OSTATNIE LATA STAREGO MIASTA — 1935–SIERPIEŃ 1939
W połowie lat trzydziestych Białystok miał za sobą niemal całe stulecie przemysłowego rozrostu i kilkanaście lat polskiej niepodległości. Równocześnie wciąż pozostawał miastem kontrastów. W jednych dzielnicach bogactwo dawało się mierzyć wysokością kamienicy i ceną restauracyjnego rachunku. W innych ludzie zmagali się z biedą, chorobami i niepewną pracą. Przy rynku trwał handel, na Warszawskiej stały reprezentacyjne budynki, w Chanajkach kłębiła się codzienność ubogich rodzin, zaś do pałacu, przebudowanego kiedyś na rosyjską szkołę, powracały kolejne funkcje publiczne. Żaden architekt nie mógłby zaprojektować takiej różnorodności od zera. Wytworzyły ją dekady przeciwstawnych interesów.
Poczucie nowoczesności wzmacniały nowe zakłady i techniczne przedsięwzięcia. W 1938 roku w mieście uruchomiono wytwórnię tlenu związaną z firmą Perun. Zajęła budynek po wcześniejszym przedsiębiorstwie przy dzisiejszej Orzeszkowej. Dla kogoś, kto kojarzy dawne miasto wyłącznie z włókiennictwem, był to zaskakujący szczegół. Produkowano tutaj gazy techniczne potrzebne przemysłowi, a działalność wpisywała się w szerszy świat zakładów naprawczych, browarów, kolei i warsztatów. Nie był to już Białystok ograniczony do sukna i kramów. Rozwijały się rozmaite potrzeby nowoczesnej gospodarki, nawet jeśli wiele inwestycji wciąż rozgrywało się na skromną skalę.
Miasto miało również życie sceniczne. W budynku przy starym kościele, wywodzącym się z osiemnastowiecznego przytułku, rozpoczęło działalność kino i miejsce występów artystycznych. Przyjeżdżali popularni artyści, odbywały się spotkania i odczyty. W 1937 roku przemawiał tu Melchior Wańkowicz. Los miejsca był niemal niewiarygodnym skrótem dziejów: od opieki nad potrzebującymi, przez handel i działalność religijną, po rozrywkę, literaturę i publiczne wystąpienia. Kto pomyślałby wcześniej, że jedne mury pomieszczą tyle odmiennych sposobów mówienia do ludzi?
Z drugiej strony budowanej z uporem nowoczesności kryły się nierozwiązane sprawy starego miasta. Rynek domagał się porządku, bieda nie znikała, a wielkie budowle miały dopiero dowieść, czy potrafią unieść historyczne znaczenie przypisane im przez projektantów. Kościół św. Rocha górował już nad miastem, lecz prace przy nim nie dobiegły końca. Kamienice przy najważniejszych ulicach świadczyły o aspiracjach mieszkańców, ale wiele z nich wymagało utrzymania i naprawy. Przemysł także miał własne zależności i słabości. Nie był to raj. Było to za to miasto pełne nieukończonych zamiarów — a taki stan bywa najlepszym dowodem, że miasto żyje.
Szczególną historię opowiadała Krakowska 1. Hotelowe i obyczajowe skandale odchodziły stopniowo w przeszłość; mieszkańcy i osoby prowadzące w kamienicy biura lub gabinety nadawali jej coraz bardziej zwykły charakter. W adresach można odnaleźć adwokatów, tłumaczy, lekarzy, nauczycieli. Jeśli dobrze się zastanowić, właśnie te pozornie nudne zawody świadczą o dojrzałym mieście równie mocno jak fabryki. Potrzebuje ono nie tylko przedsiębiorcy i robotnika, ale także człowieka, który przetłumaczy pismo, udzieli porady prawnej lub nauczy dziecko pisać.
A gdzieś daleko, w Nowym Jorku, żyli potomkowie emigrantów, dla których Białystok był już w znacznej mierze opowieścią rodzinną. Powstawały organizacje, świątynie i miejsca spotkań odwołujące się do białostockiej tożsamości. Nazwa miasta trwała na szyldach i w książkach, przekształcana przez pamięć w symbol utraconego domu. Tak oto istniały jednocześnie dwa Białestoki: jeden rzeczywisty, z błotem, podatkami i kolejowymi ambicjami, oraz drugi — wyobrażony, odległy i prawie baśniowy. Nie musiały do siebie pasować. Pamięć emigranta rządzi się własnymi prawami, szczególnie gdy świat, który opuścił, nadal się zmienia.
W sierpniu 1939 roku niewielu mieszkańców mogło przewidzieć pełnię nadchodzącego koszmaru. Wiedzieli, że Europa staje się niebezpieczna, że słychać groźby i przygotowania wojenne. Prezydent miasta Seweryn Nowakowski wrócił wcześniej z urlopu, apelował o spokój i przygotowanie zapasów. Ludzie kupowali żywność, budowali schronienia, z niepokojem obserwowali wydarzenia. I zapewne nadal załatwiali zwykłe sprawy: ktoś kupował buty, ktoś się żenił, ktoś martwił się o czynsz. Tak dzieje się przed wielką katastrofą. Przyszłość stoi już niemal u drzwi, lecz życie uporczywie domaga się, żeby ugotować obiad.
Ostatnie lato starego Białegostoku miało zatem smak zwyczajności podszytej lękiem. Kamienice stały, fabryki pracowały, mieszkańcy chodzili po tych samych ulicach co ich rodzice. Potrzeba było zaledwie kilku lat, żeby wiele z tych ulic zmieniło się w pustkę, a całe społeczności przestały istnieć. Nie zapominajmy więc obrazu miasta sprzed wojny: prawdziwego, pięknego i brzydkiego zarazem. Tylko wtedy późniejsza zagłada nie będzie dla nas abstrakcyjną liczbą spalonych budynków. Będzie utratą konkretnego, złożonego świata.
DWIE ARMIE, JEDEN DZIEDZINIEC — WRZESIEŃ 1939

Pierwszego września 1939 roku wojna przestała być pogłoską i stała się faktem. Nad miastem pojawiły się niemieckie samoloty. Władze i mieszkańcy przygotowywali się na najgorsze, lecz powszechnie rozumiano, że walka o każdy dom mogłaby zakończyć się dla Białegostoku katastrofą. Duża część zabudowy pozostawała drewniana. Ogień był przeciwnikiem równie groźnym jak żołnierz. W połowie września do miasta weszli Niemcy. Polska, atakowana przez III Rzeszę, nie miała już możliwości obrony wszystkich swoich ziem.
Ale to, co nastąpiło potem, najlepiej pokazuje, jak mało warte bywa słowo „porządek” w ustach mocarstw dzielących cudzy kraj. Siedemnastego września ze wschodu uderzył Związek Sowiecki. Niemcy i Sowieci uzgodnili przekazanie Białegostoku. W pałacu Branickich spotkali się przedstawiciele obydwu armii, a na dziedzińcu urządzono uroczysty ceremoniał przekazania miasta. Mury, niegdyś przeznaczone do magnackich przyjęć, a potem szkolnego wychowania córek szlachty, oglądały teraz żołnierzy dwóch okupantów. Jakby los Białegostoku był podarunkiem, który jeden ofiarowuje drugiemu przy akompaniamencie orkiestry.
W zachowanych relacjach i materiale filmowym scena wygląda niemal groteskowo. Opuszcza się jedna flaga, wciąga drugą. Orkiestra gra hymny. Oficerowie salutują, podają sobie dłonie, odjeżdżają samochody i motocykle. Cała ceremonia ma dowodzić sprawności, zgody i wojskowego honoru. Zabrakło tylko najważniejszego pytania: co na to mieszkańcy miasta? Nikt nie zamierzał pytać. Białystok był przedmiotem porozumienia, a nie uczestnikiem rozmowy. Tak wyglądała dyplomacja okupantów, jeśli oglądać ją z perspektywy człowieka stojącego po niewłaściwej stronie szabli.
Film pokazujący przekazanie miasta ma wartość szczególną: zachował gesty, mundury i atmosferę oficjalnego widowiska. Właśnie dlatego trzeba podchodzić do niego nie tylko jak do dokumentu, lecz także jak do propagandy. Kamera doskonale rejestruje to, co dowódcy życzą sobie pokazać. Nie musi pokazywać strachu tych, którzy na dziedziniec nie zostali zaproszeni. Obrazy uroczystych parad lubią wyglądać porządnie. Historia za kadrem rzadko tak wygląda.
Sowiecki aparat władzy szybko przystąpił do urządzania miasta według własnych zasad. Białystok wcielono do porządku politycznego Zachodniej Białorusi w ZSRR. Nastąpiły represje wobec mieszkańców, aresztowania i wywózki. Przedstawiciele polskiej administracji zostali pozbawieni wpływu na sprawy miasta. Los prezydenta Seweryna Nowakowskiego stał się jednym z bolesnych symboli tego czasu: został aresztowany, a jego dalsze losy wiąże się z przypuszczeniem o śmierci w sowieckim więzieniu. Nawet jeśli na ulicy dało się otworzyć sklep, a fabryka ruszała do pracy, nie znaczyło to, że państwo zapewniało ludziom bezpieczeństwo.
Zmiana okupanta, która w 1939 roku dla części mieszkańców oznaczała odroczenie niemieckiej przemocy, nie była przecież wyzwoleniem. Trzeba wyraźnie odróżnić względne ocalenie niektórych grup przed bezpośrednią groźbą niemieckiego antysemityzmu od stwierdzenia, że pod sowieckimi rządami panował spokój. Wielu białostoczan cierpiało i wtedy. Wojna rzadko udziela człowiekowi przywileju wyboru dobrego okupanta. Zdarza się najwyżej, że wybiera on, przed którym strachem w danym momencie próbuje się schronić.
Tak zakończył się pierwszy akt wojennego dramatu. Ratusz jeszcze stał, pałac nadal miał dach, stare dzielnice jeszcze tętniły życiem. Kto znał Białystok przed rokiem 1939, nadal mógł odnaleźć na ulicy większość znanych sobie miejsc. I może dlatego groza była trudna do pojęcia. Przecież kamienica przy Krakowskiej wyglądała jak dawniej, przecież na rynku było miejsce po fontannie, przecież widać było wieże kościołów. Człowiek przywiązuje się do przekonania, że skoro mury pozostały, przetrwa również świat, do którego należą. Historia miała wkrótce obalić to przekonanie z okrucieństwem, którego nie sposób usprawiedliwić.
MIASTO Z NOWYMI TABLICAMI — 1939–CZERWIEC 1941

Sowiecka administracja przystąpiła do zmiany Białegostoku nie tylko poprzez aresztowania i instytucje, lecz także poprzez symbole. Miasto zaczęło obrastać nowymi hasłami, plakatami, znakami władzy. Gdzie przedtem spór dotyczył wysokości czynszu albo widoku na rynek, teraz pytano, jakie słowa wolno wypowiadać, komu ufać, czego lepiej nie zapisywać. Zmiana szyldu nie była jedynie kosmetyką, a zmiana pomnika nie była sporem o gust. Władza totalitarna chciała przestawiać nie tylko ulice, ale także ludzką pamięć.
Najbardziej widocznym przykładem stał się los ratusza. W okresie międzywojennym słychać było głosy domagające się usunięcia starej budowli z rynku. Dziennikarze marzyli o wielkim, uporządkowanym placu, dogodnym dla komunikacji i publicznych wydarzeń. Wtedy nie zrealizowano tych pomysłów. W 1940 roku Sowieci rozebrali ratusz, przygotowując przestrzeń pod własną wizję centralnego placu i nowego symbolu politycznego. Zamierzano umieścić tam pomnik Stalina. Ostatecznie plan ten nie przybrał przewidzianej postaci, ale ratusz już zniknął.
Warto zatrzymać się przy tej scenie. Budynek, który wyrósł z handlowej energii dawnego Białegostoku, przez pokolenia mieścił sklepy i był symbolem ruchu, został potraktowany jak przeszkoda w urządzeniu nowej ideologicznej dekoracji. Nie przetrwał dlatego, że miejscowi przedwojenni krytycy nie mieli dość siły, by go usunąć. Nie przetrwał też dlatego, że obca władza tę siłę znalazła. Dwa odmienne pomysły spotkały się w jednym skutku, choć ich polityczny sens był zupełnie inny. Historia bywa subtelna. Rozbiórka, niestety, subtelnością nie grzeszy.
Sowieckie porządki objęły również gospodarkę. Dla przedsiębiorców zmieniał się właściciel, zakres uprawnień, sens wcześniejszych umów. Wytwórnia tlenu, uruchomiona zaledwie rok przed wojną, została przejęta przez nowe władze, lecz nie przestała produkować. Dostarczała gazów technicznych i wykonywała usługi spawalnicze, obsługując odbiorców w szerokim regionie. To bardzo charakterystyczny obraz okupacyjnej normalności: zakład pracuje, pociąg jedzie, ktoś wystawia dokumenty, a mimo to całe miasto znajduje się pod przemocą polityczną. Maszyna nie rozróżnia ustrojów. Człowiek musi.
Z tego okresu zachowała się także osobliwa lekcja propagandy. Na fotografiach widać ulice, tłum, uroczyste dekoracje i nowe sztandary. Obraz sugeruje, że przyszła pewna władza i oto nastał nowy czas. Gdy jednak uważniej przyjrzeć się mieszkańcom, trudno uznać ich wszystkich za statystów w jednym państwowym widowisku. Każdy miał własną pamięć: o carze, wojnie, polskiej niepodległości, pracy w fabryce, życiu religijnym, rodzinnych wyjazdach za ocean. Sowieckie państwo mogło powiesić nową flagę, ale nie mogło z dnia na dzień wymazać tych wszystkich wspomnień.
Na początku 1941 roku Białystok pozostawał miastem, w którym dawny kształt zabudowy ciągle pozwalał rozpoznawać ulice sprzed wojny. To złudzenie ciągłości miało zostać zniszczone razem z kruchą zgodą dwóch okupantów. W czerwcu niemieckie wojska uderzyły na Związek Sowiecki. Dawni partnerzy w uroczystym przekazaniu miasta zamienili się w otwartych wrogów. Dla mieszkańców oznaczało to kolejną zmianę władzy. Dla białostockich Żydów — początek zagłady, której rozmiary wykraczają poza zwykłe słowa „kolejna okupacja”.
Nie sposób już opowiadać tych lat z ironicznym uśmiechem. Historia doprowadziła nas do miejsca, w którym słowa powinny być oszczędniejsze, a nazwiska sprawców — wyraźniejsze. Mury pałacu widziały przyjazne powitania oficerskie. Mury synagogi zobaczą za chwilę coś, czego nie wolno nazywać ani losem, ani wojenną koniecznością. To był zbrodniczy wybór ludzi sprawujących władzę i dzierżących broń.
CZARNY PIĄTEK — CZERWIEC I LIPIEC 1941

Dnia 22 czerwca 1941 roku Niemcy rozpoczęli wojnę przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Białystok znalazł się pod atakiem lotnictwa, a po kolejnych dniach działań wojennych niemieckie oddziały wkroczyły do miasta. Razem z nimi pojawiły się formacje bezpieczeństwa i policji przeznaczone nie do zwykłego utrzymywania porządku, lecz do przeprowadzania terroru. Dla żydowskich mieszkańców Białegostoku był to początek działań zmierzających do ich systematycznego wyniszczenia. Skala przemocy nie pozwala sprowadzić wydarzeń do hasła „okrutne czasy”. Nie czasy mordowały. Mordowali konkretni okupanci, przy użyciu broni, rozkazów i zaplanowanych akcji.
Dwudziestego siódmego czerwca Niemcy urządzili w mieście masową zbrodnię. Spędzali Żydów z okolicznych domów i ulic, zamykali ich w Wielkiej Synagodze, po czym podpalili świątynię. Ludzie, którzy zdołali wydostać się z płonącego budynku albo szukali ratunku przez okna, znajdowali się pod ogniem oprawców. Wśród tych, którzy próbowali pomóc, był dozorca Józef Bartoszko. Według opublikowanej relacji otworzył boczne drzwi i umożliwił ucieczkę grupie uwięzionych. Jeden taki gest nie mógł powstrzymać zbrodni. Potrafił jednak ocalić konkretne ludzkie istnienia. W historii zapisanej przez sprawców strzałami i ogniem pozostawił niewielkie, bezcenne świadectwo człowieczeństwa.
Płonęła nie tylko synagoga. Niemcy zabijali na ulicach i podpalali okoliczną zabudowę, zwłaszcza w rejonach związanych z żydowską społecznością miasta. Schulhof i sąsiednie obszary poniosły dramatyczne straty. Nad Białymstokiem wisiał dym, którego nie sposób porównać z przemysłowym dymem dawnych fabryk. Kiedyś kominy oznaczały pracę i handel. Teraz płomienie oznaczały zaplanowaną eksterminację. W ciągu następnych dni i tygodni okupanci kontynuowali rozstrzeliwania i akcje terroru. Miasto, które jeszcze niedawno znane było jako wielojęzyczny ośrodek handlu, patrzyło na wymordowywanie sąsiadów.
W tej tragedii kryje się szczególnie bolesna sprzeczność. Białostoccy Żydzi nie byli przybyszami z obcej opowieści. Od pokoleń współtworzyli handel, przemysł, życie kulturalne i społeczne. Kupiec przy rynku, właściciel fabryki, nauczyciel, rzemieślnik, ubogi robotnik z Chanajek — wszyscy należeli do historii tego miasta. Hitlerowska polityka rasowa próbowała potraktować ich tak, jakby nie mieli prawa istnieć. To nie była tylko próba wymordowania ludzi. Była to próba wycięcia całej gałęzi pamięci Białegostoku.
Kiedy okupanci urządzali nowe administracyjne struktury, w tym Okręg Białystok, przemoc nie ustawała. Najpierw były egzekucje i grabieże. Potem pojawiły się rozkazy dotyczące mienia, pracy, poruszania się i obowiązków oznaczania ludności żydowskiej. Zabierano pieniądze i kosztowności, wywożono cenne zbiory oraz książki, a część dobytku przeznaczano na zniszczenie. Okrucieństwo polityki okupacyjnej nie polegało wyłącznie na mordowaniu. Polegało też na systematycznym odbieraniu ludziom praw, majątku, możliwości poruszania się i zwykłego poczucia godności.
W końcu lipca 1941 roku Niemcy utworzyli getto. Powstał zamknięty świat, w którym życie miało być stale zależne od polecenia z zewnątrz. Nie było już swobody dojścia do znajomego sklepu albo odwiedzenia dawnego sąsiada. Na mapie miasta pojawiły się granice, które dla jednych były przeszkodą, dla drugich wyrokiem. To wydarzenie zmieniło sens przestrzeni Białegostoku: ulica przestawała służyć do chodzenia, a zaczynała oddzielać tych, którym wolno żyć trochę swobodniej, od tych, których przeznaczono do stopniowego unicestwienia.
Przywołane fotografie i opisy przemocy wymagają szczególnej ostrożności. Obrazy zniszczonych synagog i ulic nie oddadzą cierpienia ludzi zamkniętych w płomieniach. Nie wolno też przedstawiać całej tragedii wyłącznie jako tła do efektownej opowieści o utraconej architekturze. Budynek można odbudować. Społeczności wymordowanej nie odtworzy żaden mur, żadna kopia dawnego szyldu ani najdoskonalsze odtworzenie fotografii. I jeśli człowiek chce zrozumieć, co Białystok stracił w czasie wojny, musi od tej prawdy zacząć.
BRAMA NA GUMIENNEJ — 1941–1943

Na jednej z okupacyjnych fotografii widać skrzyżowanie w centrum miasta, sklep tekstylny, przechodniów i bramę oddzielającą świat getta od świata poza nim. Sam kadr mógłby uchodzić za zwykły obraz uliczny, gdyby nie szczegóły. Niemiecki strażnik, znak gwiazdy Dawida na odzieży żydowskiej kobiety, zamknięte przejście, ludzie po dwóch stronach bariery. Nazwy ulic okupant zmieniał według własnych upodobań, lecz niezależnie od szyldów różnica była brutalnie prosta: po jednej stronie człowiek mógł wejść do sklepu, po drugiej jego swobodę regulował przymus i groźba śmierci.
Warto w tym miejscu pomyśleć o samej ulicy. Niedawno była jedną z tych, którymi chodziło się do pracy, na targ, do sąsiadów. Teraz stała się granicą dwóch porządków. Dla ludzi uwięzionych w getcie załatwienie najprostszej potrzeby wymagało zezwolenia albo narażenia życia. Wprowadzono oznakowanie odzieży gwiazdą Dawida. Pracę przymusową organizowano na potrzeby niemieckiej machiny wojennej, a racje żywnościowe były głodowe. Przemyt jedzenia i pomoc udzielana przez ludzi z zewnątrz mogły decydować o przetrwaniu dnia. Cały aparat okupacyjny został skierowany ku temu, żeby pozbawić mieszkańców własnego życia, zanim jeszcze odebrano im je ostatecznie.
W getcie istniała produkcja. Właśnie ten fakt bywał źródłem tragicznej nadziei. Skoro niemiecka armia potrzebuje pracy, skoro warsztaty wykonują zamówienia, to może robotnik będzie dla okupanta przydatny, a przydatność pozwoli mu przeżyć? Taką logikę rozumiało wiele uwięzionych osób, próbujących ratować siebie i rodziny. Jednak polityka Zagłady nie była zwykłym rachunkiem gospodarczym, w którym człowiek potrzebny do pracy ma zagwarantowane bezpieczeństwo. Praca mogła odwlekać śmierć, lecz nie dawała pewności ocalenia.
Władze okupacyjne urządzały także własne widowiska propagandowe. W 1943 roku powstały filmowe ujęcia Białegostoku przedstawiające wybrane fragmenty miasta: hotel Ritz, Pałac Branickich, sklepy, świątynie, uliczne widoki. Kiedy ogląda się taki film bez wiedzy o epoce, można odnieść wrażenie, że ludzie wciąż zajmują się zakupami i spacerami. Kamera pokazuje elegancki gmach, pogodny dzień, wybrany fragment przestrzeni. Nie pokazuje tego, co znajduje się zaraz poza kadrem. Zdziwienie widza staje się wtedy prawdziwą lekcją o propagandzie: nie zawsze trzeba skłamać wprost. Czasami wystarczy tak ustawić obiektyw, żeby prawda o otaczającym świecie nie zmieściła się na taśmie.
Tak samo niemiecki zarząd starał się oswoić podległe miasto przy pomocy nowych nazw ulic, szyldów i instytucji. W dawnych przestrzeniach polskiej codzienności pojawiała się niemiecka administracja, a niektóre sklepy obsługiwały nową klientelę. Rozpoznawalne budynki nadal stały — hotel Ritz, pałac, katedra, kościół św. Rocha — lecz ich rola zmieniała się dramatycznie. Dla jednego przechodnia były dowodem ciągłości, dla drugiego znakiem utraconej wolności. Ten sam pałac, pod którego murami niegdyś obchodzono powrót Polski, służył teraz niemieckiemu aparatowi okupacyjnemu.
Najtrudniejsza do uchwycenia pozostaje jednak codzienna perspektywa człowieka zamkniętego w getcie. Fotografia bramy nic nie mówi o jego dzieciństwie, aspiracjach, pracy, miłościach ani wspomnieniach. Opowiada wyłącznie o granicy, jaką ktoś postawił przed jego przyszłością. A przecież za bramą żyli także dawni mieszkańcy fabrycznego Białegostoku, ludzie z rodzin przez lata wpisanych w historię miasta. Trzeba pamiętać, że słowo „getto” nie oznaczało abstrakcyjnej liczby ani jednego ujęcia z filmu. Oznaczało świat nieustannie zmniejszanych możliwości, w którym każda decyzja odbywała się pod nadzorem przemocy.
Kiedy w 1943 roku okupanci przygotowywali likwidację getta, złudzenie związane z pracą i tymczasowością uwięzienia zostało ostatecznie obalone. Ci, którzy nadal liczyli, że najgorsze można przeczekać, zobaczyli, do jakiego końca dąży polityka nazistowska. Wtedy część mieszkańców postanowiła stawić opór. Nie dlatego, że wierzyła w łatwe zwycięstwo. Dlatego, że człowiekowi można odebrać niemal wszystko, a jednak pozostaje w nim niekiedy decyzja, by ostatnich chwil nie oddać bez walki.
Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część IV.