Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

SIERPIEŃ, W KTÓRYM MIASTO STRACIŁO GŁOS — 1943

W sierpniu 1943 roku Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji białostockiego getta. Mieszkańców wprowadzano w błąd komunikatami o planowanych wyjazdach do pracy. W rzeczywistości trwała operacja wymierzona w całą uwięzioną społeczność. Wielu ludzi miało zostać deportowanych do niemieckich ośrodków Zagłady, inni zamordowani na miejscu. W tym momencie zniknęły resztki nadziei, że okupant traktuje pracę jako gwarancję życia. Wielu dotychczasowych robotników nie było już dla niego ludźmi, nawet w tym okrutnie użytkowym znaczeniu, które wcześniej dawało złudną szansę przeżycia.

Żydowscy bojownicy podjęli zbrojny opór. Dysponowali niewielką liczbą broni i środków, które z trudem można było zestawić z uzbrojeniem przeciwnika. Pojawiały się plany podpalenia ogrodzenia, sforsowania niemieckiego kordonu, wydostania się poza zamkniętą przestrzeń. W źródłowych opisach powracają karabiny, rewolwery, granaty improwizowane, butelki zapalające, narzędzia używane jako broń. Był to opór ludzi doprowadzonych do ostateczności, a nie regularna bitwa dwóch równych armii. Mierzenie go wyłącznie liczbą zdobytych pozycji byłoby niezrozumieniem sensu walki.

Partnerzy portalu:

W pamięci przetrwał również epizod ataku na niemieckiego funkcjonariusza za pomocą żrącej substancji. Nawet w sytuacji niemal zupełnego osaczenia ludzie szukali sposobu, by przeciwstawić się oprawcom. Niemcy odpowiadali ostrzałem, mordowali ludzi zgromadzonych w punktach deportacyjnych, pędzili ocalałych do transportów. Ulice getta były sceną walki i zagłady, a następnie opustoszały. Wcześniej można było związać je z handlem, warsztatami i codziennym życiem żydowskiego Białegostoku. Teraz znikało nie tylko to życie, lecz także jego ciągłość pokoleniowa. Rodziny rozdzielano, wywożono do Treblinki i Auschwitz-Birkenau. Dla ogromnej części deportowanych nie było już powrotu.

Trzeba tu zachować rzeczowy język, choć właśnie tutaj język wydaje się najbiedniejszy. Można napisać, że miasto straciło swoich mieszkańców. Można też napisać, że zlikwidowano getto. Oba zdania są za słabe, jeśli nie nazwie się sprawców i celu działań. Niemieccy okupanci prowadzili planową zagładę Żydów. Zniszczenie białostockiej społeczności żydowskiej było częścią tej zbrodni, a nie ubocznym skutkiem przesuwania się wojennego frontu. Front zabiera budynki i żołnierzy. Tutaj zamierzano odebrać istnienie całym rodzinom.

Z przedwojennych fotografii spoglądają na nas ludzie, którzy nie wiedzieli, co przyniosą kolejne lata. Siedzą przy fontannie, idą z koszem przez rynek, wychodzą z kawiarni, pracują przy sklepowej ladzie. Nigdy nie będzie można powiedzieć, jaką przyszłość mieliby ich potomkowie, gdyby wojna nie zniszczyła tego świata. Nie da się odtworzyć niewydanych książek, niezbudowanych domów i dzieci, które nigdy się nie urodziły. To właśnie czyni stratę niepoliczalną. Fotografia może odzyskać ostrość, ale nie odzyska rzeczywistości za kadrem.

Po likwidacji getta Białystok nadal znajdował się pod okupacją. Pozostali mieszkańcy próbowali przetrwać, fabryki i urzędy funkcjonowały na potrzeby wojny, a propaganda pokazywała wybrane fragmenty miejskiego pejzażu. Coraz częściej jednak należało pytać, czy miasto, które stoi, jest jeszcze tym samym miastem. Po zagładzie jego żydowskich obywateli nie mogło już nim być. Nadchodził rok następny, w którym do utraty ludzi dołączyła utrata samych ulic.

LIPIEC POPIOŁU — 1944

Kiedy w 1944 roku front zaczął zbliżać się do Białegostoku, niemiecka okupacja zbliżała się do końca. Nie oznaczało to jednak, że mieszkańcy będą mogli po prostu odetchnąć, otworzyć okna i zacząć liczyć straty z wcześniejszych lat. Wycofujące się niemieckie formacje przystąpiły do niszczenia miasta. Podpalano gmachy, wysadzano obiekty infrastruktury, obracano w ruinę zakłady przemysłowe i całe fragmenty centrum. To, czego nie zdążyła zniszczyć wcześniejsza wojna, płonęło teraz w chwili odwrotu. Dla mieszkańca, który wciąż miał dach nad głową, finał okupacji oznaczał nieraz utratę właśnie tego ostatniego oparcia.

Zniszczenia dotknęły dworca kolejowego, mostów, koszar, fabryk przy kilku ważnych ulicach i Pałacu Branickich. Centrum, ze swoimi historycznymi ulicami, sklepami i kamienicami, zostało w ogromnej mierze spustoszone. W opowieściach o końcu wojny często używa się słowa „wyzwolenie”, jakby wystarczyło odnotować dzień zmiany wojska w mieście. Tymczasem w Białymstoku nowa władza zastawała ulice pogrążone w ruinach. Pomiędzy zwycięską wojskową datą a możliwością zamieszkania w bezpiecznym domu rozciągały się miesiące, a potem lata ciężkiej pracy.

Ulica Lipowa, Rynek Kościuszki, Kilińskiego, Sienkiewicza, części Warszawskiej — wszystkie te nazwy oznaczały konkretne miejsca, w których kiedyś kupowano jedzenie, spotykano znajomych, prowadzono interesy. Teraz nazwy pozostawały na mapie, lecz wygląd miejsc zmieniał się nie do poznania. To szczególny rodzaj utraty: człowiek zna drogę, ale nie rozpoznaje jej kolejnych punktów. Może powiedzieć, że tu była kamienica, tam hotel, dalej fabryka; słuchacz widzi jednak sterty cegieł. Miasto staje się opowieścią opowiadaną na tle własnego braku.

Los zakładów przemysłowych był równie wymowny. Białystok przez całe XIX stulecie budował swoją pozycję na fabrykach, magazynach i pracowitości pokoleń przedsiębiorców oraz robotników. W 1944 roku znikały jedne z fundamentów tego świata. Niszczenie zakładu to nie tylko strata murów i maszyn. To przerwanie zatrudnienia, sieci dostaw, kontaktów, przyzwyczajeń. Jeśli zakład przestał istnieć, jego pracownicy nie mogli nazajutrz po prostu wrócić na stanowiska. Odbudowa miasta musiała więc obejmować gospodarkę, mieszkania i podstawową infrastrukturę naraz.

Nawet gdy niemiecka armia została wyparta, los Białegostoku nie zamienił się w opowieść o prostej poprawie. W źródłowych relacjach powraca obraz sowieckich żołnierzy rabujących majątek i wyposażenie tego, co przetrwało zniszczenia. Wywożono maszyny, zabierano mienie z fabryk i innych obiektów, niszczono elementy infrastruktury. Dla ludzi żyjących w ruinach oznaczało to kolejne poczucie bezsilności. Wraz z Armią Czerwoną pojawiały się struktury nowej władzy, politycznie związanej ze Związkiem Sowieckim. Wojna jeszcze trwała, a o przyszłym ustroju zaczynano decydować w sposób, który pozostawiał obywatelom niewiele swobody.

Niektóre budowle jednak ocalały. Kościół św. Rocha, mimo wojennego wykorzystania i dramatycznych wydarzeń, przetrwał zniszczenie miasta. Stara fara również uniknęła losu znacznej części śródmieścia. Ocalał budynek późniejszego kina Ton, a także wybrane kamienice, w tym Krakowska 1. Nie było w tym żadnego powszechnego prawa, według którego piękne budynki zostają, a brzydkie giną. Wojna nie kieruje się estetyką. Ocalałe miejsca były po prostu szczęśliwymi wyjątkami, które nabrały po 1944 roku szczególnego znaczenia: pozwalały zobaczyć fragment świata istniejącego wcześniej.

Tak skończyła się epoka starego Białegostoku. Nie w jednym momencie, bo miasto traciło mieszkańców, budynki i wolność stopniowo, przez lata. Ale lipiec 1944 roku stał się jej brutalną klamrą. Najpierw odebrano ogromnej części białostoczan prawo do życia, później odebrano ocalałym samo miasto, które pamiętali. Widziane z lotu ptaka ruiny mogły wyglądać jak problem urbanistyczny. Z bliska były historią ludzi szukających rodziny, dokumentów, pracy i miejsca, gdzie można przespać noc. To z ich wysiłku miało powstać nowe miasto.

TEATR W OCALAŁYM DOMU — 1944–1953

Jeszcze podczas wojny, w 1944 roku, w ocalałym budynku przy farze odbyła się premiera teatralna. Trudno znaleźć lepszy symbol powojennej woli życia niż aktorzy wychodzący na scenę w mieście, które dopiero co przeszło przez ogień. Obiekt wywodził się z dawnego przytułku, przechodził w XIX i XX wieku wiele przeobrażeń, gościł handel, kino, drukarnie i artystów. Teraz służył potrzebie jeszcze bardziej podstawowej: żeby ludzie mogli znów spotkać się w jednym miejscu nie na rozkaz okupanta, nie po przydział żywności i nie przed komisją wojskową, ale po to, by wspólnie czegoś wysłuchać.

Nie należy tej sceny nadmiernie upiększać. Teatr nie naprawiał zburzonych ulic, a udział w przedstawieniu nie usuwał traumy wojny. Ale pomagał odzyskać język zwyczajnego życia. Przez kolejne lata budynek pozostawał ważnym miejscem kultury, choć przyjmował rozmaite funkcje. Gdy w przyszłości będzie kojarzony z kinem Ton, niewielu widzów zastanowi się, ile epok mieści się za ścianą, na którą rzucany jest obraz. Czasami największą wartością starego budynku jest właśnie to, że pozwala wielu pokoleniom robić w jednym miejscu rzeczy zupełnie od siebie odmienne.

Powojenni mieszkańcy Białegostoku podejmowali wysiłek odbudowy. Przyjeżdżali ludzie z okolicznych wsi i miasteczek, szukali zatrudnienia w odradzających się zakładach, zakładali rodziny. Miasto, którego skład społeczny został dramatycznie zmieniony przez okupację i Zagładę, zyskiwało nowych obywateli. Współczesnemu mieszkańcowi łatwo uznać powojenny napływ ludności za naturalny rozwój dużego miasta. Trzeba jednak zobaczyć także drugi sens tej zmiany. Nowi przybysze często nie mieli już kogo zapytać, jak wyglądały niektóre przedwojenne ulice. Znikały żywe łańcuchy pamięci przekazywane przez dawne społeczności.

Odbudowa oznaczała zarazem konieczność wyboru: co przywrócić, co zmienić, co pozostawić w przeszłości. Zrujnowana kamienica mogła zostać odbudowana, ale mogła też ustąpić miejsca zupełnie innemu budynkowi. Po zniszczeniu wielkiej części centrum przed projektantami otwierała się przestrzeń, o której marzyli czasem przedwojenni reformatorzy urbanistyki. Różnica była zasadnicza. Wcześniej dyskutowali nad zmianą żywego, choć zatłoczonego miasta. Teraz musieli projektować w miejscu ran, których nikt dobrowolnie nie zadałby własnemu domowi.

Ważną rolę w przywracaniu historycznych punktów odniesienia odegrał wojewódzki konserwator zabytków Władysław Paszkowski. Dzięki staraniom związanym z ochroną dziedzictwa w 1953 roku zaczęto odbudowę białostockiego ratusza. Budowla nie wróciła jednak w dokładnie tej samej postaci. Zmieniono rozwiązania związane z dawnymi pawilonami, nie odtworzono wszystkich elementów towarzyszących handlowi. To przykład odbudowy, która musiała zdecydować, czy odtwarza historię dosłownie, czy przede wszystkim przywraca charakterystyczny symbol. Dziś wielu ludziom trudno wyobrazić sobie Rynek bez ratusza. A przecież były lata, kiedy tego symbolu na placu nie było.

Nowe państwo narzucało przy tym własny porządek polityczny. W dawnych budynkach kulturalnych odbywały się procesy pokazowe, a w kolejnych latach władze komunistyczne wykorzystywały publiczną przestrzeń do legitymizowania swojego panowania. Ocalałe mury mogły służyć jednego dnia sztuce, a innego — sądzeniu przeciwników politycznych. Ten kontrast warto odnotować bez efektownych metafor: powrót życia kulturalnego nie oznaczał pełnej wolności obywatelskiej. Powojenna normalność miała własne ograniczenia i własne ofiary.

Kościół św. Rocha domykał swój długi proces budowy. Po wojnie kontynuowano wyposażanie i wykańczanie świątyni; odbyło się poświęcenie, lecz prace trwały jeszcze wiele lat. Architektoniczna „Gwiazda Zaranna”, pomyślana jako znak niepodległości, przeżyła okupację i zaczynała pełnić stałą funkcję w pejzażu nowego Białegostoku. Można w tym widzieć gorzki paradoks: pomnik wolnej Polski doczekał czasu, w którym kraj pozostawał pod głębokim wpływem nowego mocarstwa. Budowla nie potrzebowała jednak zgody aktualnej polityki, by przypominać o swoim pierwotnym zamyśle.

Po kilku latach centrum odzyskało więc niektóre formy dawnej twarzy. Ratusz wracał, ocalałe świątynie stały, powstawały nowe zakłady i osiedla. Był to jednak Białystok nieodwracalnie różny od miasta sprzed 1939 roku. Zmieniła się ludność, funkcje budynków, organizacja ulic i polityczne tło. Odbudowa jest zwycięstwem życia nad ruiną. Nie należy mylić jej z cofnięciem historii.

MIASTO, KTÓRE PRZYKRYŁO SWOJE ŚLADY — 1953–1989

Nowe dziesięciolecia przyniosły rozwój Białegostoku w realiach Polski Ludowej. Fabryki znów dawały zatrudnienie, powstawała zabudowa mieszkaniowa, ulice przyjmowały nowe nazwy i kształty. Do miasta napływali ludzie, dla których przedwojenny Rynek i Chanajki były już tylko zasłyszanymi opowieściami. Codzienność nowego pokolenia wytworzyła własne wspomnienia: o szkołach, pracy, kinach, spacerach i życiu rodzinnym. Nie trzeba przeciwstawiać ich pamięci wcześniejszych pokoleń. Trzeba jedynie wiedzieć, że nie wszystkie powojenne zmiany szanowały ślady po tych, którzy mieszkali tu poprzednio.

Najboleśniej widać to w historii dawnych cmentarzy. Rozrastający się organizm miejski od dawna przesuwał nekropolie na obrzeża. W XX wieku część starych terenów pochówku przestała być czytelna w przestrzeni miasta. Powstawały w ich miejscu miejsca handlu, parkingi, obszary rekreacji, a z czasem również budowle kultury. Kamienne świadectwa życia dawnych mieszkańców znajdowano później w miejscach, do których nigdy nie powinny trafić. Macewa użyta jak zwykły budulec mówi o zapomnieniu więcej niż najbardziej uroczysty pomnik. Nie ma tu jednak potrzeby malować całych pokoleń jednym kolorem. W różnych czasach pamięć bywała lekceważona, ale bywali też ludzie, którzy próbowali ją ratować.

Dawne wzgórze świętej Marii Magdaleny, strefa dawnych pochówków, szczególnie dobrze pokazuje, jak wiele warstw kryje miasto pod nowymi inwestycjami. Prace archeologiczne prowadzone już znacznie później przypomniały o grobach, przedmiotach osobistych i śladach dawnych obrządków. Każdy znaleziony guzik, krzyżyk czy fragment wyposażenia był świadectwem czyjegoś niepozornego życia. To rzeczy, których nie ogląda się w muzeum z takim zachwytem jak zdobiony pałacowy fotel, choć dla opowieści o mieszkańcach mogą mieć znaczenie równie duże. Bo pałac opowiada o elicie, a guzik — o człowieku, którego imienia nie znamy.

Zmieniały się też funkcje dawnych budowli. Elektrownia, której uruchomienie przed I wojną światową było symbolem postępu, weszła w system powojennej gospodarki. Zakłady przemysłowe przechodziły państwowe przekształcenia, łączono je i reorganizowano. Przedwojenna wytwórnia tlenu również przeszła drogę od prywatnej inicjatywy do nowych form własności. To, co niegdyś było dumą pojedynczych fabrykantów, stawało się częścią większego organizmu gospodarczego. Zmieniały się szyldy, lecz wiele starych murów nadal stało tam, gdzie wyznaczono im miejsce przed wojną.

Kino Ton przyciągało publiczność, a stary budynek przy farze przyjmował kolejnych widzów, którzy oglądali obrazy z dalekich światów, niekoniecznie zdając sobie sprawę, że sam budynek jest podróżą przez trzy stulecia. Przy kościele św. Rocha rozmawiano czasem o tajemniczych podziemnych przejściach i tunelach. Zachowały się opowieści o zamurowanych wejściach; co dokładnie kryły i do czego wszystkie służyły, pozostawało niejasne. Tak rodzą się miejskie legendy. Mówią coś ważnego o wyobraźni mieszkańców i o tym, jak miasto obudowuje swoje zabytki opowieściami.
Największe przemiany dotknęły wszak nie tyle konkretne ściany, ile sposób patrzenia na Białystok. Dawne wielowyznaniowe centrum, świat żydowskich sklepów i fabryk, starych cmentarzy, gwaru czterech języków, przestawały być doświadczeniem codziennym. Stawały się archiwum. A archiwum jest miejscem wymagającym wysiłku: trzeba do niego pójść, szukać, porównywać, czasem przyznać, że nie rozumie się już nazwy ulicy ani nazwiska na szyldzie. Jeśli tego wysiłku zabraknie, zostaje tylko gładka historia budynków bez ludzi.

W 1989 roku zakończyła się epoka władzy komunistycznej. Przed Białymstokiem otworzyły się kolejne możliwości i konflikty. Zmiana ustroju nie przywróciła utraconej przedwojennej społeczności, ale dała nowe narzędzia do opowiadania jej historii. Można było dokładniej pytać o zapomniane miejsca, dokumentować dawne pochówki, przywracać pamięć o wydarzeniach okupacji. Nie każda taka próba przyniosła sukces. Lecz samo postawienie pytania było ważnym krokiem: do kogo właściwie należy historia miasta?

CZY MIASTO MOŻNA ODZYSKAĆ? — OD LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH DO DZIŚ

Po przemianach ustrojowych ulice dalej się zmieniały. Działy się rzeczy dobre, potrzebne i nieuniknione, ale zdarzały się także decyzje, które budziły sprzeciw obrońców dawnej architektury. Na Warszawskiej przetrwał niezwykły zbiór budynków związanych z dawną zamożniejszą częścią Białegostoku. W innych miejscach historyczne fasady stały się wyspami wśród zupełnie nowej zabudowy. Z kolei Krakowska 1 przypominała o losach mieszczańskiej kamienicy, która przetrwała niemal wszystko, chociaż współczesne remonty mogły zniekształcać niektóre pierwotne rozwiązania. Walka o dziedzictwo przestała być abstrakcją. Stała się pytaniem o konkretny dach, elewację, ulicę i decyzję urzędnika.

Ratusz, odbudowany po wojnie, wyrósł na symbol tak oczywisty, że pamięć o jego wcześniejszym zburzeniu bywa zaskoczeniem. Rynek przeszedł kolejną wielką przemianę, zwłaszcza po modernizacji otoczenia w 2010 roku. Zniknęło wiele problemów dawnego placu targowego, pojawiła się przestrzeń dogodna do spacerów, spotkań i gastronomii. I tutaj powraca paradoks dawnych dziennikarzy, którzy w latach trzydziestych marzyli o uporządkowanym rynku o szerokiej perspektywie. W pewnym sensie ich pragnienie zrealizowano — lecz po całym wieku wojen, rozbiórek i odbudów, których nikt z nich nie potrafiłby sobie wyobrazić.

Nie wszystko, co ocalało, zachowało dawną funkcję. Budynek dawnej elektrowni służy sztuce, znany dziś jako siedziba Galerii Arsenał. Fabryczna przeszłość różnych rejonów miasta kryje się w nowych funkcjach budynków. Kino Ton w końcu przestało być regularnie działającym kinem, choć samo miejsce pozostało świadectwem niezwykłej drogi od przytułku do kultury. Kościół św. Rocha nadal góruje nad Białymstokiem, a legenda architekta i jego kamiennej litanii daje jego bryle dodatkowy sens. Można przechodzić obok tych obiektów codziennie i nie pomyśleć ani razu o ludziach, którzy musieli przekonywać innych, żeby je zbudować.

Dawne cmentarze potrafiły przypomnieć o sobie podczas robót ziemnych i badań archeologicznych. Znaleziska przy dawnych nekropoliach mówiły, że historia miasta nie kończy się na tym, co wystaje ponad chodnik. Ślady pochówków znajdują się tam, gdzie nowe pokolenia widzą dziś zieleń, parkingi, budynki kultury albo ulice. To jeden z najpoważniejszych obowiązków pamięci: nie traktować miejsc spoczynku poprzednich mieszkańców jak przeszkód pozbawionych znaczenia. W mieście, które tak wiele razy przechodziło od jednej władzy do drugiej, szacunek dla dawnych nekropolii jest zarazem szacunkiem dla całej różnorodności jego historii.

Istnieje jeszcze Białystok odległy, przechowywany w pamięci potomków emigrantów. W Nowym Jorku do dziś znaleźć można ślady dawnych białostockich wspólnot, nazw i tradycji. Dla jednych Białystok jest ulicą Lipową i ścieżką na św. Rocha. Dla innych bywa nazwą świątyni, wspomnieniem dziadków, słowem odnalezionym w książce. Może nie wiedzą, gdzie dokładnie przebiegała Młynowa, i nigdy nie widzieli Warszawskiej. A jednak miasto istnieje również w ich pamięci. Nie zawsze zgodnej z prawdą topograficzną, lecz prawdziwej jako ślad rodzinnego doświadczenia.
Jak więc rozstrzygnąć pytanie, czy dawny Białystok był piękniejszy? Jeżeli porównać same eleganckie fasady, reprezentacyjne ulice i widoki sprzed wojny z niektórymi późniejszymi stratami, odpowiedź może być dla wielu oczywista. Ale jeśli w tym samym obrazie umieścimy biedę Chanajek, fatalne warunki sanitarne, bezrobocie i przemoc społeczną, fotografia przestanie być prostym argumentem za wyższością przeszłości. Stare miasto mogło być piękniejsze w pewnych miejscach i znacznie trudniejsze do życia w innych. Właśnie ta sprzeczność czyni je fascynującym, a nie mniej wartym poznania.

Najważniejsze jest jednak coś innego. Białystok nie stracił wyłącznie urody dawnych kamienic. Stracił całe pokolenia mieszkańców, ulice zapisane w różnych językach, sąsiedztwa i tradycje. Tego nie da się odbudować przez skopiowanie neorenesansowej fasady. Można natomiast odbudować wiedzę: porządkować źródła, pokazywać fotografie, przywracać zapomniane nazwy i mówić o tych, których nie ma już kto wspominać. Jeżeli stara fotografia skłoni współczesnego mieszkańca do pytania, kto mieszkał w widocznej na niej kamienicy, stanie się czymś więcej niż obrazkiem do udostępnienia.

I dlatego najlepsza podróż przez dawne miasto nie powinna kończyć się zachwytem. Powinna kończyć się ciekawością — czasem niewygodną, czasem bolesną. Bo przeszłość ma wartość nie wtedy, gdy jest ładniejsza od teraźniejszości, lecz wtedy, gdy potrafi ją wyjaśnić.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część V.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.