Featured Video Play Icon

Morsowanie w Podlaskiem jest coraz bardziej popularne. Jak zacząć?

Kąpiel zimą w rzece, na pierwszy rzut oka może wydawać się bardzo nieprzyjemna. Wszak plażowanie kojarzy się z latem. Tymczasem ktoś, kiedyś pomyślał, że skoro morsy mogą, to dlaczego nie ludzie. I tak to się zaczęło. Fenomen tego zjawiska postanowili zbadać w „Zasilanych” prowadzący Magda i Petros. Rozmawiali z Panią Barbarą, miłośniczką morsowania. Opowiedziała ona o początkach swojej przygody, endorfinach jakie tym kąpielom towarzyszą. Za sukcesem udanej całej tej zabawy stoi odpowiednie przygotowanie, pozytywne nastawienie oraz doborowe towarzystwo.

Morsowanie daje wiele zalet dla organizmu człowieka. Gdy już przełamiemy pierwszy szok i nabierzemy doświadczenia w takich kąpielach, i spodoba nam się regularne ich zażywanie, to na pewno poprawi się nasza odporność, nastrój, krążenie i sprężystość skóry. Mówiąc inaczej – odmłodzimy się! Póki zima trwa w najlepsze – macie okazję jeszcze się skusić. Morsy spotykają się regularnie nad rzeką Supraśl oraz na Dojlidach.

Bobry opanowały rzekę Białą. Drzewo przy Branickiego wkrótce runie.

Populacja bobrów w Podlaskiem ma się na tyle dobrze, że ich populacja zwiększyła się w ostatnich latach aż pięciokrotnie. Z perspektywy mieszkańca miasta być może nie jest to na pierwszy rzut oka ważna i dobra informacja, ale tak naprawdę jest wręcz przeciwnie. Jest to informacja fantastyczna, bo im więcej bobrów, tym bardziej bezpieczni jesteśmy.

Chyba każdy wie co robią bobry. Tak, nadgryzają drzewa doprowadzając je do ścięcia. Mało kto jednak zastanawia się po co to robią. Wbrew pozorom one tych drzew nie jedzą! Kora, korzenie, liście i kiełki owszem. Same drzewa ścinają po to, by tworzyć sobie optymalne warunki do życia. W budowanych przez siebie Żeremiach rozmnażają się. Bo te są na tyle mocną twierdzą, że tylko człowiek mechanicznymi urządzeniami jest w stanie je zniszczyć. A że bobry są pod ochroną, to populacja rozrasta się.

Co ma człowiek z działalności bobrów? Wodę. Powiedzmy sobie wprost – urzędnicy zniszczyli polskie rzeki. To, że teraz są woda w nich ledwo szoruje po dnie jest wyłącznie ich winą. W Polsce zdecydowana większość rzek została uregulowana. Budowane są wały, zapory czy stopnie wodne, koryta rzek niejednokrotnie były prostowane i betonowane. Przez lata panowało przekonanie, że to najlepsze zabezpieczenie przed powodzią. Praktyka pokazała, że jest ono błędne. Powodzie i podtopienia są mimo niskich stanów rzek. Mimo, że ta wiedza jest już powszechna, to nadal reguluje się w Polsce rzeki. Mało tego, w miastach oddaje się deweloperom wolną rękę. Okolice cieków są gęsto zabudowywane blokowiskami – czyli zabetonowywane. Co jeszcze bardziej eskaluje powodzie.
W Białymstoku nie jest inaczej. W 1920 roku miała miejsce ogromna powódź. Wtedy zapadła decyzja, żeby uregulować rzekę. Teraz Biała przez całą długość centrum biegnie prosto jak rura. Chociaż w ostatnich latach pojawiły się tam dodatkowe zapory, poziom wody nadal szoruje po dnie.

Wracając do bobrów. Istnienie lasów – czyli dla człowieka filtrów oczyszczających powietrze po jego działalności – jest możliwe dzięki terenom bagiennym. To miejsce, z którego czerpią drzewa, gdy długotrwale nie pada deszcz. Woda na tych terenach pojawia się dlatego, że bobry budując wszelakie tamy zatrzymują wodę z leśnych rzek. A że bobrów jest coraz więcej, to ich teren działania się rozszerza. I tak dotarły do Białegostoku.

Oczywiście urzędnicy dzielnie nie pozwolą im tu dłużej zabawić. Jednak, póki co działalnością nad rzeką zajmuje się taka instytucja jak Wody Polskie. To urzędnicy tejże muszą wydać decyzję, ażeby drzewo z ul. Branickiego ściąć przed bobrami. Kto będzie pierwszy? Co po ukończonej pracy zrobią bobry? Zapewne zajmą się kolejnymi drzewami. A to dlatego, że w Białej rzece wody jest za mało. Bobry poprzestaną jak podniosą jej stan. Urzędnicy jednak na to nie pozwolą, bo wtedy deweloperzy byliby bardzo źli, że ich Klientom zalewa się piwnice i mieszkania. I taki to problem, że ciągle ktoś będzie poszkodowany.

Featured Video Play Icon

Wyprawił się przez wszystkie podlaskie Puszcze. Cel? Wypić piwko z żubrami. Jak mu to wyszło?

Gdyby jeszcze istniała, to Łukasz Waszkiewicz trafiłby do galerii ludzi pozytywnie zakręconych Teleexpressu. W ostatnim czasie postanowił wypić piwo spoglądając na dziko żyjące żubry. Mało tego – nie pojechał po prostu na miejsce, wybrał się na długą wędrówkę przez wszystkie trzy puszcze Podlaskiego: Białowieską, Knyszyńską i Augustowską. Po drodze nocował w lesie. Jak to wyglądało? Można zobaczyć na filmie powyżej.

Warto dodać, że we wszystkich tych kompleksach leśnych są żubry. Najmniej jest ich w Puszczy Augustowskiej, bo tam dopiero kilka lat temu założono nowe stado, by trochę wymieszać zwierzęta. Żubr jest cały czas pod ochroną od czasów, gdy po II wojnie światowej prawie wszystkie zostały wybite przez człowieka. Dziś zwierząt jest całkiem sporo, ale nie są to jakieś zawrotne liczby. W Polsce żyje niecałe 2500 osobników.

Dlatego też dobrze, gdy stada się mieszają, bo wtedy unikamy wsobności – czyli rozmnażania się zwierząt z jednej rodziny, co mocno osłabia geny. W ostatnim czasie pisaliśmy, że w okolicach Puszczy Białowieskiej połączyło się kilka stad, dzięki czemu powstało stado złożone ze 170 żubrów. Taka zawrotna liczba bardzo pomoże w rodzeniu się zdrowych zwierząt. Trzymamy kciuki!

Featured Video Play Icon

Wspaniała wycieczka po regionie Podlaskim. Zobacz wszystko to, co najbardziej popularne.

Autor filmu nagrał go w trakcie krótkiej podróży po Podlasiu pod koniec grudnia 2022 i na początku stycznia 2023. Widoki są przepiękne. Brakuje tylko śniegu. Ale za to nie brakuje Białegostoku, Krainy Otwartych Okiennic, rozlewisk Narwi i pustelni w Odrynkach. Są też żubry hasające na wolności i te żyjące w rezerwacie.

To wszystko jest fanom Podlasia bardzo dobrze znane, ale dla kogoś kto przyjeżdża do nas jest czymś wyjątkowym. W innych regionach Polski nie ma przede wszystkim takiej natury jak na Podlasiu. Bo sam Białystok czy drewniane domy w Trześciance nie byłyby fantastycznym miejscem do zwiedzania, gdyby nie cała otoczka środowiska naturalnego. Gdy patrzymy ogólnie na atrakcje turystyczne – gdziekolwiek, to zawsze czynnikiem decydującym o popularności danego miejsca – jest aspekt matki natury. Chyba tylko Dubaj jest miejscem całkowicie sztucznym, które od zera wykreował człowiek i stało się ono miejscem, gdzie przyjeżdża wiele osób ze świata.

O walorach miejsc prezentowanych na filmie nie będziemy się rozpisywać, są omawiane przez samego autora. Dodajmy tylko, że warto w Podlaskiem zwiedzić dużo więcej niż na tym filmie. A to dlatego, że jak wspomnieliśmy – tu zostały zaproponowane miejsca najpopularniejsze, a prawdziwych perełek w naszym regionie nie brakuje.

 

 

Featured Video Play Icon

Podlaskie kapliczki. Nieodzowny element regionu.

Podczas zwiedzania Podlaskiego można niejednokrotnie napotkać kapliczki. Stoją samotnie wśród pól, przy drogach, na wsiach. Niekiedy wiszą na drzewach. Jedno jest pewne, bez nich krajobraz naszego regionu nie byłby taki sam. Ba! Niektóre kapliczki mają status podwójnie kultowych. W religijnym znaczeniu każda z nich taka jest, ale też niektóre są bardzo dobrze znane ludziom jako obiekty architektoniczne.

Najbardziej znany przykład to kapliczka z plakatu filmu U Pana Boga za piecem, która to stoi po drodze z Krynek do Sokółki. Inna też w tamtych okolicach była użyta w scenie tego filmu, gdy komendant modlił się do „pagera”. Równie ciekawą kapliczką jest konstrukcja z miejscowości Brody. Została obfotografowana przez całą rzeszę ludzi. Nie sposób nie wspomnieć o kapliczce, która stoi na szczycie górki w Goniądzu. A to tylko kilka bardziej znanych. Inne, równie ciekawe można obejrzeć na powyższym filmie.

Autorem jest Szczepan Skibicki, autor wspaniałego filmu krajobrazowego Go Podlasie. Film został wykonany techniką time-lapse. Czyli fotografowano obiekt w równych odstępach czasowych, a następnie złożono to w ruchome dzieło. Tak jak kiedyś tworzono kreskówki – rysowano klatka po klatce sceny, a następnie szybko je przewijano. Tak też jest i przy time-lapse. Pięknie się to ogląda.

Featured Video Play Icon

Tak wygląda praca dyżurnej ruchu na stacji Białystok

Ten film będzie interesujący nie tylko dla fanów kolei, ale także dla wszystkich tych, którzy myślą, że w Białymstoku nie można mieć ciekawej pracy. Jadwiga Lewicka to dyżurna ruchu na kolei. Opowiada o swoich początkach w zawodzie, a także jak wygląda ona obecnie. A jest o czym, bo swoje stanowisko zajmuje od 40 lat.

Pani Jadwiga miała wiele propozycji pracy, ale zdecydowała się związać z koleją. To był strzał w dziesiątkę. Na początku, jako młoda osoba obsługiwała stację Białystok Fabryczny. Nie było łatwo, szczególnie że wiele osób nie traktowało poważnie „smarkuli”.

Codzienne obowiązki dyżurnej ruchu polegają przede wszystkim na przyjmowaniu i odprawianiu pociągów. Porządek na torach kolejowych musi być. Dlatego to, która maszyna wjedzie na stację i z niej wyjedzie – decyduje Pani Jadwiga. Warto podkreślić, że w Białymstoku na stacji nadal są semafory (zamiast elektronicznych świateł). Obsługa ich również jest w obowiązku dyżurnej ruchu. Do tego wszystkiego służy specjalne urządzenie. Do jego obsługi potrzeba dobrej krzepy. Przestawienie drążków i dźwigni nie jest lekkie.

Featured Video Play Icon

Miał być koniec świata, a po nim powstanie nowego w Puszczy Knyszyńskiej

Grzybowszczyzna to maleńka wieś położona przy samej granicy Polski i Białorusi w powiecie sokólskim. Niedaleko niej znajduje się polana, na której miało powstać nowe miasto – stolica świata – Wierszalin. Tak wieszczył charyzmatyczny Eljasz Klimowicz, który w latach 20. i 30. poprzedniego wieku został uznany za proroka przez miejscową ludność. Uzdrawiał, rozgrzeszał, budował cerkiew. Pamięć o nim jest do dziś żywa. Polana do dziś chętnie jest odwiedzana.

Prorok Ilja urodził się w 1864, zmarł podczas II wojny światowej. Żył na Podlasiu, był niepiśmiennym chłopem prawosławnym, charyzmatycznym przywódcą religijnym pochodzenia białoruskiego. Pamiętajmy, że w owych czasach Grzybowszczyzna jak i wszystko inne było pod zaborami. Polski na mapie nie było.

Klimowicz miał sen, po którym zwrócił się do ojca Joana, by ten pomógł mu rozwikłać jego znaczenie. Ten miał mu wyjaśnić sen jako żądanie Boga, by Klimowicz w swojej miejscowości wybudował cerkiew. Dał też Klimowiczowi zaświadczenie, że ten na polecenie Boga buduje cerkiew, co miało mu ułatwić zbieranie pieniędzy oraz uzyskanie pozwolenia na budowę. Eliasz Klimowicz rozpoczął dwuletnią zbiórkę pieniędzy, a potem rozpoczął budowę świątyni w 1904 roku. I wojna światowa w 1914 roku zatrzymała jej budowę. W trakcie wojny Klimowicz jak wiele innych osób prawosławnych uciekł w głąb Rosji z przed frontem i mającymi rzekomo nastąpić represjami pruskimi.

Około roku 1919, prorok wrócił już do rodzinnej wsi już w Polsce. Przyjechał wraz z żoną i córką. Jednak niedługo po powrocie z bieżeństwa kobiety odeszły z domu. Prawdopodobnym powodem była sprzedaż przez Eliasza gospodarstwa oraz przeznaczenie uzyskanych pieniędzy na budowę cerkwi. Zgodę polskich władz na dokończenie budowy cerkwi uzyskał dopiero w roku 1926 roku. Pamiętajmy, że po 123 latach braku niepodległości, władze bardzo pieczołowicie dbały o jednolitą kulturę i religię narodu. Osoby prawosławne z tego powodu były wręcz prześladowane (oczywiście nie w sposób oficjalny). Ostatecznie w 1929 roku udało się otrzymać zgodę na dokończenie cerkwi.

To był punkt zwrotny. Do Klimowicza zaczęły ściągać tłumy pielgrzymów i ciekawskich z Podlasia, Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia oraz Wołynia. Przyjeżdżano po odpuszczenie grzechów, błogosławieństwo i uzdrowienie. Mimo, że Klimowicz był osobą świecką. Uznano go jednak za proroka i traktowano na równi z duchownymi. Pielgrzymi koczowali na polu czy w lesie, a woda ze studni została przez nich uznana za świętą. Wierni przynosili ze sobą ofiary. Powstała nawet druga świątynia w Ciełuszkach pod Zabłudowem.

Popularność Klimowicza przysporzyła mu kłopotów. Prawosławni duchowni zaczęli mu zarzucać, że szerzy herezję. Zwolennicy proroka natomiast zarzucali duchownym, że doprowadzają do rozpadu cerkwi. 21 września 1933 r. w cerkwi w Trześciance, wygłaszający kazanie proboszcz otwarcie skrytykował działalność Eliasza i jego sympatyków. Ci natychmiast zaczęli wnosić okrzyki przeciwko przemawiającemu duchownemu. Nabożeństwo zostało przerwane.

W 1934 hierarchia duchowna zaproponowała Eliaszowi wstąpienie do zakonu w celu jurysdykcji świątyni. Odprawianie nabożeństw we własnej świątyni miała być spełnieniem jego marzeń. Eliasz Klimowicz przybrał imię zakonne Joan, przywdział ubiór mnicha oraz notarialnie przepisał cerkiew na Prawosławny Konsystorz z Grodna. Podczas wyświęceń doszło do skandalu. Przybyli na uroczystość mieszkańcy śpiewali w cerkwi „Raduj się, raduj, Nowy Jeruzalimie”. W efekcie biskup wyrzucił ich z cerkwi oraz zagroził umieszczeniem Eljasza w klasztorze.

To doprowadziło do ciągu zdarzeń, w których Eljasz porzucił strój duchownego, założył własną sektę i aż do II wojny światowej mieszkał ze swoimi wyznawcami w Grzybowszczyźnie. Wszyscy czekali na zapowiadany przez niego koniec świata. Zamiast tego nastąpił konflikt zbrojny, zaś prorok zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach.

Featured Video Play Icon

Podlaskie zimą jest przepiękne. Ten film to dobitnie pokazuje!

Prawosławne, drewniane cerkwie, synagoga, ruiny kościoła, Dolina Narwi, Kraina Otwartych Okiennic, Suwalszczyzna i Wigierski Park Narodowy, Kanał Augustowski – to niektóre tylko atrakcje, jakie można zobaczyć zimą w Podlaskiem. Gdy tylko spadnie trochę śniegu, atmosfera natychmiast robi się magiczna!

Tym razem możemy zobaczyć nasz wspaniały, piękny region na najnowszym filmie kanału YouTube – Gdzie los poniesie. Autorzy pokazują tam najciekawsze ich zdaniem miejsca, warte do zobaczenia zimą. Nie brakuje pięknych widoków i atrakcji. Warto dodać, że to co widzimy na filmie jest tylko wycinkiem Podlaskiego. Takich miejsc jest dużo dużo więcej. Żeby tak objechać wszystkie trzeba by było objeżdżać region intensywnie co najmniej przez tydzień.

Podlaskie, różni się od innych regionów tym, że jest bardziej dzikie. Mamy tu ogromne bogactwo przyrodnicze. Natura może się u nas rozwijać bez skrępowania właśnie dzięki temu, że nasze ziemie nie są tak zaludnione jak inne. Tam gdzie mało człowieka – dużo natury.

Pociągi z Białegostoku z wydłużonymi trasami do Małkini. Czy to połączenie ma sens?

W ostatnim czasie ukazał się komunikat o tym, że po 14 latach wraca połączenie Białegostoku z mazowiecką Małkinią. Spółka Polregio uruchomiło je 1 stycznia 2023 roku. Codziennie będą tam odjeżdżać dwa pociągi. Wcześniej połączenia regionalne kończyły bieg w podlaskim Szepietowie.

Teoretycznie dzięki temu będzie możliwość dojechania regionalnie do Małkini, a dalej warszawską koleją regionalną do stacji Warszawa Wileńska. Wyjazd z Białegostoku odbędzie się o 17:06 i o 19:19. Powroty z Małkini są o 4:19 i 5:27. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pierwszy pociąg dojedzie do Małkini o 18:36. Czyli równo po 1,5 godziny. Pociąg z Małkini do Warszawy Wileńskiej jedzie 1 godzinę i 27 minut. Zatem cała podróż z czasem przesiadki to już ponad 3 godziny. Do tego jeszcze musimy doliczyć około godzinę na dojazd do miejsca docelowego w Warszawie komunikacją miejską.

Wyjazd pociągiem pośpiesznym do Warszawy Wschodniej trwa równo 2 godziny. Zatem wniosek jest taki – z Białegostoku tego typu połączeniem będą jeździć tylko ci co muszą. Z pewnością uruchomienie tego typu połączenia nie będzie opłacalne. Jednak gdybyśmy patrzyli na komunikację zbiorową tylko pod względem ekonomicznym, to prawdopodobnie zamknęlibyśmy ten interes.

W ostatnich latach trwa przywracanie wielu połączeń kolejowych, które zlikwidowano kilkanaście lat temu i jeszcze później. Żeby te miały sens istnienia potrzeba dwóch rzeczy – całkowitego braku zmian rozkładu jazdy przez lata (czyli pewność i stałość połączenia, do którego dostosujemy nasze sprawy) oraz bilety na tyle tanie, by opłacało się jeździć pociągiem a nie samochodem. W przypadku kolei (wszyscy przewoźnicy) trzeba powiedzieć wprost – jest drogo. Ponadto rozkład jazdy jest w ciągu roku zmieniany. Dlatego włączenie do oferty kolejnych połączeń jest dobre, ale do momentu, gdy nie przyjdzie ktoś, kto ogłosi cięcia. Wtedy historia zatoczy koło.

Featured Video Play Icon

W budynku białostockiego ratusza jest Muzeum Podlaskie. Co tam można zobaczyć?

Wiele osób zwraca uwagę na wyjątkową konstrukcję białostockiego ratusza. Swoją drogą nigdy takiej funkcji budynek nie pełnił, a jednak jak zwano go ratuszem tak zostało. W swojej przeszłości pełnił rolę odpowiednika dzisiejszej galerii handlowej. Dziś to Muzeum Podlaskie. Co można zobaczyć w środku? Powyższy film dokładnie to przedstawi.

Obecny ratusz został odbudowany w latach 1954 – 1958. Został rozebrany podczas rosyjskiej okupacji miasta. Jednak warto podkreślić, że białostoccy urzędnicy przed okupacją też mieli plany by to zrobić. Na szczęście „uśmiechnięty ratusz” – jak jest zwany dzisiaj, został społeczeństwu przywrócony. Tym razem jako Muzeum Podlaskie. Obecnie budynek mieści się przy ul. Rynek Kościuszki. Dawniej była to „Bazarna”. Nieprzypadkowo, bo w ratuszu i przy nim mieściło się ponad 100 stoisk handlowych! Na obecnym placu od strony Lipowej stał jeszcze mniejszy budyneczek, który zwano „wagą miejską”. W toku prac badawczych ustalono, że była to samowola budowlana i dlatego nie została także odbudowana. Ratusz był również miejscem, gdzie znajdował się pierwszy w Białymstoku dworzec autobusowy. Później go przeniesiono na Jurowiecką, a następnie na Bohaterów Monte Cassino, gdzie stoi do dziś.

Wracając do samego Muzeum Podlaskiego. W środku jak widać na filmie – możemy oglądać przede wszystkim obrazy. To galeria malarstwa polskiego. Między innymi zobaczymy tu portrety Jana Klemensa i Izabeli Branickich. Najprawdopodobniej pochodzą one z XVIII w., ale mogły powstać już po śmierci Branickich. Autora obrazów nie znamy, ale oglądając prace możemy stwierdzić, że był to artysta wysokiej klasy. Obrazy są dopracowane, co można zauważyć w detalach stroju Branickich oraz subtelnym namalowaniu twarzy i dłoni Izabeli. Portrety są przykładem pendantów, tj. powstawały w tym samym czasie i z myślą o powieszeniu obok siebie, dodatkowo są spójne pod względem kompozycji, stylu i kolorystyki.

Featured Video Play Icon

To królowa polskich kolęd. Pierwszy raz zagrana w Białymstoku w 1792 roku!

Chociaż już po świętach, to w kościołach nadal można posłuchać kolęd. Jedna z nich powinna być szczególnie bliska sercu Podlasianom. Pieśń o Narodzeniu Pańskim – znana wśród Polaków jako kolęda Bóg się rodzi, została napisana pod koniec XVII wieku, przez Franciszka Karpińskiego. Po raz pierwszy została odśpiewana w Starym Kościele Farnym w Białymstoku roku Pańskiego 1792. Miejsce to było nieprzypadkowe. W latach 1785–1818 poeta i pisarz przebywał na dworze Branickich w Białymstoku, gdzie stworzył także Pieśni nabożne (Kiedy ranne wstają zorze, Wszystkie nasze dzienne sprawy, Bóg się rodzi i inne).

Aktualna melodia popularnej pieśni świątecznej, napisana została przez Karola Kurpińskiego, na podstawie poloneza koronacyjnego królów polskich z XVI wieku. Kolęda Bóg się rodzi, uchodzi obecnie za królową polskich kolęd. A wszystko to zaczęło się za sprawą supraskiej drukarni, w miejscu której znajduje się dziś Monaster. Wówczas funkcjonował tam klasztor ojców Bazylianów, a razem z nim drukarnia. Pieśni Karpińskiego wydrukowano tam w 1792.

Poeta to także autor popularnej pieśni „Kiedy ranne wstają zorze” – czyli Pieśń poranna. Jej pierwsze wydanie z 1792 roku znajduje się w Książnicy Podlaskiej, która odkupiła je podczas aukcji. Warto wiedzieć, że jego twórczość sponsorowała Izabela Branicka, trzecia żona hetmana, ostatnia właścicielka miasta przed zaborami. Hetmanowa sprawiła, że w XVIII wieku Białystok liczył się w całej Europie pod względem kultury. Gościły u nas śpiewaczki z Wenecji, balety z Włoch, Teatry z Niemiec, a także najsłynniejsi pisarze i malarze – Ignacy Krasicki, Julian Uryn Niemcewicz, Elżbieta Drużbacka czy Franciszek Karpiński.

fot. Uniwersytecki Dziecięcy Szpital Kliniczny w Białymstoku

Trojaczki przyszły na świat w UDSK! Chłopiec i dwie dziewczynki.

To dopiero prezent na święta! Pani Elwira, na co dzień pielęgniarka z Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku została mamą trojaczków. Przyszły na świat „u mamy w pracy”, na szczęście nie podczas. Grześ, Zuzia i Alicja są zdrowe, piękne i mają się dobrze. Wierzymy, że mama także czuje się wspaniale. Nie wiemy jednak czy tatę trojaczków boli już głowa. Rodzicom składamy serdecznie gratulacje, życzenia zdrowia im i dzieciom. Oby dobrze się chowały!

Wiemy jedno na pewno, to wspaniale że w XXI wieku możemy świętować takie cuda. Są możliwe dzięki temu, że lekarze są bardzo mocno wyspecjalizowani w konkretnych dziedzinach, także w położnictwie i ginekologii. Trojaczki to dosyć skomplikowany przypadek medyczny. Już jedno dziecko podczas ciąży potrafi nastręczyć organizmowi problemów. Z perspektywy dzieci, którzy są pacjentami UDSK ważne jest, aby placówka była dla nich przyjazna. Z pewnością o Uniwersyteckim Dziecięcym Szpitalu Klinicznym tak powiedzieć możemy.

Uniwersytecki Dziecięcy Szpital Kliniczny im. Ludwika Zamenhofa w Białymstoku rozpoczął działalność w 1988r. i obecnie jest największym na Podlasiu ośrodkiem diagnostyczno-leczniczym dla dzieci i młodzieży w wieku od 0 do 18 lat.  Jest nowoczesnym, pełnoprofilowym ośrodkiem diagnostyczno-leczniczym realizującym wielospecjalistyczneświadczenia medyczne w systemie opieki stacjonarnej i ambulatoryjnej. W 15 klinikach i oddziałach hospitalizowanych jest rocznie prawie 20 tys. osób a w 31 poradniach specjalistycznych leczy się około140 tys. pacjentów. W Szpitalu zatrudniona jest wysokospecjalistyczna kadra lekarska i pielęgniarska: 243 lekarzy, z czego 176 to lekarze specjaliści w tym 39 profesorów i doktorów habilitowanych oraz 386 pielęgniarek, z których 319 posiada specjalizacje.

fot. UM Białstok

Nowoczesne Centrum Kultury powstanie w Centrum Wasilkowa?

Piękny, okazały budynek to na razie wizualizacja koncepcji architektonicznej. Ma jednak szansę zamienić się w rzeczywistą inwestycję Wasilkowa. Podczas obchodów 456. urodzin miasta zaprezentowano propozycję wyglądu nowego Miejskiego Ośrodka Animacji Kultury. Obecnie instytucja zajmuje wynajmowany budynek. Po przeprowadzeniu miałaby własny. Czy jest jej potrzebny?

Jeżeli prześledzimy aktywność tej instytucji, to trzeba raczej sobie zadać pytanie – dlaczego jeszcze nie budują. Potencjał gminy i potrzeby w tym kierunku są ogromne. Być może z perspektywy Białegostoku wydaje się to dziwne, że sąsiednia gmina stawia na tego typu inwestycje. Gdy patrzymy na sąsiadujące gminy wokół dużych miast, to zwykle nazywane są ich „sypialniami”. W przypadku relacji Białystok – Wasilków tak jednak nie jest. Gołym okiem widać, że gmina rozwija się niezależnie. Sąsiedztwo Białegostoku na pewno pomaga, ale nie ma tu klasycznej wymiany mieszkańców na zasadzie „w Białymstoku pracuję, zaś w Wasilkowie śpię”.

Z perspektywy mieszkańca Wasilkowa wygląda to inaczej. Gmina jest na tyle rozwinięta, że można tu prowadzić normalne życie pozazawodowe. Podobna sytuacja jest także w gminie Juchnowiec Kościelny, która z Kleosinem, Ignatkami i Księżynem prężnie działają niezależnie od Białegostoku. Co innego, gdy popatrzymy na gminy Dobrzyniewo, Choroszcz czy Zabłudów. W tym przypadku to klasyczne sypialnie Białegostoku.

Dlatego wracając do nowej inwestycji, jest ona jak najbardziej potrzebna. Mieszkańcy w wolnym czasie organizują warsztaty, wydarzenia kulturalne. Obecna przestrzeń staje się niewystarczająca. By w pełni wykorzystać kulturalny potencjał gminy, powstała koncepcja stworzenia zupełnie nowego obiektu, który zostałby zlokalizowany na terenie obecnie niezagospodarowanym – pomiędzy ul. Kościelną, a ul. Łąkową. Główną ideą przyświecającą podczas procesu projektowania było stworzenie wielofunkcyjnej przestrzeni, np. w głównej sali widowiskowej przewidziano przesuwne siedziska na piętrowej platformie z możliwością złożenia ich pod ścianę, dzięki czemu powstaje płaska płyta podłogowa np. na czas trwania koncertu.

Koncepcja architektoniczna została opracowana przez pracownię Jana Kabaca „Arkon” z Białegostoku. Opracowanie koncepcji architektoniczno-budowlanej umożliwi wnioskowanie o pozyskanie środków finansowych z zewnętrznych źródeł na realizację tego projektu.

fot. miejskoaktywni.pl

Wypożyczalnia nart na Dojlidach. Dla tych co pierwszy raz i dla całych rodzin!

Po ostatnich, intensywnych opadach śniegu zima na Podlasiu się utrzymała. Mróz szczypie aż miło. W związku z tym Białostocki Ośrodek Sportu i Rekreacji uruchomił narciarnię na Dojlidach. Trasy biegowe są już wytyczone. Aktualnie dla poszukujących aktywnego wypoczynku dostępne jest 465-metrów drogi. Wszystko jest także oświetlone, więc jeżeli ktoś planuje jeździć po zachodzie słońca, to nie ma problemu.

Warto też się śpieszyć, póki leży śnieg. Cała trasa (bez oświetlenia i poza samym ośrodkiem) jaką można przebyć to 3 km. Malownicza sceneria dookoła dojlidzkich stawów sama zachęca. Jeżeli ktoś nie ma zbyt dużo umiejętności, to także powinien móc skorzystać, bo trasa jest ogólnie łatwa. Dlatego nadaje się zarówno dla dorosłych jak i dzieci. Wypad z całą rodziną jak najbardziej wchodzi w grę.

Wypożyczalnia nart ma na stanie 100 kompletów – narty o różnej długości, kijki i buty o różnych rozmiarach. Opłata za wypożyczenie wynosi 12 złotych za każdą godzinę. Ulga dla dzieci i młodzieży wynosi 2 złote. Zatem koszt w ich przypadku to 10 zł za godzinę. Korzystać z usług można w godzinach od 10.00 do 19.00. Ostatniego wypożyczenia można dokonać o godz. 18.00.

Featured Video Play Icon

Piękna podlaska wieś pod Zabłudowem. Tam nadal leżą kocie łby.

Koźliki to mała wieś leżąca nieopodal Zabłudowa. Gdy sobie nią spacerujemy, to przez prawie całą jej długość możemy zobaczyć tak zwane „kocie łby” czyli specyficzną nawierzchnię drogi z kamieni. W Białymstoku do 2010 roku była taka ul. Młynowa, teraz uchowało się kilka takich uliczek. Na przykład Koszykowa na Bojarach. Dlatego, jeżeli chcemy poczuć klimat dawnych czasów, to wyjazd do pobliskich Koźlik będzie idealny.

We wsi występuje gwara języka białoruskiego bardzo zbliżona do jego odmiany literackiej. Warto tutaj podkreślić, że nawet na samej Białorusi trudno jest usłyszeć ten język. Tam społeczeństwo komunikuje się w zdecydowanej większości po rosyjsku. Tylko garstka zna białoruski. W Polsce, by nie przepadł – tradycja mówienia po białorusku zachowała się i jest cały czas mocno i instytucjonalnie podtrzymywana w Hajnówce.

W 1980 r. w ramach badań dialektologicznych przeprowadzonych w Koźlikach pod kierunkiem Janusza Siatkowskiego odnotowano, że podstawowym środkiem porozumiewania się mieszkańców między sobą jest gwara białoruska. Współcześnie jednak gwara ta intensywnie zanika i jeśli jest używana to przez starsze pokolenie mieszkańców wsi. Dlatego, gdyby nie instytucje z Hajnówki język białoruski stałby się martwy. A tak jest nadzieja, że kiedyś białoruskie państwo odzyska niepodległość i jego mieszkańcy powrócą do swojego języka. Z tymi rozważaniami zostawiamy już Was podczas oglądania powyższego filmu, jeżeli do Koźlik się nie wybieracie.

Featured Video Play Icon

„To jest nasz dom”. Wyjątkowy film o ludziach, którzy zamieszkali w dawnej fabryce…

XIX wiek, to czas, gdy Białystok był zwany Manchesterem Północy. W mieście było mnóstwo fabryk. Po II wojnie światowej przetrwało niewiele budynków pamiętających tamte czasy. Do dziś w centrum możemy „podziwiać” zabudowę stojącą „krzywo” do reszty budynków. A to dlatego, że dawniej nie było Al. Piłsudskiego. By powstała jeszcze pod nazwą „Aleja 1 Maja” przeorano wszystkie domy po drodze. Na szczęście zabytkowe fabryki się uchowały. Włókiennicza 7/9, Włókiennicza 16, Częstochowska 14/2 – to ich adresy. Schyłek XX wieku to czas, gdy ostatni z wymienionych postanowili zagospodarować anarchiści.

DeCentrum było miejscem, gdzie nie tylko zamieszkali ludzie, ale także miejscem, gdzie odbywało się mnóstwo imprez kulturalnych. Rzecz jasna można było na nie wejść tylko „na zaproszenie” lub z osobą, która miała do „squatu” wstęp. I to chyba te imprezy spowodowały zbyt duże zainteresowanie miejscem. Anarchiści borykali się z napaściami skinheadów oraz interwencjami policji. Miastem rządził wówczas Ryszard Tur. Początkowo jego urzędnicy zaproponowali anarchistom przybranie jakiejś legalnej formy. Na przykład stowarzyszenia. Wtedy można by było mówić o jakiejś legalnej formie „użyczenia” im budynku. Trudno jednak było oczekiwać od anarchistów, by zaczęli żyć przeciwko własnej idei życia poza systemem. Ostatecznie deCentrum zostało zlikwidowane siłowo. A stało się to już w XXI wieku. I o tym jest powyższy film z 2001 roku. Kawał ciekawej historii.

Dziś dawna fabryka stoi pusta. Jej przyszły los jest nieznany. Nie widać żadnego pomysłu na zagospodarowanie tego miejsca. Szczególnie, że po tak długim czasie nieużytkowania przydałby się tam solidny remont.

fot. Artur Lewandowski/PKP PLK S.A.

Cały krajobraz wokół białostockiego dworca kolejowego się zmienia. Prace trwają na odcinku 70 km.

Budowa trasy Rail Baltica, budowa zadaszonych peronów, budowa przejścia podziemnego to trwające inwestycje PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. Do tego przebudowa ul. Bohaterów Monte Cassino oraz budowa tunelu łączącego się z przejściem podziemnym na perony, a także umożliwiającego przejście ze Św. Rocha na Kolejową, gdy zostaną zlikwidowane kładki to natomiast inwestycje miasta. Ponadto trwa przebudowa ulic od strony Kolejowej.

W planach jeszcze jest budowa węzła intermodalnego dla komunikacji miejskiej, na pustym już placu pomiędzy dworcem autobusowym a dworcem kolejowym. Gdy wszystkie prace w tym miejscu zostaną zakończone, to otoczenie właściwie zmieni się całkowicie. Znikło bowiem Centrum Handlowe Park, nie ma już dawnego dworca autobusowego, do galeriowca dobudowano kolejny wielki blok, a od strony ul. Kolejowej zmieniono plac przed dworcem. Jedynie co pozostanie to na pewno budynek poczty, który jest zabytkiem. Tak samo nadal nad całością górować będzie galeriowiec. Po Rynku Kościuszki oraz ul. Jurowieckiej to kolejny punkt na mapie Białegostoku, który w ciągu panowania obecnego prezydenta przeszedł kompletną metamorfozę.

Wracając do tematów kolejowych, to oprócz wielkiej przebudowy na dworcu kolejowym, prace trwają także na 70-kilometrowym odcinku z Białegostoku przez Uhowo, Łapy, Szepietowo po Czyżew. Przebudowywane stacje i przystanki zapewnią wygodne podróże, a dwupoziomowe skrzyżowania zwiększą bezpieczeństwo w ruchu kolejowym i drogowym. Inwestycja o wartości 3,4 mld zł jest współfinansowana ze środków instrumentu CEF „Łącząc Europę”. Roboty na podlaskim odcinku Rail Baltica prowadzone są przy maksymalnie możliwym ruchu pociągów. Na ponad siedemdziesięciokilometrowym odcinku od Czyżewa do Białegostoku budowane są nowe tory, sieć trakcyjna i urządzenia sterowania ruchem. Lepszy dostęp do kolei i wygodę podróżnych zapewni przebudowa 6 stacji i 12 przystanków. Ponadto efektem modernizacji będą szybsze podróże, wzrost bezpieczeństwa, a także sprawniejszy przewóz towarów. Przebudowywany jest także układ torowy – wymienionych zostanie 55 km torów i zamontowane 144 rozjazdy.

Na stacjach i przystankach budowane są nowe wyższe perony, co ułatwi wsiadanie i wysiadanie z pociągów. Montowane są wiaty, oznakowanie i oświetlenie LED. Zaplanowano instalację systemu informacji pasażerskiej oraz monitoring. Na odcinku Czyżew – Białystok zaplanowano przebudowę 38 peronów. Przejścia podziemne będą w 14 lokalizacjach. Umożliwią bezpieczną komunikację na perony. Zaawansowane są budowy w Czyżewie i Szepietowie. Postępują prace na przystankach Zielone Wzgórza i Bojary oraz stacji w Raciborach. Rozpoczęto budowę przejść w Uhowie i Łapach.

Zakończenie prac planowane jest na 2023 r., zaś samej stacji Łapy i Białystok na 2024 r. To już całkiem niedługo. Miejmy nadzieję, że z Białegostoku będziemy mogli jeździć tak często do Warszawy (i dalej) tak często jak można jeździć do stolicy z Krakowa. Ponadto nie zapominajmy, że konieczna jest elektryfikacja odcinka pomiędzy Sokółką a Suwałkami. Dobrze by było, żeby też wreszcie połączono Suwałki i Białystok z Lublinem. Tutaj musiałaby się odbyć poważna modernizacja w województwie mazowieckim, którego kawałek rozdziela Podlaskie i Lubelskie. Nie zapominajmy też, że Łomża i Białystok powinny zostać również połączone kolejowo. Miało to się odbyć częściowo w ramach budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. W obecnej sytuacji gospodarczej uznać należy, że jest to plan bardziej palcem po wodzie pisany niż realny.

Warto też wspomnieć o zmianach w organizacji ruchu na ul. Kolejowej i Zwycięstwa. Wspomniana wcześniej przebudowa ze strony miasta powoduje, że kierowcy muszą tam jechać bardzo ostrożnie. Obecnie wprowadzono tam ograniczenie prędkości do 30 km/h. Ponadto zlikwidowany będzie przystanek tymczasowy przy firmie Konrys. Nowy będzie się znajdować przy ul. Kolejowej 7.

Featured Video Play Icon

Co za niesamowite widowisko. Zobaczcie Noc Kopnej Góry 2022

Niepozorny tytuł i brak opisu na YouTube może powodować, że wiele osób ten film by ominął. Tymczasem warto go obejrzeć, by na własne oczy przekonać się jakie niesamowite widowisko urządzono w Kopnej Górze pod Supraślem. Nadleśnictwo Supraśl opublikowało na swoim kanale film z realizacji nocnego przedsięwzięcia jakim było widowisko historyczne dotyczące Powstania Styczniowego. Osoby, które je obserwowały mogły zobaczyć kawał prawdziwej historii jaka odgrywała się w lasach pod miasteczkiem.

Kopna Góra, to miejsce szczególne dla Polaków, ponieważ to tutaj miało miejsce jedno z ważniejszych wydarzeń w historii naszego kraju – Powstanie Styczniowe, które często jest mylone z wcześniejszym Powstaniem Listopadowym. Odstęp pomiędzy dwoma wydarzeniami to zaledwie 3 dekady, stąd te pomyłki. Powstanie Styczniowe wybuchło w 1863 roku jako reakcja na zaborczą politykę carskiej Rosji, która wprowadziła wiele ograniczeń dla Polaków, m.in. zakazując używania języka polskiego w szkołach i urzędach. Zdecydowana większość Polaków była przeciwko tym działaniom i postanowiła walczyć o swoje prawa.

Jednym z ośrodków powstańczego ruchu było właśnie miasto Supraśl, a dokładniej Kopna Góra. Powstanie Styczniowe było jednak bardzo trudne do wygrania. Rosjanie byli znacznie silniejsi i lepiej wyposażeni, a Polacy walczyli głównie jako partyzanci, stosując taktykę małych i szybkich ataków. Mimo to, Powstanie trwało ponad rok i zebrało wiele ofiar po obu stronach. Ostatecznie jednak Rosjanie wygrali i Powstanie Styczniowe zostało stłumione. Wielu powstańców zostało zabitych lub wziętych do niewoli, a pozostałych czekały surowe represje. Mimo to, Powstanie Styczniowe zapisało się na kartach historii jako wyraz bohaterskiej walki o wolność i niepodległość Polski.

Featured Video Play Icon

Wyjątkowy film z 1995 roku. Pokazuje jak wiele się zmieniło w ludziach.

To wyjątkowe nagranie, które szczególnie dobrze ogląda się po wielu latach. Film powstał w 1995 roku przy okazji pieszej pielgrzymki z Białegostoku na Grabarkę. I chociaż tego typu wędrówki na Świętą Górę odbywają się co roku, to spojrzenie na powyższe nagranie może nam pokazać jak wiele się zmieniło przez prawie 3 dekady.

Ludzie nie tylko inaczej się ubierali, ale zupełnie inaczej się wysławiali niż teraz. Używali bogatszego niż dzisiaj słownictwa, potrafili wypowiadać zdania wynikające z samodzielnego myślenia. Jeżeli zobaczymy wypowiedzi w telewizji dzisiaj, to najczęściej ludzie odpowiadają na pytania niczym echo. Używają frazesów i zdań, które sami usłyszeli wcześniej w telewizji. To tylko jeden szczegół.

Druga ważna kwestia, na którą warto zwrócić uwagę to podtrzymywanie zwyczajów. NW 15 minucie filmu można zobaczyć ogromne tłumy ludzi, którzy wędrują a wśród nich mnóstwo młodzieży. Czy dzisiaj jest to aż tak popularne? Czy tego typu sprawy interesują młode osoby? Na pewno nie w takiej skali jak dawniej. I nie chodzi tu o brak zainteresowania współczesnego człowieka religią samą w sobie. Bardziej trzeba na to patrzeć, że ludzie dawniej dążyli do tego by być razem, grupować się, spędzać czas. Dziś każdy robi to indywidualnie lub w bardzo małych grupkach.

Na filmie możemy zobaczyć wędrówkę przez Białystok, Zwierki, Zabłudów, Ryboły, Proniewicze, Augustowo, Podbiele, Nurzec, Milejczyce, Żerczyce. Pątnicy przeszli ponad 150 km. A my jako widzowie mamy doskonałą okazję by popatrzeć na Podlasie sprzed lat. Czy wiele się zmieniło? Mamy wrażenie, że prawie wszystko. Najważniejsze jest jednak przesłanie. Warto spotykać się z ludźmi, warto wspólnie coś robić, warto być w grupie oraz wspólnie spędzać niesamowicie czas. Pielgrzymka to jedna z opcji.

fot. Bialystok.pl

Toaleta na Plantach nie spełnia norm i nie działa. Co teraz?

Słynny już na cały kraj szalet publiczny w Białymstoku… nie działa. Okazało się, że nie spełnia on norm i nie może być otwarty dla korzystających. Dlatego przechodzący z potrzebą zobaczą budynek otoczony metalową siatką. Jak podaje Radio Białystok – wykonawca dostał miesiąc na naprawienie wad.

Urzędnicy w rozmowie z rozgłośnią wyjaśnili także, że za wadliwą toaletę nie zapłacili. Przypomnijmy, że cała inwestycja kosztować będzie ponad 400 tys. zł. Niektórych tak wysoka cena oburzyła. Bowiem miasto zleciło zbudowanie obiektu 2×3 metry w cenie mieszkania. Chociaż sam Tadeusz Truskolaski i jego świta niechętnie tłumaczyli skąd taka cena, to na naszych łamach pisaliśmy, że wcale nie jest wygórowana. Tutaj macie wytłumaczenie dlaczego musi tyle to kosztować:

Awantura o kibel. Białystok ciągle się z czymś kojarzy.

Mimo, że wykonawca dostał miesiąc na poprawienie wadliwej toalety, to nie jest znana data, kiedy białostoczanie będą mogli z niej korzystać. Warto też się zastanowić nad jej wyglądem zewnętrznym. Szary, betonowy klocek na pięknych Plantach nieco się gryzie.

Featured Video Play Icon

Ten film koniecznie musicie zobaczyć. „Kisić przed świętami, bo po trupem będzie śmierdzieć”.

„Kapustę trzeba kisić przed świętami, bo po świętach trupem będzie śmierdzieć”. Taki argument na rzecz kiszonek trudno odrzucić. My dodajmy od siebie jeszcze lepszy. Przetrwanie zimy bez chorób jest możliwe tylko z kiszonkami. W słynnym filmie „U Pana Boga za piecem” możemy zobaczyć taką oto scenę, gdzie to komendant nogami ugniata w beczce kapustę. Czy tak właśnie wygląda jej kiszenie? Ten film, będący pewną inscenizacją, na to pytanie odpowie.

Najpierw do ukiszenia kapusty potrzebne jest doborowe towarzystwo. Potrzebna będzie także beczka. Koniecznie namoczona. Na jej dnie trzeba umieścić wianuszek żeby wszystko było smaczniejsze i chrupiące. Cały proces może być także okazją do flirtów towarzyskich, a także do tego by popić, potańczyć i pośpiewać. Dziwić się tylko, że dzisiejsza młodzież woli spędzać czas z nosem w telefonie. Mogliby tak jak ich przodkowie – kisić kapustę.

Wróćmy jeszcze do samego filmu. Warto na nim zwrócić uwagę nie tylko na pokazywane zwyczaje, ale także na język jakimi posługują się odgrywające swoje role osoby. Jest tam wiele regionalizmów, których nie tylko nie usłyszymy w innych regionach kraju, ale też które już zanikły i na Podlasiu, bo młodzież tak nie mówi. Jeżeli przejechalibyśmy się po podlaskich wioskach i rozmawialibyśmy ze starszymi ludźmi, to byłaby szansa jeszcze to usłyszeć.

Duże miasto może więcej? Nic bardziej mylnego. Wasilków to udowadnia.

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że duże miasta są atrakcyjniejsze niż te małe, bo są bogatsze i oferują lepsze usługi. Tymczasem, gdy patrzymy na Białystok to tak nie jest. Sąsiedni Wasilków to jedna z niewielu polskich gmin w Polsce, w której bardzo mocno przybywa mieszkańców. Obecnie mieszka tu ok. 18 tys. osób. W 1995 roku było ich zaledwie 11 tys.

Dlaczego akurat tutaj? Można wskazać dwa główne powody. Pierwszy z nich to sąsiedztwo przepięknych, atrakcyjnych, zielonych terenów Puszczy Knyszyńskiej i jej otuliny. Niektórzy nie muszą nawet nigdzie jechać, wystarczy, że wyjdą z domu. Drugim powodem jest konsekwencja polityki sąsiada – czyli Białegostoku. Władze tegoż miasta od lat nie są zainteresowane tym, by miasto się rozrastało poprzez połączenia z gminami sąsiednimi. Miasto przez to jest cały czas kompaktowe i coraz bardziej zagęszczone blokowiskami.

Białystok traci, Wasilków zyskuje

Jakość życia się stale pogarsza. Mamy tam problemy ze smogiem, coraz większymi korkami i gigantycznym problemem z miejscami parkingowymi. Dawniej sporo było też w mieście studentów. To jednak czasy zamierzchłe. Efekt takiej polityki jest tylko taki, że przyrost nowych mieszkańców w Białymstoku jest bliski zera.

Korzysta na tym między innymi atrakcyjnie położony Wasilków i przylegające do niego wsie. Teoretycznie jeszcze lepsze walory przyrodnicze ma uzdrowiskowy Supraśl, ale dojazd do Białegostoku z tego pierwszego jest błyskawiczny, z tego drugiego już nie. Ponadto w Supraślu panuje specyficzna sytuacja właścicielska, przez którą prawie niemożliwe jest zbudowanie blokowiska. Dominują tu tylko domy. Tymczasem w Wasilkowie bloków nie brakuje. Szczególnie rozrosły się tu osiedla Lisia Góra i Dolina Cisów. Obecnie nowe budowle to szeregówki, które w Polsce w ostatnim czasie stały się dosyć modne.

Zadowolony burmistrz z bólem głowy

Nagły i szybki przyrost mieszkańców to nie tylko powód do zadowolenia dla burmistrza, ale także ból głowy. Razem z mieszkańcami lawinowo rośnie zapotrzebowanie na usługi miejskie – komunikację, edukację, gospodarkę komunalną. Wielu z nowych mieszkańców to młodzi rodzice, przez co potrzeba mnóstwo nowych miejsc w żłobkach i przedszkolach. Mimo, że tych w publicznych placówkach jest sporo, to jest to o wiele za mało niż potrzeba. Dlatego zapotrzebowanie miasta odciążają placówki niepubliczne. Jest to wielka korzyść dla rodziców, bo opłata za pobyt dziecka jest dużo niższa niż w takim Białymstoku.

Jest jeszcze jedna korzyść dla rodziców dzieci, chodzących do niepublicznych żłobków i przedszkoli w Wasilkowie. Burmistrz, mimo że teoretycznie powinny interesować go tylko instytucje publiczne, to chcąc czy nie, musi dbać także o te niepubliczne. Na szczęście obecny włodarz chce. Dlatego gdy jego instytucje lub on sam – coś na rzecz dzieci organizują, to w swych planach uwzględniają także placówki prywatne.

Inni chcą brać przykład

Taka współpraca z placówkami niepublicznymi zainspirowała dyrektorów żłobków i przedszkoli z innych polskich miast. Dlatego przyjechali wczoraj, 23 listopada do Wasilkowa na wspólną debatę pod hasłem „Myśl globalnie, działaj lokalnie”. odbyło się to w ramach wizyty studyjnej placówek oświatowych niepublicznych zrzeszonych w Ogólnopolskim Zrzeszeniu Placówek Niepublicznych. W miejskiej bibliotece wymienili się doświadczeniami ze swoimi branżowymi koleżankami i kolegami z Wasilkowa. Na debacie był też wspomniany burmistrz, a także szefowie kilku miejskich instytucji i organizacji pozarządowych.

Główną konkluzją było to, że podział na publiczne i niepubliczne placówki nie jest aż tak ważny. Mówiono o tym, że nie warto ze sobą rywalizować, lepiej się po prostu wzajemnie wspierać i pomagać. Najważniejsze jest, by przyjęcie pomocy nie polegało na wykorzystaniu drugiej osoby. Do współpracy ważny jest także otwarty umysł bez jakichkolwiek uprzedzeń.

Trudno z tymi wnioskami się nie zgodzić. Nadmierna rywalizacja powoduje ogromne straty, bo rozpoczyna grę w „najsłabsze ogniwo”. Tymczasem najlepszy jest stabilny i zrównoważony rozwój. Gdyby żłobki i przedszkola ostro rywalizowały ze sobą, to straciliby na tym najpierw rodzice. Ponadto pamiętać należy, że nie zawsze zapotrzebowanie będzie takie samo, dzieci nie rodzi się więcej tylko mniej. Dlatego trzeba myśleć także o przyszłości. A takiej nie widać dla nikogo, kto woli walkę zamiast współpracy.

Na rozmowach się nie skończy. Szefowie niepublicznych żłobków i przedszkoli będą jeszcze dziś w Wasilkowie obserwować lekcje, zwiedzać szkoły, przedszkola i żłobki, podglądać nowinki techniczne. Między innymi to jak wykorzystać roboty do edukacji dzieci.

Featured Video Play Icon

Wielka wycieczka po Podlaskiem. Zobaczyli prawie wszystko.

Takiego filmu jeszcze nie było. YouTuber 58 OsA przemierzył z kamerą Podlaskie chyba tak dogłębnie, jak nie zrobił to jeszcze nikt. Dzięki temu każdy, kto nie był w naszym regionie może dowiedzieć się o wszystkich najważniejszych punktach naszego regionu. Osoby, które tu mieszkają także znajdą coś dla siebie, bowiem nie wszystkie atrakcje Podlaskiego są tak samo znane.

Film rozpoczyna się od Narwiańskiego Parku Narodowego i Tykocina. Widzimy, że nie przeszkadza w zwiedzaniu brzydka pogoda. Kolejny przypadek to Biebrzański Park Narodowy. Pierwszy zgrzyt jakiego doznał zwiedzający był właśnie tam. Konkretnie to w Osowcu, gdzie twierdzę można zwiedzać od poniedziałku do piątku od 9 do 13. Jak widać obiekt działa tylko dla uczniów i urlopowiczów. Weekendowe zwiedzanie tu nie wchodzi w grę.

Kolejny przystanek to Wigry i tamtejszy klasztor. W kolejnych kadrach filmu możemy zobaczyć jak pięknym terenem jest Suwalszczyzna. Z drona podziwiać możemy wszelkie pagórki. Szkoda tylko tej pogody. O ile do spacerów się nadaje, to do podziwiania już trochę gorzej. Autor dotarł nad sławną Górę Cisową, która jest położona 256 m n.p.m. W filmie nie mogło zabraknąć Białegostoku i jego atrakcji. Zwiedzić Podlaskie i nie zobaczyć jego stolicy? Byłoby to bez sensu. A jak i Białystok to także pobliski Supraśl. Kolejne przystanki to tatarskie Bohoniki, Krynki czy Kruszyniany. Nie zabrakło też ruin w Jałówce.

Następnie 58 OsA wybrał się do Krainy Otwartych Okiennic, która w ostatnim czasie jest prawdziwym hitem turystycznym. Nie mogło też zabraknąć Dębu Dunin, Grabarki czy Kaszteliku. Zauważalne jest ominięcie Puszczy Białowieskiej. Mimo wszystko pokazane zostało i tak bardzo wiele. I to trzeba docenić, bo objechanie naszego regionu i przemierzenie wielu kilometrów piechotą jest sporym wysiłkiem.

fot. Ręce precz od Dojlid / ul. Niedźwiedzia w Białymstoku.

Z kim trzyma Truskolaski? Z deweloperami czy mieszkańcami Dojlid?

Zaczęło się od internetowej zbiórki podpisów, a skończyło na wielkiej mobilizacji mieszkańców. Teraz urzędnicy nie mogą ich zignorować. Wszyscy patrzymy na to, co zrobi Tadeusz Truskolaski – prezydent Białegostoku. Czy swoją decyzją opowie się po stronie mieszkańców Dojlid czy po stronie deweloperów?

Kto ma rację?

Zacznijmy od racji urzędników. To nie jest tak, że prezydent Tadeusz Truskolaski może wszystko. Mimo, że rządzi już kilkanaście lat, to nie jest dyktatorem. Sam też osobiście nie wyznacza, gdzie jaki blok może powstać, a gdzie nie. Ma od tego urzędników. Ostatecznie jednak to on firmuje swoim nazwiskiem wszystko co się w stolicy Podlaskiego dzieje. Miasto Białystok to zarazem gmina jak i powiat, zatem Tadeusz Truskolaski w myśl prawa jest zarówno wójtem i starostą. Jest wykonawcą lokalnego prawa, które uchwalają radni. Warto jednak zaznaczyć, że to co oni głosują najczęściej powstaje w urzędzie miejskim, którego kierownikiem w myśl prawa jest Tadeusz Truskolaski właśnie.

Zatem to od decyzji Tadeusza Truskolaskiego zależy ostateczna treść uchwały, którą przedłoży do głosowania radnym. Oczywiście tylko w idealnym w świecie. W brutalnej politycznej rzeczywistości – prezydent albo większość w radzie będzie miał albo nie. Przez te wszystkie lata urzędowania włodarza mogliśmy zobaczyć jak współpracował, gdy miał większość z popierającą go Platformą, potem jak nie miał większości, bo tą posiadali członkowie PiS, a także teraz gdy znów większość ma w koalicji różnych, powiązanych ze sobą ugrupowań.

Z naszej perspektywy ostatecznie, w sprawach najważniejszych zawsze się wszyscy dogadywali. Koronnym przykładem jest tu lotnisko w Krywlanach. Radni PiS byli przeciwko, ale tak bardzo, że na koniec zagłosowali za, tak jak prezydent chciał. To jednak taka wisienka na torcie. Najważniejsze było głosowanie nad planami zagospodarowania przestrzennego. Tu zgoda byłą zawsze. Radni z prezydentem najczęściej kłócą się tylko o nazwy ulic.

Udawany dylemat

Polskie prawo jest takie, że jeżeli radni nie uchwalą żadnego planu zagospodarowania przestrzennego na jakimś terenie, to nie ma jasnej instrukcji jakiego typu budynki można tam stawiać. Wtedy każdy deweloper musi zwrócić się do prezydenta o dokument zwany „warunkami zabudowy”. To na podstawie tego dokumentu deweloper może budować bloki dostosowując je do reszty otoczenia.

Natomiast plan zagospodarowania przestrzennego rzekomo ustala „zasady gry” tak jak chcą tego urzędnicy. Mamy tu rzekomo „porządek”, bo budowa jest niejako pod ich kontrolą. Ostatnio w Polskim Radiu Białystok, wiceprezydent Adam Musiuk przekonywał, że z planem, dlatego jest dużo lepiej. Tak naprawdę to udawany dylemat, bo problem nie leży w tym czy jest plan czy go nie ma, ale w tym, że deweloperzy w Białymstoku budują, gdzie chcą. Kupują wszelkie atrakcyjne działki w mieście i wpychają tam blokowiska, brutalnie zmieniając otoczenie.

W ostatnich latach mieliśmy do czynienia z serią niewyjaśnionych do dziś pożarów starych drewnianych domów, na działkach których powstają potem bloki. Drugim problemem jest budowa niemalże nad samą rzeką. Mieszkańcy Skorup po każdej ulewie mają w garażach baseny. Sami przyznali w Kurierze Porannym, że są zbiornikiem retencyjnym całego osiedla. Podobnie na bagnach zbudowano bloki przy ul. Żubrów.

Ręce precz od Dojlid

Przedstawmy teraz rację mieszkańców Dojlid. Zaczęło się od utworzenia internetowej zbiórki podpisów na profilu „Ręce precz od Dojlid” prowadzonym przez Macieja Rowińskiego-Jabłokowa. Następnie autor skutecznie nagłośnił sprawę w mediach i zaczęto zbierać podpisy niewirtualne. Ostatecznie złożono w urzędzie miasta 1700, co jest bardzo dużą liczbą, biorąc pod uwagę, że zwykle ludzie ograniczają swoją aktywność obywatelską do dania lajka na Facebooku. Tutaj są naprawdę zdesperowani i zrobią wszystko, by zatrzymać zamiary deweloperów.

Mieszkańcy Dojlid uważają, że plan zagospodarowania przestrzennego proponowany przez ekipę Tadeusza Truskolaskiego jest skandaliczny, bo nie tylko pozwala na budowanie w dolinie Rzeki Białej, ale także chce zmienić całkowicie otoczenie osiedla. Pomijając już tych, którzy zdecydują się na kupno mieszkania w blokach na bagnie, to zabetonowanie doliny rzeki, będzie nie tylko szkodliwe przyrodniczo, ale przede wszystkim spowoduje, że ta woda, która się zbiera po deszczu – znajdzie się na posesjach pozostałych mieszkańców okolicy.

Podajmy tu przykład wspomnianej wyżej ul. Żubrów. Niczego nieświadomi mieszkańcy kupili bloki, które deweloper zbudował im na bagnie. Osuwają im się skarpy, a parkingi toną w błocie. To jednak dla urzędników nic nie znaczy. Z niewiadomych powodów w swoich planach prą, żeby w okolicy powstało gęsto zabudowane blokowisko, w których nawet będzie po 8 pięter!

Tymczasem mieszkańcy Dojlid zgłosili swoje uwagi do planu zagospodarowania przestrzennego, w których proponują niską, rozrzedzoną zabudowę, która nie doprowadzi ani do degradacji biologicznej terenu, ani nie spowoduje powodzi. Dzielnica będzie także właściwie, naturalnie wietrzona. Nie będzie też możliwości opalania węglem i ropą w nowych budynkach. Dodatkowo domagają się też całkowitego zakazu budowy czegokolwiek w dolinie rzeki oraz w miejscu, gdzie obecnie znajdują się zbiorniki retencyjne.

Nie tylko bloki

Za problemem z rozbudową osiedla o nowe blokowiska ukryte są kolejne pułapki. Prezydent chciałby nowej drogi, która by zabrała mieszkańcom oazę, spokój i domy. Nie chodzi o zwykłą modernizację. Ma być łącznie 6 pasów jezdni po nowej trasie! Żeby stawiać takiego molocha trzeba mieć jednak ku temu dobre tłumaczenie. Gęsto zaludnione blokowisko byłoby idealnym pretekstem.

Dlatego zmiana charakteru osiedla z obecnego, nieco kameralnego, otoczonego piękną przyrodą, zabytkowym parkiem, w otoczeniu pięknych zabytkowych budynków na wypchane blokowiskami powoduje protesty po stronie mieszkańców, ale też i działkowców. Nowe budynki to potrzeba nowych, szerszych dróg, których nikt tam nie chce.

Na zielono zaznaczona obecna ul. Dojlidy Fabryczne. Na czerwono planowany przebieg drogi łączącej Ciołkowskiego z Plażową.

Problem powraca

Warto podkreślić, że to wszystko jest problemem wtórnym. Już raz urzędnicy próbowali uchwalić plany dla Dojlid korzystne tylko dla deweloperów. W 2014 roku mieszkańcy, którzy zgłosili swoje uwagi zostali przez Truskolaskiego ograni. Postanowił, że nad planami zaczną pracować od nowa, zaś w tym czasie deweloperzy na „warunkach zabudowy” mogli budować w najlepsze między innymi na bagnie przy ul. Żubrów. Później próbowano uchwalić tylko fragment planu bardzo korzystny dla dewelopera. Ostatecznie wojewoda uchylił uchwałę jako rażąco naruszającą prawo.

Teraz z rzekomą troską o Dojlidy prezydent znów będzie chciał uchwalenia planów. Znów robią one dobrze deweloperom, a mieszkańców się ignoruje. Tym razem protest był skuteczniejszy, bo organizatorzy zadziałali dużo sprawniej. Na tyle, że nie da się tego zamieść pod dywan, albo znów zaczynać od początku.

Tadeusz Truskolaski musi się jednoznacznie opowiedzieć. Albo przedstawi radnym plan zagospodarowania przestrzennego zgodny z wolą mieszkańców albo będzie chciał robić dobrze deweloperom. Co wybierze?

fot. Dawid Gromadzki / UM Białystok

Białystok mocno stawia na fotowoltaikę. Urzędy, szkoły, instytucje już czerpią energię ze słońca.

Coraz więcej budynków należących do Miasta Białegostoku czerpie energię ze słońca. Panele fotowoltaiczne wytwarzające prąd zmienny zostały dotychczas zamontowane na obiektach, w których mieści się urząd, a także na szkołach oraz siedzibach jednostek organizacyjnych Urzędu Miejskiego. Dzięki tym instalacjom Miasto może nie tylko zmniejszyć wydatki na energię, ale również mieć wkład w ograniczenie produkcji CO2.

Bez wątpienia to bardzo dobry ruch. Nie ma żadnych przesłanek mówiących o tym, że w kolejnych latach rachunki z prąd (ale i ogólnie koszty utrzymania) będą niższe. Dlatego inwestycja w nowoczesne technologie zawsze się opłaca. Podajmy taki przykład. W ostatnim czasie mieliśmy kryzys węglowy. Cena tego surowca została wywindowana na tyle, że wiele przedsiębiorstw wytwarzających coś w piecach, które były na węgiel – zbankrutowało. Rozsądny zapyta – a dlaczego w XXI wieku dalej palili węglem? Firma musi się cały czas rozwijać, żeby istnieć. Czy także urząd? Gigantyczne długi mogą doprowadzić do likwidacji gminy z powodu niewypłacalności. Dlatego inwestycja w panele fotowoltaiczne to bardzo dobry ruch.

W ubiegłym roku system fotowoltaiczny został zamontowany na budynkach Urzędu Miejskiego przy ulicach Słonimskiej 1, J.K. Branickiego 3/5 i Składowej 11. W tym roku, w październiku, panele słoneczne pojawiły się na trzech szkołach: Szkole Podstawowej Nr 12 przy ul. Komisji Edukacji Narodowej 1, Szkole Podstawowej Nr 50 przy ul. Kazimierza Pułaskiego 96 i XIV Liceum Ogólnokształcącym przy ul. Upalnej 26. Z energii słonecznej w tym samym czasie zaczęła korzystać także pływalnia sportowa BOSiR przy ul. Włokienniczej. Te instalacje wyprodukowały ponad 202 487 kWh, co przyniosło oszczędności na poziomie ponad 371 tys. zł.

To jednak nie koniec, kolejne obiekty miejskie są wyposażane w fotowoltaikę. Nowa instalacja jest już gotowa na Domu Pomocy Społecznej przy ul. Baranowickiej. Do końca roku powstaną jeszcze trzy nowe – na Szkole Podstawowej Nr 51 przy ul. J. K. Kluka 11A, na budynku filii Domu Pomocy Społecznej w Bobrowej oraz na Białostockim Park Naukowo-Technologicznym. Miasto dotychczas wydało na te instalacje blisko 2 mln zł. Panele fotowoltaiczne wytwarzają energię elektryczną również na potrzeby Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Białymstoku. Spółka uruchomiła instalację pod koniec 2020 roku. Projekt kosztował 1,4 mln zł, w tym dofinansowanie z funduszu Unii Europejskiej wyniosło prawie 804 tys. zł, pozostała kwota pochodziła ze środków własnych spółki.

W taki sam sposób od lipca produkowany jest prąd na terenie Stacji Uzdatniania Wody na Pietraszach w Białymstoku. Wybudowana przez Wodociągi Białostockie elektrownia fotowoltaiczna kosztowała ponad 4,3 mln zł. Na realizację przedsięwzięcia Wodociągi Białostockie otrzymały 75 procent dofinansowania z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podlaskiego na lata 2014-2020. Energia z tej elektrowni pozwala – zależnie od pory dnia – pokryć od 75 do 100 procent zapotrzebowania na prąd w dwóch stacji uzdatniania wody – na Pietraszach i w Wasilkowie. Panele fotowoltaiczne wytwarzają energię elektryczną również na potrzeby Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Białymstoku. Spółka uruchomiła instalację o mocy 49,95 kWp w ubiegłym roku. Projekt kosztował ok. 190 tys. zł.

W 2023 r. Miasto Białystok planuje budowę kolejnych 20 instalacji na budynkach miejskich i wymianę nieefektywnych źródeł ciepła. Po uruchomieniu wszystkich planowanych instalacji fotowoltaicznych (łącznie z zainstalowanymi w 2023 r.) ich moc osiągnie ok. 1500 kWp. Rocznie powinny wygenerować łącznie 1 350 000 kWh. Przy aktualnych cenach energii montaż instalacji fotowoltaicznych bez dofinansowania zwraca się w okresie 2-3 lat.

Featured Video Play Icon

Puszcza Knyszyńska zachwyca także jesienią. Tu jest jak w sanatorium!

Gdy wchodzimy do takiej puszczy, stajemy się częścią złożonego organizmu. Oddychamy olejkami eterycznymi, zaczynamy funkcjonować zgodnie z pulsem lasu. W tym niezwykłym świecie zrealizowano najnowszy odcinek „Zasilanych”. Tym razem prowadzący Magda i Petros odwiedzają niezwykły świat Puszczy Knyszyńskiej, rozpościerającej się tuż za granicami Białegostoku. To królewska puszcza – i ze względu na skalę przyrody, i historię: to ulubione tereny króla Zygmunta Augusta, który w Knyszynie miał swój dwór. Ten unikatowy ekosystem jest objęty ochroną w ramach Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej.

Warto zwrócić uwagę, że Puszcza Knyszyńska bardzo mocno różni się od Puszczy Białowieskiej, zatem jeżeli byliście w tej drugiej – z perspektywy mieszkańca innych części Polski bardziej popularnej, to nie uznawajcie, że do Knyszyńskiej już nie warto. Wręcz przeciwnie. To są dwa zupełnie różne ekosystemy. Bohaterka dzisiejszej naszej opowieści jest lasem mocno iglastym. Ponadto położona jest ona na terenie o zróżnicowanej rzeźbie. Nie brak tu wzniesień, pagórków, górek, a nawet gór! Ponadto w Puszczy Knyszyńskiej bardzo bogaty jest system rzeczny, co również wpływa na jej naturę. Mało kto wie, ale w kompleksie znajduje się 550 km dróg rzecznych!

Co jeszcze znajdziemy w puszczy? Opowiada bohaterka, przed którą teren ten nie ma (niemal) żadnych tajemnic: Joanna Kurzawa, dyrektor Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej.

fot. bialystok.pl

Tu Niemcy zamordowali 3000 osób. Miejsce pamięci zostało wyremontowane.

Cmentarz w Lesie Bacieczki, który upamiętnia ofiary terroru z II wojny światowej przeszedł remont. Miejsce pamięci po zamordowaniu 3 tysięcy osób w latach 1941-1944 przez Niemców powstało w 1980 roku. Remont był wykonywany na raty. Tym razem zakończony został trzeci etap prac. W jego ramach wykonano renowację betonowej kompozycji pomnikowej wraz ze stalowym krzyżem, betonowych murków, granitowej płyty z napisami, symbolicznych betonowych kamieni oraz punktu informacyjnego przy drodze dojazdowej do obiektu.

W poprzednich latach wyremontowano ogrodzenia i maszty flagowe. W 2021 roku zostały przeprowadzone prace renowacyjne rzeźby przedstawiającej udręczonego człowieka, znajdującej się na terenie cmentarza. Wykonał je autor całego założenia pomnikowego – białostocki rzeźbiarz Jerzy Grygorczuk, współautor m.in. Reduty Białegostoku na Wysokim Stoczku. W związku ze śmiercią Jerzego Grygorczuka, podczas tegorocznego etapu renowacji cmentarza nie udało się odtworzyć dwóch rzeźb będących autorskimi pracami białostockiego artysty – mieczy w płonącym zniczu oraz tablicy z napisem: „Wołam cię obcy człowieku co kości odkopiesz białe kiedy wystygną już boje szkielet mój będzie miał w ręku sztandar ojczyzny mojej”.

Koszt trzeciego etapu remontu wykonanego wyniósł prawie 48,5 tys. zł.

Featured Video Play Icon

Narew to polska Amazonka? Park Narodowy to miejsce z fantastycznym klimatem!

Narew to jedna z najdłuższych, a zarazem naturalnych polskich rzek. Najpiękniejsze jej fragmenty znajdują się dolinie Narwi i są objęte ochroną. Z resztą wyjątkowej przyrody oraz zwierzętami tworzą Narwiański Park Narodowy. Splątane koryta, rozległe i nieprzebyte trzcinowiska, rejon ten nazywany jest polską Amazonią. Główną atrakcją tego miejsca jest kładka w Śliwnie, którą można ręcznie przeprawiać się pływającymi platformami. To jednak nie jedyne miejsce, które warto tam zobaczyć.

W ostatnim czasie powstał odcinek internetowego programu na temat tego miejsca. Seria „Zasilani” pokazuje magiczne miejsca Podlasia. Prowadzący Magda i Petros razem ze swoimi gośćmi barwnie opowiadają o wielu atrakcjach naszego regionu. W najnowszym odcinku odwiedzili Narwiański Park Narodowy, gdzie oprócz wspomnianego Śliwna usłyszeć możemy o wyjątkowości Kurowa, gdzie jest ośrodek edukacyjny Parku oraz kolejna kładka. Tam możemy także popływać kajakiem.

To, co wyróżnia powyższy film od wielu podobnych to ujęcia z góry. Mało kto wie, że Narwiański Park Narodowy to obszar, gdzie latanie dronami jest zakazane bez zezwolenia. Zabrania tego polskie prawo, by chronić cenne obszary przyrodnicze. Lot dronem mógłby nękać zamieszkujące tam ptaki. Szczególnie wrażliwe są w okresie lęgowym czyli na przełomie lipca i sierpnia. Dlatego film Zasilani bez trudu mógł powstać właśnie jesienią.

Featured Video Play Icon

Oto niezwykły film z podlaskich cmentarzy. Powstawał 7 lat!

7 lat wędrówki po regionie, setki wykonanych zdjęć z czasie uroczystości Wszystkich Świętych, technika timelapse i oto mamy spektakularny, nocny portret Zaduszek. Ten film jest prawdziwą ucztą dla oczu.

Autorem jest Szczepan Skibicki, który zrealizował już mnóstwo pięknych, krótkich filmów na Podlasiu. Łączy je wprawne fotograficzne oko i wspomniana technika timelapse czyli robienie zdjęć w równych odstępach czasowych tak, by możliwe było z nich wykonanie animacji. Na przykład, na której zobaczymy jedno miejsce w kilkanaście sekund, które było nagrywane przez godzinę. Powyższy film to idealny przykład jak można technikę wykorzystać.

Noc Zaduszna. Podlaskie powstało także dlatego, że niebo w naszym regionie należy do najmniej zanieczyszczonych światłem w całej Polsce. Nastrojowa podróż po cmentarzach w Białymstoku, Supraślu, Wasilkowie oraz mniejszych miejscowościach na tle przyrody przeplata się z dziedzictwem duchowym i materialnym regionu. Film dotyka podlaskiej natury, w której silniej niż gdziekolwiek zakorzeniona jest tradycja i duchowość.

Pomnik w latach PRL, autor nieznany

Wielki pomnik w centrum miasta zmieni swój wygląd. Będzie konkurs.

Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej zostanie zmodyfikowany. Miasto postanowiło ogłosić konkurs na nową koncepcję architektoniczną. Niestety, nie oznacza to, że pomnik zostanie zburzony, a w jego miejsce powstanie jakiś inny. Raczej trzeba się spodziewać dodatkowych aranżacji. Napisaliśmy niestety, bo już kilka lat temu pisaliśmy, że zarówno siedziba Uniwersytetu w Białymstoku, pomnik i park powinny zostać zlikwidowane, zaś otoczenie dużo lepiej zagospodarowane.

Brzmi kontrowersyjnie? Przypomnijmy jak to z tym pomnikiem i jego otoczeniem było:

W 1972 władze zorganizowały konkurs na projekt obiektu, który miałby upamiętnić białostoczan walczących o Ziemie Białostocką podczas II Wojny Światowej. I tak w 1975 roku powstał Pomnik Bohaterów Ziemi Białostockiej, który stanął na krawędzi zasypanego cmentarza. W 1990 roku, czyli już po transformacji ustrojowej postanowiono „odkomunizować” pomnik. Przybyli kapłani katoliccy oraz prawosławni, poświęcili pomnik, zaś u podnóża pomnika na kamieniu zmieniono napis. „W hołdzie bohaterom Ziemi Białostockiej poległym w walce o Polskę Ludową – Mieszkańcy Ziemi Białostockiej” został zastąpiony na „Poległym i pomordowanym za Wolną Polskę”. Doczepiono też orła w koronie. Po 25 latach od tego wydarzenia dostawiono jeszcze na wielkim głazie obok kolejne napisy „Chwała i cześć żołnierzom I i II Armii Wojska Polskiego, którzy walczyli i zginęli za wolność i niepodległość ojczyzny”. W 2011 roku członkowie Klubu Więzionych, Internowanych i Represjonowanych oraz Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego podjęli się bez pytania o jakąkolwiek zgodę modyfikacji pomnika. Jak widać dodanie napisów na kolejnym kamieniu to byłoby za mało. Dlatego doczepiono napisy „Bóg Honor Ojczyzna” zaś orzeł na górze pomnika zyskał koronę. Generalnie akcja wywołała oburzenie tylko części mieszkańców. Sam autor pomnika również wyraził swój sprzeciw. Ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach, zaś napisy pozostały. Na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości – kolejne osoby postanowiły doczepić kolejny napis – Niepodległość. I tak każdy po swojemu pomnik modyfikował.

Ścisłe centrum Białegostoku może się zmienić! Kontrowersyjny pomysł, który warto zrealizować.

Czy dwa razy odkomunizowany pomnik jest już wystarczająco odkomunizowany czy jeszcze nie? Wydaje się, że nie, bo ma być przerabiany pod hasłem „zmiana wyrazu symbolicznego pomnika”. Naszym zdaniem pomnik powinien zostać całkowicie zastąpiony czymś dużo mniejszym, a najlepiej na środku ronda, gdzie wiele osób chciałoby zrobić piesze dojście i jakoś to zagospodarować. Tak naprawdę, to jeżeli ktoś chciałby podjąć się „odkomunizowania”, to musiałby zająć się całym otoczeniem. Sam pomnik, stojący obok dawny „Dom partii”, a także siedziba sądu są wybudowane w stylu socrealistycznym – czyli charakterystycznym dla czasów polskiego komunizmu. Wszystko to szare, monumentalne budynki, które dodatkowo stały się zabytkami. Dlatego też wszystko co stoi wokół Placu NZS (dawniej Uniwersyteckiego) jest jednym wielkim pomnikiem komunizmu w centrum Białegostoku.

Niestety na tak odważny ruch potrzebny byłby ktoś odważny. Zmiana koncepcji, która ma polegać na jakiś kosmetycznych przeróbkach to też już coś, bo pomnik już dawno stracił kolor. A ponadto doczepiane napisy przez różne osoby sprawiły, że stał się jakimś architektonicznym koszmarkiem. Można więc co nieco odświeżyć. Niestety w naszym odczuciu to o wiele za mało.

Featured Video Play Icon

Cerkiew w Gródku. Piękna na zewnątrz, piękna w środku.

Cerkiew Narodzenia Najświętszej Bogurodzicy wzniesiono w Gródku w latach powojennych na miejscu, gdzie wedle źródeł cerkiew stała już w XV wieku. Wówczas miejscowość była dosyć sporym ośrodkiem, który był zaznaczany już na starych mapach. Gródek jest związany z rodem Chodkiewiczów. W 1498 r Aleksander Chodkiewicz ufundował tu klasztor prawosławny, który później został przeniesiony do Supraśla. W Połowie XVI wieku Gródek otrzymał prawa miejskie. W późniejszych czasach miejscowość przechodziła kolejno w ręce Paców, Sapiehów oraz Radziwiłów. W 1897 r. utracił prawa miejskie.

Obecna cerkiew w Gródku mimo że powstała wiele lat temu, była monumentalna, jak na tamte czasy. Budowla została wypełniona równie niesamowitą ikonografią. W środku znajdują się malunki prof. Adama Stalony-Dobrzańskiego oraz prof. Jerzego Nowosielskiego. Wypełniły one wielkie powierzchnie ścian i sklepień tworząc z Cerkwi w Gródku dzieło niespotykane nigdzie indziej. W wielkoformatowych kompozycjach, w olbrzymich partiach tekstów wypisanych na ścianach i w kolorowych witrażach nieustannie powtarzają się motywy Maryjne. Program ikonograficzny wnętrza przedstawia Kosmiczną Wizję Bogurodzicy jako Królowej i Matki, którą zapowiadali prorocy, a apostołowie i wszyscy święci wychwalają po dziś dzień.

Będzie można dojechać pociągiem z Krakowa przez Białystok do Wilna! Jest już data.

Bardzo długo o tej sprawie było cicho, ale nareszcie coś się ruszyło. Przypomnijmy od kilku lat planowano połączyć kolejowo Warszawę z Wilnem (przez Białystok). Na początku plany pokrzyżowała pandemia, później okazało się, że dosyć sporym problemem jest różnica szerokości torów. Na terenie dawnego ZSRR, czyli także na Litwie budowano tory szersze niż w Polsce i innych krajach Europy zachodniej. Oczywiście PKP dysponuje pociągami, które mogą jeździć po różnej szerokości torów, ale nikt nie chce ich na co dzień eksploatować. Traktowane są bardziej jako zapasowe.

W tym roku podawaliśmy już informację o tym, że połączenie z Warszawy do Wilna ruszy jeszcze w tym roku z jedną przesiadką. Wiadomo już więcej o szczegółach tego połączenia. Obecnie do Suwałk dojeżdża pociąg „Hańcza” z Krakowa. Po zmianie rozkładu jazdy w grudniu 2022 nastąpi wydłużenie jego trasy 40 km. Oznacza to, że Wilno zostanie skomunikowane z wieloma polskimi miejscowościami. Pasażerowie dojadą najpierw do litewskiej Mockavy (Maćkowo). Tam będzie na nich czekać skład, którym dojadą do Wilna przez Kowno.

Jest jeszcze jeden problem na tej trasie. To elektryfikacja, której nie ma. Dlatego obecne połączenie jest jeszcze tymczasowe. Będzie obowiązywać do czasu aż strona litewska zapewni lokomotywę spalinową, która mogłaby przejąć prowadzenie polskiego pociągu na odcinku litewskim. Gdy tak się stanie, to docelowo aż do Kowna będzie dojeżdżać pociąg „Nałkowska”, który kursuje na co dzień na trasie Białystok – Wrocław. Później z Kowna będzie można dojechać pociągiem do Wilna. Tylko ten odcinek wynosi zaledwie 90 km.

Featured Video Play Icon

Żydowska architektura na Podlasiu. Wyjątkowy film dokumentalny.

Podlaskie jest przepiękne i nikt nie powinien mieć co do tego wątpliwości. Tym razem można się o tym przekonać przez pryzmat architektury żydowskiej, która przetrwała II wojnę światową. Przypomnijmy przed straszliwym czasem zbrodni niemieckich, Żydzi na Podlasiu stanowili większość mieszkańców. Niektóre miasta liczyły od 70 do 80 proc. mieszkańców tej narodowości. Dlatego spuścizna po nich powinna być gigantyczna, gdyby nie zniszczenia wojenne. Szczególnie, że większość zwykłych budynków, które stoją do dziś choćby w Białymstoku budowali właśnie Żydzi.

Warto na podlaskie miasta spojrzeć także poprzez pryzmat powyższego filmu dokumentalnego, który został stworzony w 2012 roku. Jak prezentowały się Tykocin, Sejny, Orla, Krynki i Białystok dekadę temu? Film jest kontynuacją cyklu rozpoczętego w 2009 roku dokumentującego architekturę Podlasia. Do tej pory powstały 3 filmy dokumentalne o architekturze drewnianej. Autorem jest bardzo znany i uznany twórca z regionu – Ireneusz Prokopiuk.

W pierwszej części powyższego dokumentu dowiemy się do tykocińskiej synagodze. Z zewnątrz jest jeszcze malowana po staremu. Obecnie jest już w oryginalnych lub zbliżonych do oryginalnych kolorów. W kolejnych minutach filmu poznamy synagogę w Sejnach, a następnie w Orli. Ta ostatnia jest niestety ruiną. Tylko fachowiec dostrzeże tam pewne detale. Swoimi profesjonalnymi spostrzeżeniami z widzami podzieliła się Eleonora Bergman z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie.

Ostatnim obiektem, który zobaczymy w filmie Ireneusza Prokopiuka jest synagoga w Krynkach. Tu warto zwrócić uwagę, że budynek jest wyjątkowy ze względu na swoje zdobienia, które sugerują, że na budowę obiektu mogli mieć wpływ przedstawicieli innych religii. Na wielokulturowym Podlasiu jest to całkiem prawdopodobne. Na koniec dokumentu dowiemy się ogólnie o budownictwie żydowskim. Dzięki czemu możemy zobaczyć też obrazy z Białegostoku, gdzie nie brakuje pozostałości po żydowskiej architekturze. Jest to prawdziwa baza wiedzy oraz wyjątkowa pocztówka z przeszłości.

Featured Video Play Icon

Podlasie na weekend – Puszcza Knyszyńska i Supraśl

Puszcza Knyszyńska w Polsce nie jest tak znana jak Puszcza Białowieska, nie mniej jednak jest równie atrakcyjna. Supraśl, Kopna Góra, Poczopek, Krynki, Kołodno, Wyżary, Kruszyniany – te wszystkie miejscowości położone są nad tym kompleksem leśnym. W weekend można zrobić trasę objazdową. W przerwie między jazdą samochodem można sporo pospacerować. Poczynając od Supraśla, gdzie możemy zwiedzać zabytki, spacerować bulwarami i leśnymi ścieżkami. W pobliskiej Kopnej Górze i Poczopku znajdują się kolejne miejsca do spacerów – Arboretum i Silvarium.

Krynki natomiast to miasteczko, gdzie możemy zobaczyć na własne oczy wielkie rondo, z którego odchodzi mnóstwo ulic. Inną atrakcją przygranicznego miasteczka jest spory cmentarz żydowski. Ponadto zimą w okolicach napotkać możemy stado żubrów. Niedaleko znajdują się tatarskie Kruszyniany, gdzie możemy podziwiać drewniany meczet, mizar (cmentarz). Jest także możliwość skosztowania kuchni od polskich Tatarów.

Kołodno to natomiast miejsce, z którego możemy podziwiać Puszczę Knyszyńską z góry. To tam znajduje się jedna z niewielu na płaskim Podlasiu góra Św. Anny. Można tam wejść na wieżę widokową. Wyżary to natomiast miejsce, gdzie znajduje się okazały zbiornik wodny, wiata do grillowania z miejscem do ogniska. Niedaleko znajduje się bagno Śianożątka z bardzo długą kładką, dzięki której dostaniemy się na ich środek.

Bez wątpienia weekend to dobry czas, by odwiedzić te wszystkie miejscówki. Szczególnie, że wszystkie są otoczone Puszczą Knyszyńską, toteż możemy się nastawić na wiele kilometrów spacerów w czystym i świeżym, leśnym powietrzu.

Featured Video Play Icon

Leśnicy ujawniają sekrety grzybiarzy. Jak i gdzie zbierać, by mieć pełny kosz?

Wiedza o tym, gdzie zbierać grzyby, jest czymś w rodzaju wielkiej tajemnicy. Określone grono grzybiarzy ma swoje „miejscówki” i za nic w świecie nie chce się nimi dzielić. Mimo, że leśne przysmaki występują na Podlasiu bardzo powszechnie i praktycznie nie ma limitów w ich zbieraniu (tak jak w innych krajach).

Leśnicy Nadleśnictwa Żednia postanowili ujawnić sekrety grzybiarzy i w powyższym filmie podzielili się z widzami tym, gdzie trzeba zbierać leśne smakołyki, jak to poprawnie robić, a także od czego zależy miejsce rośnięcia danego grzyba.

Błędem początkującego zbieracza jest to, że wchodzi do lasu i… szuka grzybów. W ten sposób prawdopodobnie skończy z pustym koszykiem lub będzie miał zbiorów tyle co kot napłakał. Istotą zbierania darów lasu jest znajomość drzew. Gdy będziemy je rozpoznawać, to wtedy pod danymi gatunkami będziemy mogli znaleźć, to czego tak pragniemy. Jak tłumaczy się nam w filmie – niektóre grzyby lubią niektóre drzewa. I znajomość tych zależności jest kluczem do sukcesu.

Featured Video Play Icon

Pod tym kątem Podlaskie jest unikalne. Stare, drewniane chatki ciągle istnieją.

Każdy, kto jeździ trochę po kraju doskonale sobie zdaje sprawę, że stare, drewniane chaty – i to jeszcze zamieszkałe – ciągle mają się dobrze w Podlaskiem. W pozostałych regionach być może natrafimy na pojedyncze sztuki, natomiast u nas drewniane potrafią być jeszcze niemalże całe wioski. To jeszcze i tak nic, bo gdyby nie szkodliwa działalność deweloperów, to i centrum Białegostoku mogłoby poszczycić się czymś, czego nie mają inne miasta.

Może się wydawać, że wszystko powinno być już nowoczesne. Spójrzcie jednak na dowolne zdjęcie Nowego Jorku. Totalnie zabetonowane, gigantyczne miasto z jednym dużym zielonym parkiem. A teraz zobaczcie na to jaki był Białystok dawniej. Zazielenione, przepełnione drzewami miasto, w którym budowano z cegły. To wszystko zaczęło w ostatnich latach bezpowrotnie mijać na rzecz wszędobylskiego betonu, przez który każdego lata mieszkańcy się smażą. „Nowoczesnym” to nie przeszkadza, bo w mieszkaniach, biurach i samochodach mają klimatyzację. Tymczasem dawni mieszkańcy mieli ją wszędzie – także na zewnątrz – bo natura samodzielnie, skutecznie obniżała temperaturę. Tymczasem jeszcze trochę konfliktów na świecie i znów być może wrócimy do czasów bez wszystkiego na prąd. Wtedy nie będzie w miastach ani klimatyzacji w domu, ani w biurze, ani w samochodzie. Drzew i zieleni też nie. Wtedy na takiej podlaskiej wsi, w drewnianym domu życie będzie toczyło się tak jak dotychczas. Natomiast w miastach życia nie będzie.

Dlatego tak popularnym miejscem w naszym regionie jest chociażby Kraina Otwartych Okiennic. Dlatego też całe wycieczki jeżdżą po maleńkich podlaskich wioskach, by zobaczyć jak tu wspaniale funkcjonuje się z drewnem zamiast betonu. Takim Podlasiem w pigułce jest Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej pod Białymstokiem. Dawniej nazywane było Muzeum Wsi. Jak na powyższym filmie można zobaczyć jak w innych regionach żyło się dawniej, a jak niekiedy żyje się dalej u nas. Drewniane domy, wystrojone izby, piece kaflowe które wpływają na niesamowity, unikalny smak zwykłych potraw, a także przepiękne ogrody i całe otoczenie. Warto tam pojechać. Jedni poczują smak dzieciństwa, inni smak utraconego świata, a jeszcze inni być może zobaczą coś, dzięki poczują się dobrze dlatego, że mieszkają w tych nowoczesnych miastach.

Featured Video Play Icon

Ta Rzeka od setek lat jest ważnym miejscem na Podlaskiej mapie. Dziś mamy tu mnóstwo atrakcji.

Rzeka Narew to niesamowicie interesujący ciek wodny. Zaczyna się na Białorusi, przepływa przez Podlasie i Mazowsze, wpływa do Wisły. Po drodze ma bardzo ważne znaczenie na wielu odcinkach. Na odcinku polskim znajduje się w większości, bo 448 km z 484 km znajduje się właśnie w naszym kraju.

Pierwszym miejscem, które zasilane jest Rzeką Narew jest Zalew Siemianówka. Do dziś nie wiadomo po co w PRL został wybudowany kosztem zniszczenia kilku wsi. Z punktu widzenia przyrody robi więcej szkody niż pożytku. Woda jest w nim tak brudna, że od dawna lepiej się tam nie kąpać. Jedynie ptaki mają z niego prawdziwą uciechę. Nie brakuje tam również wędkarzy. Słynnym miejscem nad Siemianówką jest również terminal kolejowy. Pociąg jedzie nasypem prowadzącym przez zalew. Niestety z tej niewątpliwej atrakcji nie mogą korzystać pasażerowie.

Kolejnym interesującym miejscem nad Narwią jest Kraina Otwartych Okiennic. Najbardziej znane to oczywiście Soce, Puchły i Trześcianka, warto jednak podkreślić, że atrakcyjne przyrodniczo są tereny po obu stronach rzeki, która meandruje pomiędzy miejscowościami Narew, Ancuty, Kaczały, Puchły, Ciełuszki, Kaniuki. Każda z tych miejscowości bez wątpienia jest silnie związana z prawosławiem. Po drodze napotkamy malownicze, piękne drewniane cerkwie.

Kolejna część trasy rzeki jest już bardziej związana z katolicyzmem. A to dlatego, że dawniej przez wspominane tereny przebiegała granica Królestwa Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego. I tak możemy zwiedzić Strablę, Doktorce, Zawyki i jedno z najmniejszych miast w Polsce – Suraż. Warto dodać, że to naprawdę niesamowita, malownicza trasa kajakarska. Sam Suraż natomiast jest punktem, w którym zaczyna się Narwiański Park Narodowy.

To ojczyzna wielu ptaków i innych gatunków żyjących na dzikich rozlewiskach. Najbardziej charakterystyczne miejscowości to Waniewo, Śliwno, Kruszewo i Kurowo. Pierwsza i ostatnia znajduje się po zachodniej stronie rzeki, druga i trzecia po wschodniej. Waniewo i Śliwno połączone były do niedawna drewnianą kładką. Niestety wójt Waniewa od lat nie remontuje zdezelowanej konstrukcji, przez co można wędrować tylko po tej części od strony Śliwna.

Kruszewo to natomiast stolica ogórka. To tutaj mieszkańcy znają najlepsze receptury na ukiszenie i ukwaszenie go. Natomiast Kurowo jest siedzibą Narwiańskiego Parku Narodowego. Tutaj oprócz kolejnej kładki możemy też skorzystać z pychówek. Pomiędzy Kruszewem i Kurowem znajduje się także zerwany most. Wiąże się to z przesądem okolicznych mieszkańców. Po budowie mostu wybuchła I wojna światowa, a następnie konstrukcja została zniszczona. Po zakończeniu konfliktu odbudowano most i mieliśmy zaraz II wojnę światową. Znów konstrukcja uległa zniszczeniu. Tym razem by nie kusić losu, most pozostał zerwany do dziś.

Następnym miejscem jest Tykocin. Przepiękne miasto stanowiło kiedyś ważny punkt z perspektywy rzeki. To tam spływały towary z Suraża, a następnie płynęły do Warszawy. Jeszcze w XIX wieku był to ważny szlak towarowy.

Kolejnym interesującym miejscem jest ujście Rzeki Biebrzy do Narwi w miejscowości pomiędzy miejscowościami Ruś a miejscowością Sambory. Tuż obok znajdują się Wylewy Narwi i przepiękne miasto Wizna, gdzie dawniej znajdował się kolejny po Tykocinie port rzeczny. W pobliżu jest także unikalne miejsce zwane Osadą Wydmową. Można poczuć się jak nad morzem. Po drodze jest jeszcze ciekawa atrakcja, czyli drewniany most w Bronowie. W ostatnim czasie na nim nagrywano słynny film „Wołyń”.

Dalej mamy kolejne ważne miejsce, przez które przepływa rzeka, czyli Łomżyński Park Krajobrazowy Doliny Narwi. To malownicze, przyrodnicze, dzikie tereny pod Łomżą. Ostatnim punktem w Podlaskiem jest Nowogród, gdzie nad rzeką znajduje się Skansen Kurpiowski. Fantastyczne miejsce do zwiedzania.

Jak widać – Podlaskie bardzo dobrze zagospodarowało Rzekę Narew – wydzielając tu mnóstwo miejsc przyrodniczych i atrakcji turystycznych, a dawniej wykorzystując ciek do handlu. Miejmy nadzieję, że mimo coraz większych trudności Narew nie zniknie z mapy i dalej będzie służyć ludziom przez kolejne setki lat.

Dobra wiadomość. Można legalnie nocować w lesie pod Supraślem!

Od jakiegoś czasu istnieje taki program Lasów Państwowych, dzięki któremu bez narażania się na mandat możemy przenocować w lesie. Jest to odpowiedź na prężnie rozwijającą się grupę ludzi uprawiającą w Polsce „bushcraft” czyli trenowanie umiejętności związanych z przetrwaniem i życiem w dziczy przy użyciu jej naturalnych zasobów. Początkowo pilotaż dopuszczał jedną lokalizację niedaleko Białegostoku. Nie była ona jednak zbyt atrakcyjna. Teraz zmienia się wszystko na lepsze i możemy nocować przy samym Supraślu!

Po ponad rocznym okresie trwania pilotażu, został on przekształcony w szerszy program pn. „Zanocuj w lesie”. Wyznaczona przez Nadleśnictwo Supraśl strefa, to obszar ponad 1500 ha przeznaczony nie tylko dla miłośników bushcraftu i surwiwalu, ale także tych osób, które chcą przeżyć przygodę i zanocować w lesie „na dziko” bez specjalnej infrastruktury i bez obaw o naruszenie Ustawy o lasach.

Przed wyruszeniem w drogę należy pamiętać o kilku ważnych aspektach. Las to miejsce wspólne dla wielu obszarów działania państwa. Jednym z nich jest wycinka i prowadzenie gospodarki leśnej, natomiast swoje terminy mają też myśliwi. Zatem najpierw musimy sprawdzić czy w miejscu, gdzie planujemy spać nie ma wprowadzonego zakazu wstępu oraz nie jest planowany tam odstrzał. Miejsca do palenia ognisk są konkretnie wyznaczone. Drewno trzeba zdobyć osobiście samemu. Nie wolno jednak niszczyć drzew, krzewów i runa leśnego! W jednym miejscu może nocować maksymalnie dziewięć osób, przez nie dłużej niż dwie noce z rzędu. Jeżeli ma być więcej osób i więcej nocy potrzebna jest zgoda nadleśniczego danego obszaru.

Najważniejsze jednak pamiętać, by absolutnie nie zostawiać po sobie żadnych śmieci i resztek jedzenia. Wracając wyrzućmy wszystko do worka, a ten zabierzmy ze sobą.

fot. Facebook R. Rudnickiego, zastępcy prezydenta Białegostoku

Awantura o kibel. Białystok ciągle się z czymś kojarzy.

Kiedy myślimy o Gdańsku, to pierwsze skojarzenia jakie przychodzi na myśl, to słynny żuraw, Morze Bałtyckie, wolność. Kraków? Wiadomo gród królewski, Wawel, Sukiennice czy smok. Poznań? To oczywiście Koziołki, a Wrocław to Ostrów. Tymczasem w Białymstoku?

Dawniej śledziki i disco polo – co było sympatyczne. A ostanie lata? Kononowicz, logo podobne do nowojorskiej organizacji LGBT, naziści, a ostatnio kibel za prawie pół miliona. Chociaż inwestycja jest ważna i jej cena jest jak najbardziej normalna, to po raz kolejny w „świat” idzie jakiś żenujący przekaz z Białegostoku. Mimo, że Truskolaski od 2006 roku dzielnie trzyma się stołka, to do tej pory nie zapanował nad tym wszystkim. Mało tego – jest ostatnio gwiazdą w telewizyjnej stacji, która regularnie pluje na Białystok i szarga miasta dobre imię, utwierdzając widzów, że Białystok to faszystowskie miasto. Zupełnie prezydentowi nie przeszkadza tam występować.

Teraz znowu wyszło komicznie. W Białymstoku zbudowano publiczną toaletę za prawie pół miliona złotych przez co jesteśmy obiektem żartów w Polsce. Tymczasem to miasto powinno przejść z obrony do ataku i wyśmiewać wyśmiewających. Niestety Truskolaski z kiblem kojarzyć się nie chce, więc trudno go gdziekolwiek zobaczyć w kontekście tej inwestycji. A miałby okazję zamknąć usta chociażby we wczorajszych Faktach.

Cena ponad 400 tys. zł wydaje się ogromna, ale gdy podda się głębszej analizie inwestycję to wyjdzie, że jest ona zwyczajna. Zacznijmy od tego, że samo podłączenie mediów kosztowało 120 000 zł. Zatem sam koszt toalety to około 280 000 zł. Jak za mieszkanie? Co musi być w środku, że tyle to kosztowało. Odpowiedź jest bardzo prosta.

Gdyby wnętrze budynku zbudować tak jak w mieszkaniu – czyli sedes, kafelki, umywalka, lustro itd. to koszt byłby oczywiście niższy, natomiast szalet taki przetrwałby może miesiąc lub dwa. Nawet sobie nie wyobrażacie, ilu idiotów dziennie mijacie przechodząc ulicą. Jest prawie pewne, że wielu z nich wchodząc do takiej toalety dostałoby małpiego rozumu i zaczęłoby ją niszczyć. O bezsensownych aktach wandalizmu w Polsce można napisać książkę z mnóstwem przykładów. Dlatego, gdy decydujemy się na publiczną inwestycję w toaletę, to musi być ona praktycznie niezniszczalna. Tak żeby idiota, który w niej dostanie małpiego rozumu co najwyżej uszkodził siebie podczas próby rozwalenia czegoś.

Druga kwestia to sprzątanie. W swojej łazience nie jest to trudne, ale zapytajcie pracowników galerii handlowych i stacji benzynowych jak się sprząta publiczne toalety. Jeżeli byliście w takich przybytkach to prawdopodobnie wiecie sami, że ludzie niekoniecznie defekują do muszli klozetowej, tak samo niekoniecznie oddają tam mocz. Dlatego też sufit, ściany i podłoga w takim miejscu powinno być zbudowane z materiału, który błyskawicznie się czyści.

Jedyne, do czego można się przyczepić to wygląd zewnętrzny. Otóż w otoczeniu Pałacu Branickich taki budynek zupełnie nie pasuje. Powinien komponować się z całym zabytkowym otoczeniem.

Inwestycja potrzebna bez wątpienia. Niestety Białystok znów cierpi, bo prezydent przez 16 lat swego urzędowania nie potrafił zatrudnić żadnego speca, który by odmienił marketingowe oblicze miasta. Pierwsza próba zakończyła się skandalem. Okazało się, że nowe logo miasta bardzo przypomina logo gejowskiej organizacji z Nowego Jorku. Po miesiącach stawania na uszach i przekonywania, że to wcale nie jest plagiat, ostatecznie zmodyfikowano logo obcinając jego połowę.

Kolejna afera jaka miała miejsce w Białymstoku wystąpiła przez rasistowską napaść. Małżeństwu Polski z Hindusem podpalono drzwi w bloku. Akt godny potępienia. To co się stało jednak później to już zupełna bierność Truskolaskiego. Najpierw politycy, potem media urządziły sobie wielką kampanię przeciwko Białemustokowi, kreując nasze miasto jako gród składających się z samych nazistów. Co z tym zrobiło miasto? Nic. Doszło do takich absurdalności, że nawet nakręcono serial, gdzie tłem akcji był rasistowski Białystok. Mało tego, ostatnio premierę miał film Kryptonim Polska, gdzie znów rasistowski Białystok jest tłem. I co? I nic. Międzyczasie przez miasto przeszła radykalna, prawicowa organizacja NOP, a jeszcze wcześniej doszło do bijatyki na marszu środowisk LGBT. Równorzędnie z aferą o kibel – Polska przypomniała sobie o Krzysztofie Kononowiczu. Niedoszły prezydent miasta od lat aktywnie uczestniczy w tak zwanych „patrostreamach”. Teraz był gościem popularnej „Sprawy dla reportera”.

Oczywiście Tadeusz Truskolaski nic z tymi wspomnianymi sprawami nie może zrobić. Nie będzie pilnować ludziom drzwi, nie zabroni kręcić filmów i seriali, nie zabroni maszerować prawicy i lewicy, ani nie odetnie Kononowiczowi internetu. Natomiast gdyby Truskolaski chciał, to zatrudniłby specjalistów, którzy jednocześnie zalewaliby sieć i telewizję pozytywnym przekazem o Białymstoku – żeby równoważyć cały ten ściek. Niestety, prezydent jest zbyt zajęty uprawianiem polityki krajowej, a miasto chyba ma już gdzieś.

Podlaskich bocianów jest coraz mniej. Mogą zupełnie zniknąć!

Być może dla niektórych będzie to pewien szok, ale nie w całej Polsce można latem obserwować bociany. Pod tym względem województwo podlaskie jest jednym z niewielu miejsc, gdzie jest ich bardzo dużo. Niestety w ostatnich latach populacja tego ptaka zmniejszyła się o 20 proc.! Niestety to nie koniec złych wieści, za kolejne 20-30 lat może ich w Podlaskiem w ogóle nie być.

Jednym z najpopularniejszych tekstów na naszym portalu jest ten o bocianach, gdzie gruntownie tłumaczymy, dlaczego te piękne ptaki wylatują do ciepłych krajów i po co wracają. Szczegółowo przeczytacie poniżej, zaś w skrócie napiszemy tak: bociany wylatują do dalekich krajów Afryki za jedzeniem. Gdy u nas mróz skuje wszystko wokół, to w Dorzeczu Kongo bociany mogą wybierać i przebierać w pożywieniu. Ptaki wracają zaś, bo w czasie naszej wiosny i lata, w Afryce rozpoczyna się pora sucha, co utrudnia zdobycie pożywienia. Zaś u nas w tym czasie jak w stołówce. W menu każdego ptaka są pasikoniki, dżdżownice, ślimaki, gryzonie, małe ryby, żaby, węże, krety, łasicie, gronostaje, a nawet pisklęta ptaków i młode zające!

Problem w tym, że zmiany klimatu powodują, że w polskich rzekach ubywa wody. Nasz region niestety nie jest wyjątkowy pod tym względem. Puste cieki nie zabiją od razu ludzi, bo korzystamy ze źródeł głębinowych, natomiast ptaki odczują braki jako pierwsze. W efekcie nie będą wracać po zimie do Podlaskiego tylko tam, gdzie będzie dobry dostęp do wody i optymalne warunki do rozmnażania. Obecnie królestwem bociana są Doliny Biebrzy, Narwi i Bugu. To właśnie tam zaobserwowano 20 procentowy spadek populacji ptaka. W zachodnich rejonach kraju jest jeszcze gorzej, bo populacja miejscami zmniejszyła się o połowę! W kraju żyje łącznie około 43-45 tys. par lęgowych. Około jedna czwarta z nich mieszka w naszym regionie.

Featured Video Play Icon

Tak wyglądał Białystok w 1991 roku. Najbardziej zaskakuje mapa w centrum.

Białystok świeżo po transformacji ustrojowej nie wyglądał wcale jakby PRL się już skończył. Nie ma na filmie dokładnej daty, ale po przyrodzie widać, że jest to lato. Film zaczyna się od pokazania Pomnika Bohaterów Ziemi Białostockiej przy Centralu. Następnie widzimy hotel Turkus w jeszcze starych kolorach, chociaż tych na filmie ogólnie mamy znaczny deficyt. Technika w 1991 roku nie była jeszcze na tyle dostępna, by nagrywać w bardzo dobrej jakości. Kamery zapisywały na kasetach z taśmą. Wielokrotne odtworzenie taśmy pogarszało jakość.

Warto też zwrócić uwagę na dworzec kolejowy. Widać, że jest niekompletny. W 1989 roku PKP rozpoczęły prace modernizacyjne dworca, które potrwały 14 lat! Odnowiony budynek dworca został oficjalnie otwarty dopiero 28 listopada 2003. Obecnie dworzec jest po kolejnej już modernizacji, a po tej z 2003 nie ma śladu. Chociaż tamten był uznany w 2008 roku za najpiękniejszy w Polsce, to obecny też nie ma czego się wstydzić, bo nawiązuje swoim wyglądem do oryginalnego wystroju z 1861 roku.

W kolejnych ujęciach mamy znane z centrum miasta budynki. Jednak najbardziej zaskakuje pewna mapa stojąca przy ul. Liniarskiego, obok ówczesnego Placu Uniwersyteckiego (dziś to Plac NZS). Na tej mapie zaznaczone są szlaki turystyczne województwa białostockiego, czyli terytorium zupełnie innego niż obecne Podlaskie. To co w niej zaskakuje to fakt, że w ogóle stoi. 2 lata po transformacji ustrojowej to bynajmniej nie był czas, gdy ludzie myśleli o turystyce.

Piękne polichromie zostały odnowione. Warto je zobaczyć na żywo.
fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

Piękne polichromie zostały odnowione. Warto je zobaczyć na żywo.

Cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Fastach to zabytek, który powstał w 1875 roku. Mimo, że świątynia jest piękna, to nie jest zbyt szeroko znana. A szkoda, bo pod względem architektonicznym to prawdziwa perełka. Teraz jest świeżo po odnowieniu polichromii. Jest co podziwiać.

Przedmiotowa cerkiew powstała z fundacji Aleksandra Chodkiewicza po nadaniu monasterowi w Supraślu w 1501 r. włości choroskiej i części dóbr białostockich. Drewnianą cerkiew spalono w czasie powstania styczniowego. Wkrótce na cmentarzu powstała kaplica pw. Świętego Archanioła Michała, która przejęła funkcję cerkwi parafialnej. Obecnie to obiekt murowany, pięciokopułowy w stylu neobizantyjskim. Zabytkiem jest od 1979 roku. – Świątynia w Fastach stanowi niezwykle cenny przykład sztuki cerkiewnej województwa podlaskiego – tłumaczy prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz, podlaska Wojewódzka Konserwator Zabytków.

Polichromie to wielobarwne ozdoby malarskie ścian, sufitów, a także inne dekoracje wewnętrzne i zewnętrzne. Na Podlasiu spotykane są dużo częściej w cerkwiach, a ogólnie także w kościołach. Wchodząc do takiej świątyni możemy oglądać gigantyczne dzieła sztuki, które wypełniają całe przestrzenie.

fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku
fot. bialystok.pl

Czy pamiętacie Lipową sprzed „rewolucji Truskolaskiego”? Piękne i rozłożyste drzewa dawały mnóstwo cienia.

Fakt, że od 10 lat rosną Lipy na kompletnie zabetonowanej ul. Lipowej jest związany z całym systemem, który kryje się pod nawierzchnią. 97 drzew posadzono w 2011 i 2012 roku podczas przebudowy ulicy (zwężono ją do 7 metrów, wymieniono nawierzchnię i chodniki). Przy sadzeniu drzew zastosowano nowoczesny system antykompresyjny zapobiegający zagęszczaniu gruntu i zapewniający optymalne warunki do rozwoju systemu korzeniowego drzew. Zastosowano też moduły kierunkujące korzenie, zabezpieczając w ten sposób okoliczne budynki, nawierzchnie brukowe, a także infrastrukturę techniczną przed szkodliwym działaniem rozrastających się korzeni. Dzięki wybudowanemu systemowi automatycznego nawadniania, lipy w okresie wegetacyjnym są systematycznie podlewane. – czytamy w komunikacie Urzędu Miasta.

Teraz czas na prace pielęgnacyjne. W najbliższym czasie trwać będzie formowanie i prześwietlanie koron drzew. Prowadzone przez specjalistów cięcia pielęgnacyjne to pierwszy tego typu zabieg od momentu ich posadzenia. Wszystko po to, aby drzewa mogły się dalej zdrowo rozwijać. Drzewo w normalnych warunkach osiąga 15-20 metrów wysokości i 10-12 metrów szerokości. Przy ul. Lipowej taki rozrost prawdopodobnie zakłóciłby współistnienie z okolicznymi budynkami. Minusem tego rozwiązanie jest brak cienia.

Czy pamiętacie jednak Lipową sprzed 2011 roku? Wówczas drzewa były właśnie ogromne i rozłożyste. Ul. Lipowa była zupełnie innym miejscem. Kierowcy jeździli po nierównej kostce, piesi mieli węższe chodniki, ale za to lipy dawały mnóstwo cienia. Dziś to niestety dla włodarzy naszego miasta jest abstrakcją. 10 lat temu przy okazji przebudowy Rynku Kościuszki, a potem Lipowej (i innych miejsc) przyjęto zasadę, że rozbudowana roślinność kłóci się z otoczeniem. Postanowiono na masowe wybetonowanie czego się da. Wygląda schludnie prawda? Niestety 10 lat temu nikt nie przewidział, że temperatury latem będą ekstremalne, zaś beton będzie to wszystko potęgować. Warto jednak dodać, że po II wojnie światowej lipy były takie jak teraz. Dopiero przez lata się rozrosły. Wtedy jednak temperatury latem aż tak nie dokuczały.

Dlatego ważny jest kompromis. Trudno, by teraz zostawić lipy same sobie zupełnie, ale przycinanie ich by były małe też nie jest najlepszym rozwiązaniem. W latach 80. drzewa miały optymalny rozmiar – to znaczy nie były małe, ale też ich rozmiar nie dominował nad otoczeniem. Najważniejsze jednak, że skutecznie obniżały temperaturę otoczenia i dawały mnóstwo cienia. A to dziś w centrach miast powinno być na wagę złota. Dlatego też wniosek jest taki, że władza z tym przycinaniem drzew się trochę śpieszy. Powinni poczekać z tym do 2050 roku.

Jako ciekawostkę dodajmy jeszcze, że zwykle przy komunikatach Urzędu Miasta w Białymstoku jest jakiś osobisty komentarz prezydenta lub któregoś z wiceprezydentów. Tymczasem przy informacji o podcinaniu drzew jakoś żaden się nie wypowiedział.

Podlaskie się wyludnia. Z Białegostoku uciekają na przedmieścia.

Od kilku dni są już wyniki Narodowego Spisu Powszechnego. Dzięki temu wiemy o nas samych dużo więcej, bo mamy aktualne dane. A te są dla naszego województwa niepokojące. Województwo podlaskie się wyludnia, zaś z Białegostoku tłumy wyprowadzają się na przedmieścia, do sąsiednich gmin.

Zacznijmy najpierw od całego województwa. Warto zauważyć, że uważane za najbiedniejsze Podkarpacie praktycznie w ogóle nie wyludniło się. Za to lubelskie, podlaskie i warmińsko-mazurskie owszem. Czy można więc postawić hipotezę, że oprócz ekonomii, o wyprowadzce zadecydowało coś jeszcze? To są oczywiście luźne dywagacje, ale dzięki licznym podróżom w kraju możemy postawić kilka argumentów, które by świadczyły, że ludzie wcale nie wyprowadzają się z powodu „biedy”.

Pójść w ślady Bieszczad

Szczególnie, że wyludniły się miejsca, które nigdy nie były bogate i nigdy nie aspirowały do tego. Dubicze Cerkiewne, Czyże, Kleszczele, Czeremcha – to wszystko miejscowości powiatu hajnowskiego. Wszystkie zaliczyły 20 procentowe spadki liczby mieszkańców. Mało tego, tych wszystkich mieszkańców nie wciąga sama Hajnówka, która od lat też się wyludnia. A to miasto ma gigantyczny potencjał. Można tu rozwijać turystykę i przemysł drzewny. Zupełnie jak na Podkarpaciu. Ten piękny region położony jest u stóp Bieszczad. Góry te ściągają miłośników z całego kraju. Bardzo słaba gospodarka i surowy klimat tego miejsca daje się mocno we znaki tym, którzy tam mieszkają. Tam mimo takich nieprzyjaznych cech liczba mieszkańców od ostatniego badania nie spadła znacząco. Są możliwe 3 przyczyny tego stanu rzeczy.

Pierwsza z nich to rozwinięta turystyka, z której żyje mnóstwo mieszkańców. To nie jest tak, że z turystyki żyje tylko wynajmujący kwatery. To cały przedsiębiorczy organizm – ktoś udostępnia lokum, ktoś gotuje, ktoś sprząta, ktoś naprawia, ktoś zapewnia atrakcje. Jedna osoba by nie dała rady. Druga przyczyna stabilności Podkarpacia wynika z dostępności prostych prac. Nie każdy kończy studia i nie każdy tam się wybiera. Są ludzie, którzy kończą dosyć szybko edukację. Jeżeli nie mają w swoim miejscu zamieszkania i okolicy perspektyw, to nie jadą do najbliższego miasta, gdzie te perspektywy są tylko od razu za granicę. Bo żadna im różnica. W XXI wieku jesteśmy tak skomunikowani, że liczba kilometrów nie jest zbyt dużą przeszkodą. Dlatego też Podkarpacie drewnem stoi. Wyręby lasów, tartaki, budowa drewnianych domów, węgiel drzewny. Nie trzeba być magistrem, żeby takimi rzeczami się zajmować. Do tego należy dodać szeroko pojętą budowlankę, na którą zapotrzebowanie jest zawsze, a ludzie nie szczędzą grosza właśnie dlatego, żeby fachowcy nie pracowali za granicą.

est jeszcze trzecia przyczyna, dlaczego Podkarpacie się nie wyludnia. Tam ceny są bardzo niskie. To co napędza inflację w kraju to duże miasta. Im większe skupiska miejskie tym ceny wyższe, bo jest presja na zarobki. Ceny najmu, usług, atrakcji w mieście ciągle idą w górę. Co z tym idzie – ceny produktów w sklepach również. Natomiast na Podkarpaciu nie jest to aż tak odczuwalne, bo tam duże rynki kręcą się wokół Rzeszowa. Warto jednak zwrócić uwagę, że tam mieszka zaledwie 180 tys. ludzi. Dlatego Hajnówka mogłaby zastopować wyludnianie gdyby poszła w ślady bieszczadzkich gmin.

W Białymstoku pułapka

Tymczasem w Białymstoku liczba mieszkańców w lipcu 2022 wynosiła 296 401 mieszkańców. Gród nad Białą ma mocne 10. miejsce w rankingu najbardziej licznych miast w Polsce. Dawniej byliśmy na miejscu 11., ale przegoniliśmy znacznie Katowice. Nad nami jest Lublin z 337 788 mieszkańcami oraz Bydgoszcz z 341 692. Z dzisiejszej perspektywy liczby te są dla nas nieosiągalne przez głupotę włodarza. Gdyby aktywnie od początku swojego urzędowania rozwijał miasto gospodarczo i zachęcał okolicznych mieszkańców do przyłączania swoich gmin do Białegostoku, to dzisiaj moglibyśmy konkurować o 7. miejsce ze Szczecinem. Największy powiat w Polsce – białostocki to dodatkowe 150 tys. mieszkańców. Mimo, że rozległy terytorialnie, to zdecydowana większość mieszkańców mieszka w gminach sąsiadujących z Białymstokiem.

Białystok, mimo że pod względem liczby mieszkańców delikatnie urósł, to tak naprawdę stoi w miejscu. A dobitnie pokazują to najnowsze dane. Wszystkie gminy wokół Białegostoku zaliczyły ogromne wzrosty liczby mieszkańców. Życie kręci się wokół stolicy województwa, ale ludzie śpią i odprowadzają podatki gdzie indziej. Tak naprawdę liczba mieszkańców Białegostoku mogłaby diametralnie się zmniejszyć, gdyby wszyscy zameldowani tam, zgłosili do urzędów realne adresy zamieszkania.

Nie ma co się oszukiwać, w ostatnich latach Białystok bardzo wypiękniał, ale wbrew pozorom nie rozwinął się gospodarczo prawie wcale. Dajmy taki przykład. Wrocław, który według najnowszych danych stał się trzecim największym miastem w Polsce – w ostatnich latach ściągnął do siebie 100 różnych korporacji, które wygenerowały 100 000 miejsc pracy. Tymczasem, kiedy popatrzymy na Białystok to u nas przez lata stworzono specjalną strefę ekonomiczną, na której postawiono trochę hal produkcyjnych. Firmy tam inwestujące nie muszą płacić podatku przez wiele lat. Jest też kilka galerii handlowych i hipermarketów. Sporo ludzi też zatrudniają dyskonty spożywcze. Reszta to drobny biznes, który generuje stałe dochody, ale nie ma warunków by się rozrastać. Dodajmy teraz do tego niskie zarobki, ogromne ceny usług. Wyjście na Rynek Kościuszki w Białymstoku w 2022 roku skutecznie może wydrenować kieszenie. Tymczasem na takim Śląsku w ogródkach można miło spędzić czas nie wydając fortuny.

I to jest największy problem Białegostoku. Światowe firmy do nas nie zaglądają, nie generują miejsc pracy, przez co ludzie zarabiają mało, a muszą wydawać dużo. Do tego rynek najmu stawia także bardzo wysokie ceny. To wszystko napędza wyłącznie inflację, bo firmy nie wypracowują takich zysków, by zaspakajać w pełni żądania pracowników. W ogólnym rozrachunku jako Białystok jesteśmy w pewnej pułapce. Nadal jesteśmy małym miastem, które mimo dużej liczby mieszkańców nie może porównywać się do Krakowa, Wrocławia, Warszawy czy Poznania, bo gospodarczo nie rozwinęliśmy się na wyższy poziom niż mniejsze od nas Rzeszów (198 tys.), Radom (208 tys.), Częstochowa (215 tys.).

Sami wiecie kto do tego doprowadził. Wydawać kasę z Unii Europejskiej jest łatwo. Wypiękniało nam miasto, ale gdyby tą samą kasę zainwestować w rozwój gospodarczy to mielibyśmy i piękne miasto, dużo więcej mieszkańców i adekwatne zarobki do obowiązujących cen. Tymczasem mamy gigantyczne długi i zero perspektyw na lepsze życie.

Featured Video Play Icon

Będzie nowa atrakcja turystyczna w Supraślu. Widok na rzekę i dzikie zwierzęta.

Być może nie wszyscy wiedzą, ale w Supraślu istnieje coś takiego jak Szlak Bioróżnorodności. Teraz jest aktywnie rozwijany. Właśnie budowana jest wieża widokowa na zakolu rzeki, niedaleko mostu. Ponad 8 metrowa konstrukcja będzie miała kilka różnych poziomów, w tym także podjazd dla osób na wózkach inwalidzkich. Wokół wieży widokowej powstaną również drewniane wiaty oraz inne elementy małej architektury.

Z wieży będzie można podpatrywać dzikie zwierzęta. Podczas rykowiska wypatrzymy jelenie. Ponadto w tamtej okolicy zaobserwujemy bażanty, sarny czy dziki. W pobliżu jest też żerowisko orlika krzykliwego. Dlatego też warto zaopatrzyć się w jakąś lornetkę, a jak fotografujemy to w długi obiektyw. Dodamy od siebie jeszcze, że oglądanie dzikich zwierząt wymaga silnego charakteru. Największa szansa na to, że coś zobaczymy będzie wtedy, gdy jest już jasno, ale jeszcze przed wschodem słońca. To właśnie czas, gdy zwierzęta wychodzą z ukrycia w poszukiwaniu pożywienia.

Oczywiście o innej porze napotkamy ptaki. Na bażanta czy orlika trafimy także w środku dnia. Jedno jest pewne, gdy wieża już powstanie będzie kolejnym punktem na mapie Supraśla, który warto odwiedzić.

Featured Video Play Icon

Jak nauczyć się zbierać grzyby? Wybrać dobry las na początek.

Internet zalewany jest od lat zapytaniami „gdzie zbierać grzyby”. Wynika to z faktu, że osoby, które dopiero chcą zacząć przygodę z tymi leśnymi przysmakami nie mają jeszcze swoich „miejscówek”. Warto dodać, że nie wolno się zniechęcać na początek. Nawet, gdy dobrze już wytypujemy las, to może ogarnąć nas frustracja, bo niestety u nas tradycja jest taka, że grzybiarze nie zbierają po prostu koszyka, ale czyszczą lasy z grzybów jak szaleni. Swoje też robi fakt, że istnieją skupy grzybów, które nieco napędzają gospodarkę zbieracką.

Ale zostawmy już te niuanse. Podlaskie na szczęście ma 3 okazałe puszcze i mnóstwo mniejszych lasów. Miejscówek u nas tyle, że jest w czym przebierać. Wystarczy tylko bardzo wcześnie wstać, bo niestety „czyściciele” grasują od bladego świtu. Zatem jeżeli nie chcemy oglądać resztek, to musimy do tego swoistego wyścigu dołączyć. Pamiętajcie, żeby nie zabierać ze sobą żadnych plastikowych reklamówek. Najlepszy będzie kosz wiklinowy. Grzyb uduszony w torbie to grzyb bezużyteczny. Pamiętajcie też o nożyku. Wyrywanie grzyba z korzeniami to głupota. Trzeba odcinać.

Co radzi ekspert z filmu? Po pierwsze przemieszczać się z lasu do lasu, dużo chodzić po rozmaitych lasach z młodnikami, zwłaszcza świerkowymi, po lasach mieszanych z świerkami – jeśli myślimy o prawdziwkach i podgrzybkach – można tez zahaczyć o rydza. – zachęca autor filmu. Kiedyś jak pytałem dziadka, gdzie rosną grzyby, odpowiadał – pod choiną.

Na koniec ważna uwaga. Kiedy uda się Wam już coś nazbierać, to poproście kogoś doświadczonego o sprawdzenie każdego grzyba po kolei. Zjedzenie trujących „owoców leśnych” może się skończyć bardzo ciężkimi powikłaniami, od uszkodzenia wątroby po śmierć włącznie.

Featured Video Play Icon

Przepiękne wnętrza monasteru. Supraska świątynia zachwyca w każdym calu.

To bardzo rozpoznawalne miejsce, które odwiedza mnóstwo osób za sprawą Muzeum Ikon. Mowa o supraskim monasterze. Warto jednak dodać, że sama świątynia także zachwyca. Powyższy film pokazuje niesamowite jej wnętrza. Tylko popatrzcie na te wszystkie cuda!

Przypomnijmy, że początkowo prawosławni mnisi mieli swoje miejsce w Gródku. Tam jednak życie tętniło na tyle, że gwar przeszkadzał im w codziennym skupieniu. Wówczas położyli na rzece Supraśl drewniany krzyż. Postanowili, że wybudują nowy zakon tam, gdzie wskaże go rzeka. I krzyż ten płynął z prądem aż dotarł do wzgórza na zakolu rzeki. Tam też powstał dzisiejszy monaster. Późniejsze historyczne wydarzenia sprawiły, że świątynia z zakonem była zniszczona. Ocalały freski. Później był czas odbudowy kompleksu.

Dziś to już zupełnie inne miejsce, oprócz zakonu czy prawosławnej świątyni to także Muzeum Ikon. Jest to miejsce nowoczesne, gdzie spotkamy się ze sztuką przez duże „S”. Dzieła, które możemy podziwiać to ikony tematyczne czy pochodzące z różnych regionów. Osobno należy traktować natomiast świątynię, gdzie wystrój jest również przepiękny. Freski, które możemy podziwiać zostały odtworzone po II wojnie światowej. Monaster był wtedy ruiną. Dziś jest miejscem, które warto odwiedzić, bo zachwyca w każdym calu.

Niezwykłe znalezisko na dziedzińcu Pałacu Branickich. Było płytko pod ziemią.

Fragmenty naczyń z XVI wieku, moneta z XVII wieku – to najnowsze znaleziska archeologiczne, które ujawniono na terenie dziedzińca Pałacu Branickich w Białymstoku. To pierwsze badania prowadzone z tej strony Pałacu. Wcześniej kopano w ogrodzie. Zaczęło się od badań georadarem, który w obecnym miejscu prac archeologicznych pokazał pewne anomalia. Po nitce do kłębka dokopano się do artefaktów z przeszłości. Co ciekawe nie trzeba było zbyt głęboko zanurzać łopat. Na przedmioty natrafiono po zdjęciu pierwszych warstw ziemi.

Warto przypomnieć, że wcześniej badania prowadzono w ogrodach. Podczas prac wydobyto sześć oryginalnych, zdobionych elementów kamiennych balustrad i zwieńczenia pilastra na fasadzie pałacu z XVIII wieku, wykonanych z piaskowca. Jako ciekawostkę należy dodać, że odkryto wówczas także ślady użytkowania jeszcze sprzed powstania ogrodu, datowane na XVI i XVII wiek. Archeolodzy znaleźli trzy jamy, fragmenty ceramiki oraz ułamek kafla z przełomu XVI i XVII wieku z herbem „Ogończyk”. Należał do pierwszego budowniczego zamku obronnego, który znajdował się w tym samym miejscu przed zbudowaniem Pałacu przez Branickich.

Jesteśmy przekonani, że to nie koniec znalezisk. Szczególnie jeżeli przejdzie plan władz uczelni, by pod dziedzińcem wybudować aulę. Wtedy skarbów z przeszłości może znaleźć się dużo więcej. Do tego jeszcze jednak długa i niepewna droga.

Wieża widokowa na dawnym wysypisku? Ta „atrakcja” to wielka porażka.

Od roku powinniśmy móc korzystać z wieży widokowej w Uhowie. Tymczasem nadal pozostaje zamknięta i nie wiadomo nawet czy zostanie kiedykolwiek otwarta. Burmistrz cały czas utrzymuje (ostatni raz 7 września 2022), że teren wokół wieży wymaga zagospodarowania, zaś wykonawca zwleka. Co innego jednak można dowiedzieć się od fachowców i osób z bliskiego sąsiedztwa 40-metrowej konstrukcji.

Otóż jak podawaliśmy – wieża została zbudowana najprawdopodobniej niezgodnie z przepisami bo stoi zbyt blisko linii wysokiego napięcia. Gdy pytaliśmy o to burmistrza Łap – Krzysztofa Gołaszewskiego – ten stanowczo zaprzeczał. Zapytaliśmy też nieoficjalnie kilku specjalistów od inwestycji budowlanych o tą konstrukcję. Nasi rozmówcy jednoznacznie stwierdzili, że wieża stoi zbyt blisko.

To jednak nie koniec problemów. Inwestycja może być trefna z jeszcze jednego powodu. Okazuje się, że być może zbudowano ją na dawnym wysypisku śmieci! Z relacji jednego z okolicznych mieszkańców wynika, że ostatnio na miejscu ujawniono zakopane odpady. Póki co nie udało nam się potwierdzić tej informacji, ale gdyby okazała się prawdziwa, to jedno jest pewne – byłaby to ogromna porażka burmistrza.

Szczególnie, że widoki z wieży nie powalają. Mimo wielu atrakcyjnych terenów Narwiańskiego Parku Narodowego, konstrukcja stoi w takim miejscu, że nic ciekawego nie widać. Pole, las i okoliczne zabudowania.

Featured Video Play Icon

Tak się jeździ zabytkowym jelczem. Autobusy były na ulicach miasta jeszcze 2 dekady temu.

Przez całe lato można było jeździć zabytkowym jelczem przez Białystok. Komu się nie udało załapać, to zapewne będzie mógł spróbować za rok. Zanim to nastąpi, może obejrzeć powyższy film, by zobaczyć jak jeżdżono po mieście jeszcze 2 dekady temu. Bo chociaż autobusy są dużo starsze, to na ulicach Białegostoku nie zniknęły razem z komuną. Pierwsze lata po transformacji były na tyle ciężkie, że wszystkie usługi publiczne się zwijały. W Białymstoku natomiast wybuchł wielki protest kierowców autobusów. Było to w 1991 roku.

Jelcze i ikarusy w Białymstoku zostały‬ wypierane powoli na rzecz lotniskowych mercedesów, białoruskch mazów i niemieckich manów. To głównie za sprawą tych ostatnich nasze miasto dowiedziało się co to jest autobus niskopodłogowy, do którego można wsiąść z dużą łatwością. Zamiast wdrapywać się po schodach, wystarczyło po prostu przejść przez drzwi.

W kolejnych latach pojawiła się kasa ze środków unijnych i zaczęła się cykliczna wymiana dróg i autobusów w mieście. Dlatego teraz jelczem możemy jeździć już tylko z sentymentu. Organizatorem wycieczek jest Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej w Białymstoku.