Domki jak z Castoramy i bieda-kopia jarmarku w Białymstoku. A ceny wyższe jak w Niemczech!

Domki jak z Castoramy i bieda-kopia jarmarku w Białymstoku. A ceny wyższe jak w Niemczech!

Przeszedłem się po monachijskich ryneczkach świątecznych, które na cześć Dzieciątka Jezus nazywają się Christkindlmarkt. Jest ich wiele, praktycznie każda dzielnica ma swój, ryneczki są też w większych parkach miejskich. Skupię się na tym centralnym pod ratuszem.

Powitała mnie para tancerzy, uplecionych z kolorowych łańcuchów świetlnych, których charakterystyczny strój zdradza, że to makieta Schäfflertanz. To taki prastary zwyczaj wywodzący się z czasu epidemii dżumy, kiedy to członkowie cechu bednarzy tańczyli na ulicach, by przywrócić normalność w zastraszonym społeczeństwie i wywabić ludzi na ulice.

Tuż za tą powitalną bramą zastaję złożone ze starannie ociosanych drewnianych bali chatki, z których sprzedawane są różności: najwięcej miejsca zajmuje oczywiście grzane wino (ze „strzałem” z rumu lub bez) i inne ciepłe napoje, oczywiście piwo, kiełbaski, golonki, słodycze, ręcznie robione ozdoby świąteczne i inne artefakty odzwierciedlające miejscowe tradycje. Chatki są bogato ozdobione i oświetlone, noszą na sobie mnóstwo snycerskiego kunsztu i oferują gościom schronienie przed wiatrem lub opadami. Na środku ryneczku gości wabi bardzo filigranowo wykonana piramidka świąteczna – to taka tradycyjna ozdoba świąteczna, która na wierzchołku ma śmigło napędzane ciepłym powietrzem znad płomieni świec. Tu w kilkumetrowej wersji makro.

Nie byłbym sobą, gdybym nie obrał najkrótszej drogi do grzanego wina. Odziana w bawarski Dirndl, uśmiechnięta kobieta koło sześćdziesiątki pyta „Servus, wos deaf’s denn sei?”, proszę więc o kubek osławionego wina – bez „strzału”, bo zamierzam jeszcze pospacerować i cokolwiek ze spaceru zapamiętać. Przyglądam się, jak kobieta chwyta ceramiczny kubek ozdobiony ilustracją tegorocznego ryneczku i chochlą wypełnia go po brzegi pachnącym winem, które na miejscu przyprawiane jest goździkami, skórą pomarańczy i laskami cynamonu.

Obok kotła stoi tabliczka informująca mnie o pochodzeniu surowca. Dziękując przyjmuję podany mi oburącz (bym się nie poparzył!) kubek i płacę pani pięć Euro za wino i półtora kaucji za kubek. Ordnung muss sein. Kiedy podciągam ze zdumieniem brwi, pani tłumaczy, że ja-ja… ona ma świadomość, że cena wzrosła aż o jedną czwartą od zeszłego roku, takie życie.

Zdumienie moje nie tyle dotyczyło ceny wina i pięknego kubka, co rozbieżności między tym, co dostaję tutaj w Białymstoku, a… ano właśnie. Kilka dni wcześniej wyszedłem z rodziną z przedstawienia teatralnego w Kinie Ton i zaproponowałem wizytę na jarmarku świątecznym. Przed dziewiątą wieczorem w sobotę, odwracając wzrok od oślepiająco błyskającego diabelskiego koła, weszliśmy na ryneczek i zastaliśmy pozamykane na cztery spusty, pomalowane na szaro, domki narzędziowe podobne do tych w Castoramie.

Na drugim końcu, bliżej ulicy Lipowej, kilka domków miało otwartą klapę, sprzedawane było tu grzane wino, plastry boczku i kiełbasy z metalowej płyty, po drugiej stronie świąteczne ozdoby. Ten pierwszy powitał mnie tablicą z napisem „GRZANIEC BIAŁOSTOCKI 13% – 280 ml – 29 zł”, wiszącą nad stosem tekturowych kubków oraz gryzącym zapachem etanolu. Zrezygnowałem. Sprawiłem za to radość córce kupując jej pięć truskawek nawleczonych na patyk i polanych czekoladą za jedyne 24 złote.

Można to tak zostawić, ale nie oprę się pewnej konkluzji: Otóż miejscowi przedsiębiorcy zainspirowali się wyżej opisanym bawarskim fenomenem i postanowili go dla nas skopiować. So far, so good. Teraz są dwa warianty: robimy kopię-kopię, czyli zamawiamy kosztowne domki z bali, prace snycerskie, ozdoby, kubki ceramiczne itp. frykasy? – Nie, bo to kosztuje i trzeba będzie koszty przerzucić na klienta, a z pustego trudno czerpać.

Decydujemy się więc na bieda-wersję, domki narzędziowe z desek i papierowe kubki, wszak to nie Monachium, gdzie średnio zarabia się ok. 57200 Euro per annum, a miesięczny koszt najmu 50m² mieszkania przekracza Euro dwa tysiące. Też dobrze. Ale krzyżówka obu pomysłów rezultuje w słabej jakości i wysokich cenach (i dużych zyskach!).

Tutaj zaczyna się nasza rola jako konsumentów. Zacznijmy wymagać minimum przyzwoitości. Chcecie, byśmy płacili bawarskie ceny, to nam dajcie bawarski ryneczek. Chcecie nam dać białostocki jarmark – bo takie są realia – to dostaniecie białostockie pieniądze. Bo takie są realia.

Nie bądźmy skąpi, bo wtedy… nie, nie będę cytował pana Kononowicza. Płaćmy i wymagajmy. Nie tylko na jarmarku, ale i w restauracjach, przy zakupie mieszkania i przy wyborze polityków. Na dobre nam wszystkim wyjdzie.

Maciej Rowiński-Jabłokow
Maciej Rowiński-Jabłokow

Działacz społeczny, inicjator i aktywista popularnego ruchu Ręce precz od Dojlid, mieszkaniec Białegostoku, który ukochał bardziej to miasto niż Monachium, z którego do stolicy Podlaskiego przyjechał.

Partnerzy portalu: