóki będą tylko apele, pożary będą co roku. Nie ma wątpliwości, że wypalanie traw jest głupotą i przestępstwem. Ale równie oczywiste jest to, że same apele nie zmienią rzeczywistości.

Rolnicy, którzy podpalają łąki, robią to od dziesięcioleci. Kampanie społeczne nie zmieniły tego w ciągu ostatnich lat i nie zmienią tego w ciągu kolejnych. Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi: czy powinniśmy apelować? Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego w regionie, w którym co roku płoną setki hektarów traw, nadal nie istnieje powszechny, spójny system wczesnego wykrywania pożarów? I niech nikt nie mówi o braku pieniędzy. Szczególnie patrząc na to, ile w Polsce bezużytecznych projektów unijnych zostało zrealizowanych za gigantyczne kwoty.

Dlatego dopóki jedyną odpowiedzią władz będą konferencje prasowe i apele o rozsądek, Podlaskie będzie płonąć każdej wiosny.

Pseudo-konsultacje w sprawie ścieżki rowerowej do Białowieży. Trzy warianty tego samego absurdu

Pseudo-konsultacje w sprawie ścieżki rowerowej do Białowieży. Trzy warianty tego samego absurdu

Zarząd Podlaskich Dróg Wojewódzkich ogłasza konsultacje społeczne dotyczące budowy drogi rowerowej z Hajnówki do Białowieży. Brzmi dobrze. Demokratycznie. Nowocześnie. Problem w tym, że gdy zajrzymy do szczegółów, okaże się, że „wybór” sprowadza się do trzech wersji tego samego pomysłu: ścieżka ma biec wzdłuż drogi wojewódzkiej. Różnica? Czy bliżej jezdni, czy za rowem melioracyjnym.

Jeśli konsultacje mają polegać na wyborze między spalinami po lewej stronie a spalinami po prawej, to trudno mówić o realnym dialogu społecznym. Trudno też nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z klasycznym odhaczaniem procedury. Środowiska rowerowe od lat powtarzają jedno: człowiek nie wsiada na rower po to, by jechać wzdłuż ruchliwej trasy i wdychać spaliny. Tym bardziej, gdy mowa o trasie do Białowieży – symbolu dzikiej przyrody, ciszy i unikalnego krajobrazu. Ale kto by się przejmował tym co chcą ludzie. Urzędnik wie przecież lepiej.

Trasa rowerowa Hajnówka – Białowieża mogłaby być wizytówką regionu. Leśnym korytarzem prowadzącym przez jeden z najcenniejszych obszarów w Europie. Produktem turystycznym z prawdziwego zdarzenia. Tymczasem proponuje się rowerzystom jazdę wzdłuż asfaltu w cieniu osobówek czy autobusów. To nie jest infrastruktura turystyczna. To jest infrastruktura techniczna, zaprojektowana z perspektywy zarządcy drogi, a nie użytkownika roweru.

Klucz do zrozumienia całej sytuacji jest prosty: Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich ma kompetencje i „władztwo” nad pasem drogowym dróg wojewódzkich. Poza nim – już nie. Budowa ścieżki wzdłuż drogi wojewódzkiej jest więc najprostsza administracyjnie. Najłatwiej zaprojektować, najłatwiej rozliczyć, najłatwiej przeprowadzić inwestycję w ramach własnych kompetencji. Tyle że pytanie brzmi: czy konsultacje społeczne mają służyć wygodzie instytucji?

Jeżeli z góry wiadomo, że inwestor realnie może budować tylko w pasie drogowym, to po co udawać, że analizowane są różne koncepcje? Po co zapraszać mieszkańców i rowerzystów do „wyboru”, skoro wybór dotyczy detali technicznych, a nie kierunku inwestycji? Na mapach PZDW pojawiają się także cztery inne warianty – prowadzące wzdłuż torów kolejowych i przez tereny leśne. I tu pojawia się kolejne pytanie: jak PZDW zamierza realizować inwestycję poza swoim terenem?

Tory to własność innych podmiotów. Lasy – zarządzane przez Lasy Państwowe. Każdy z tych wariantów wymagałby współpracy międzyinstytucjonalnej, uzgodnień, być może zmian kompetencyjnych i odwagi decyzyjnej. Albo inaczej – to te instytucje bezpośrednio mogłyby zbudować ścieżki samodzielnie. Szczególnie Lasy Państwowe, które śpią na pieniądzach. Może nie warto forsować na siłę rozwiązań, które nie są akceptowane przez tych, którzy mają korzystać.

Nie jest to zresztą pierwsza próba budowy tej drogi. Poprzednie władze wojewódzkie również zapowiadały inwestycję i również organizowały konsultacje. Wtedy także mówiło się o wariantach, a w praktyce wszystko sprowadzało się do jednego – ścieżki wzdłuż drogi wojewódzkiej. Był szum, były mapki, były spotkania. A na końcu – cyrk wokół rozwiązania, które od początku budziło sprzeciw części środowiska rowerowego. A dziś historia zdaje się powtarzać.

Konsultacje społeczne mają sens wtedy, gdy istnieje realna przestrzeń do zmiany projektu. Gdy mieszkańcy mogą wpłynąć na przebieg inwestycji, a nie tylko wybrać między rowem po lewej a rowem po prawej. Jeśli jednak ramy inwestycji są tak wąskie, że jedynym dopuszczalnym kierunkiem jest pas drogowy drogi wojewódzkiej, to uczciwiej byłoby powiedzieć wprost: „możemy budować tylko tutaj”.

Wtedy rozmowa byłaby szczera. Można by dyskutować o standardzie, bezpieczeństwie, oddzieleniu od jezdni, ekranach zieleni. Ale dziś mamy wrażenie, że to nie mieszkańcy mają decydować, tylko mają legitymizować wcześniej przyjęte założenia.

Nie po to jedzie się do Białowieży, by pedałować wzdłuż ruchliwej trasy. Jeśli inwestycja nie będzie atrakcyjna, bezpieczna i odseparowana od ruchu samochodowego w sposób rzeczywisty, może okazać się kosztownym symbolem źle rozumianej infrastruktury. Miliony złotych wydane na ścieżkę, która nie stanie się turystycznym magnesem, tylko kolejnym pasem technicznym przy drodze.

Może więc zamiast organizować pseudo-konsultacje, warto zadać fundamentalne pytanie: czy naprawdę chcemy stworzyć trasę rowerową do Białowieży, czy tylko dobudować asfalt w granicach własnych kompetencji? Bo jeśli to drugie, to nie róbmy parodii z konsulacji.

Featured Video Play Icon

Tak urzędnicy trwonią nasze pieniądze. Kolejny „filmik promocyjny” miasta.

Czy po obejrzeniu filmiku w internecie, rzucilibyście wszystko i pojechali do… Suwałk? Na to chyba liczą władze tego miasta, skoro na YouTube możemy oglądać ponad dwuminutowy materiał z lektorem, który przekonuje nas, że tu się żyje „normalnie”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że za ten film płacimy my wszyscy – z podatków. A owo „dzieło” niewiele wnosi do realnej promocji miasta. Dlaczego? Bo promocja to nie pojedynczy filmik, lecz długofalowa strategia z jasno określonym celem i mierzalnym efektem.

Tymczasem dostajemy produkt urzędniczej wyobraźni (konkretnie z Parku Naukowo-Technologicznego w Suwałkach): dwie minuty ogólników, bez konkretu, bez wyraźnego wyróżnika, bez emocji. Film, który równie dobrze mógłby opowiadać o dowolnym powiatowym mieście w Polsce. Wystarczyłoby podmienić planszę z nazwą.

I tu właśnie rodzi się pytanie: skoro miasto posiada formalnie przyjętą strategię promocji, to gdzie w tym materiale widać jej realizację? Gdzie widać jasno zdefiniowaną grupę docelową, spójny przekaz, konsekwencję budowania marki?

Ten filmik to nie tylko słaba produkcja wideo. To sygnał problemu z myśleniem o promocji. A jeszcze to hasło „Normalnie”. To tak, jakby restauracja reklamowała się sloganem: „U nas da się zjeść”. Gratulacje. Nijakie komunikaty, które nikogo nie obrażą, ale też nikogo nie poruszą. Bo łatwiej wyprodukować materiał, odhaczyć projekt i rozliczyć budżet, niż konsekwentnie wdrażać kilkuletnią koncepcję budowy wizerunku opartą na realnych atutach regionu. A tych w Suwałkach naprawdę nie brakuje.

Suwałki mają potencjał. Krajobraz, przestrzeń, bliskość natury, klimat do życia i pracy zdalnej. Ale tego nie da się sprzedać dwuminutowym klipem wrzuconym w internetową próżnię. Potrzebna jest kampania. Stała obecność w mediach. Współpraca z twórcami. Storytelling. Mierzalny efekt. I przede wszystkim cel – kogo chcemy przyciągnąć. Bo jeśli wszystkich, to w praktyce nikogo.

Najbardziej boli brak odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Problemem nie jest sam film. Problemem jest przekonanie, że taki materiał wystarczy, by mówić o skutecznej promocji. Że wystarczy coś nagrać, opłacić lektora i zamknąć temat. Nie, nie wystarczy. Jeśli wydajemy publiczne środki, mamy prawo wymagać nie tylko profesjonalizmu, ale i spójności z przyjętą strategią. Mamy prawo pytać o efekty. Mamy prawo domagać się czegoś więcej niż poprawnej formalnie realizacji dokumentu. Zasługujemy na coś więcej niż urzędnicze minimum.

Wystarczy spojrzeć na inne miasta, które potrafiły przekuć pojedynczy impuls w realny efekt promocyjny. Sandomierz przez lata korzystał z popularności serialu „Ojciec Mateusz” – to nie był przypadek, lecz świadome wykorzystanie rozpoznawalności produkcji do budowania ruchu turystycznego. Wycieczki „śladami serialu”, materiały promocyjne, konsekwentne utrwalanie wizerunku miasta jako miejsca klimatycznego i filmowego – to przełożyło się na konkretne liczby.

Kazimierz Dolny od lat buduje markę miasta artystów i weekendowej ucieczki z Warszawy. Nie jednym filmem, lecz konsekwentnym pozycjonowaniem: galerie, festiwale, obecność w mediach lifestylowych. Krynica-Zdrój od dekad utrwala status uzdrowiska i centrum wydarzeń gospodarczych, wykorzystując Forum Ekonomiczne jako narzędzie promocji wykraczające daleko poza sam event.

Tam widać myślenie kategoriami marki. Widać wykorzystanie atutu i jego multiplikację. A w Suwałkach? Mamy potencjał równie silny – przyrodę, przestrzeń, autentyczność – ale bez wyrazistego, powtarzalnego komunikatu pozostaje on tylko tłem do kolejnych, poprawnych urzędniczo produkcji.

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Supraśl od lat był symbolem spokoju, drewnianych domów, uzdrowiskowego klimatu i przestrzeni, w której człowiek oddycha inaczej. Kameralne miasteczko na skraju puszczy przyciągało tych, którzy uciekali od zgiełku i blokowisk. Dziś coraz częściej słychać jednak pytanie, czy ten rozdział właśnie się nie kończy.

Wraca temat dużej zabudowy mieszkaniowej na końcu ulicy Nowy Świat. Chodzi o teren dawnej fabryki – miejsce z historią, położone niedaleko rzeki, dotąd otoczone przestrzenią i ciszą. W planach jest nowe osiedle, które wraz z adaptacją zabytkowego budynku mogłoby pomieścić około 300 osób. To już nie wizja kilku domów jednorodzinnych, lecz większe budynki mieszkalne o zupełnie innym charakterze niż dotychczasowa zabudowa tej części miasta.

To początek końca Supraśla. Bo nowe osiedle to nie tylko elewacje i metry kwadratowe. To setki dodatkowych samochodów, większy ruch, presja na infrastrukturę i zmiana krajobrazu. Spokojna część miasteczka przeobrazi się w gęściej zabudowaną strefę mieszkaniową, która coraz mniej przypominać będzie dawny Supraśl. I tyle zostanie z naszej turystycznej perełki.

O wszystkim mają zadecydować radni. Dokument ma jasno określić, co i w jakiej formie będzie można tam wybudować. Wiadomo już, że wysokość zabudowy nie przekroczy 12 metrów – to maksimum przewidziane w obowiązujących dokumentach planistycznych. Jednak nawet przy takim ograniczeniu skala inwestycji budzi emocje. Szczególnie, że podobne napięcie towarzyszy planom zagospodarowania terenu po innej fabryce w centrum Supraśla. Tam również mówi się o osiedlu dla około 300 osób. Zabudowa miałaby powstać obok zachowanych elementów poprzemysłowych – wieży, komina czy dawnej szmaciarki. W praktyce oznacza to kolejne setki mieszkańców w ścisłym centrum niewielkiego miasta.

To decyzja krótkowzroczna i po prostu głupia. Sprzedawanie charakteru miasta za kilka milionów złotych rocznie to rachunek, który w dłuższej perspektywie po prostu się nie spina. Supraśl nie konkuruje z Białymstokiem liczbą mieszkań ani metrażem bloków. Jego siłą jest klimat, skala, krajobraz i spójność przestrzenna. Jeśli to zniszczymy, nie będziemy mieli już niczego, czym można się wyróżnić.

Wpychanie kilkuset nowych mieszkańców w tkankę małego, uzdrowiskowego miasteczka bez realnej odpowiedzi na pytania o dodatkowe drogi, parkingi, szkoły, komunikację to działanie na zasadzie „jakoś to będzie”. Nie, nie będzie. Będzie korek, chaos przestrzenny i narastający konflikt społeczny. Będzie beton tam, gdzie była przestrzeń. Będzie ruch tam, gdzie była cisza. Turystyczne walory zostaną zaorane.

To także uderzenie w lokalną markę budowaną latami. Supraśl promuje się jako miejsce odpoczynku, natury i oddechu. Trudno sprzedawać turystom wizję sielskiego miasteczka, gdy w tle rosną kolejne bloki. Trudno mówić o uzdrowisku, gdy zwiększa się natężenie ruchu i zagęszczenie zabudowy. Tak traci się reputację szybciej, niż się ją buduje.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ignoruje się głos mieszkańców, którzy widzą w tym zagrożenie dla tożsamości miejsca. Rozwój nie polega na bezrefleksyjnym dogęszczaniu przestrzeni, tylko na mądrym planowaniu. Jeśli jedyną wizją na przyszłość jest przekształcenie Supraśla w kolejną sypialnię aglomeracji, to rzeczywiście możemy mówić o końcu miasta, jakie znamy. Bo kiedy zniknie klimat, spokój i wyjątkowość, nie da się ich już odzyskać uchwałą ani kolejnym planem zagospodarowania.

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Wypowiadanie się na temat Strefy Czystego Transportu w Białystok należy zacząć od autolustracji. Nawiązuję tu do słynnego wywiadu w RMF FM, gdzie poseł Lewicy Maciej Gdula, zapytany przez Robert Mazurek „czym jeździ”, miał w praktyce przejść test moralnej wiarygodności w sprawie ograniczania wjazdu starszych samochodów do centrów miast. Gdy wyszło, że parlamentarzysta porusza się SUV-em, rozmowa nagle przestała dotyczyć ekologii, a zaczęła hipokryzji.

Dlatego, z ostrożności i higieny intelektualnej, dokonam teraz autolustracji. Na Rynek Kościuszki jeżdżę zazwyczaj autobusem. Z prostego powodu: jedną z głównych „rozrywek” tej przestrzeni jest konsumpcja alkoholu, więc przyjazd samochodem mija się z celem. Gdy był jarmark świąteczny, również wybrałem komunikację miejską – mimo że nie planowałem degustacji niczego mocniejszego niż grzane wino bez wina.

Skoro mamy to za sobą, możemy przejść do rzeczy.

Białystok już jest w połowie drogi – tylko jeszcze o tym nie wie

Debata o Strefie Czystego Transportu (SCT) w Białymstoku często zaczyna się i kończy na haśle: „to u nas nie przejdzie”. Tyle że miasto, trochę nieświadomie, a trochę metodą małych kroków, już wykonało znaczną część pracy.

Rynek Kościuszki – zamknięty dla ruchu. Kilińskiego – strefa ruchu pieszego, gdzie ludzie faktycznie chodzą środkiem ulicy, a nie przytuleni do krawężnika jak w latach 90. Św. Rocha – w planach przebudowa na woonerf, czyli przestrzeń współdzieloną, gdzie samochód przestaje być świętą krową. I wreszcie Lipowa – klasyczna arteria, po której ruch odbywa się normalnie, jakby była oderwana od całej tej miejskiej układanki.

Co ciekawe – i tu zaczyna się urbanistyczna fantazja – zamknięcie Lipowej (choćby z pozostawieniem ruchu autobusowego) spinałoby te przestrzenie w jedną, logiczną całość. Św. Rocha, Lipowa, Rynek Kościuszki, Kilińskiego. Kilkaset metrów prawdziwego, ciągłego deptaka. Nie „strefy”, nie „odcinka”, tylko miejskiego kręgosłupa, który żyje, oddycha i zarabia.

I właśnie w tym momencie na scenę wchodzi ona – Strefa Czystego Transportu.

Dlaczego to genialny pomysł (nawet jeśli go nie lubimy)

Zacznijmy od argumentów, które powinny przekonać nawet największych sceptyków. Po pierwsze: powietrze. To banał, więc użyjmy argumentu niebanalnego. SCT nie poprawia jakości powietrza dlatego, że samochody znikają. Ona poprawia ją dlatego, że zmusza miasto do logicznej hierarchii transportu. Nagle okazuje się, że autobus musi być punktualny, rower bezpieczny, a chodnik szeroki. Samochód przestaje być domyślnym wyborem, a staje się jednym z wielu.

Po drugie: pieniądze. Wbrew mitom, strefy ograniczonego ruchu nie zabijają handlu. Zabija go tranzyt. Klient, który przyjeżdża „na chwilę” i parkuje na awaryjnych, nie buduje lokalnej gospodarki. Robi to pieszy, rowerzysta, pasażer autobusu – ktoś, kto zostaje, siada, zamawia, wraca. Zachodnie miasta wiedzą to od dekad, a Kraków wdraża to u nas, choć z oporami i bólem. A po trzecie: miasto jako produkt. Białystok konkuruje dziś nie tylko z Lublinem czy Olsztynem, ale z Berlinem, Pragą i Wilnem – przynajmniej w wyobraźni młodych ludzi. SCT i duży, spójny deptak to jasny sygnał: „to miasto jest do życia, nie tylko do przejazdu”.

I wreszcie argument najbardziej cyniczny, a więc najsilniejszy: SCT i tak przyjdzie. Jeśli nie za pięć, to za dziesięć lat. Pytanie nie brzmi „czy”, tylko „czy Białystok zrobi to na własnych warunkach, czy pod presją odgórnych regulacji”.

A dlaczego to fatalny pomysł (i właśnie dlatego warto go rozważyć)

Teraz odwróćmy perspektywę. Po pierwsze: wykluczenie. SCT uderza w tych, którzy nie mają wyboru. Stary diesel nie zawsze jest wyborem ideologicznym. Często jest jedynym ekonomicznym. Jeśli miasto mówi „nie wjedziesz”, ale nie oferuje realnej alternatywy, to nie jest ekologia – to klasizm w zielonym opakowaniu.

Po drugie: peryferia kontra centrum. SCT wzmacnia centrum kosztem osiedli. Łatwo być ekologicznym, mieszkając przy głównej linii autobusowej. Trudniej, gdy do najbliższego przystanku jest kilometr, a autobus jeździ co czterdzieści minut. Wtedy SCT przestaje być polityką transportową, a staje się deklaracją światopoglądową. A po trzecie: polska specyfika. Lubimy kopiować rozwiązania „z Zachodu”, zapominając o kontekście. Tam SCT było zwieńczeniem dekad inwestycji w transport publiczny. U nas często bywa substytutem – zamiast. Najpierw zakaz, potem zobaczymy. To rodzi bunt, a bunt zabija nawet najlepsze idee.

I wreszcie argument najważniejszy: Białystok nie jest (jeszcze) zakorkowany jak metropolia. Wprowadzenie SCT może wyglądać jak leczenie aspiryną kataru, który jeszcze się nie zaczął. Po co tworzyć problem, skoro go nie ma?

Paradoks, który wszystko komplikuje

Najciekawsze w tej dyskusji jest to, że oba zestawy argumentów są prawdziwe jednocześnie. SCT może być narzędziem poprawy jakości życia, ale może też być symbolem arogancji władzy. Może ożywić centrum albo je skansenizować. Dlatego być może pytanie nie powinno brzmieć: „czy wprowadzić Strefę Czystego Transportu w Białymstoku?”, lecz: czy mamy odwagę zaprojektować centrum miasta bez udawania, że samochód jest jego naturalnym mieszkańcem?

Bo nawet jeśli SCT nigdy tu formalnie nie powstanie, logika, która za nią stoi, już działa. Rynek jest zamknięty. Kilińskiego oddana ludziom. Św. Rocha czeka. Lipowa – stoi na rozdrożu. A Białystok, chcąc nie chcąc, i tak będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy jest miastem, przez które się przejeżdża, czy miastem, w którym się bywa.

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.
fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.

Od dziś białostoczanie mogą korzystać z nowej linii autobusowej nr 50 w ramach Białostockiej Komunikacji Miejskiej. Warto przypomnieć, że linia ta powstała nie w wyniku planowych działań miasta, lecz jako efekt inicjatywy mieszkańców przeforsowanej w Budżecie Obywatelskim. Trasa prowadzi od ul. Filipowicza do ul. Przędzalnianej, w dużej mierze Trasą Niepodległości, z odgałęzieniami na poszczególne osiedla.

I już sam ten fakt powinien skłaniać do refleksji. W mieście tej wielkości podstawowe potrzeby transportowe nie powinny być realizowane dopiero wtedy, gdy mieszkańcy „wywalczą” je w głosowaniu. Skoro linia była potrzebna, to dlaczego nie mogła powstać w normalnym trybie planistycznym? Na to pytanie częściowo odpowiada wiceprezydent Rafał Rudnicki, który na swoim profilu w mediach społecznościowych wskazuje, że przyczyną były wątpliwości co do liczby potencjalnych pasażerów. „Teraz będzie można to zweryfikować” – pisze. Po czym dodaje: „Ale bez względu na to, linia nr 50 i tak będzie cały czas funkcjonować. Wszak jest projektem obywatelskim”.

Ten komentarz odsłania istotny problem systemowy. Z jednej strony miasto deklaruje brak pewności co do sensowności danej linii, z drugiej – uruchamia ją „bez względu na koszty”, ponieważ została przegłosowana przez mieszkańców. Trudno uznać to za racjonalne zarządzanie transportem publicznym. To raczej dowód na brak spójnej strategii i odpowiedzialności decyzyjnej. Wystarczy przyjrzeć się konstrukcji Białostockiej Komunikacji Miejskiej, by zrozumieć skalę problemu. BKM jest zarządzana w sposób skrajnie urzędniczy, a model jej funkcjonowania od lat budzi kontrowersje. Krytyka nie dotyczy jednej decyzji czy jednej linii, lecz wieloletniego kierunku, w którym system ten się kurczy zamiast rozwijać.

Niezrozumiała hybryda

Sprawy personalne to jedno, ale kluczowy jest sam model organizacyjny. BKM obsługiwana jest przez trzy miejskie spółki. Przewozy muszą się więc bilansować finansowo, tymczasem ceny biletów ustalają radni miejscy. W praktyce oznacza to sytuację, w której podmioty odpowiadające za realizację usług nie mają realnego wpływu na ich wycenę. To tak, jakby prowadzić kilka sklepów, w których ceny ustala ktoś z zewnątrz, a następnie oczekiwać rentowności.

Efekt? Bilety są drogie, a komunikacja miejska coraz mniej konkurencyjna. Nie jest tajemnicą, że część mieszkańców wybiera taksówki lub samochody prywatne. Jednocześnie system i tak wymaga stałego dofinansowania z budżetu. Trudno o bardziej sprzeczną konstrukcję.

Całość przypomina hybrydę, w której niewiele elementów ze sobą współgra. Zamiast realnej reformy, od lat utrzymuje się status quo. Po co miastu trzy spółki komunikacyjne? Poza argumentami historycznymi i politycznymi trudno wskazać dziś przekonujące uzasadnienie. Obawy sprzed lat, związane ze strajkami po czasach transformacji, nie przystają do obecnych realiów prawnych i gospodarczych. Polska nie jest już krajem z początku lat 90., a utrzymywanie przestarzałych struktur tylko generuje koszty.

Kolejnym problemem jest sama siatka połączeń. Białystok przez ostatnie dekady znacząco się rozrósł i zagęścił, lecz system komunikacji miejskiej zdaje się tego nie dostrzegać. Od lat 90. (nie licząc linii podmiejskich) uruchomiono zaledwie kilka nowych regularnych linii. Co znamienne, nowa linia 50 w dniu startu nie jest nawet ujęta na stronie internetowej BKM.

zrzut ekranu strony BKM z 30.01.2026

Nie mamy linii ekspresowych. Linie nocne funkcjonują wyłącznie w weekendy. Na schematach wszystko wygląda poprawnie — miasto jest „pokryte” autobusami. W praktyce przejazd między oddalonymi osiedlami często zajmuje ponad godzinę, podczas gdy samochodem ten sam dystans można pokonać w kilkanaście minut albo maksymalnie w pół godziny. Najśmieszniejsze są w tym wszystkim wiecznie puste buspasy. Trudno się dziwić wyborom mieszkańców.

Do tego dochodzi dramatycznie niewystarczająca liczba węzłów przesiadkowych. Realnie są to głównie okolice centrum — skrzyżowanie Sienkiewicza i Piłsudskiego, dworzec kolejowy i autobusowy oraz rejon Hetmańskiej i Solidarności. Przy 29 osiedlach to zdecydowanie za mało. Gęsta komunikacja istnieje właściwie tylko w śródmieściu i okolicach.

fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Modelowa komunikacja miejska

Gdyby ktoś naprawdę poważnie traktował transport publiczny w Białymstoku, planowałby go w skali całego miasta, a nie punktowo i reaktywnie. Komunikacja miejska w dużym mieście nie polega na „łataniu dziur” pojedynczymi liniami ani na reagowaniu dopiero wtedy, gdy presja społeczna staje się zbyt głośna. To system krwionośny miasta, który musi być projektowany całościowo, z wyprzedzeniem i według jasnych zasad.

Modelowo transport publiczny powinien opierać się na czytelnej hierarchii połączeń. Rdzeniem systemu muszą być szybkie, częste linie główne – kursujące co kilka minut, łączące największe osiedla z kluczowymi punktami miasta. Do nich powinny być dowiązane linie osiedlowe i dowozowe, których zadaniem nie jest „jechać wszędzie”, lecz sprawnie doprowadzić pasażera do węzła przesiadkowego. Przesiadka nie może być porażką – musi być naturalnym elementem podróży, szybkim i przewidywalnym. W Białymstoku cały czas urzędnicy się przed tym bronią. Centra przesiadkowe funkcjonują bardziej „przy okazji”.

Duże miasto nie funkcjonuje bez sieci węzłów przesiadkowych. Nie jednego czy dwóch w centrum, lecz wielu – rozlokowanych na styku osiedli, przy dużych arteriach, centrach handlowych, zakładach pracy i uczelniach. Węzeł to nie przystanek z ławką, lecz miejsce, gdzie linie się spotykają, a rozkłady są zsynchronizowane. Tam pasażer nie „czeka”, tylko płynnie się przesiada.

Kolejna rzecz to czas. Transport publiczny musi być konkurencyjny wobec samochodu. Jeśli dojazd autobusem trwa dwukrotnie dłużej niż autem, to żadna kampania promocyjna tego nie zmieni. Stąd potrzeba buspasów, priorytetu na skrzyżowaniach, linii ekspresowych i realnego uprzywilejowania komunikacji zbiorowej w ruchu miejskim – nie na papierze, lecz na ulicy. Co mamy w Białymstoku? Puste buspasy, uprzywilejowane światła dla autobusów jako ciekawostka, a nie standard, brak lini ekspresowych. A zamiast nich linie długie i ciągnące się jak spaghetti.

Równie istotna jest częstotliwość i prostota. Pasażer nie powinien studiować rozkładu jazdy jak instrukcji obsługi reaktora. W dobrze zaprojektowanym systemie autobus „po prostu przyjeżdża” – co 5, 7 czy 10 minut. Linia nocna nie jest „fanaberią weekendową”, tylko elementem bezpieczeństwa i normalnego funkcjonowania miasta przez całą dobę. Bez tego wszystkiego transport publiczny zawsze będzie przegrywał z samochodem. A miasto, które przegrywa walkę o komunikację zbiorową, przegrywa jakość życia swoich mieszkańców.

Dlaczego ciągle nie mamy Szybkiej Kolei Miejskiej?

Na koniec wisienka na torcie. Białystok ma realne warunki do stworzenia Szybkiej Kolei Miejskiej, ale władze miasta od lat konsekwentnie nie podejmują tego tematu. Zamiast myślenia systemowego dominuje przekonanie, że obecne rozwiązania są „wystarczające”. Efekt? Kolej – najwydajniejszy środek transportu w aglomeracjach – pozostaje w praktyce poza miejskim systemem komunikacyjnym.

Tymczasem połączenie kolei i autobusów byłoby jednym z najprostszych i najtańszych sposobów realnego usprawnienia transportu w mieście. Białystok już dziś posiada linię kolejową przebiegającą przez jego obszar, z przystankami, które naturalnie mogłyby pełnić rolę węzłów przesiadkowych. Nie trzeba budować torów od zera ani wymyślać technologii przyszłości – wystarczy włączyć istniejącą infrastrukturę w system transportu miejskiego.

Dlaczego to działa? Bo kolej miejska jest szybka, punktualna i odporna na korki. Pociąg jadący przez miasto nie stoi na światłach, nie grzęźnie w szczycie komunikacyjnym i nie konkuruje z ruchem samochodowym o każdy metr asfaltu. Dla mieszkańców peryferyjnych osiedli lub miejscowości przyległych oznaczałoby to radykalne skrócenie czasu dojazdu – często o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut.

Integracja kolei z autobusami pozwoliłaby też uporządkować całą siatkę połączeń. Autobusy przestałyby udawać dalekobieżne środki transportu, a zaczęłyby pełnić rolę dowozową – dokładnie tak, jak robi się to w nowoczesnych miastach. Jeden bilet, jeden system informacji, skoordynowane rozkłady i realna alternatywa dla samochodu. To nie jest rewolucja – to standard.

Co więcej, Szybka Kolej Miejska działa najlepiej właśnie tam, gdzie komunikacja autobusowa jest niewydolna na dłuższych dystansach. Czyli dokładnie w takich miastach jak Białystok: z oddalonymi osiedlami i coraz większym ruchem samochodowym. Rezygnowanie z tego narzędzia nie jest przejawem ostrożności, lecz braku ambicji transportowej. Dopóki kolej będzie traktowana jako byt „obok miasta”, a nie jego integralna część, dopóty będziemy kręcić się w kółko: drogie bilety, długie dojazdy, ucieczka mieszkańców do samochodów i kolejne, coraz większe dopłaty z budżetu. A potem zdziwienie, że komunikacja miejska się nie broni.

Miliony poszły w bagno. Gmina będzie oddawać dofinansowanie?
fot. UM Łapy

Miliony poszły w bagno. Gmina będzie oddawać dofinansowanie?

Gmina Łapy może zostać zmuszona do oddania około 3,5 miliona złotych unijnego dofinansowania, które kilka lat temu trafiło na uzbrojenie terenów inwestycyjnych w podstrefie ekonomicznej. Problem? Tereny, które miały przyciągać przedsiębiorców, leżą na… torfowiskach.

To jeden z tych przypadków, w których papier przyjmie wszystko, a rzeczywistość brutalnie weryfikuje urzędniczy optymizm. Bo o ile na mapie każdy grunt wygląda solidnie, o tyle w terenie okazało się, że pod przyszłe hale i zakłady zamiast stabilnego podłoża jest grząsko, mokro i mało budowlano. Warunkiem otrzymania dotacji była sprzedaż działek inwestorom. Część gruntów rzeczywiście znalazła nabywców, ale ostatecznie wyszło, że na torfie nie da się sensownie budować. W efekcie jest ryzyko zwrotu unijnych pieniędzy.

Najbardziej zaskakujące w całej historii jest to, że „odkrycie” torfu nastąpiło już po uzbrojeniu strefy. Czyli najpierw wydano miliony złotych na przygotowanie terenów, a dopiero potem okazało się, że nadają się one co najwyżej na lekcję  pod hasłem „jak tego nie robić”. Niektórzy radni zwracają uwagę, że działki można było próbować sprzedać taniej. Pytanie tylko, czy obniżka ceny rozwiązuje problem gruntu, na którym inwestor musiałby najpierw walczyć z naturą, a dopiero potem z przepisami?

Cała podstrefa ekonomiczna w Łapach to 24 hektary, których uzbrajanie trwało kilka lat. Łączny koszt inwestycji przekroczył 18 milionów złotych, z czego blisko 13 milionów pochodziło z Unii Europejskiej. Dziś zamiast nowych miejsc pracy i firm mamy spór o to, ile dokładnie pieniędzy trzeba będzie oddać i z jakiej części inwestycji gmina faktycznie się wywiązała.
Na razie nie ma jeszcze ostatecznej decyzji o zwrocie pełnej kwoty, ale sam fakt, że w budżecie trzeba było „zabezpieczać” środki na oddawanie dotacji, mówi o zarządzaniu gminą dużo.

Śnieżna zima zrobiła coś, czego nie było od lat

Śnieżna zima zrobiła coś, czego nie było od lat

Przez lata brak śniegu sprawił, że sanki stały w piwnicach, jabłuszka kurzyły się na strychach, a dziecięce zimowe zabawy zniknęły same, bez żadnych zakazów. Po prostu nie było warunków. W tym roku wystarczyło kilka solidnych opadów, by wszystko wróciło — jakby czekało w gotowości. Na osiedlach znów pojawiły się górki pełne dzieci, kolejki bez regulaminu, krzyk, śmiech i dźwięk sanek sunących po ubitym śniegu. W wielu miejscach wróciły też anioły na śniegu, bałwany czy  nawet igloo, bo zimy kończyły się na błocie i deszczu.

Zima przypomniała także rzeczy drobne, ale bardzo konkretne: termosy z herbatą, mokre rękawiczki suszące się na kaloryferach, zapach wełnianych czapek w klatkach schodowych. Rzeczy, których nie da się zaplanować ani kupić — pojawiają się tylko wtedy, gdy pogoda na to pozwala. Co ciekawe, wielu rodziców zwraca uwagę na coś jeszcze: dzieci nie chcą wracać do domu. Mimo zimna, czerwonych rąk i przemoczonych butów. Przez kilka godzin ekrany przestają być pierwszym wyborem, nie dlatego, że ktoś je zabrał, ale dlatego, że na zewnątrz w końcu znowu coś się dzieje.

Po latach zim bez śniegu, znów dostrzegliśmy, że podwórka, górki i osiedlowe przestrzenie wciąż są gotowe do życia. Potrzebowały tylko trochę puchu i ludzi. To wszystko paradoksalnie pokazuje nam jak bardzo na zewnątrz obecnie jest „nieciekawie”. Deweloperskie place zabaw, zabetonowane place, galerie handlowe – to miejsca „tylko na chwilę”. Brakuje takich na wiele godzin. Dlatego wszyscy najpierw uciekają za miasto – na przykład do Supraśla, Szelmentu czy do Rybna, by potem finalnie w tamte okolice się z miasta wyprowadzić. Co nam to wszystko mówi? Że człowiek nie chce tego co mu urzędnicy zaserwowali. Woli naturę. Las, rzekę, górki – latem miejsca do spacerów, wielogodzinnych pikników, czy ognisk z kiełbaskami, a zimą do nart, sanek i snowboardu, a także kuligów.

Może więc ta zima nie jest tylko pogodową ciekawostką, ale sygnałem ostrzegawczym. Pokazała, że wystarczy jeden naturalny impuls, by ludzie masowo wrócili do przestrzeni, które dają swobodę, czas i prawdziwe bycie razem. I że jeśli miasta nie zaczną oferować miejsc do życia, a nie tylko do „szybkiego skorzystania”, to śnieg będzie być może wracał co roku, a ludzie — coraz rzadziej.

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.
Marszałek Województwa Podlaskiego Łukasz Prokorym / fot. Urząd Marszałka Województwa Podlaskiego

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.

W regionie przyzwyczailiśmy się do tego, że zmiany personalne w spółkach samorządowych mają być symbolem „nowego otwarcia”. W przypadku PKS Nova trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że odwołanie prezesa i powołanie nowej osoby z prokurą samoistną jest nie tyle demonstracją siły, ile wyrazem bezradności. To rodzaj politycznego uniku: skoro nie umiemy rozwiązać problemu strukturalnego, to zmieńmy nazwisko na wizytówce. Tylko że komunikacja publiczna nie jeździ na papierze.

Marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zaprezentował Adama Byglewskiego jako menedżera „największego kalibru”, z bogatym doświadczeniem w transporcie, logistyce i biznesie. To wszystko prawda. Tyle że kompetencje osobiste nie mają tu znaczenia pierwszoplanowego. PKS Nova nie potrzebuje dziś „mocnego człowieka”, lecz jasnych reguł gry – polityki transportowej, systemu współfinansowania, oraz elementarnej odpowiedzialności ze strony samorządów niższego szczebla. Bez tych trzech warstw – merytorycznego, finansowego i administracyjnego fundamentu – każdy kolejny prezes czy prokurent będzie przypominał kierowcę autobusu, któremu kazano wyjechać w trasę bez rozkładu i z resztkami paliwa.

PKS chce być jednocześnie nierentowny i popularny

Najbardziej absurdalny element tej układanki polega na tym, że od PKS Nova oczekuje się dwóch rzeczy wykluczających się nawzajem: ma zarazem nie przynosić strat i nie zamykać połączeń. Dopóki ktoś próbuje utrzymać fikcję, że spółka publiczna może prowadzić deficytowy transport bez dopłat, dopóty każda decyzja zarządu będzie politycznie toksyczna. Jeśli jakikolwiek prezes, cokolwiek likwiduje – jest wrogiem mieszkańców. Jeśli nic nie likwiduje – jest wrogiem finansów. Dopóki marszałek nie rozstrzygnie, które z tych dwóch „złych” ról wybiera, dopóty żadna osoba na stanowisku kierowniczym nie będzie w stanie wykonać sensownej pracy.

To nie jest abstrakcyjna teoria, tylko realny problem. Kiedy odchodzący z końcem miesiąca prezes PKS Nova – Zbigniew Wojno – w obliczu twardych liczb i braku partnerów po stronie gmin i powiatów – zlikwidował blisko sto nierentownych połączeń, na które nikt nie chciał wziąć dopłat z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, otrzymał podziękowanie za współpracę od marszałka. Samorządy powiatowe i gminne miały gotowy instrument finansowy. Pieniądze leżały na stole. PKS Nova proponował pomoc, dokumenty, dane i współpracę. Jedna strona krzyczała, że połączenia są potrzebne, druga udawała, że problem nie istnieje. I tak transport publiczny został rozjechany na skrzyżowaniu bezkolizyjnym: nikt nie miał odwagi nacisnąć hamulca ani dodać gazu.

Samorządy odmówiły współfinansowania. To nie była pomyłka

Fakty są bezlitosne. Powiaty i gminy w Podlaskiem świadomie zignorowały instrument, który w innych regionach uratował dziesiątki linii. Nie było tu chaotycznego poślizgu proceduralnego, lecz czyste zaniechanie, które skutkuje komunikacyjnym wykluczeniem całych miejscowości: od Michałowa i Gródka, przez Łapy i Czarną Białostocką, aż po Dąbrowę, Sejny, Olecko czy Mielnik. To nie prezesi PKS Nova zamykają tym ludziom dostęp do lekarzy, szkół średnich i możliwości dojazdu na studia. To wójtowie i burmistrzowie postanowili, że komunikacja zbiorowa jest kosztem, a nie częścią infrastruktury społecznej.

Na poziomie systemowym jest to fundamentalny problem: PKS Nova nie może być jednocześnie przewoźnikiem społecznej misji i przedsiębiorstwem funkcjonującym według rachunku ekonomicznego, jeżeli lokalne władze nie chcą przejąć swojej części odpowiedzialności. Dopóki nie zostanie to rozstrzygnięte, każdy kolejny prezes będzie miał do wyboru tylko dwa scenariusze: albo zatopić spółkę finansowo, albo zatopić ją politycznie.

Zmiana personalna niczego nie rozwiązuje

W tym sensie powołanie Adama Byglewskiego bardziej przypomina próbę odwrócenia wzroku opinii publicznej od faktycznego problemu. Nie ma żadnego znaczenia, czy stanowisko obejmie menedżer z ADAMPOL-u, były minister, czy kompletny outsider. Nie miałoby też znaczenia, gdyby na stanowisku pozostał Zbigniew Wojno. Dopóki marszałek województwa nie zbuduje klarownego modelu współfinansowania z udziałem powiatów i gmin, PKS Nova będzie żyła w stanie permanentnej niestabilności.

Skoro region (a wcześniej także rząd i samorządy) chciałby mieć publiczny transport autobusowy, to musi wreszcie odpowiedzieć na jedno proste pytanie: czy autobus jest usługą komercyjną, czy usługą publiczną? Dziś próbuje być jednym i drugim. Efektem jest katastrofa – finansowa, logistyczna i społeczna.

Zmiana prezesa nie jest zatem „nowym otwarciem”, lecz symbolicznym potwierdzeniem, że system polityczno-samorządowy nie jest w stanie sam siebie naprawić. I w tym sensie to nie prezes został wymieniony, lecz rola marszałka została zdegradowana do roli komentatora wydarzeń, na które nie ma realnego wpływu. To jest istota bezsilności.

Ruch „Ręce precz od Dojlid” zwyciężył. TIR-y zniknęły z kameralnego osiedla.
fot. Ręce precz od Dojlid

Ruch „Ręce precz od Dojlid” zwyciężył. TIR-y zniknęły z kameralnego osiedla.

W ostatnich dwóch dekadach osiedle Dojlidy w południowo-wschodnim Białymstoku stało się areną intensywnej walki o przyszłości przestrzennej i transportowej tej części miasta. Jedną z najbardziej konsekwentnych i rozpoznawalnych inicjatyw społecznych był ruch „Ręce precz od Dojlid” — oddolna mobilizacja mieszkańców, której determinacja doprowadziła do trwałej zmiany na osiedlu. Zakaz wjazdy dla TIR-ów właśnie tam obowiązuje. Nie było to takie oczywiste, bo Tadeusz Truskolaski od prawie dwóch dekad rządzi na zasadzie „wszystko wiem najlepiej”. 

Początkowym impulsem do zorganizowanej obrony lokalnej społeczności były propozycje miasta powstania szerokopasmowej trasy komunikacyjnej, która miała przeciąć osiedle i stać się elementem głównej sieci transportowej miasta. Koncepcja szerokiej arterii, przekraczającej możliwości lokalnej infrastruktury, budziła obawy o zwiększenie natężenia ruchu, degradację środowiska oraz trwałą utratę kameralnego charakteru obszaru dotąd zdominowanego przez zabudowę jednorodzinną. Towarzyszyły temu postulaty o zachowanie terenów zielonych, stawów i historycznych elementów przestrzeni Dojlid. Ale jak wspomnieliśmy – najtrudniej było w tej walce z podejściem „wszystko wiem najlepiej”.

Kluczowym przedmiotem sporu stała się także organizacja ruchu drogowego w tej części miasta. Przez Dojlidy przebiegała krajowa 19. Przez co wszyscy okoliczni mieszkańcy byli dotknięci nasilonym ruchem tranzytowym pojazdów ciężarowych, który biegł z innego osiedla – Piasta. Mieszkańcy wielokrotnie wskazywali, że obecność tirów przyczynia się do hałasu, drgań konstrukcyjnych domów, wzrostu emisji zanieczyszczeń i obniżenia bezpieczeństwa pieszych oraz rowerzystów.

Po wybudowaniu nowych ulic w mieście, blisko lotniska na Krywlanach, a daleko od zabudowań, prace nad zmianami przebiegu 19 ruszyły. Ale ruch „wszystko wiem najlepiej” nie odpuszczał i sprawa ciągnęła się w nieskończoność. Ostateczne decyzje zostały przyśpieszone dopiero, gdy w 2024 roku, w jeden z domów na Dojlidach wjechał autobus.

I tak, po latach dyskusji i analiz, decyzje władz „wszystko wiem najlepiej” w końcu zmieniły organizację ruchu, tak by w praktyce wyeliminować tranzyt tirów przez środek osiedla.

W efekcie wprowadzonych zmian Dojlidy stoją dziś przed szansą na rozwój zgodny z oczekiwaniami jego mieszkańców — zachowując dużo przestrzeni o dużej wartości przyrodniczej, przy jednoczesnym odciążeniu lokalnych ulic od nadmiernego ruchu ciężarowego. Decyzje te są postrzegane w lokalnej debacie jako dowód na to, że oddolna mobilizacja społeczna może skutecznie wpływać na decyzje władz miejskich, nawet takich, które latami potrafią bezsensownie się upierać tylko dlatego, że „wszystko wiem najlepiej”.

Ruch jeszcze nie składa broni. W międzyczasie pojawiła się druga sprawa. W dyskusji wokół planów zagospodarowania przestrzennego Dojlid pojawiały się różne propozycje dotyczące zabudowy mieszkaniowej, w tym w rejonie terenów użytkowanych wcześniej pod działalność produkcyjną związaną z przemysłem drzewnym. Część mieszkańców wyrażała obawy, że bardziej intensywna zabudowa w tych rejonach mogłaby zmienić charakter przestrzeni sąsiedniej względem dotychczasowego otoczenia. Blokowisko na Dojlidach ma zielone światło, ale jego powstanie nie jest przesądzone.

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

W województwie podlaskim z rozkładów jazdy znika blisko sto połączeń autobusowych PKS Nova, bo lokalne samorządy ostentacyjnie odmówiły ich współfinansowania i z pełną świadomością nie sięgnęły po pieniądze, które leżały na stole. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych nie był tajemnicą ani abstrakcyjną obietnicą – był realnym narzędziem ratowania komunikacji. PKS Nova miesiącami biła na alarm, pokazywała liczby, proponowała pomoc w pozyskaniu środków. Odpowiedź? Cisza. Obojętność. Totalne wyparcie odpowiedzialności. Efekt jest prosty: likwidacja połączeń w całym województwie podlaskim. Najwięcej zlikwidowanych połączeń jest między Białymstokiem, a m.in. Łapami, Michałowem, Gródkiem, Czarną Białostocką czy Dąbrową Białostocką.

Nie mamy tu do czynienia z pomyłką ani z trudną decyzją budżetową. To było świadome, zimne zaniechanie władzy lokalnej, które wprost uderza w mieszkańców. Wójtowie i burmistrzowie, którzy nie wykonali absolutnie żadnego ruchu, gdy mogli uratować te połączenia, są dziś bezpośrednio odpowiedzialni za komunikacyjne wykluczenie tysięcy ludzi. To oni zdecydowali, że senior ma być skazany na łaskę innych, gdyby chciał jechać do lekarza. To oni uznali, że młodzież z mniejszych miejscowości musi by prosić rodziców o kosztowne podwózki do szkół ponadpodstawowych. Bardzo kosztowne dla nich będzie też studiowanie czy normalne życie społeczne. To wójtowie skazali wsie na prowincjonalną izolację – bez kina, bez teatru, bez urzędu, bez pracy. To przez nich jeszcze bardziej zapchają się drogi i wyludnią gminy na rzecz dużych polskich miast – i to niekoniecznie Białegostoku.

Nie dlatego, że „system nie pozwalał”. Nie dlatego, że „państwo zawiodło”. Zrobili to, bo im się nie chciało. Bo łatwiej było nic nie zrobić, niż wziąć odpowiedzialność. Pieniądze były. Procedury były. Wsparcie było. Zabrakło tylko jednego: minimalnych kompetencji i elementarnej przyzwoitości. Teraz te środki trafią do innych województw – tam, gdzie samorządowcy rozumieją, że transport publiczny to nie fanaberia, tylko absolutna podstawa funkcjonowania wspólnoty. Podlasie zostaje z niczym, bo jego lokalni włodarze wybrali sabotaż.

Bo nie możemy nazywać tego niekompetencją, bo to słowo nie oddaje w pełni tego co się stało. To jest właśnie administracyjny sabotaż regionu. Cichy, papierowy, przeprowadzony zza biurek, ale skuteczny. Sabotaż, którego konsekwencje mieszkańcy będą odczuwać latami.

Dobrze, że obowiązuje dwukadencyjność dla wójtów i nic nie wskazuje na to, by miała zniknąć. Bo ten poziom pogardy wobec własnych mieszkańców sprawi, że taka lokalna władza, która okupuje stołki od lat wyleci w końcu na polityczny bruk. I słusznie. Samorząd nie może być schronieniem dla nieudaczników, biernych, leniwych i oderwanych od rzeczywistości. Skoro nie potrafili obronić podstawowych interesów swoich gmin, niech przestaną udawać, że kiedykolwiek byli potrzebni.

Lista zlikwidowanych połączeń:

Region Centralny: 

Poniedziałek-piątek

Białystok – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Janów 07:30 08:48

Janów – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Białystok 08:50 10:09

Michałowo – Białystok 13:15 14:10

Białystok – Michałowo 17:00 17:54

Dąbrowa Białostocka – Białystok 05:30 07:18

Białystok – Dąbrowa Białostocka 07:20 09:12

Dąbrowa Białostocka – Białystok 11:10 12:58

Białystok – Dąbrowa B 13:45 15:37

Białystok – Łapy 17:55

Łapy – Białystok 19:00

Białystok – Łapy 19:55

Łapy – Białystok 21:00

Białystok – Łapy 21:55

Grajewo – Ełk 05:40

Ełk – Grajewo 06:20

Grajewo – Ełk 19:15

Ełk – Grajewo 20:00

Grajewo – Rajgród 12:50

Rajgród – Grajewo 13:30

Grajewo – Szczuczyn 16:10

Grajewo – Radziłów 13:05

Ławsk – Radziłów 06:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Grajewo – Radziłów – 13:00

Cyprki – 14:30

Cyprki – 07:00

Grajewo – Wojewodzin – Grajewo – 15:05

Wojewodzin – Grajewo – 08:15

Sobota

Łapy – Białystok 06:30 07:25

Białystok – Łapy 07:25 08:30

Łapy – Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Michałowo– Białystok 05:00 05:55

Białystok – Czarna Białostocka Piłsudskiego 07:30 08:12

Czarna Białostocka Pierekary – Białystok 09:35 10:12

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Dabrowa Białostocka- Sokółka – Zor – Białystok 06:30 08:18

Białystok – Dąbrowa 10:30 12:22

Niedziela

Łapy -Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Michałowo – Białystok 16:20 17:15

Białystok- Mońki 13:15 14:15

Mońki- Białystok 14:20 15:15

Region Południowy 

Łomża – Radziłów o godz. 10:30

Radziłów – Łomża o godz. 12:40

Kolno – Gietki o godz 06:30 i o godz 15:40

Kolno – Lachowo o godz 06:40 i o godz 15:40

Region Północny

Suwałki-Gdańsk, godz. 7:00

Gdańsk-Suwałki, godz. 15:20

Białystok-Suwałki, godz. 5:45

Suwałki-Białystok, godz. 16:30

Olecko-Ełk, godz. 9:30

Ełk-Olecko, godz. 12:55

Ełk-Olecko, godz. 16:00

Suwałki-Sejny, godz. 6:40

Sejny-Suwałki, godz. 14:45

Region Wschodni 

6:30 Wilanowo – Siemiatycze

15:45 Siemiatycze – Wilanowo

8:00 Ciechanowiec – Białystok p. Bielsk Podlaski

16:35 Białystok – Ciechanowiec p. Bielsk Podlaski

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

07:00 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

06:55 Mielnik, szkoła- Mielnik ul. Brzeska 21

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

07:10 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

14:35 Mielnik, szkoła – Mielnik ul. Brzeska 11

Wystawiam panu Truskolaskiemu, doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych – pałę z ekonomii.
Monachium

Wystawiam panu Truskolaskiemu, doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych – pałę z ekonomii.

Był koniec lat dziewięćdziesiątych, w Monachium trwała kampania wyborcza, kiedy Burmistrz Christian Ude, sympatyczny socjaldemokrata przemieszczający się po mieście na rowerze i lubiący przycupnąć tu i ówdzie na kufelek, zorganizował konferencję prasową. Centralnym tematem były eksplodujące ceny nieruchomości. Należy w tym miejscu wspomnieć, że trzy lata wcześniej mieszkańcy miasta zdecydowali w referendum, iż żaden nowy budynek na terenie miasta nie może być wyższy, niż wieże prastarej katedry. Ude został więc zapytany, co w świetle stale rosnącej liczby ludności zamierza począć z tymi eksplodującymi cenami.

Odpowiedział… że nic.

Na sali zapanowała grobowa cisza, którą przerwał sam Ude. Postaram się wiernie streścić równie długi, jak i przekonujący wywód: – Zamierzam utrzymać i umacniać pozycję naszego miasta jako centrum gospodarcze najwyższej klasy. Opracowania naukowe mówią, że na zdrowym rynku około 30 do 35 procent dochodów netto mieszkańców pokrywa koszty mieszkania, czy to czynsz najmu, czy rata kredytu. U nas liczba ta sięga 40 procent i czyni nas to najdroższym miastem republiki – mam tego świadomość. Jako swoje zadanie pojmuję więc, by uczynić miasto było tak atrakcyjnym dla przedsiębiorstw, że będą one gotowe wypłacać wynagrodzenia na takim poziomie, by te 60 procent pozostające w kieszeniach mieszkańców gwarantowały maksymalnie komfortowy byt.

Uśmiechając się pokazał palcem w kierunku godziny w pół do drugiej i wiadomo było, że zaraz znów przytoczy Berlin – tak się też stało. – Popatrzmy na Berlin. Tanio się tam mieszka, za mieszkanie o powierzchni 70 m² płaci się koło 600 marek, a średni wydatek na mieszkanie to jedynie jedna trzecia dochodów. Wychodzi nam, według Adama Riese, że do dyspozycji zostaje 1200 marek. Jeżeli zatem u nas miesięczny koszt podobnego mieszkania wynosi 1400 marek i stanowi to 40 procent dochodów, to do wolnej dyspozycji zostaje aż 2100. Bierzcie je i bawcie się dobrze, a ja zadbam o resztę.

Zabawna była konsternacja, jaka w tym momencie na zapanowała w piwnicznej gospodzie starego browaru Paulinów. Ludzie liczyli, mamrotali, wyliczali i chyba wyszło im, że coś jest na rzeczy. Wszak Monachijczyk kupujący samochód płacił tyle samo, co Berlińczyk; to samo w biurze podróży, a i w spożywczakach obu miast ceny różniły się marginalnie.

Czas pokazał, że Ude się nie pomylił. Jego popularność rosła, wygrywał kolejne wybory z coraz większym poparciem (ostatnia kandydatura dała mu aż dwie trzecie głosów!), aż w 2013 sam postanowił zwolnić stanowisko. Skutki twardego wdrażania kontrowersyjnego programu również widać było na każdym kroku: w mieście osiedlały się kolejne firmy technologiczne, farmaceutyczne i medtech, a za nimi powstawały coraz bardziej wymyślne lokale gastronomiczne, cocktailbary, galerie sztuki, pod kompleksem olimpijskim pojawiło się gigantyczne podziemne akwarium, zmodernizowano ogród zoologiczny, a parkingi kurortów w austriackich Alpach i nad jeziorami Garda i Como zastawione były lśniącymi pojazdami, których rejestracje zaczynały się na literę M.

Białystok, rok 2025. Dziennikarz Tomasz Maleta przeprowadza wywiad z urzędującym od dziewiętnastu lat Tadeuszem Truskolaskim. Dysponując nagraniem, przytoczę jego rozumienie ekonomii dosłownie: „Nawet te wskaźniki, które są z pozoru negatywne, na przykład bezrobocie, jest pozytywne dla przedsiębiorców. Jeżeli mówimy, że niska płaca jest negatywna dla tego, który tę płacę otrzymuje, ale dla tego, który płaci, jest pewną przewagą”.

I tu wystawiam panu doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych pałę z ekonomii. Gdzie te pchające się drzwiami i oknami firmy chcące tę „przewagę” wykorzystać?

Zamiast opisanego na wstępie rozwoju mamy kompletny regres, który z każdym rokiem staje się bardziej widoczny. Przemysł został wyparty przez deweloperkę lewarem planów zagospodarowania, które każdy cal ziemi oddały pod bloki, które do naszej lokalnej ekonomii wnoszą nie więcej, niż kanapę i łóżko – czyli spanie. Kto nie zamierza wznosić kolejnych bloków dla dewelopera, ten się usamodzielnia, czyli szuka popytu i zakłada firmę, by popyt ten zaspokoić.

A że w warunkach najniższych płac popyt wynika głównie z potrzeby oszczędzania, to widzimy kolejne firmy sprowadzające rozbite rupiecie ze Stanów Zjednoczonych, klepiące je, przygotowujące do sprzedaży pod lotną nazwą detailing. Widzimy też kolejne lokale oferujące najprostszą gastronomię, czyli burgery, pizzę i piwo. Ceny w tych lokalach mamy, co dla niektórych może być zaskoczeniem, stosunkowo wysokie. Wynika to z tego, że koszty stałe pokryć trzeba, a jeśli w knajpie siedzi dziesięciu gości inhalujących dwa piwa przez cztery godziny i dwóch gości jedzących, to ci ostatni proszeni są do kasy. Ktoś musi. I tak kolejne burgerownie padają, w ich miejscu otwierają się kebabownie, które z kolei zastępowane są pizzeriami, i tak w koło.

Realną alternatywą jest oczywiście zatrudnienie w strukturach urzędniczo-uczelnianych. I tutaj Truskolaski oczywiście może dostrzec przewagę wynikającą z wysokiego bezrobocia i niskich płac. Im więcej białostoczan zatrudni się w urzędzie, tym więcej rodzin będzie na głosować na swego szefa, i tym mocniej będą gryźć się w języki, jak im się coś nie spodoba.

Nie pytajcie Asi, co o tym myśli. Po prostu zobaczcie, co uruchomiłem.

Nie pytajcie Asi, co o tym myśli. Po prostu zobaczcie, co uruchomiłem.

Moja żona Asia już się nie pyta „po co?”, z radością głaszcze mnie po głowie. Co myśli, nie pytam ze względów bezpieczeństwa. Oto wyjątkowy, kolejny sprzęt dotarł do mojego muzeum. W końcu mam pełen zestaw, no może prawie. Otóż nadajnik dalekopisu, był niezbędny do nadawania powtarzalnych, identycznych wiadomości. Zwanych często okólnikami, na przykład rozsyłanych po wszystkich gminach. Pasek z informacją można było wielokrotnie nadać dzwoniąc pod kolejne numery.

Urządzenie ma 50 lat, nic nie robiłem przed uruchomieniem, jedynie sprawdziłem czy się silnik obraca, po podłączeniu ożył i zaczytał stary pasek informacji. Nie muszę pisać, że jest to kolejne uratowane dzieło sztuki dawnych inżynierów, wiem że to wiecie.

Domki jak z Castoramy i bieda-kopia jarmarku w Białymstoku. A ceny wyższe jak w Niemczech!

Domki jak z Castoramy i bieda-kopia jarmarku w Białymstoku. A ceny wyższe jak w Niemczech!

Przeszedłem się po monachijskich ryneczkach świątecznych, które na cześć Dzieciątka Jezus nazywają się Christkindlmarkt. Jest ich wiele, praktycznie każda dzielnica ma swój, ryneczki są też w większych parkach miejskich. Skupię się na tym centralnym pod ratuszem.

Powitała mnie para tancerzy, uplecionych z kolorowych łańcuchów świetlnych, których charakterystyczny strój zdradza, że to makieta Schäfflertanz. To taki prastary zwyczaj wywodzący się z czasu epidemii dżumy, kiedy to członkowie cechu bednarzy tańczyli na ulicach, by przywrócić normalność w zastraszonym społeczeństwie i wywabić ludzi na ulice.

Tuż za tą powitalną bramą zastaję złożone ze starannie ociosanych drewnianych bali chatki, z których sprzedawane są różności: najwięcej miejsca zajmuje oczywiście grzane wino (ze „strzałem” z rumu lub bez) i inne ciepłe napoje, oczywiście piwo, kiełbaski, golonki, słodycze, ręcznie robione ozdoby świąteczne i inne artefakty odzwierciedlające miejscowe tradycje. Chatki są bogato ozdobione i oświetlone, noszą na sobie mnóstwo snycerskiego kunsztu i oferują gościom schronienie przed wiatrem lub opadami. Na środku ryneczku gości wabi bardzo filigranowo wykonana piramidka świąteczna – to taka tradycyjna ozdoba świąteczna, która na wierzchołku ma śmigło napędzane ciepłym powietrzem znad płomieni świec. Tu w kilkumetrowej wersji makro.

Nie byłbym sobą, gdybym nie obrał najkrótszej drogi do grzanego wina. Odziana w bawarski Dirndl, uśmiechnięta kobieta koło sześćdziesiątki pyta „Servus, wos deaf’s denn sei?”, proszę więc o kubek osławionego wina – bez „strzału”, bo zamierzam jeszcze pospacerować i cokolwiek ze spaceru zapamiętać. Przyglądam się, jak kobieta chwyta ceramiczny kubek ozdobiony ilustracją tegorocznego ryneczku i chochlą wypełnia go po brzegi pachnącym winem, które na miejscu przyprawiane jest goździkami, skórą pomarańczy i laskami cynamonu.

Obok kotła stoi tabliczka informująca mnie o pochodzeniu surowca. Dziękując przyjmuję podany mi oburącz (bym się nie poparzył!) kubek i płacę pani pięć Euro za wino i półtora kaucji za kubek. Ordnung muss sein. Kiedy podciągam ze zdumieniem brwi, pani tłumaczy, że ja-ja… ona ma świadomość, że cena wzrosła aż o jedną czwartą od zeszłego roku, takie życie.

Zdumienie moje nie tyle dotyczyło ceny wina i pięknego kubka, co rozbieżności między tym, co dostaję tutaj w Białymstoku, a… ano właśnie. Kilka dni wcześniej wyszedłem z rodziną z przedstawienia teatralnego w Kinie Ton i zaproponowałem wizytę na jarmarku świątecznym. Przed dziewiątą wieczorem w sobotę, odwracając wzrok od oślepiająco błyskającego diabelskiego koła, weszliśmy na ryneczek i zastaliśmy pozamykane na cztery spusty, pomalowane na szaro, domki narzędziowe podobne do tych w Castoramie.

Na drugim końcu, bliżej ulicy Lipowej, kilka domków miało otwartą klapę, sprzedawane było tu grzane wino, plastry boczku i kiełbasy z metalowej płyty, po drugiej stronie świąteczne ozdoby. Ten pierwszy powitał mnie tablicą z napisem „GRZANIEC BIAŁOSTOCKI 13% – 280 ml – 29 zł”, wiszącą nad stosem tekturowych kubków oraz gryzącym zapachem etanolu. Zrezygnowałem. Sprawiłem za to radość córce kupując jej pięć truskawek nawleczonych na patyk i polanych czekoladą za jedyne 24 złote.

Można to tak zostawić, ale nie oprę się pewnej konkluzji: Otóż miejscowi przedsiębiorcy zainspirowali się wyżej opisanym bawarskim fenomenem i postanowili go dla nas skopiować. So far, so good. Teraz są dwa warianty: robimy kopię-kopię, czyli zamawiamy kosztowne domki z bali, prace snycerskie, ozdoby, kubki ceramiczne itp. frykasy? – Nie, bo to kosztuje i trzeba będzie koszty przerzucić na klienta, a z pustego trudno czerpać.

Decydujemy się więc na bieda-wersję, domki narzędziowe z desek i papierowe kubki, wszak to nie Monachium, gdzie średnio zarabia się ok. 57200 Euro per annum, a miesięczny koszt najmu 50m² mieszkania przekracza Euro dwa tysiące. Też dobrze. Ale krzyżówka obu pomysłów rezultuje w słabej jakości i wysokich cenach (i dużych zyskach!).

Tutaj zaczyna się nasza rola jako konsumentów. Zacznijmy wymagać minimum przyzwoitości. Chcecie, byśmy płacili bawarskie ceny, to nam dajcie bawarski ryneczek. Chcecie nam dać białostocki jarmark – bo takie są realia – to dostaniecie białostockie pieniądze. Bo takie są realia.

Nie bądźmy skąpi, bo wtedy… nie, nie będę cytował pana Kononowicza. Płaćmy i wymagajmy. Nie tylko na jarmarku, ale i w restauracjach, przy zakupie mieszkania i przy wyborze polityków. Na dobre nam wszystkim wyjdzie.

Co czują ludzie, których obecność staje się dla innych atrakcją?

Co czują ludzie, których obecność staje się dla innych atrakcją?

Od ponad trzydziestu lat funkcjonuję w życiu codziennym jako osoba z niepełnosprawnością. Po niefortunnym zdarzeniu losowym poruszam się na wózku inwalidzkim. Przez lata obserwacji dostrzegam dwa istotne elementy, które w dużym stopniu zaburzają obraz osób z niepełnosprawnością (OzN). Po pierwsze – to, co widzimy na znaku drogowym: sylwetkę osoby na wózku. I właśnie w ten sposób niejednokrotnie utożsamia się wszystkich, którzy mają jakąkolwiek niepełnosprawność – wyłącznie z problemami w poruszaniu.

Ktoś, kto nigdy nie miał styczności z tym zagadnieniem, pytany o to, z czym kojarzy mu się niepełnosprawność, odpowie zwykle, że z wózkiem. Taka perspektywa sprawia, że pozostałe rodzaje niepełnosprawności są spychane na margines, traktowane po macoszemu, choćby w kontekście dostępności. Mylnym jest twierdzenie, że jeśli zapewniamy dostęp dla osoby poruszającej się na wózku, to możemy ogłosić pełną dostępność. Ponadto same osoby korzystające z wózka są „naznaczone” ciężarem tego symbolu. To sytuacja, w której inni mylnie zakładają, że skoro ktoś porusza się na wózku, to doświadcza wszystkich możliwych rodzajów niepełnosprawności.

Drugim, nie mniej istotnym elementem jest ukazywanie osób z niepełnosprawnością wyłącznie jako herosów albo jako jednostek całkowicie zależnych. W pośpiechu szukania sensacji zgubiliśmy gdzieś zwyczajny obraz ludzi, którzy – podobnie jak osoby określane jako sprawne – wypełniają codzienne role społeczne. Są ojcami, matkami, uczniami czy pracownikami. Zrozumiałe jest, że sensacje się sprzedają, ale to właśnie one wypaczają rzeczywistość.

Jeżeli chcemy doprowadzić do sytuacji, w której będziemy wspólnie funkcjonować po ludzku w codziennym życiu, edukacja o różnorodności, tolerancji i różnych sposobach funkcjonowania powinna zaczynać się już w szkole podstawowej. Przykładowo – godziny wychowawcze są idealnym momentem, by poruszać tego typu tematy. W ostatecznym rozrachunku efektem takich działań będzie postrzeganie osoby nie jako ciężaru, lecz – przy odpowiednim systemie wsparcia – jako cennego zasobu.

Marzy mi się przestrzeń, w której nie patrzymy na siebie jak na „UFO”, a jeśli nie mamy wewnętrznej potrzeby poznania drugiego człowieka, to przynajmniej zwyczajnie sobie nie przeszkadzamy. OzN to grupa, która mimo że odbiega od kanonu piękna wykreowanego przez lekko zblazowane media, w niczym nie różni się od ogółu w przeżywaniu codziennych perypetii. Może mamy ich po prostu trochę więcej. Bądźmy piękni i rumiani – każdy z nas jest inny. Gdybyśmy byli tacy sami, świat byłby zwyczajnie nudny.

Ostatnia doba na uratowanie autobusów. Jutro Podlaskie może stracić 39 milionów!

Ostatnia doba na uratowanie autobusów. Jutro Podlaskie może stracić 39 milionów!

Dziś jest 4 grudnia. Termin składania wniosków do Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych mija jutro. To ostatnia doba, by zdecydować, czy mieszkańcy dostaną realny, codzienny transport, czy kolejne miejscowości w Podlaskiem będą dalej znikać z mapy komunikacyjnej.

Prezes PKS Nova opublikował list otwarty, który wprost nazywa rzeczy po imieniu: transport publiczny nie jest luksusem, tylko warunkiem normalnego życia. To autobus dowozi młodzież do szkoły, dorosłych do pracy, a najstarszych do lekarzy i urzędów. Gdy go nie ma — ludzie nie mają jak funkcjonować, a całe wsie popadają w izolację.

W liście pada apel do samorządowców, ale też przypomnienie odpowiedzialności. To gminy i powiaty są organizatorami transportu. To one ustalają, którędy pojedzie autobus i jak często. Operatorzy — PKS Nova i inni regionalni przewoźnicy — deklarują pełną gotowość do realizacji kursów. Flota jest, kierowcy są, doświadczenie jest. Brakuje tylko decyzji samorządów.

Prezes przypomina też o czymś, o czym wielu wójtów woli nie mówić głośno: jeśli Podlaskie nie wykorzysta swoich 39,2 mln zł, pieniądze nie poczekają. Zostaną przesunięte do innych województw — tych, które potrafią mądrze budować sieci połączeń i współpracować między gminami. A wtedy mieszkańcy Podlasia zostaną z niczym.

List podkreśla również to, o czym od początku mówiliśmy: tylko międzygminna współpraca ma sens. Pojedyncza gmina wożąca ludzi „w kółko po swoim terytorium” generuje puste przebiegi. Dopiero wspólna sieć kilku samorządów sprawia, że mieszkańcy faktycznie korzystają z transportu — jadąc do lekarza, szkoły, pracy czy na zajęcia w większym mieście. To w takich układach frekwencja rośnie, a transport zaczyna się „sam napędzać”.

I teraz docieramy do sedna sprawy: jest 4 grudnia. To nie jest moment na analizy i „zastanawianie się”. To jest moment na działanie. Wniosek można złożyć nawet w wersji roboczej — poprawki będzie można wprowadzić później. Jeśli jednak wójt, burmistrz czy starosta tego nie zrobi teraz, jutro o północy będzie za późno. I naprawdę nie będzie co tłumaczyć mieszkańcom. Bo oni wiedzą jedno: jeśli dzieci dalej nie będą miały jak dojechać do szkoły, jeśli starsi nie dostaną się do lekarza, jeśli ludzie będą szukać wśród sąsiadów podwózki licząc na cud — to nie autobus zawinił, tylko samorząd.

Dlatego wybór jest brutalnie prosty: albo teraz, albo potem mieszkańcy mogą wywozić wójta na taczkach. Bo nie da się inaczej nazwać sytuacji, w której gmina z własnej winy traci miliony na transport, a potem tłumaczy ludziom, że „nie było czasu”. Czas jest. Jeszcze kilkanaście godzin. A potem… potem zostaje tylko wstyd.

Czy tegoroczny jarmark świąteczny w Białymstoku będzie klapą?

Czy tegoroczny jarmark świąteczny w Białymstoku będzie klapą?

Czytając komentarze mieszkańców, można zauważyć spory zawód tegorocznym jarmarkiem świątecznym. A przecież dopiero się zaczął! Czy to zwykłe narzekanie, czy może faktycznie jest coś na rzeczy? Wybraliśmy się na miejsce, by sprawdzić, co w tym roku jarmark ma do zaoferowania.

Zacznijmy od najważniejszego. Miasto nie jest organizatorem jarmarku. Tym zajmuje się Fundacja Szamto, partnerem jest Miasto Białystok, a przedsięwzięcie wspiera Województwo Podlaskie. Zatem wszelkie kwestie związane z wystawcami, oferowanymi produktami oraz jakością atrakcji nie podlegają urzędnikom. Jeśli więc ktoś wybrał się na karuzelę i mu się nie podobało, albo uznał, że kiełbasa była niesmaczna, to nie może obwiniać magistratu. Warto jednak dodać, że wszystko, co znajdowało się na stoiskach gastronomicznych, wyglądało bardzo apetycznie! Poza tym nie ma tu „krakowskich” cen (choć tanio też nie jest).

Skupiając się na narzekaniach mieszkańców, trzeba wyjaśnić, czym są zawiedzeni. Otóż nie konkretnymi atrakcjami czy ofertą gastronomiczną, lecz całą organizacją jarmarku. Wystarczy zobaczyć nagrania sprzed poprzednich lat, by zauważyć, że te jarmarki prawie niczym się od siebie nie różnią. I właśnie o to ludzie mają największe pretensje — co roku jest to samo. A białostoczanie chcieliby być zaskakiwani. Swoją drogą, zapewne byliby, gdyby w tym roku nie przyjechał Mikołaj z Laponii. A on będzie. Znów, jak co roku!

Warto też wsłuchać się w głos prawosławnych mieszkańców, których w regionie nie brakuje, a którzy świętują dopiero 6 stycznia. Tymczasem jarmark zwija się tuż przed Wigilią.

Kolejna rzecz, która nie podoba się mieszkańcom, to wielkość jarmarku. Gdyby miasto choć raz postanowiło zrobić coś z rozmachem, jarmark mógłby ciągnąć się od dworca kolejowego, przez ul. św. Rocha, Lipową, Rynek Kościuszki, Kilińskiego, aż po Teatr Dramatyczny, a nawet Planty. Możecie zapytać: skąd wziąć tylu wystawców? To bardzo proste. Na jarmarku nie stoi każdy, kto chce, lecz każdy, kto… zapłaci. To cena reguluje, ilu wystawców wybierze akurat nasze miasto, zamiast innych. Gdyby Białystok ogłosił, że organizuje największy w Polsce jarmark świąteczny, a każdy chętny może wystawić się w atrakcyjnej cenie, zalew turystów i ich pieniędzy napędziłby lokalną gospodarkę. Ale żeby coś takiego zrobić, trzeba mieć trochę fantazji. W Białymstoku szczytem fantazji jest organizowanie głosowań na temat stworzenia linii autobusowej. Więc sami sobie dopowiedzcie, czego możecie się spodziewać zimą przez najbliższe lata. Tego samego.

Na szczęście w 2029 roku Tadeusz Truskolaski wreszcie skończy kadencję i nie będzie mógł startować ponownie. Jest więc szansa, że za cztery lata ostatni raz zobaczymy identyczny jak co roku jarmark, a potem pojawi się ktoś nowy i zaproponuje coś świeżego.

Featured Video Play Icon

Ogromna szansa, by PKS-y jeździły często po Podlaskiem. Wszystko w rękach wójtów.

Publiczny transport autobusowy w województwie podlaskim stoi dziś przed jedną z największych szans ostatnich lat. Ministerstwo Infrastruktury zabezpieczyło 39,2 mln zł na wsparcie przewozów, a nabór wniosków do Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych na 2026 rok trwa tylko do 5 grudnia 2025 r. To moment decydujący. Od tego, jak gminy wykorzystają dostępne środki, zależy funkcjonowanie połączeń, które dla wielu mieszkańców stanowią jedyną drogę do lekarza, szkoły, pracy, urzędu czy usług w większych ośrodkach. Samo jednak złożenie wniosku to za mało — kluczowe jest jego mądre zaplanowanie, oparte na współpracy, a nie izolacji.

Doświadczenia z poprzednich naborów pokazują, że samodzielne działania pojedynczych gmin, ograniczające się do organizowania połączeń wyłącznie w granicach własnego terytorium, rzadko przynoszą efekty. W takich przypadkach autobusy bardzo często wożą powietrze, bo potrzeby mieszkańców zdecydowanie wykraczają poza układ lokalny. Naturalne kierunki codziennych podróży prowadzą do szpitali powiatowych, szkół średnich, urzędów, centrów handlowych czy miejsc pracy w sąsiednich gminach lub większych miastach. To właśnie te międzygminne przepływy generują największy ruch pasażerski, a przez to czynią linie opłacalnymi i uzasadnionymi.

Dlatego najbardziej efektywnym modelem, rekomendowanym również przez praktyków transportu publicznego, jest budowanie połączeń obejmujących kilka jednostek samorządu terytorialnego – najlepiej w formie związku gmin. Taka współpraca pozwala projektować trasy tam, gdzie faktycznie jeżdżą ludzie, a nie tam, gdzie kończą się granice administracyjne. To również wzmacnia pozycję gmin w procesie ubiegania się o środki.

W poprzednim naborze dofinansowania uzyskały gminy: Szczuczyn, która otrzymała 16,6 mln zł, Stawiski – 14,5 mln zł, a w całym województwie podpisano 57 umów na kwotę 22,1 mln zł, obejmujących łącznie 265 linii o długości ponad 10 tys. km. To dowód, że dobrze zaprojektowane i uzasadnione przedsięwzięcia mają realną szansę na silne wsparcie.

Nie wszystkie gminy posiadają jednak zasób kompetencji, który pozwala samodzielnie przejść przez proces projektowania linii, przygotowania dokumentacji czy sporządzenia wniosku. Właśnie w takich sytuacjach istotną rolę odgrywa PKS Nova, która wspiera podlaskie samorządy w planowaniu i wdrażaniu przewozów autobusowych. Spółka oferuje pomoc w analizie potrzeb mieszkańców, opracowaniu siatki połączeń, przygotowaniu wniosku oraz pełnym przeprowadzenie gminy przez procedury formalne. Dzięki temu nawet niewielkie jednostki, nieposiadające własnych ekspertów, mogą skutecznie ubiegać się o środki i realizować transport publiczny na wysokim poziomie.

Szczególnie ważne jest jednak jedno: czas. Termin składania wniosków mija 5 grudnia 2025. Zwłoka może skutkować utratą możliwości uzyskania dofinansowania na cały rok 2026. Nawet jeśli dokumentacja wymaga w przyszłości dopracowania lub uzupełnienia, najważniejsze jest to, aby wniosek został złożony na czas. Procedury dopuszczają poprawki, lecz nie tolerują spóźnień.

Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych udowodnił już, że przy właściwej organizacji możliwe jest realne odbudowanie siatki połączeń, które odpowiadają na potrzeby mieszkańców. Podlaskie gminy mają do dyspozycji znaczące środki i gotowe wsparcie eksperckie. Teraz pozostaje pytanie, ile z nich wykorzysta tę szansę i zdecyduje się na współpracę, zamiast działać w pojedynkę. Od tej decyzji zależy, czy publiczny transport autobusowy w regionie stanie się realnym narzędziem w walce z wykluczeniem komunikacyjnym, czy pozostanie niewykorzystanym potencjałem.

W jednym można być jednak pewnym: zapotrzebowanie na transport jest duże i rośnie. Mieszkańcy chcą jeździć. Potrzeba tylko jednego — mądrze to zorganizować. Jeśli tego zabraknie, autobusy znów będą kursować puste, a środki publiczne zostaną zmarnowane.

Nareszcie! Jeżeli Białoruś nie odstawi żadnego numeru, od poniedziałku otwarcie podlaskich granic!

Nareszcie! Jeżeli Białoruś nie odstawi żadnego numeru, od poniedziałku otwarcie podlaskich granic!

W poniedziałek, 17 listopada ponownie otwarte będą przejścia graniczne z Białorusią. Wznowienie tego ruchu w Bobrownikach i Kuźnicy to długo wyczekiwany sygnał dla mieszkańców i przedsiębiorców Podlaskiego. Region od lat odczuwa poważne skutki zamknięcia granic – zarówno gospodarcze, jak i społeczne. Brak swobodnego przepływu osób i towarów uderzył w lokalny handel, transport i małe firmy, które żyły z codziennej współpracy przygranicznej. Znikły też autobusy z parkingów pod galeriami handlowymi, które przywoziły Białorusinów na zakupy.

Otwarcie dwóch drogowych przejść, nawet z ograniczeniami, oznacza dla wielu z nich realną szansę na odbudowanie obrotów i powrót stabilności. To także pierwszy, symboliczny krok w przywracaniu normalności na terenach, które najbardziej ucierpiały na odcięciu od sąsiadów. Decyzja ma także ogromne znaczenie dla turystyki, która w ostatnich latach przeżywała w Podlaskiem trudny czas nie z powodu braku gości z Białorusi – bo tych nigdy nie było wielu – lecz przez obawy Polaków przed samą bliskością granicy. Wielu turystów unikało terenów przygranicznych, mając w głowie obrazy z medialnych doniesień. Otwarcie przejść to jasny komunikat: region jest bezpieczny, życie toczy się tu normalnie, a odwiedziny są tak samo spokojne jak w innych częściach kraju. Dla branży hotelarskiej, gastronomicznej i agroturystyki to impuls, którego potrzebowały od dawna.

Choć nowe zasady przekraczania granicy – w tym cyfrowy system rejestracji wjeżdżających spoza UE – mogą początkowo wydłużyć odprawy, to rozwiązania te zwiększają bezpieczeństwo i ułatwiają kontrolę ruchu w całej strefie Schengen. Straż Graniczna zapewnia, że jest w pełni przygotowana na przywrócenie ruchu, a przejścia po polskiej stronie są dostosowane technicznie. Dla Podlaskiego najważniejsze jest jednak to, że granica ponownie zaczynie żyć, a region może powoli odzyskiwać gospodarczy rytm i wizerunek miejsca otwartego, przyjaznego oraz wolnego od napięć, które przez ostatnie lata niesprawiedliwie go obciążały.

Do otwarcia granicy zostały zaledwie trzy dni, jednak warto pamiętać, że sytuacja wciąż pozostaje krucha. Białoruś – ściśle związana politycznie i militarnie z Rosją – wielokrotnie brała udział w agresywnych działaniach hybrydowych wobec państw Unii Europejskiej (doszło do ataku przez nielegalnych migrantów na polską granicę, zginął polski żołnierz, atakowano wiele razy strażników), często działając wspólnie z Moskwą lub wręcz na jej zlecenie.

Dlatego decyzja o wznowieniu ruchu nie jest zwykłym aktem administracyjnym. Przypuszczamy, że to efekt delikatnych rozmów dyplomatycznych, prowadzonych zapewne kanałami MSZ, gdzie obie strony musiały wyznaczyć pewne warunki i „linie, których się nie przekracza”. Nie jest tajemnicą, że Białoruś potrafi sygnalizować swoje intencje – jak choćby wtedy, gdy uprzedziła o rosyjskich dronach, które „przypadkowo” nadleciały z jej terytorium – co tylko potwierdza istnienie bezpośredniej komunikacji między państwami.

Pytanie brzmi, czy Mińsk dotrzyma ustaleń po otwarciu przejść, a jeśli tak, to jak długo utrzyma się ta krucha stabilizacja. Wystarczy jeden polityczny zwrot lub nacisk ze strony Kremla, by otwarcie szybko zmieniło się ponownie w zamknięcie.

Byli nauczyciele wyskoczyli jak Filipy z Konopi. Czy oni w ogóle mieli coś wspólnego z transportem?
fot. Adrian Grycuk / Wikipedia | gov.pl / Wikipedia

Byli nauczyciele wyskoczyli jak Filipy z Konopi. Czy oni w ogóle mieli coś wspólnego z transportem?

Jeden zasłynął z tego, że był uznany za sprawcę przestępstwa urzędniczego, drugi — że mu policja zrzucała konfetti z helikoptera. Dwaj byli nauczyciele, którzy w pewnym momencie życia przytulili się do PiS, postanowili w swojej najnowszej aktywności politycznej spróbować czegoś nowego. Chyba po to, by zobaczyć, „jak to jest”. Fakt, że nie mają o tym zielonego pojęcia, w niczym im nie przeszkadzał. Dwaj panowie, niczym rycerze z kronik dawno minionych czasów, wyskoczyli jak przysłowiowe filipy z konopi: Dariusz Piontkowski — kiedyś geograf, potem minister edukacji, czyli człowiek, który wie, gdzie leży Kraków i co to są stalaktyty i stalagmity, oraz Jarosław Zieliński — niegdyś nauczyciel, później wiceminister od mundurów.

Wyglądało to mniej więcej tak, jakby dwóch wodzirejów od apeli szkolnych z dawnych lat postanowiło rozwiązać kryzys publicznego transportu. Bo — nie oszukujmy się — specjaliści od transportu to oni może są, ale tylko tego politycznego, polegającego na przesiadkach z ław rządowych do opozycyjnych.

Największym hitem w ich wykonaniu była jednak troska o… zadłużenie. Chodzi o 9 milionów złotych, które nie wzięło się z mgły o poranku ani z tajemniczego pyłu na podlaskich szosach, tylko z wieloletniego politycznego sterowania PKS-em niczym żaglowcem bez interesowania się wiatrem. W czym udział również brała partia PiS. Piontkowski nawet był marszałkiem województwa, gdy jeszcze PKS Nova nie istniała — tylko PKS Białystok, PKS Łomża, PKS Suwałki, PKS Siemiatycze i PKS Zambrów. I było z tymi firmami tak kolorowo, że w końcu je zlikwidowano na rzecz jednego podmiotu. I teraz ci sami panowie, którzy te koła sterowe kiedyś dotykali i mieli na nie ogromny polityczny wpływ, dziś z wielkim zapałem są oburzeni, że „tam są długi”.

Może to jednak jakaś nowa szkoła zarządzania? Taka, w której doświadczenie w edukacji daje prawo do oceniania firm przewozowych, a epizod w MSWiA nadaje kompetencje do analizowania rentowności kursów autobusowych. Gdyby jutro otworzyli debatę o budowie rakiety kosmicznej z kartonu i taśmy pakowej, też byśmy się nie zdziwili. W końcu obserwacja polityki nauczyła nas jednego: im mniej wiesz, tym głośniej możesz mówić.

A rozwiązanie problemu z pieniędzmi dla PKS jest ciągle to samo i wcale nie magiczne. Albo to jest firma działająca według praw rynku — tak jak teraz, czyli jeździ tam, gdzie się opłaca — albo mówimy wprost, że wynik ekonomiczny nas nie interesuje, PKS staje się departamentem w Urzędzie Marszałkowskim, a nie spółką prawa handlowego, i wtedy możemy robić nawet po 10 kursów dziennie do Rudaków. Jedno albo drugie — ale wreszcie z odwagą powiedzieć to głośno, zamiast udawać, że da się być jednocześnie przedsiębiorstwem i misją społeczną z kieszeni podatników „tak po trochu”.

Niech żyje BKM! Jeden autobus więcej, a dumy jakbyśmy właśnie wylądowali na Marsie.

Niech żyje BKM! Jeden autobus więcej, a dumy jakbyśmy właśnie wylądowali na Marsie.

Proszę państwa, oto sensacja! W Budżecie Obywatelskim 2026 najwięcej głosów zdobył… projekt utworzenia nowej linii autobusowej. Tak, dobrze czytacie. Nie nowy  park, nie nie ciekawe i nieoczywiste atrakcje, nie jakieś wypasione miejsce dla młodzieży tylko linia autobusowa. W XXI wieku, w całkiem sporym mieście wojewódzkim, ludzie muszą głosować, żeby łaskawie pojawił się autobus. Ż E N A D A.

W Białymstoku mamy nowoczesność na miarę epoki. Zanim powstanie linia autobusowa, najpierw mieszkańcy muszą łaskawie poprosić urzędników i jeszcze wygrać plebiscyt. A tu już robią się schody, bo poważna potrzeba mieszkańców konkuruje z figurkami misiów. A potem – jeśli wszystko pójdzie dobrze – może za rok czy dwa lata łaskawie pojawi się Solaris, niczym objawienie, który przyjedzie ze trzy razy dziennie i ominie przystanek, bo ten będzie zawsze pusty.

A w takiej Warszawie, mimo istnienia tramwajów, metra i kolei miejskiej, autobusy jeżdżą tak często, że nie zdążysz wyjąć telefonu z kieszeni, to już nadjeżdża kolejny. Ale wiecie za co komunikacja ze stolicy wygrywa z całą Europą (ex æquo z Brukselą)? Nie dlatego, że jest taka nasycona połączeniami. Dlatego, że jest inteligentnie zorganizowana. A w Białymstoku? Tutaj podróż autobusem to bardziej gra losowa: czy się spóźni czy przyjedzie za wcześnie, czy się zmieścisz, czy kierowca włączy ogrzewanie czy trzeba będzie marznąć.

Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest jednak to, że za tą padaką mieszkańcy muszą jeszcze głosować i w ten żałosny sposób prosić o autobus jak o wielką przysługę. Głosują w Budżecie Obywatelskim, jakby to był konkurs piękności. Gratulacje dla urzędników – udało się wam stworzyć patologiczny system, w którym komunikacja miejska nie jest oczywistym obowiązkiem miasta, tylko luksusem do wygrania w głosowaniu. Może w 2027 zaproponujemy komunikację nocną przez cały tydzień? A w 2028 połączenia ekspresowe, które nie objeżdżają jak wąż wszystkich osiedli po kolei z krańców miasta.

Ale może o to właśnie chodzi? Może w Białymstoku chodzi o to żeby prosić łaskawego Pana? My, prosty lud, uniżenie prosimy Cię Królu Truskolaski, bo śmiemy marzyć i głosować za kolejnymi liniami w cudownej metropolii, którą zarządzasz.

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Absurd budżetu obywatelskiego w Białymstoku

Kończy się głosowanie na projekty Budżetu Obywatelskiego w Białymstoku, więc postanowiliśmy przyjrzeć się, co w tym roku znalazło się w puli do wyboru. I jak co roku – nie brakuje propozycji, które bardziej kompromitują władze miasta niż świadczą o kreatywności mieszkańców.

Pomysły mieszkańców nie są głupie. Wręcz przeciwnie, to sensowne i potrzebne postulaty. Absurd polega na tym, że w XXI wieku, w 2025 roku, białostoczanie muszą błagać urzędników o rzeczy, które dawno powinny być standardem w europejskim mieście. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której białostoczanie składają wnioski o nową linię BKM, budowę łączników rowerowych, oświetlenie chodnika (sic!), wymianę nawierzchni, wiaty śmietnikowe (sic!) czy rozbudowę parkingu? To nie są „obywatelskie inicjatywy” – to zwykłe obowiązki miasta, które próbuje przerzucić swoją odpowiedzialność na mieszkańców, udając przy tym, że „wsłuchuje się w ich głos”.

Na osobną uwagę zasługuje projekt budowy drogi łączącej ulicę Wołodyjowskiego z terenem szpitali klinicznych. To groteskowe, że Budżet Obywatelski staje się pośrednikiem między władzami szpitala a urzędem miasta. Jeśli dojazd do szpitala wymaga plebiscytu, to znaczy, że coś w systemie zarządzania miastem jest poważnie nie tak.

Europejskie standardy miejskie to infrastruktura rowerowa, bezpieczne i oświetlone chodniki, dostępny transport publiczny, porządek i estetyka przestrzeni. To nie powinno być luksusem ani łaską władzy, lecz oczywistością. Budżet obywatelski służy rozwojowi, a nie nadrabianiu zaległości.

Budżet Obywatelski miał być narzędziem wzmacniającym obywatelskość, a nie listą wstydu pokazującą, gdzie miasto nie wykonało swojej pracy. Pierwszym krokiem powinno być uczciwe rozdzielenie zadań: samorząd zajmuje się tym, co jest jego obowiązkiem, a mieszkańcy – tym, co naprawdę jest społeczną inicjatywą. Dopiero wtedy Budżet Obywatelski przestanie być protezą i zacznie mieć prawdziwe swoje znaczenie.