Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część V.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część V.

EPILOG. OSTATNI SPACER PRZEZ NIEISTNIEJĄCE ULICE

Wróćmy jeszcze na chwilę do rynku, od którego wszystko się zaczęło. W wyobraźni ustawmy ratusz w jego dawnej, handlowej roli. Niech za jego drzwiami otwierają się kramy, niech wokół fontanny zbierają się ludzie, którzy próbują znaleźć pracę. Niech restauracje kuszą zapachem potraw, a sąsiednie sklepy wystawiają towary w kilku językach. Dalej idzie się na Warszawską, gdzie pałacyki i kamienice podkreślają zamożność gospodarzy. Potem zawraca się ku Krakowskiej, ogląda kamienicę Ginzburgów i schodzi w zaułki Chanajek, w których życie jest ciaśniejsze, biedniejsze i równie rzeczywiste.

W tym spacerze nie ma jednego bohatera. Bohaterami są ludzie. Żydowski kupiec, który dorabia się na suknie. Robotnik, który płaci za prąd zbyt wiele i przyłącza się do strajku. Kobieta prowadząca kawiarnię, nauczycielka zapisująca uczniom zadania, dziewczęta uczące się niegdyś w pałacu, ksiądz marzący o kamiennej Gwieździe Zarannej. Jest budowniczy ratusza, jest też człowiek postulujący jego usunięcie. Jest przybysz szukający w mieście przyszłości i emigrant, który dawne ulice już na zawsze nosi w pamięci po drugiej stronie oceanu.

A potem ten spacer nagle urywa się w najciemniejszym miejscu całej historii. Płonie synagoga. Powstaje getto. Giną mieszkańcy, których obecność była podstawą białostockiej codzienności. Front wraca, miasto płonie ponownie, a z ulic zostają ruiny. Tego rozdziału nie wolno zamknąć wzruszeniem nad utratą ładnej architektury. To byłaby zamiana tragedii ludzi w żal po dekoracji. Musimy pamiętać o zabitych i wypędzonych także wtedy, gdy nie mamy żadnej fotografii ich twarzy.

Po wojnie przychodzą nowi mieszkańcy i zaczynają żyć na nowo. Odbudowują, uczą się, pracują, zakładają rodziny. Powstaje Białystok, który znamy, i który sam po latach zacznie się zmieniać. On również ma prawo do wspomnień, swoich domów i swoich marzeń. Nie trzeba mu odbierać wartości po to, żeby uczcić dawny. Historia nie jest konkursem piękności między dwoma stuleciami. Jest rozmową o tym, co zrobiliśmy z otrzymanym dziedzictwem i czego nie zdołaliśmy ocalić.

Stara fotografia ma niezwykłą moc: potrafi zatrzymać człowieka, który już dawno umarł, przy ulicy, która już nie istnieje. Gdy ją powiększamy i odtwarzamy szczegóły, na moment wydaje się, że dystans pomiędzy nami a dawnym miastem maleje. Możemy zobaczyć szyld, cegłę, okno, twarz przechodnia. Nie usłyszymy jednak jego myśli, nie dowiemy się, do kogo szedł i co miał robić następnego dnia. Dobra kronika nie udaje, że zna te odpowiedzi. Pokazuje nam za to, jak wiele pytań warto nadal zadawać.

Jeżeli więc ktoś zapyta, gdzie podział się najpiękniejszy Białystok, odpowiedź nie zmieści się w jednym zdaniu. Część zniszczyła wojna. Część przekształciliśmy sami. Część nigdy nie była tak piękna, jak sugerują pocztówki. A część — najważniejsza — wciąż istnieje: w ocalałych murach, dawnych artykułach, starych zdjęciach, nazwach ulic i pamięci ludzi. Trzeba jedynie zechcieć spojrzeć uważniej.

Bo miasto umiera ostatecznie nie wtedy, kiedy runie jego ostatnia kamienica. Umiera wtedy, kiedy nikt już nie potrafi opowiedzieć, kto przez nią kiedyś przechodził.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

SIERPIEŃ, W KTÓRYM MIASTO STRACIŁO GŁOS — 1943

W sierpniu 1943 roku Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji białostockiego getta. Mieszkańców wprowadzano w błąd komunikatami o planowanych wyjazdach do pracy. W rzeczywistości trwała operacja wymierzona w całą uwięzioną społeczność. Wielu ludzi miało zostać deportowanych do niemieckich ośrodków Zagłady, inni zamordowani na miejscu. W tym momencie zniknęły resztki nadziei, że okupant traktuje pracę jako gwarancję życia. Wielu dotychczasowych robotników nie było już dla niego ludźmi, nawet w tym okrutnie użytkowym znaczeniu, które wcześniej dawało złudną szansę przeżycia.

Żydowscy bojownicy podjęli zbrojny opór. Dysponowali niewielką liczbą broni i środków, które z trudem można było zestawić z uzbrojeniem przeciwnika. Pojawiały się plany podpalenia ogrodzenia, sforsowania niemieckiego kordonu, wydostania się poza zamkniętą przestrzeń. W źródłowych opisach powracają karabiny, rewolwery, granaty improwizowane, butelki zapalające, narzędzia używane jako broń. Był to opór ludzi doprowadzonych do ostateczności, a nie regularna bitwa dwóch równych armii. Mierzenie go wyłącznie liczbą zdobytych pozycji byłoby niezrozumieniem sensu walki.

W pamięci przetrwał również epizod ataku na niemieckiego funkcjonariusza za pomocą żrącej substancji. Nawet w sytuacji niemal zupełnego osaczenia ludzie szukali sposobu, by przeciwstawić się oprawcom. Niemcy odpowiadali ostrzałem, mordowali ludzi zgromadzonych w punktach deportacyjnych, pędzili ocalałych do transportów. Ulice getta były sceną walki i zagłady, a następnie opustoszały. Wcześniej można było związać je z handlem, warsztatami i codziennym życiem żydowskiego Białegostoku. Teraz znikało nie tylko to życie, lecz także jego ciągłość pokoleniowa. Rodziny rozdzielano, wywożono do Treblinki i Auschwitz-Birkenau. Dla ogromnej części deportowanych nie było już powrotu.

Trzeba tu zachować rzeczowy język, choć właśnie tutaj język wydaje się najbiedniejszy. Można napisać, że miasto straciło swoich mieszkańców. Można też napisać, że zlikwidowano getto. Oba zdania są za słabe, jeśli nie nazwie się sprawców i celu działań. Niemieccy okupanci prowadzili planową zagładę Żydów. Zniszczenie białostockiej społeczności żydowskiej było częścią tej zbrodni, a nie ubocznym skutkiem przesuwania się wojennego frontu. Front zabiera budynki i żołnierzy. Tutaj zamierzano odebrać istnienie całym rodzinom.

Z przedwojennych fotografii spoglądają na nas ludzie, którzy nie wiedzieli, co przyniosą kolejne lata. Siedzą przy fontannie, idą z koszem przez rynek, wychodzą z kawiarni, pracują przy sklepowej ladzie. Nigdy nie będzie można powiedzieć, jaką przyszłość mieliby ich potomkowie, gdyby wojna nie zniszczyła tego świata. Nie da się odtworzyć niewydanych książek, niezbudowanych domów i dzieci, które nigdy się nie urodziły. To właśnie czyni stratę niepoliczalną. Fotografia może odzyskać ostrość, ale nie odzyska rzeczywistości za kadrem.

Po likwidacji getta Białystok nadal znajdował się pod okupacją. Pozostali mieszkańcy próbowali przetrwać, fabryki i urzędy funkcjonowały na potrzeby wojny, a propaganda pokazywała wybrane fragmenty miejskiego pejzażu. Coraz częściej jednak należało pytać, czy miasto, które stoi, jest jeszcze tym samym miastem. Po zagładzie jego żydowskich obywateli nie mogło już nim być. Nadchodził rok następny, w którym do utraty ludzi dołączyła utrata samych ulic.

LIPIEC POPIOŁU — 1944

Kiedy w 1944 roku front zaczął zbliżać się do Białegostoku, niemiecka okupacja zbliżała się do końca. Nie oznaczało to jednak, że mieszkańcy będą mogli po prostu odetchnąć, otworzyć okna i zacząć liczyć straty z wcześniejszych lat. Wycofujące się niemieckie formacje przystąpiły do niszczenia miasta. Podpalano gmachy, wysadzano obiekty infrastruktury, obracano w ruinę zakłady przemysłowe i całe fragmenty centrum. To, czego nie zdążyła zniszczyć wcześniejsza wojna, płonęło teraz w chwili odwrotu. Dla mieszkańca, który wciąż miał dach nad głową, finał okupacji oznaczał nieraz utratę właśnie tego ostatniego oparcia.

Zniszczenia dotknęły dworca kolejowego, mostów, koszar, fabryk przy kilku ważnych ulicach i Pałacu Branickich. Centrum, ze swoimi historycznymi ulicami, sklepami i kamienicami, zostało w ogromnej mierze spustoszone. W opowieściach o końcu wojny często używa się słowa „wyzwolenie”, jakby wystarczyło odnotować dzień zmiany wojska w mieście. Tymczasem w Białymstoku nowa władza zastawała ulice pogrążone w ruinach. Pomiędzy zwycięską wojskową datą a możliwością zamieszkania w bezpiecznym domu rozciągały się miesiące, a potem lata ciężkiej pracy.

Ulica Lipowa, Rynek Kościuszki, Kilińskiego, Sienkiewicza, części Warszawskiej — wszystkie te nazwy oznaczały konkretne miejsca, w których kiedyś kupowano jedzenie, spotykano znajomych, prowadzono interesy. Teraz nazwy pozostawały na mapie, lecz wygląd miejsc zmieniał się nie do poznania. To szczególny rodzaj utraty: człowiek zna drogę, ale nie rozpoznaje jej kolejnych punktów. Może powiedzieć, że tu była kamienica, tam hotel, dalej fabryka; słuchacz widzi jednak sterty cegieł. Miasto staje się opowieścią opowiadaną na tle własnego braku.

Los zakładów przemysłowych był równie wymowny. Białystok przez całe XIX stulecie budował swoją pozycję na fabrykach, magazynach i pracowitości pokoleń przedsiębiorców oraz robotników. W 1944 roku znikały jedne z fundamentów tego świata. Niszczenie zakładu to nie tylko strata murów i maszyn. To przerwanie zatrudnienia, sieci dostaw, kontaktów, przyzwyczajeń. Jeśli zakład przestał istnieć, jego pracownicy nie mogli nazajutrz po prostu wrócić na stanowiska. Odbudowa miasta musiała więc obejmować gospodarkę, mieszkania i podstawową infrastrukturę naraz.

Nawet gdy niemiecka armia została wyparta, los Białegostoku nie zamienił się w opowieść o prostej poprawie. W źródłowych relacjach powraca obraz sowieckich żołnierzy rabujących majątek i wyposażenie tego, co przetrwało zniszczenia. Wywożono maszyny, zabierano mienie z fabryk i innych obiektów, niszczono elementy infrastruktury. Dla ludzi żyjących w ruinach oznaczało to kolejne poczucie bezsilności. Wraz z Armią Czerwoną pojawiały się struktury nowej władzy, politycznie związanej ze Związkiem Sowieckim. Wojna jeszcze trwała, a o przyszłym ustroju zaczynano decydować w sposób, który pozostawiał obywatelom niewiele swobody.

Niektóre budowle jednak ocalały. Kościół św. Rocha, mimo wojennego wykorzystania i dramatycznych wydarzeń, przetrwał zniszczenie miasta. Stara fara również uniknęła losu znacznej części śródmieścia. Ocalał budynek późniejszego kina Ton, a także wybrane kamienice, w tym Krakowska 1. Nie było w tym żadnego powszechnego prawa, według którego piękne budynki zostają, a brzydkie giną. Wojna nie kieruje się estetyką. Ocalałe miejsca były po prostu szczęśliwymi wyjątkami, które nabrały po 1944 roku szczególnego znaczenia: pozwalały zobaczyć fragment świata istniejącego wcześniej.

Tak skończyła się epoka starego Białegostoku. Nie w jednym momencie, bo miasto traciło mieszkańców, budynki i wolność stopniowo, przez lata. Ale lipiec 1944 roku stał się jej brutalną klamrą. Najpierw odebrano ogromnej części białostoczan prawo do życia, później odebrano ocalałym samo miasto, które pamiętali. Widziane z lotu ptaka ruiny mogły wyglądać jak problem urbanistyczny. Z bliska były historią ludzi szukających rodziny, dokumentów, pracy i miejsca, gdzie można przespać noc. To z ich wysiłku miało powstać nowe miasto.

TEATR W OCALAŁYM DOMU — 1944–1953

Jeszcze podczas wojny, w 1944 roku, w ocalałym budynku przy farze odbyła się premiera teatralna. Trudno znaleźć lepszy symbol powojennej woli życia niż aktorzy wychodzący na scenę w mieście, które dopiero co przeszło przez ogień. Obiekt wywodził się z dawnego przytułku, przechodził w XIX i XX wieku wiele przeobrażeń, gościł handel, kino, drukarnie i artystów. Teraz służył potrzebie jeszcze bardziej podstawowej: żeby ludzie mogli znów spotkać się w jednym miejscu nie na rozkaz okupanta, nie po przydział żywności i nie przed komisją wojskową, ale po to, by wspólnie czegoś wysłuchać.

Nie należy tej sceny nadmiernie upiększać. Teatr nie naprawiał zburzonych ulic, a udział w przedstawieniu nie usuwał traumy wojny. Ale pomagał odzyskać język zwyczajnego życia. Przez kolejne lata budynek pozostawał ważnym miejscem kultury, choć przyjmował rozmaite funkcje. Gdy w przyszłości będzie kojarzony z kinem Ton, niewielu widzów zastanowi się, ile epok mieści się za ścianą, na którą rzucany jest obraz. Czasami największą wartością starego budynku jest właśnie to, że pozwala wielu pokoleniom robić w jednym miejscu rzeczy zupełnie od siebie odmienne.

Powojenni mieszkańcy Białegostoku podejmowali wysiłek odbudowy. Przyjeżdżali ludzie z okolicznych wsi i miasteczek, szukali zatrudnienia w odradzających się zakładach, zakładali rodziny. Miasto, którego skład społeczny został dramatycznie zmieniony przez okupację i Zagładę, zyskiwało nowych obywateli. Współczesnemu mieszkańcowi łatwo uznać powojenny napływ ludności za naturalny rozwój dużego miasta. Trzeba jednak zobaczyć także drugi sens tej zmiany. Nowi przybysze często nie mieli już kogo zapytać, jak wyglądały niektóre przedwojenne ulice. Znikały żywe łańcuchy pamięci przekazywane przez dawne społeczności.

Odbudowa oznaczała zarazem konieczność wyboru: co przywrócić, co zmienić, co pozostawić w przeszłości. Zrujnowana kamienica mogła zostać odbudowana, ale mogła też ustąpić miejsca zupełnie innemu budynkowi. Po zniszczeniu wielkiej części centrum przed projektantami otwierała się przestrzeń, o której marzyli czasem przedwojenni reformatorzy urbanistyki. Różnica była zasadnicza. Wcześniej dyskutowali nad zmianą żywego, choć zatłoczonego miasta. Teraz musieli projektować w miejscu ran, których nikt dobrowolnie nie zadałby własnemu domowi.

Ważną rolę w przywracaniu historycznych punktów odniesienia odegrał wojewódzki konserwator zabytków Władysław Paszkowski. Dzięki staraniom związanym z ochroną dziedzictwa w 1953 roku zaczęto odbudowę białostockiego ratusza. Budowla nie wróciła jednak w dokładnie tej samej postaci. Zmieniono rozwiązania związane z dawnymi pawilonami, nie odtworzono wszystkich elementów towarzyszących handlowi. To przykład odbudowy, która musiała zdecydować, czy odtwarza historię dosłownie, czy przede wszystkim przywraca charakterystyczny symbol. Dziś wielu ludziom trudno wyobrazić sobie Rynek bez ratusza. A przecież były lata, kiedy tego symbolu na placu nie było.

Nowe państwo narzucało przy tym własny porządek polityczny. W dawnych budynkach kulturalnych odbywały się procesy pokazowe, a w kolejnych latach władze komunistyczne wykorzystywały publiczną przestrzeń do legitymizowania swojego panowania. Ocalałe mury mogły służyć jednego dnia sztuce, a innego — sądzeniu przeciwników politycznych. Ten kontrast warto odnotować bez efektownych metafor: powrót życia kulturalnego nie oznaczał pełnej wolności obywatelskiej. Powojenna normalność miała własne ograniczenia i własne ofiary.

Kościół św. Rocha domykał swój długi proces budowy. Po wojnie kontynuowano wyposażanie i wykańczanie świątyni; odbyło się poświęcenie, lecz prace trwały jeszcze wiele lat. Architektoniczna „Gwiazda Zaranna”, pomyślana jako znak niepodległości, przeżyła okupację i zaczynała pełnić stałą funkcję w pejzażu nowego Białegostoku. Można w tym widzieć gorzki paradoks: pomnik wolnej Polski doczekał czasu, w którym kraj pozostawał pod głębokim wpływem nowego mocarstwa. Budowla nie potrzebowała jednak zgody aktualnej polityki, by przypominać o swoim pierwotnym zamyśle.

Po kilku latach centrum odzyskało więc niektóre formy dawnej twarzy. Ratusz wracał, ocalałe świątynie stały, powstawały nowe zakłady i osiedla. Był to jednak Białystok nieodwracalnie różny od miasta sprzed 1939 roku. Zmieniła się ludność, funkcje budynków, organizacja ulic i polityczne tło. Odbudowa jest zwycięstwem życia nad ruiną. Nie należy mylić jej z cofnięciem historii.

MIASTO, KTÓRE PRZYKRYŁO SWOJE ŚLADY — 1953–1989

Nowe dziesięciolecia przyniosły rozwój Białegostoku w realiach Polski Ludowej. Fabryki znów dawały zatrudnienie, powstawała zabudowa mieszkaniowa, ulice przyjmowały nowe nazwy i kształty. Do miasta napływali ludzie, dla których przedwojenny Rynek i Chanajki były już tylko zasłyszanymi opowieściami. Codzienność nowego pokolenia wytworzyła własne wspomnienia: o szkołach, pracy, kinach, spacerach i życiu rodzinnym. Nie trzeba przeciwstawiać ich pamięci wcześniejszych pokoleń. Trzeba jedynie wiedzieć, że nie wszystkie powojenne zmiany szanowały ślady po tych, którzy mieszkali tu poprzednio.

Najboleśniej widać to w historii dawnych cmentarzy. Rozrastający się organizm miejski od dawna przesuwał nekropolie na obrzeża. W XX wieku część starych terenów pochówku przestała być czytelna w przestrzeni miasta. Powstawały w ich miejscu miejsca handlu, parkingi, obszary rekreacji, a z czasem również budowle kultury. Kamienne świadectwa życia dawnych mieszkańców znajdowano później w miejscach, do których nigdy nie powinny trafić. Macewa użyta jak zwykły budulec mówi o zapomnieniu więcej niż najbardziej uroczysty pomnik. Nie ma tu jednak potrzeby malować całych pokoleń jednym kolorem. W różnych czasach pamięć bywała lekceważona, ale bywali też ludzie, którzy próbowali ją ratować.

Dawne wzgórze świętej Marii Magdaleny, strefa dawnych pochówków, szczególnie dobrze pokazuje, jak wiele warstw kryje miasto pod nowymi inwestycjami. Prace archeologiczne prowadzone już znacznie później przypomniały o grobach, przedmiotach osobistych i śladach dawnych obrządków. Każdy znaleziony guzik, krzyżyk czy fragment wyposażenia był świadectwem czyjegoś niepozornego życia. To rzeczy, których nie ogląda się w muzeum z takim zachwytem jak zdobiony pałacowy fotel, choć dla opowieści o mieszkańcach mogą mieć znaczenie równie duże. Bo pałac opowiada o elicie, a guzik — o człowieku, którego imienia nie znamy.

Zmieniały się też funkcje dawnych budowli. Elektrownia, której uruchomienie przed I wojną światową było symbolem postępu, weszła w system powojennej gospodarki. Zakłady przemysłowe przechodziły państwowe przekształcenia, łączono je i reorganizowano. Przedwojenna wytwórnia tlenu również przeszła drogę od prywatnej inicjatywy do nowych form własności. To, co niegdyś było dumą pojedynczych fabrykantów, stawało się częścią większego organizmu gospodarczego. Zmieniały się szyldy, lecz wiele starych murów nadal stało tam, gdzie wyznaczono im miejsce przed wojną.

Kino Ton przyciągało publiczność, a stary budynek przy farze przyjmował kolejnych widzów, którzy oglądali obrazy z dalekich światów, niekoniecznie zdając sobie sprawę, że sam budynek jest podróżą przez trzy stulecia. Przy kościele św. Rocha rozmawiano czasem o tajemniczych podziemnych przejściach i tunelach. Zachowały się opowieści o zamurowanych wejściach; co dokładnie kryły i do czego wszystkie służyły, pozostawało niejasne. Tak rodzą się miejskie legendy. Mówią coś ważnego o wyobraźni mieszkańców i o tym, jak miasto obudowuje swoje zabytki opowieściami.
Największe przemiany dotknęły wszak nie tyle konkretne ściany, ile sposób patrzenia na Białystok. Dawne wielowyznaniowe centrum, świat żydowskich sklepów i fabryk, starych cmentarzy, gwaru czterech języków, przestawały być doświadczeniem codziennym. Stawały się archiwum. A archiwum jest miejscem wymagającym wysiłku: trzeba do niego pójść, szukać, porównywać, czasem przyznać, że nie rozumie się już nazwy ulicy ani nazwiska na szyldzie. Jeśli tego wysiłku zabraknie, zostaje tylko gładka historia budynków bez ludzi.

W 1989 roku zakończyła się epoka władzy komunistycznej. Przed Białymstokiem otworzyły się kolejne możliwości i konflikty. Zmiana ustroju nie przywróciła utraconej przedwojennej społeczności, ale dała nowe narzędzia do opowiadania jej historii. Można było dokładniej pytać o zapomniane miejsca, dokumentować dawne pochówki, przywracać pamięć o wydarzeniach okupacji. Nie każda taka próba przyniosła sukces. Lecz samo postawienie pytania było ważnym krokiem: do kogo właściwie należy historia miasta?

CZY MIASTO MOŻNA ODZYSKAĆ? — OD LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH DO DZIŚ

Po przemianach ustrojowych ulice dalej się zmieniały. Działy się rzeczy dobre, potrzebne i nieuniknione, ale zdarzały się także decyzje, które budziły sprzeciw obrońców dawnej architektury. Na Warszawskiej przetrwał niezwykły zbiór budynków związanych z dawną zamożniejszą częścią Białegostoku. W innych miejscach historyczne fasady stały się wyspami wśród zupełnie nowej zabudowy. Z kolei Krakowska 1 przypominała o losach mieszczańskiej kamienicy, która przetrwała niemal wszystko, chociaż współczesne remonty mogły zniekształcać niektóre pierwotne rozwiązania. Walka o dziedzictwo przestała być abstrakcją. Stała się pytaniem o konkretny dach, elewację, ulicę i decyzję urzędnika.

Ratusz, odbudowany po wojnie, wyrósł na symbol tak oczywisty, że pamięć o jego wcześniejszym zburzeniu bywa zaskoczeniem. Rynek przeszedł kolejną wielką przemianę, zwłaszcza po modernizacji otoczenia w 2010 roku. Zniknęło wiele problemów dawnego placu targowego, pojawiła się przestrzeń dogodna do spacerów, spotkań i gastronomii. I tutaj powraca paradoks dawnych dziennikarzy, którzy w latach trzydziestych marzyli o uporządkowanym rynku o szerokiej perspektywie. W pewnym sensie ich pragnienie zrealizowano — lecz po całym wieku wojen, rozbiórek i odbudów, których nikt z nich nie potrafiłby sobie wyobrazić.

Nie wszystko, co ocalało, zachowało dawną funkcję. Budynek dawnej elektrowni służy sztuce, znany dziś jako siedziba Galerii Arsenał. Fabryczna przeszłość różnych rejonów miasta kryje się w nowych funkcjach budynków. Kino Ton w końcu przestało być regularnie działającym kinem, choć samo miejsce pozostało świadectwem niezwykłej drogi od przytułku do kultury. Kościół św. Rocha nadal góruje nad Białymstokiem, a legenda architekta i jego kamiennej litanii daje jego bryle dodatkowy sens. Można przechodzić obok tych obiektów codziennie i nie pomyśleć ani razu o ludziach, którzy musieli przekonywać innych, żeby je zbudować.

Dawne cmentarze potrafiły przypomnieć o sobie podczas robót ziemnych i badań archeologicznych. Znaleziska przy dawnych nekropoliach mówiły, że historia miasta nie kończy się na tym, co wystaje ponad chodnik. Ślady pochówków znajdują się tam, gdzie nowe pokolenia widzą dziś zieleń, parkingi, budynki kultury albo ulice. To jeden z najpoważniejszych obowiązków pamięci: nie traktować miejsc spoczynku poprzednich mieszkańców jak przeszkód pozbawionych znaczenia. W mieście, które tak wiele razy przechodziło od jednej władzy do drugiej, szacunek dla dawnych nekropolii jest zarazem szacunkiem dla całej różnorodności jego historii.

Istnieje jeszcze Białystok odległy, przechowywany w pamięci potomków emigrantów. W Nowym Jorku do dziś znaleźć można ślady dawnych białostockich wspólnot, nazw i tradycji. Dla jednych Białystok jest ulicą Lipową i ścieżką na św. Rocha. Dla innych bywa nazwą świątyni, wspomnieniem dziadków, słowem odnalezionym w książce. Może nie wiedzą, gdzie dokładnie przebiegała Młynowa, i nigdy nie widzieli Warszawskiej. A jednak miasto istnieje również w ich pamięci. Nie zawsze zgodnej z prawdą topograficzną, lecz prawdziwej jako ślad rodzinnego doświadczenia.
Jak więc rozstrzygnąć pytanie, czy dawny Białystok był piękniejszy? Jeżeli porównać same eleganckie fasady, reprezentacyjne ulice i widoki sprzed wojny z niektórymi późniejszymi stratami, odpowiedź może być dla wielu oczywista. Ale jeśli w tym samym obrazie umieścimy biedę Chanajek, fatalne warunki sanitarne, bezrobocie i przemoc społeczną, fotografia przestanie być prostym argumentem za wyższością przeszłości. Stare miasto mogło być piękniejsze w pewnych miejscach i znacznie trudniejsze do życia w innych. Właśnie ta sprzeczność czyni je fascynującym, a nie mniej wartym poznania.

Najważniejsze jest jednak coś innego. Białystok nie stracił wyłącznie urody dawnych kamienic. Stracił całe pokolenia mieszkańców, ulice zapisane w różnych językach, sąsiedztwa i tradycje. Tego nie da się odbudować przez skopiowanie neorenesansowej fasady. Można natomiast odbudować wiedzę: porządkować źródła, pokazywać fotografie, przywracać zapomniane nazwy i mówić o tych, których nie ma już kto wspominać. Jeżeli stara fotografia skłoni współczesnego mieszkańca do pytania, kto mieszkał w widocznej na niej kamienicy, stanie się czymś więcej niż obrazkiem do udostępnienia.

I dlatego najlepsza podróż przez dawne miasto nie powinna kończyć się zachwytem. Powinna kończyć się ciekawością — czasem niewygodną, czasem bolesną. Bo przeszłość ma wartość nie wtedy, gdy jest ładniejsza od teraźniejszości, lecz wtedy, gdy potrafi ją wyjaśnić.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część V.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część III.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część III.

OSTATNIE LATA STAREGO MIASTA — 1935–SIERPIEŃ 1939

W połowie lat trzydziestych Białystok miał za sobą niemal całe stulecie przemysłowego rozrostu i kilkanaście lat polskiej niepodległości. Równocześnie wciąż pozostawał miastem kontrastów. W jednych dzielnicach bogactwo dawało się mierzyć wysokością kamienicy i ceną restauracyjnego rachunku. W innych ludzie zmagali się z biedą, chorobami i niepewną pracą. Przy rynku trwał handel, na Warszawskiej stały reprezentacyjne budynki, w Chanajkach kłębiła się codzienność ubogich rodzin, zaś do pałacu, przebudowanego kiedyś na rosyjską szkołę, powracały kolejne funkcje publiczne. Żaden architekt nie mógłby zaprojektować takiej różnorodności od zera. Wytworzyły ją dekady przeciwstawnych interesów.

Poczucie nowoczesności wzmacniały nowe zakłady i techniczne przedsięwzięcia. W 1938 roku w mieście uruchomiono wytwórnię tlenu związaną z firmą Perun. Zajęła budynek po wcześniejszym przedsiębiorstwie przy dzisiejszej Orzeszkowej. Dla kogoś, kto kojarzy dawne miasto wyłącznie z włókiennictwem, był to zaskakujący szczegół. Produkowano tutaj gazy techniczne potrzebne przemysłowi, a działalność wpisywała się w szerszy świat zakładów naprawczych, browarów, kolei i warsztatów. Nie był to już Białystok ograniczony do sukna i kramów. Rozwijały się rozmaite potrzeby nowoczesnej gospodarki, nawet jeśli wiele inwestycji wciąż rozgrywało się na skromną skalę.

Miasto miało również życie sceniczne. W budynku przy starym kościele, wywodzącym się z osiemnastowiecznego przytułku, rozpoczęło działalność kino i miejsce występów artystycznych. Przyjeżdżali popularni artyści, odbywały się spotkania i odczyty. W 1937 roku przemawiał tu Melchior Wańkowicz. Los miejsca był niemal niewiarygodnym skrótem dziejów: od opieki nad potrzebującymi, przez handel i działalność religijną, po rozrywkę, literaturę i publiczne wystąpienia. Kto pomyślałby wcześniej, że jedne mury pomieszczą tyle odmiennych sposobów mówienia do ludzi?

Z drugiej strony budowanej z uporem nowoczesności kryły się nierozwiązane sprawy starego miasta. Rynek domagał się porządku, bieda nie znikała, a wielkie budowle miały dopiero dowieść, czy potrafią unieść historyczne znaczenie przypisane im przez projektantów. Kościół św. Rocha górował już nad miastem, lecz prace przy nim nie dobiegły końca. Kamienice przy najważniejszych ulicach świadczyły o aspiracjach mieszkańców, ale wiele z nich wymagało utrzymania i naprawy. Przemysł także miał własne zależności i słabości. Nie był to raj. Było to za to miasto pełne nieukończonych zamiarów — a taki stan bywa najlepszym dowodem, że miasto żyje.

Szczególną historię opowiadała Krakowska 1. Hotelowe i obyczajowe skandale odchodziły stopniowo w przeszłość; mieszkańcy i osoby prowadzące w kamienicy biura lub gabinety nadawali jej coraz bardziej zwykły charakter. W adresach można odnaleźć adwokatów, tłumaczy, lekarzy, nauczycieli. Jeśli dobrze się zastanowić, właśnie te pozornie nudne zawody świadczą o dojrzałym mieście równie mocno jak fabryki. Potrzebuje ono nie tylko przedsiębiorcy i robotnika, ale także człowieka, który przetłumaczy pismo, udzieli porady prawnej lub nauczy dziecko pisać.

A gdzieś daleko, w Nowym Jorku, żyli potomkowie emigrantów, dla których Białystok był już w znacznej mierze opowieścią rodzinną. Powstawały organizacje, świątynie i miejsca spotkań odwołujące się do białostockiej tożsamości. Nazwa miasta trwała na szyldach i w książkach, przekształcana przez pamięć w symbol utraconego domu. Tak oto istniały jednocześnie dwa Białestoki: jeden rzeczywisty, z błotem, podatkami i kolejowymi ambicjami, oraz drugi — wyobrażony, odległy i prawie baśniowy. Nie musiały do siebie pasować. Pamięć emigranta rządzi się własnymi prawami, szczególnie gdy świat, który opuścił, nadal się zmienia.

W sierpniu 1939 roku niewielu mieszkańców mogło przewidzieć pełnię nadchodzącego koszmaru. Wiedzieli, że Europa staje się niebezpieczna, że słychać groźby i przygotowania wojenne. Prezydent miasta Seweryn Nowakowski wrócił wcześniej z urlopu, apelował o spokój i przygotowanie zapasów. Ludzie kupowali żywność, budowali schronienia, z niepokojem obserwowali wydarzenia. I zapewne nadal załatwiali zwykłe sprawy: ktoś kupował buty, ktoś się żenił, ktoś martwił się o czynsz. Tak dzieje się przed wielką katastrofą. Przyszłość stoi już niemal u drzwi, lecz życie uporczywie domaga się, żeby ugotować obiad.

Ostatnie lato starego Białegostoku miało zatem smak zwyczajności podszytej lękiem. Kamienice stały, fabryki pracowały, mieszkańcy chodzili po tych samych ulicach co ich rodzice. Potrzeba było zaledwie kilku lat, żeby wiele z tych ulic zmieniło się w pustkę, a całe społeczności przestały istnieć. Nie zapominajmy więc obrazu miasta sprzed wojny: prawdziwego, pięknego i brzydkiego zarazem. Tylko wtedy późniejsza zagłada nie będzie dla nas abstrakcyjną liczbą spalonych budynków. Będzie utratą konkretnego, złożonego świata.

DWIE ARMIE, JEDEN DZIEDZINIEC — WRZESIEŃ 1939

Pierwszego września 1939 roku wojna przestała być pogłoską i stała się faktem. Nad miastem pojawiły się niemieckie samoloty. Władze i mieszkańcy przygotowywali się na najgorsze, lecz powszechnie rozumiano, że walka o każdy dom mogłaby zakończyć się dla Białegostoku katastrofą. Duża część zabudowy pozostawała drewniana. Ogień był przeciwnikiem równie groźnym jak żołnierz. W połowie września do miasta weszli Niemcy. Polska, atakowana przez III Rzeszę, nie miała już możliwości obrony wszystkich swoich ziem.

Ale to, co nastąpiło potem, najlepiej pokazuje, jak mało warte bywa słowo „porządek” w ustach mocarstw dzielących cudzy kraj. Siedemnastego września ze wschodu uderzył Związek Sowiecki. Niemcy i Sowieci uzgodnili przekazanie Białegostoku. W pałacu Branickich spotkali się przedstawiciele obydwu armii, a na dziedzińcu urządzono uroczysty ceremoniał przekazania miasta. Mury, niegdyś przeznaczone do magnackich przyjęć, a potem szkolnego wychowania córek szlachty, oglądały teraz żołnierzy dwóch okupantów. Jakby los Białegostoku był podarunkiem, który jeden ofiarowuje drugiemu przy akompaniamencie orkiestry.

W zachowanych relacjach i materiale filmowym scena wygląda niemal groteskowo. Opuszcza się jedna flaga, wciąga drugą. Orkiestra gra hymny. Oficerowie salutują, podają sobie dłonie, odjeżdżają samochody i motocykle. Cała ceremonia ma dowodzić sprawności, zgody i wojskowego honoru. Zabrakło tylko najważniejszego pytania: co na to mieszkańcy miasta? Nikt nie zamierzał pytać. Białystok był przedmiotem porozumienia, a nie uczestnikiem rozmowy. Tak wyglądała dyplomacja okupantów, jeśli oglądać ją z perspektywy człowieka stojącego po niewłaściwej stronie szabli.

Film pokazujący przekazanie miasta ma wartość szczególną: zachował gesty, mundury i atmosferę oficjalnego widowiska. Właśnie dlatego trzeba podchodzić do niego nie tylko jak do dokumentu, lecz także jak do propagandy. Kamera doskonale rejestruje to, co dowódcy życzą sobie pokazać. Nie musi pokazywać strachu tych, którzy na dziedziniec nie zostali zaproszeni. Obrazy uroczystych parad lubią wyglądać porządnie. Historia za kadrem rzadko tak wygląda.

Sowiecki aparat władzy szybko przystąpił do urządzania miasta według własnych zasad. Białystok wcielono do porządku politycznego Zachodniej Białorusi w ZSRR. Nastąpiły represje wobec mieszkańców, aresztowania i wywózki. Przedstawiciele polskiej administracji zostali pozbawieni wpływu na sprawy miasta. Los prezydenta Seweryna Nowakowskiego stał się jednym z bolesnych symboli tego czasu: został aresztowany, a jego dalsze losy wiąże się z przypuszczeniem o śmierci w sowieckim więzieniu. Nawet jeśli na ulicy dało się otworzyć sklep, a fabryka ruszała do pracy, nie znaczyło to, że państwo zapewniało ludziom bezpieczeństwo.

Zmiana okupanta, która w 1939 roku dla części mieszkańców oznaczała odroczenie niemieckiej przemocy, nie była przecież wyzwoleniem. Trzeba wyraźnie odróżnić względne ocalenie niektórych grup przed bezpośrednią groźbą niemieckiego antysemityzmu od stwierdzenia, że pod sowieckimi rządami panował spokój. Wielu białostoczan cierpiało i wtedy. Wojna rzadko udziela człowiekowi przywileju wyboru dobrego okupanta. Zdarza się najwyżej, że wybiera on, przed którym strachem w danym momencie próbuje się schronić.

Tak zakończył się pierwszy akt wojennego dramatu. Ratusz jeszcze stał, pałac nadal miał dach, stare dzielnice jeszcze tętniły życiem. Kto znał Białystok przed rokiem 1939, nadal mógł odnaleźć na ulicy większość znanych sobie miejsc. I może dlatego groza była trudna do pojęcia. Przecież kamienica przy Krakowskiej wyglądała jak dawniej, przecież na rynku było miejsce po fontannie, przecież widać było wieże kościołów. Człowiek przywiązuje się do przekonania, że skoro mury pozostały, przetrwa również świat, do którego należą. Historia miała wkrótce obalić to przekonanie z okrucieństwem, którego nie sposób usprawiedliwić.

MIASTO Z NOWYMI TABLICAMI — 1939–CZERWIEC 1941

Sowiecka administracja przystąpiła do zmiany Białegostoku nie tylko poprzez aresztowania i instytucje, lecz także poprzez symbole. Miasto zaczęło obrastać nowymi hasłami, plakatami, znakami władzy. Gdzie przedtem spór dotyczył wysokości czynszu albo widoku na rynek, teraz pytano, jakie słowa wolno wypowiadać, komu ufać, czego lepiej nie zapisywać. Zmiana szyldu nie była jedynie kosmetyką, a zmiana pomnika nie była sporem o gust. Władza totalitarna chciała przestawiać nie tylko ulice, ale także ludzką pamięć.

Najbardziej widocznym przykładem stał się los ratusza. W okresie międzywojennym słychać było głosy domagające się usunięcia starej budowli z rynku. Dziennikarze marzyli o wielkim, uporządkowanym placu, dogodnym dla komunikacji i publicznych wydarzeń. Wtedy nie zrealizowano tych pomysłów. W 1940 roku Sowieci rozebrali ratusz, przygotowując przestrzeń pod własną wizję centralnego placu i nowego symbolu politycznego. Zamierzano umieścić tam pomnik Stalina. Ostatecznie plan ten nie przybrał przewidzianej postaci, ale ratusz już zniknął.

Warto zatrzymać się przy tej scenie. Budynek, który wyrósł z handlowej energii dawnego Białegostoku, przez pokolenia mieścił sklepy i był symbolem ruchu, został potraktowany jak przeszkoda w urządzeniu nowej ideologicznej dekoracji. Nie przetrwał dlatego, że miejscowi przedwojenni krytycy nie mieli dość siły, by go usunąć. Nie przetrwał też dlatego, że obca władza tę siłę znalazła. Dwa odmienne pomysły spotkały się w jednym skutku, choć ich polityczny sens był zupełnie inny. Historia bywa subtelna. Rozbiórka, niestety, subtelnością nie grzeszy.

Sowieckie porządki objęły również gospodarkę. Dla przedsiębiorców zmieniał się właściciel, zakres uprawnień, sens wcześniejszych umów. Wytwórnia tlenu, uruchomiona zaledwie rok przed wojną, została przejęta przez nowe władze, lecz nie przestała produkować. Dostarczała gazów technicznych i wykonywała usługi spawalnicze, obsługując odbiorców w szerokim regionie. To bardzo charakterystyczny obraz okupacyjnej normalności: zakład pracuje, pociąg jedzie, ktoś wystawia dokumenty, a mimo to całe miasto znajduje się pod przemocą polityczną. Maszyna nie rozróżnia ustrojów. Człowiek musi.

Z tego okresu zachowała się także osobliwa lekcja propagandy. Na fotografiach widać ulice, tłum, uroczyste dekoracje i nowe sztandary. Obraz sugeruje, że przyszła pewna władza i oto nastał nowy czas. Gdy jednak uważniej przyjrzeć się mieszkańcom, trudno uznać ich wszystkich za statystów w jednym państwowym widowisku. Każdy miał własną pamięć: o carze, wojnie, polskiej niepodległości, pracy w fabryce, życiu religijnym, rodzinnych wyjazdach za ocean. Sowieckie państwo mogło powiesić nową flagę, ale nie mogło z dnia na dzień wymazać tych wszystkich wspomnień.

Na początku 1941 roku Białystok pozostawał miastem, w którym dawny kształt zabudowy ciągle pozwalał rozpoznawać ulice sprzed wojny. To złudzenie ciągłości miało zostać zniszczone razem z kruchą zgodą dwóch okupantów. W czerwcu niemieckie wojska uderzyły na Związek Sowiecki. Dawni partnerzy w uroczystym przekazaniu miasta zamienili się w otwartych wrogów. Dla mieszkańców oznaczało to kolejną zmianę władzy. Dla białostockich Żydów — początek zagłady, której rozmiary wykraczają poza zwykłe słowa „kolejna okupacja”.

Nie sposób już opowiadać tych lat z ironicznym uśmiechem. Historia doprowadziła nas do miejsca, w którym słowa powinny być oszczędniejsze, a nazwiska sprawców — wyraźniejsze. Mury pałacu widziały przyjazne powitania oficerskie. Mury synagogi zobaczą za chwilę coś, czego nie wolno nazywać ani losem, ani wojenną koniecznością. To był zbrodniczy wybór ludzi sprawujących władzę i dzierżących broń.

CZARNY PIĄTEK — CZERWIEC I LIPIEC 1941

Dnia 22 czerwca 1941 roku Niemcy rozpoczęli wojnę przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Białystok znalazł się pod atakiem lotnictwa, a po kolejnych dniach działań wojennych niemieckie oddziały wkroczyły do miasta. Razem z nimi pojawiły się formacje bezpieczeństwa i policji przeznaczone nie do zwykłego utrzymywania porządku, lecz do przeprowadzania terroru. Dla żydowskich mieszkańców Białegostoku był to początek działań zmierzających do ich systematycznego wyniszczenia. Skala przemocy nie pozwala sprowadzić wydarzeń do hasła „okrutne czasy”. Nie czasy mordowały. Mordowali konkretni okupanci, przy użyciu broni, rozkazów i zaplanowanych akcji.

Dwudziestego siódmego czerwca Niemcy urządzili w mieście masową zbrodnię. Spędzali Żydów z okolicznych domów i ulic, zamykali ich w Wielkiej Synagodze, po czym podpalili świątynię. Ludzie, którzy zdołali wydostać się z płonącego budynku albo szukali ratunku przez okna, znajdowali się pod ogniem oprawców. Wśród tych, którzy próbowali pomóc, był dozorca Józef Bartoszko. Według opublikowanej relacji otworzył boczne drzwi i umożliwił ucieczkę grupie uwięzionych. Jeden taki gest nie mógł powstrzymać zbrodni. Potrafił jednak ocalić konkretne ludzkie istnienia. W historii zapisanej przez sprawców strzałami i ogniem pozostawił niewielkie, bezcenne świadectwo człowieczeństwa.

Płonęła nie tylko synagoga. Niemcy zabijali na ulicach i podpalali okoliczną zabudowę, zwłaszcza w rejonach związanych z żydowską społecznością miasta. Schulhof i sąsiednie obszary poniosły dramatyczne straty. Nad Białymstokiem wisiał dym, którego nie sposób porównać z przemysłowym dymem dawnych fabryk. Kiedyś kominy oznaczały pracę i handel. Teraz płomienie oznaczały zaplanowaną eksterminację. W ciągu następnych dni i tygodni okupanci kontynuowali rozstrzeliwania i akcje terroru. Miasto, które jeszcze niedawno znane było jako wielojęzyczny ośrodek handlu, patrzyło na wymordowywanie sąsiadów.

W tej tragedii kryje się szczególnie bolesna sprzeczność. Białostoccy Żydzi nie byli przybyszami z obcej opowieści. Od pokoleń współtworzyli handel, przemysł, życie kulturalne i społeczne. Kupiec przy rynku, właściciel fabryki, nauczyciel, rzemieślnik, ubogi robotnik z Chanajek — wszyscy należeli do historii tego miasta. Hitlerowska polityka rasowa próbowała potraktować ich tak, jakby nie mieli prawa istnieć. To nie była tylko próba wymordowania ludzi. Była to próba wycięcia całej gałęzi pamięci Białegostoku.

Kiedy okupanci urządzali nowe administracyjne struktury, w tym Okręg Białystok, przemoc nie ustawała. Najpierw były egzekucje i grabieże. Potem pojawiły się rozkazy dotyczące mienia, pracy, poruszania się i obowiązków oznaczania ludności żydowskiej. Zabierano pieniądze i kosztowności, wywożono cenne zbiory oraz książki, a część dobytku przeznaczano na zniszczenie. Okrucieństwo polityki okupacyjnej nie polegało wyłącznie na mordowaniu. Polegało też na systematycznym odbieraniu ludziom praw, majątku, możliwości poruszania się i zwykłego poczucia godności.

W końcu lipca 1941 roku Niemcy utworzyli getto. Powstał zamknięty świat, w którym życie miało być stale zależne od polecenia z zewnątrz. Nie było już swobody dojścia do znajomego sklepu albo odwiedzenia dawnego sąsiada. Na mapie miasta pojawiły się granice, które dla jednych były przeszkodą, dla drugich wyrokiem. To wydarzenie zmieniło sens przestrzeni Białegostoku: ulica przestawała służyć do chodzenia, a zaczynała oddzielać tych, którym wolno żyć trochę swobodniej, od tych, których przeznaczono do stopniowego unicestwienia.

Przywołane fotografie i opisy przemocy wymagają szczególnej ostrożności. Obrazy zniszczonych synagog i ulic nie oddadzą cierpienia ludzi zamkniętych w płomieniach. Nie wolno też przedstawiać całej tragedii wyłącznie jako tła do efektownej opowieści o utraconej architekturze. Budynek można odbudować. Społeczności wymordowanej nie odtworzy żaden mur, żadna kopia dawnego szyldu ani najdoskonalsze odtworzenie fotografii. I jeśli człowiek chce zrozumieć, co Białystok stracił w czasie wojny, musi od tej prawdy zacząć.

BRAMA NA GUMIENNEJ — 1941–1943

Na jednej z okupacyjnych fotografii widać skrzyżowanie w centrum miasta, sklep tekstylny, przechodniów i bramę oddzielającą świat getta od świata poza nim. Sam kadr mógłby uchodzić za zwykły obraz uliczny, gdyby nie szczegóły. Niemiecki strażnik, znak gwiazdy Dawida na odzieży żydowskiej kobiety, zamknięte przejście, ludzie po dwóch stronach bariery. Nazwy ulic okupant zmieniał według własnych upodobań, lecz niezależnie od szyldów różnica była brutalnie prosta: po jednej stronie człowiek mógł wejść do sklepu, po drugiej jego swobodę regulował przymus i groźba śmierci.

Warto w tym miejscu pomyśleć o samej ulicy. Niedawno była jedną z tych, którymi chodziło się do pracy, na targ, do sąsiadów. Teraz stała się granicą dwóch porządków. Dla ludzi uwięzionych w getcie załatwienie najprostszej potrzeby wymagało zezwolenia albo narażenia życia. Wprowadzono oznakowanie odzieży gwiazdą Dawida. Pracę przymusową organizowano na potrzeby niemieckiej machiny wojennej, a racje żywnościowe były głodowe. Przemyt jedzenia i pomoc udzielana przez ludzi z zewnątrz mogły decydować o przetrwaniu dnia. Cały aparat okupacyjny został skierowany ku temu, żeby pozbawić mieszkańców własnego życia, zanim jeszcze odebrano im je ostatecznie.

W getcie istniała produkcja. Właśnie ten fakt bywał źródłem tragicznej nadziei. Skoro niemiecka armia potrzebuje pracy, skoro warsztaty wykonują zamówienia, to może robotnik będzie dla okupanta przydatny, a przydatność pozwoli mu przeżyć? Taką logikę rozumiało wiele uwięzionych osób, próbujących ratować siebie i rodziny. Jednak polityka Zagłady nie była zwykłym rachunkiem gospodarczym, w którym człowiek potrzebny do pracy ma zagwarantowane bezpieczeństwo. Praca mogła odwlekać śmierć, lecz nie dawała pewności ocalenia.

Władze okupacyjne urządzały także własne widowiska propagandowe. W 1943 roku powstały filmowe ujęcia Białegostoku przedstawiające wybrane fragmenty miasta: hotel Ritz, Pałac Branickich, sklepy, świątynie, uliczne widoki. Kiedy ogląda się taki film bez wiedzy o epoce, można odnieść wrażenie, że ludzie wciąż zajmują się zakupami i spacerami. Kamera pokazuje elegancki gmach, pogodny dzień, wybrany fragment przestrzeni. Nie pokazuje tego, co znajduje się zaraz poza kadrem. Zdziwienie widza staje się wtedy prawdziwą lekcją o propagandzie: nie zawsze trzeba skłamać wprost. Czasami wystarczy tak ustawić obiektyw, żeby prawda o otaczającym świecie nie zmieściła się na taśmie.

Tak samo niemiecki zarząd starał się oswoić podległe miasto przy pomocy nowych nazw ulic, szyldów i instytucji. W dawnych przestrzeniach polskiej codzienności pojawiała się niemiecka administracja, a niektóre sklepy obsługiwały nową klientelę. Rozpoznawalne budynki nadal stały — hotel Ritz, pałac, katedra, kościół św. Rocha — lecz ich rola zmieniała się dramatycznie. Dla jednego przechodnia były dowodem ciągłości, dla drugiego znakiem utraconej wolności. Ten sam pałac, pod którego murami niegdyś obchodzono powrót Polski, służył teraz niemieckiemu aparatowi okupacyjnemu.

Najtrudniejsza do uchwycenia pozostaje jednak codzienna perspektywa człowieka zamkniętego w getcie. Fotografia bramy nic nie mówi o jego dzieciństwie, aspiracjach, pracy, miłościach ani wspomnieniach. Opowiada wyłącznie o granicy, jaką ktoś postawił przed jego przyszłością. A przecież za bramą żyli także dawni mieszkańcy fabrycznego Białegostoku, ludzie z rodzin przez lata wpisanych w historię miasta. Trzeba pamiętać, że słowo „getto” nie oznaczało abstrakcyjnej liczby ani jednego ujęcia z filmu. Oznaczało świat nieustannie zmniejszanych możliwości, w którym każda decyzja odbywała się pod nadzorem przemocy.

Kiedy w 1943 roku okupanci przygotowywali likwidację getta, złudzenie związane z pracą i tymczasowością uwięzienia zostało ostatecznie obalone. Ci, którzy nadal liczyli, że najgorsze można przeczekać, zobaczyli, do jakiego końca dąży polityka nazistowska. Wtedy część mieszkańców postanowiła stawić opór. Nie dlatego, że wierzyła w łatwe zwycięstwo. Dlatego, że człowiekowi można odebrać niemal wszystko, a jednak pozostaje w nim niekiedy decyzja, by ostatnich chwil nie oddać bez walki.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

WOJNA, KTÓRA ZGASIŁA MASZYNY — 1914–1918

Latem 1914 roku na europejskich dworach i w sztabach wojskowych zapadły decyzje, których skutki dotarły również nad Białą. Wojna światowa przerwała rytm pracy i handlu. Rosyjskie władze wprowadzały nadzwyczajne porządki: mobilizację, aresztowania, wysiedlenia, kontrolę przedsiębiorstw. Zakłady zamykano, później niektóre uruchamiano dla potrzeb armii, lecz to nie był zwykły powrót do interesów. Fabryka potrafiła produkować, a mimo to przedsiębiorca nie mógł decydować, komu sprzeda towar i za ile. Robotnik mógł otrzymać zajęcie, ale żyć coraz gorzej. Wojna z łatwością odbiera ludziom korzyści, które uprzednio obiecywała cywilizacja.

W 1915 roku rosyjskie wojsko opuściło Białystok. Weszli Niemcy, obejmując miasto wojskowym zarządem. Jedna okupacyjna administracja zastąpiła drugą, lecz rachunek zapłacili ci sami mieszkańcy. Konfiskowano majątek, kontrolowano handel, reglamentowano żywność, kierowano ludzi do pracy poza domem. Niedostatek opału i jedzenia nie był tu abstrakcyjnym pojęciem z podręcznika. Oznaczał zimno w mieszkaniu i coraz dłuższe kalkulowanie, czy z oszczędzonych pieniędzy starczy na chleb. Epidemie korzystały z pogarszających się warunków sanitarnych. Niegdyś głośna od produkcji dzielnica przemysłowa słyszała nagle przede wszystkim ciszę przerwanych zmian.

Okupanci z czasem poluzowali część restrykcji kulturalnych i dopuścili wznowienie pewnej działalności gospodarczej. Nie stało się to z powodu nagłego wzruszenia nad losem mieszkańców. Armia potrzebowała materiałów, a warsztat pozostawiony bezczynnie nie dostarczał wojsku niczego. Wojenne imperia bywają bardzo praktyczne: ideologia służy im do przemówień, produkcja do prowadzenia wojny. Wśród fabrykantów, z którymi współpracowano, ważną rolę odgrywali przedsiębiorcy żydowscy. Nie usuwało to codziennych napięć ani nie oddawało mieszkańcom utraconej samodzielności.

W pałacu trwał jeszcze przez pewien czas dawny porządek Instytutu Panien Szlacheckich, lecz nawet ta instytucja nie uniknęła konsekwencji wojny. Wychowanki ewakuowano, a z czasem szkoła zakończyła działalność. Kiedyś rosyjska władza zmieniła pałac w placówkę służącą własnej wizji wychowania. Teraz wielka wojna pokazała, że wizje władców są mniej trwałe od murów, w których urządzają swoje gabinety. Uczennice wyjechały, programy nauczania straciły znaczenie, a budowla została jako świadek kolejnego zerwania.

Tak samo niepewne stały się państwowe mapy. Cesarstwa, które wydawały się nieruchome, chyliły się ku upadkowi. W listopadzie 1918 roku Polska zaczęła odzyskiwać niepodległość. W wielu miastach można było mówić o końcu obcej władzy. W Białymstoku sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Choć na świecie kończyła się wojna, lokalni niemieccy żołnierze pozostawali uzbrojeni i nie mieli zamiaru znikać na jedno skinienie. W mieście mieszały się nadzieje i strach, z jednej strony słyszano o Polsce, z drugiej wciąż widziano obce mundury.

Jest w tej chwili historycznej ironia, od której trudno uciec. Wielkie imperia rozpadały się z hukiem, nowe państwa powstawały na mapach, a mieszkaniec Białegostoku mógł wciąż nie wiedzieć, kto nazajutrz będzie kontrolował ulicę. Miał prawo sądzić, że politycy gdzieś daleko zapomnieli o jego mieście. Albo że pamiętali o nim aż nazbyt dobrze i dlatego każdy chciał je mieć pod własnym zarządem. Trzeba było jeszcze kilku miesięcy, zanim można będzie powiedzieć: Białystok znalazł się w niepodległej Polsce.

NIEPODLEGŁOŚĆ SPÓŹNIONA O TRZY MIESIĄCE — 1918–1920

Jedenastego listopada niepodległość była w Białymstoku przede wszystkim nadzieją. Nie brakowało rozmów, ustaleń, deklaracji, chwilowej euforii i nagłych rozczarowań. Lokalni przedstawiciele polskiego życia publicznego próbowali porozumieć się z niemiecką Radą Żołnierską. Mieszkańcy czekali na wycofanie obcych oddziałów. Wieści o przybyciu polskiego wojska raz wzbudzały entuzjazm, a raz kończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Żołnierze pojawiali się i znikali, zaś miasto pozostawało na granicy porządku i chaosu.

W politycznej próżni zdarza się rzecz niebezpieczna: wiele osób naraz zaczyna wierzyć, że to właśnie im przypadło prawo rozstrzygania o losie pozostałych. Był nawet epizod z samozwańczym przedstawicielem białoruskiej państwowości, ogłaszającym przyłączenie miasta do Białorusi. Najbardziej trwałym skutkiem tych zapowiedzi nie była jednak zmiana granicy, lecz kolejny dowód, jak niepewna pozostawała sytuacja. O przynależności Białegostoku decydowano w negocjacjach, przy wojskowych sztabach i na drogach odwrotu.

Dopiero w lutym 1919 roku nastąpił przełom. Niemieckie wojska wyszły, a 19 lutego do miasta wkroczyły oddziały polskie. Kilka dni później mieszkańcy uroczyście je witali przed katedrą. Ta data ma dla Białegostoku znaczenie szczególne. Ogólnopolski kalendarz wskazuje listopad jako symbol powrotu państwa; miejscowa pamięć dopisuje luty jako dzień, w którym zmiana stała się faktem.
Wieloetniczny Białystok nie był przy tym wspólnotą jednej wizji przyszłości. Polacy chcieli miasta w granicach odrodzonej Rzeczypospolitej. W części żydowskiej społeczności żywe pozostawały obawy o stabilność nowego państwa i pomysły autonomiczne, przypominające ideę wolnego miasta. Później, kiedy polskie władze zaczęły wyglądać na bardziej trwałe, nastroje ulegały zmianie. Coraz ważniejsza była współpraca mieszkańców nad sprawami praktycznymi. Państwowość stała się faktem, a fakty — jak zwykle — wymagały urzędników, szkół, budżetu i ludzi gotowych zamiast dyskutować o wielkich koncepcjach, naprawić zwykłą ulicę.

Taką rolę otrzymał Józef Puchalski, tymczasowy gospodarz miasta. Pierwsze uroczystości, organizowanie samorządu, trudne przejście od rządów okupacyjnych do polskiej administracji — wszystko to stanowiło zadania bardziej przyziemne od podniosłych przemówień. Późniejsza kariera polityczna Puchalskiego nie przyniosła mu wielkiej popularności, ale kronika nie powinna mierzyć znaczenia człowieka wyłącznie liczbą głosów zebranych w następnych wyborach. Są urzędy, które obejmuje się w chwili, gdy nie ma jeszcze porządnego biurka, a trzeba już odpowiadać za całe miasto.

Niepodległość nie zdążyła jednak na dobre zadomowić się w Białymstoku, gdy w 1920 roku pojawiła się nowa groźba. W czasie wojny polsko-bolszewickiej miasto stało się miejscem działania Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, podporządkowanego bolszewickiej wizji przyszłości. Zapowiadano zupełnie nowy ustrój, tworzono trybunały i stosowano terror. W sierpniu doszło do walk, a polskie oddziały odbiły miasto. Wyobraźmy sobie mieszkańca, który jeszcze niedawno oglądał polskie wojsko wśród uroczystych powitań, a już musi sprawdzać, jaki rozkaz obowiązuje nazajutrz. Dla takiego człowieka wielka historia nie miała końca rozdziału. Miała zaledwie kolejną przerwę między nieszczęściami.

Dopiero po tych wydarzeniach Białystok mógł zacząć odbudowywać spokojniejsze życie. Nadeszły lata szkół, gazet, restauracji, miejskich kłótni i inwestycji. Przyszły też nowe spory, co świadczyło paradoksalnie o pewnym powodzeniu. Miasto znów miało czas zajmować się sprawami, które nie wymagały ucieczki ani barykadowania drzwi. Jednak odetchnęło przede wszystkim to, które miało mieszkanie i pracę. Drugie, stojące w kolejce po zarobek, od dawna czekało na swoją kolej.

CHANAJKI, CZYLI MIASTO BEZ POCZTÓWKOWEGO UŚMIECHU — LATA DWUDZIESTE

Wystarczyło odejść od reprezentacyjnych kamienic, żeby zobaczyć zupełnie inny Białystok. Chanajki nie były dekoracją do romantycznego filmu o dawnej Polsce. Były plątaniną ulic i uliczek, domów drewnianych oraz murowanych, podwórek gęstych od ludzi, warsztatów i sklepów. Żyli tu przede wszystkim ludzie, którym życie nie rozdawało hojnie. Robotnicy, drobni handlarze, chałupnicy, bezrobotni, całe rodziny utrzymujące się z pracy rozciągniętej od świtu do zmroku. W opisach prasowych pojawiały się brud, smród i przestępczość. Tak widzieli dzielnicę reporterzy, często z pozycji człowieka, który mógł po całym dniu opuścić jej zaułki. Mieszkańcy musieli w nich zostać.

Były tam spelunki i domy publiczne, sutenerzy oraz ludzie zarabiający na cudzej zależności. Głośne nazwiska miejscowego półświatka potrafiły obiegać całe miasto. Jankiel Rozengarten, określany jako król Chanajek, stał się jednym z symboli kryminalnej legendy dzielnicy. Wspominano Taubę Wolfson, znaną prostytutkę, i liczne historie o szantażach, pobiciach czy rozbojach. Łatwo byłoby teraz zrobić z tego smakowitą gawędę o łotrzykach, którzy niejednego kupca przyprawili o drżenie rąk. Ale byłaby to gawęda niewiarygodnie wygodna — dla kogoś, kto nie musiał tam mieszkać. Bo przestępcza sława zwykle przykrywała tysiące ludzi, którzy nie mieli z przestępczością nic wspólnego poza nieszczęściem sąsiedztwa.

Chanajki miały również codzienną gospodarkę: sklepy z suknem, obuwiem, meblami, cementem, warsztaty, apteki i gabinety usługowe. Działała produkcja, którą można było zobaczyć tylko wtedy, kiedy zajrzało się do piwnicy albo na zaplecze. Prasa pisała choćby o małych zakładach wytwarzających lemoniadę i wodę sodową w fatalnych warunkach sanitarnych. Gdy ktoś narzekał, że napój jest podejrzany, skargi nie wynikały więc wyłącznie z kaprysu. Nowoczesne miasto miało własną fabrykę prądu, a równocześnie sprzedawało czasem napoje przygotowywane w warunkach godnych co najwyżej zamknięcia. Postęp nie wchodził do wszystkich drzwi jednocześnie.

A przecież i tu działały interesy, które dostarczały mieszkańcom rzeczy przyjemnych. Chaim Sofer prowadził przy dawnej Sosnowej fabrykę czekolady, na tyle cenioną, że porównywano go do Wedla. To drobny szczegół, a jak wiele mówi o mieście. W tym samym rejonie, który gazeta potrafiła przedstawiać jako siedlisko występku, robiono słodycze kupowane przez ludzi różnych wyznań. Pod tym samym niebem jedni żyli z cudzej słabości, drudzy z uczciwej pracy, a trzeci próbowali zwyczajnie wychować dzieci. Historia dzielnicy zaczyna być ludzka dopiero wtedy, gdy uznamy istnienie wszystkich tych postaci naraz.

Na pograniczu Chanajek stała kamienica przy Krakowskiej 1. W latach międzywojennych budynek Ginzburgów miał szczególnie barwną historię. Hotel Metropol, restauracja, kawiarnie, dancing i dom publiczny funkcjonujący pod pozorami eleganckiej działalności — wszystko to przyciągało klientów, policję oraz moralistów. Prasa oburzała się, obyczajowi strażnicy domagali się porządku, a interesy trwały. W końcu zniknął najbardziej osławiony przybytek, lecz nie zniknęła mieszczańska chęć kontrolowania innych. W tej samej kamienicy później niechęć budził gabinet ginekologiczny prowadzony przez członka rodziny właścicieli. Świat, który tolerował setki rzeczy z punktu widzenia prawa i etyki wątpliwych, potrafił równocześnie rozpętać awanturę o lekarza chcącego badać kobiety.

Nieco dalej całe miasto prezentowało się już inaczej. Elegancka Warszawska miała pałacyki, okazałe kamienice, lekarzy i kupców. Chanajki miały ludzi, którzy z trudem szukali pracy i miejsca dla siebie. Nie był to podział między narodami, bo i tutaj, i tam żyli mieszkańcy rozmaitych wyznań i pochodzenia. Był to także podział majątku. W XIX i XX wieku Białystok wyrósł na gospodarczą potęgę regionu, ale nie nauczył się sprawiedliwie dzielić wszystkimi owocami tego wzrostu. Nie był pod tym względem wyjątkowy. Wyjątkowe stało się później to, jak gwałtownie oba światy — bogaty i biedny — miały zostać rozerwane przez historię.

Warto zapamiętać Chanajki inaczej niż w kronice policyjnej. Zapamiętać chodzących do pracy ludzi, żydowskie szkoły religijne, rodziny przy kuchennych stołach, rzemieślników, dzieci. Gdy za kilkanaście lat opowieść doprowadzi nas do okupacji niemieckiej, wszystkie te codzienne zajęcia przestaną być tylko obyczajowym tłem. Będą konkretnym dowodem istnienia świata, któremu odebrano przyszłość. Tymczasem w latach dwudziestych toczył się on nadal: głośny, niesprawiedliwy, pełen sporów, ale żywy. I właśnie dlatego nie można go sprowadzić do egzotycznej ciekawostki.

GWIAZDA, KTÓRA WYROSŁA Z CMENTARZA — 1926–1936

Na wzgórzu świętego Rocha długo było inne życie, niż to, które znamy z dzisiejszego pejzażu Białegostoku. Była kaplica, był cmentarz, były ścieżki prowadzące do miejsca spoczynku. Gdy miasto rosło, miejsce dawnego pochówku znalazło się pośród ulic coraz bliższych centrum. Z czasem nekropolia przestała pełnić swoją funkcję, lecz pamięć o niej wcale nie musiała zniknąć. Wszystko zmienił pomysł, aby wznieść właśnie tutaj świątynię, której znaczenie wykraczałoby daleko poza potrzeby parafii. Nowa Polska otrzymała niepodległość, a Białystok miał odcisnąć tę radość w architekturze.

Wielkim rzecznikiem budowy był ksiądz Adam Abramowicz. Wyobraźmy sobie jego zadanie: trzeba przekonać ludzi, zdobyć pieniądze, rozstrzygnąć spór o projekt i rozpocząć prace w miejscu mającym własną, trudną historię. Gdyby proboszcz marzył wyłącznie o budynku praktycznym, wybór byłby prostszy. Tymczasem jego zamiarem stała się świątynia-pomnik, mająca jednocześnie służyć wiernym i przypominać, że Polska przetrwała okres niewoli. Tego rodzaju pomysł doskonale nadaje się do przemówienia. Trudniej zamienić go w rachunki za materiały i pracę murarzy.

Projekt Oskara Sosnowskiego wyróżniał się niezwykłą symboliką. Architekt wiązał go z koncepcją kamiennej litanii — zespołu świątyń, w których wezwania maryjne miały przemieniać się w architektoniczne formy. Białostocka świątynia otrzymała ideę „Gwiazdy Zarannej”. Gwiazda miała oznaczać nowy początek, a sam budynek — wyrastający na wyniesieniu ponad miasto — nieco przypominać fortecę. Mury oporowe, baszty, wysoka wieża i rysunek bryły składały się na dzieło, którego nie sposób pomylić z szeregową parafialną zabudową. Do projektu prowadziła droga długa i pełna sporów, bo na stole leżały liczne różne propozycje, a wybrano rozwiązanie ambitne i kosztowne.

Budowę rozpoczęto pod koniec lat dwudziestych. Wymagało to wcześniejszego uporządkowania terenu dawnego cmentarza, ekshumacji i przeniesienia szczątków. W ten sposób dosłownie spotkały się dwie warstwy dziejów: pochówki mieszkańców dawnego miasta i monumentalna świątynia, którą miało oglądać miasto nowe. Nie ma w tym nic łatwego ani wyłącznie malowniczego. Każde takie przedsięwzięcie przypomina, że ziemia w centrum starego miasta nie jest pusta, nawet jeżeli mapy przedstawiają ją jako wolną parcelę.

Budowa posuwała się naprzód mimo kłopotów finansowych. Rosła kopuła, potem wieża. W połowie lat trzydziestych zarys świątyni był już na tyle wyraźny, by można było z daleka zobaczyć, że Białystok otrzymuje nowy punkt odniesienia. Jedni zachwycali się oryginalnością, inni mogli uznać przedsięwzięcie za zbyt śmiałe. Niezależnie od opinii stało się jasne, że miasto, które przez lata rosło głównie dzięki handlowi i przemysłowi, potrafi też nadać wielkiej budowli znaczenie polityczne, religijne i emocjonalne. Nie chodziło już wyłącznie o to, by zmieścić wiernych pod dachem. Chodziło o opowieść, która miała przetrwać pokolenia.

Warto pamiętać również o tym, czego projekt nigdy w pełni nie osiągnął. Sosnowski planował rozwiązania bardziej rozbudowane od ostatecznie wykonanych, zwłaszcza w otoczeniu świątyni. Budowa wielkich symboli najczęściej kończy się kompromisem z budżetem. Nie umniejsza to dziełu, lecz czyni je bardziej ludzkim. Kościół św. Rocha stał się znakiem rozpoznawczym Białegostoku właśnie w niedoskonałym świecie, w którym istnieją faktury, terminy, protesty i pogoda.

Tego samego świata, który wkrótce zamieni marzenia architektów w wojskowe kwatery i plany okupanta. Gdy nadejdzie nowa wojna, świątynia — ledwie wzniesiona — zostanie wciągnięta w wydarzenia, dla których nie została zaprojektowana. A jednak przetrwa. Nie wszystkie wielkie budowle miasta będą miały tyle szczęścia.

FONTANNA, FAJFY I WOJNA O ŻARÓWKĘ — 1927–1935

Jeśli ktoś pragnął poczuć Białystok nie jako fabrykę, lecz jako miasto przyjemności, powinien zajrzeć do centrum w okresie międzywojennym. Eleganckie restauracje, kawiarnie, sale taneczne i miejsca spotkań tworzyły osobny teatr codzienności. W hotelu Ritz odbywały się weekendowe fajfy dla zamożniejszych gości. Było jedzenie, muzyka, stroje, rozmowy i cały społeczny rytuał pokazywania się w odpowiednim towarzystwie. Od czasu do czasu prezentowano mody z Paryża. Dla miasta, które niegdyś liczyło głównie kramy przy błotnistym placu, był to znak wielkomiejskiej pewności siebie. Tyle tylko że do Ritza nie chodził każdy, kto miał ochotę potańczyć.

Przy Kilińskiego można było zjeść w Ermitażu, którego kuchnia sięgała po tradycje rosyjskie i francuskie. Funkcjonowały inne restauracje, a niektóre oferowały nawet dostawę jedzenia poza centrum. Dzisiaj taka usługa nie budzi zdumienia, lecz w mieście bez aplikacji i elektronicznych zamówień była przedsięwzięciem wymagającym znacznie więcej organizacji. Z kolei przy Sienkiewicza podawano w jednej z kawiarni napój zwany buzą, przygotowywany z kaszy jaglanej i dodatków. Przy Rynku można było skosztować dań żydowskich i potraw z różnych stron świata. Gastronomia Białegostoku mówiła wieloma językami równie wymownie jak jego przechodnie.

W restauracjach grano muzykę, czasem występowały orkiestry złożone z młodych kobiet. Były też konflikty konkurencyjne, które trudno zaliczyć do uczciwej przedsiębiorczości. Jeden ze sporów między lokalami skończył się, według przywołanej relacji, podpaleniem konkurenta. Tak oto wykwintne menu i bandyckie metody potrafiły współistnieć w niemal tej samej przestrzeni. Kto chce oglądać przedwojenny Białystok wyłącznie przez okno kawiarnianej witryny, musi pamiętać, że za szkłem nie zawsze siedzieli ludzie o manierach równie eleganckich jak ich garnitury.

Przy fontannie skupiało się inne towarzystwo. Początkowo była ozdobą rynku i miejscem spotkań, lecz w okresie międzywojennym stała się także swoistym punktem zbierania się bezrobotnych. Fotografia, na której siedzą mężczyźni w czapkach i płaszczach, może wyglądać niemal sielsko. Dopiero wiedza o tym, na co czekali, odbiera jej pocztówkową niewinność. Nie każdy bezczynny człowiek w centrum miasta odpoczywał. Niektórzy polowali na najprostszy zarobek, nie wiedząc, czy dzień zakończy się obiadem. I właśnie to miejsce — ozdobione, centralne, otoczone kamienicami — nadawało się do pokazania kontrastów lepiej niż niejeden wykład o nierównościach.

Jeszcze inny konflikt toczył się o elektryczność. Monopolista dostarczający prąd podnosił ceny, a prywatni odbiorcy płacili za energię znacznie więcej niż część innych użytkowników. Mieszkańcy i kupcy buntowali się przeciwko takim warunkom, magistrat się spierał, a z czasem od protestu słownego przechodzono do czynów. Na początku lat trzydziestych urządzano strajki elektryczne. Sklepy i mieszkania rezygnowały z oświetlenia, by pokazać, że dostawca bez odbiorców nie zarabia. Miasto, które niedawno z dumą przyjęło nowoczesną elektrownię, zaczęło ostentacyjnie korzystać z nafty.

Była w tej akcji niezwykła siła wspólnego działania. Człowiek sam nie miał wielkich możliwości negocjacyjnych wobec przedsiębiorstwa dysponującego wyłącznym prawem dostaw. Ale gdy podobną decyzję podejmowały setki i tysiące odbiorców, rachunek ekonomiczny zaczynał się zmieniać. Długotrwały protest doprowadził ostatecznie do porozumienia i obniżek. Białostoczanie pokazali, że potrafią współpracować nie tylko w chwilach państwowych uroczystości, lecz także przy sprawie bardzo przyziemnej: ile kosztuje światło nad własnym stołem.

Tymczasem w centrum wrzała jeszcze jedna debata, dziś brzmiąca niemal niewiarygodnie. Niektórzy publicyści zaczęli domagać się wyburzenia ratusza. Budowla była stara, ciasna, nieporządna, a rynek — przepełniony. Pojawiały się pomysły urządzenia w tym miejscu wygodniejszej przestrzeni komunikacyjnej, nawet dworca autobusowego. Z dzisiejszego punktu widzenia łatwo osądzić te głosy jako zamach na symbol miasta. Z punktu widzenia mieszkańca ówczesnego Białegostoku był to jednak także spór o brud, tłok i użyteczność centrum. Historia urbanistyki uwielbia takie przewrotne sceny: jedni proszą o ratowanie tradycji, inni chcą wreszcie móc przejść przez plac bez uważania na każdy krok.

Wszystko to działo się obok siebie — fajfy w Ritzu, poszukiwanie zatrudnienia przy fontannie, strajk przeciwko cenom prądu i publiczne pomysły usunięcia ratusza. Miasto nie układało tych historii w osobne rozdziały. Tego samego dnia jedni tańczyli, inni czekali na pracę, a ktoś w redakcji pisał, że centrum trzeba gruntownie przewietrzyć. Na tym polega urok i okrucieństwo kroniki: każdy człowiek przeżywał swoje życie jako najważniejsze, nie wiedząc, że po latach znajdzie się w zbiorowym portrecie pod jednym tytułem.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część III.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część I.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część I.

GDY RYNEK BYŁ WAŻNIEJSZY OD RATUSZA — XVII I XVIII WIEK

Zanim Białystok otrzymał wielkomiejskie ambicje, był miejscem o wiele skromniejszym. W okolicy większe znaczenie miały Suraż, Tykocin i Grodno. Nad Białą zaś życie toczyło się wśród drewnianej zabudowy, przy drogach, którymi jechało się do sąsiednich osad. Stary kościół, którego dzieje sięgają pierwszej połowy siedemnastego wieku, stanowił jeden ze stałych punktów krajobrazu. Wśród świątyń, kaplic i cmentarzy zaczynała się historia ludzi, nie tylko architektury. Najpierw było miejsce do życia i umierania, dopiero potem miejsce do pokazywania gościom.

W osiemnastym stuleciu sytuacja zmieniła się zasadniczo. Jan Klemens Branicki, człowiek o odpowiednich wpływach, środkach i ambicjach, zadbał o rozwój swego ośrodka. Przywilej miejski z 1749 roku porządkował formalnie coś, co w pewnej mierze już istniało: miasteczko od dawna miało miejskie obyczaje. Kupcy przyjeżdżali z towarem, rzemieślnicy mieli swoje zajęcia, a drogi przecinające osadę coraz wyraźniej układały się w gospodarczy kręgosłup. Pożar z 1753 roku — nieszczęście dla mieszkańców — stworzył zarazem konieczność przebudowy centrum. Niejedno miasto dostało swój porządek urbanistyczny dopiero wtedy, gdy żywioł brutalnie przypomniał, jak łatwo płoną drewniane domy.

Rynek był przecięciem traktów z kierunku Choroszczy, Suraża i Wasilkowa. Tu skupiała się praktyczna mądrość miasta: jeśli ktoś chce kupić, trzeba go spotkać; jeśli ktoś chce sprzedać, lepiej stanąć tam, gdzie przechodzi najwięcej ludzi. Wzniesiono więc budowlę, którą z czasem zaczęto nazywać ratuszem, choć urząd miasta nigdy nie uczynił z niej swojej właściwej siedziby. Był to w istocie dom handlowy, z kramami i pawilonami, rozbudowywany stopniowo. Z biegiem lat przybywały sklepy, pojawiała się wieża, a kupcy — w dużej mierze żydowscy — dokładali swoje cegły do handlowego serca Białegostoku.

Z ratuszem wiązała się osobliwa sprzeczność. Z wyglądu symbol władzy miejskiej, z przeznaczenia przede wszystkim symbol handlu. A jednak obok towarów znalazło się miejsce również dla spraw sądowych i aresztu. Kto nazbyt energicznie negocjował cudzą własność, mógł więc w tej samej okolicy stracić swobodę, którą rano tak ochoczo wykorzystywał. Na rynku stanęła figura świętego Floriana, patrona strażaków. Były pompy wodne, była i rzeźba Temidy, jakby miasto chciało zapewnić przechodniów, że ogień i bezprawie zostaną tutaj przynajmniej symbolicznie otoczone opieką. W praktyce gwarancje te miały różną skuteczność.

Nieodłącznym sąsiadem wzrostu ludności była śmierć. Pierwsze cmentarze powstawały przy kościołach i kaplicach, ale wraz z rozrastaniem się miasta obszary dawniej leżące poza jego granicami zaczęły znajdować się w samym środku. Stare nekropolie katolickie, żydowskie, ewangelickie i prawosławne opowiadały o wielości wyznań na długo przed tym, nim zaczęto używać modnego słowa „wielokulturowość”. Dla mieszkańców nie była to żadna reklamowa etykieta. Było to pytanie o ślub, szkołę, święto, sposób pochówku i miejsce, w którym wolno postawić nagrobek.

Przy starej farze powstał również przytułek związany z dobroczynną działalnością Branickiego. Miał opiekować się ludźmi starszymi i potrzebującymi. Warto o nim pamiętać właśnie teraz, kiedy łatwo sprowadzić epokę magnacką do pałacowych sal. Za zdobionymi ścianami kryło się bowiem miasto mniej reprezentacyjne: chore, zmęczone, zależne od dobroczynności. Budynek przy farze przeżyje później zdumiewające przemiany. Będzie mieścił handel, druk, występy, kino i rozprawy polityczne. Niektóre mury mają dłuższą pamięć od całych rodów.

Oto zatem początki: drogi, rynek, handel, dawne wyznania, dym po pożarze i budowle, które jeszcze nie wiedziały, do ilu różnych światów przyjdzie im należeć. Białystok dopiero zaczynał się rozglądać po Europie. Europa natomiast szykowała mu pierwszy wielki żart, choć śmiać się nie było z czego: postanowiła zmienić mu państwo bez pytania mieszkańców o zdanie.

PRUSKI URZĘDNIK, ROSYJSKI CAR I PAŁAC BEZ HETMANA — 1795–1841

Rok 1795 nie był zwyczajną zmianą szyldu na urzędzie. Trzeci rozbiór Polski sprawił, że Białystok trafił pod panowanie pruskie. Władza, która dotąd wynikała z układu dawnej Rzeczypospolitej i prywatnych posiadłości, musiała odnaleźć się w nowym porządku. Przyszli urzędnicy, wojskowi, rzemieślnicy z rodzinami; przybyły zasady i pieczęcie. Białystok stał się ośrodkiem administracji Prus Nowowschodnich. Dla monarchy nowe terytorium było elementem mapy. Dla człowieka mieszkającego pod tą mapą wszystko sprowadzało się do podatku, zgody na handel, prawa do własności i tego, w jakim języku przemawia władza.

Pruski rozdział okazał się krótki. W 1807 roku po traktacie tylżyckim miasto znalazło się w granicach Imperium Rosyjskiego. Zmiana była tak gwałtowna, że mieszkańcy mogli dopiero nauczyć się nowych formularzy, a już trzeba było poznawać następne. Rosyjskie rządy przyniosły miastu nową rolę administracyjną, ale także wieloletnią presję polityczną i kulturową. Rozwój miasta i ograniczanie wolności wcale nie musiały się wykluczać. Historia zna mnóstwo miejsc, w których jedną ręką budowano fabrykę, a drugą pilnowano, żeby robotnik nie wyobrażał sobie zbyt wiele.

Najlepszą ilustracją tych ambicji jest Pałac Branickich. Monumentalna siedziba dawnego właściciela miasta była dla zaborcy zbyt znacząca, by po prostu ją pozostawić. Planowano wykorzystać ją jako rezydencję carską. Rozpoczęto prace, zmieniano wnętrza i wygląd, próbowano dostosować budowlę do nowej władzy. Później koncepcję porzucono. Pałac, jak dworzanin, któremu co chwilę każą przebierać się do nowej uroczystości, przeszedł od roli magnackiej siedziby ku roli państwowej instytucji.

Ostatecznie za czasów Mikołaja I podjęto decyzję o urządzeniu w nim Instytutu Panien Szlacheckich. Zniknęła część dawnych ozdób, przekształcono dach, pomieszczenia podporządkowano szkolnym potrzebom. W miejscu związanym z reprezentacją hetmana pojawiły się klasy, pokoje wychowawczyń, pomieszczenia mieszkalne i gospodarcze, kaplice, szwalnia, kuchnia. Było w tym coś z surowej lekcji historii: rezydencję nie tyle zburzono, ile nauczono ją mówić cudzym językiem.

Instytut otwarto w 1841 roku. Miał służyć wychowaniu dziewcząt z rodzin uprzywilejowanych. Nauka obejmowała języki, religię, matematykę, historię, muzykę, rysunek i inne przedmioty, lecz sam program nie oddaje najważniejszej rzeczy. Kształcenie było jednocześnie narzędziem porządkowania społeczeństwa. Dziewczęta miały wyrastać na osoby wykształcone, a zarazem na przyszłe obywatelki pożądanego przez władzę świata. Przez pewien czas w instytucie uczono także języka polskiego. Gdy patrzy się na historię tej szkoły z perspektywy całego stulecia, widać nieustanne przeciąganie liny między lokalną pamięcią a imperialnym zamiarem.

Nie wszyscy mieli jednak szczęście uczyć się w pałacu. W 1831 roku miasto dotknęła epidemia cholery, która zabrała wielu mieszkańców. Choroba nie pytała o pochodzenie, ale bieda i warunki sanitarne decydowały, gdzie mogła uderzyć szczególnie mocno. Powstawały nowe miejsca pochówku, a dawne cmentarze coraz częściej przestawały wystarczać. Tam, gdzie urzędnicy rozważali wygląd państwowych gmachów, zwyczajni ludzie szukali miejsca dla zmarłych i czystej wody dla żywych.

Tak budowała się pierwsza wielka sprzeczność nowego Białegostoku. Z jednej strony władza, która chciała nadać mu przewidzianą rolę w imperium. Z drugiej społeczność składająca się z wielu grup, znacznie mniej skłonna podporządkować swoje codzienne życie jednolitej wizji. Miasto było jak rzeka: można było wyprostować jej brzegi na mapie, lecz nurt wciąż płynął własnym sposobem. A nurt ten wkrótce przyspieszył. Nadeszła epoka, w której o znaczeniu Białegostoku miały rozstrzygać nie komnaty, lecz maszyny i kolejowe rozkłady.

MANCHESTER NAD BIAŁĄ — 1834–1889

W pewnym momencie XIX wieku Białystok przestał być tylko miastem, do którego przyjeżdżało się z okolicy po towar. Zaczął być miejscem, do którego warto było przyjechać po przyszłość. Przemysł włókienniczy rósł, a fabrykantów przyciągały warunki handlu z rosyjskim imperium. Granice celne i gospodarcze, narzucane przez odległe stolice, wytworzyły lokalną korzyść: bardziej opłacało się inwestować po tej stronie niż w części ziem polskich objętej innymi zasadami. Co dla człowieka z fabrykanckiej Łodzi było kłopotem politycznym, dla przedsiębiorcy w Białymstoku mogło okazać się rachunkiem zysków. Stąd brały się fabryki, magazyny, warsztaty i kolejne ulice zamieszkane przez ludzi zarabiających na produkcji.

W 1862 roku miasto zyskało połączenie kolejowe na trasie warszawsko-petersburskiej. Nie trzeba było szczególnej wyobraźni, by dostrzec, co to oznacza. Od tej chwili towary, surowce i ludzie nie musieli poruszać się wyłącznie tempem konnego zaprzęgu. Kolej była arterią, dzięki której Białystok mógł zasysać pracowników i wysyłać własne wyroby daleko poza region. Kominy wyrastały tam, gdzie wcześniej dominowały dachy domów. Ulice zapełniały się ludźmi mówiącymi odmiennymi językami, ale doskonale rozumiejącymi słowo „zarobek”.

Mówiono o Białymstoku „Manchester Północy”. Przydomek działał na ambicję: stawiał prowincjonalny niegdyś ośrodek obok przemysłowego symbolu Europy. Brzmiał godnie, prawie dumnie. Należało tylko pamiętać, że Manchester to nie jedynie maszyny i sukces przemysłu. To również hałas pracy, twarde warunki zatrudnienia, nierówności i ludzie, dla których bogactwo miasta oznaczało głównie większe zmęczenie po powrocie do domu. Przemysł budował pałacyki tym, którzy posiadali fabryki, i przepełnione podwórka tym, którzy w fabrykach pracowali. Oba światy rosły obok siebie, nieustannie złączone, choć rzadko sobie równe.

Wielką rolę w tej przemianie odgrywała żydowska społeczność Białegostoku: kupcy, rzemieślnicy, przedsiębiorcy, robotnicy. Łatwo popełnić tu błąd, traktując ją jak jedną grupę o jednakowej pozycji. Między zamożnym fabrykantem a ubogim mieszkańcem Chanajek rozciągała się niemal cała drabina społeczna. Tak samo między żydowską rodziną prowadzącą duży handel a żydowską rodziną, która z trudem opłacała skromne mieszkanie. Wielokulturowość nie oznaczała automatycznie wspólnoty losów ani zamożności; częściej oznaczała tłum odmiennych biografii na jednej ulicy.

Równolegle miasto powiększało swoje nekropolie. Stary porządek cmentarzy położonych przy centrum przestał odpowiadać potrzebom szybko rosnącej ludności. W drugiej połowie wieku wytyczano nowe miejsca pochówku poza gęstą zabudową. Świadczyło to o wzroście miasta tak samo dobitnie jak fabryczny komin. Budowniczy mógł liczyć nowe piętra; lekarz i urzędnik musieli myśleć o epidemiach, higienie oraz zmarłych. Miasto żywych przesuwało swoje granice, pozostawiając za sobą miasto zmarłych.

Wraz z bogactwem rosły ambicje reprezentacyjne. Dzisiejsza Warszawska, znana w przeszłości pod innymi nazwami, kojarzyła się z lepiej sytuowanymi mieszkańcami. Lekarze, prawnicy, kupcy, fabrykanci wybierali okolice, w których elegancka fasada i względny spokój były częścią codzienności. Tu mniej miejsca pozostawało dla ciasnoty i hałaśliwych rozrywek; tu pokazywano, że Białystok nie musi wyglądać jak osada przy fabryce. Jednocześnie właśnie w tej dzielnicy widać było, jak mocno przedsiębiorczy sukces zależy od ryzyka, rodzinnych umów i kredytu. Wielkie pieniądze wcale nie chroniły przed długami.

Na parceli związanej z rodziną Bulkowsteinów wyrósł pałacyk Tryllingów, zachowany do naszych czasów. Za efektowną architekturą stały rodzinne transakcje, powiązania przemysłowe i nie zawsze szczęśliwe koleje losu. Można było posiadać tkalnie, budować rezydencję i nadal nie mieć pewności, komu ostatecznie przypadną mury. Śmierć właściciela, należności podatkowe, konieczność sprzedaży — wszystko to mieszało się z marzeniem o domu, który zostanie na pokolenia. I oto paradoks: po rodzinach mógł nie pozostać wielki majątek, a pałacyk trwał dalej, przyjmując kolejnych gospodarzy.

W tym czasie Białystok stawał się naprawdę wielki na swój regionalny sposób. Nie wielkością cesarskiego miasta, lecz nagromadzeniem przedsiębiorczości, ludzi i sprzeczności. Kto patrzył z zewnątrz, widział rozwój. Kto stał przy maszynie, widział cenę rozwoju. Kto przyjeżdżał pociągiem z marzeniem o pracy, widział nadzieję. Kto już od lat mieszkał w ciasnym domu, słyszał, jak nadzieja stuka za ścianą coraz głośniej. Z tego właśnie hałasu rodzi się następny rozdział.

PIĘKNA FASADA, CIEMNE PODWÓRZE — 1890–1904

Kto chciał zobaczyć białostocką ambicję w kamieniu, mógł stanąć u zbiegu Krakowskiej i Lipowej. Tam pod koniec XIX wieku wyrastała kamienica Ginzburgów — obiekt, który ze strony reprezentacyjnej prezentował się tak, jakby jego twórca koniecznie chciał przekonać przechodniów, że zna europejskie mody. Historia parceli była jednak daleka od bajki o człowieku, który znalazł pieniądze, zatrudnił architekta i szczęśliwie zamieszkał w marmurowych salonach. W 1886 roku stały tam jeszcze drewniane domy. Ich właściciele, zadłużeni Nowińscy, utracili nieruchomość. Kupił ją Josel Ginzburg, a po jego śmierci odziedziczył syn Szeftel. Kamienicę wzniesiono w ostatnich latach stulecia — akurat wtedy, kiedy miejscowy rynek budowlany przechodził trudny czas. Udało się ją ukończyć, lecz kredyt nie przestał ciążyć na właścicielach.

Ten budynek był podręcznikiem białostockiej rzeczywistości napisanym na murze. Od ulicy — elegancja, styl, rozmach. Od oficyn — zwyczajna funkcja i znacznie skromniejsza uroda. Od frontu widać było aspiracje. Na zapleczu życie odsłaniało rachunki. Miasto właśnie tak działa: fasadę pokazuje gościom, podwórze zostawia mieszkańcom. Jedno podkreśla prestiż, drugie sprawdza, czy prestiż da się ogrzać zimą.

Podobne przeciwieństwa ukazywał sam Rynek Kościuszki. Kramy, sklepy i ciągły ruch nie czyniły go miejscem czystym ani uporządkowanym. Ratusz można było oglądać jako symbol miasta, lecz w codziennym życiu był miejscem tłoku, targowania i interesów. Na placu działała fontanna, uruchomiona pod koniec XIX wieku, która początkowo cieszyła mieszkańców tylko przez ograniczony czas, w świąteczne dni. Z biegiem dekad będzie zmieniała położenie i rolę w zbiorowej pamięci. Niektóre miejskie ozdoby są jak aktorzy: mają własne wejścia, wyjścia i nieoczekiwane drugie życie.

Rynek przyciągał także tych, którzy cudze pieniądze woleli zdobywać bez uczciwej wymiany. Kieszonkowcy, oszuści i wymuszający haracze korzystali z tego samego prawa, które sprzyjało kupcom: gdzie jest tłum, tam jest okazja. W historii placu pojawiała się Czarna Ręka, grupa kojarzona z wymuszaniem opłat za „ochronę”. Gdy handlowiec musi płacić za ochronę temu, przed kim potrzebuje ochrony, logika przestępstwa staje się zaskakująco prosta. Tylko dla ofiary mało zabawna.

W ratuszu zdążyła też zagościć starość, której żadna nazwa zabytku nie potrafi oszukać. Budowla szarzała, przestrzeń targowa gęstniała. Przybywało głosów, że centrum należy uporządkować, oczyścić, może nawet gruntownie przerobić. Była to sprzeczka miasta, które dorosło do własnych rozmiarów i zaczęło się denerwować, że buty przestały na nie pasować.

Za ulicami reprezentacyjnymi rozciągały się obszary dużo mniej pocztówkowe. Stare drewniane domy, podwórka, warsztaty, małe sklepy, robotnicze mieszkania: całe osobne dzielnice, bez których wielkie zakłady nie miałyby rąk do pracy. Niedługo światło reflektorów miejskiej kroniki padnie na najbardziej niespokojną z nich — Chanajki. Ale zanim to nastąpi, trzeba przypomnieć, że miasto fabryk stawało się też miastem złości. Przemysłowe bogactwo nie likwidowało nędzy, a nierówność wciąż znajdowała nowych świadków. W początku nowego wieku zabrzmi to z siłą, której nie da się już zagłuszyć stukotem maszyn.

NOWY WIEK, STARE KRZYWDY — 1905–1913

Początek XX wieku wszedł do Białegostoku nie jak elegancki gość, któremu należy podać herbatę, lecz jak tłum pod fabryczną bramą. Miasto było bogatsze i większe niż sto lat wcześniej, lecz nie stało się przez to spokojniejsze. Narastały konflikty społeczne, robotnicy domagali się zmian, a władza rosyjska odpowiadała przemocą. Rewolucja 1905 roku i represje stały się częścią miejskiej codzienności. Zdarzenia, o których z perspektywy gabinetów władzy można było mówić jako o „przywracaniu porządku”, z perspektywy ulic oznaczały niepewność i śmierć. Kilka lat później na starych fotografiach znowu zobaczymy ludzi w odświętnych płaszczach. Trudno jednak uważać, że odświętny płaszcz dowodzi istnienia spokojnego świata.

W tym samym czasie społeczność żydowska doświadczyła antysemickiej przemocy. Pogromy, obecne w politycznym krajobrazie Imperium Rosyjskiego także wcześniej, rozbijały poczucie bezpieczeństwa i popychały rodziny do wyjazdu. Właśnie tu bierze początek ważny, choć na białostockiej ulicy słabo widoczny wątek: miasto zaczęło istnieć również daleko od siebie. Emigranci przenosili za ocean nazwy, wspomnienia, smaki, język i tę trudną do opisania mieszaninę dumy oraz żalu, która zostaje po opuszczeniu domu. Z czasem Białystok odnajdzie się w nowojorskiej pamięci jako miejsce niemal mityczne, być może piękniejsze niż kiedykolwiek był w rzeczywistości.

Nie znaczyło to jednak, że miasto stanęło. Przemysł wymagał inwestycji. Żeby maszyny pracowały sprawniej, a wieczorna ulica nie zdawała się wyłącznie na lampy naftowe, potrzebny był prąd. W 1908 roku miasto zawarło porozumienie z niemieckim przedsiębiorstwem elektrycznym, które zobowiązało się wznieść elektrownię. Umowa miała wielką zaletę: inwestycję. I poważną wadę: monopol na długie lata. Trudno zresztą oczekiwać, by prywatny przedsiębiorca zechciał budować kosztowny zakład dla samej przyjemności patrzenia, jak jego przyszli konkurenci sprzedają energię taniej. Białystok dostał zatem nie tylko elektryczność, ale również zalążek przyszłego sporu o rachunki.

W 1913 roku elektrownia przy dzisiejszej Elektrycznej rozpoczęła pracę. Fabryki, przedsiębiorcy, prywatni odbiorcy — wszyscy mieli powody, by interesować się nową techniką. Lecz niemal od pierwszych lat elektryczne światło miało swoją drugą twarz: koszt. Każda innowacja obiecuje postęp, a potem przychodzi rachunek, żeby sprawdzić, ilu ludzi naprawdę na ten postęp stać. Ten rachunek powróci w naszej kronice z taką siłą, że białostoczanie na pewien czas dobrowolnie wrócą do nafty. Na razie jednak miasto patrzyło naprzód, ku dwudziestemu stuleciu, które zdawało się otwierać przed nim drzwi.

To był także świat hotelu Metropol w kamienicy przy Krakowskiej. Budynek Ginzburgów nie tylko dostarczał mieszkaniom reprezentacyjnej oprawy. Z czasem pojawiły się tam usługi, restauracja, kawiarnie, miejsca rozrywki i interesy mniej oficjalne. Kamienica, która z ulicy wyglądała jak pochwała wielkomiejskiej elegancji, okazała się sceną ludzkich ambicji o bardzo różnym charakterze. Niejedna inwestycja potrzebowała reklamy; niejedna — dyskrecji. Zabawne, jak często te dwie potrzeby spotykały się pod jednym dachem.

W nowy wiek Białystok wchodził więc w stanie niezwykłego napięcia. Posiadał kolej, kominy fabryczne, coraz śmielsze budownictwo i elektryczność. Posiadał również robotniczą biedę, lęk przed przemocą i całe społeczności, które zadawały sobie pytanie, czy przyszłość należy budować tutaj, czy raczej gdzieś po drugiej stronie oceanu. Żadne miasto nie bywa tylko sumą dobrych wiadomości. A to, które nazywało się Manchesterem Północy, nie miało zostać wyjątkiem.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

Featured Video Play Icon

Wideo – Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. – Zapowiedź

Spójrzcie! Tak wyglądał Białystok, którego już nie ma! Pod ratuszem gwar handlarzy, stukot kół, tłumy ludzi. Miasto tętniło życiem! Ale za pięknymi kamienicami krył się też inny świat. Chanajki pełne biedy, błota i ludzkich dramatów. A potem przyszła wojna. I całe ulice obróciły się w gruzy.

A wcześniej stawiano tu bramy ku czci cara. Rynek kipiał życiem, przy fontannie czekano na pracę, a przy Świętojańskiej huczała fabryka. To nie było miasto idealne. Ale miało niezwykły charakter, wspaniałą architekturę i własną duszę.

Czy przypadkiem nie straciliśmy piękniejszego Białegostoku niż ten, który mamy dzisiaj?

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część I.

Pałac Branickich w Białymstoku. Wielka historia perły baroku i serca miasta.
Popiersie z twarzą Bukowskiego, które góruje nad ogrodem Branickich było wyrazem protestu tych, którzy kończyli za Bukowskiego - jego dzieło.

Pałac Branickich w Białymstoku. Wielka historia perły baroku i serca miasta.

Jeśli spojrzymy na historię Polski przez pryzmat Podlasia, otrzymamy zupełnie inny kontekst niż ten, który znamy z perspektywy Krakowa, Sądecczyzny, Lublina czy Mazowsza. Dzieje Polski, spisywane na Wawelu, w Płocku, czy nawet Wiźnie, wyglądają inaczej niż te, które można odkryć, badając regiony dawnej Rusi Kijowskiej, gdzie leży dzisiejsze Podlasie. Ślady tych różnic widoczne są do dziś, zwłaszcza w architekturze. Ale dla tych, którzy zagłębiają się w historię regionu, pojawia się pytanie: dlaczego Pałac Branickich znajduje się w Białymstoku, skoro starszy i ważniejszy był okoliczny Tykocin?

Białystok zawdzięcza swój rozwój Branickim i… carowi

Zacznijmy od tego, że ponad 1000 lat temu, gdy Polska przyjmowała chrzest, architektura była wciąż drewniana. Z biegiem lat, rozwój architektury przybierał różne formy w różnych częściach kraju. Podlasie, będące najpierw częścią Rusi Kijowskiej, a później Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przechodziło przez kolejne fazy przynależności. Pod zaborami było to Imperium Rosyjskie, a w XX wieku – zarówno Niemcy, jak i ZSRR miały swoje wpływy na region. Dziś Białystok, stolica Podlasia, zawdzięcza swój rozwój Branickim, ale też… niestety, decyzji cara, który zadecydował o przebiegu kolei żelaznej z Petersburga do Warszawy właśnie przez dzisiejszą stolicę województwa.

fot. Muzeum Historyczne w Białymstoku

Pałac Branickich w Białymstoku, jeden z najbardziej rozpoznawalnych obiektów regionu, jest spadkiem po Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Dlaczego jednak powstał właśnie tu, a nie w Tykocinie? Historia zaczyna się od nadania ziem nad rzeką Białą przez króla Kazimierza Jagiellończyka potomstwu rodu żmudzkiego Raczko Tabutowicza. To jego wnuk, Mikołaj Tabutowicz, założył pierwszą osadę, z której wyrósł Białystok. Po śmierci Mikołaja, ziemie przeszły w ręce jego żony, a następnie Piotra Wiesiołowskiego, który rozwijał osadę i wybudował barokowy kościół.

Po śmierci Piotra Wiesiołowskiego, Białystok przeszedł w ręce Krzysztofa Wiesiołowskiego, a później Stefana Czarnieckiego, zasłużonego w wojnach ze Szwedami. Jego córka, Aleksandra Katarzyna Czarniecka, poślubiła Jana Klemensa Branickiego, a ich syn, Stefan Mikołaj Branicki, osiadł w Białymstoku. To właśnie on uzyskał w 1692 roku prawa miejskie dla Białegostoku od króla Jana III Sobieskiego. Rozpoczął także przebudowę zamku na barokową rezydencję.

Mimo trudnych czasów, takich jak III wojna północna czy wojna domowa w 1734 roku, miasto rozwijało się dalej. Tykocin, zniszczony w wyniku konfliktów, stracił na znaczeniu, co uczyniło Białystok głównym ośrodkiem regionu. Gdyby ród Branickich skoncentrował swoje wysiłki na rozwoju Tykocina, Białystok mógłby dziś być małym miasteczkiem. Dzięki jednak decyzjom historycznym i konsekwentnemu rozwojowi, stolica województwa podlaskiego przetrwała zawirowania dziejów i nadal się rozwijała, pomimo zaborów i wojen.

fot. Muzeum Historyczne w Białymstoku

Patron miasta – Jan Klemens II Branicki

Jednakże do największego rozkwitu Białegostoku przyczynił się Jan Klemens II Branicki, prawnuk Stefana Czarnieckiego, uznawany powszechnie za patrona miasta. Zawiadywał on dobrami białostockimi w latach 1709-1771, sprawując ważne urzędy państwowe jako kasztelan krakowski, hetman wielki koronny i pierwszy świecki senator Rzeczypospolitej. Popierany przez króla Francji, starał się o tron polski, lecz przegrał elekcję ze swoim szwagrem, Stanisławem Augustem Poniatowskim. Od początku XVIII wieku Białystok pełnił rolę ośrodka miejskiego, a dzięki staraniom Jana Klemensa II Branickiego, 1 lutego 1749 roku miasto uzyskało przywilej miejski na prawach magdeburskich, nadany przez króla Augusta III Sasa. W herbie miasta, na miejscu jelenia z rozłożystymi rogami, pojawił się biały gryf z koroną, złotymi dziobem i przednimi łapami na czerwonej tarczy, wspinający się o inicjały właściciela miasta – JKB.

Jan Klemens Branicki. Źródło: Wikimedia Commons

Jeszcze Stefan Mikołaj Branicki zlecił w latach 1691-1697 Tylmanowi z Gameren, architektowi pochodzenia holenderskiego, przebudowę zamku obronnego na pałac. Jan Klemens II Branicki nadał jednak ostateczny kształt pałacowi i zespołowi parkowo-ogrodowemu, czyniąc z niego wspaniałą rezydencję magnacką. W realizacji tego zamysłu uczestniczyło wielu architektów, ale za głównego uważa się pułkownika Henryka Klemma. Już w XVIII wieku zespół pałacowy, dzięki okazałości i urokowi, zyskał przydomek „Wersalu Polskiego”. W listach i pamiętnikach z tego okresu pojawiały się też nazwy „Wersal Północy” i „Wersal Podlaski”. Obecnie jest to najbardziej rozpoznawalny symbol miasta, znany po prostu jako Pałac Branickich.

Salon ogrodowy Pałacu Branickich, 1750, fot. Wikimedia Commons

Ważny ośrodek kultury i edukacji

Dwór Branickich stał się ważnym ośrodkiem kultury, przyciągając wybitnych artystów i naukowców, a w teatrze dworskim gościły największe ówczesne gwiazdy operowe. Wspaniałość rezydencji odzwierciedlała niespełnione królewskie ambicje ostatniego z rodu Branickich. W przeszłości ogrody pałacowe rozciągały się daleko za obecny most, sięgając aż do dzisiejszego budynku Książnicy Podlaskiej przy ulicy Skłodowskiej. Na krańcu tego rozległego ogrodu znajdowała się imponująca brama z kolumnami. W ogrodzie mieściła się także Komedialnia – pierwszy na ziemiach polskich teatr, założony 17 lat przed powstaniem Teatru Narodowego w Warszawie!

Białostocki operhaus był piętrowym budynkiem z lożami, wielką sceną oraz wspaniałą kurtyną, namalowaną olejnymi farbami przez Augustyna Mirysa – polskiego malarza urodzonego we Francji. Mirys, służący swoimi talentami na dworach Sapiehów i Krasickich, później pracował dla Branickiego, za co otrzymał szlachectwo. W Komedialni znajdowały się zapisy 19 oper, 41 baletów i 122 dramatów. Teatr miał własną orkiestrę, balet, a na scenie występowały gwiazdy sprowadzane z Rzymu, Wenecji i Wiednia. Życie kulturalne na dworze Branickiego kwitło, a Białystok stał się ważnym ośrodkiem kulturalno-społecznym w Europie.

Branicki stworzył w mieście centrum zarządzania swoimi dobrami. Jeszcze przed powstaniem Szkoły Rycerskiej w Warszawie założył Wojskową Szkołę Budownictwa i Inżynierii, która kształciła oficerów. Umieścił w mieście duży garnizon wojskowy, dzięki czemu rozwinęło się rzemiosło, handel i usługi oraz powstały liczne manufaktury. Po pożarze w 1750 roku miasto zostało przebudowane według nowego planu architektonicznego, opartego na wzorach francuskich i saskich. Hetman wprowadził wówczas obowiązek obmurowywania fasad drewnianych budynków w rynku i przy głównych ulicach, które nakazał obsadzać lipami. Z tego okresu pochodzą takie budynki jak ratusz miejski, klasztor Panien Miłosierdzia połączony ze szpitalem, zbrojownia, probostwo przy kościele parafialnym, przytułek dla ubogich (Kino Ton), kamienica narożna przy rynku, pałacyk gościnny (Urząd Stanu Cywilnego), kaplica św. Rocha, kaplica św. Marii Magdaleny, cerkiew św. Mikołaja i Wielka Synagoga (ul. Suraska). Miasto liczyło wówczas około 3,5 tysiąca mieszkańców, otoczone było parkanem z murowanymi słupami, a dostęp do niego regulowało sześć bram.

 

Izabela Branicka, fot. obrazu Marcello ,Bacciarelli / Wikipedia

Zaangażowana w rozwój miasta była także Izabela Branicka z Poniatowskich, siostra króla Stanisława Augusta, jako trzecia żona Branickiego wniosła wiele życia do Białegostoku, czyniąc go miejscem, gdzie nie tylko rozwijało się szkolnictwo, ale również kwitło życie artystyczno-kulturalne. W jej księgozbiorze znajdowało się ponad 200 dzieł literatury polskiej i zagranicznej, w tym mapy, ryciny, plany architektoniczne, teleskopy, globusy oraz albumy. Nie brakowało też podręczników szkolnych i czasopism. Izabela Branicka została małżonką Hetmana Jana Klemensa Branickiego w wieku 18 lat, w 1748 roku. Dzięki staraniom Izabeli Branickiej, Białystok stał się centrum kulturalnym i edukacyjnym. Jej wsparcie dla lokalnych inicjatyw kulturalnych i edukacyjnych miało trwały wpływ na rozwój miasta. W tym okresie Białystok przyciągał artystów, naukowców i intelektualistów z całej Europy, co uczyniło go ważnym ośrodkiem kultury.

Król na wygnaniu

Za jej życia, w 1789 roku, we Francji wybuchła wielka rewolucja, której jednym ze skutków było obalenie monarchii. Rodzina królewska musiała uciekać, a Ludwik XVI został zgilotynowany. Władzę regencyjną przejął jego ośmioletni syn, Ludwik XVII, który dwa lata później zmarł. Królem został okrzyknięty 40-letni Ludwik XVIII, choć nie mógł on objąć tronu z powodu trwającej rewolucji. Prowadził politykę za granicami Francji, przebywając w Belgii, Niemczech, Francji i Włoszech. W 1798 roku Ludwik XVIII trafił do Białegostoku, gdzie mieszkał w Pałacu Branickich.

O pobycie Ludwika XVIII w Białymstoku wiadomo niewiele. Prawdopodobnie był tu przejazdem. W czasach panowania Branickich gród nad Białą odwiedzało wielu cudzoziemców, którzy w pamiętnikach wyrażali zachwyt nad rezydencją oraz czystością miasta – co było wtedy rzadkością. Nie brakowało też francuskich artystów, stąd Ludwik XVIII nie czuł się tu osamotniony. Ludwik XVIII prawdopodobnie pojawił się w Białymstoku po raz drugi w 1804 roku, gdy opuszczał w atmosferze skandalu Warszawę, gdzie próbowano go otruć. Wtedy wybrał się do Grodna, a trudno przypuszczać, by król ominął tak gościnne miasto jak Białystok. Szczęście do króla-tułacza uśmiechnęło się dopiero w 1814 roku, gdy Napoleon Bonaparte poniósł klęskę w Rosji, tracąc większość swojej armii. Napoleon abdykował, co umożliwiło Ludwikowi XVIII objęcie tronu we Francji zgodnie z zasadą legitymizmu.

Dawny szpital i przytułek

Lekarze, artyści, malarze, ogrodnicy…

Warto też dodać, że Białystok zyskał swoje pierwsze szpitale. Parafialny i żydowski były kamieniem milowym w historii opieki zdrowotnej miasta, zapewniając wsparcie dla potrzebujących. W tym okresie miasto stało się również domem dla zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Te specjalnie przeszkolone w opiece nad chorymi siostry odegrały kluczową rolę w rozwoju lokalnej służby zdrowia. To dzięki staraniom Branickich, na dworze pojawili się także wybitni medycy, wśród których prym wiedzie Jakub Feliks de Michelis. Ten znakomity chirurg i położnik założył w Pałacu Branickich Instytut Akuszerii, jeden z nielicznych w ówczesnej Rzeczpospolitej.

Wszystko, co po sobie pozostawił Jan Klemens II Branicki, ktoś musiał wpierw stworzyć. Mowa tu o architektach, ogrodnikach, malarzach, rzeźbiarzach i grafikach. Dziś są zapomniani, ponieważ w tamtych czasach ważne było, kto zafundował dzieło, a nie kto je stworzył. Na szczęście zachowały się archiwa, dzięki którym możemy poznać choćby malarza z Czech – Antoniego Joanna Herlitzkę. Herlitzka spędził większość swojego życia przy Branickim, a jego prace przyczyniły się do wspaniałego wystroju Pałacu w Białymstoku.

Przebywając w Polsce, nazwisko artysty zostało spolszczone na Herliczka. Zajmował się nie tylko tworzeniem obrazów, ale również upiększaniem wnętrz pałacu w Białymstoku oraz rezydencji w Choroszczy. Herliczka jeździł także do Warszawy i innych miejscowości związanych z magnatem. Jego zadaniem było również lakierowanie, więc gdy trzeba było odnowić wygląd karocy, również zajmował się tym Herliczka.

O samym artyście wiemy niewiele, jedynie to, co zachowało się w listach między urzędnikami. Ustalone zostało, że miał pięcioro dzieci i żonę, która po jego śmierci ponownie wyszła za mąż. Herliczka żył około 65-70 lat, a swój fach zaczynał w wieku 20 lat. Po śmierci Branickiego przeniósł się do Siedlec, gdzie związał się z rodem Ogińskich. Przez 40 lat stworzył we wnętrzach pałaców mnóstwo ozdób i malowideł. Herliczka był typowym rzemieślnikiem, specjalizującym się w polichromiach ściennych pałacowych salonów i gabinetów, choć zdarzało mu się również podejmować prace sztalugowe.

W tamtych czasach nie było ważne, kto namalował dzieło, lecz kto je sponsorował. Dlatego nie wiemy dokładnie, które dzieła są autorstwa Herliczki, choć możemy się domyślać, że większość z nich nosi jego ślad. Jego wkład w rozwój artystyczny pałacu jest nieoceniony, choć jego nazwisko nie jest powszechnie znane.

Instytut Panien Szlacheckich

Po śmierci Jana Klemensa II Branickiego w 1771 roku, Białystok na dożywocie otrzymała jego żona Izabella Branicka. Zaraz po tym zaczęły się zabory po rozbiorach Polski. Podlasie trafiło w ręce Prusaków. Branicka zmarła 14 lutego 1808 roku, a w 1809 roku, czyli 14 lat po rozbiorze, dobra białostockie zostały odkupione przez cara Aleksandra I. Początkowo planował on zbudować sobie letnią rezydencję w Białymstoku. W 1826 roku przystąpiono do remontu Pałacu Branickich, aby dostosować go do potrzeb cara i odseparować od czasów polskiej szlachty. W 1833 roku plany te zostały porzucone, a w 1836 roku rozpoczęto likwidację siedziby carskiej w Białymstoku.

W 1837 roku car Mikołaj I przekazał zarząd nad rezydencją generał-gubernatorowi wileńskiemu, polecając mu organizację w niej Instytutu Panien Szlacheckich (Panien Dobrze Urodzonych), jako jednej z placówek powołanych w guberniach Białoruskiego Okręgu Szkolnego. Tego roku opracowano regulamin placówki oraz ustalono podstawy materialne jej funkcjonowania. W 1839 roku część założenia pałacowo-ogrodowego oddano na rzecz miasta Białystok.

Główne działania zmierzające do uruchomienia Instytutu obejmowały prace budowlane wewnątrz pałacu według projektu S. Smolikowskiego. Adaptacja rezydencji na Instytut trwała do 1841 roku, kiedy to, 1 listopada, nastąpiło jego oficjalne otwarcie. Początkowo zarząd placówki spoczywał w rękach rady, na czele której stał generał-gubernator. Po likwidacji obwodu białostockiego w 1843 roku oraz z powodu trudności w pracach rady, w 1855 roku Instytut został usamodzielniony. Na czele nowej rady stanęła przełożona oraz powiatowy marszałek szlachty, a w skład wchodzili dyrektorzy do spraw nauczania i gospodarczych.

 

Pałac Branickich podczas zaboru rosyjskiego. Wszelkie zdobienia kojarzące się z polską kulturą usunięto.

Instytut Panien Szlacheckich przewidywał miejsce dla 100 uczennic, z których 30 miało być kształconych na koszt państwa. Kandydatki korzystające z bezpłatnej nauki musiały mieć 10,5 lub 12,5 roku, natomiast dziewczęta uczące się na koszt rodziców musiały być o rok starsze. W instytucie obowiązywał podział na trzy klasy z dwuletnim kursem nauczania, obejmującym religię, języki (rosyjski, francuski, niemiecki i polski), historię, geografię, matematykę, przyrodę, rysunek, kaligrafię, taniec, śpiew oraz robótki ręczne.

Instytut był placówką rosyjską, jednak początkowo obecne były w nim polskie akcenty, takie jak nauka języka polskiego i polscy nauczyciele. Po powstaniu styczniowym w 1863 roku, te elementy zostały całkowicie usunięte. Kadrę wymieniono na nauczycieli sprowadzonych z Moskwy i Petersburga. Wśród nich wyróżniał się pedagog Mikołaj Artiuchow, który, jako zwolennik nowoczesnych metod kształcenia, zaczął reformować strukturę szkoły, jednak jego prace przerwała śmierć.

Do 1896 roku struktura i sposób funkcjonowania placówki pozostawały niezmienione. W 1896 roku obok pałacu wzniesiono kompleks zabudowań mieszczących sale wykładowe oraz rekreacyjne, do których przeniesiono edukację. W pałacu pozostały głównie mieszkania przełożonej i nauczycieli, internat oraz biblioteka. W tym samym roku szkołę przekształcono w Białostocki Instytut Cara Mikołaja I, co podkreślono zamontowanym na elewacji frontowej napisem, zainstalowanym po wizycie cara Mikołaja II w Białymstoku w 1897 roku.

Modernizacja przeprowadzona na przełomie XIX i XX wieku pozwoliła instytutowi znacznie poprawić poziom kształcenia, czyniąc go jedną z lepszych szkół żeńskich w Rosji. Po 1905 roku edukację ponownie poszerzono o język polski i nauczanie religii. Ze szkołą związanych było wielu białostockich działaczy społecznych i kulturalnych. Instytut Mikołaja I działał do 1915 roku, gdy został ewakuowany wraz z kadrą i uczennicami do Petersburga, gdzie funkcjonował do rewolucji bolszewickiej, po czym na początku 1918 roku uległ likwidacji.

Pałac Pracy

Sierpień 1920, BiałystokWojna polsko-bolszewicka. Członkowie Polskiego Komitetu Rewolucyjnego – komunistycznego rządu przygotowanego w Moskwie dla wprowadzenia bolszewickiego ładu w Polsce; na zdjęciu: Wisner, Dolecki, Glicki, Skworcow, Feliks Dzierżyński, Julian Marchlewski, Feliks Kon, Szipow, Buchman, Szymański, Rudnicki.Fot. NN, zbiory Ośrodka KARTA[wojna 1920, władza, komunizm, bolszewicy, Polski Komitet Rewolucyjny, polityka, rząd]
29 lipca 1920 roku wojska bolszewickie zajęły Białystok, ustanawiając w mieście Białostocki Komitet Wojskowo-Rewolucyjny. Wydarzenie to miało miejsce w kontekście dramatycznych działań wojennych, gdy polskie oddziały cofały się w kierunku Warszawy, a Armia Czerwona parła na zachód. Od 5 lipca 1920 roku polskie siły cofały się, a wódz naczelny Józef Piłsudski planował zatrzymać bolszewickie natarcie na linii rzek Bug i Narew. W tym kontekście znaczącą rolę miały odegrać twierdza w Osowcu i miasto Białystok. Skoncentrowane w Białymstoku siły polskie miały osłaniać kierunek Grodno – Warszawa, a z okolic Brześcia miało nastąpić decydujące przeciwnatarcie polskich sił. Niestety, miasto nie było przygotowane do obrony przed wojskami nacierającymi od wschodu.

Polski garnizon w Białymstoku, utworzony po 19 lutym 1919 roku, zorganizował grupę pod dowództwem płk. Stanisława Dziewulskiego, który wyruszył na front wschodni. Natomiast batalion Białostockiego Pułku Strzelców zajął kwatery w koszarach przy ul. Romualda Traugutta, skąd wydzielano patrole do pełnienia całodobowej służby. Plany Piłsudskiego upadły po zdobyciu Brześcia i Osowca przez kawalerię bolszewicką, co zmusiło polskie oddziały do odwrotu.

28 lipca 1920 roku polskie siły opuściły Białystok, a policja białostocka pod dowództwem Stanisława Chluskiego osłaniała ich odwrót. 29 lipca wojska bolszewickie zajęły miasto, a Białostocki Komitet Wojskowo-Rewolucyjny rozpoczął swoją działalność. Na jego czele stanął nauczyciel-dziennikarz J. Oszerowicz, a sekretarzem został J. Kowalski. Władze wprowadziły rosyjski i jidysz jako języki urzędowe, powierzały stanowiska administracyjne osobom znającym te języki, upaństwowiły banki i kasy pożyczkowo-oszczędnościowe, oraz oparły aprowizację miasta na przymusowych dostawach.

23 lipca 1920 roku Lenin zdecydował, że po zajęciu Polski władzę przejmie Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski (TKRP), na czele którego stanął Julian Marchlewski. 30 lipca 1920 roku w Białymstoku zajęto Pałac Branickich nazywając go Pałacem Pracy, a następnie ogłoszono Manifest do polskiego ludu roboczego miast i wsi, zapowiadający utworzenie Polskiej Republiki Rad, nacjonalizację ziemi, oddzielenie Kościoła od państwa oraz wzywający do przepędzenia kapitalistów i obszarników.

Marchlewski dotarł do Białegostoku nocą z 1 na 2 sierpnia, a następnego dnia przybyli Feliks Dzierżyński i Feliks Kon, a Edward Próchniak dopiero 5 sierpnia. Nowi dygnitarze otrzymali ponad 2 miliardy rubli na działalność. Jedną z pierwszych decyzji było odwołanie Szypowa i mianowanie Mieczysława Łoganowskiego na jego miejsce. Mimo wprowadzenia polskiego jako języka administracji, społeczeństwo było niechętnie nastawione do nowych władz. Na ulicach wymyślano komunistom, bojkotowano zarządzenia, a chłopi nie wierzyli w obietnice dotyczące nietykalności ziemi chłopskiej. Bolszewicy zamordowali 15 obywateli polskich, w tym wywiadowcę Karola Berenta, właściciela majątku Mieczysława Falkowskiego oraz księdza Ryszarda Knobelsdorfa. W sierpniu, na skutek zbliżania się wojsk polskich, członkowie TKRP uciekli na wschód.

Znowu w ruskie ręce

1 września 1939 roku Polska została zaatakowana przez Niemcy. 17 września nasz kraj otrzymał cios od drugiego sąsiada – Związku Radzieckiego. O trzeciej nad ranem oddziały Armii Czerwonej przekroczyły polską granicę, kierując się na Wilno, Grodno, Nowogródek i Kobryń. Zaskoczeni polscy żołnierze pełniący wartę na pograniczach (wówczas ochroną granic zajmowało się wojsko) szybko ulegli wrogowi. Sytuację pogorszył naczelny wódz Polski, który zalecił unikanie konfrontacji z Sowietami. Po kilku dniach niemiecka armia stała na linii Knyszyn – Białystok – Narew – Hajnówka – Brześć Litewski, podczas gdy po drugiej stronie Białostocczyzny znajdowała się armia rosyjska, która wyparła polskich żołnierzy z Białegostoku w nocy z 21 na 22 września 1939 roku.

Kilka dni wcześniej uzgodniono, że Niemcy ewakuują się z Białegostoku, a miasto zostanie przekazane Rosjanom. Przebieg ewakuacji 20 września 1939 roku w Białymstoku, w Pałacu Branickich, omawiali lokalni dowódcy Armii Czerwonej i Wehrmachtu. Spotkanie zakończyło się uroczystym obiadem na cześć komisji sowieckiej wydanym w Hotelu Ritz. Ostatni akt przekazania miasta w ręce sowieckie odbył się na dziedzińcu Pałacu Branickich. Jego przebieg tak opisywał M. Czajkowski, naoczny świadek tamtych wydarzeń:

„Kompanie honorowe obu obcych wojsk dzielił (a może lepiej byłoby powiedzieć, łączył) wysoki maszt, na którym powiewała czerwona flaga z czarnym, o złamanych ramionach, krzyżem na białym polu. Orkiestra grała 'Deutschland, Deutschland über Alles’. Obie kompanie sprezentowały broń, a flaga ze swastyką zaczęła się opuszczać. Do masztu podszedł oficer sowiecki i założył inną, czerwoną flagę z sierpem i młotem. Obie sojusznicze kompanie prezentowały broń, grano hymn Związku Sowieckiego. Kiedy zawisła flaga na szczycie masztu, podeszli do siebie oficerowie obu wojsk. Odsalutowali wyciągniętymi szablami, schowali je do pochew i podali sobie przyjaźnie ręce. Wreszcie poklepali się poufale. Za chwilę padły komendy z obu stron, kompanie raz jeszcze sprezentowały broń. Po chwili odmaszerowali w swoich kierunkach, a czarne limuzyny zaczęły opuszczać dziedziniec. Za nimi w równych odstępach poruszały się motocykle z żołnierzami Wehrmachtu.”

Era Stanisława Bukowskiego

Stanisław Bukowski urodził się w Rypinie (na Kujawach) w 1904 roku. Tuż przed II Wojną Światową, jako student architektury w Warszawie w 1933 roku otrzymał jako jeden z pierwszych stypendium Wydziału Architektury na roczną podróż zagraniczną. Gdy wrócił został pracownikiem naukowym na wydziale oraz pracował w biurze prof. Przybylskiego. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo wkrótce przeniósł się do Wilna (będącego w Polsce). Tam przebywał do 1945 roku czyli do zakończenia II Wojny Światowej. W Wilnie poznał także swoją przyszłą żonę Placydę.

Po II wojnie światowej Stanisław Bukowski przyjechał do Białegostoku z żoną. Został jednym z trzech architektów, którym powierzono zadanie odbudowy miasta, zniszczonego niemal całkowicie przez Niemców. Przez kolejne 30 lat Bukowski poświęcał się rekonstrukcji zabytków oraz projektowaniu budynków użyteczności publicznej, kościołów i ich wnętrz. Jednocześnie uczył w Liceum, a później w Technikum Budowlanym w Białymstoku.

Najważniejszym dziełem Bukowskiego była odbudowa Pałacu Branickich. W 1947 roku sporządził projekt, mający na celu przywrócenie pałacowi wyglądu z połowy XVIII wieku, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Bukowski marzył, aby odrodzony pałac pełnił rolę muzeum, oddając hołd jego barokowej świetności. Jednak w 1949 roku władze zdecydowały, że budynek zostanie przekazany na użytek Akademii Lekarskiej. Bukowski zaprotestował przeciwko tej decyzji, co spowodowało jego odsunięcie od kierowania własnym projektem. Nagrody i podziękowania za odbudowę otrzymał ktoś inny, co było dla Bukowskiego bolesnym rozczarowaniem.

Dziś to piękny Pałac, ogród, uczelnia i muzea

Dzisiaj Pałac Branickich to prawdziwa perła Białegostoku. Zarówno sam budynek, jak i otaczający go ogród, zachwycają wszystkich odwiedzających. Warto jednak dodać, że to nie wszystko, co to miejsce ma do zaoferowania. Budynek Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku skrywa również dwa muzea, które są niezwykle klimatyczne i interesujące. Pierwsze z nich to Muzeum Historii Medycyny i Farmacji. W zabytkowych wnętrzach dawnego Pałacu Branickich można odkryć tajniki medycyny oraz proces kształtowania się tradycji leczniczych na przestrzeni stuleci. Muzeum oferuje możliwość zanurzenia się w atmosferze apteki z przełomu XIX i XX wieku oraz obejrzenia ekspozycji poświęconej dawnemu aptekarstwu z terenu Podlasia.

Jedna z ekspozycji nosi tytuł „Kamienie milowe białostockiego szpitalnictwa” i zajmuje pomieszczenia na parterze prawej oficyny pałacowej. W XVIII i na początku XIX wieku lewa część tej oficyny służyła celom mieszkalnym, kwaterowano tu gości przybyłych do Branickich oraz oficjalistów. Po śmierci Jana Klemensa Branickiego w 1771 roku, w miesiącach zimowych, pomieszczenia te zamieszkiwała jego wdowa, Izabela z Poniatowskich Branicka. Prawa, niższa część oficyny posiada cechy architektoniczne świadczące o dłuższej historii. W XVIII wieku parter tej części służył jako stajnia, a do dziś zachowały się oryginalne kamienne żłoby końskie z tego okresu. Drugie muzeum znajduje się w piwnicach pałacu, które zostały specjalnie wyremontowane. Pomieszczenie to nie przypomina tradycyjnego muzeum, ponieważ historia pokazana jest w sposób nowoczesny, z zastosowaniem współczesnych technologii multimedialnych.

Podlaska Granica: Wstrząsający film ze świata nielegalnej migracji.

Podlaska Granica: Wstrząsający film ze świata nielegalnej migracji.

Nielegalna migracja na granicy polsko-białoruskiej cały czas kwitnie. Dzieje się tak dlatego, że zapora niestety nie działa tak jakbyśmy sobie życzyli. 5-metroyw płot, setki kamer, perymetria – to nie jest aż tak duża przeszkoda dla ludzi pragnących dostać się do Niemiec. Zdarzają się historię, że ktoś umiera z wycieńczenia, bo zgubił się na podlaskich bagnach. Prawdopodobnie dlatego, że starał się dostać na zachód bez pomocy przemytników. Zostawiony na pastwę losu, ze strachu przed pushbackiem nie wezwał pomocy. To jednak marginalne przypadki. Jak oszacowaliśmy na podstawie zestawienia danych polskich i niemieckich – około 60 proc. przekroczeń granicy mimo zapory jest udana. Jak w praktyce dostać się na zachód? Celem migrantów są przede wszystkim Niemcy, Francja i Wielka Brytania.

Pierwszy przystanek – Turcja

Jeśli jest problem z odtwarzaniem filmu, zjedź na sam dół, by go obejrzeć w alternatywnym odtwarzaczu

Trzeba przede wszystkim wyłożyć pieniądze i w pierwszym kroku dotrzeć do Turcji. Mimo, że kraj ten pobrał od Unii Europejskiej ogromne pieniądze na zatrzymanie nielegalnej migracji, to w praktyce mafia przemytnicza tam kwitnie, która wysyła kilkudziesięcioosobowe grupy na różne Europejskie szlaki. Najpopularniejszy (bo dla najbiedniejszych) to ten znajdujący się w Węgrzech. Aby pokonać tamtejszą zaporę, wystarczą dwie drabiny. Jedna by wejść na płot z drutem kolczastym, druga by zejść. W Polsce ten numer nie przechodzi, bo nie ma tak długich drabin. Niestety i nasza zapora ma słabe punkty.

Do Turcji migranci napływają przede wszystkim obywatele Egiptu, Pakistanu, Afganistanu, Iraku, Iranu czy Syrii. Następnie, po przybyciu do Turcji należy się zgłosić do wybranego punktu. Nie jest to trudne, bo ogłoszeń w internecie na portalach społecznościowych nie brakuje. Ponadto nikt nie wybiera się w taką podróż sam, zwykle to całe rodziny lub znajomi. W kolejnym kroku migranci po sowitym opłaceniu przemytników dowożeni są na granicę z Grecją lub Bułgarią. To akurat najmniej chronione granice, więc z łatwością migranci dojeżdżają aż pod kolejną granicę: Serbsko-Węgierską, gdzie jest podwójna zapora z drutem kolczastym. Mimo, że jest chroniona, to warto wiedzieć, że na Węgrzech jest wysoki poziom korupcji. Ci z najbardziej zasobnym portfelem mogą dostać się do Wiednia, a dalej do Berlina.

Jeśli jest problem z odtwarzaniem filmu, zjedź na sam dół, by go obejrzeć w alternatywnym odtwarzaczu

Z perspektywy nielegalnego migranta taka podróż to prawdziwa mordęga. Przede wszystkim piekielnie upały i prawie 2000 km do przebycia. A ryzyko wpadki jest wielkie, bo do Berlina jest 5 krajów po drodze.

Bogatsi samolotem

Dlatego co bogatsze osoby (lub takie co sprzedały cały majątek) lecą samolotem bezpośrednio z Turcji do Moskwy. Samolot odlatuje nawet co 2 godziny, a czas lotu to 5 godzin. W Moskwie natomiast jest pociąg do białoruskiego Mińska, który jedzie 7 godzin. Zatem w 12 godzin taka osoba co chce do Niemiec łatwo może odbyć pierwszą część wyprawy. Koszt? około 7000 tysięcy złotych – bilety i noclegi. Dla przybyszów ze wspomnianych krajów to jak 2-letnia pensja. A to tylko początek!

Jeśli jest problem z odtwarzaniem filmu, zjedź na sam dół, by go obejrzeć w alternatywnym odtwarzaczu

W kolejnym kroku – należy dotrzeć w okolice zapory. Powyższy film to jedno z wielu ogłoszeń, na jakie mogą z łatwością natrafić nielegalni migranci. Gharnty Game oznacza „wspaniałą zabawę”. Ka sok ze no inbox rabta wakry oznacza, by nie pisać do osoby udostępniającej film w social mediach lecz przetransportować się pod zaporę i czekać. Tak też się dzieje – dziesiątki osób docierają pod polsko-białoruską granicę w Podlaskiem i koczują w lesie. Śpią w śpiworach pod gołym niebem, zdarza się że piją wodę z rzeki. Po drugiej stronie w wyznaczonych miejscach czekają kurierzy, którzy razem z pasażerami docierają do Niemiec lub są łapani przez polskie służby graniczne.

Jeśli jest problem z odtwarzaniem filmu, zjedź na sam dół, by go obejrzeć w alternatywnym odtwarzaczu

Jak wygląda samo przejście przez zaporę? Nie mamy interesu, by ujawniać szczegółowo techniczne minusy tejże inwestycji, lecz należy wspomnieć iż takowe istnieją i są wykorzystywane przez przemytników. W każdym razie, białoruscy pogranicznicy i tamtejsze służby bezpieczeństwa w „odpowiednich” momentach zbierają kilkuosobową grupkę ludzi, następnie w wyznaczonym punkcie trwa przejście przez zaporę. Wygląda to tak jak na poniższym filmie:

Jeśli jest problem z odtwarzaniem filmu, zjedź na sam dół, by go obejrzeć w alternatywnym odtwarzaczu

Teraz migranci muszą biec ile sił w nogach do samochodu kuriera, bo od tego zależy czy zdążą uciec przed polskimi pogranicznikami i bezpiecznie dojechać do Zgorzelca, gdzie przechodzą przez most i mogą rozpłynąć się w tłumie.

Most w Zgorzelcu, którym można swobodnie przejść do niemieckiego Gorlitz.

Alternatywny odtwarzacz:

Część 1:

Część 2:

To 5 najbardziej inspirujących kobiet Podlaskiego
Fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku, ze zbiorów Marii Kolendo

To 5 najbardziej inspirujących kobiet Podlaskiego

Izabela Branicka, Maria Konopnicka, Stefania Karpowicz, Placyda Bukowska i Irena Białówna. Wszystkie wymienione kobiety żyły w czasach, gdy niewątpliwie do powiedzenia mieli najwięcej mężczyźni. Mimo to, swoją wybitną działalnością udowodniły, że mimo ograniczeń swoich czasów, krwawych wojen, zaborów, okupacji mogą tworzyć wielkie rzeczy. Niech będą inspiracją dla wszystkich kobiet dzisiaj, które mają nieporównywalnie więcej praw i możliwości.

Ważny punkt kulturalnej Europy

Izabela Branicka, fot. obrazu Marcello ,Bacciarelli / Wikipedia

Izabela Branicka z Poniatowskich była trzecią żoną hetmana Jana Klemensa Branickiego. Urodziła się 1 lipca 1730 roku, zmarła zaś 12 lub 14 lutego 1808 roku. Do dziś Białystok jej w żaden sposób nie uhonorował, choćby poprzez nazwanie ulicy na jej część. A zasług dla naszego miasta i regionu ma bardzo wiele. Mąż bowiem zajmował się polityką, a w tym czasie hetmanowa urządzała Pałac – dzisiejszą wizytówkę miasta – po swojemu. W XVIII wieku, dzisiejsza stolica Podlaskiego nie była polską prowincją, lecz europejskim miastem. To w Białymstoku gościły śpiewaczki z Wenecji, balety z Włoch, teatry z Niemiec, a także najsłynniejsi pisarze i malarze – Ignacy Krasicki, Julian Uryn Niemcewicz, Elżbieta Drużbacka czy Franciszek Karpiński.

To nie wszystko. Branicka wspierała również białostocką edukację. Dzięki niej powstały w mieście pierwsze szkoły, które wspierała finansowo. Ponadto dzięki niej powstał w Białymstoku instytut akuszerii (położnictwa).

Nie chciała być na utrzymaniu męża

Maria Konopnicka, fot. obrazu Leopold Bude / Wikipedia

Maria Konopnicka z Wasiłowskich urodziła się w Suwałkach 23 maja 1842 roku, zmarła 8 października 1910 we Lwowie. Jej rodzice w Suwałkach zamieszkali rok przed narodzinami Marii. Gdy przyszła pisarka i poetka miała 7 lat, to z rodzicami wyprowadziła się do Kalisza. W dorosłym życiu Konopnicka nie mogła – jak napisała później w jednym ze swych autobiograficznych wierszy – znieść ograniczeń, jakie narzucał jej mąż. Nie chciała być na jego utrzymaniu i nie odpowiadała jej rola gospodyni domowej. W 1876 rozstała się z mężem i podjęła decyzję o opuszczeniu Gusina, w 1877 przeniosła się z dziećmi do Warszawy, gdzie mieszkała do 1890.

Konopnicka oprócz życia z twórczości, działała też w konspiracji i w akcjach społecznych. A to wszystko podczas zaborów. Konopnicka ostatnie 20 lat swego życia mieszkała, żyła i podróżowała z inną kobietą – Marią Dulębianką. Trudno jednak powiedzieć, czy ta relacja miała charakter homoseksualny czy po prostu towarzyski. Jedno jest pewne – było to całkowicie alternatywne od przyjętych wzorców społecznych.

Wspomagała finansowo Skłodowską-Curie i się przyjaźniła

Stefania Karpowicz

Stefania Karpowicz urodziła się 11 stycznia 1876 roku w Wilnie. Rodzicie posiadali jednak majątek ziemski w Janowiczach koło Zabłudowa. Tam młoda Stefania spędziła dzieciństwo. Do nauki sprowadzono jej francuską guwernantkę, która nauczyła dziewczynę języka francuskiego. 8 maja 1893 roku, kiedy miała 17 lat, zmarł jej ojciec. Pochowano go w Białymstoku. W Warszawie pobierała nauki na prestiżowej pensji u pani Jadwigi Sikorskiej, a następnie w szkole średniej również w stolicy. W Warszawie poznała Stefana Żeromskiego i Władysława Reymonta oraz Marię Skłodowską-Curie, z którą się zaprzyjaźniła.

Podczas pobytu w Paryżu pomagała materialnie przyszłej noblistce. Na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie uczęszczała na wykłady z historii Polski, historii powszechnej i historii sztuki. Malarstwa uczyła się u Jacka Malczewskiego i Włodzimierza Tetmajera. Kurs, w szkole sztuk pięknych Teofili Certowicz, ukończyła ze srebrnym medalem. Następnie, w latach 1900-1901, kontynuowała studia malarskie w Monachium, Paryżu oraz Szwajcarii. Po powrocie do majątku Janowicze postanowiła zagłębić się w życie ludu.

W 1903 roku matka Stefanii sprzedała majątek w Janowiczach i kupi 400 hektarów w podlaskim Krzyżewie. Mimo gigantycznej ziemi, był tam skromny dom. To wszystko miało służyć za posag Stefanii, ale ostatecznie ta nigdy za mąż nie wyszła. Za to razem ze swoją matką zbudowała na majątku szkołę rolniczą dla synów średnich i zamożniejszych rolników. Wcześniej razem pojechały do Szwecji i Danii, gdzie tego typu instytucje mogły poznać lepiej i na ich wzór stworzyć coś własnego w Krzyżewie.

Po śmierci matki, Stefania kontynuowała wspólne dzieło. Kolejne 47 lat nauczała we własnej szkole języka polskiego, francuskiego, historii, ogrodnictwa, kultury towarzyskiej i właściwych manier. Była to pierwsza w regionie północno-wschodnim i trzecia na ziemiach polskich placówka oświatowa tego typu. Ze światłem elektrycznym, centralnym ogrzewaniem, wodociągiem, napędzanym konnym kieratem. Szkoła – co ciekawe – posiadała łaźnię, szpitalik i mleczarnię. Masło i sery wysyłano do polskich miast oraz eksportowano do Anglii. Placówka szybko zyskała opinię jednej z najlepszych w Europie.

Za okupacji radzieckiej pani Karpowicz musiała opuścić dwór i pomieszkiwać u okolicznych mieszkańców. Ostatnie 23 lata życia spędziła w pobliskich Roszkach-Ziemakach. Bohaterka z Krzyżewa leczyła bezpłatnie ziołami, sprowadzała na własny koszt lekarza, kupowała lekarstwa dla ubogich, dbała o higienę na wsi. Zwalczała pijaństwo, pomagała dotkniętym wypadkami losowymi, przekazywała drewno na dom lub budynek gospodarski, wyposażała nowożeńców. Jako przedstawicielka inteligencji aktywnie działała w Polskim Towarzystwie Krajoznawczym, radzie opiekuńczej szkół ludowych i ochronek. Propagowała zakładanie kół gospodyń wiejskich, a okolicznej ludności służyła radą i pomocą. Po latach pokojówka wspominała, że Stefania Karpowicz modliła się po francusku i prowadziła rozmowy z gośćmi przybyłymi do Krzyżewa w tym języku. 1931 i 1937 roku została odznaczona przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego Złotym Krzyżem Zasługi.

Stefania Karpowicz zmarła 7 stycznia 1974 roku w wieku 98 lat. Spoczęła na cmentarzu w Płonce Kościelnej, w skromnej mogile obok swojej siostry.

Wszechstronnie uzdolniona artystycznie

Placyda Bukowska

Placyda była artystką – głównie plastyczką oraz malarką. Urodziła się w 1907 roku w Białymstoku. Była tak samo mądra jak i przepiękna. Ukończyła Gimnazjum Żeńskie im. księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej z bardzo wysokimi ocenami. Szczególnie z plastyki oraz religii. Następnie przeniosła się do Wilna – gdzie ukończyła z wynikiem bardzo dobrym Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytety Stefana Batorego. Placyda po studiach zaangażowała się w życie artystyczne. Gdy przyjechała do Białegostoku już z mężem – Stanisławem – zatrudniła się jako nauczycielka w Średniej Szkole Sztuk Plastycznych i Ognisku Plastycznym. Następnie współzałożyła, a potem przez kolejne 25 lat pozostawała członkinią i prezesem Związku Polskich Artystów Plastyków. Placyda w 1946 roku urodziła syna Grzegorza. Niestety dziecko Bukowskich przeżyło tylko kilka miesięcy. W 1950 roku urodził im się kolejny chłopiec – Andrzej. Dziecko miało zespół Downa. To znany białostoczanom Andrzejek spod sklepu Opałek.

Kobieta w swoim życiu tworzyła wyjątkowe witraże (choćby ten na suficie w kościele św. Rocha w Białymstoku), płaskorzeźby, obrazy. Kobieta była wszechstronnie uzdolniona artystycznie. Warto dodać, że nie tylko tworzyła w sferze sacrum. Zajmowała się również projektowaniem scenografii teatralnych, publikowała i aranżowała wystawy przepełnione baśnią i metaforą. Placyda, zmarła nagle na atak serca. 18 grudnia 1974 roku.

Tworzyła białostocką ochronę zdrowia od zera

fot. Piotr Sawicki – Kłodziński / Wikipedia

Białystok zawdzięcza jej zbudowanie po wojnie niemal od podstaw lecznictwa pediatrycznego. Mowa o dr Irenie Białównie, która młodym pokoleniom kojarzy się z urazówką przy ulicy jej imienia. Starsi mieszkańcy natomiast pamiętają ją jako bohaterkę. Organizowała położnictwo, system opieki nad umierającymi niemowlętami, organizowała też pomoc dzieciom i matkom. I to w czasach bolszewickiej Rosji, w czasach gestapo i obozów koncentracyjnych i także w powojennym, kompletnie zniszczonym Białymstoku.

Urodziła się w 1900 roku w Wołgoradzie (wówczas miejscowość nazywała się Carycyn). W dorosłym życiu Irena Białówna zaczęła studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego i od początku interesuje ją pediatria. Dyplom uzyskała w 1927 roku i wówczas zadecydowała, że zamieszka w Białymstoku. A warto wiedzieć, że aktywnie działała na studiach w zakresie rozwoju nauki pediatrii i otrzymała propozycję pracy na uczelni. A mimo to odrzuciła ją i wybrała dzisiejszą stolicę Podlaskiego.

Jedna z jej prac to wolontariat w szpitalu. Najbardziej biednym wykupowała leki i leczyła za darmo. Aż do II wojny światowej pracowała jako pediatra. Gdy trwał koszmar zafundowany Polsce i Europie przez Hitlera, Irena Białówna tworzy punkty opatrunkowe dla mieszkańców i żołnierzy. W dalszych latach okupacji kobieta prowadzi szpital przy ul. Fabrycznej, a gdy ta zostaje wcielona do getta, to ewakuuje się z pacjentami na Warszawską.

Razem z dr Anną Ellert przy szpitalu nielegalnie tworzą zakład opiekuńczy dla maluchów, w którym ukrywają dzieci żydowskie. Dla dzieci powyżej trzech lat tworzą drugi punkt przy Sitarskiej. Pomagają wszędzie, gdzie są potrzebne. To jednak dla Białówny za mało. Działała też w konspiracji, współpracowała z AK, szefuje wojskowej służbie kobiet w AK. Irena Białówna jako jedna z nielicznych przeżyje rozbicie siatki AK przez gestapo, które wymordowało 60 osób z konspiracji. Przesiedziała w piwnicach gestapo, a potem w więzieniu. Tu tez jednak „przesiedzieć” jest mocno na wyrost. Razem z innymi lekarzami leczy współwięźniów. Trudno powiedzieć jak, skoro w takich miejscach nie ma do tego środków, a warunki są bardzo złe. Mimo to opanowała epidemię duru plamistego sama na niego chorując.

To nie koniec koszmaru Białówny. Zostaje wywieziona do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Brzezince. Następnie do Ravensbruck i innych niemieckich obozów. Tam też pomaga współwięźniom, szczególnie matkom z małymi dziećmi. Wystarała się nawet w Birkenau o osobny barak szpitali na chorych dzieci, które dostają dodatkowe porcje żywnościowe.

Pół roku po wyzwoleniu obozu Irena Białówna jest już z powrotem w Białymstoku i tutaj od nowa organizuje opiekę medyczną i szpitalnictwo. Nie jest to zbyt proste, bo brakuje wszystkiego. Do lat. 50 w mieście było oprócz niej tylko dwóch innych pediatrów. Dopiero powstanie w 1950 roku Akademii Medycznej spowoduje, że do Białegostoku przyjedzie sporo lekarzy z Wilna i innych części Polski.

W 1957 roku Irena Białówna została posłem na Sejm. Między czasie i do tego czasu cały czas aktywnie działa w zakresie ochrony zdrowia. Tworzy raz po raz kolejne instytucje, szkoli, buduje i oczywiście leczy. Wybitna białostocka postać, Irena Białówna umiera w 1982 roku, dziesięć lat po przejściu na emeryturę.

Featured Video Play Icon

Kryzys na granicy nie ustaje. Dramatyczna akcja ratunkowa w Puszczy. Nagrano białoruskie służby podczas przemytu ludzi.

Chociaż sami mamy ambiwalentny stosunek do zapory na granicy, to z przyczyn obiektywnych musimy przyznać – gdyby jej nie było, to polskie państwo musiałoby angażować gigantyczne środki w jej ochronę przy pomocy ludzi. A to osłabiałoby nasz potencjał bezpieczeństwa. Rok temu na granicy (mimo braku zapory) było dużo spokojniej z powodu ostrej zimy. Tym razem ta pora roku przebiega spokojnie, więc setki zdesperowanych, nielegalnych migrantów próbują przedostać się do Europy zachodniej.

Przylatują z Afryki i Azji do Moskwy i Mińska. Dostają wizy turystyczne, a następnie – by się nie rozmyślili – służby reżimów dowożą wszystkich pod samą granicę z Polską. Zostało to udokumentowane na powyższym filmie. Jak pamiętamy z ubiegłego roku, sytuacja na tyle się w pewnym momencie zaogniła, że polska policja musiała odpierać masową, nielegalną próbę wtargnięcia ogromnej grupy migrantów. Po tym zdarzeniu zamknięto całkowicie przejście graniczne w Kuźnicy. Przypomnijmy, że wcześniej stosunki między sąsiednimi krajami były na tyle stabilne (mimo trwającej od lat dyktatury na Białorusi), że do Grodna nawet dojeżdżały codziennie polskie pociągi. W ogóle mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Z jednej strony – dyktator Łukaszenko zniósł obowiązek posiadania wizy dla wjeżdżających z Polski do Białorusi, a z drugiej organizuje nielegalny przemyt zdesperowanych ludzi, którzy wierzą w lepsze życie na Zachodzie z zasiłków.

Obecna zapora bardzo ułatwiła ochronę granicy. Przede wszystkich sforsowanie 5-metrowego płotu górą naraża na ogromne kontuzje. Elektronika sprawia, że cała granica w czasie rzeczywistym jest całkowicie monitorowana. Niestety, to cały czas za mało. Istnieje bowiem grupa pewnych osób ogłaszających się jako „Grupa Granica”. Stale funkcjonują po polskiej stronie – tłumacząc, że udzielają pomocy medycznej i prawnej migrantom. Tymczasem Straż Graniczna oskarża „aktywistów” o utrudnianie pracy służbom granicznym.

Skandaliczne zachowanie aktywistów, wspieranych przez jedną ze stacji tv. Nie chcieli podać dokładnej lokalizacji nielegalnych imigrantów. W tym czasie funkcjonariusze SG i strażacy prowadzili wyjątkowo trudną akcję poszukiwawczą na bagnach. Nie mogli odnaleźć osób. Do działań zaplanowano użycie śmigłowca. Dopiero po 2 godzinach zgłosił się mężczyzna, który powiedział, że doprowadzi służby do migrantów. Na miejscu oczekiwali dziennikarze, duża grupa aktywistów oraz 3 obywateli Afganistanu zostali zabrani do szpitala, ich stan zdrowia jest dobry. Czy bagna i rzeki graniczne, gdzie nie ma bariery, to miejsce spotkań nielegalnych imigrantów z aktywistami? Czy warto ryzykować zdrowie i życie cudzoziemców oraz funkcjonariuszy dla medialnego show? – przeczytać mogliśmy na Twitterze Straży Granicznej.

Tymczasem wspomniana Grupa Graniczna tłumaczy na swoim Facebooku – że wspomniani mężczyźni byli w złym stanie zdrowotnym. Na miejscu lekarka z tejże grupy po zbadaniu mężczyzn uznała, że natychmiast wymagają hospitalizacji. Dwóch nielegalnych migrantów co jakiś czas traciło przytomność, a kontakt z nimi był już właściwie niemożliwy. Zgodnie z relacją lekarki, jeden z mężczyzn był w szczególnie złym stanie, chorował na nadczynność tarczycy, od kilku dni nie zażywał leków. Miał obniżoną temperaturę ciała i zaburzone pozostałe parametry zdrowotne i skrajne odwodnienie. Dwukrotnie wymiotował. Drugi mężczyzna również był odwodniony oraz skrajnie wychłodzony.

Grupa tłumaczy też, że wezwano służby, ale te dotarły po 3,5 godziny ze względu na trudne warunki. Wyprowadzenie poszkodowanych z trudnego bagnistego terenu zajęło około 3 godzin przy pomocy kilkudziesięciu strażaków. Ostatecznie poszkodowani trafili do szpitala w Hajnówce.

Warto dodać, że Grupa Granica – to aktywiści, którzy nie są żadną formalną organizacją. To po prostu grupa ludzi, która umówiła się, że będzie odbierać sygnały od nielegalnych migrantów i im pomagać. Problem polega na tym, że dopóki nielegalni migranci będą wiedzieli, że warto próbować, to będą to robić. Warto tu przywołać przykład naszego sąsiada z Litwy. Tam również występował taki sam problem co w Polsce. Nielegalni migranci próbowali szczęścia przekraczając także granicę białorusko-litewską. Bałtyccy sąsiedzi również odgrodzili się od Białorusi, tam jednak nie ma aktywistów, bo obywatele zgodnie zdają sobie sprawę, że nielegalny przemyt ludzi to gra dyktatora oraz że litość wzmagać będzie przemyt. Efekt? W grudniu 2022 dochodziło tam tylko do pojedyncze przypadków przekraczania granic. Praktycznie wszyscy kierują się w stronę Polski. Dlaczego? Bo tu są podziały na zwolenników i przeciwników. Organizatorzy przemytu doskonale sobie zdają z tego sprawę.

Dlatego kryzys na granicy skończy się dopiero, gdy oprócz tej stalowej, 5-metrowej bariery z elektroniką, granica będzie chroniona także przez własnych obywateli. Co innego pomagać w potrzebie, a co innego dawać nadzieję, że dojazd do Niemiec się uda i nie współpracować z polskimi służbami.

Niezwykłe znalezisko na dziedzińcu Pałacu Branickich. Było płytko pod ziemią.

Niezwykłe znalezisko na dziedzińcu Pałacu Branickich. Było płytko pod ziemią.

Fragmenty naczyń z XVI wieku, moneta z XVII wieku – to najnowsze znaleziska archeologiczne, które ujawniono na terenie dziedzińca Pałacu Branickich w Białymstoku. To pierwsze badania prowadzone z tej strony Pałacu. Wcześniej kopano w ogrodzie. Zaczęło się od badań georadarem, który w obecnym miejscu prac archeologicznych pokazał pewne anomalia. Po nitce do kłębka dokopano się do artefaktów z przeszłości. Co ciekawe nie trzeba było zbyt głęboko zanurzać łopat. Na przedmioty natrafiono po zdjęciu pierwszych warstw ziemi.

Warto przypomnieć, że wcześniej badania prowadzono w ogrodach. Podczas prac wydobyto sześć oryginalnych, zdobionych elementów kamiennych balustrad i zwieńczenia pilastra na fasadzie pałacu z XVIII wieku, wykonanych z piaskowca. Jako ciekawostkę należy dodać, że odkryto wówczas także ślady użytkowania jeszcze sprzed powstania ogrodu, datowane na XVI i XVII wiek. Archeolodzy znaleźli trzy jamy, fragmenty ceramiki oraz ułamek kafla z przełomu XVI i XVII wieku z herbem „Ogończyk”. Należał do pierwszego budowniczego zamku obronnego, który znajdował się w tym samym miejscu przed zbudowaniem Pałacu przez Branickich.

Jesteśmy przekonani, że to nie koniec znalezisk. Szczególnie jeżeli przejdzie plan władz uczelni, by pod dziedzińcem wybudować aulę. Wtedy skarbów z przeszłości może znaleźć się dużo więcej. Do tego jeszcze jednak długa i niepewna droga.

Czy znacie te podlaskie miasteczka? Jedno ma granice jakby było puzzlem.

Czy znacie te podlaskie miasteczka? Jedno ma granice jakby było puzzlem.

Województwo Podlaskie jest jednym z szesnastu w Polsce i składa się z 14 powiatów i trzech miast na prawach powiatu – czyli gmin, w których prezydent jest jednocześnie starostą. To Białystok, Łomża i Suwałki. Dlatego powiat suwalski to nie to samo co Suwałki, powiat łomżyński to nie Łomża, a białostocki nie jest Białymstokiem. Te wszystkie informacje są w miarę znane większości, ale gdyby tak zapytać o podlaskie gminy, to tutaj znajomość raczej ograniczałaby się do własnej i sąsiednich.

Tymczasem nasze województwo składa się aż ze 118 gmin. Być może niektórzy nie wiedzą o ich istnieniu. Szczególnie że 78 z nich to gminy wiejskie, a oznacza to, że w ich obrębie znajdują się tylko wsie. Mamy też 27 gmin miejsko-wiejskich, czyli takich gdzie są wsie, ale też jest jakieś miasto. Co ciekawe, mimo 14 powiatów mamy tylko 10 gmin miejskich. W powiecie bielskim są aż dwie takie gminy – Bielsk Podlaski i Brańsk. Natomiast Sokółka i Mońki są gminami miejsko-wiejskimi. Białystok, Łomża i Suwałki są miastami na prawach powiatu, więc nie są ani gminą miejską, ani miejsko-wiejską, ani wiejska.

Im gmina jest aktywniejsza, tym więcej osób o niej wie. A co z tymi, o których przeważnie słyszeli tylko jej mieszkańcy i sąsiedzi? Warto również i o nich coś napisać. A to dlatego, że czasem znajdują się w nich interesujące miejsca do odwiedzenia. Tam gdzie potencjalnie „nic nie ma”, również może się skrywać coś ciekawego. I właśnie w ten sposób chcielibyśmy Wam przedstawić niektóre podlaskie miasta, które nie są tak znane jak stolice powiatów.

Czy to miasto w Niemczech?

fot. UM Lipsk

Gdy wpiszemy w Google: Lipsk, to mapy pokażą nam miasto w Niemczech. Jest ono popularniejsze od naszego za sprawą drużyny piłkarskiej RB Lipsk. My mamy natomiast Biebrzę Lipsk. W naszym podlaskim miasteczku, położonym nieopodal Augustowa znajduje się okazała neogotycka, katolicka świątynia, która przypomina białostocką katedrę. Jednak najbardziej znana dla ludzi z okolic jest wielka pisanka, która nawiązuje do regionalnej tradycji tworzenia przepięknych malowideł na jajkach wielkanocnych.

Kwadratowy park

fot. PanSG / Wikipedia

Szczuczyn to miasto położone nieopodal Grajewa. Jeżeli tam kiedykolwiek traficie, to zapewne znajdziecie się w głównym punkcie miasta czyli kwadratowym parku pośrodku miejskiej zabudowy. Jedno jest pewne – bardzo tam spokojnie. Mimo interesującej historii miasta, dziś pozostało kilka zabytków. Z czego ten najstarszy z 1690 roku nie wygląda zbyt ciekawie. To po prostu budynek murowany przy wspomnianym wyżej parku na Placu Tysiąclecia. Numer budynku to 1. Na szczęście miasto ma też inne ładniejsze zabytki. Pod względem atrakcji lepiej prezentuje się to co jest poza miastem. Szczególnie pagórkowate tereny, gdzie możemy podziwiać piękne widoki.

Taka stacja to skarb!

fot. Przykuta / Wikipedia

Kolejne miasteczko, którego możecie zbytnio nie kojarzyć to Kleszczele w powiecie hajnowskim. Tam znajduje się przepiękna, drewniana, niestety nieczynna stacja kolejowa z 1900 roku. W miasteczku jest także biała cerkiew z niebieskim dachem, a także kościół katolicki. Na oba budynki warto oko zawiesić. Położenie Kleszczel jest dosyć dobre – bo leżą one na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Niedaleko jest także do granicy województw Podlaskiego z Mazowieckiem i Lubelskiem. A po drodze same piękne, górzyste tereny.

Idealne dla wędkarzy

Stawiski / fot. Sylwester Górski / Wikipedia

Powiat kolneński ma w swoich zasobach oprócz Kolna oczywiście także Stawiski. Główną atrakcją miasta jest ichniejszy zalew, po którego środku prowadzi pomost. Idealne miejsce dla wędkarzy, a także wszystkich tych, którzy chcą odpocząć w ciszy i spokoju. Można także latem plażować.

Tam gotował Robert Makłowicz

Fani Wiedźmina doskonale znają Novigrad, a tymczasem my w Podlaskiem mamy Nowogród. Najciekawszym miejscem, które naprawdę warto tam zobaczyć jest skansen kurpiowski. Na miejscu możecie zobaczyć 34 różne obiekty – dawne chałupy, spichlerze, kuźnia, młyn wodny, wiatrak czy nawet dworek. W ostatnim czasie jeden z odcinków w naszym województwie nagrywał tam Robert Makłowicz. W mieście znajduje się także wielki schron bojowy.

Miasto puzzel

Dąbrowa Białostocka położona niedaleko Sokółki to miejsce, które możemy odwiedzić razem ze wspomnianym Lipskiem. Oba miasta są sąsiadami. Pierwsze, na co zwróciliśmy uwagę, to ciekawe granice miasta. Wyglądają jak puzzel! Główną atrakcją miasta jest stary wiatrak oraz piękny neoromański kościół i drewniana, prawosławna kapliczka na cmentarzu.

Mamy nadzieję, że wszystkie miejsca uda Wam się odwiedzić.

Tajemnicza postać robi furorę. Mała wieś stała się atrakcją dzięki dziełom lokalnego rolnika – artysty.
fot. S. Nicewicz

Tajemnicza postać robi furorę. Mała wieś stała się atrakcją dzięki dziełom lokalnego rolnika – artysty.

Maleńka wieś Knyszewicze na Podlasiu stała się ostatnio lokalną atrakcją turystyczną za sprawą jednego z mieszkańców. Ludzie zatrzymują się pod jego domem, by zrobić sobie zdjęcie. Nawet skusili się na to żołnierze stacjonujący nieopodal.

fot. S. Nicewicz

Knyszewicze leżą nieopodal Sokółki, Krynek, a także ostatnio głośnego za sprawą kryzysu na granicy – Usnarza. Mimo, że pojawili się żołnierze w okolicy, to czas nadal płynie powoli. Jeden z mieszkańców – Stanisław Nicewicz raz po raz urozmaica innym wiejskie życie. Ostatnia jego atrakcja to betonowa, tajemnicza postać trzymająca lampion. Powstała jesienią 2020 roku. Jednak rozgłos zyskuje powoli – za sprawą poczty pantoflowej. Oprócz jej, na zewnętrznej ścianie domu Stanisława Nicewicza znajdują się wyjątkowe obrazy jego autorstwa. Całość tworzy wyjątkowy klimat. Latem postać miała na sobie dodatkową pelerynę, na której było napisane „Nie musiałbym opanowywać swojego gniewu, gdyby ludzie opanowali swoją głupotę”. Daje do myślenia prawda? Mimo, że postać wygląda dosyć poważnie, to wzbudza ogólną wesołość. Nawet ostatnio przejeżdżający żołnierze postanowili zrobić jej pamiątkowe zdjęcie. Nie brakuje też chętnych na selfie.

Stanisław Nicewicz to człowiek wielu talentów. Jak widać potrafi nie tylko malować świetne obrazy, rzeźbić wielkie betonowe postacie, ale też zajmuje się hodowlą kóz i pszczół. Co ciekawe jest z zawodu… informatykiem. Swoim znajomym na Facebooku regularnie serwuje bardzo trafne prognozy pogody… z własnej stacji meteo!

fot. S. Nicewicz

Warto też wspomnieć o samych Knyszewiczach. Na wzniesieniu nieopodal wsi zachował się XVIII-wieczny, kuty w kamieniu krzyż nagrobny. Jest to rudyment cmentarza cholerycznego. Ze względu na swoje nietypowe kształty jest on określany mianem baby kamiennej. W Knyszewiczach i w sąsiednich Harkawiczach znajdują się cmentarzyska ze stelami, dzięki odnalezionym monetom – szelągom Jana Kazimierza – datowane na XVII wiek. W obu wsiach archeolodzy odkryli po dziesięć szkieletów, głównie dzieci. Z tego względu, we wsi prowadzono projekt badawczy – „Mogiłki pogranicza”.

Featured Video Play Icon

Czy można dopłynąć z Łomży do Białowieży? Im to się udało!

W czerwcu 1927 roku w łomżyńskim czasopiśmie Życie i praca można było przeczytać relację z przepłynięcia łodzią z Łomży do Białowieży. Czterech śmiałków, uczniów 8-klasy zdecydowało się na tą wyjątkową wyprawę. Cała trudność polegała na tym, że trzeba było całą drogę wiosłować pod prąd. A dystans między dwoma miejscowościami jest spory. Lądem to 150 kilometrów. Rzecznymi zakolami? Dużo więcej.

– Któregoś dnia (było to jeszcze w kwietniu) przyszła mi do głowy myśl urządzenia wycieczki do Białowieży – łódką – tak zaczyna się relacja z tego wyjątkowego wydarzenia. Oczywiście chętnych było bardzo wielu, z pośród których ostatecznie miało jechać 4-ch. tj. Jarocki Stanisław, Kraszewski Kazimierz, Stilter Andrzej i ja (Jan Kazimierz Wiszniewski – dop. red). Było więc nas czterech żądnych przygód, nowych wrażeń, miłujących życie koczownicze – a takim jest właśnie jazda łódką w nieznane okolice, jazda pełna niewygód i trudów. – można było przeczytać w Życiu i praca.

Po otrzymaniu świadectw w niedzielę 19 czerwca, od poniedziałku rozpoczęliśmy przygotowania do podróży. Niezbędna była dla nas dokładna mapa, którą też otrzymaliśmy od p. Krauzego, okazującego wielkie dla naszej wyprawy zainteresowanie; był na tyle dobry, że we środę o godz. 5-tej pożegnał nas nas przystani. Zakupiliśmy na drogę prowiantów (2 klg. słoniny, 5 klg. ryżu, 5 klg. cukru, kakao, kawy, makaronu, soli, i t. d.), finanse też nie przedstawiały się zbyt skromnie – mieliśmy więc wszystko, co jest potrzebne na 2-u tygodniową wycieczkę. Rankiem 22 czerwca siedzieliśmy już w łodzi.

W szybkiem tempie minęliśmy most, Starą Łomżę, Szur, które groźne, zdradliwe wiry oglądaliśmy w godzinę po wyjeździe. Przed Siemieniem, chcąc się upewnić co to za wieś zapytałem jakiegoś rybaka o nazwę. Ten się odwrócił, przyjrzał chałupom jakby pierwszy raz je widział i ostatecznie mruknął coś niezrozumiale. Ciekawe, że wszyscy chłopi niechętnie patrzą na wycieczkowiczów, a pytania ich uważają za kpiny. 

Minęliśmy rozsiadłe nad rzeką Niewodowo, Siemień, Rakowo-Czachy, Rakowo-Boginie i o 11-ej zatrzymaliśmy się na śniadanie przed Krzewem. Śliczne brzegi ma Narew w odcinku Krzewo – Bronowo. Samo Krzewo ma bardzo ładne położenie: chaty, rozrzucone na dość wysokich wzgórzach, porośniętych lasem, łyskają pośród zieleni bielą ścian, dalej zaś nieco lewy brzeg porastają bujne trzciny i wysokie trawy, które znowu są podszyciem pięknych olszyn. Tutaj zauważyliśmy pierwszy raz 2 jastrzębie unoszące się ponad wierzchołkami – ptaki, które potem będziemy często spotykać.

Na noc zatrzymaliśmy się w Złotorji, w smutnem dla nas miejscu, gdyż tutaj gwoli dogodzenia podniebienia wydaliśmy aż 5 zł. i kazaliśmy sobie usmażyć rybek. Dobre, bo dobre, ale jak przyrządzane! Pierwszy raz widziałem takie barbarzyństwo! Z żywych, rzucających się jeszcze, zeskrobywała gospodyni wbrew naszym protestom łuskę, następnie żyjącym wyjmowała wnętrzności i, co jest potworne, biedne te nieme stworzenia rzucały się jeszcze na gorącej patelni, przetrzymywane nożem (żeby nie upadły na podłogę) przez gospodynię.

Minęliśmy Izbiszcze, Topilec, Bokiny, Uhowo, znajdujące się po przeciwnej stronie mostu kolejowego w Łapach i w tem ostatnim mieście urządziliśmy dwugodzinny postój. Miasteczko małe, nieciekawe, właściwie tylko stacja kolejowa z solidnemi zabudowaniami stacyjnemi. O godz. 16-ej wyruszyliśmy dalej. Ludność tu zupełnie inna, niż tam w dole Narwi! Odcinek Łomża -Białowieża z biegiem rzeki można podzielić na 3 części. Łomża – Waniewo – ludność na wskroś polska, katolicka, Waniewo – Suraż – daje się już słyszeć język ruski, większość jest jednak Polaków – katolików, Suraż-Białowieża – o, tutaj wszystko na każdym kroku przypomina Białoruś, ale o tem później! Jakież było moje zdziwienie, gdy po raz pierwszy przed Waniewem otrzymałem na swe pytanie ruską odpowiedź! Później zdarzało się to coraz częściej i częściej, tak że w końcu dziwiłem się, gdy słyszałem polski język!

Bardzo chętnie rozmawiałem z chłopami, spotykanymi w drodze, wiedząc że tylko w ten sposób poznam ich charakter i obyczaje. Rozumieliśmy się doskonale mimo, że ja mówiłem do nich po polsku, a oni zaś do mnie po białorusku!

Nigdzie nie spotkałem tyle uprzejmości, co w Narwi na plebanji. Wielebny ksiądz proboszcz tyle nam okazał serca, tak serdecznie z nami rozmawiał, że wprost zawstydzeni byliśmy Jego uprzejmością! Spotkała nas tu prawdziwa, staropolska gościnność!

Już widać Białowieżę! Czerwieni się na zielonem tle drzew zameczek myśliwski b. cara Mikołaja II, obecna własność Państwa Polskiego. Muszę się przyznać, że niekiedy wątpiłem czy dojedziemy łodzią do samego miejsca, tak niektóre przeprawy były ciężkie. Jeszcze ostatni wysiłek – i jesteśmy w Białowieży. Zatrzymujemy się na brzegu, a tymczasem coraz więcej osób zbiera się i z zaciekawieniem nam się przygląda.

Cała wyprawa trwała 17 dni. Z Łomży do Białowieży uczniowie płynęli 9 dni. Potem odpoczywano 3 dni. Droga powrotna z prądem była już dużo szybsza. Trwała 5 dni.

Powyższe fragmenty z czasopisma Życie i praca – numer 29-39 z 1927 roku. Poniżej pełny artykuł.

Tytuł: Życie i Praca : organ informacyjno-społeczny poświęcony sprawom Ziem Województwa Białostockiego. R. 4, 1927, numery 29-39

Wydawca / drukarz: Michał Piaszczyński

Miejsce wydania / druku: Łomża

Data: 1927

Język: polski

Typ źródła: czasopismo

Lokalizacja oryginału: Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie

Ksiądz zginął przez sedes na drodze. Tak radziła szeptucha?
fot. Archiwum Policji / Sedes stał na środku jezdni.

Ksiądz zginął przez sedes na drodze. Tak radziła szeptucha?

2 maja 2009 roku. Całą Polskę obiegła bulwersująca historia z Podlasia. Prawosławny ksiądz Tomasz Lewczuk wracał razem z żoną i dziećmi samochodem do domu w Hajnówce z Warszawy. Tego dnia przejechali kilkaset kilometrów swoją skodą octavią. Gdy dojechali do Bielska Podlaskiego napisali SMS do rodziców, że lada moment będą. Około godz. 22, kilka kilometrów przed Hajnówką, nieopodal skrzyżowania z drogą do Nowoberezowa, zobaczyli na środku drogi… sedes. W ostatniej chwili próbując ominąć przeszkodę, a jednocześnie gwałtownie hamując, ksiądz stracił panowanie nad autem i uderzył w nim w drzewo. 33-letnia żona i ich kilkuletnie dzieci wyszły praktycznie z tego bez szwanku. 38-letni duchowny zmarł po tygodniu w szpitalu.

Znalazł się właściciel sedesu

Po wypadku od razu zaczęto dochodzić kto i po co zostawił sedes na drodze. Oskarżono… Szeptuchę, która miała rzekomo poradzić jednemu ze swoich „pacjentów” takie działanie na złe uroki. Później się okazało, że o postawienie sedesu na drodze oskarżył brat swoje siostry, które miały rzekomo w ten sposób go „zaczarować”, a trafiło na batiuszkę.

A było to tak: Po 6 tygodniach od wypadku udało się ustalić… właściciela sedesu. Na komisariat w Hajnówce zgłosił się Stefan K., który udzielił informacji, że sedes był jego. Sanitariat miał zostać skradziony ze wsi Istok, z posesji jego nieżyjących rodziców. Według zgłaszającego sedes miał zostać wywieziony przez dwie siostry, które chciały w ten sposób rzucić na niego urok. Takie działanie miała doradzić im szeptucha. Zaskoczeni opowieścią policjanci… uwierzyli mężczyźnie i zaczęli dochodzenie.

Motywem „rzucenia uroku” miał być majątek Stefana K. Po tym, gdy się dorobił i wybudował dom, siostry z zazdrości miałyby rzekomo chcieć, by znów był biedny. Co na to siostry? Wytłumaczyły, że z bratem nie rozmawiają 8 lat, po tym, gdy ten po śmierci wujka zagarnął dla siebie zasiłek pogrzebowy. Potem było tylko gorzej. Rodzice trójki zapisali na nich majątek bez wyróżniania komu co. Po śmierci zaczęło się prawdziwe piekło.

Jedna z sióstr na łamach lokalnej prasy wspominała, że policja przez wiele godzin wypytywała ją na komendzie o ten sedes, a nawet próbowano ją nakłonić, by się przyznała. Całe przesłuchanie było dla niej traumatycznym przeżyciem. Drugą siostrę także przesłuchano. Ani jedna, ani druga siostra nie przyznała się. Żadnej z nich też zarzutów nie postawiono. W tym czasie brat rozgłaszał wszędzie, że to one są winne śmierci duchownego.

Porada szeptuchy?

Tak też mówiono w całej Polsce – że to szeptucha kazała postawić sedes na drodze, przez co zginął człowiek. Doszło do tego, że zdesperowana policja zaczęła sprawdzać ludzi wykrywaczem kłamstw. Próbowano też wyjaśnić sprawę przesłuchując okoliczną młodzież, czy aby nie postawiono sedesu dla żartu. Rozpytywano także szeptuchy z okolicznych wiosek. Kluczową informacją, która mogła skłonić policję do wersji z szeptuchą była zawartość sedesu. Z plotek wiadomo, że sanitariat nie był pusty. Mogła tam znajdować się na przykład butelka wódki, która zniszczona rzekomo miała przerwać pijaństwo. Policja nie chciała zdradzić co tam było. Udało się też ustalić, że sedes z Istoku kilka godzin przed wypadkiem jeszcze stał na posesji.

Policjanci nie odpuszczali. Oprócz badań wykrywaczem kłamstw, przeprowadzono nawet eksperyment procesowy, analizowano DNA. Nawet doszło do postawienia zarzutów jednej z sióstr, ale niczego nie udowodniono. Brat po roku od sprawy nadal utrzymywał, że winna jest siostra. Był zdziwiony, że nie potwierdza tego wariograf. Do tego, według niego moment zabrania sedesu miała widzieć sąsiadka z posesji obok.

Dwa lata po śmierci 38-letniego księdza Tomasza Lewczuka prokuratura umorzyła śledztwo. Nie udało się ustalić, kto sedes postawił na środku prostej drogi. Ostatecznie uznano, że był to chuligański wybryk zrobiony dla żartu.

Featured Video Play Icon

Puszcza Białowieska na weekend. 15 najlepszych atrakcji Białowieży i jej okolic.

Puszcza Białowieska to jeden z najstarszych lasów w Europie. Stanowi relikt pierwotnych krajobrazów, które dominowały w naszym regionie i jego okolicach. Żyją tu nie tylko żubry, ale też wilki czy rysie, czyli przepiękne drapieżniki ceniące sobie wolność i intymność. Unikają kontaktu z ludźmi i potrzebują ogromnych obszarów do życia. Puszcza Białowieska to także mnóstwo gatunków ptaków, owadów i roślin. Dodajmy, że nasz podlaski skarb znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO od 1976 roku. To wszystko sprawia, że Białowieża i jej okolice są miejscem wyjątkowym o każdej porze roku. Dlatego też przedstawiamy Wam najlepsze atrakcje Puszczy Białowieskiej, najlepsze atrakcje Białowieży i jej okolic. Artykuł ten będzie uniwersalny i pasować będzie na każdą porę roku.

Białowieski Park Narodowy

graf. Białowieski Park Narodowy

Zacznijmy od samego serca Białowieży, czyli Białowieskiego Parku Narodowego. Warto jednak zacząć od podstaw. Puszcza Białowieska znajduje się częściowo w Polsce, a częściowo na Białorusi. W polskiej części znajduje się Obszar Ochrony Ścisłej, Obręb Ochronny Hwoźna, Rezerwat Przyrody. Puszcza to także Nadleśnictwa i zwykłe lasy gospodarcze. Siedziba Białowieskiego Parku Narodowego znajduje się w Białowieży i sama w sobie atrakcją nie jest, lecz jej położenie i sąsiadujące atrakcje już tak. Warto dodać, że jeżeli planujecie spędzić weekend w Białowieży, to zaplanujcie wcześniej najlepsze miejsce noclegowe.

Park Pałacowy w Białowieży

Siedziba Parku otoczona jest Parkiem Pałacowym. Przepiękne, przyrodnicze miejsce idealne na długie spacery. Można wejść od ul. Parkowej, gdzie znajduje się piękna drewniana brama lub też od ul. Kolejowej, gdzie znajduje się całe turystyczne centrum. Warto skorzystać z usługi przewodnika, który tam w pobliżu czeka na chętnych do oprowadzania.

Muzeum Przyrodniczo-Leśne

Na terenie Parku Pałacowego w Białowieży znajduje się Muzeum Przyrodniczo-Leśne. Jest ono częścią siedziby Białowieskiego Parku Narodowego. Instytucja jest najstarszym muzeum w polskich parkach narodowych i równocześnie najstarszym, czynnym muzeum województwa podlaskiego. Jego tradycje sięgają okresu międzywojennego, a w swoich zbiorach posiada wiele cennych kolekcji naukowych i rzadkich okazów.

Zwiedzający idą specjalną ścieżką, po której mogą zapoznać się z najbardziej charakterystycznymi dla Puszczy zbiorowiskami leśnymi, procesami ekologicznymi i zjawiskami przyrodniczymi. W części kulturowej ekspozycji zobaczyć możemy sposoby historycznego użytkowania Puszczy na przestrzeni wieków: sianokosy, bartnictwo, przerób drewna na terpentynę czy węgiel drzewny.

Muzeum Przyrodniczo-Leśne to także stale zmieniające się wystawy czasowe, wieża widokowa

Dworek Gubernatora Grodzieńskiego

Jest to najstarszy budynek w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Wybudowano go w 1845 r. Od lat tłumnie odwiedzany jest przez turystów. Obiekt powstał w miejscu dworu króla Augusta III Sasa. Zatrzymywali się w nim znane postacie polityki, w tym sam car Aleksander II. Pierwszym gościem był generał-gubernator Fiodor J. Mirkowicz, który przybył do puszczy na polecenie cara w związku z planowanym polowaniem na żubry. W okresie I Wojny Światowej Dworek pełnił funkcję szpitala a potem kasyna oficerskiego. Po odzyskaniu wolności stał się gospodą. Przez 5 lat budynek używany był również jako przedszkole. Dziś mieści się tu Ośrodek Edukacji Przyrodniczej Białowieskiego Parku Narodowego.

Cerkiew w Białowieży

Podczas zaborów świątynia została okrzyknięta najpiękniejszą w całej guberni. Imperator Aleksander III postanowił ją zafundować, lecz sam efektów końcowych nie doczekał. Był to wiek XIX. I choć na szczęście czasy zaborów i carów już minęły, toteż piękno cerkwi nie przeminęło, a w szczególności detal z cegły. Świątynia znajduje się w centrum Białowieży na wzniesieniu przy ul. gen. Waszkiewicza.

Rezerwat Pokazowy Żubrów

Mimo swojej nazwy, w rezerwacie są także inne zwierzęta. Rezerwat pokazowy znajduje się koło Białowieży. To doskonałe miejsce by spędzić trochę czasu na łonie przyrody, a także by poobserwować dzikie zwierzęta z bliska. Obecny rezerwat pokazowy żubrów o powierzchni 27,9 ha powstał w 1937 r. i początkowo był miejscem restytucji tarpana leśnego. Od chwil i zaniechania w tym rezerwacie prac nad restytucją tarpanów i utworzenia w 1955 r. zagrody dla żubrów rezerwat ten spełnia rolę obiektu turystycznego. W rezerwacie, w warunkach zbliżonych do naturalnych, eksponowane są żubry, koniki polskie typu tarpana, łosie, jelenie, sarny, dziki, żubronie (krzyżówka żubra z bydłem domowym), wilki i ryś.

Rezerwat Biosfery Obręb Ochronny Orłówka

fot. Białowieski Park Narodowy

Jest to najcenniejsze przyrodniczo miejsce w całej Puszczy Białowieskiej. Dlatego można tam wejść wyłącznie z przewodnikiem. Rosnący las w rezerwacie powstał bez ingerencji człowieka. Mamy więc rzadką okazję zobaczenia w nim całego cyklu życiowego drzewa: od siewki, po spróchniałe, obumierające drzewa kończące już swoje życie. Ogromna ilość starych, leżących drzew zaskakuje prawie każdego, kto po raz pierwszy odwiedza rezerwat. To właśnie

z tego pozornego nieporządku bierze swoje źródło unikalność, olbrzymia wartość, niewyobrażalne bogactwo i różnorodność występujących tutaj form życia. Obręb Ochronny Orłówka położony jest w odległości ok. 1 km na północ od Parku Pałacowego.

Rezerwat Krajobrazowy

Jeden z kurhanów w kwadracie 387C, fot. Stormbringer76 / Wikipedia

Ten rezerwat skupia się natomiast na wyjątkowości krajobrazu Puszczy Białowieskiej. Możemy w nim obserwować całą reprezentację kompleksu. Łącznie 17 różnych zbiorowisk leśnych. Ponadto w rezerwacie znajduje się 37 kurhanów datowanych od X do XIII wieku. Jest tam także wzniesienie o wysokości 183 m n. p. m. Przez rezerwat biegnie szlak turystyczny – zielony.

Rezerwat Lasy Naturalne Puszczy Białowieskiej

To jeden z młodszych rezerwatów Puszczy, bo wpisany na listę dopiero w 2003 roku. Szczególnymi cechami ochrony obszaru są działania mające na celu zachowanie ze względów naukowych dydaktycznych i krajobrazowych lasów naturalnych i zbliżonych do naturalnych, typowych dla Puszczy Białowieskiej łęgów i olsów oraz siedlisk leśnych z dominacją starych drzewostanów z dużym udziałem olszy, dębu, jesionu, a także licznych gatunków rzadkich i chronionych roślin zielnych, grzybów i zwierząt oraz utrzymaniem procesów ekologicznych i zachowaniem różnorodności biologicznej.

Rezerwat Wysokie Bagno

Jak sama nazwa wskazuje ten rezerwat skupia się na bagnach. Powstał w celu zachowania naturalnego boru świerkowego na torfowisku oraz odcinka zatorfionej doliny rzeki Narewki ze stanowiskiem bobrów. Mało kto sobie zdaje sprawę jak ważną rolę w środowisku pełnią bagna.

Wysuszone bagno spowoduje, że zaczną na nim wyrastać krzewy oraz drzewa. Przez to zagrożone będzie funkcjonowanie zwierząt i ptaków, które w takim terenie żerują. Warto wiedzieć, że brak ptaków może istotnie wpłynąć na brak roślin, gdyż wiele gatunków zarówno bierze udział w zapylaniu kwiatów jak i w rozsiewaniu nasion. Ponadto odchody ptaków stanowią nawóz. Bez bagna doszłoby do mocnej degradacji środowiska.

Szlak Dębów Królewskich

Powstał on w 1978 r. dla ochrony cennych zbiorowisk. Prowadzi przez majestatyczne wiekowe rośliny, a każdą z nich nazwano imieniem królów polskich i litewskich, co nadaje im indywidualny charakter. Liczą one od 150 do 500 lat. Wędrując po szlaku poznamy historię Puszczy Białowieskiej, Litwy i Polski od XII do końca XVIII w. Szlak przystosowano do potrzeb osób niepełnosprawnych. Stworzono bowiem kładkę dla wózków oraz tabliczki informacyjne opatrzone znakami w alfabecie Braille’a. Modernizacja przyniosła również parking i deszczochron. W Uroczysku Stara Białowieża odnajdziemy też miejsca do relaksu w postaci choćby wiaty i ławek.

Żebra żubra

Jest to ścieżka przyrodnicza o długości 2,7 km. Jest to ciąg drewnianych kładek i grobli. Prowadzą one przez podmokłe tereny Puszczy Białowieskiej, a także dawne łąki w dolinie rzeki Narewki. Na szlaku obowiązuje zakaz jazdy rowerem. Szlak rozpoczyna się niedaleko północnej części Białowieży przy drodze prowadzącej do miejscowości Budy (droga ta stanowi przedłużenie ul. Zastawa w Białowieży), a kończy się przy wejściu do Rezerwatu Pokazowego Żubrów.

Stacja Białowieża Pałac

fot. Robert Wielgórski / Wikipedia

Dawna stacja kolejowa jest po prostu przepiękna. Zbudowano ją w 1897 roku na potrzeby rezydencji carów Rosji. Budynek zachwyca z zewnątrz jak i wewnątrz. W środku możemy podziwiać białe zasłony, wiklinowe fotele, a to wszystko w bogactwie roślin. O każdej porze roku jest tam zupełnie inaczej.

Białowieża Towarowa

Tutaj mamy natomiast szereg obiektów do zwiedzania. Na dawnej stacji stoją parowozy, jest wieża ciśnień oraz budynek stacji – restauracja. Miejsce to powinni odwiedzić nie tylko fani kolei, ale też fani historii. Wystój, architektura i cały klimat tego miejsca jest naprawdę wyjątkowy. Stacja znajduje się na uboczu Białowieży.

Dąb Jagiełły

fot. Maire / Wikipedia

Według legendy, pod tym dębem miał przesiadywać Władysław II Jagiełło przed łowami zorganizowanymi przed wyprawą grunwaldzką. Jak wiemy była ona bardzo owocna i zmieniła dzieje naszego kraju na setki lat. Co ciekawe drzewo zostało zwalone przez wichurę w 1974 roku. Wówczas obliczono, że nie miało więcej niż 450 lat. Oznacza to, że Jagiełło pod nim nie miał prawa przesiadywać, bo nie żył długo przed tym zanim wyrosło. Obecnie można oglądać w Białowieskim Parku Narodowym jego rozkładający się pień. Twórcą legendy Dębu Jagiełły był Jan Jerzy Karpiński. Sprawiła ona, że tysiące turystów zostało odciągniętych od centrum Białowieży i zgodnie z zamysłem autora zaczęło podziwiać piękno ostępów puszczy.

Leśniczówka Dziedzinka dom Simony Kossak i Lecha Wilczka

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

To świeżo upieczony zabytek. Drewniana leśniczówka została wybudowana w 1935 roku w uroczysku Dziedzinka w granicach rezerwatu Białowieskiego Parku Narodowego. Z tego samego okresu pochodzi znajdująca się na działce stodoła ze spichlerzem. Najpierw w 1971 roku w leśniczówce zamieszkał fotograf dzikiej przyrody – Lech Wilczek, a po pewnym czasie, do drugiej części domu wprowadziła się prof. Simona Kossak – biolog, miłośniczka lasów i dzikiej przyrody, popularyzatorka nauki. Oboje stworzyli dom i miejsce przyjazne zwierzętom.

„Dziedzinka” dzięki swemu położeniu jest doskonałym punktem obserwacyjnym zwierząt w ich naturalnym środowisku. Dlatego też duet swoją działalnością naukową i artystyczną doprowadził do rozpropagowania unikatowych walorów przyrodniczych Puszczy Białowieskiej w czasach, gdy zainteresowanie ochroną przyrody było bardzo niskie albo prawie żadne.

Białowieża to nie wszystko!

Na zakończenie chcielibyśmy Wam przekazać, byście swojego zwiedzania nie ograniczali do Białowieży i jej okolic. Koniecznie zobaczcie co ma do zaoferowania Hajnówka, Topiło, Budy, Teremiski, Masiewo, Czerlonka czy Gródek. Te wszystkie miejsca również są bardzo interesujące! Szczególnie, że możecie tam natrafić na żubry chodzące po ulicach! Najważniejsze jednak, że wszędzie tam spotkanie serdecznych, podlaskich ludzi.

Dolina Świsłoczy. Przepiękne miejsce, które trzeba jeszcze kiedyś zobaczyć!

Dolina Świsłoczy. Przepiękne miejsce, które trzeba jeszcze kiedyś zobaczyć!

Dolina Świsłoczy to miejsce przepiękne i wyjątkowe. W ostatnim czasie było miejscem wielu konfliktów. Z jednej był tam kryzys związany z nielegalnymi imigrantami, przez co teren objęty został stanem wyjątkowym. Z drugiej strony mieszkańcy mają tam różne interesy co wywołuje spór. Jedni prowadzą tam działalność turystyczną, inni natomiast chcą inwestować w rolnictwo wielkoobszarowe, co będzie miało negatywny wpływ na środowisko i na działalność tych pierwszych. Dlatego warto się zapoznać z tym, co jest w Dolnie Świsłoczy by wiedzieć czy warto tego bronić przed przemysłem rolniczym.

Dziki Wschód

Dolina Świsłoczy swoją nazwę ma od płynącej tam rzeki Świsłocz. Jest ona częścią granicy polsko-białoruskiej. Granica pomiędzy oboma krajami biegnie dokładnie tak samo jak przebiegała granica Polski i ZSRR, więc można powiedzieć, że w tamtym rejonie praktycznie niewiele się zmieniło od dziesiątek lat. Działalność człowieka była znikoma toteż dzięki temu przyroda mogła się tam wykazać. Można nazwać to miejsce niejako dzikim wschodem lub końcem świata. Każdy kto się tam wybierze będzie przemierzać kilometry bezludnych terenów. Jedynym miejscem skupiającym ruch w tej okolicy jest przejście graniczne w Bobrownikach.

Zasypany pas graniczny

Najbardziej znane

Najbardziej znanym miejscem Doliny Świsłoczy jest tatarska wieś Kruszyniany. Dojedziemy do niej z Bobrownik lub z Krynek. W miejscowości jest nie tylko dobrze zachowany, drewniany meczet zbudowany między XVIII a XIX wiekiem, mizar (cmentarz) z nagrobkami nawet z XVII wieku, ale także są tam zalesione wzgórza, z których obserwować możemy rozległe tereny Doliny Świsłoczy. Następne miejsce, które leży w Dolinie Świsłoczy i jest tłumnie odwiedzane to Jałówka. Mała wieś przy samej granicy cieszy się taką popularnością za sprawą ruin kościoła.

Mniej znane

Warto też wspomnieć o Gobiatach, gdzie znajduje się bardzo charakterystyczne miejsce w postaci nieczynnego przejścia granicznego zwieńczonego ogromną bramą z napisanym cyrylicą słowem „MIR”, które oznacza „pokój”. Inne miejsce, które w Dolinie Świsłoczy jest mniej znane, ale przez niektórych odwiedzane to wieś Rudaki. To prawdziwy koniec świata. Szczególnym miejscem jest ławeczka pod drzewem na końcu wsi, z której można obserwować przyrodę.

Dostęp do rzeki Świsłocz najlepszy jest we wsi Chomontowce. Pamiętać jednak należy, że to również granica więc lepiej się w niej nie kąpać, bo można sobie narobić problemów. Aczkolwiek przez konflikt z nielegalnymi imigrantami dostęp do tych miejsc dla turystów może być utrudniony jeszcze długo. Obecnie jest niemożliwy. Warto też wspomnieć o Ozieranach, które wystąpiły w serialu Kruk, a które mają całkiem sympatyczny zbiornik wodny w postaci zalewu.

Nieznane

Jeżeli jest Świsłocz to i muszą być Świsłoczany. To miejsce jest kompletnym odludziem. Tak samo jak pobliskie Mostowlany, Dublany, Gonczary i Kondratki. Pola i szerokie przestrzenie sprawią, że poczujemy się jak na zarośniętej pustyni. Warto dodać, że ta droga jest tak samo piękna latem jak i zimą. Szczególnie, gdy napada śniegu. Wszystkie wymienione miejscowości znajdują się na drodze łączącej wspomnianą Jałówkę z Bobrownikami.

Na sam koniec dodamy, że trwają obecnie plany utworzenia Parku Krajobrazowego Doliny Świsłoczy. Jest to pewna forma ochrony, która ma być odpowiedzią na konflikt o którym wspominaliśmy na początku. Jest on pomiędzy mieszkańcami Kruszynian, którzy od lat prowadzą tam znane gospodarstwo agroturystyczne, a przedsiębiorcą, który w okolicy chciałby hodować masowo kury. Fetor dla turystów mógłby być wtedy nie do wytrzymania. Warto jednak podkreślić, że park krajobrazowy nie tylko uniemożliwiłby działalności dla tego jednego, który nie może się dogadać z mieszkańcami Kruszynian, ale także dla innych. Dlatego zanim zapadną ostateczne decyzje – najpierw trwa seria konsultacji z mieszkańcami w tej sprawie.

Featured Video Play Icon

Cerkiew w Puchłach to wyjątkowe miejsce na mapie Podlasia. Zaczęło się od cudownego uzdrowienia.

Kraina Otwartych Okiennic to hasło, na które wiele osób reaguje bardzo ciepło. Takie miejscowości jak Trześcianka, Soce czy Puchły odwiedziło w ostatnich latach mnóstwo osób z Polski i zagranicy. Drewniane domki i kolorowe cerkwie to połączenie wręcz magiczne. Tym razem chcemy skupić się na samej miejscowości Puchły. Ostatnio w tamtejszej cerkwi odbył się Koncert Muzyki Cerkiewnej z okazji 110 rocznicy osiedlenia się Dykałowiczów w Puchłach. Z tej okazji chcielibyśmy przybliżyć Wam historii wsi, a przy okazji obejrzyjcie i wysłuchajcie przepiękny koncert (od 24 minuty).

Cudowne uzdrowienie

Historia wsi zaczyna się od drzewa, w którym miała objawić się Matka Boża jednemu z okolicznych mieszkańców w XV wieku. Chory zaczął się modlić pod lipą o zdrowie. Nie dość, że ujrzał on bożą rodzicielkę, to jeszcze obrzęk nóg zniknął. Drzewo przy której miało mieć miejsce objawienie do dziś stoi przy cerkwi. Świątynia jest najważniejszym miejscem w Puchłach. Tak też było w przeszłości.

Zacznijmy jednak od początku. W roku 1561 istniał tu dwór. Syn wójta z Trościanicy (Trześcisanki) nazywał się Tomasz Puchłowicz. Prawdopodobnie dobra pochodzą od jego nazwiska. Jeżeli nie od opuchlizny modlącego się. A może modlił się sam Puchłowicz? Trudno powiedzieć, bo o wsi krąży wiele legend. Jedna z nich mówi, że dziedzic był złym człowiekiem i kazał ludziom zmienić wiarę na grekokatolicką. Prawosławni mieszkańcy jednak modlili się o pomoc Matki Bożej. Gdy dziedzic zmarł, to po jego śmierci zaczął się pojawiać na rozstajach dróg. Ludzie dalej się modlili, by zjawa przestała się im pokazywać. Poskutkowało.

Niezależnie która wersja jest prawdziwa, to do cerkwi, gdzie miało miejsce uzdrowienie zaczęły przyjeżdżać liczne pielgrzymki z intencją uzdrowienia dla siebie lub chorych bliskich. Przypomnijmy też, że na Podlasiu w 1710, 1830 i 1855 roku miały miejsce epidemie dżumy i cholery. Wówczas też odnotowano liczne uzdrowienia, które przypisywano świętemu miejscu. Na pamiątkę cudownego uzdrowienia powstała ikona.

Cerkiew powstawała wiele razy

W 1754 roku przez wieś miał przejść huragan, który uszkodził starą cerkiew. Ówczesny właściciel wsi, pułkownik Józef Wilczewski ufundował nową, która powstała w 1756 roku. Spłonęła ona w 1771 roku, a wraz z nią prawdopodobnie ikona, od której zaczęła się historia wsi. Kolejna świątynia powstała w 1798 roku. Była to niewielka kaplica, którą przeniesiono z uroczyska spod Ryboł. Obecna cerkiew to budynek wzniesiony w latach 1913-1918. Świątynia jest z drewna, wzniesiona na planie krzyża, przepięknie ozdobiona i położona pośród drzew. Niesamowite jest także wnętrze świątyni. Można było je podziwiać między innymi w filmie „My name is Sara”. Cerkiew ma zapierający dech w piersiach ikonostas oraz niezwykłe, aczkolwiek proste polichromie. Warto też wspomnieć o dzwonnicy, do której wejście poprzedzone jest gankami.

W cerkwi dalej można czcić Ikonę Opieki Matki Bożej. Mimo, że oryginalna spłonęła toteż obecna powstała po 1781 roku. Warto na koniec wspomnieć o Dykałowiczach. Puchły były wsią prywatną zaś Dykałowicze ostatnimi jej właścicielami. Zostali oni wywłaszczeni przez komunistyczne władze.

Featured Video Play Icon

Zobacz film z 1945 roku. Totalnie zniszczony Białystok po II wojnie światowej.

Białystok, to niegdyś wielki przemysłowy ośrodek włókienniczy, po II wojnie światowej kompletna ruina. Zanim wojna wybuchła – w mieście działało 80 fabryk tekstylnych i 40 innych zakładów. Gdy był jej koniec – z głównych budynków w mieście przetrwały tylko kościoły czy brama wjazdowa do Pałacu Branickich. Skala zniszczeń była tak wielka mimo, że Białystok nie był areną walk. Po prostu Niemcy uciekając przed drugim napadającym na Polskę – Rosjanami – zaczęli podpalać wszystko. Pozostały tylko szkielety konstrukcji.

Powyższy film został nagrany w 1945 roku przez Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. To wtedy do Białegostoku przyjechała specjalna komisja, a następnie ogłoszono miesiąc odbudowy miasta. To co widzimy na zdjęciach, to jednak tylko fragment rzeczywistości ukazywany w sposób propagandowy. Ważniejsze niż to co widzimy, jest to czego na filmie nie było – a miało miejsce w rzeczywistości.

Dzisiejszy wygląd miasta zawdzięczamy Stanisławowi Bukowskiemu – wybitnemu architektowi z Wilna. To jego spuścizna pozostała w mieście. Odbudowane fabryki i inne zakłady – już dawno nie istnieją – tak samo jak poprzednia epoka. Film jednak bez wątpienia ma wartość historyczną, dzięki czemu udokumentowane jest jak zostaliśmy zniszczeni wojną.

Bracia Kaufman – wybitni, światowi filmowcy z Białegostoku. W rodzimym mieście zapomniani.
Michaił Kaufman

Bracia Kaufman – wybitni, światowi filmowcy z Białegostoku. W rodzimym mieście zapomniani.

1896 rok w Białymstoku to okres wielkiego boomu gospodarczego. Miasto leżące na granicy Imperium Rosyjskiego oraz zależnego od niego Królestwa Polskiego nazywane Manchesterem Północy przyciągało fabrykantów, którzy nie chcieli płacić ceł. Dzięki temu Białystok był napędzany pieniędzmi takich osobistości jak Becker, Hasbach, Commichau, Nowik, Flakier i wielu wielu innych. Gród nad Białą wówczas rozwijał się tak prężnie, że do budowy kolejnych kamienic brakowało cegieł! Wbrew pozorom w mieście oprócz fabrykantów nie brakowało również intelektualistów. Żyd Abel Kaufman wraz z żoną Fajgą – prowadzili księgarnię. Gdy tylko przywitali nowy rok, następnego dnia Kaufmanom narodził się syn. Nazwali go Dawid. Rok później pojawił się Michaił. A po 9 latach jeszcze Borys. Trzej bracia kochali kino i w jego historii zapisali się złotymi zgłoskami.

Dziga czyli Bąk

O życiu Kaufmanów w Białymstoku wiemy niewiele. Najstarszy ich syn w mieście spędził prawie dwie dekady. Rozpoczął tu studia muzyczne w białostockim konserwatorium. Już jako 19 latek, podczas I wojny światowej, wyemigrował z rodzicami i braćmi do Moskwy. Niedługo później przenieśli się do Petersburga. Tam Dawid już jako Denis rozpoczął studia medyczne. Nie porzucił jednak sztuki. Zaczął tworzyć poezję, pisał też dzieła polityczne. Dlatego przyjął pseudonim „Dziga Wiertow”. Dziga – to bąk.

W 1917 roku zaczął montować pierwsze filmy na zlecenie moskiewskiego komitetu filmowego. W 1922 roku kierował grupą Kino-Oko, która zaczęła wydawać kronikę filmową, tworząc nowy nurt. Po tym zainspirowali się Francuzi, tworząc jeden ze swoich nurtów kina dokumentalnego. Cel jaki sobie obrał w życiu Wiertow było ukazywanie w filmie prawdy. Był też ogromnym krytykiem kina fabularnego. Uważał, że to „opium dla mas”. Twierdził, że kino rozrywkowe przedstawia wyidealizowany świat burżuazji. No cóż, 100 lat później okazuje się, że Dziga miał rację. Internet zalany jest serwisami streamingowymi, które puchną od rozrywki. Dzisiejsze filmy i seriale w przytłaczającej większości pokazują dokładnie wyidealizowany świat bogatych ludzi. Mało tego, dokument z fabułą wymieszał się na tyle, że nie można rozróżnić prawdy od fałszu, zaś ludzie często nie mogą oderwać się od kolejnych seriali, które działają niczym opium.

W ciągu wieloletniej pracy Dawid vel Denis vel Dziga doprowadził do mistrzostwa nowatorskie techniki montażu, dzielenia obrazu, superimpozycji, dzięki którym osiągał zadziwiające efekty specjalne. Wraz z chwilą pojawienia się filmu dźwiękowego postanowił wykorzystać nowe możliwości tworząc film „Entuzjazm”. Na swoim koncie miał łącznie 8 filmów oraz 25 filmów krótkometrażowych. Dziga Wiertow zmarł na raka w 1954 roku w Moskwie. Był jednym z najwybitniejszych dokumentalistów w dziejach kina, uznanym scenarzystą, reżyserem filmowym. W 2009 roku w Białymstoku odsłonięto tablicę dedykowaną artyście. Była na ścianie Kina Forum. Została usunięta w 2017 roku z inicjatywy polityków PiS, którzy uznali białostoczanina za osobę niegodną upamiętnienia, gdyż w swojej karierze stworzył również filmy propagandowe na rzecz ZSRR.

Bracia Kaufman

Michaił Kaufman

Michał Kaufman (zdjęcie główne) był nie tylko operatorem filmowym, ale także fotografem. Urodził się w 1897 roku w Białymstoku. Należał do prowadzonej przez starszego brata grupy Kino-Oko razem z nim pracując przy filmach dokumentalnych. Pracował z bratem przy trzech filmach zaś dwa wyreżyserował sam. W roku 1929 wykonał zdjęcia do filmu „Człowiek z kamerą”, wyreżyserowanego przez jego brata. Było to największe osiągnięcie Michaiła Kaufmana jako operatora. Film wyróżniał się wieloma innowacyjnymi technikami fotograficznymi. Do historii kinematografii przeszły zrealizowane przez niego ujęcia pędzącego pociągu, pracujących górników czy też zajezdni tramwajowej. Zmarł w Moskwie w 1979 roku.

Borys Kaufman

Borys Kaufman to hollywoodzki operator filmowy, laureat Oscara. Był najmłodszym spośród braci. Urodził się 24 sierpnia 1906 roku w Białymstoku. Już w młodzieńczych latach, podobnie jak starsi bracia Dawid i Michał zajmował się kinematografią. Z taką różnicą, że oni pracowali w ZSRR, a on we Francji, a potem Kanadzie i USA. Bracia mieli ze sobą kontakt listowny. Borys skończył studia we Francji. Tam też został operatorem kamery. Podczas II wojny światowej najpierw walczył we francuskiej armii, a gdy ten kraj upadł – młody chłopak uciekł do Kanady. W 1942 roku przeniósł się do USA. Już w 1954 roku otrzymał Oscara za wspaniałe zdjęcia do filmu „Na Nabrzeżach”, który był prawdziwym hitem – zdobywającym 8 statuetek. Białostoczanin pracował przy kultowym i znanym do dziś filmie „Dwunastu gniewnych ludzi’. Borys odszedł na emeryturę w 1970 roku, a 10 lat później zmarł w Nowym Jorku. Jego filmografia jest imponująca, składa się z 71 dzieł!

 

Śladami Słowian na Podlasiu. Leśne demony, miejsca mocy, wilki i legendy.

Śladami Słowian na Podlasiu. Leśne demony, miejsca mocy, wilki i legendy.

Mimo, że to miejsce nie zawsze do końca bezpiecznie, mimo że niekiedy owiane tajemniczą aurą, mimo że jest nieokiełznane, to i tak ciągnie tam nadal człowieka. Mowa o lesie. Tych na Podlasiu nie brakuje. Nie brakuje im także słowiańskiego ducha. Szczególnie Puszcza Białowieska zasługuje na największe zainteresowanie. Rosną w niej bowiem drzewa świadczące o najwyższej opiece Leszego i Dobrochoczego, a także są w niej miejsca mocy. Nie brak też wilków oraz miejscowych legend. Dlatego, jeżeli szukacie słowiańskiego świata, to wśród wielu inspirujących miejsc na świecie, niejedno z nich odnajdziecie na Podlasiu.

Między Mielnikiem a Krynkami

Jeżeli mówimy o Słowianach, to możemy wyróżnić 3 grupy plemion – południowcy, wschodni i zachodni. Wbrew pozorom Polska, Czechy i Słowacja należą w tym podziale do zachodu. Oczywiście w dzisiejszych realiach, bo granica między wschodem i zachodem zawsze była płynna i przebiegała gdzieś w naszych okolicach. Uzależniona była od rzek i traktów handlowych. Dlatego w poszukiwaniu słowiańskich korzeni, Podlasie nie jest ani początkiem ani końcem drogi. Po prostu jest punktem na wielkiej mapie.

Punkt ten jest rozległy, bo patrząc na stare mapy szlaków handlowych można wywodzić, że szły one po starych słowiańskich drogach. Dlatego szukając podlaskiego, słowiańskiego ducha powinniśmy zainteresować się nie jednym, a wieloma miejscami. Położonymi pomiędzy Mielnikiem, Bielskiem Podlaskim, Narwią i Krynkami. Interesować nas powinny oczywiście miejsca przyrodnicze. To wokół rzek, górek, pagórków i lasów prowadzili osadnictwo Słowianie.

Jeżeli wybralibyśmy się drogą z Mielnika przez Koterkę, Tokary, Klukowicze, Czeremchę, Dobrowodę, Hajnówkę, Teremiski, Narewkę, Siemianówkę, Bachury, Nowosady, Jałówkę, Mostowlany, Bobrowniki, Rudaki, Kruszyniany a finalnie Krynki to tego ducha byście od razu poczuli. Jadąc drogą przez wymienione wsie pokonacie około 200 km. Całkiem sporo, ale warto to zrobić.

Słowiańskie demony

Leszy i Dobrochoczy to leśni strażnicy pilnujący tam określonego porządku. Czerpią oni swoją moc z otaczających drzew. Im one wyższe, tym strażnicy maja w nim więcej mocy. Stąd też kilkudziesięciometrowe drzewa w Puszczy Białowieskiej, potężne jak wieżowce świadczyć mogą, że te słowiańskie demony jak Leszy (znany tez jako Bies) oraz Dobrochoczy mają się tam dobrze. Oba słowiańskie stwory obowiązkami dzieliły się po równo – Ten pierwszy opiekował się leśną fauną, zaś drugi leśną florą. Jeden i drugi byli surowymi sędziami, nagradzającymi za dobro i karzącymi za zło i zaniedbania. Dlatego człowiek zbierający w lesie różne rośliny mógł zostać ochroniony przed dzikimi zwierzętami lub przez nie zaatakowany. Przez setki lat lasy były dla naszych protoplastów miejscami świętymi, więc jeżeli chcemy żyć w zgodzie ze słowiańskim duchem, nie powinniśmy się wobec naszych puszcz dopuszczać niegodziwych czynów. Polę do interpretacji tego jest szerokie i pozostawiamy to Wam.

Miejsca mocy

fot. Ar2rek / Wikipedia

Bez wątpienia najbardziej znanym miejscem mocy na wspomnianych wyżej terenach jest Święta Góra Grabarka. Mimo że stoi tam cerkiew prawosławna, to pielgrzymują tam ludzie także innych religii. To miejsce ma w sobie pewną moc, którą możemy poczuć i się nią naładować. Ale to nie wszystko. W Puszczy Białowieskiej także jest miejsce mocy. To specyficzna polana, gdzie znajdują się kamienie i dziwnie uformowane drzewa. Prawdopodobnie jest to dawne miejsce kultu Słowian, gdzie odbywały się liczne rytuały. Dojazd na polanę nie jest zbyt trudny. Najpierw musimy dostać się w okolice Białowieży. Przed nią, kierując się drogowskazem jedziemy leśną drogą, którą dojedziemy do parkingu. Potem jeszcze trochę pieszo i jesteśmy na miejscu.

Wilki

W wierzeniach Słowian wilk zawsze zajmował bardzo ważne miejsce. Był ich towarzyszem. Świadczyły o tym choćby Szczodre Gody, świętowane na początku roku. Ich patronem był Weles, opiekun magii, wiedzy, bogactwa, bydła i dzikich zwierząt. Dziś również zwierzę jest pod ochroną i doskonale wiemy jak ważne jest dla ekosystemu. Niestety, po czasach Słowiańskich wilki przestały mieć opiekę. Pojawiły się opowieści o wilkołakach, baśnie o złym wilku i Czerwonym Kapturku, liczne przysłowia z wilkiem i choroba „dostać wilka”. Nagle zwierzę stało się w naukach okrutne i groźne.

Dziś wilki spotkamy na Podlasiu między innymi w Puszczy Białowieskiej. Bezpośredni kontakt z nimi jednak jest niemal niemożliwy. Są tak dzikie, że tylko wytrawni i cierpliwi, do których zapachu przyzwyczają się, mają okazje je spotkać. Ogólnie rzecz biorąc wilki bardzo boją się ludzi. Swoją drogą ludzie wilków też.

Legendy

Opisywane podlaskie, słowiańskie tereny do dziś są obiektem wielu legend. Między innymi o Południcach, które to mają żelazne zęby. Według wierzeń były one morderczymi i złośliwymi demonami. Słowianie wierzyli, że stawały się nimi kobiety, które zmarły w trakcie ślubu lub wkrótce po weselu. Swoje ofiary zabijały lub okaleczały sierpem, dusiły w polu lub porywały dzieci bawiące się w jego pobliżu.

Inna legenda mówi o złośliwym Wodniku mieszkającym nad Bugiem. Mężczyzna topił ludzi, ich dzieci a także bydło. Miejscowi zaczęli unikać rzeki. Wtedy też złośliwy wodnik sprawił, że na Bugu pojawiał się most – widmo. Kto chciał przez niego się przeprawić, ginął gdzieś po drodze. W innej legendzie zaś Góra Zamkowa w Drohiczynie otwierała jedną ze swych ścian tylko raz na 100 lat. Wtedy pojawiali się rycerze, którzy wpływali łodziami do rzeki. Jeden podobno zagapił się na miejscową piękność i przegapił moment, gdy ściana ponownie zamknęła się. Od tej pory biedaczyna błąka się po okolicznych łąkach i czeka aż góra znów się otworzy. Miejscowa piękność zaś wcale nie musiała nią być, bowiem mogła to być czarownica.

W pobliskich Siemiatyczach bowiem znajduje się Wilcza Góra, gdzie znajdują się kamienie. Według legendy czarownice rozniecały wielki ogień i kłaniały się wielkiej czarownicy, a następnie zasiadały do uczty. Zupełnie jak na świętokrzyskiej Łysej Górze. Po wieczerzy zaś następowały tańce. W czasie sabatu czarownice doskonaliły swe umiejętności przygotowując nowe czary i mikstury. A gdy rano kogut zapiał wszystkie wsiadały na miotły i odlatywały do swych chatek.

Czy te stworzenia sobie odpuściły?

Na koniec warto wspomnieć jeszcze o miejscu, w którym straszy od lat. To Reduty pod Bielskiem Podlaskim. Tam na skraju Puszczy krzyżowały się szlaki handlowe. W jego pobliżu znajduje się uroczysko „Pod zielonym dębem”. Żeby do niego dojść należy przejść przez Czarny Las. Tam jedn pośród drzew kryją się różne zjawy, które wpływają na wędrowców tak, że ci mogą się zagubić i nigdy nie dotrzeć ani do uroczyska, ani też wyjść z lasu. W okolicy znajdują się także Diabelskie Wrota. Za nimi jest droga przez bagna. Jeżeli tam zbłądzimy, również możemy nigdy już nie wyjść.

Pamiętajmy, że wszystko to składa się z wierzeń sięgających nawet 1000 lat wstecz. Przez ten czas wiele mogło się zmienić. Duchy, zjawy, demony i inne stworzenia mogły sobie już dawno odpuścić. Nie zmienia to jednak faktu, że na wycieczkę śladami podlaskich Słowian warto się wybrać.

To wydarzenie przyciągnęło 120 000 osób! Gabriel został zamordowany, gdy miał 6 lat.
22 września 1992 roku. 120 000 pielgrzymów idzie ulicą Wasilkowską w stronę centrum. Na czele relikwie świętego. / fot. : soborbialystok.pl

To wydarzenie przyciągnęło 120 000 osób! Gabriel został zamordowany, gdy miał 6 lat.

To wydarzenie zostało nieco zapomniane przez historię naszego regionu, a warto je przypomnieć. Brało w nim udział bowiem 120 tysięcy osób! Było to 22 września 1992 roku. Większą frekwencję zdobył tylko Jan Paweł II, który w Białymstoku zgromadził 300 tysięcy osób. Cóż takiego przyciągnęło prawie połowę tego co papież? Było to Przeniesienie relikwii św. Gabriela z Grodna do Białegostoku. Po blisko 250 latach relikwie męczennika wróciły do naszego regionu. Św. Gabriel jest patronem dzieci i młodzieży prawosławnej. A kim był za życia?

Porwanie i tortury

Gabriel Zabłudowski, zwany był również Białostockim, Słuckim czy Zwierkowskim. Urodził się w rodzinie Gowdelów w 1684 roku w Zwierkach pomiędzy Białymstokiem a Zabłudowem, co oczywiście tłumaczy jego przydomki. Gabriel jako dziecko zamiast zabaw wolał modlitwy. Wpływ na to mogli mieć jego pobożni rodzice, wychowując tak samo swego syna. Gdy chłopak skończył 6 lat został… zamordowany. Matka zostawiła synka samego w chacie, by zanieść pożywienie mężowi, który znajdował się na polu. W tym czasie do domu wkroczył dzierżawca wsi Zwierki – Szutko. Skorzystał z tego, że chłopiec jest sam i go porwał, a następnie wywiózł do Białegostoku. Tam zaczął 6-latka torturować. Oszczędzimy Wam szczegółów, gdyż są bardzo okrutne. Szutko po torturach doprowadzających Gabriela do śmierci wywiózł ciało do lasu koło Zwierek z nadzieją, że te zostanie zjedzone przez zwierzęta. Tak się jednak nie stało. Ciało odnaleziono po 9 dniach od porwania. Przy zmarłym zamiast dzikich zwierząt czuwały psy, które pilnie strzegły zwłok przed ptactwem. Gdy odnaleziono go, a następnie pochowano w Zwierkach natychmiast wszczęto śledztwo. Bardzo szybko śledczy doszli, że za okrutnymi torturami stoi Szutko.

Ciało nie rozkładało się

Warto jeszcze odpowiedzieć na pytanie co relikwie robiły w Grodnie skoro Gabriel został pochowany pod Zabłudowem. Otóż 30 lat później miała miejsce epidemia. Co chwilę kogoś chowano, więc często kopano w ziemi. Zmarłe dzieci chowane były obok grobu Gabriela, czcząc w ten sposób jego męczeńską śmierć. Przy jednym z takich pochówków niechcący naruszono trumnę Gabriela. Jak się okazało, po 30 latach jego ciało nie rozłożyło się! Taka informacja szybko obiegła całą okolicę. W konsekwencji ludzie zaczęli przypisywać Gabrielowi koniec epidemii oraz inne uzdrowienia. Ciało przeniesiono do krypty w cerkwi w Zwierkach. 26 lat później cerkiew spłonęła, jednak relikwiom Gabriela nic się nie stało. Opalona była tylko rączka chłopca. Relikwie przeniesione zostały do cerkwi w Zabłudowie. Tam ręka… zagoiła się.

Święty Gabriel w Muzeum Ateizmu

W 1755 roku relikwie Gabriela Zabłudowskiego przeniesione zostały bardziej na wschód do Słucka (dziś na Białorusi). Spowodowane to było napiętą sytuacją polityczną oraz trudną sytuacją zabłudowskiej cerkwi. Wtedy Gabriel zyskał kolejny przydomek – Słucki. 100 lat od otwarcia trumny, czyli w 1820 roku Gabriel został uznany za świętego. Ogłoszono to właśnie w Słucku. W 1908 roku postanowiono, że część relikwii trafi do Białegostoku. Później miały zostać przeniesione do Zwierek, gdy zostanie zbudowana tam cerkiew. W 1915 roku prace przerwano, bo trwała I wojna światowa. Relikwie w białostockiej cerkwi znajdowały się do 1912 roku. Później przeniesiono go do monasteru w Supraślu. W 1915 roku front wojny zbliżał się w nasze strony. Cząstka relikwii jaka u nas była została wywieziona do Moskwy. Tam jednak w 1917 roku wybuchła bolszewicka rewolucja. Zgodnie z ich maksymą – religia to opium dla ludu. Dlatego nie ma co się dziwić, że w 1920 roku Rada Komisarzy Ludowych ZSRR zaplanowała likwidację relikwii świętych. Cząstka relikwii Gabriela trafiła do Muzeum Ateizmu w celu przeprowadzenia badań naukowych. W latach trzydziestych XX wieku pozostała część relikwii ze Słucka trafiła do Muzeum Ateizmu w Mińsku.

Chaos pomógł odzyskać relikwie

Chaos spowodowany drugą wojną światową został wykorzystany przez mińskich prawosławnych, którzy relikwie odzyskali i umieścili w mińskiej cerkwi. W 1944 relikwie podzielono na 3 części. Jedna trafiła do Świsłoczy, druga do Zabłudowa, a trzecia do Grodna. W 1992 roku odbył się Święty Synod w Mińsku. Tam też arcybiskup Sawa uzgodnił powrót relikwii do Polski. Pamięć św. Gabriela obchodzona jest w Zwierkach, Białymstoku oraz na Białorusi. Święty patronuje również wielu cerkwiom w regionie.

 

Pocztówka z Białegostoku. Ta fotografia przypomina mroczne czasy miasta.

Pocztówka z Białegostoku. Ta fotografia przypomina mroczne czasy miasta.

Powyższe zdjęcie jest pocztówką jaką przesyłać mogli żołnierze niemieccy oraz obywatele niemieccy przebywający w Białymstoku podczas okupowania Polski w czasie II wojny światowej. Jedno niepozorne zdjęcie, lecz gdy się skupimy na jego poszczególnych częściach, to znajdziemy na nim wiele interesujących szczegółów, które dla odbiorcy pocztówki były w zasadzie neutralne, a nam po latach przypomnieć mogą o tym jakie piekło zgotowali Niemcy polskim obywatelom oraz o mrocznych czasach Białegostoku podczas okupacji niemieckiej.

Obowiązek noszenia Gwiazdy Dawida

Przyjrzyjmy się z bliska zdjęciu, ale nie z pozycji żołnierza, nie z frontu, tylko z pozycji mieszkańca. Jest słoneczny dzień. Stoimy właśnie na skrzyżowaniu Adolf Hitler Strasse (Lipowa) z Gumienną. Po lewej stronie stoi niemiecki nazista, który pilnuje prowizorycznej bramy do getta, która będzie zamknięta. Kobieta na środku jest Żydówką. Wiemy to, bo ma na plecach Gwiazdę Dawida. Z rozkazu niemieckiego okupanta, Żydzi musieli je nosić od 1 września 1941 roku. „Czarny zarys sześcioramiennej gwiazdy wielkości dłoni na żółtym tle z napisem Jude naszywać w sposób widoczny i nosić na piersi po lewej stronie ubrania”. Zarządzenie to w myśl ustaw norymberskich obowiązywało wszystkich obywateli żydowskich od szóstego roku życia. Żydom nie wolno było pokazywać się publicznie bez gwiazdy. Każdy, kto usiłował schować ją pod szalem lub torbą czy teczką musiał liczyć się z ostrymi karami gestapo, które pilnie nad tym czuwało. Żydzi jeszcze nie wiedzieli, że to wstęp do Holokaustu.

 

Co ciekawe, na fotografii wyraźnie widzimy, że gwiazda jest z tyłu. Nie wiemy co znajduje się z przodu. Jednak bardzo możliwe, że i tam również naszyta jest Gwiazda Dawida z napisem Jude. Po prawej stronie zdjęcia widzimy 3 kobiety. Ta stojąca przodem, w białym płaszczu właśnie wychodzi ze sklepu tekstylnego Willy’ego Bensona. Niezależnie czy zrobiła zakupy czy nie, nie kieruje się do Getta, nie jest oznaczona Gwiazdą Dawida, nie jest Żydówką.

Co można było kupić u Willy’ego?

Warto też zwrócić uwagę na samą nazwę sklepu: Textilhaus Willy Benson. Napis jest w języku niemieckim i oznacza „dom tekstylny. Można było w nim kupić materiały, konfekcję, towary płócienne, wyroby wełniane, pasmanterię, biżuterię, wyroby skórzane, kapelusze, odzież partyjną (cokolwiek to było), rzeczy wojskowe, ordery i odznaczenia. Natomiast Willy jest zdrobnieniem od niemieckiego imienia William. O jegomościu Bensonie w zasadzie nic nie wiadomo. Mało prawdopodobne, by pochodził z Białegostoku. Można uznać, że przyjechał tu wraz z okupantem jak wiele innych Niemców, którzy byli potrzebni do różnych prac od księgowości do prowadzenia sklepów właśnie. Aczkolwiek to tylko przypuszczenia. Warto jednak zwrócić uwagę iż Niemcy mieli zakaz korzystania z targu dla Polaków.

 

Wracając do zdjęcia… Tuż za prowizoryczną bramą widać zupełnie inny świat. Na ulicy tłum. Gdy się przyjrzymy, to stoi tam wóz, na który coś jest ładowane. Do Getta właśnie wchodzi młody chłopak z torbą i pakunkiem pod pachą. Po prawej stronie za bramą stoją starsze kobiety, a na głowie mają chusty. Wszyscy ludzie, którzy stoją za tymi deskami prawdopodobnie niedługo zginą. Później ul. Gumienna zostanie połączona z Kupiecką i zostanie tylko ta druga nazwa. Następnie ulica zmieni nazwę na Icchoka Malmeda – ku pamięci żydowskiego bohatera, który rozpoczął powstanie w Gettcie oblewając kwasem solnym policjanta, który prześladował Żydów.

Czego nie widać?

Warto dopowiedzieć to, czego na zdjęciu nie widać. Jeżeli popatrzymy w lewo, zobaczymy wąską ulicę, wysadzoną lipami. W oddali widzimy niedawno wybudowany kościół Św. Rocha, który góruje nad innymi budynkami. Za plecami mamy natomiast cerkiew św. Mikołaja, która stoi już od XIX wieku. W oddali za plecami mamy ruiny spalonej synagogi, gdzie Niemcy zagonili i uwięzili około 600 Żydów z pobliskich Chanajek oraz Schulhof, a następnie podpalili budynek. Patrząc w prawo widzimy dalszą część Adolf Hitler Strasse, a w oddali budynek ratusza oraz górującej nad innymi budynkami katedry. Przy naprawdę dobrym wzroku dostrzeżemy jeszcze hotel Ritz w oddali.

Spacerując po mieście w tamtą stronę doszlibyśmy wpierw do drogowskazu przy fontannie. Tuż obok wielka tablica z mapą i ze swastyką oraz napis Berlin, Rzym, Tokio – walka o szczęście świata. Na drogowskazie zaś kierunek na Lomscha – 83 km, Warschau – 188 km, Baranowicze – 203 km. Idąc dalej, w pobliżu katedry zauważylibyśmy kawiarnię Antrakt (dawne Archiwum Państwowe), w której czas spędzali wyłącznie Niemcy. Jeżeli znaleźlibyśmy się na placu Pałacu Branickich, to dostrzeglibyśmy nazistowską flagę powiewającą na maszcie umieszczonym przed budynkiem.

 

Wszystko to zamieni się w gruzy, gdy wojska radzieckie zniszczą nalotami część śródmieścia, zaś uciekający Niemcy podpalą za sobą wiele budynków. Następnie zakończy się II Wojna Światowa, zaś Białystok zostanie odbudowany zupełnie od nowa, dla nowych mieszkańców – przyjezdnych do pracy w PRL-owskich fabrykach z okolic miasta.

Czy można ukraść pomnik? W Białymstoku robiono to aż 3 razy! Za każdym razem znikała inna rzeźba.

Czy można ukraść pomnik? W Białymstoku robiono to aż 3 razy! Za każdym razem znikała inna rzeźba.

Trudno powiedzieć dlaczego złodzieje to robili, ale sam fakt, że znikały jest bardziej zabawny niż oburzający. W historii Białegostoku były co najmniej 3 takie przypadki, gdzie ktoś ukradł artystyczny wyraz upamiętniający w postaci pomnika.

Na pamiątkę carskiego pułkownika

Mikołaj Kawelin w towarzystwie trzech kobiet. Zdjęcie zrobione w jego majątku Majówka (fot. Centrum Ludwika Zamenhofa)

Pierwszy pomnik, który zginął to pies Kawelin. Legenda głosi, że białostoczanie tak bardzo lubili carskiego pułkownika Mikołaja Kawelina, że postawili mu pomnik… ale psa. Trzeba przyznać, że pułkownik był bardzo do niego podobny. Mikołaj Kawelin po I wojnie światowej osiadł w okolicy Białegostoku. Był właścicielem kilkunastu tysięcy hektarów lasów, posiadał tartaki, mleczarnie. Miał własny apartament w białostockim Ritzu. Podobno potrafił do recepcji hotelu wjechać konno. Był też jednym z pierwszych prezesów Jagiellonii Białystok. Kamienisty buldog jako jego podobizna dumnie stał w miejscu, gdzie dziś stoi pomnik ks. Jerzego Popiełuszki. Podczas II wojny światowej najprawdopodobniej pieska wywieźli okupujący Polskę niemieccy żołnierze w głąb Niemiec. Być może do dziś stoi u kogoś w ogródku?

 

Dzisiejszy Kawelin stoi tuż przy wejściu na Planty idąc od Alei Bluesa. Jest to replika, z którą wiąże się inna ciekawa historia. Otóż w 2004 roku na dawnych Chanajkach, na opuszczonej posesji przy ul. Bema bawili się dwaj chłopcy. Podczas tej zabawy znaleźli stare klisze, które potem zanieśli do redakcji Gazety Wyborczej. Grzegorz Dąbrowski, ówczesny fotograf (a potem redaktor naczelny gazety) postanowił wywołać klisze. Okazało się, że są to zdjęcia dawnych białostoczan, których fotografował prowadzący swój zakład przy ul. Kilińskiego Bolesław Augustis. W pobliżu zakładu stał właśnie pomnik Kawelina, który powtarzał się na wielu zdjęciach. Mieszkańcy chętnie pozowali przy tej rzeźbie. I tak padł pomysł, by rzeźbę jeszcze raz wyrzeźbić. Od słów do czynów i mamy efekt w postaci dzisiejszej repliki. Jako, że w miejscu oryginału stoi pomnik ks. Popiełuszki, to druga wersja Kawelina dostała inne, równie dobre miejsce. Wywołane zdjęcia Augstisa można oglądać na stronie albom.pl

Były drzewa, są kamienie

fot. Rapnik / Wikipedia

Kawelin to nie jedyny pomnik jaki został skradziony. Obecny Pomnik Obrońców Białegostoku to już trzecia wersja. Obecnie są to ogromne, kamieniste monumenty stojące na wylocie do Warszawy oraz na Mazury. Pierwszą wersją pomnika były prawdziwe, spalone drzewa, które pamiętały 1939 rok. Gdy ich stan był już bardzo zły, to zamieniono je na metalową drugą wersję. Ktoś na nią się jednak połasił i… ukradł w 1999 roku. Prawdopodobnie pomnik spodobał się bardzo złomiarzom. Wersja numer 3 pomnika (obecna) stoi od 2009 roku. Jest zbyt ciężka by ją ukraść, a i na złom się nie nadaje.

Straciła głowę

Oryginalne Praczki na białostockich Plantach stały od 1946 roku. Były autorstwa wybitnego polskiego artysty – Stanisława Horno-Popławskiego. Jego rzeźby stały w wielu polskich miastach. W 1978 roku odrestaurowano pomnik. Cenne dzieło trafiło w 1992 roku do rejestru zabytków. Zaś w 2000 roku jedna z praczek straciła głowę. Ktoś ją zwyczajnie ukradł. W 2003 roku inna praczka została przepołowiona. Ktoś zwinął jej górną część, czyli popiersie. Co ciekawe po czasie głowa odnalazła się, ale inna. Tajemnicza rzeźba leżała u pewnej białostoczanki w ogródku. Nie wiadomo jak tam trafiła, ale było to bardzo dawno temu. Po analizach stwierdzono, że to na pewno nie jest praczka, ale prawdopodobnie wyrzeźbił ją Stanisław Horno-Popławski. Były to jednak tylko przypuszczenia, bez dowodów. Właściwa głowa oraz pół drugiej praczki nigdy się nie znalazły. Braki oczywiście wymieniono.

Ten budynek istnieje od 260 lat. Kościół ochronił go przed zniszczeniem.

Ten budynek istnieje od 260 lat. Kościół ochronił go przed zniszczeniem.

Ten budynek stoi w cieniu – jednego z najbardziej rozpoznawalnych obiektów w mieście. Ma już 261 lat i jest jednym z najstarszych mieście. Przetrwał nawet zniszczenie miasta przez Niemców podczas II Wojny Światowej. Mowa tu u budynku „Kina Ton”, który wcześniej pełnił wiele ról.

Szpital na zlecenie hetmana

Budynek Kina „Ton” ma bardzo szerokie archiwum zdjęciowe dzięki temu, że stoi w bezpośrednim sąsiedztwie pierwszego kościoła w mieście. Stara świątynia powstała w 1626 roku, jednak już w 1752 roku przebudowano ją ze stylu renesansowego na barokowy, który pozostał do dziś. Około 10 lat później obok na zlecenie Jana Klemensa Branickiego wybudowano „szpital – przytułek kościelny dla 7 dziadów kościelnych i 6 bab”. Opiekę nad chorymi sprawować mieli lekarze sprowadzeni przez hetmana oraz zakonnice, które do dziś mają swój klasztor na przeciwko. Blisko dekadę później hetman umiera, lecz szpital działa nadal. Gdy Polskę spotykają zabory – placówka ciągle nie przerywa swojej działalności.

 

Gdy Izabela Branicka – wdowa po hetmanie, przekazała miasto zaborcy pruskiemu – ten wielokrotnie wspierał szpital w trosce o higienę miasta. Gdy Białystok został przejęty przez zaborcę rosyjskiego – to szpital zaczęli opuszczać chorzy. Problemy ze swoją działalnością miały również zakonnice z klasztoru. W 1859 roku będąc w rękach Białostockiego Towarzystwa Dobroczynności budynek po dawnym już szpitalu przeszedł gruntowny remont. A po nim utworzono tam liczne sklepy, zakłady czy kwiaciarnia. W XX wieku w budynku urzędowało także Stowarzyszenie Robotników Katolickich.

Kwiaciarnia, dom pogrzebowy, kino i teatr

Gdy Białystok dołączył do niepodległej Polski to w budynku zaczęła funkcjonować drukarnia, księgarnia religijna, sklepy oraz zakład pogrzebowy. Miała tam swoją siedzibę również Spółdzielnia Ogrodniczo-Pszczelnicza. W 1935 roku miał miejsce kolejny remont, po którym dobudowano salę. Wtedy działalność rozpoczęło kino „Świat”. Przez jego scenę przewinęli się tacy wybitni artyści II RP jak Hanka Ordonówna, Loda Halama czy Chór Juranda. W 1937 roku publiczność wysłuchała odczytu „85 kilometrów od Białegostoku” wygłoszonego przez Melchiora Wańkowicza.

 

W 1939 roku przyszła okrutna II Wojna Światowa. Cały Białystok został praktycznie zniszczony przez Niemców. Budynek kina na szczęście przetrwał razem ze starym kościołem. Zapewne bezpośrednie sąsiedztwo ze świątynią uchroniło budynek przed zniszczeniami. 22 września 1944 roku odbyła się w obiekcie premiera „Uciekła mi przepióreczka” Stefana Żeromskiego. To rozpoczęło nowy, powojenny etap w życiu budynku jako Teatru Miejskiego. Na deskach występowali między innymi Hanka Bielicka czy Zygmunt Kęstowicz.

Procesy pokazowe

Gdy PRL rozwinął swe skrzydła, budynek – z racji, że posiadał dużą salę – służył władzy do organizacji politycznych procesów pokazowych. To bardzo ponury czas bowiem w latach 1944-1956 w woj. białostockim skazano na karę śmierci ponad 550 osób zaś 320 wyroków wykonano. Większość tych wyroków KS zapadła w trakcie tzw. procesów pokazowych, publicznych, organizowanych w celu zastraszenia ludności. W tym budynku odbyły się najgłośniejsze rozprawy pokazowe, które miały miejsce w województwie białostockim.

 

W dniach 13-18 lipca 1946 r. sądzono 24 członków WiN z zastępcą komendanta Okręgu WiN Białystok ppłk. Aleksandrem Rybnikiem „Jerzym” na czele. Zapadło siedem wyroków śmierci, sześć z nich wykonano. W dniach 19-27 września 1949 r. sądzono dowódców PAS Okręgu NZW Białystok kpt. Romualda Rajsa „Burego” i ppor. Kazimierza Chmielowskiego „Rekina”. Obaj zostali skazani i straceni. Rozprawy pokazowe, na których zapadały wyroki śmierci odbywały się także w innych miejscach w Białymstoku oraz poza nim – w około sześćdziesięciu miejscowościach województwa.

W latach pięćdziesiątych obiekt przeznaczono na kino, które nazwano „Ton”. Budynek w 1990 roku został zwrócony kościołowi. Gdy w mieście zaczęły pojawiać się galerie handlowe, a wraz z nimi duże kina, to „Ton” nie przetrwał konkurencji i w 2008 roku przestał działać. Od tamtej pory od czasu do czasu służył za miejsce, gdzie różne, znane osoby wygłaszały swoje wykłady. W uiegłym roku w budynku po dawnym kinie znów miał miejsce remont.

Hotel Ritz to była perła Białegostoku. Dlaczego nigdy go nie odbudowano?

Hotel Ritz to była perła Białegostoku. Dlaczego nigdy go nie odbudowano?

Przechadzając się dziś w okolicy bramy wjazdowej do Pałacu Branickich będziemy znajdować się w pobliżu teatru, Pałacyku Gościnnego, Hotelu Gołębiewskiego, budynku delikatesów, wieżowca Urzędu Miejskiego oraz ronda i prowadzących od niego dróg – Al. Piłsudskiego, Branickiego, Pałacowej, Kilińskiego i Mickiewicza. Może Was zdziwić, ale jeszcze 100 lat temu – z tych wszystkich wymienionych istniał tylko Pałacyk Gościnny. A tuż obok niego, przy samej rzece Białej stał okazały Hotel Ritz. Prawdziwa perła, która powstała jeszcze podczas zaborów, zaś pod koniec II Wojny Światowej została spalona przez Niemców jak i wiele innych budynków w mieście. Z tym, że inne spalone perły odbudowano, zaś pozostałości po hotelu… wysadzono w powietrze w 1946 roku. Dlaczego tak się stało?

Okupant zmienił nazwę na „Europa”

fot. Muzeum Historyczne w Białymstoku

Prace budowlane nad hotelem zostały zakończone 1 lipca 1913 roku. Wówczas był to obiekt należący do Towarzystwa Akcyjnego „Ritz”, które z pożyczek Petersbursko-Tulskiego Banku Ziemskiego go postawiło. Warto dodać, że podczas zaborów tak okazały nie był nawet Pałac Branickich, który służył jako Instytut Panien Szlacheckich i ze wszystkich zdobień został ogołocony. Hotel Ritz posiadał marmurowe schody i parkiet. Na parterze funkcjonował bank, kawiarnia oraz zakład fryzjerski. Pierwsze piętro zajmowała restauracja. Kolejne dwa piętra oraz strych były przeznaczone na pokoje dla gości. Łącznie do wynajęcia na noclegi było 46 lokali.

 

Każdy pokój był wyposażony albo w łóżko albo w tapczan. Okna udekorowane były firankami. Na ścianach pokoi wisiały reprodukcje znanych obrazów. Zaś oświetlenie dawały piękne mosiężne lampy. Z gościny hotelu korzystali zamożni czyli kupcy, oficerowie, artyści i arystokraci. W restauracji odbywały się dancingi i inne imprezy okolicznościowe. Działalność hotelu trwała w najlepsze do 1941 roku. Wtedy obiekt przejęty został przez Niemców. Okupant zmienił nazwę na „Europa”. Przy wejściu wywieszono także napis – „Tylko dla Niemców”. Hotel został gruntownie wyremontowany, jednak gdy wojska rosyjskie w 1944 roku zbliżały się do Białegostoku, Niemcy zaczęli się ewakuować i podpalać wszystkie budynki w mieście. Ritz nie został oszczędzony.

Zaczęto odbudowę miasta

Po II Wojnie Światowej zaczęto odbudowywać kompletnie zniszczone miasto od nowa. W tym Pałac Branickich i wiele innych zabytków. Tymczasem Ritz w 1946 roku, a raczej to co po nim pozostało… wysadzono w powietrze. Zostały tylko pod ziemią fundamenty, które przypadkowo wykopano podczas przebudowy dróg przy bramie wjazdowej do Pałacu Branickich.

Dlaczego nie zapadła decyzja by go jednak odbudować? W PRL nikt się nie tłumaczył, ale można się tylko domyślać, że nikt nie chciał odbudowy hotelu, który wybudowany został przez niemieckiego zaborcę. A szkoda, bo jak widać na zdjęciu lotniczym – całkiem duży kawałek budynku pozostał.

Warto dodać, że w 2008 roku znaleźli się kanadyjscy inwestorzy, którzy chcieli w Białymstoku postawić nowy Ritz. Postawili jednak warunek – ma być w mieście lotnisko. Oczywiście co z lotniskiem – sami wiecie, więc także wiecie co z planami odbudowy hotelu. Co ciekawe, dalej jest możliwość odbudowy go w tym samym miejscu. Teren przy pałacyku gościnnym stoi pusty. Niestety to tylko teoria. W praktyce – 12 lat temu Kanadyjczycy szacowali koszt inwestycji na 800 mln złotych (hotel miał powstać w innym miejscu). Po tylu latach to cena już dawno jest nieaktualna. Nawet, jeżeli w końcu wystartują pierwsze samoloty z Krywlan, to i tak wątpliwe jest, by pojawił się u nas jakiś inwestor z takimi pieniędzmi. Szczególnie, że prawdopodobnie czeka nas ogromny kryzys.

5 nieoczywistych atrakcji Podlasia. Mogliście nie wiedzieć, że w ogóle istnieją!
Zespół Klasztorny Karmelitów Trzewiczkowych w Bielsku Podlaskim fot. jdx / Wikipedia

5 nieoczywistych atrakcji Podlasia. Mogliście nie wiedzieć, że w ogóle istnieją!

Województwo Podlaskie to nie tylko wspaniała przyroda, ale także wyjątkowa architektura. O ile w pierwszej kolejności wymienia się na przykład Pałac Branickich, klasztor w Wigrach czy zespół klasztorny z dawnej stolicy Podlasia – Drohiczyna, to warto wiedzieć, że niesamowitych budynków w naszym regionie jest dużo więcej. Mało prawdopodobne, by słyszeli o nich turyści, bo mogli o nich nie słyszeć nawet mieszkańcy Podlaskiego. Oto 5 nieoczywistych atrakcji Podlasia.

Zespół Klasztorny Bernardynów

Każdy, kto przyjedzie do Tykocina od razu zagląda na Rynek, gdzie stoi okazały kościół pw. Trójcy Przenajświętszej. Zaraz za mostem jest Zamek, a po drugiej stronie Rynku – Wielka Synagoga. W zasadzie to główne atrakcje. Tymczasem trochę na uboczu, przy ul. Klasztornej znajduje się Zespół Klasztorny Bernardynów ufundowany przez Jana Klemensa Branickiego. Obecny budynek został wybudowany w 1771 roku. Jednak po raz pierwszy ufundowano w tym miejscu klasztor w 1479. Zwiedzając to miejsce warto zainteresować się także unikatem jakim jest Obraz Matki Boskiej Szlacheckiej.

 

Według legendarnych opowieści pierwszym portrecistą Matki Bożej miał być św. Łukasz Ewangelista, zaś jego obraz stał się pierwowzorem dla ogromnej liczby kopii. W ciągu wieków wierni otaczali kultem wiele cudownych wizerunków. Do najważniejszych należy obraz Matki Bożej „Śnieżnej”. Jedną z kopii rzymskiego pierwowzoru jest obraz Matki Boskiej „Szlacheckiej” w tykocińskim kościele p.w. Trójcy Przenajświętszej. Drugiego takiego w Polsce nie ma!

fot. muzeum.bialystok.pl

Rezydencja Ekonomiczna

fot. Nexusdx / Wikipedia

Skoro jesteśmy w Tykocinie, to warto zajrzeć także do dawnej „Rezydencji Ekonomicznej”. Obecnie jest to Urząd Miejski, który znajduje się przy ul. 11 Listopada. O samym budynku wiadomo niewiele… Wpierw był tam dworek, który pierwotnie wzniesiono w 1656 roku w czasie najazdu Szwedów na Polskę. Obecny budynek powstał w II połowie XVIII wieku w pobliżu dawnego portu rzecznego. Miał służyć do handlu zbożem. Dworek nosi również nazwę „Dwór administratora”, gdyż mieszkał w nim administrator dóbr tykocińskich namaszczony przez Jana Klemensa Branickiego. Gdy będziemy zwiedzać dworek koniecznie zajrzyjmy na jego tyły. Płynie tamtędy Narew, którą od podwórza oddziela rząd starych drzew. Nie bójmy się też zajrzeć do środka.

Okazały Pałac Ossolińskich

Pod Bielskiem Podlaskim znajduje się maleńka miejscowość – Rudka. Znajduje się w niej wielki i piękny Pałac Ossolińskich. Został zbudowany w 1763 roku przez hrabiego i starostę drohickiego Aleksandra Ossolińskiego. Obecnie w Pałacu znajduje się Zespół Szkół Rolniczych. Neobarokowy budynek ma bogaty wystrój. O ile Pałac przetrwał zaborcze czasy, to mocno oberwał podczas II Wojny Światowej. Po niej był zniszczony i opuszczony, zaś ożywiony dopiero w latach 1965 – 1970. Koniecznie trzeba te cudo zobaczyć na własne oczy!

Zespół Klasztorny Karmelitów Trzewiczkowych

Z okolic przenosimy się do samego Bielska Podlaskiego. Tam znajduje się Zespół Klasztorny Karmelitów Trzewiczkowych. Jest to ciekawy przykład architektury przejściowej między klasycyzmem a barokiem. Oznacza to w praktyce, że zbudowano barokowy kościół (nowoczesny), ale jego bryła była (tradycyjnie) złożona z czterech skrzydeł ustawionych w czworobok. Budynek powstał w 1784 roku i znajduje się przy ul. Żwirki i Wigury. Aczkolwiek początki historii Karmelitów Trzewiczkowych w Bielsku Podlaskim sięgają 1632 roku. Wówczas o. Elizeusz Niewiński zakupił w tutaj dom na potrzeby zakonne. Następnie wybudowano kościół, jednak po 140 latach wszystko spłonęło. Odbudowa została sfinansowana między innymi przez Izabelę Branicką.

 

Podczas zaborów kościół został zamknięty i przekazany cerkwi prawosławnej. Wówczas przebudowano wieże i wymieniono barokowe hełmy (takie jak ma na przykład białostocki ratusz) na sferyczne kopuły. Budynek po tych modernizacjach zyskał styl rusko-biznatyjski. W 1920 roku kościół powrócił do katolików. Kopuły usunięto, a po 30 latach osadzono nowe hełmy stylizowane na barokowe. W latach 1945-1957 klasztor był zajmowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Później funkcjonowała tam poczta i dom kultury. Kościołowi zwrócono go dopiero w 1992 roku.

Zarząd Wodny

fot. jdx / Wikipedia

Augustów słynie obecnie z tego, że jest letnią stolicą Polski. Jedną z jego atrakcji jest także Kanał Augustowski. Szlaki wodne nie są bezobsługowe. Potrzebują człowieka, by opiekował się nimi, naprawiał, konserwował i zarządzał. Stąd też była potrzeba funkcjonowania Zarządu Wodnego. Miejsce, gdzie się znajdowała ich siedziba do dziś zapiera dech w piersiach. W 1903 roku zbudowano eklektyczny pałac przeznaczony dla kierownictwa wiślańsko-niemeńskiej drogi wodnej. Podczas II Wojny Światowej został zajęty przez rosyjskie NKWD, które w pobliżu zorganizowało więzienie. 22 czerwca 1941, gdy Niemcy zaatakowały ZSRR większość więźniów straciło życie. Dlatego obok budynku Zarządu Wodnego znajduje się pomnik.

 

Obecny wygląd budynku zawdzięcza się niedawnym remontom. Gdy będziecie go zwiedzać zwróćcie uwagę na czterokondygnacyjną wieżę, która dobrze się wpisuje w cały budynek. Warto podkreślić, że budynek ten jest jednym z najbardziej okazalszych w całym Augustowie!

Featured Video Play Icon

Unikalny film z tragicznych momentów Białegostoku!

Archiwalne filmy Białegostoku, fragmenty ujęć z propagandy niemieckiej oraz propagandy rosyjskiej oraz inne archiwalne materiały – to wszystko postanowiliśmy połączyć w spójną całość, by pokazać smutne czasy II Wojny Światowej w Białymstoku. Film zaczyna się latem 1939 roku, gdy życie w mieście płynie spokojnie. Niestety lata 1939 – 1944 to najtragiczniejsze chwile Białegostoku.

 

Do polskiego miasta wkroczyli Niemcy, następnie przekazali Białystok Rosjanom. Ci mianowali miasto stolicą Zachodniej Białorusi ZSRR. Ostatni akt przekazania miasta w ręce sowieckie odbył się na dziedzińcu Pałacu Branickich. Jego przebieg tak opisywał: M. Czajkowski naoczny świadek tamtych wydarzeń: Kompanie honorowe obu obcych wojsk dzielił (a może lepiej byłoby powiedzieć łączył) wysoki maszt, na którym po­wiewała czerwona flaga z czarnym, o złamanych ramionach, krzyżem na białym polu. Orkiestra grała „Deutschland, Deutschland uber Alles”. Obie kompanie sprezentowały broń i flaga ze swastyką zaczęła się opuszczać. Do masztu podszedł oficer sowiecki i założył inną, czerwoną flagę, z sierpem i młotem. Obie sojusznicze kompanie prezentowały broń, grano hymn Związku Sowieckiego. Kiedy zawisła flaga na szczycie masztu, podeszli do siebie oficerowie obu wojsk. Odsalutowali wyciągniętymi szablami, schowali je do pochew i podali sobie przyjaźnie ręce. Wreszcie poklepali się poufale. Za chwilę padły komendy z obu stron, kompanie raz jeszcze spre­zentowały broń. Po chwili odmaszerowali w swoich kierunkach, a czarne limuzyny zaczęły opuszczać dziedziniec. Za nimi w równych odstępach po­ruszały się motocykle z żołnierzami Wehrmachtu. Relacja ta została zawarta przez Wojciecha Śleszyńskiego w książce Okupacja sowiecka na Białostocczyźnie w latach 1939–1941. Propaganda i indoktrynacja. W tym czasie, w Białymstoku represjonowano Polaków, wywożono ich również na Syberię.

 

Po dwóch latach, w 1941 roku Hitler postanowił przeprowadzić inwazję na Związek Radziecki. Do Białegostoku wkroczyli ponownie Niemcy. Zagoniono białostockich Żydów by obalili pomnik Lenina stojący przy Pałacu Branickich. Następnie, by zrywano portrety Stalina. Na koniec około tysiąc Żydów zostało przez Niemców zagonionych do synagogi w centrum miasta. Budynek podpalono z ludźmi w środku, nie dając im żadnych szans. „…gdy weszli Niemcy poszukując mężczyzn – uciekłem do drugiego pokoju, gdy schowałem się, szwagra Arona Zelmanowicza zabrali. Siostra pobiegła za mężem. Wprowadzili ich do Synagogi na rogu ul. Suraskiej – Szkolnej. Widzieliśmy to ze strychu domu, w którym ukrywaliśmy się. Było ze mną dużo osób. (…) Gdy synagogę zapełniono ludźmi – widziałem jak Niemcy pozamykali wyjścia i kordonem otoczyli budynek i podpalili go…” – to fragment wspomnień świadka wydarzeń. Fragment pochodzi z Kuriera Porannego.

 

W 1943 roku Niemcy zamordowali w getcie około 800 osób. Zaś kolejne 30 tys. wywieziono do niemieckiego obozu zagłady w Treblince oraz Auschwitz-Birkenau. W Białymstoku Niemcy zgotowali piekło w ciągu 2 lat okupacji. Życie straciło bardzo wiele osób. Po wojnie w Białymstoku żyło tylko 1100 żydów. Przed okupacją Niemiecką 60 000. W 1944 roku Armia Czerwona rozpoczęła marsz na Berlin. Niemcy zaczęli uciekać z Białegostoku podpalając wszystko co się da – łącznie z Pałacem Branickich. Miasto pozostało ruiną. Większość mieszkańców międzyczasie wywieziono do niemieckich obozów koncentracyjnych. Już z nich nie wrócili. Po II Wojnie Światowej mieszkańcy okolicznych wsi przeprowadzili się do Białegostoku, by pracować w tutejszych fabrykach odradzającej się Polski. Białystok jak i cały kraj do 1989 roku był pod kontrolą ZSRR.

Oto najstarsze budynki w Białymstoku. Jest ich tylko 5.

Oto najstarsze budynki w Białymstoku. Jest ich tylko 5.

Może to być dla Was zaskoczeniem, ale najstarszych budynków w Białymstoku jest tylko 5. Ewidencja zabytków liczy prawie 600 pozycji. Najwięcej budynków pochodzi z XIX wieku oraz początków XX. Nie oznacza to jednak, że są najstarsze. W ewidencji są również budynki, które powstały jeszcze w XVIII wieku. Jeżeli jednak odejmiemy z ewidencji te, które już nie istnieją lub istnieją w formie powojennej rekonstrukcji, to okaże się że naprawdę najstarszych czyli takich, które nieprzerwanie, od samego początku stoją w mieście – jest tylko 5.

Stary Kościół Farny

Na cześć Boga Najwyższego Trójcy Świętej, Najświętszej Marii Panny i Wszystkich świętych, świątynię od fundamentów wzniósł Piotr Wiesiołowski marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego, starosta kowieński, tykociński – taki napis w języku łacińskim widnieje na jednej z tablic wiszących na ścianie starego kościoła farnego. To jest najstarszy budynek w mieście. Formalnie stoi nieprzerwanie od 1626 roku (budowa zaczęła się w 1617 roku). W 1752 roku kościół został przebudowany ze stylu renesansowego na barokowy. W takim też stylu kościół zyskał wyposażenie.

 

W 1751 roku ściany świątyni zostały pokryte polichromią czyli przepięknymi malunkami na ścianach. Po obu stronach ołtarza znajdują się dwie rzeźby – świętych Piotra i Pawła z 1751 roku. Z tamtego okresu pochodzą również organy, które Jan Klemens Branicki ufundował kościołowi. Zostały one wybudowane w 1753 roku. W podziemnej krypcie kościoła jest pochowana między innymi Izabela Branicka.

 

Pierwszy kościół w tym miejscu został zbudowany w 1547 roku. Powstał, gdy Białystok był jeszcze wioską należącą do Raczkowiczów.

Brama wjazdowa do Pałacu Branickich

Nieprzerwanie od 1758 roku przetrwała wszystkie zawieruchy. Brama przechodziła jedynie remonty, jednak nigdy nie została zniszczona. Warto też dodać, że zegar w niej umieszczony to mechanizm, który nigdy nie był wymieniany. Zegar ten jest nie tylko mieści się w jednym z najstarszych budynków miasta, ale też sam w sobie jest najstarszym wieżowym zegarem w Polsce! Co ważne, nigdy nie odmówił posłuszeństwa. Pracuje od setek lat z małymi przerwami. Zegar w bramie wjazdowej zamówił Jan Klemens Branicki. Warto dodać, że sam Pałac został zniszczony i spalony, a obecny budynek jest rekonstrukcją.

Oranżeria w zespole pałacowo-ogrodowym

Dokładna data powstania nie jest znana, ale jest to połowa XVIII wieku. Budynek jest kompletnie niepozorny. Stoi przy ul. Mickiewicza. Setki osób dziennie obok niego przechodzi bez świadomości, że jest tak stary. Wszystko dlatego, że długo stał zapuszczony. Nie tak dawno patrząc na niego widzieliśmy wyblakłe kolory, odpadający tynk oraz pomazaną przez grafficiarzy elewację. To wszystko na szczęście w 2016 roku zostało odnowione przez Uniwersytet Medyczny.

 

Oranżeria to inaczej pomarańczarnia. Dawniej służyła do hodowli roślin egzotycznych (takich jak pomarańcze, cytryny) oraz kwiatów i krzewów. Kwitły w drewnianych donicach, a latem były przenoszone do ogrodu. Oranżerie były oczkiem w głowie Branickiego. Dlatego też jego zbiory należały do największych w kraju. Budynki pełniły również rolę ogrodów zimowych. Magnateria spotykała się tam i bawiła.

Cerkiew na wzgórzu

Budynek stoi między ulicami Kalinowskiego oraz Kijowską. Dawniej jeszcze przylegała do niej ul. Odeska (dziś jest kilkadziesiąt metrów dalej) a od południa Ołowiana. W 1760 roku powstała jako katolicka kaplica. Międzyczasie została cerkwią prawosławną. Mieszkańcy ulicy Kalinowskiego pamiętają jeszcze cmentarz wokół cerkwi. Później stał tam amfiteatr, a obecnie gmach Opery. Otoczenie wokół świątyni się mocno zmieniało. Sama Cerkiew św. Marii Magdaleny jednak nie. Warto dodać, że gdy powstawała to była jeszcze poza miastem. Jeszcze jako katolicką kaplicę ufundował ją Jan Klemens Branicki.

 

Mniej więcej 100 lat później świątynia była już prawosławna. Dokładne okoliczności zmiany nie są jednak znane. Wiadomo jedynie, że w 1860 roku z inicjatywy prawosławnej parafii św. Mikołaja przeprowadzony był remont i rozbudowa kaplicy. Samo wyświęcenie miało miejsce 25 lipca 1861 roku. Zmiana właściciela kaplicy była również przedmiotem sporu sądowego. Kościół katolicki sądził się bowiem o własność z Cerkwią prawosławną. W 1958 roku zapadł wyrok, który przyznał 2/3 cmentarza oraz świątynie katolikom. Obie strony odwołały się jednak od tego wyroku. Zanim jednak te odwołania zostały rozpatrzone, to nieruchomość przejęło miasto. Dopiero w 1991 roku część wzgórza przekazano Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu. Decyzja ta została zatwierdzona dopiero w 2006 roku.

Plebania parafii Wniebowzięcia NMP

Ostatnim z XVIII-wiecznym budynkiem w mieście jest plebania najstarszego kościoła (i budynku) w mieście. W latach 70-tych XX wieku została przebudowana. Pierwszy budynek powstał prawdopodobnie ok. 1746 roku (w ewidencji zabytków widnieje rok 1761, dlatego wymieniamy go na końcu) i został ufundowany przez Jana Klemensa Branickiego. Magnat sprowadził do Białegostoku duchownych ze Zgromadzenia Księży Wspólnego Życia, którzy przez pół wieku zarządzali parafią i prowadzili duszpasterstwo.

Białystok w starych klipach disco polo. To był dopiero klimat! Piękna policjantka, więzienie, bitwy w parku i balony!
Selavi - Stare Kalendarze

Białystok w starych klipach disco polo. To był dopiero klimat! Piękna policjantka, więzienie, bitwy w parku i balony!

Sobota wieczór oraz niedziela rano. O tych porach w każdy weekend Polsat gromadził rzeszę widzów przy swoich programach Disco Polo Live oraz Disco Relax. To właśnie one były przepustką do wielkiego świata show biznesu dla Zenona Martyniuka i jego Akcentu czy też Marcina Millera i zespołu Boys. Byli jednak też tacy, których muzyka była popularna tylko w tamtych czasach – szalonych latach 90. Dziś pozostało tylko sentymentalne wspomnienie. Postanowiliśmy przypomnieć o dawnych gwiazdach, które milionom Polaków w swoich klipach pokazywały między innymi Białystok – swoje miasto.

Skaner – Nadzieja

Pozytywny wariat biega po całym Białymstoku, by na koniec pojechać autobusem z ludźmi w kolorowych przebraniach. Tak można streścić Nadzieję zespołu Skaner. Możemy między innymi zobaczyć jak wokalista wychodzi z Teatru Dramatycznego, później poznaje dziewczynę przy skrzyżowaniu ul. Słonecznej oraz 11 Listopada. W kolejnej scenie chłopaki śpiewają siedząc na murku oddzielającym ogród Pałacu Branickich od dolnej części ze stawem. Później biegiem przez Planty i środkiem ul. Mickiewicza. Kadry są na tyle wąskie, że tylko ktoś kto mieszka w Białymstoku rozpozna te miejsca. Na koniec jest jeszcze jazda autobusem KPK w charakterystycznych dla Białegostoku malowaniu. Później można zobaczyć jeszcze jak wokalista biega pomiędzy polonezami na ul. Lipowej. Piękna wycieczka po Białymstoku!

Janusz Laskowski – Świat nie wierzy łzom

Ten kawałek to absolutny klasyk, na którym można zobaczyć jak Janusz Laskowski jeździ na początku przez dawne osiedle Piasta, gdzie było wiele drewnianych domów oraz przez Rynek Kościuszki, gdy ten był jeszcze przejezdny. Oprócz tego można rozpoznać jeszcze wielkie rondo przy Piastowskiej. Artysta przemierza prawdopodobnie też osiedle Przydworcowe i dawne Chanajki. Tu jednak pewności nie mamy, bo kadry są dość ciasne. Można też zobaczyć jak Janusz Laskowski spaceruje po amfiteatrze, który już nie istnieje gdyż jego miejsce zajęła Opera przy Odeskiej.

MIG – Co ty mi dasz

Ten teledysk to absolutny hit internetu za sprawą efektów specjalnych. MIG pokazuje również Białystok w dość… ciekawy sposób. Stojąc na dachu hotelu Gołębiewski, stojąc na wówczas nowym wiadukcie przy Produkcyjnej oraz idąc pod nim, dołem po wyłączonym odcinku ruchliwej ulicy. Zespół śpiewa też z dachu jakiegoś budynku, na którym widać w tle osiedle. Niestety nie podejmiemy się aż tak głębokiej analizy, która nam powie gdzie to było. Tu bowiem również królują ciasne kadry.

Boys – Gdzie moja wolność

Na bazie hitu „Niech żyje wolność” rok później Marcin Miller i Boys nagrywają „Gdzie moja wolność” jako kontynuację poprzedniego kawałka. Ta sama melodia, ale nowe słowa. Akcja dzieje się w celu aresztu śledczego przy ul. Kopernika. Później jednak wokalista wychodzi na wolność, o której śpiewa. Z radości tańczy przy Pałcu Branickich oraz idzie ulicami miasta.

Classic – Jolka, Jolka

Ta piosenka to był prawdziwy hit. Jolka Jolka to dziewczyna… piękna policjantka przypomina nam czym jeździła dawniej policja. Sam teledysk pokazuje nam Praczki (oryginalne, które ktoś potem ukradł). Wokalista z piękną policjantką spaceruje po Planach, ale też w jednej scenie widać dawny plac przed Teatrem Dramatycznym. Obecnie jest cały wybetonowany z fontanną. Dawniej była tam wyspa dla autobusów, na środku której rosły kwiaty. W kolejnych scenach można zauważyć jeszcze spacer Rynkiem Kościuszki oraz jak para wchodzi do Urzędu Stanu Cywilnego w Białymstoku, który znajduje się w Domu Koniuszego (Pałacyk Gościnny). Ostatnie sceny to wnętrza tegoż pałacyku.

Casanova – Nikt na świecie nie wie

Casanova to stary i zapomniany zespół. Dawniej autorzy wielkich hitów – w tym jednego pod tytułem „Nikt na świecie”, którego sceny zostały nagrane w „dawnym ogrodzie” Pałacu Branickich oraz na „dawnych Plantach”. Dawnych, bo widać to po charakterystycznych roślinach, których ani w Pałacu Branickich ani na Plantach już nie ma. 

Selavi – Stare kalendarze

Ten zespół to już tylko mogli znać wielcy fani. Selavi śpiewa o starych kalendarzach, a w tle przewija się lot balonem. Widać jak wokalista z pewną panią udają się na podniebną wycieczkę startując w miejscu dzisiejszego Skateparku przy spodkach, a dawniej w parku przed ACK. W tle widać też wieżę kościoła Św. Rocha. 

Tropical – w Parku

Ostatni kawałek jaki udało nam się odnaleźć w sieci to także wędrówka po Rynku Kościuszki, na którym jeszcze były samochody i… budki telefoniczne. Kolejne sceny to Planty i knajpka, która wielokrotnie zmieniała swoją nazwę, ale wtedy to była jeszcze Kasztelanka. Możemy zobaczyć także trzech kolorowo ubranych panów z kolorowymi parasolami, którzy tańczą z paniami przed fontanną na Plantach. Tylko jakby inaczej tam wtedy jest.

 

Ale nie tylko tam jest inaczej. Dziś Białystok to zupełnie inne miasto. Nawet jeżeli niektóre miejsca pozostały to ich otoczenie też już się zmieniło. Wycieczka w szalone lata 90. po Białymstoku dobiega końca. A my zostajemy z wielkim sentymentem, bo te wszystkie piosenki to gigantyczna kopalnia wspomnień. Na zakończenie możemy tylko dodać, że warto obejrzeć stare klipy zespołu Boys. Oczywiście największą uwagę skupia na sobie Marcin Miller, jednak zawsze gdzieś tam w tle przewija się Marszałek Województwa Podlaskiego Artur Kosicki. Dawniej członek tegoż zespołu. Nam przypadł do gustu w roli piekarza w kawałku „Dlaczego”…

Od ulicy piękna, od podwórza skromna. Dawniej był tu hotel, burdel oraz tajny sztab.

Od ulicy piękna, od podwórza skromna. Dawniej był tu hotel, burdel oraz tajny sztab.

Odkąd powstała, wpasowała się w swój róg idealnie. U zbiegu czterech ulic – Krakowskiej, Św. Rocha, Lipowej i Dąbrowskiego była idealnym punktem na wiele przedsięwzięć. W sam raz nadawała się na mieszkania klasy średniej, największy w mieście burdel z restauracją, tajny sztab lotnictwa niemieckich wojsk, miejsce wypoczynku dla repatriantów oraz biura administracji państwowej oraz plan filmowy. Przepiękny budynek powstał na zlecenie żydowskiego kupca w czasach gdy na białostockim rynku panował ogromny kryzys budownictwa, przez co wiele zleconych budowli nieruchomości pozostało niedokończonych. Mowa tu o pięknej kamienicy stojącej przy Krakowskiej 1 w Białymstoku.

 

W 1886 roku na rogu Krakowskiej i Lipowej stały dwa drewniane domy. Należały one do Wolfa i Szejny Nowińskich. Małżeństwo posiadało jednak długi, których nie spłacało. Skończyło się to odebraniem im ziemi oraz domów oraz ich licytacją. Parcelę z dwoma domami odkupił Josel Ginzburg. Nie wiadomo jednak skąd miał pieniądze ani z czego się utrzymywał. Być może był wspólnikiem Perlisa. Bowiem w dawnych dokumentach oba nazwiska widnieją razem przy działalności małego banku. Pewne jest natomiast, że Josel Ginzburg biorąc kolejne pożyczki zastawiał za każdym razem nieruchomość przy Krakowskiej. Nie inwestując w nią jednak. W 1891 roku stary Ginzburg przeczuwał chyba, że nadchodzi jego kres. Spisał bowiem testament, a niedługo po tym zmarł w 1892 roku. Wtedy w spadku parcelę otrzymał potomek Ginzburga – Szeftel.

 

Syn Josela gdy otrzymał spadek był żonaty. Posiadał też siedmioro dzieci. Z dawnych dokumentów wynika, że kamienica powstała między 1896 a 1899 rokiem. Niestety wtedy na białostockim rynku budowlanym panował ogromny kryzys. Wiele podobnych budów nie zostało ukończonych. Ginzburgowie ukończyli budowę jednak przestali spłacać kredyty. W 1906 roku Wileński Bank Ziemski zajął kamienicę na poczet długów. Małżeństwo odzyskało jednak kamienicę w 1909 roku.

Architekt zakochany w Wiedniu

Opowieść o tym, że kamienica ma trzy piętra z dzisiejszej perspektywy brzmi jak żart. Aby dostać się na samą górę i na koniec dowiedzieć się jak wielka była to wyprawa. Wystarczy po prostu wejść po schodach. Każdy kolejny poziom to kolejne 20 stopni. Każdy długi i mało stromy. Dla niewprawionych nóg to dobre ćwiczenie. Budynek ma 3 wejścia. Dwa z tyłu do oddzielnych klatek, jedno od frontu, które prowadzi do tej samej klatki co jedno z tylnych wejść. Prawdopodobnie czwarte wejście zostało przerobione na lokal, w którym dziś znajduje się Jadłodzielnia.

 

Architektem był anonimowy artysta. Jednak patrząc na jego dzieło możemy się o nim trochę dowiedzieć. Na pewno bywał w Europie zachodniej i był zafascynowany jej stylem na tyle, że na wzór tamtejszych budynków użyteczności publicznej stworzył projekt kamienicy. Dziś takie można napotkać chociażby w Wiedniu. Architektowi nie przeszkadzało, że neorenesans na początku XX wieku był już „passe”. Dlatego też gdy ktoś szedł ul. Lipową bądź Krakowską podziwiać mógł eleganckie skrzydło. Ten kto spacerował akurat Wołkowyską lub inną wąską uliczką biegnącą od Sosnowej (dziś Kalinowskiego) widział w oddali tylko skromną oficynę.

 

Do dziś wewnątrz przetrwała kolorowa posadzka. Niestety po pięknych dekoracjach malarskich na sufitach nie pozostało już nic. Klatki są typowe – białe z pomalowanym na jednolity kolor dół. Dokładnie tak jak w większości bloków. O pomstę do niema woła to co zrobiono z obecnym dachem. Na początku XXI wieku budynek przeszedł gruntowny remont elewacji. Dzięki czemu szare i brudne mury zostały zamienione na budynek pełen blasku. Ale ktoś wpadł na idiotyczny pomysł aby dorobić blaszane „czapki” do dachu. Mimo, że budynek od 1988 roku jest zabytkiem, to konserwator na coś takiego pozwolił.

 

Wojna z prostytucją

Gdy nastał 1909 rok i kamienica wróciła do Ginzburgów, to Szeftel postanowił uczynić z niej stałe źródło dochodu. Znajdujące się mieszkania były do wynajęcia. Prawdopodobnie jednak biznes nie szedł tak jakby właściciel przybytku chciał. Dlatego w 1906 roku kupiec podnajął kamienicę pani Łubnickiej, która otworzyła przy Krakowskiej 1 hotel Metropol. Ginzburg zmarł w 1915 roku. Kamienica przeszła w ręce jego żony – Chinki Ginzburg. Kobieta postanowiła z kamienicy wycisnąć jeszcze więcej. Dlatego przejęła budynek oraz działający w nim hotel Metropol. Powstała też droga restauracja, dwie kawiarnie oraz dancing. Ponadto 3 mieszkania były wynajmowane. Zajmowali je Chasza Lifszyc, Icko Szczupak oraz Lejba Wajnrach.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości za kamienicą wciąż ciągnęła się atmosfera skandalu. Przede wszystkim w hotelu działał pod przykrywką największy burdel w mieście. Lokal cieszył się „najlepszą” reputacją, gdyż prostytutki świadczące tam swoje usługi nie miał żadnych oporów! Nawet gdy przychodzili młodzi gimnazjaliści (dziś byliby to licealiści. Policja wielokrotnie robiła naloty na Krakowską 1 zamykając przybytek. Prasa wciąż potępiała działalność „hotelu”. Ponadto na przeciwko znajdowała się kaplica i cmentarz (a później Kościół św. Rocha). Nawet gdy burdel przestawał działać, to gdy napięta atmosfera opadała – wszystko wracało do dawnego porządku.

 

W hotelu Metropol działało także coraz więcej młodocianych prostytutek. Grupą przewodziła 14-latka, która sama trudniła się fachem… złodzieja. W całym mieście zarejestrowanych jako prostytutki były 233 kobiety. Tych zawodowych stwierdzono 84, a dorabiających – 149. Królowe nocy były nadzorowane przez komisje sanitarno-obyczajowe. Te, które uchylały się od rejestracji były ścigane przez specjalnych agentów. Zawodowe otrzymywały specjalne książeczki zdrowia. Działalność przy Krakowskiej 1 była na tyle złą sławą owiana, że powstało w Białymstoku „Towarzystwo Eugeniczne”, które za cel postawiło sobie przeciwdziałanie prostytucji. Ostatecznie burdel z Krakowskiej 1 (w okolicy było kilkanaście innych) zniknął w 1923 roku.

Ginekolog – zawód zakazany

ilustracja z amerykańskiego podręcznika z 1897 roku. (fot. Norris Richard Cooper; Dickinson Robert Latou / Wikimedia Commons / public domain)

„Towarzystwo Eugeniczne” jednak nie dawało za wygraną. Po Chince kamienicę przejął syn Szeftela – Karol Ginzburg. Ukończywszy studia medyczne postanowił w swoim przybytku otworzyć gabinet ginekologiczny, co jeszcze bardziej rozjuszyło wielu mieszkańców. O ile dziś działalność tego typu nie wzbudza większych emocji, to dawniej ginekologa często nazywano „damskim rzeźnikiem”. Jednym z problemów jakie miało „Towarzystwo Eugeniczne” z ginekologami to wszelkie badania i zabiegi jakie wykonywali. Dawniej uważano, że lekarz powinien robić je z zasłoniętymi oczami, później z upływem czasu liberalizowano stanowisko, jednak lekarz według działaczy konserwatywnego towarzystwa nie mógł wykonywać swoich zadań w stu procentach prawidłowo tylko i wyłącznie ze względów obyczajowych. Generalnie kobieta przed ginekologiem nie miała prawa się obnażać.

 

Warto też pamiętać, że nie istniało również coś takiego jak testy ciążowe. Kobieta, która czuła się „odmiennie” mogła co najwyżej przypuszczać co się z nią dzieje. Te, które chciały mieć zupełną pewność udawały się do ginekologa. Potwierdzenie, że kobieta ma w brzuchu płód a nie na przykład guza również wiązało się z oglądaniem damskich narządów rodnych, co towarzystwu się nie podobało.

 

Wracając do samej kamienicy. Oprócz gabinetu ginekologicznego Ginzburga, w budynku znajdowały się również dwie kawiarnie. Jedną prowadził Liwsza Kokman. Druga zaś należała do Poli Parasol. Była też herbaciarnia prowadzona przez pana Pawłowskiego. Był też zakład fryzjerski oraz kwiaciarnia. Pozostałe lokale zapewne były wynajmowane lokatorom do mieszkania. Ostatnie lata przez II Wojną Światową w kamienicy przy Krakowskiej 1 znajdują się już tylko lokale mieszkalne. Z książki adresowej firm z 1932 roku wiadomo, że niektórzy lokatorzy w mieszkaniach prowadzili interesy. Między innymi adwokat Wacław Sławiński, tłumacz Fejga Lewin, pocztowiec Bolesław Gołębiowski, lekarz Gutman, tłumacz przysięgły języka francuskiego Przybylski oraz nauczycielka Einhorn.

Tajna niemiecka kwatera

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe / NAC/3/1/0/0/113

Gdy Niemcy zajęli Białystok podczas II Wojny Światowej to wyrzucili wszystkich mieszkańców z budynku. Zorganizowano w nim tajny sztab lotnictwa niemieckiego. Agresorzy kierowali z centrum Białegostoku walkami powietrznymi. Zostali wypędzeni dopiero w 1944 roku przez żołnierzy Wojska Polskiego, którzy postanowili stworzyć na miejscu tymczasowy przybytek dla repatriantów wojennych. Mimo, że praktycznie cały Białystok został doszczętnie zniszczony podczas wojny, to kamienica przy Krakowskiej została zachowana w dobrym stanie.

 

Gdy po II Wojnie Światowej władzę w Polsce objęli komuniści postanowili, że budynek przejdzie pod władanie Tymczasowego Zarządu Państwowego. W latach 50-tych otwarto tam Wydział Komunikacji, Zarząd Dróg Publicznych oraz… Ligę Lotnictwa. Taki stan rzeczy obowiązywał do 1958 roku. Później budynek trafił w Zarządu Mienia Komunalnego. Dziś przy Krakowskiej 1 mieszkają zwykli białostoczanie. Na co dzień jednak życie w zabytku nie przynosi większych korzyści. A wręcz przeciwnie. Podczas ostatniego kapitalnego remontu kamienicy w 2016 roku nie dało się tam normalnie funkcjonować. Choćby przez to, że drzwi do lokali malowano specjalną farbą chroniącą przed pożarem. Smród był nie do wytrzymania. Ponadto czynsze są horrendalnie wysokie. Budynek jednak tak jak dawniej z zewnątrz prezentuje się przepięknie i na pewno jest jedną z wizytówek miasta. Mijają go wszyscy, którzy idą z dworca do centrum oraz wszyscy, którzy zwiedzają kościół św. Rocha. Szkoda tylko, że do tak pięknego zabytku doklejony jest budynek Lasów Państwowych.

W Galeriowcu mieszka prawie 500 osób. Jest jedyny taki w mieście.

W Galeriowcu mieszka prawie 500 osób. Jest jedyny taki w mieście.

Składa się z dwóch 11-piętrowych wieżowców, mieszka tam około 440 osób, a samych mieszkań jest 214 do których wchodzi się nie z klatki schodowej lecz przez długie balkony tzw. galerie. Stąd jego nazwa – Galeriowiec. Od 1970 roku wita przyjezdnych, bo stoi blisko dworca PKP i PKS. Moloch swoją konstrukcją miał sobą reprezentować „superjednostkę” naśladując styl „Le Corbusiera” – francuskiego architekta zwanego „papieżem” modernizmu.

Koniec plątaniny uliczek

Najpierw mała powtórka z historii architektury Białegostoku. Podczas II Wojny Światowej Niemcy zniszczyli miasto doszczętnie. Jednak mówimy tutaj o budynkach. Przedwojenna plątanina ulic i uliczek została. Aż do momentu, gdy nowa PRL-owska zabudowa wyparła je całkowicie. Aleja Pierwszego Maja (dziś Aleja Piłsudskiego) przecięła wiele takich uliczek tworząc super-drogę. Dom Partii przy Próchnickiej (dziś Plac NZS) to budynek-moloch, który powstał w latach 50-tych. Był on autorstwa Stanisława Bukowskiego, który dostał od ówczesnych władz zadanie – odbudować centrum miasta.

Tutaj powstała pewna oś sporu. Otóż Bukowski przyczynił się do wskrzeszenia wielu budynków będących żywymi pomnikami polskiej historii – choćby Pałac Branickich, budynki przy Kilińskiego czy też zabudowa wokół katedry. Niestety – to co mają mu za złe historycy, chwalą urbaniści. Bukowski postanowił rozprawić się z plątaniną uliczek projektując miasto zastępując je kwartałami – czyli tak, by zasadniczo każdy fragment przecinały 4 ulice. Gdy spojrzymy na dawną mapę i obecną to widać zmiany jak na dłoni. Warto jednak pokusić się o pewne wyjaśnienie – to co dzisiaj my definiujemy jako zabytki, wówczas w świadomości władz i także architektów stanowiło chaotyczną przedwojenną zabudowę, której należałoby się pozbyć.

 

Dlatego też dzisiejszy Białystok różni się architektonicznie od innych dużych miast. Nie ma u nas klasycznej starówki, która trochę sztucznie powstała 10 lat temu. Po II Wojnie Światowej wokół ratusza pojawił się skwer, który został zlikwidowany po ostatniej przebudowie. Wówczas oblepiony reklamami Rynek Kościuszki zamienił się z ulicy w plac. Niestety do przedwojennego wyglądu nawiązano luźno jedynie poprzez przesunięcie fontanny bliżej skrzyżowania. Zabrakło jednak pięknego ogrodu. Zamiast tego mamy pusty, betonowy fragment. Po drugiej stronie ratusza natomiast zamiast skwerku są schody i kolejny kawałek betonu zwanego przez mieszkańców „patelnią”.

Czy dbać o modernizm?

Bukowski pozostawił po sobie charakterystyczne budynki w kwartałach na ul. Lipowej, które wszystkie są do siebie podobne i ciągną się aż do kościoła św. Rocha. Dalej mamy już architektoniczny chaos. Każdy budynek jest zupełnie inny. Styl Bukowskiego to modernizm, który nie został przez niego wymyślony. Tak została odbudowana cała Polska po odzyskaniu Niepodległości w 1918 roku. Najpierw urzędy i instytucje państwowe, później bloki mieszkalne.

 

W latach 60-tych przyszła nowa „fala” modernizmu, a wraz z nią inni architekci. Budynki, które zaczęły się pojawiać było nieco futurystyczne. Spójrzmy chociaż na Central, spodki, pawilony-restauracje przy ul. Akademickiej. Jednym z takich budynków właśnie był też Galeriowiec autorstwa Wiktora Łazarczyka i Jana Citko. Moloch oprócz charakterystycznych galerii, z których wchodzi się do mieszkań ma również jeszcze inną cechę. Na parterze jest „opierany” przez filary w kształcie litery „V”.

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Od lat trwają spory czy modernizm i jego spuściznę uznawać za zabytki czy nie. Niestety nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie (gdyby była to nie byłoby sporów). Nie można odmówić budynkom modernistycznym pewnych unikatowych cech, które warto by było chronić i zachować dla przyszłych pokoleń. Tylko w z zasadzie po co? Tutaj najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie drugie – do jakiej historii Polski chcemy nawiązywać? Którą RP chcemy podtrzymywać dla przyszłych pokoleń? I RP i jej królewski rodowód? A może II RP i PRL połączone modernizmem? W III RP także powstało wiele budynków, które w przyszłości mogą zostać zabytkowe. Czy można nawiązywać do wszystkich RP? Architektonicznie wygląda to koszmarnie.

Katastrofalny misz-masz

Wystarczy przejść się od dworca kolejowego – gdzie mamy obecnie budynek w remoncie, któremu przywraca się świetność z czasów zaborów, obok stoi modernistyczna poczta. Za kładką natomiast modernistyczny galeriowiec koło którego na pustej działce powstaje właśnie nowoczesny „apartamentowiec”. Tuż obok wytwór zachodu McDonald’s i nowoczesny dworzec autobusowy. Jest jeszcze murowano-sidingowe Centrum Park. Idąc ulicą Św. Rocha miniemy modernistyczne bloki, drewniane domy, zabytkowy budynek dawnego kina, nowoczesne biurowce, a także budynki z lat 90-tych XX wieku. Na samym końcu Kościół Św. Rocha. Później idąc Lipową mijamy modernistyczną ul. Lipową dochodząc do Rynku Kościuszki, który nieco ma przypominać ten przedwojenny. Spacer kończymy mijając neogotycką katedrę w otoczeniu barokowych budynków z Pałacem Branickich na czele. Od tego wszystkiego można dostać niewątpliwie zawrotu głowy.

Co w takim razie chcemy zostawić przyszłym pokoleniom? Ten cały architektoniczny bałagan? A może jednolity styl. Tylko, który? Jak widzicie jest to błędne koło. Nie można wybrać jednego, a wybranie wszystkich również nie jest dobre. W jednym z tekstów optowaliśmy za wyburzeniem obecnego pomnika przy Centralu, a także dawnego „Domu partii”. Zdanie to podtrzymujemy, bo gdybyśmy to my mieli wybierać, to architektonicznie wskrzesilibyśmy I RP (oczywiście zdroworozsądkowo, bo miasto to tkanka nieustannie i dynamicznie zmieniającą się). Była kiedyś taka koncepcja, by Białystok było miastem-ogrodem. Ku temu powinniśmy zmierzać, szczególnie że w obliczu katastrofy klimatycznej jaka właśnie następuje roślinnością powinniśmy wręcz zarastać.

 

Wracając do Galeriowca. W skali Białegostoku jest to jedyny takiego typu budynek. W Polsce jednak nie. W Gdańsku również istnieją budynki, w których do mieszkań wchodzi się z galerii. Są to „Falowce”. We Wrocławiu mamy 3 Galeriowce złączone w jeden przy ul. Powstańców Śląskich. Budynki takie stoją również w Poznaniu, Rudzie Śląskiej, Krakowie, Szczecinie, Koninie i oczywiście Warszawie.

Straszny dwór pod Białymstokiem? Barwna historia i sporo legend.

Straszny dwór pod Białymstokiem? Barwna historia i sporo legend.

Dawniej płynęła tutaj tylko rzeczka, dziś to mocno zabudowane tereny. Mowa o gminie Juchnowiec Kościelny, gdzie na jej dzisiejszym terytorium, w czasach I Rzeczypospolitej stało bardzo wiele dworków. Do dziś na cmentarzu w Juchnowcu stoi grobowiec Nowickich – jednych z właścicieli takiego dworów, którego ruiny stoją do dziś. Ostatnio wspomnieliśmy o nim tylko w kilku zdaniach. Dziś postanowiliśmy przytoczyć barwną historię tego miejsca, a także mrożące krew w żyłach legendy jakie o ów miejscu krążą.

Ślub z księżniczką

Dolina rzeczki Niewodnicy już w XV wieku stała się miejscem, gdzie zaczęto przyznawać majątki ziemskie. Wkrótce po tym dwory na tych ziemiach zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Każdy nadany majątek ziemski nazywany był Niewodnicą. I tak powstały dwory i folwarki w Niewodnicy Skrybickiej (dziś dwie wsie obok siebie Skrybicze i Bogdaniec), Niewodnicy Nargilewskiej, Niewodnicy Brzoszczyńskiej (już nie istnieje, a dokładna lokalizacja jest nieznana), Niewodnica Lewickie (dziś Lewickie), Niewodnicy Koplańskiej (Koplany), Niewodnicy Brończańskiej (Brończany), Niewodnica Zalesie (Zalesiany), Niewodnica Korycka, Niewodnica Kościelna, a kolejne dwory w Czaplinie, Gajewnikach.

 

W dzisiejszych Lewickich ruiny dworu stoją do dziś. Pierwszy właściciel w 1540 roku Maciej Lewicki – urzędnik sądowy i sędzia bielski zrobił karierę w I RP głównie za sprawą małżeństwa z księżniczką Anną Porycką ze Zbaraża (dziś miasto na Ukrainie pod Tarnopolem). O księżniczce wiadomo było, że była bardzo energiczna. Gdy została wdową po Macieju w 1558 roku to do końca XVI wieku zarządzała dworkiem. Później ofiarowała dworek swoim synom – Maciejowi i Janowi. Majątek objął jednak tylko Maciej, gdyż jego brat zmarł bezpotomnie.

 

Maciej „junior” ożenił się z Anną Wołłowiczówną. Sam nosił tytuł cześnika podlaskiego (osoba w królestwie zajmująca się zarządzaniem piwnicą władcy – by nie brakowało w niej trunków). Wiemy o tym, gdyż w 1621 roku ufundował i wyposażył cerkiew unicką w Kożanach. Małżeństwo miało syna Stanisława, który odziedziczył dwór w Lewickich, ale też dwory w Kożanach, Juchnowszczyźnie i Romejkach.

Zatarg z księdzem

Stanisław Lewicki był w królestwie podczaszym podlaskim czyli pomocnikiem cześnika. W późniejszych latach był również podkomorzym ziemi bielskiej. W 1671 roku zmarł, zaś majątek przed śmiercią zapisał żonie Zofii Karniowskiej. Ta zmarła 5 lat po mężu. Na szczęście para miała syna, więc dwór został jego majątkiem. Samuel, bo tak miał na imię zasłynął w okolicy sporem z lokalnym księdzem Orzeszko. Należy dodać, że to był spór na tyle duży, że Samuel pisał na duchownego skargi – o wykorzystywanie jego podwładnych, o używanie nieprzyzwoitych słów, a nawet o grożenie śmiercią! Niestety nie wiemy jaki był wynik tych skarg. Wiemy za to, że Samuel ożenił się z Joanną Zwierzówną – podczaszankę ziemi bielskiej, która urodziła Samuelowi syna – Stanisława (zapewne po dziadku), który niestety zmarł. Urodziła też córki Antoninę oraz Annę. Ta ostatnia wzięła sobie za męża Szymona Stanisława Gąsowskiego i po śmierci matki (a wcześniej ojca) zamieszkała na dworze w Lewickich. Później losy dworu są tak zawiłe, że trudno je w prosty sposób opisać. Jednym słowem rodzina i rodzina cioteczna tak się rozrosła, że majątek krążył po rodzinie.

W rękach Orsettich

W połowie XVIII wieku Niewodnica Lewickie przeszła w ręce Anieli już nie Lewickiej, ale z Gąsowskich. Była ona żoną Piotra Orsetiego, który miał włoskie korzenie. Spuścizna Orsettich przy każdej ze swych podlaskich włości urządzali mnóstwo ozdób – stawy, sadzawki czy kanały. Niektóre dotrwały do naszych czasów. Rodzina szlachecka w swoich rękach miała także Śliwno, Kowalewszczyznę, Waniewo, Bokiny oraz Kruszewo. Dwór w Lewickich trafił później w ręce wnuka Orsettich – Franciszek, który był szambelanem. Wraz z żoną Joanną Markowską mieszkali jednak w Kruszewie. Zaś na dworze w Lewickich zamieszkała Zuzanna Grądzka, która najprawdopodobniej od szambelana majątek odkupiła.

 

W połowie XIX wieku w posagu Lewickie wniosła córka Grądzkiej – Zofia, która wyszła za Tadeusza Nowickiego z dworu Starzynki nad Niemnem. To właśnie te nazwisko trwale zapisze się w historii majątku, ale też w legendach, o których później. Po śmierci Tadeusza, którego grobowiec stoi w Juchnowcu Kościelnym w majątku zamieszkał brat Michał Nowicki wraz żoną Adolfiną. To właśnie on wzniósł po raz pierwszy pałac w tym miejscu. Przebudowano również ogrody, otoczono je wąskimi kanałami i połączono ze stawami, które zostały po Orsettich. Przed głównym wejściem urządzono podjazd. Do ogrodów natomiast prowadziły drogi spacerowe.

Smutny koniec dworu

Przypomnijmy, że od 1795 roku Polska była pod zaborami. Jednym ze skutków tej sytuacji było przejęcie przez władze carskie majątku w Lewickich (i innych też). W 1903 roku majątek zakupiła Aleksandra Szwajko-Szwajkowska, która w 1908 sprzedała grunty i dwór. Nabyło je towarzystwo włościańskie czyli inaczej miejscowi rolnicy. Chłopi jednak nie dbali o dwór. Rozebrali budynki gospodarcze, część budynku oraz stare drzewa. W 1911 roku zdewastowany dwór trafił w ręce Pawła Brysza. Nowy właściciel przystosował budynek tak, by mogli przyjeżdżać do niego letnicy. Ogrody zamieniły się w pole uprawne.

 

Podczas II Wojny Światowej oberwało się także budynkowi. Po wojnie w zdewastowanym obiekcie (dopóki miał dach) obradowała Gromadzka Rada Narodowa (PRL-owski odpowiednik dzisiejszej rady gminy). Właścicielem budynku była wówczas siostra Pawła Brysza – Stefania Ławranin, która ruiny sprzedała rodzinie Pachulskich (lub Puchalskich), która na polu w dawnym ogrodzie postawiła szklarnie, zaś sami zamieszkali w wyremontowanym budynku. Co się stało z budynkiem po 1989 roku? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że internauci na forach jeszcze kilka lat temu przestrzegali się, by nie podchodzić do ruin, bo właściciele bardzo nerwowo na to reagują.

Czarna magia i zapach siarki

Legend dotyczących dworku jest kilka. Jedna związana jest z wspomnianym wcześniej Nowickim. Niestety nie wiemy czy chodzi o Tadeusza czy Macieja. Któryś z nich mieszkańcy ponoć oskarżali o czarną magię. Cóż mogło być powodem takich oskarżeń? Nie wiadomo. Wszak w archiwalnych kronikach parafialnych Juchnowca Kościelnego zachował się taki fragment: „Gdy wyprowadzono trumnę właściciela, nad pałacem zebrały się ciemne burzowe chmury, a mieszkańcy na całej drodze ustawili beczki z podpaloną smołą na przypomnienie że całą wieczność będzie się smażył w piekle”. Czy dotyczył ten fragment Nowickiego? Nie wiadomo. Pamiętajmy, że jeden z Lewickich miał potężny zatarg z księdzem, który być może złośliwie tak napisał o swoim wrogu?

 

Kolejną legendą jest oczywiście historia, że w ruinach straszy. Podobno czuć też tam zapach siarki, ale tylko nocą. Nie będziemy sprawdzać, ale jeżeli to prawda może to mieć związek z inną legendą, która mówi, że w XIX wieku w ruinach ludzie odbierali sobie życie. Ostatnia legenda z jaką wiąże się to miejsce podobno ma wyjaśniać dlaczego nikt pałacu nie wyremontował. Ponoć każdy, kto się za to zabierał – bankrutował. Trochę jest jak z tym mostem w Kruszewie, który został zniszczony gdy wybuchła I Wojna Światowa oraz odbudowany i ponownie zniszczony gdy wybuchła II Wojna Światowa. W obawie przed trzecią – most już nigdy nie był odbudowany.

fot. Lotek70, Licencja: CC0 1.0

zdjęcie główne: pismo „Spotkania z Zabytkami” nr 1 (35) 1988)

informacje historyczne: Lewickie. Dwór Polski, autor: Józef Maroszek

Starosielce mają 100 lat. Wielka historia miasta, które stało się dzielnicą.

Starosielce mają 100 lat. Wielka historia miasta, które stało się dzielnicą.

Starosielce w tym roku świętują 100-lecie istnienia. Jest to dobra okazja by przypomnieć historię dawnego miasta, które stało się częścią Białegostoku. Osada zyskała na znaczeniu dzięki linii kolejowej łączącej Królewiec z Kijowem. Wtedy też była to jeszcze wioseczka, gdzie zjechali kolejarze. Był też ksiądz, który założył rozbudował wspólnotę religijną oraz zmarł tragicznie. Warto  również poznać inne dzieje miasta. Najpierw jednak trzeba uporządkować pewne fakty historyczne, a te na pierwszy rzut oka są bardzo pokręcone!

Wieś Starosielce oraz Osada Starosielce

Otóż spacerując po Białymstoku możemy natrafić na ulicę Starosielce. I nie leży ona na Starosielcach tylko na os. Ścianka. Nie wiemy czy takowe znacie, ale jest to małe osiedle schowane pomiędzy Nowym Miastem a Zielonymi Wzgórzami. Tam też właśnie znajduje się długa ulica, która upamiętnia, że jeszcze przed 1547 rokiem czyli gdy Białystok był małą wsią istniała inna wieś obok – Starosielce. Wówczas Katarzyna z Wołłowiczów została żoną Piotra Wiesiołowskiego. W posagu ofiarowała mu dobra białostockie. Wieś zaznaczyliśmy na mapie na niebiesko. Jak widzicie sąsiadowała ona z wsią Białystok i była bardzo rozległa. Dzisiejsze białostockie osiedle – Starosielce – zostało założone w XIX wieku na ziemiach wsi Klepacze. Dziś to teren zaznaczony na mapie na różowo. Dawniej życie toczyło się po obu stronach torów. Starosielce funkcjonowało jako odrębne miasto od 1919 do 1954 roku. Następnie zostało włączone do Białegostoku.

W 1873 roku w osadzie Starosielce otwarto Zakłady Zaplecza Remontowego dzięki temu że przebiegała tamtędy linia kolejowa Królewiec – Ełk – Grajewo – Bielsk – Brześć – Kijów. Miało to duże znaczenie ekonomiczne. Z terenów dzisiejszej Ukrainy eksportowano pszenicę i węgiel. Natomiast z dzisiejszej eksklawy Rosji – Królewca transportowano materiały wełniane między innymi do białostockich fabryk włókienniczych. Do wsi Starosielce natomiast napłynęli kolejarze oraz robotnicy wyznania rzymskokatolickiego pracujący na kolei co tchnęło w osadę rozwój. Między 1880 – 1914 rokiem spisano geograficzny słownik Polski. O Starosielcach było wiadomo, że znajdują się tam wspomniane warsztaty kolejowe, gdzie naprawiano wagony i parowozy. Była też fabryka sukna i wyrobów wełnianych. Stały też wiatraki. Miasteczko było podzielone torami – umownie było podzielone na Starosielce Wschodnie i Starosielce Zachodnie.

fot. chram.com.pl

Kościół w magazynie wojskowym

Mimo coraz większej liczby wiernych nie było jednak kościoła. Wszystko przez kiepską sytuację Kościoła Katolickiego w Królestwie Polskim złączonym z Rosją i jej carem. Tak jak w Białymstoku nie można było zbudować drugiego kościoła (dzięki czemu katedra dziś stoi dobudowana do maleńkiego kościółka, a nie na wzgórzu św. Rocha), tak też w Starosielcach nie było można świątyni wznosić. Natomiast w 1900 roku prawosławni założyli parafię, a potem cmentarz z kaplicą. Otworzono też szkołę i dwie klasy. To wszystko jednak przestało istnieć. W 1915 roku (I Wojna Światowa) duchowni prawosławni porzucili budynek. Opustoszały zajęli Niemcy przeznaczając go na magazyn wojskowy.

 

Wspaniała postać – ks. Grzybowski

Jedną z bardziej rozpoznawalnych postaci był ks. Paweł Stanisław Grzybowski. Urodzony w 1874 roku zmarł tragicznie spadając z drabiny w 1932 roku. „Pamięć o Tobie przetrwa długie lata” – takimi słowami starosielczanie żegnali swojego duszpasterza. Ksiądz do miasta przybył w 1919 roku, kilka miesięcy po odzyskaniu przez Białystok, a zarazem Starosielce niepodległości. Wtedy też oczywiście zmieniła się sytuacja Kościoła Katolickiego. W wolnej Polsce nowe władze przekazały budynek przy ul. Szkolnej na kaplicę. Wcześniej znajdowała się tam wspomniana cerkiew prawosławna. 25 sierpnia 1919 roku była to już kaplica katolicka.

 

Ksiądz Grzybowski zupełnie od zera zbudował wspólnotę religijną w Starosielcach. W szkole nauczał katechezy, założył też kancelarię gdzie prowadził księgi metryczne, otrzymał też ziemię pod cmentarz (którzy dziś jest przy ulicy jego imienia i tam też jest pochowany). Duchowny zebrał też ofiary, które przeznaczył na naczynia liturgiczne, księgi, szaty oraz wyposażenie wnętrza kościoła. Dzięki tym wszystkim zabiegom biskup wileński w 1922 roku podniósł rangę placówki duszpasterskiej do samodzielnej parafii.

 

O duchownym nawet krążyły anegdoty, że nie dbał o swoje wygody na tyle, że jego sutanna była cała połatana. Ponadto gdy jednemu z chłopów padł koń, to zrozpaczonemu ksiądz podarował pieniądze na nowego. W Starosielcach panowało bogate życie religijne. Zorganizowała się wspólnota parafialna i inne stowarzyszenia skupiające wiernych. Ks. Grzybowski miał również bardzo dobry kontakt z młodzieżą. Szczególnie bliskie mu były idee harcerstwa. Kiedyś goszcząc ich u siebie na parafii miał wystawić wszystko co miał w spiżarni, by nakarmić przybyłych. Miało to zezłościć gospodynię, która dbała o księdza jak mogła. To właśnie na obozie harcerskim ks. Grzybowski spadł z drabiny. 19 sierpnia 1932 roku Żegnali go nie tylko mieszkańcy, ale właśnie też harcerze. Duchowny spoczął w skromnej kapliczce obok swojej matki.

Szkoła, która nie powstała

W 1930 roku miasteczko liczyło 3500 mieszkańców. 15 proc. stanowili Rosjanie i Białorusini. Aż trudno uwierzyć, ale tylko 2 proc. to byli Żydzi, którzy w Białymstoku stanowili większość! Miasteczko zamieszkałe było głównie przez emerytowanych pracowników kolei. W Starosielcach wówczas działała też sekcja teatralna miejscowego Związku Strzeleckiego. Grywali w niej bracia Topiłkowie, pani Gregorczukowa, oraz panowie Rezler i Arciszewski. W miejscowej szkole uczyło się 1000 dzieci. Lekcje odbywały się od 8 rana do godz. 18. W klasach panował ścisk. W kolejnych latach planowano przyjęcie jeszcze 300 dzieci. Lekcje odbywały się w pomieszczeniach kolejowych. W pewnym momencie rozpoczęto budowę nowej, większej szkoły – jednak na którą zrzucali się mieszkańcy nie tylko Starosielc ale też Klepacz. Niestety wybuch II Wojny Światowej spowodował, że budynek nie powstał.

 

W mieście kwitł handel. Mięso można było kupić u pana Popławskiego i u Bieguńskich. Bułki sprzedawał Błaszczyk oraz Wolański. Alkohol można było dostać u Trochimowicza oraz Dudka. Były też restauracje – prowadzone przez Piekutowskiego i Zajączkowskiego. Aptekę prowadził Bojarzyński (nie wiemy czy to ta sama osoba co burmistrz), a leczyło ludzi małżeństwo Niewińskich oraz Pójkiewicz. Można było też kupić lody. Nie brakowało w mieście również kuźni, cegielni i betoniarni. Brakowało jednak kina. Mieszkańcy na seanse jeździli do Białegostoku.

Kto rządził miastem?

Pierwszym burmistrzem Starosielc był pan Banasiak, a następnym Grygorczuk. Później miastem rządzili jeszcze Walery Sosnowski, Władysław Chrzanowski, Aleksy Sacharczuk, Nikodem Jagiełłowicz, a także pan Grabowski oraz Franciszek Bojarzyński. Ostatnim burmistrzem był Romuald Banaszkiewicz, który po wybuchu II Wojny Światowej został wywieziony wgłąb Rosji. Podczas wybuchu II Wojny Światowej – stacja kolejowa w Starosielcach z miejsca stała się miejscem strategicznym. Niemcy wywieźli Żydów do białostockiego getta a w samych Starosielcach założyli karny obóz pracy. Do pobliskiego lasu w Bacieczkach wywożono natomiast ludzi, których tam rozstrzeliwano. Warto dodać jak dzielnie walczyli starosielscy kolejarze z niemieckim oprawcą. Okupant był skazany na współprace z polskimi kolejarzami. Ci potrafili „naprawiać” tak, by wagon nie był zniszczony na miejscu, ale też nie pojeździł zbyt długo. Dlatego niedaleko za Starosielcami napotkać było można porzucone wagony leżące poza torami. Ponadto polscy dyżurni ruchu tak sterowali, by tylko Niemcy powodowali wypadki.

 

Po II Wojnie światowej Starosielce jako miasto istniały przez 6 lat. W tym czasie zlikwidowano prywatne interesy – sklepiki i punkty usługowe. Ponadto wszystkie polskie nazwy ulic zmieniono na komunistyczne. W 1954 roku zapadła decyzja, by włączyć Starosielce do Białegostoku.

Meksyk i wieża ciśnień

Dziś na Starosielce mówi się potocznie „Meksyk”. Prawdopodobnie dlatego, że swego czasu po dzielnicy rządzili krewcy panowie, którzy tylko szukali awantury. Jednak swoich nie zaczepiali. Tylko obcy mieli tarapaty. Ile w tym prawdy – nie wiemy. Nazwa jednak wdzięczna. Warto też słowem wspomnieć o charakterystycznej wieży ciśnień. Dziś stoi ona na terenie firmy prywatnej. Mało kto wie, że jest to druga wieża. Pierwsza stała bliżej torów. Prawdopodobnie zniszczona została podczas II Wojny Światowej.

Featured Video Play Icon

Kultowe filmy i seriale kręcone na Podlasiu. Było tego całkiem sporo!

Dawniej większość polskich filmów realizowano w Warszawie bądź w Łodzi. Każdorazowo realizacja pochłaniała gigantyczne kwoty. Z biegiem czasu technika jednak się zmieniła, dzięki czemu można zaoszczędzić wiele pieniędzy. Dziś żyjemy w czasach, gdzie filmy kręcić można telefonem komórkowym – co już w praktyce można było zobaczyć na przykład u Smarzowskiego w Drogówce. W czasach, gdy się kręciło filmy na taśmie mimo wspomnianych lokalizacji – byli tacy, co nagrywali także w dzisiejszym województwie podlaskim. Warto też wspomnieć o wielu wspomnieniach o naszych terenach w dialogach.

Filmy, gdzie wspominano o nas

Zacznijmy właśnie od tego. Na pewno wszyscy pamiętają kultowy film Miś. Jego bohaterem jest Ryszard Ochódzki (Stanisław Tym), który wciela się w role chytrego prezesa klubu sportowego „Tęcza”. Na swoim stanowisku może robić różne „wałki”. Film został zrealizowany przez Stanisława Bareję. Kiedy reżyser zmarł, to Sylwester Chęciński postanowił kontynuować „przygody” Ochódzkiego. Akcję filmu Rozmowy kontrolowane osadził w czasach stanu wojennego. Jednym z wątków była przeprowadzka Ochódzkiego do Suwałk, gdzie mówiąc krótko „narobił bigosu” tak dużego, że ponoć sam Jaruzelski nie spał. Kadry dotyczące Suwałk były dość ogólne lub w pomieszczeniach, więc raczej nie były realizowane w Suwałkach. Jednak najbardziej zapamiętanym tekstem z filmu było „Niech i Suwalszczyzna odznaczy się politycznie”.

 

Sam Bareja w „Nie ma róży bez ognia” robił nawiązania do Łomży. Mieszkała tam porzucona przez Dąbczaka żona. Samego miasta nie pokazano. Podobnie jak w serialu 07 zgłoś się. Realizowało go kilku reżyserów. Głównie jednak Krzysztof Szmagier, który był autorem scenariusza. W jednym z odcinków jest nawiązanie do Białegostoku. Podczas dialogu porucznika Borewicza z prostytutką rozmawiali o naszym mieście jako o miejscu przypominającym zesłanie. W innym odcinku akcja toczyła się rzekomo w Augustowie.

Filmy, gdzie nas pokazano

Sztandarowym produktem i jednocześnie ponadczasową laurką jest U Pana Boga za piecem. Nie będziemy po raz kolejny rozpływać się nad tym filmem, ale zachęcamy do przeczytania i obejrzenia zdjęć w naszym materiale, gdy odwiedziliśmy sceny filmu po 20 latach. Dodajmy tylko, że 3 filmy U Pana Boga za piecem były kręcone w Sokółce, Wierzchlesiu, Supraślu, Tykocinie i w Białymstoku.

 

Ekranizacja lektury szkolnej – Nad Niemnem również była częściowo realizowana u nas. Po drodze z Zabłudowa do Bielska Podlaskiego znajduje się miejscowość Koźliki. To tam została nagrana scena żniw. Ponadto tytułowy Niemen to tak naprawdę Bug. W miejscowościach Gnojno i Wasilewo. Trochę dalej bo w Bielsku Podlaskim realizowano natomiast kultowego Znachora. Dziś już miasteczko wygląda trochę inaczej.

 

 

Kolejny kultowy film – Piłkarski Poker – został także częściowo realizowany w Białymstoku. W jednej ze scen można zobaczyć jak przy dworcu kolejowym stoją… furmanki. W filmie padł również kultowy tekst „Co jak co, ale społeczeństwo białostockie jest ofiarne” – w kontekście tego, jak kibice zrzucili się na łapówkę dla sędziego, by ten nie skrzywdził fikcyjnej drużyny „Biała Białystok”.

 

 

Warto też wspomnieć o filmie Smarzowskiego – Wołyń. Reżyserowi tak przypadł do gustu most w podłomżyńskim Bronowie, że zrealizował tam jedną ze scen. Można też przypomnieć o tym, jak w kompletnej tajemnicy z samego Hollywood przyjechała ekipa nad Siemianówkę, by zrealizować jedną ze scen Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa.

Seriale

Akcja kultowego serialu Blondynka dzieje się w Supraślu. Natomiast produkcja serialu Kruk była częściowo realizowana w Czarnej Białostockiej (także w charakterystycznym zajeździe), Kruszynianach oraz w Białymstoku. W TVN można było oglądać Chyłka – Zaginięcie. Akcja toczyła się w Kolnie i Augustowie. Białystok odwiedził też Tomasz Karolak i Małgorzata Kożuchowska gdzie nagrywano odcinek serialu Rodzinka.pl. Warto podkreślić, że to nie wszystkie produkcje. Było ich dużo więcej, ale są znane prawdziwym koneserom kina!

Mówią o nich „Biebrznięci”. Postanowili swoje życie związać z dzikim Podlasiem.

Mówią o nich „Biebrznięci”. Postanowili swoje życie związać z dzikim Podlasiem.

Dawniej rzucano wszystko, by wyjechać w Bieszczady. Dziś te przeludnione turystami góry, ludzie zamieniają na ciche i spokojne województwo Podlaskie. Wykupują siedliska i spędzają tam resztę życia. Biebrza i jej okolice to nie tylko sielanka. Potrafi dawać w kość. Biebrza i jej okolice potrafią rozkochać w sobie wszystkich o świcie. Wystarczy wstać o wschodzie, by obserwować jak słońce wstaje a poranne mgły zanikają. Wtedy też można posłuchać jak swe okrzyki wydają żurawie, gęsi i inne ptaki. Przy odrobinie szczęścia można też spotkać łosia, który akurat chlupie się dla ochłody w Biebrzy. To wszystko ma jednak swoją cenę. Zimą mrozy potrafią tutaj dawać naprawdę w kość. Wszędobylskie mokradła potęgują uczucie zimna. Dla kogoś z Dolnego Śląska czy Podkarpacia, gdzie większość czasu jest bardzo ciepło – życie zimą u wrót Biebrzańskiego Parku Narodowego mogłoby być koszmarem.

Mówią na nią „Wiedźma”

Wieś Kulesze jest jedną z wielu, gdzie życie toczy się bardzo powoli. Większe zakupy robi się w Mońkach, zaś na co dzień w obitym sidingiem sklepiku. W wiosce znajduje się również Stodoła snów, gdzie jest „fajnie zorganizowany bałagan”. Niezwykle klimatyczne miejsce, gdzie spotykają się różnorodni artyści. Przyciąga ich między innymi Biebrzańska Jesień z Piosenką. Ale nie tylko ich. Ludzie mogą na miejscu zrobić własną imprezę, skorzystać z projektora, instrumentów muzycznych. Można też zwiedzić muzeum etnograficzne. Oczywiście nie brakuje też czasu na biesiady, ogniska i inne zabawy.

 

Przybytek prowadzi Agnieszka Zach, na którą wołają „Wiedźma”. Jej prababka była „szeptuchą”. Swoją wiedzę zielarską oraz sposób obserwacji świata i przyrody przekazała dalej. „Wiedźmę” odwiedzają ludzie, którzy pragną poczuć podlaskie „slow life” jako alternatywę do tego co mają na co dzień – czyli wielkie korporacje, dużo stresu oraz zaprzeczenie spokoju i wyciszenia.

„Król Biebrzy”

Krzysztof Kawenczyński to jedyna osoba jaka mieszka w Dobarzu. Nic dziwnego – dookoła jest tylko i wyłącznie las oraz bagna. Do wioski prowadzi jedna droga, która powstała tylko po to by się stamtąd wydostać. To właśnie Dolina Biebrzy w swojej całej okazałości. „Król Biebrzy” dawniej mieszkał w Warszawie. Prowadził tam antykwariat prowadząc zwykłe życie. Koleje losu sprawiły, że Kawenczyński postanowił rzucić wszystko i wyruszyć na Podlasie. Za swój obecny dom zapłacił jedną książką. Nie byle jaką – była to Biblia Brzeska z 1563 roku.

 

Kawenczyński ma dobrotliwe serce. Na podwórku jest u niego mnóstwo psów, krowy czy koniki. Porzucone przez innych, azyl znalazły u „Króla”.

Leśna Polana

Prywatna plaża, przepiękne koniki oraz szkockie krówki z wielkimi grzywami. Do tego kompletna cisza. To jest właściwe oaza spokoju z dala od cywilizacji. Jeżeli ktoś potrzebuje „slow life” to kilka dni właśnie tam ukoi zszargane nerwy. Tam czyli niedaleko Olszowej Drogi. Na miejscu znajduje się gospodarstwo agroturystyczne prowadzone przez Huberta Komendę. Pięknie jest tam wiosną – gdy są rozlewiska, cudownie czas spędza się również latem. Zimą gospodarstwo nie jest czynne.

Wspaniałych miejsc wokół Biebrzańskiego Parku Narodowego jest dużo więcej. Osowiec-Twierdza, Carski Trakt, Ruś, Grądy-Woniecko, Radziłów, Strękowa Góra, Goniądz czy Dolistowo Stare – to miejsca które warto odwiedzić. Każde z nich ma coś ciekawego do zaoferowania.

Rodzina Bukowskich. Białystok bez nich nie byłby taki sam.

Rodzina Bukowskich. Białystok bez nich nie byłby taki sam.

Stanisław Bukowski, Placyda Siedlecka oraz Andrzej Bukowski – trzy niesamowite postacie, które odcisnęły po sobie w Białymstoku gigantyczny ślad. Architekt, artystka oraz ich syn – wesoły chłopiec spod Opałka. Stanisław Bukowski najbardziej znany jest z realizacji projektu odbudowy pałacu Branickich. Nie było to takie proste, bo kompletnie zniszczony przez Niemców budynek nie tylko został pozbawiony ścian i sufitu, ale wcześniej odarty z polskości przez rosyjskiego zaborcę. Dlatego też zadaniem Stanisława Bukowskiego było przywrócenie świetności Wersalowi Podlaskiemu, który przed zniszczeniem był ponurym Instytutem Panien Szlacheckich. Gdy to zrobił – nagrody i podziękowania otrzymał ktoś inny. Gdy spoglądamy dziś na Pałac – widzimy jak wspaniałe jest to dzieło. Przepełnione wielką ilością architektonicznych detali. Placyda pozostawiła po sobie między innymi ogromny, wspaniały witraż, na który nie można patrzeć obojętnie. Andrzejek został zapamiętany jako zawsze uczynny i uśmiechnięty chłopak.

Wskrzesić Białystok

Bukowski urodził się w Rypinie (na Kujawach) w 1904 roku. Tuż przed II Wojną Światową, jako student architektury w Warszawie w 1933 roku otrzymał jako jeden z pierwszych stypendium Wydziału Architektury na roczną podróż zagraniczną. Gdy wrócił został pracownikiem naukowym na wydziale oraz pracował w biurze prof. Przybylskiego. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo wkrótce przeniósł się do Wilna (będącego w Polsce). Tam przebywał do 1945 roku czyli do zakończenia II Wojny Światowej. W Wilnie poznał także swoją przyszłą żonę Placydę.

 

Po II Wojnie Światowej przyjechał z żoną do Białegostoku. Tutaj został jednym z trzech architektów, któremu zostało wyznaczone zadanie – wskrzesić Białystok – miasto kompletnie zniszczone przez Niemców. Przez kolejne 30 lat Stanisław Bukowski zajmował się odbudową zabytków oraz projektowaniem budynków użyteczności publicznej, kościołów oraz ich wnętrz. Dodatkowo architekt uczył w Liceum (a później Technikum Budowlanym) w Białymstoku.

 

Najważniejszym dziełem Bukowskiego był Pałac Branickich. Architekt w 1947 roku sporządził projekt. Chciał, by odrodzony pałac wyglądał wewnątrz i zewnątrz jak w połowie XVIII wieku oraz pełnił rolę muzeum. W 1949 roku władze zadecydowały, że budynek zostanie przekazany na użytek Akademii Lekarskiej. Bukowski zaprotestował i przez to został odsunięty od kierowania własnym projektem. Nagrody i podziękowania za odbudowę otrzymał ktoś inny.

 

Bukowskiemu zawdzięczamy nie tylko piękny Pałac Branickich, ale też ukończenie kościoła św. Rocha – projektu Oskara Sosnowskiego, oraz przepięknej odbudowie i zdobieniu Domu Koniuszego (Pałacyk Ślubów), klasztoru Sióstr Miłosierdzia (na przeciwko Kina Ton), Domku Napoleona, budynku Loży Masońskiej (przez lata Książnica Podlaska), dawnego Archiwum Państwowego (przy Kinie Ton), a także prawie całej ul. Lipowej oraz wielu kościołów na Białostocczyźnie. Najbardziej charakterystyczny „stempel” architekta to rzeźba wieńcząca dach Pałacu Branickich od strony ogrodu. To nie hetman spogląda z góry tylko Stanisław. Warto nadmienić, że to nie sam architekt sobie pomnik stawiał. Zrobili to w podziękowaniu przyjaciele, którzy dokończyli za Bukowskiego Pałac po tym, gdy architekt podle został odsunięty od kierownictwa własnego dzieła. W tajemnicy przywieziono rzeźbę z Warszawy do Białegostoku i w roku 1957 postanowiono – wbrew decyzjom władz – umieścić ją właśnie na szczycie (fot. główne).

 

Wybitny architekt zmarł 1 marca 1979 roku.

Wołał na nią Peliszka

Placyda była artystką – głównie plastyczką oraz malarką. Urodziła się w 1907 roku w Białymstoku. Była tak samo mądra jak i przepiękna. Ukończyła Gimnazjum Żeńskie im. księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej z bardzo wysokimi ocenami. Szczególnie z plastyki oraz religii. Następnie przeniosła się do Wilna – gdzie ukończyła z wynikiem bardzo dobrym Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytety Stefana Batorego. Placyda po studiach zaangażowała się w życie artystyczne.

 

Gdy przyjechała do Białegostoku już z mężem – Stanisławem – zatrudniła się jako nauczycielka w Średniej Szkole Sztuk Plastycznych i Ognisku Plastycznym. Następnie współzałożyła, a potem przez kolejne 25 lat pozostawała członkinią i prezesem Związku Polskich Artystów Plastyków. Placyda w 1946 roku urodziła syna Grzegorza. Niestety dziecko Bukowskich przeżyło tylko kilka miesięcy. W 1950 roku urodził im się kolejny chłopiec – Andrzej. Dziecko miało zespół Downa.

 

To, co najbardziej charakterystyczne zostało po kobiecie to fantastyczny witraż (rozeta) na suficie kościoła św. Rocha oraz płaskorzeźby w kościele na Dojlidach, a także obraz z wizerunkiem Chrystusa znajdujący się w bocznej kaplicy. Warto dodać, że Placyda była wszechstronnie uzdolniona artystycznie. Projektowała nie tylko w sferze sacrum. Projektowała również scenografie teatralne, publikowała oraz aranżowała wystawy. Warto obejrzeć jej obrazy – są przepełnione baśnią i metaforą.

 

Stanisław wołał na żonę „Peliszku”. To on był dominujący w tym związku. Wielokrotnie krytyczny wobec artystycznych dzieł żony, ale przepełniony miłością. Gdy razem chodzili po Białymstoku to Stanisław szedł pierwszy, zanim szła Pela oglądając się do tyłu za kroczącym na końcu synem Andrzejkiem.

 

Placyda, zmarła nagle na atak serca. 18 grudnia 1974 roku.

Wesoły Andrzejek

Białostoczanie widywali go w autobusie linii nr 5, gdzie umilał podróż pasażerom śpiewając piosenki. Można było go także spotkać pod sklepem Opałek, gdzie pomagał ustawiać sklepowe wózki i pakować zakupy. Chociaż to dorosły i siwy mężczyzna, to chyba każdy mieszkaniec pamiętał go jako wesołego chłopaka właśnie za sprawą uśmiechu. Mama odeszła gdy miał 23, a tata gdy miał 28. Młody mężczyzna z zespołem Downa miał na szczęście opiekunów, którzy byli przy nim do końca. Warto podkreślić, że osoby z jego schorzeniem najczęściej dożywają tylko 40 lat. Nasz białostocki wesołek przeżył aż 53 lata. W połowie 2003 roku jego stan zdrowia zaczął się pogarszać. Wtedy też trafił do szpitala na obserwację. Po wyjściu opiekunowie zostali uprzedzeni, że nadchodzi kres jego życia. Tak też się stało w lutym 2004 roku.

 

Stanisław, Placyda oraz Andrzej Bukowscy pochowani są w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Św. Rocha.

fot. główne: Antoni Zdrodowski

 

Kobieta-instytucja z Podlasia. Stworzyła tu dzieło, które przetrwało zabory, wojny i komunizm.

Kobieta-instytucja z Podlasia. Stworzyła tu dzieło, które przetrwało zabory, wojny i komunizm.

Życiorys Stefanii Karpowicz, o której mowa, to doskonały scenariusz na film. Miała majątek, solidne wykształcenie, talent plastyczny, znała wielkich. Mogła być, kim tylko zapragnęła i brylować w świecie. Wybrała skromne życie, które w pełni oddała drugiemu człowiekowi. Jej wielkie, ponadstuletnie dzieło – stworzone z własnych pieniędzy, bez pomocy państwa – przetrwało zabory, obie wojny światowe i komunizm. Dziś trud Stefanii Karpowicz może pójść na marne.

 

Stefania Karpowicz urodziła się 11 stycznia 1876 roku w Wilnie. Rodzice posiadali majątek ziemski w Janowiczach koło Zabłudowa, gdzie pani Stefania spędziła dzieciństwo. Do nauki sprowadzono francuską guwernantkę, która nauczyła dziewczynę języka francuskiego. 8 maja 1893 roku, kiedy miała 17 lat, zmarł jej ojciec. Pochowano go w Białymstoku. W Warszawie pobierała nauki na prestiżowej pensji u pani Jadwigi Sikorskiej, a następnie w szkole średniej również w stolicy. W Warszawie poznała Stefana Żeromskiego i Władysława Reymonta oraz Marię Skłodowską-Curie, z którą się zaprzyjaźniła.

 

Podczas pobytu w Paryżu pomagała materialnie przyszłej noblistce. Na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie uczęszczała na wykłady z historii Polski, historii powszechnej i historii sztuki. Malarstwa uczyła się u Jacka Malczewskiego i Włodzimierza Tetmajera. Kurs, w szkole sztuk pięknych Teofili Certowicz, ukończyła ze srebrnym medalem. Następnie, w latach 1900-1901, kontynuowała studia malarskie w Monachium, Paryżu oraz Szwajcarii. Po powrocie do majątku Janowicze postanowiła zagłębić się w życie ludu. Po sprzedaży w 1903 roku majątku w Janowiczach matka pani Stefanii kupiła około 400-hektarowy majątek Krzyżewo, w którym był skromny dom mieszkalny. Ten zakup miał być posagiem córki, jednak ta nigdy nie wyszła za mąż.

 

W Krzyżewie kobiety postanowiły zbudować szkołę rolniczą dla synów średnich i zamożniejszych rolników. Chciały, aby placówka przygotowywała ich do samodzielnej i nowoczesnej pracy we własnych gospodarstwach. Żeby stworzyć jak najlepsze warunki do kształcenia, wyjechały do Szwecji i Danii, gdzie odwiedziły wiele nowoczesnych szkół rolniczych i gospodarstw. Do Krzyżewa powróciły ze sprecyzowaną wizją szkoły. Między wiosną 1911 roku a jesienią 1912 roku powstała w Krzyżewie szkoła rolnicza z internatem i mieszkaniami dla nauczycieli oraz zabudowania gospodarcze. 28 stycznia 1912 roku umarła matka Stefanii Karpowicz, która spoczęła na cmentarzu w Waniewie koło Krzyżewa.

 

Po stracie najbliższej osoby pani Stefania dalej realizowała swoją misję. 15 stycznia 1913 roku nastąpiło otwarcie szkoły, w której założycielka przez 47 lat nauczała między innymi języka polskiego, francuskiego, historii, ogrodnictwa, a także kultury towarzyskiej i właściwych manier. Była to pierwsza w regionie północno-wschodnim i trzecia na ziemiach polskich placówka oświatowa tego typu. Ze światłem elektrycznym, centralnym ogrzewaniem, wodociągiem, napędzanym konnym kieratem. Szkoła – co ciekawe – posiadała łaźnię, szpitalik i mleczarnię. Masło i sery wysyłano do polskich miast oraz eksportowano do Anglii. Placówka szybko zyskała opinię jednej z najlepszych w Europie.

 

Za okupacji radzieckiej pani Karpowicz musiała opuścić dwór i pomieszkiwać u okolicznych mieszkańców. Bardzo z tego powodu cierpiała, uważała, że w takiej sytuacji nie ma po co żyć. Po II wojnie światowej szkoła została upaństwowiona i po 1950 roku przeniesiono ją do Karolewa koło Kętrzyna. A pani Stefania przeszła na emeryturę w wieku 75 lat. Ostatnie 23 lata życia spędziła w pobliskich Roszkach-Ziemakach. Placówkę przywrócono do Krzyżewa w 1958 roku. Natomiast w latach 60. społeczniczce przyznano rentę dla zasłużonych. W 1967 roku rozpoczęto rozbudowę szkoły, a pani Stefania nadal interesowała się losem swojego dzieła. Zapraszana była na ważne uroczystości szkolne jako gość honorowy.

 

Stefania Karpowicz zmarła 7 stycznia 1974 roku w wieku 98 lat. Spoczęła na cmentarzu w Płonce Kościelnej, w skromnej mogile obok swojej siostry. W uroczystościach pogrzebowych brali udział okoliczni mieszkańcy, byli pracownicy i członkowie ich rodzin, absolwenci, uczniowie oraz grono pedagogiczne szkoły. Od czerwca 1981 roku Zespół Szkół Rolniczych w Krzyżewie nosi imię Stefanii Karpowicz. W szkole stworzono izbę pamięci poświęconą patronce z zachowanymi po niej pamiątkami, które przywiozła z Janowicz, a może nawet i z Wilna. Jest też tablica pamiątkowa, umieszczona na budynku dawnej szkoły. W 2018 roku uczczono Stefanię Karpowicz, nadając rondu w Sokołach jej imię.

 

Bohaterka z Krzyżewa leczyła bezpłatnie ziołami, sprowadzała na własny koszt lekarza, kupowała lekarstwa dla ubogich, dbała o higienę na wsi. Zwalczała pijaństwo, pomagała dotkniętym wypadkami losowymi, przekazywała drewno na dom lub budynek gospodarski, wyposażała nowożeńców. Jako przedstawicielka inteligencji aktywnie działała w Polskim Towarzystwie Krajoznawczym, radzie opiekuńczej szkół ludowych i ochronek. Propagowała zakładanie kół gospodyń wiejskich, a okolicznej ludności służyła radą i pomocą. Po latach pokojówka wspominała, że Stefania Karpowicz modliła się po francusku i prowadziła rozmowy z gośćmi przybyłymi do Krzyżewa w tym języku. 1931 i 1937 roku została odznaczona przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego Złotym Krzyżem Zasługi.

 

Stefania Karpowicz została zapamiętana jako dziedziczka o dobrym sercu, która swoją ciężką pracą i determinacją dążyła do polepszenia warunków mieszkańców wsi. Własnymi pieniędzmi finansowała budowę i rozwój szkoły, nigdy nie odmawiała pomocy tym, którzy o nią prosili. Pani Karpowicz stała się wzorem społeczniczki, filantropki i patriotki. Była skromną i niedbającą o zaszczyty kobietą. Nie przywiązywała wagi do wygód osobistych. Mogła zostać wielką, znaną postacią, wybrała proste życie, oddając je w całości służbie społecznej i pedagogicznej. Dzięki swojemu oddaniu to życie było bogate w idee i bardzo wartościowe. Dla Krzyżewa to wielki dar i duma ze wspaniałej historii. Pani Karpowicz powtarzała: Najważniejsze to pracować dla tych, którzy nas potrzebują oraz Zapragnęłam wejść głęboko między lud i dźwigać przed nim kaganek oświaty.

 

Dzieło pani Stefanii rozwijało się przez wiele dekad, by dziś stać się najlepszą placówką swego typu w województwie podlaskim, posiadającą bogate zaplecze, niezbędne do nauki. W 2019 roku magazyn Perspektywy przyznał szkole w Krzyżewie Złotą Tarczę dla najlepszego technikum. Jednak dziś Zespół Szkół Rolniczych walczy o przetrwanie. Problemem instytucji jest brak naboru przez ostatnie trzy lata. Zresztą miejscowi decydenci też mają swoje wizje dotyczące szkoły, z którymi nie zgadzają się obrońcy szkoły. Twierdzą, że nie ma to nic wspólnego z oświatą. Nie przekonują sukcesy ani wieloletnia tradycja placówki. Radni powiatu wysokomazowieckiego zagłosowali za likwidacją. Nadzieją jest obecnie prowadzony nabór. Oby los uśmiechnął się do szkoły w Krzyżewie, a włodarze zastanowili się nad swoimi decyzjami i pomogli, bo – jak widać po fundatorce – jedna osoba może zdziałać wiele. Szkoda byłoby zatracić to dziedzictwo.

Autor: Rafał Górski

Atrakcje Białegostoku. Co zwiedzić w kilka godzin? Zobacz zdjęcia i mapę.

Atrakcje Białegostoku. Co zwiedzić w kilka godzin? Zobacz zdjęcia i mapę.

Zwiedzanie Białegostoku i okolic ma różne wymiary. Fanatycy historii szukają czegoś innego, weekendowi przyjezdni jeszcze czegoś innego, mieszkańcy, którzy mają miasto na co dzień także zwiedzają inaczej. Podobnie jak osoby, które mają na to kilka godzin oraz kilka dni. Każdy wolny dzień jest idealny, by poznać miasto. My przygotowaliśmy specjalnie dla Was taki spacer, który zajmie od godziny do trzech (zależy kto jak szybko chodzi i czy będzie wchodzić do budynków. Polecamy zwiedzić miasto w ten sposób zarówno dla osób, które są po raz pierwszy jak i dla tych, które znają je doskonale. Na samym dole mapa. Jeżeli przejdziecie się trasą, to zostawcie w komentarzu jakiś ślad o swoich odczuciach.

Zwiedzanie miasta w kilka godzin

Żeby na szybko obejrzeć Białystok warto przejść konkretną trasę. Załóżmy, że właśnie przyjechaliście do miasta i znajdujecie się na dworcu PKP lub PKS, które stoją obok siebie. Gdzie iść dalej? Najpierw polecamy wycieczkę po centrum. Idziemy do góry w ul. Wyszyńskiego. Mijając osiedle Przydworcowe na początku nie napotkamy nic ciekawego, ale im dalej tym ciekawiej. Pierwsza okazja przy Biedronce. Obok stoi ceglana kamienica o wyjątkowym wyglądzie. Następnie idąc dalej prosto możemy zobaczyć plac, na środku którego znajduje się gwiazda Dawida i miejsca do siedzenia w kształcie… zębów. Właśnie znajdujemy się na dawnym cmentarzu żydowskim, który powstał w tym miejscu, gdy w Białymstoku zapanowała epidemia przez co wielu mieszkańców zmarło. Jak to miejsce wyglądało w przeszłości zobaczymy na tablicy pamiątkowej.

Po odwiedzeniu tego miejsca musimy wyruszyć w lewo ul. Młynową. To dawne żydowskie osiedle Chanajki. Mieszkali tam biedni, przestępcy, biznesmeni i prostytutki. Drewniane chaty i ceglane kamienice wymieszały się ze sobą, a ciasne uliczki przeplatały się. Dziś z Chanajek już prawnie nic nie zostało. Tylko kilka budynków, ale warto je obejrzeć z przodu i z tyłu. Na Młynowej znajduje się obecnie przygotowywany jako miejsce pamięci dawny cmentarz ewangelicki. Póki co nic tam nie zobaczymy, ale gdy prace zostaną ukończone – będzie tam stać pomnik. Może się wydawać, że Białystok to miasto cmentarzy. To mylące, gdyż poruszasz się po miejscach, które znajdowały się dawniej poza miastem. Wejdź w stronę Mariańskiego – tam kiedyś zaczynało się miasto. Przed sobą masz Plac NZS, przy którym stoi pomnik bohaterów Ziemi Białostockiej z napisem „Bóg Honor Ojczyzna”. Napis ten został dostawiony przez antykomunistyczne środowisko już długo po upadku PRL jako „dekomunizację”. Jest także napis „Niepodległość”, który został dostawiony przez inne środowisko z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Warto wspomnieć, że autorzy ani pierwszego ani drugiego napisu nie mieli pozwolenia by je umieścić, ale Polska to wolny kraj i każdy może do pomnika dopisać co chce.

Wchodzimy do ścisłego centrum

Wróćmy do zwiedzania. Obok pomnika stoi wielki budynek z ogromnym tarasem. To Uniwersytet w Białymstoku – wydział historyczno-socjologiczny. Dawniej siedziba komitetu PZPR. Idąc prosto w ul. Suraską zobaczymy pomnik z maską, miniemy też budynek z napisem „Solidarność”, w którym dawniej mieściła się Gazeta Współczesna – organ prasowy PZPR, a po transformacji gazeta należąca do „Solidarności”. Gdy nie było jeszcze internetu, to pod budynkiem gromadzili się kibice Jagiellonii, gdy ta grała na wyjeździe. W jednym z okien redaktorzy gazety pokazywali aktualny wynik. Idźmy dalej. Doszliśmy do najściślejszego centrum miasta. To Rynek Kościuszki. Na jego środku stoi ratusz, który nigdy nie pełnił siedziby Urzędu Miejskiego. W dawnych czasach była to wielka „galeria handlowa”. Kupcy na swoich kramach handlowali w budynku oraz wokół budynku.

Idąc prosto miniemy fontannę „wędrowniczkę”. Stoi ona obecnie obok oryginalnego miejsca. Na początku stała przy zbiegu 4 ulic. Teraz pozostała tylko jedna. Pozostałe 3 znikły na rzecz nowoczesnego rynku. „Wędrowniczka” po II Wojnie Światowej, gdy miasto zostało praktycznie całe zniszczone, została odbudowana ale już w innym miejscu – bliżej ratusza. Przy okazji przebudowy Rynku Kościuszki wróciła obok miejsca, gdzie znajdowała się przed II Wojną Światową. Nasza wycieczka dalej trwa. Pójdziemy teraz w prawo od fontanny. Kilka kroków i jesteśmy w przepięknym parku Planty. Można tu się schronić przed upałami. Przechodząc przez przejście dla pieszych warto pójść w prawo. Miniemy wtedy pomnik psa Kawelina. Tak nazywał się carski pułkownik, który przyjechał na Podlasie pod koniec XIX wieku i zrobił dla miasta wiele dobrego. Legenda głosi, że pułkownik był bardzo brzydki stąd też pies został stworzony w 1936 roku na jego podobieństwo. Pomnik został skradziony przez Niemców podczas II Wojny Światowej. W 2005 roku zrekonstruowano go na podstawie odkrytych zdjęć przedwojennego fotografa Bolesława Augustisa. Dziś stoi przy wejściu dla parku Planty. Dawniej stał w miejscu, do którego dojdziemy później.

Przejdźmy się teraz szeroką aleją na Plantach. Po drodze możemy kupić lody. Dojdźmy do końca drogi czyli do schodów. Miniemy po lewej Pałac Branickich, do którego potem wejdziemy. Teraz idźmy prosto na największą perłę Plant czyli fontanny. Są one po lewej stronie za schodami. Przejdźmy przez plac z fontannami, a potem skręćmy w prawo idąc ścieżkami przy stawie „serce”. Dojdziemy do pomnika Praczek przy kolejnym zbiorniku wodnych. Co ciekawe – pomnik ten został kiedyś ukradziony. Teraz stoi drugi.

 

Od Praczek pójdźmy w lewo ul. Mickiewicza w stronę bramy wjazdowej Pałacu Branickich. Jest ona bardzo okazała, a w jej konstrukcję wmontowany jest zegar, który mimo kilkuset lat działa znakomicie. Na szczycie znajduje się gryf. Wchodzimy na dziedziniec Pałacu Branickich. Jego obecny wygląd zawdzięczamy staraniom wielu władz. Gdy miasto zostało przejęte przez zabiorcę rosyjskiego usunął on wszelkie zdobienia ukazujące polską kulturę. Budynek wówczas stanął się Instytutem Panien Szlacheckich, gdzie rosyjskie nastolatki uczyły się obycia na salonach. Podczas II Wojny Światowej dawny pałac był mocno zniszczony. Na szczęście ten budynek oraz wiele innych został odwzorowany i odbudowany dzięki architektowi Stanisławowi Bukowskiemu. Obecnie budynek należy do Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. W prawym skrzydle znajduje się Muzeum Farmacji. Sam budynek główny można zwiedzać bezpłatnie. Można wchodzić śmiało, byleby nie zakłócać pracy ludziom. Warto wejść na piętro i wyjść na balkon, z którego spojrzymy z góry na cały przepiękny ogród. W oryginale był on dwa razy dłuższy i jeszcze bardziej okazały. Warto też następnie zejść na dół i obejrzeć rzeźby, rośliny, fontanny i czarną konstrukcję, gdzie dawniej chodziły piękne ptaki. Zejdźmy z mostu na dół i przejdźmy się obok stawu. Dojdźmy do budynku pałacu i wyjdźmy przez boczną wąską bramkę. Właśnie znajdujemy się przy pomniku ks. Jerzego Popiełuszki, gdzie dawniej stał właśnie pomnik psa Kawelina nim go skradli Niemcy.

Luksusowa dzielnica

Idźmy teraz w prawo do przejścia dla pieszych. Po drugiej stronie ulicy będzie stał dawny Dom Koniuszego, a dziś okazały Pałacyk Ślubów. Dawniej stał tu hotel Ritz. Przejdźmy wąską ul. Kilińskiego, a następnie zatrzymajmy się przy Katedrze. Wejdźmy do środka. Jest on tylko dobudówką do białego kościołka obok, chociaż mogłoby się wydawać że jest odwrotnie. Ten biały kościółek pamięta jeszcze czasy Branickich. W krypcie pochowana jest Izabela Branicka. Tam niestety nie można wejśc. Ale kościół możemy obejrzeć. Następnie przejdźmy w lewo tyłem kościoła do ul. Kościelnej. Idźmy cały czas prosto. Na przejściu dla pieszych dalej prosto. Dojdziemy do rzeki. Przejdźmy przez most idąc cały czas prosto. Miniemy stary, ceglany budynek. Na górze ulicy znajdziemy się na Warszawskiej – historycznym osiedlu bogatych białostoczan. Mieszkały tutaj same znakomite osobistości, które pozostawiły po sobie wiele wspaniałych budynków. Po lewej zobaczymy VI Liceum Ogólnokształcące, a po drugiej stronie Pałac Tryllingów (obecnie w remoncie). Idźmy w prawo. Na horyzoncie zobaczymy wieżę kościoła. To katolicka parafia św. Wojciecha, a dawniej kościół ewangelicki. Idąc w jego stronę miniemy jeszcze Centrum Ludwika Zamenhofa – twórcy międzynarodowego języka Esperanto. Możemy wstąpić do środka.

Za skrzyżowaniem miniemy jeszcze wiele okazałych budynków. Warto wstąpić do Muzeum Historycznego, gdzie znajduje się makieta dawnego Białegostoku. Naprawdę fascynująca ekspozycja! Następnie wejdźmy do kościoła Św. Wojciecha. Obejrzyjmy go w środku i na zewnątrz. Następnie przejdźmy na drugą stronę ulicy cofając się do budynku z numerem 57 obok przystanku. Wejdźmy w bramę, a następnie prosto wchodząc w wąską drogę. Wyjdziemy do ul. Koszykowej, przy której stoi wiele wspaniałych drewnianych domów przypominających dawne osiedle Bojary. Na końcu ulicy idźmy w lewo i wstąpmy jeszcze w ulicę obok o nazwie „Wiktorii”. Wrócimy do ul. Stanisława Staszica. Idźmy tą ulicą w prawo (mając z tyłu ul. Wiktorii). Dojdziemy do ul. Piasta. Dalej idźmy w lewo do ul. Słonimskiej. Tu możemy zakończyć wycieczkę. Do centrum wrócimy autobusem linii – 5. Można wysiąść przy „Lipowej” bądź też przy kościele Św. Rocha z dużą, białą wieżą.

 

Białystok ma jeszcze 6 lat. Potem zaprzepaścimy swoją największą szansę na rozwój gospodarczy.

Białystok ma jeszcze 6 lat. Potem zaprzepaścimy swoją największą szansę na rozwój gospodarczy.

Pojawienie się kolei żelaznych w Białymstoku nie tylko popchnęło miasto w intensywny rozwój gospodarczy, ale też dało możliwości podróżowania. Po ponad 150 latach wraca wielka szansa, by znów miasto rozwinęło się dzięki kolejom. W 2025 roku powstanie Rail Baltica łącząca nasze miasto z Litwą, Łotwą i Estonią. Politycy wszystkich opcji powinni zrobić wszystko, by przekonać rząd aby w stolicy województwa podlaskiego znajdował się międzynarodowy węzeł kolejowy. Szczególnie, że na większe regionalne lotnisko nie mamy co liczyć.

Rozwój kolei żelzanych

W 1862 roku białostoczanie mogli pojechać zarówno do Petersburga jak i do Warszawy. Po drodze do tego pierwszego miasta była stacja w Wilnie, Grodnie. Było można także przesiąść się po drodze i dojechać koleją do Rygi oraz innym połączeniem do Kowna. Oczywiście w tamtych czasach nikt turystycznie raczej nie podróżował, ale był to środek lokomocji dla fabrykantów, urzędników, żołnierzy oraz arystokracji.

 

Rok 1873 przyniósł kolejne połączenia. Z Białegostoku pociąg jechał aż do Królewca (dziś Obwód Kaliningradzki). Cała trasa prowadziła z Odessy, prze Kijów, Brześć, Białystok, a dalej znaną trasą Grajewo, Ełk. Następnie pociąg jechał przez Prusy i dojeżdżał aż do Królewca.

 

W 1886 roku Białystok zyskał połączenie z Moskwą. Dziś by dojechać do rosyjskiej stolicy trzeba najpierw zahaczyć o stolicę Polską. Dawniej zaś linia kolejowa prowadziła z Białegostoku przez Puszczę Knyszyńską do Wołkowyska, Baranowicze, Mińsk i Smoleńsk. Dzięki temu zyskały na tym przede wszystkim Gródek oraz Sokole, do których można dziś dojechać tylko w ramach atrakcji turystycznej.

Brama na wschód

Dziś niestety niewiele zostało z tych połączeń. Z Białegostoku, bezpośrednio przy okazji atrakcji turystycznej w weekend można dostać się tylko do Kowna oraz codziennie do Grodna. Gdyby nasze miasto było dziś bramą na wschód, to zyskalibyśmy na tym gospodarczo. Z Warszawy codziennie można dojechać do Pragi, Berlina, Wiednia, Brześcia, Budapesztu, Mińska, Moskwy, Kijowa, Ostrawy (Czechy), Bohumina (Czechy).

 

Zupełnie nie jest zrozumiałe dlaczego mimo istniejącej infrastruktury nie można by było postarać się o to, by z Białegostoku odjeżdżały wszystkie pociągi na wschód. Do Kijowa, Mińska, Moskwy, Wilna, Rygi oraz Petersburga. Takie połączenia nie tylko rozwinęłyby Białystok mocno turystycznie, ale przede wszystkim gospodarczo. A utworzenie takich połączeń nie jest fantazją. Tory na tych trasach przecież istnieją. Wystarczą wpływowi politycy, którzy potrafią „załatwiać” coś dla swego regionu. Skoro Warmia i Mazury dostały przekop Mierzei Wiślanej, zaś centralna Polska wielki port lotniczy CPK, to dlaczego Białystok nie może być międzynarodową stacją, z której dostaniemy się wszędzie na wschód tak jak 150 lat temu?

 

Utworzenie linii do wschodnich stolic to kwestia porozumień międzynarodowych. Trudno uwierzyć ażeby Litwa czy Łotwa nie chciały bezpośrednich połączeń kolejowych z Polską. Szczególnie, że do 2025 roku powstanie „Rail Baltica”. Nowoczesne tory poprowadzą aż do Tallina. Tak naprawdę to nasza jedyna szansa na to by coś znaczyć. Szansa na to ażeby nie być prowincją udającą metropolię. 6 lat to wystarczająco dużo, by przekonać kogo się da, że to Białystok, a nie Warszawa właśnie powinien być międzynarodową stacją na wschód. Jest to nie tylko logiczne, ale także korzystne. Zaś połączeń między Warszawą a Białymstokiem jest naprawdę dużo. Tak samo nie ma przeciwwskazań ażeby to właśnie nie z Warszawy a ze stolicy województwa podlaskiego odjeżdżały pociągi do Mińska i Moskwy. Wystarczy otworzyć bramę.

 

Oto jak wyglądałyby połączenia (nie trzeba budować torów, bo są):

Białystok – Suwałki – Kowno
Białystok – Suwałki – Wilno – Petersburg
Białystok – Suwałki – Ryga – Tallin
Białystok – Siedlce – Terespol – Brześć – Kijów
Białystok – Grodno
Białystok – Mińsk – Moskwa

5 ekscytujących miejsc, które w Podlaskiem nie są znane. Warto je odwiedzić.

5 ekscytujących miejsc, które w Podlaskiem nie są znane. Warto je odwiedzić.

Przeglądając różne przewodniki, blogi i inne miejsca gdzie ktoś coś napisał o Podlasiu najczęściej wymieniane były 3 miejsca – Meczet w Kruszynianach, kolorowe cerkwie między Bielskiem a Hajnówką oraz Białowieża. Nie ma wątpliwości, że są to miejsca fascynujące, ale nie oszukujmy się – dla tych co mieszkają na Podlasiu – prawdopodobnie się… przejadły, tak samo jak dla białostoczan – Pałac Branickich. Miło jest tamtędy przechodzić, ale specjalnie raczej nikt nie planuje tam wycieczek. Tak to jest, gdy ma się coś na co dzień.

Dlatego też tym razem postanowiliśmy napomnieć o takich miejscach, które nie są oczywiste, mało znane, ale zdecydowanie warto zobaczyć je na własne oczy. Znaleźliśmy specjalnie dla Was 5 takich miejsc.

Czerwone Bagno w Grzędach

Biebrzański Park Narodowy kryje w sobie wiele wspaniałych atrakcji, miejsc do odkrycia, a także przyrody do podziwiania. Grzędy – miejscowość na północ od Goniądza to zdecydowanie ciekawe, mało znane miejsce, w którym można drewnianą kładką wybrać się na spacer, po to by podziwiać torfowiska, lasy bagienne i ogólnie klimatyczne bagna. Po drodze miniemy też „świętą sosnę” z kapliczką. Można będzie także zobaczyć z bliska łosie, dziki, lisy i inne zwierzęta, które aktualnie przebywają w Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt.

Pałac Starzeńskich w Ciechanowcu

fot. Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu

Osoby, które już tam były – polecają pałac. Dlaczego? Jest to budynek z XIX wieku, w którym możemy podejrzeć jak dawniej żyli polscy artystokraci. Obecnie pełni on siedzibę Muzeum Rolnictwa. Zaś wcześniej mieszkała tam Elżbieta Starzeńska, hrabina z Ożarowskich wraz mężem Michałem Konstantym, hrabim Starzeńskim. To własnie oni przeprowadzili przebudowę oraz modernizację całego pałacu będącego obecnie chlubą całego Ciechanowca. Każdy, kto odwiedzi pałac może podziwiać zabytkowe wnętrza oraz salonik. Można też poznać historię Ciechanowca. Naprawdę warto!

Biała Synagoga w Sejnach

fot. Andwieczor / Wikipedia

Bez wątpienia jest to miejsce, które warto zobaczyć w Sejnach. Biała Synagoga powstała w XVIII wieku! Wówczas z drewna. Obecny budynek to budowla z 1885 roku, który powstał za sprawą rabina Mojżesza Becalela Lurii. Podczas II Wojny Światowej żydowska świątynia została zdewastowana przez Niemców. Po wojnie natomiast budynek pełnił rolę remizy strażackiej, magazynu, a nawet zajezdni! Budynek prezentuje się naprawdę ciekawie zarówno na zewnątrz jak i w środku.

Wierszalin

fot. Krzysztof Maria Różański (Upior polnocy) / Wikipedia

Był sobie prorok Eljasz Klimowicz, który założył sektę. Razem ze swoimi wyznawcami mieszkał w drewnianej chacie w Wierszalinie. Tam też znajdują się fragmenty stawianej przez proroka świątyni. Wierszalin miał być nową stolicą świata. Warto tam zajrzeć, by poczuć niezwykły klimat tego miejsca. Może trochę straszny, może intrygujący? Bez wątpienia krąży tam jakaś dziwna moc. Szczególnie, gdy dowiemy się więcej o tym kim był prorok „Ilja”.

Kasztelik w Olendrach

Pod Siemiatyczami możemy napotkać kamienny „Kasztelik” czyli prywatny zamek wybudowany przez Pana Jurka. Jest to osoba otwarta, którą warto poznać i osobiście wysłuchać historii – po co budował ten zamek. Kamienny obiekt znajduje się w miejscowości Olendry. Wstęp jest bezpłatny, jednak warto wrzucić coś do puszki.

Majówka 2019. Najlepsze miejscówki w całym województwie Podlaskim!

Majówka 2019. Najlepsze miejscówki w całym województwie Podlaskim!

Co robić podczas Majówki 2019? Trudno przewidzieć jaka będzie pogoda, ale może być jednego dnia kiepska, a innego słonecznie. Dlatego też najlepiej mieć do dyspozycji cały wachlarz możliwości. Dlatego też specjalnie dla Was przygotowaliśmy różne warianty w każdym powiecie!

Majówka w miastach:

Długi weekend w większym mieście wiąże się głównie z rozrywką w obiektach zamkniętych – kino, teatry, puby, restauracje, a gdy jest ładna pogoda to ewentualnie można odwiedzać place zabaw, parki czy nawet plaże. Tego typu atrakcji nie brakuje również w trzech największych miastach województwa podlaskiego. Białystok, Łomża, Suwałki mogą zaoferować to wszystko oprócz spacerów po centrach miast i okolicach.

A co można robić w mniejszych miastach na Majówkę?

Powiat augustowski

Kanał Augustowski, fot. Dainava / Wikipedia

Tutaj bezapelacyjnie rządzą plaża, bulwary i Rynek. W okolicach warto wybrać się nad Kanał Augustowski oraz do sanktuarium w Studzienicznej.

Powiat białostocki

Supraśl

Jest to rozległy obszar, który można podzielić aż na trzy części – pierwsza to tereny Puszczy Knyszyńskiej – Supraśl, Cieliczanka, Kołodno, Królowy Most, Gródek czy Michałowo. Druga zaś to Tykocin i wycieczka wzdłuż Narwi aż do Góry Strękowej. Warto też odwiedzić Choroszcz i zerwany most w Kruszewie oraz Czarną Białostocką i jej zalew. Każde z tych miasteczek ma coś do zaoferowania przyjezdnym. Od spaceru to ciekawe zabytki i inne miejsca, gdzie można zwyczajnie się zrelaksować.

Powiat bielski

Synagoga w Orli, fot. Emmanuel Dyan

Tutaj najciekawsze tereny to przede wszystkim wioseczki między Orlą a Ploskami. Po trasie możemy napotkać wiele elementów wielokulturowości. Jednym z elementów będzie synagoga w Orli oraz cerkwie.

Powiat grajewski

Jezioro Dręstwo pod Rajgrodem

Te tereny to przede wszystkim Biebrzański Park Narodowy oraz Rajgród. W tym pierwszym można spacerować po wspaniałym bagnistym lesie. W drugim przypadku to odpoczynek nad jeziorami.

Powiat hajnowski

Kolej wąskotorowa w Hajnówce

Bezapelacyjnie w powiecie hajnowskim rządzi Puszcza Białowieska. Warto ją odwiedzić oraz skorzystać z licznych atrakcji – takich jak kolej wąskotorowa, drezyny, zwiedzanie Parku Narodowego i rezerwatu. Oprócz tego warto spotkać żubry i stare dęby.

Powiat kolneński

Brama cmentarza żydowskiego w Kolnie, fot. PanSG / Wikipedia

Czy jest coś ciekawego w Kolnie i jego okolicach? Miasteczko ostatnio zasłynęło z tego, że TVN nagrywał tam jeden ze swoich seriali. W Kolnie możemy zwiedzić cmentarz żydowski i synagogę. Możemy też się dowiedzieć kim był Jan z Kolna, który podobno odkrył Amerykę jeszcze przed Kolumbem. Warto też przejść się po centrum miasta oraz na cmentarz z 1809 roku.

Powiat łomżyński

Ujście Biebrzy do Narwi,fot. SilverTree / Wikipedia

Tutaj przede wszystkim można zwiedzać Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi. Miejsce, gdzie będzie można podziwiać wspaniałe rozlewiska Narwi. Warto też wybrać się do miejscowości Ruś pod Wizną. Tam obejrzeć możemy z bliska ujście Biebrzy do Narwi.

Powiat moniecki

Biebrzański Park Narodowy

Na tych terenach przy odrobinie szczęścia możemy napotkać łosia. Biebrzański Park Narodowy od strony powiatu monieckiego to przede wszystkim Osowiec-Twierdza, gdzie możemy zobaczyć bunkry oraz przejść się kładką. Warto też odwiedzić Goniądz i tamtejszy punkt widokowy. Warto też wdrapać się na górkę, by odpocząć przy św. Florianie. Jest też drugi punkt widokowy w Dawidowiznie. Można też wybrać się wzdłuż Biebrzy – od Dolistowa Starego do Jagłowa.

Powiat sejneński

Kukle, fot. Darek Sołtysiński / Wikipedia

Jeżeli powiat sejneński to jeziora w miejscowości Giby i Kukle. Można też wybrać inne jeziora na przykład leżące na granicy Polski i Litwy – Gaładuś.

Powiat siemiatycki

Niemirów

Okolice dawnej stolicy Podlasia czyli Drohiczyna to wspaniałe miejsce na dłuższą wycieczkę. Zachwycimy się w Niemirowie, Mielniku czy Drohiczynie właśnie. Dodatkowo warto obejrzeć z bliska klasztor na Grabarce. Można też wybrać się do Koterki, by zobaczyć piękną cerkiew na granicy polsko-białoruskiej. Powiat siemiatycki to także rzeka Bug, gdzie możemy popływać kajakiem.

Powiat sokólski

Meczet w Kruszynianach

Kruszyniany, Bohoniki to miejsca, gdzie możemy poznać Tatarów – polskich muzułmanów, mieszkających w naszym kraju od kilkuset lat. Czy różnią się od muzułmanów z krajów arabskich? Jeszcze jak! O tym wszystkim dowiecie się choćby odwiedzając meczet w Kruszynianach. Powiat sokólski to także miejsca związane z filmem „U Pana Boga za Piecem”, które mimo dwóch dekad nie zmieniły się zbytnio. W samej Sokółce znajduje się też kościół, w którym doszło do cudu. Pod samym miasteczkiem całkiem przyjemnie można spędzić czas nad zalewem.

Powiat suwalski

Klasztor w Wigrach fot. Krzysztof Mierzejewski / Wikipedia

Wigierski Park Narodowy to miejsce, którego specjalnie przedstawiać nie trzeba. Pisaliśmy na naszych łamach o nim wiele razy. Pokamedulski klasztor czeka! Oprócz tego oczywiście Szelment ze swoimi atrakcjami – wyciągiem nart wodnych, mini-golfem i parkiem linowym, do tego Wiżajny i trójstyk granic. A jakby komuś było mało, to niech zajrzy jeszcze na Stańczyki tuż za granicą województwa podlaskiego.

Powiat wysokomazowiecki

Muzeum w Ciechanowcu, to miejsce gdzie Donatan nagrywał swój znany kawałek „My Słowianie”. Zobaczcie te wyjątkowe miejsce na własne oczy. Żałować nie będziecie! Warto też zajechać do Waniewa – gdzie niestety nie skorzystamy ze wspaniałej kładki, ale miło spędzimy czas nad rozlewiskami. Do tego na liście „do zobaczenia” powinna znaleźć się siedziba Parku Narwiańskiego Parku Narodowego w Kurowie.

Powiat zambrowski

Popiersie Józefa Piłsudskiego w Paproci Dużej fot. Jolanta Dyr / Wikipedia

Tutaj najciekawszym miejscem jest „Paproć Duża”. Miejscowość, która znajduje się wewnątrz wielkiego ronda. W kościele znajdującym się w miejscowości żenił się Józef Piłsudski.

 

Jak widzicie na Majówkę jest wiele atrakcji. Nudzić się nie będzie kiedy. Byleby pogoda dopisała. Bo jak szklana pogoda, to szyby niebieskie od telewizorów. A tak – można zwiedzać i zwiedzać. Udanego wypoczynku!

Kładka Śliwno-Waniewo po remoncie. Nowa trasa i nowe miejsca! Sprawdziliśmy ją dla Was.

Kładka Śliwno-Waniewo po remoncie. Nowa trasa i nowe miejsca! Sprawdziliśmy ją dla Was.

Kładka Śliwno-Waniewo jest już czynna po remoncie, aczkolwiek ostatni fragment w Waniewie póki co nie prowadzi do wieży widokowej. Wójt gminy Sokoły postanowił, że ta część kładki zostanie obłożona płytami i wystarczy. Dlatego od Śliwna zupełnie nową trasą, po całkowicie nowej kładce możemy zwiedzać rozlewiska Narwi. Po drodze oprócz starej wieży widokowej napotkamy też dwie dodatkowe budki i daszek. Wyremontowana kładka prowadzi aż do samego Waniewa. Dopiero po przeprawie ostatnim promem znajdziemy się na starej konstrukcji obłożonej płytami. W porównaniu z resztą efekt koszmarny. Ponadto nie da się dojść do wieży w Waniewie, można wyjść do wsi inną trasą. Jednak nie ma co ukrywać, że całość robi niesamowite wrażeni, co można zobaczyć na poniższym filmie i zdjęciach.

Przede wszystkim zmienione zostały wejścia na prom. Teraz kładka rozdziela się na 3 alejki. Żeby przyciągnąć do siebie prom trzeba stanąć w środkowej i złapać za łańcuch. Na drugiej przeprawie od Śliwna kilka osób miało problem z przeprawą. Stalowa lina trzymająca prom utknęła między deskami. Na szczęście udało nam się odblokować mechanizm i ludzie mogli już korzystać z kładki bez problemu. Piszemy o tym jednak nie dlatego, by się chwalić, ale dlatego że sytuacja może się powtórzyć. Stalowa linka jest nieco za długa, stąd ten problem. Inaczej mówiąc widać było pośpiech w działaniach.

Nie ma co się dziwić. Wszyscy czekali na powrót kładki z utęsknieniem. Nie była dostępna przez cały rok! Na szczęście już wróciła i wydaje nam się, że będzie to hit 2019 roku. Już dziś na trasie było sporo osób. Nie ma co się dziwić. Przejście nią w obie strony to 3 km wspaniałego spaceru pośród pięknych rozlewisk, śpiewu ptaków – oraz wyróżniających się odgłosów dzikich gęsi. Można też obserwować klucze innych ptaków. Dodatkowo jest wiele miejsc, gdzie można sobie posiedzieć. Wcześniej była to tylko jedna wieża. Teraz mamy do wyboru 3 takie miejsca plus wieża w Waniewie, która  zapewne za jakiś czas również będzie dostępna. Chyba nikogo specjalnie nie musimy namawiać na wyjazd do Śliwna bądź Waniewa. Każda okazja jest dobra, a czas tam spędzony nie będzie czasem straconym.

 

 

Białystok widziany z Nowego Jorku. Swoisty raj.

Białystok widziany z Nowego Jorku. Swoisty raj.

Wydawałoby się że takie miasta jak Białystok i Nowy Jork nie mają ze sobą nic wspólnego. Nic bardziej mylnego. Statua wolności – jest pomnikiem niepodległościowym. W Białymstoku taki stanowi Bazylika św. Rocha. To jednak tylko pierwsze skojarzenie, gdyż Białystok w świadomości mieszkańców (nie wszystkich) Nowego Jorku był swoistym rajem. Sentymentalnym powrotem do przeszłości, miastem idealnym, istniejącym bez odniesienia geograficznego jedynie w świadomości. Miejsce, które wielokrotnie pojawia się w literaturze nowojorskich pisarzy, a także bohaterowie powieści: Joanna Clark – białostoczanka, „Żydzi z Białegostoku” czy też kobieta nazywająca się Blanche Bialystok (Blanche po francusku znaczy Białe”) czyli zupełnie tak samo jak pewien klub w znakomitej polskiej komedii „Piłkarski poker”.

 

Białystok intensywnie się rozwijał dzięki kupcom i fabrykantom

Białystok na skutek dynamicznego rozwoju przemysłu był nazywany „Manchesterem Północy”. Siłą tego rozwoju byli zamieszkujący miasto Żydzi, którzy przenieśli się do Białegostoku leżącego na granicy Imperium Rosyjskiego z Królestwa Polskiego. W 1830 roku wybuchło Powstanie Listopadowe. Po jego upadku Imperium Rosyjskie postanawia ograniczyć autonomię Królestwa Polskiego oraz nałożyć różne restrykcje. Dlatego mimo, że Imperium i Królestwo były złączone władzą zaborcy rosyjskiego, to istniejąca granica pod Białymstokiem sprawiła, że bardziej opłacało się produkować i handlować po stronie rosyjskiej, a nie w Królestwie. Tak zaczyna budować się gospodarcza potęga Białegostoku. Powstają fabryki, zaś ratusz (faktycznie będący kramem) zapełnia się kupcami.

 

Niestety Żydzi w Imperium Rosyjskim nie mieli zbyt dobrze. Od 1881 roku władze carskie regularnie zaczęły inspirować pogromy żydowskie – także w Białymstoku. Łącznie Rosjanie byli odpowiedzialni za kilkaset pogromów w kilkuset miastach i miasteczkach. Na skutek tych pogromów wielu Żydów postanowiło wyemigrować jak najdalej, głównie do Stanów Zjednoczonych. Kolejne wydarzenia historyczne wywołują kolejne ucieczki. Wszyscy emigranci byli utożsamiani jako Żydzi wschodnioeuropejscy. Mimo, że uciekali z wielu miast, to Białystok w ich świadomości był jednym z najważniejszych ośrodków życia. Tym Żydom, którzy nie przyjechali z Białegostoku lecz z innych miast – gród nad rzeką Białą kojarzył się z pracowitymi rzemieślnikami, fabrykantami oraz miastem przepełnionym kulturą (za sprawą hotelu Ritz). Białystok w świadomości nie umarł wraz z pierwszymi emigrantami. Przetrwał wraz z kolejnymi pokoleniami0. Dzieci migrantów, które zostały w przyszłości pisarzami niekiedy w literaturze pięknej opisywali swoich bohaterów jako białostoczan.

 

Bialystoker Synagogue w Nowym Jorku fot. Beyond My Ken / Wikipedia

Białystok nie pozostał jedynie w książkach lecz też istnieje namacalnie – jako miejsca i rzeczy w Nowym Jorku. Wyśmienite białe pieczywo „Bialystoken Kuchen”, świątynia oraz miejsce wielu spotkań społeczności żydowskiej – Bialystoker Synagogue, a także nie istniejący już „Bialystoker Home fo Aged” – dom starców, który dziś pozostał zabytkiem z niezmienioną nazwą. Jest też Bialystoker Center, gdzie powstawało kiedyś czasopismo „Bialystoker Stimme” czyli Głos Białegostoku. Dlatego też Białystok w świadomości potomków wschodnioeuropejskich, żydowskich emigrantów jest mitem-miasta. Nie jest to miejsce, które w jakikolwiek sposób koresponduje z dzisiejszym Białymstokiem, tak jak prawdziwy Królowy Most nie jest tym samym miasteczkiem naprawdę co w filmie „U Pana Boga za piecem” i kolejnych. Amerykańska literatura ukazuje gród nad Białą jako miasto będące wielkim bazarem, otoczonym przez kominy, z których wydobywa się dym. Jednakże te miasto jest również miejscem, gdzie biło serce żydowskiej kultury oraz religii. Chociaż potomkowie wschodnioeuropejskich Żydów prawdopodobnie nigdy w Białymstoku nie byli, to myślą o nim ciepło.

Źródło: Lucyna Aleksandrowicz-Pędich – „Białystok jako symbol w powieściach pisarzy żydowsko-amerykańskich”

Białystok niepodległy dopiero od 1919 roku. To były szalone i krwawe czasy!

Białystok niepodległy dopiero od 1919 roku. To były szalone i krwawe czasy!

11 listopada 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, ale nie Białystok. Dzieje miasta były trochę szalone i niestety krwawe. Dlatego też dzień, w którym w Białymstoku świętuje się niepodległość to nie 11 listopada, lecz 19 lutego. Wtedy stał się częścią niepodległego państwa polskiego. To właśnie tego dnia do miasta wkroczyły polskie wojska. Powyższa pocztówka pamiątkowa została zrobiona jednak po 3 dniach, gdy zorganizowano oficjalne uroczystości przed katedrą. Warto pamiętać, że Białystok był miastem, w którym większość mieszkańców stanowili Żydzi. Trochę mniej było Polaków. Na ulicach można było też usłyszeć rosyjski i niemiecki język. Wymieszany, wielokulturowy, wielonarodowościowy Białystok odzyskujący niepodległość w ocenie żydowskiej społeczności powinien pozostać wolny na wzór Gdańska jako autonomiczne miasto-państwo pod ochroną Ligi Narodów. Polacy zaś cieszyli się, że został częścią niepodległej II RP. Dopiero w kolejnych miesiącach ludność Żydowska, gdy dostrzegła że Rzeczypospolita mimo trwającej wojny polsko-bolszewickiej jest stabilna – coraz mniej optowali za autonomią. Coraz silniej zaczęły dominować głosy o polsko-żydowskiej jedności na rzecz rozwoju miasta.

 

W 1914 roku wybuchła I Wojna Światowa. Wielka Brytania, Francja, Imperium Rosyjskie, USA, Włochy i inne państwa zaczęły walczyć przeciwko Turcji, Bułgarii oraz zajmujących tereny Królestwa Polskiego – Austro-Węgry i Niemcami. Białystok wówczas zamieszkiwało 90 tys. osób. 61,5 tys. to byli Żydzi. Pozostali poza małymi grupkami byli zaliczani do narodowości polskiej. To właśnie dla nich pojawiła się nadzieja, że państwo które istnieje tylko w ich świadomości – zacznie funkcjonować w rzeczywistości. Dla Żydów natomiast wojna ta była wielkim nieszczęściem. Musieli oni bowiem walczyć przeciwko sobie. W niemieckiej armii było 100 tys. żydowskich żołnierzy. Zaś w austro-węgierskiej armii 320 tys. żydowskich żołnierzy. Przeciwko nim walczyło 660 tys. żydowskich żołnierzy z krajów Ententy.

Rosjanie uciekli, miasto przejęli Niemcy

Białystok znajdował się na terenie Imperium Rosyjskiego. Wybuch I Wojny światowej przerwał rozwój Białegostoku. Wprowadzono w nim stan wojenny, aresztowano wiele osób, wysiedlono podejrzanych o działalność rewolucyjną. Ponadto przeprowadzono mobilizację wojskową, wstrzymano wypłaty i zamknięto fabryki. Dopiero po miesiącu ponownie otwarto fabryki, które miały obsługiwać armię po cenach niekorzystnych.

 

W 1915 roku Rosjanie uciekli z miasta, a ich miejsce zajęli Niemcy. 26 sierpnia Białystok znajdował się pod zarządem Ober-Ostu. Rozpoczęły się konfiskaty mienia. Handel był pod rygorystyczną kontrolą. Zaczęto racjonować żywność i wywozić ludzi na roboty do Niemiec. Odcięto Białystok od kongresowego Królestwa Polskiego (wcześniej pod reżimem rosyjskiego cara). Białostockie zakłady włókiennicze zawiesiły produkcję. Zaczęło brakować opału, jedzenia, zaś miasto opanowały epidemie przez kiepską sytuację sanitarną. Ceny jedzenia poszły mocno w górę. W 1916 roku Niemcy złagodzili ucisk narodowy i kulturalny. Zaczęto reaktywować działalność włókienniczą – na potrzeby armii. Okupanci mieli zaufanie do żydowskich fabrykantów. Stąd też to oni byli faworyzowani przy reaktywacji przedsiębiorstw.

 

Koniec I Wojny Światowej

W 1918 roku podczas gdy wszyscy spoglądali w błękitne niebo wyczekując końca wojny, pogoda była zupełnie niecodzienna. Wrzesień, październik i listopad był wyjątkowo ciepłe, suche i słoneczne. Już od 9 lat nie było tak ciepło na terenach zamieszkiwanych przez Polaków, a faktycznie należących do Austro-Węgier, Prus i Rosji. Z Południa nie przyszło jednak tylko ciepłe powietrze, ale też klimat zmian politycznych. 29 września Bułgaria podpisała zawieszenie broni. 4 dni później to samo uczyniło Cesarstwo Niemieckie. 30 października dalej walczyć nie chciała już Turcja. 4 listopada Austro-Węgry podpisały rozejm, które skutkowało rozpadem monarchii. 9 listopada rozpadło się Cesarstwo Niemieckie. Zatem już 2 z 3 krajów, które zagrabiły polskie ziemie rozpadły się. Ten trzeci rozpadł się rok wcześniej. 11 Listopada Niemcy podpisały rozejm z państwami Ententy – czyli między innymi z nowym państwem rosyjskim. Jako, że Białystok był pod panowaniem niemieckim, to taki rozwój sytuacji oznaczał, że wkrótce nadejdą wielkie zmiany. Na ulicach miasta panował wtedy prawdziwy mętlik językowy. Można było usłyszeć rozmowy po polsku, rosyjsku, niemiecku i jidysz. Dyskutowano o tym jaka rysować się będzie przyszłość. Polacy marzyli o własnym państwie.

Samozwańczy naczelnik przyłącza miasto do Białorusi

Rada Regencyjna przekazała zwierzchnią władzę nad wojskiem brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu oraz mianowała go naczelnym dowódcą wojsk polskich. Nowy wódz zaczął pertraktować z Centralną Radą Żołnierską by wojska niemieckie zaczęły wycofywać się z Królestwa Polskiego. Doszło do porozumienia. Jednak żołnierze przebywający w Białymstoku wypowiedzieli posłuszeństwo swoim zwierzchnikom. Zawiązali Radę  Żołnierską. W nocy z 11 na 12 listopada Centralny Komitet Narodowy na Obwód Ziemi Białostockiej podpisał umowę z przedstawicielami tego militarnego organu, by w mieście był spokój. Polacy oczekiwali, że żołnierze wkrótce się wyniosą. Tak się jednak nie stało. Komendant żołnierskiej rady wraz z oficerem polskiego wojska i przedstawicielem lokalnej samoobrony uformowanej przez mieszkańców wyjechali wspólnie samochodem do Warszawy, by zorientować się jak wygląda sytuacja. Gdy po 2 dniach wrócili to zapowiedzieli, że za kilka godzin Białystok stanie się niepodległy. W mieście wybuchła euforia. Na próżno. 14 listopada na ulicach miasta oczekiwano polskich żołnierzy. Miał być to wielki oddział. Tymczasem z Łap przyjechało 150 osób, a następnie tam się wycofało po kilku godzinach.

 

Zrobiło się niestabilnie w Białymstoku. Niemieccy żołnierze kręcili się po mieście bez dowództwa, strzelali dla zabawy wzbudzając chaos. Na początku stycznia w Grodnie doszło do kolejnych rozmów polsko-niemieckich. Ich celem była bezpieczna ewakuacja żołnierzy z Białegostoku. 19 stycznia rozmowy były już na tyle zaawansowane, że były kontynuowane w Białymstoku. Tymczasem brak jakiejkolwiek władzy w mieście postanowił wykorzystać Konstanty Jezowitom z Białorusi, która ogłosiła niepodległość 25 marca 1918 roku (jeszcze w trakcie I Wojny Światowej). Mężczyzna ogłosił że Białystok zostaje przyłączony do Białorusi, zaś on zostaje naczelnikiem miasta. Zanim cokolwiek samozwańczy gospodarz zdołał cokolwiek zrobić, to przyjechał komisarz polskiego rządu Ignacy Mrozowski, który zawarł wreszcie porozumienie z żołnierzami niemieckimi. Ostatecznie, 5 lutego 1919 roku osiągnięto sukces. 18 lutego z miasta wyjechali żołnierze niemieccy. 19 lutego 1919 roku zaś do miasta wjechały polskie wojska. Konstanty Jezowitom uciekł w głąb Białorusi.

 

Tymczasowy prezydent

22 lutego odbyło się uroczyste przywitanie polskich żołnierzy. Stali oni w kilku szeregach w tym miejscu, gdzie dziś odbywają się wszelkie uroczystości związane ze świętami państwowymi oraz gdzie stoi pomnik Józefa Piłsudskiego. Mowa o reprezentacyjnym placu przed katedrą. W jednej z charakterystycznych kamienic, które stoją do dziś przy ul. Świętojańskiej zamieszkał Józef Puchalski. Został on przewodniczącym Tymczasowego Komitetu Miejskiego oraz Tymczasowym Prezydentem Białegostoku. To na jego barkach leżało faktyczne wcielenie miasta do Rzeczypospolitej Polskiej. Było przed nim bardzo dużo pracy. Jednym z pierwszych jego zadań było właśnie uroczyste przywitanie wojsk. Niestety później jego praca nie została uznana przez białostoczan. Gdy odbyły się wybory jesienią 1919 roku, to nie uzyskał za wiele głosów.

 

Józef Puchalski miał problemy z sercem spowodowane otyłością. Tęgi mężczyzna zmarł nagle w 1924 roku. Został pochowany na cmentarzu farnym. Tymczasowy prezydent miasta pochodził z okolic Białegostoku. Dziś wspomnieniem po nim jest funkcjonująca do dziś zabytkowa kamienica przy ul. Świętojańskiej 21. Obecnie jest to budynek, w którym funkcjonuje restauracja oraz biura.

Polski Białystok

Białystok, który był częścią II Rzeczypospolitej zaczął się zmieniać. U zbiegu dzisiejszej ul. Krakowskiej, Lipowej i Al. Piłsudskiego znajdowało się wzgórze na którym znajdował się stary cmentarz i kapliczka. To tu w przyszłości pojawi się kościół Św. Rocha – wielki jak skała pomnik odzyskania niepodległości. Kontrowersyjny projekt postanowił zrealizować ks. Adam Abramowicz. Budowa rozpoczęła się dopiero w 1927 roku.

 

Istotnym elementem państwa polskiego były polskie szkoły oraz polska prasa. Stąd też wkrótce w Białymstoku otwarto Publiczną Szkołę Powszechną i bibliotekę miejską. Jako, że w mieście większość stanowili Żydzi, to wielu z nich obawiało się, że II RP nie utrzyma się zbyt długo. Dlatego Białystok powinien zostać wolnym miastem na wzór Gdańska, które jest autonomicznym miasto-państwem pod ochroną Ligi Narodów. 10 miesięcy później wszystko wyglądało już na tyle stabilnie, że Żydzi nie chcieli w mieście ani komunistów, ani bolszewików oraz też nie byli już takimi entuzjastami autonomii. Interesowało ich pojednanie polsko-żydowskie i wspólna praca na rzecz miasta.

Międzywojnie w Białymstoku

Kolejne lata trwania Rzeczypospolitej Polskiej sprawiły, że w Białymstoku było coraz mniej Żydów. Choć nie byli już najliczniejszą grupą zamieszkującą miasto, to nadal byli zauważalni wszędzie. Zamieszkiwali Chanajki – czyli Surażską, Cichą, Gęsią, Ciemną, Rynek Sienny i Rybny, a także drugą stronę Rynku Kościuszki – Zamenhofa, gdzie znajdowały się opisywane przez Marię Dąbrowską „ohydne trzypiętrowe kamienice – budowane z kremowych, bladoróżowych i czerwonych cegieł – układanych wzorzyście – najeżone, nazdobione, nabrzydzone”. Pośród nich znajdowały się niezliczone sklepy których brudne okna pełne są pstrokatych wystaw. Zewsząd bije skisła woń obrzydliwości. Wszędzie cuchną i szumią fontanny brudów, spływających gęstą cieczą do rynsztoków. Centrum Białegostoku było bardzo stłoczone. Oprócz kamienic wiele było drewnianych, parterowych domków.

 

1 sierpnia 1920 w Białymstoku Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski stworzony przez bolszewików wydał manifest zapowiadający m.in. stworzenie Polskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej oraz obalenie rządów „szlachecko-burżuazyjnych”. Kilkutygodniowe rządy tej formacji na Wileńszczyźnie i Podlasiu były okresem krwawego terroru. Komitet powołał trybunały rewolucyjne, które mordowały patriotów polskich, sprzeciwiających się obcej władzy i narzuconemu przez nią porządkowi społeczno-gospodarczo-politycznemu. 22 sierpnia 1920 1 pułk piechoty Legionów starł się z resztkami rosyjskich sił, które próbowały zdobyć Warszawę. Oczywiście Polacy urządzili bolszewikom pogrom. Setki sowietów rozproszyło się po lasach. Byli wyłapywani kilka dni po bitwie. W Białymstoku znów zapanował spokój. Niestety tylko na kolejne 2 dekady.

 

źródła:
Piotr Wróbel – Studia Podlaskie UwB
Wiesław Wróbel – Polskie Radio Białystok
Tomasz Mikulicz – Kurier Poranny
Andrzej Lechowski – Muzeum Podlaskie

Krynki – tu warto przyjechać, ale by zwiedzać trzeba spełnić jeden warunek.

Krynki – tu warto przyjechać, ale by zwiedzać trzeba spełnić jeden warunek.

Krynki to bardzo specyficzne podlaskie miasto, a jeszcze do nie dawna wieś, położone jest przy samej granicy Polski i Białorusi. Z jednej strony można o nim usłyszeć jako o miejscu, które warto odwiedzić, z drugiej strony – gdy człowiek tam pojedzie na pierwszy rzut oka nie potrafi dostrzec nic ciekawego. Zwykłe miasteczko, które wyróżnia się tylko dziwacznym rondem – przez co jest porównywane do Paryża. Rynek i park wybudowane zostały na planie sześcioboku. Zaś od ronda ulice odchodzą jak promienie zupełnie jak w stolicy Francji. Wszystko w układzie gwiazdy.

 

 

Dopiero, gdy zasiądziemy na jednej z ławeczek w parku w samym środku ronda zobaczymy, że całe życie miasteczka kręci się wokół tej ulicy. Wiele samochodów objedzie rondo dookoła kilka razy zanim ich kierowcy zdecydują się na jakąś drogę. Przy okrągłej drodze znajdują się także wszystkie najważniejsze miejsca skupiające społeczność. Warto wiedzieć, że Krynki nie są zwykłym miejscem. W przeszłości odbyło się tu spotkanie Króla Władysława Jagiełły z wielkim księciem litewskim Zygmuntem Kiejstutowiczem. To właśnie Krynki posłużyły za miejsce, gdzie zacieśniono unię Litwy i polskiej Korony.

 

 

Niestety, dziś Krynki – jako całe miasteczko to obraz nędzy i rozpaczy. Jak większość tego typu gmin – cierpi na wyludnienie. Zimą pełno tu fotografów, którzy ochoczo fotografują wielkie stada żubrów. Latem pełno turystów szukających pobliskich tatarskich Kruszynian. Czasem ktoś szuka żydowskiego cmentarza, który niestety od wielu lat jest potwornie zapuszczony. A nekropolia składa się aż z 3 tysięcy macew! A warto wiedzieć, że w Krynkach przed II Wojną Światową mieszkało około 6 tysięcy Żydów. Niemcy utworzyli w 1941 roku getto, które zajmowało połowę miasteczka. Rok później zlikwidowano je – zaś Żydów wywieziono do obozów zagłady pod Grodnem i do podwarszawskiej Treblinki.

 

W Krynkach – jak w wielu innych miastach znajdują się także inne zabytki warte odwiedzenia. Synagoga chasydów, dzwonnica czy Kosmata Góra z punktem widokowym. Żeby przyjechać do Krynek i być usatysfakcjonowanym z wycieczki trzeba spełnić jeden warunek. Należy miasteczko zwiedzać wyłącznie piechotą. Wędrować uliczkami, między domami i innymi budynkami. Wtedy dopiero poczujemy klimat tego miejsca.

 

Featured Video Play Icon

Mycha, Żaba i pewien znany aktor. Gangi rządziły Białymstokiem

W latach 90-tych ubiegłego wieku w Białymstoku jak w wielu i innych polskich miastach działały gangi. Ich członkowie zajmowali się przede wszystkim wymuszeniami haraczów. Ciężki to był czas dla właścicieli lokali gastronomicznych w centrum miasta. Kłopoty miał również pewien przedsiębiorca z hotelu. Jedną z osób, które przewinęły się w policyjnych kartotekach był człowiek, który dziś jest znanym aktorem. Przedstawiamy Wam „Sylwetki polskich gangsterów – Gangi Białegostoku”. To film, który zabierze Was w ciemną przeszłość stolicy województwa Podlaskiego.

Goniądz warto odwiedzić. Piękne widoki, stary młyn i królestwo łosia

Goniądz warto odwiedzić. Piękne widoki, stary młyn i królestwo łosia

Goniądz to jedno ze starszych miasteczek w województwie podlaskim. Jego historia sięga 1358 r. Przez nie przebiegały szlak do Grodna, a także do Wizny. To oczywiście przyczyniło się do rozwoju gospodarczego. Obecnie 60 proc. gminy znajduje się na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Stąd też warto tam się wybrać o każdej porze roku. Bo wrócimy zachwyceni. Jednym z ciekawszych miejsc jest kaplica z 1864 roku, która stoi na wysokiej skarpie. Tuż obok znajduje się krzyż oraz rzeźba świętego Floriana. Stojąc na skarpie możemy zobaczyć okolicę.

 

Goniądz atrakcje – przepiękny młyn

Tuż obok znajduje się dawny młyn wodny „Dołek”. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że pierwszy młyn był zlokalizowany właśnie w tym samym miejscu już w XVI wieku. W 1547 roku w Rajgrodzie Stanisław Dowoyna, wojewoda połocki z żoną Petronelą Radziwiłłówną wydali przywilej, który zezwolił mieszczanom goniądzkim Maciejowi Płaczkowi i Wojtkowi Młynarzowi zbudować młyn własnym nakładem na rzece Goniądzce (czyli obecnej Czarnej Strugi). Obecny „Dołek” powstał w połowie XIX wieku i należał do majątku Klewniaka. Był to młyn zawrotkowy, gospodarczy o napędzie koła, na którego woda spadała z góry. 

 

W 1924 r. młyn został wydzierżawiony od właścicieli majątku Knyszyn przez Aleksandra Rutkowskiego. Aż do II Wojny Światowej młyn pracował na pełnych obrotach. W trakcie walk Niemcy zniszczyli część młyna. Pan Rutkowski przeżył wojnę. W latach 60-tych XX wieku, po śmierci Pana Rutkowskiego młyn trafił w ręce jego zięcia pana Dzienisa. Wkrótce po tym Rada Narodowa w Białymstoku (odpowiednik Rady Miejskiej w PRL) zdecydowała o zakończeniu działalności młyna. Zdemontowano koło i część wyposażenia.

 

Goniądz atrakcje – w poszukiwaniu „slow life”

To co przyciąga do Goniądza i w jego okolice to przede wszystkim wiosenne rozlewiska. Można je obserwować z punktu widokowego, a także przy moście. Z całego świata zjeżdżają tu także ornitolodzy, by obserwować przeróżne gatunki ptaków. Oczywiście nie można nie wspomnieć o łosiach, których w okolicy jest pełno. Goniądz to miasteczko, do którego warto wybrać się zarówno zimą, wiosną, latem jak i jesienią. O każdej porze roku wygląda niebywale i za każdym razem będzie można tam znaleźć coś pięknego dla siebie. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, ze w Goniądzu jest duży spokój. Jeżeli ktoś szuka „slow life”, to warto tam odpocząć.

 

Wielka historia kościoła św. Rocha. Natchnienie w okopie, tajemnicze tunele i dziwne zjawiska

Wielka historia kościoła św. Rocha. Natchnienie w okopie, tajemnicze tunele i dziwne zjawiska

Dzisiejszy kościół św. Rocha ma nie tylko niesamowity i unikalny wygląd, ma też wyjątkową historię powstania. Na projekt doniosłego budynku u zbiegu Krakowskiej, Lipowej, Św. Rocha, Abramowicza oraz Dąbrowskiego wpłynęła historia kościoła będącego dzisiaj katedrą. Jak zapewne wiele osób wie – dzisiejsza neogotycka bazylika miała być tylko dobudówką do małego kościółka, choć sądząc po rozmiarach może się wydawać zupełnie odwrotnie. Pierwotnie jednak Fara miała stanąć na wzgórzu św. Rocha. Przez zakaz „dobudowano” ją właśnie do jedynego kościoła w mieście.

Zanim powstał kościół

W 1749 roku Białystok dzięki staraniom Jana Klemensa Branickiego uzyskał przywilej miejski. Dokument potwierdził stan faktyczny, gdyż od co najmniej od 50 lat Białystok miał miejski charakter. Przez gród nad rzeką Białą przewinęła się niesamowita ilość osób różnych narodowości, kultur i wyznań. Wiele tu osób osiadało na dłużej, a także umierało. Z tego też względu w okolicach granic miasta (dziś centrum) było aż 5 cmentarzy! Dwa katolickie, dwa żydowskie, prawosławny i ewangelicki. Jeden katolicki zorganizowany był wokół jedynej parafii w mieście – przy dzisiejszej katedrze. Drugi cmentarz zaś przy kapliczce na wzgórzu św. Rocha. Nekropolia ta funkcjonowała mniej więcej od 1750 roku. W 10 lat jednak została całkowicie zapełniona. Dlatego też cmentarz został zamknięty i tak pozostał przez 167 lat!

 

Projekt kościoła

W pracowni Józefa Piusa Dziekońskiego zatrudniono zdolnego projektanta – Oskara Sosnowskiego, później już najwybitniejszego polskiego architekta. To jemu przyszło realizować projekt Świątyni Niepodległości na wzgórzu św. Rocha. Podczas I Wojny Światowej, architekt na froncie rozmyślał, modlił się. Doznał wtedy olśnienia, w którym poszczególne nazwania i tytuły przybierać zaczęły kształty architektoniczne – „Arka Przymierz”, „Brama Niebieska”, „Dom Złoty”, „Wieża z Kości Słoniowej”, Stolica Mądrości”, „Zwierciadło Sprawiedliwości”, „Gwiazda Zaranna”, „Pocieszycielka Strapionych”, Uzdrowienie Chorych”, „Róża Duchowna”, „Matka Dobrej Rady”, „Święta Panna nad Pannami”, „Królowa Korony Polskiej”. Każde z tych nazwań to osobny kościół, klasztor, ale też szpitale, przytułki, uczelnie i inne budynki publiczne. Każdy kościół – miał być kamienną litanią znajdującą się na granicach Polski. Wszystko z żelazobetonu, szkła i innych materiałów. Taka „twierdza mistyczna” w oczach architekta nie tylko miała być zgodna z duchem czasu, ale też dodać miała odrodzonej Rzeczypospolitej mocy nie do złamania.

 

Oskar Sosnowski o swoim pomyśle (ukazując szkice) opowiedział pewnemu malarzowi. Ten przebywając w Rzymie napotkał dyrektora banku Józefa Karpowicza, z którym się podzielił wielką wizją architekta. Ten część swego majątku przeznaczył na budowę pierwszego kościoła z Litanii Kamiennej w rodzinnym mieście – czyli Białymstoku. W planach były też kolejne świątynie, lecz dyrektor Karpowicz zmarł, zaś wielkie przedsięwzięcie stanęło. Udało się tylko wybudować z litanii „Gwiazdę Zaranną” czyli dzisiejszy kościół św. Rocha w Białymstoku. „Gwiazda Zaranna” miała zwiastować wschód Niepodległości Polski. Dlatego też w projekcie architekt posłużył się planem gwiazdy. Symbol ten znajdziemy również w dekoracji czy stropach. Uwieńczeniem całej bryły jest postać Matki Boskiej stąpającej na koronie wzorowaną na tej wawelskiej króla Kazimierza Wielkiego. W ten sposób Sosnowski przeszedł od wezwania „Gwiazdy Zarannej” do nowo dodanego w litanii wezwania „Królowej Korony Polskiej”.

 

Sosnowski w projekcie wziął także pod uwagę białostocką urbanistykę. „Gwiazda Zaranna” zastąpić miała znajdującą się wcześniej kaplicę „Św. Rocha”. Wieżę świątyni ustawiono tak, by nie zasłoniła widoku nawy. Projekt nawiązywał też do Powstania Styczniowego. Białystok nim w 1919 stał się częścią niepodległej Polski – należał do guberni Grodzieńskiej – Imperium Rosyjskiego. W 1864 r. w ramach represji za walki powstańcze w ciągu jednej nocy wykopano w Białymstoku 200 krzyży profanując ówczesny cmentarz. „Gwiazda Zaranna” wyrastała z grobów tych, których największym marzeniem była niepodległa Polska.

 

Projekt Sosnowskiego miał być też elementem zgodnym z naturą. Stąd też „Gwiazda Zaranna” miała być niczym skała dominująca nad krajobrazem. Tak też wygląda kościół patrząc na niego z dołu. Niczym skała właśnie. Cała budowla została otoczona „Wałami”. Znajdują się też 4 baszty. To wszystko nawiązuje do architektury gotyckich świątyń w Wilnie, ale też barokowej w Jasnej Górze. „Wały” miały symbolizować silne fortyfikacje. Projekt przewidywał aż 2 kondygnacje tych wałów, jednak nie udało się tego zrealizować właśnie w takiej formie. Najbardziej charakterystyczna jest oczywiście wieża, która ma triumfalny charakter, na której szczycie stoi 3-metrowa figura Matki Boskiej.

Budowa kościoła

Kościół św. Rocha mógł wyglądać jednak zupełnie inaczej. To co opisaliśmy było… tylko projektem, jednym z 75! Proboszcz parafii ks. Adam Abramowicz wybrał właśnie ten, co wzbudziło wiele kontrowersji. Projekt był trudny do zrealizowania ze względu na koszty, a budowa drugiej parafii w Białymstoku była zadaniem numer 1 księdza Abramowicza. Otrzymał on od poprzednika zebrane datki od wiernych, otrzymał też pozwolenie na rozebranie kaplicy na nieczynnym od lat cmentarzu. W 1926 roku powstała kaplica tymczasowa. Ogłoszono też na łamach czasopisma „Architektura i budownictwo” konkurs na projekt świątyni. Jury przyznało nagrodę projektowi, który przedstawiał modernistyczną świątynię. Nastąpił jednak drugi etap konkursu, w którym właśnie ks. Abramowicz wybrał właśnie projekt Sosnowskiego. Proboszczowi spodobała się koncepcja „Gwiazdy Zarannej” będącej jednocześnie pomnikiem wdzięczności za odzyskaną niepodległość.

 

 

W 1927 roku przystąpiono do budowy. Zanim jednak wylano fundamenty należało coś zrobić z dawnym cmentarzem. Stąd też wpierw przeprowadzono ekshumację grobów, zaś szczątki przeniesiono wraz z kaplicą na cmentarz znajdujący się dzisiaj na Wysokim Stoczku. Chociaż na kościół brakowało pieniędzy, to upór ks. Abramowicza doprowadził do tego, że w 1935 roku była gotowa już kopuła nad nawą centralną. W 1936 roku ukończono budowę 76-metrowej wieży. W 1939 roku do miasta wkroczyli Niemcy. Kościół zaczął pełnić funkcję wojskowych koszar. Później wkroczył kolejny okupant – Rosjanie, którzy chcieli w kościele urządzić cyrk. Mimo trwającej okupacji w 1941 roku w kościele rozpoczęto odprawiać nabożeństwa. W 1945 roku była gotowa galeria otaczająca świątynię, nad „Ostrą Bramą” stanęła wielka rzeźba Chrystusa Dobrego Pasterza, której autorem był Stanisław Horno-Popławski. W 1945 roku ukończono także ołtarz. W 1946 roku dokonano poświęcenia kościoła, zaś prace wykończeniowe trwały jeszcze do 1966 roku.

Tajemnicze tunele i dziwne zjawiska

Na temat kościoła Św. Rocha istnieją także fakty zapomniane lub mało znane. Niewiele osób wie, że kościół św. Rocha posiada podziemne tunele! Jeszcze w latach 60 i 70 ubiegłego wieku istniały całkiem dobrze zachowane wejścia. Co prawda zamurowane, ale widoczne. Obecnie tunele znajdują się pod chodnikiem. Tunele prowadzą dookoła górki. Miejmy nadzieję, że kiedyś zostaną odkopane i będą stanowić wspaniałą atrakcję turystyczną. Do końca nie jest znane ich przeznaczenie, być może miał być to schron? Warto też wspomnieć zdarzenie sprzed wielu lat. Kościół to nie tylko świątynia, ale też pomnik niepodległości. W rocznicę jej odzyskania przez Białystok – 19 lutego 2002 roku – w 3-metrową figurkę Matki Boskiej uderzył piorun! Ta nie spadła jednak, lecz wbiła się w kopułę dachu wieży. Przez jakiś czas na samym szczycie było pusto… 

fot główne: Muzeum Historyczne w Białymstoku

A może by tak rzucić wszystko i zamieszkać w Hajnówce?

A może by tak rzucić wszystko i zamieszkać w Hajnówce?

W ostatnich latach bardzo modne było rzucanie pracy w dużej korporacji na rzecz realizowania własnych pasji na przykład w Bieszczadach. Powstał nawet na ten temat ciekawy dokument Discovery – Przystanek Bieszczady. Pokazano w nim ludzi na co dzień mieszkających w tych przepięknych górach, które rokrocznie przyciągają wielu marzycieli nucących Bieszczadzkie Anioły i roztaczających wizje nad małym, niszowym biznesikiem w otoczeniu przepięknych gór. Od razu uprzedzimy – nie namawiamy do takich ruchów, bo mogą skończyć się bardzo źle. Jednak czasem pomysł na niszowy biznes w małym miasteczku może okazać się strzałem w dziesiątkę. Dlatego czysto hipotetycznie, postanowiliśmy roztoczyć wizję rzucenia pracy w korporacji i zamieszkania na Podlasiu… na przykład w Hajnówce.

 

Hajnówka to bardzo urokliwe miejsce tuż przy samej Puszczy Białowieskiej. Wydaje się „eko”? Nic bardziej mylnego – Hajnówka to najbardziej zanieczyszczone miasto w całym województwie. Stężenie smogu (dane z 2017 r.) jest tu najwyższe. Pozom zalecany przez WHO to 20µg/m3. Przy Puszczy średnioroczne stężenie to 27,5, zaś liczba dni z przekroczeniami wynosi 30. Oczywiście nie ma tu co porównywać z Krakowem, ale miasteczko, które powinno kojarzyć się z najbardziej czystym powietrzem na Podlasiu – ma je najbardziej zanieczyszczone.

 

 

Na plus można zaliczyć dla Hajnówki brak problemu bezrobocia. Wskaźnik ten w październiku 2018 wynosił tylko 7,4 proc. dla całego powiatu. Oznacza to, że każdy kto chce – pracuje. Zejście do zera nie jest możliwe, zaś bezrobocie poniżej 7 proc. jest uznawane za naturalne. Wiadomo nie od dziś, że nie każdy chce pracować. Niektórym wygodnie na zasiłkach. Dlatego jeżeli nie wypali pomysł z własnym biznesem, ale małe podlaskie miasteczko przypadnie do gustu – pracy tu nie braknie. W 2019 roku minimalna krajowa wyniesie 2250 zł brutto. Przy umowie o pracę jest to 1634 zł na rękę. Czy za taką kwotę można wyżyć w Hajnówce? To zależy co nazywamy życiem. Jeżeli wynajmowanie mieszkania i kupowanie jedzenia i innych artykułów domowych to zdecydowanie tak. Wynajem pokoju lub całego mieszkania to koszt kilkuset złotych miesięcznie. 

 

 

Hajnówka i jej okolice są typowo turystyczne. Każdy, kto się pojawi w tych okolicach nie powinien sobie odmówić zwiedzenia Puszczy Białowieskiej oraz oglądania żubrów. Dodatkową atrakcją jest kolejka wąskotorowa i drezyny, którymi można zwiedzić Puszczę. Ostatnim ważnym elementem całej układanki jest Kraina Otwartych Okiennic. W zasadzie jeżeli mamy pomysł na biznes, to powinien być z tym związany jeżeli liczymy na duże szanse jego powodzenia. Wszystkie te tereny zachwycają zarówno latem jak i zimą. W cieplejsze dni warto pojeździć tamtędy rowerem, zimą zaś warto spróbować nart biegówek lub kuligu. Dla odważniejszych jest także możliwość przejażdżki na koniu.

 

Hajnówka, Białowieża oraz okolice

 

Niestety transportowo Hajnówka i okolice mają się średnio. Dojazd jest możliwy tylko samochodem lub autobusami. Dojazd w tamte rejony pociągiem to póki co katorga. Można dojechać tylko z Czeremchy lub Siedlec. Z Białegostoku, Warszawy, Suwałk czy Olsztyna bezpośrednio póki co nie. W przyszłości prawdopodobnie będzie to możliwe. Po remontach prawdopodobnie pojawi się weekendowe połączenie z Warszawy aż do Białowieży.

 

Czy mieszkając w tamtych okolicach na co dzień jest co robić? I tak i nie. Jeżeli interesuje nas coś więcej niż chodzenie do małej galerii handlowej w Hajnówce czy do kilku lokali gastronomicznych to do wyboru jest tylko basen. Sama Białowieża to wieś jak każda inna. Dlatego też – jeżeli myślicie o rzuceniu pracy w korporacji i zamieszkaniu w Hajnówce, by poczuć „slow life”, zamiast życia w pędzie, to jest to dobre miejsce. Nie wiemy jednak czy na pewno na całe życie. Jeśli ktoś szuka nocnego, miejskiego życia, imprez, szerokiej oferty kulturalnej – to lepiej o tym mieście w ogóle zapomnieć. Wszyscy, którzy wstają wcześnie rano, kochają piękne widoki, leśne wycieczki oraz aktywny tryb życia, a także chcą żyć z żubrami jak z sąsiadami, to Hajnówka będzie dobrym wyborem.