Home / Posts Tagged "Białystok"


W zasadzie każda okazja jest dobra by sadzić drzewa, tym razem można to zrobić z okazji 100-lecia niepodległości. Sadzonki będzie rozdawać Miasto Białystok. Za każdym razem, gdy organizowana jest podobna akcja, to chętnych na drzewka nie brakuje. Tym razem będzie zapewne podobnie, stąd też miasto rozda aż 3000 sadzonek, w trzech terminach i dwóch miejscach.

 

29 września: skwer przy ul. Augustowskiej oraz Park Lubomirskich,
6 października: teren rekreacyjny na osiedlu Jaroszówka (ul. Wiślana/Niemeńska) oraz Szkoła Podstawowa nr 51 przy ul. J.K. Kluka 11A,
13 października: skwer przy ul. Pułkowej oraz Szkoła Podstawowa nr 14 przy ul. K. Pułaskiego 25.

 

Za każdym razem w godz. 10 – 14 jednak znając życie to lepiej przyjść rano. Drzewka gotowe do sadzenia będą rozdawane za darmo. Do wyboru będą lipy drobnolistne, brzozy brodawkowate, klony zwyczajne, modrzewie europejskie, świerki pospolite. – Chcemy zachęcić białostoczan do sadzenia drzew na swoich działkach w roku, kiedy obchodzimy stulecie niepodległości Polski – powiedział prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski. – Jest wiele takich osób, które mają na swoich posesjach sporo miejsca. Wspólnie zadbajmy o to, żeby jeszcze bardziej zazielenić nasze miasto, bo przecież kiedy te drzewa urosną, będą służyły nam wszystkim.

 

Sadzonki, rozdawane w ramach akcji „Posadź drzewko na swojej działce”, będą miały wysokość od 80 cm do ok. 2 m, w zależności od gatunku. Na każdej będzie wstążka biało-czerwona z plakietką rocznicową dotyczącą stulecia odzyskania niepodległości.

Jak ostatnio pisaliśmy prace budowlane na Krywlanach już się zakończyły. Teraz kilka miesięcy potrwa proces certyfikacji lotniska. W tym czasie dokładnie zostanie sprawdzone czy są przeszkody lotnicze (np drzewa czy słupy) w pobliżu lotniska i dopiero ich usunięcie umożliwi oficjalne jego otwarcie.

Otwarcie czego?

Tutaj właśnie trwa największy spór zwolenników inwestycji z przeciwnikami. Ci drudzy twierdzą, że to tylko pas startowy, drudzy zaś że to lotnisko. Kto ma racje? Zacznijmy od terminologii. Lotnisko jest pojęciem ogólnym. Fachowo mamy do czynienia z portem lotniczym, lądowiskiem czy też lotniskiem miejskim. Zatem przeciwnicy nie mają racji mówiąc o pasie startowym – gdyż jest to tylko część infrastruktury całego obiektu. Wiosną otwarte zostanie w Białymstoku lotnisko miejskie czyli takie, które obsługuje małe samoloty pasażerskie i śmigłowce.

 

Kto będzie latać?

Lotnisko miejskie na Krywlanach będzie mogło obsłużyć samoloty, które zabierają do 50 pasażerów. Polskie firmy oferujące przewóz lotniczy dysponują takimi modelami jak ATR 42, DORNIER 328, FOKKER 50, SAAB340. Są to prywatne firmy oferujące czarter samolotów. Może z tego skorzystać na przykład Jagiellonia, która w sezonie podróżuje na Śląsk, do Małopolski czy do zachodniopomorskiego Szczecina. Od wielu lat w prasie można było przeczytać, że dla zawodników długie podróże autobusem są udręką i wpływają na ogólną formę. Innymi korzystającymi będą prawdopodobnie ośrodki szkoleniowe.

 

Warto dodać, że dzięki Krywlanom będzie można poszerzyć także ofertę kulturalną miasta. Do tej pory zagraniczne gwiazdy omijały Białystok, bo nie mogły tu wylądować, a przy organizacji wielkich koncertów to często warunek konieczny. Teraz będzie to możliwe. Wszystko oczywiście za odpowiednią cenę.

 

Kto nie będzie latać?

Obecnie w swojej flocie nie mają odpowiednich samolotów LOT, Ryanair czy Wizzair. Nie oznacza to, że nic się w tej kwestii nie zmieni. Jeżeli dany przewoźnik wykalkuluje sobie, że mu przewozy z Białegostoku się opłacają, to z pewnością szybko znajdzie odpowiedni samolot. Na to jednak poczekamy, gdyż Białystok do stałej obsługi pasażerskiej potrzebuje przede wszystkim hali odpraw. Jeżeli zainteresowanie Białymstokiem będzie rosnąć, to będzie można dyskutować o wydłużeniu pasa.

 

Nie przyleci do nas także samolotem Prezydent RP, gdyż jego samolot potrzebuje 1800 metrów, pas na Krywlanach ma długość 1450 metrów.

Czy Krywlany mają przyszłość?

Największy orędownik lotniska miejskiego Tadeusz Truskolaski, który przeforsował inwestycję przez niechętną mu Radę Miasta sam popełnił błąd bowiem ograniczył teren rozbudowy lotniska wpuszczając na wolne tereny przy ul. Mickiewicza (i dzisiejszej Kuronia) strefę ekonomiczną. Warto jednak przypomnieć, że robił to w określonych warunkach politycznych – był mocniej związany z Platformą Obywatelską niż dzisiaj. A to właśnie ta partia nie tylko blokowała Krywlany, ale też postanowiła wydać pieniądze na coś innego niż lotnisko regionalne. Dodatkowo, gdy Elżbieta Bieńkowska z Platformy ogłosiła koniec dotacji na lotniska, to podlascy politycy Platformy wykazali się tradycyjnie zerowymi wpływami w Warszawie. Podobnie jak przy wielu innych inwestycjach.

 

Warto jednak przypomnieć grzeszki PiS w tej sprawie. To lokalni politycy tej partii, a konkretnie Jan Dobrzyński chciał na Krywlanach budowy kościoła, zaś lotnisko widział w Topolanach. Chociaż na przykład ówczesny marszałek województwa Dariusz Piontkowski forsował port regionalny właśnie na Krywlanach. Dziś budowa takiego typu lotniska pod Białymstokiem jest już niemożliwa. Jedyne na co jeszcze możemy liczyć to wydłużenie pasa i dobudowanie hali odlotów.

 

Krywlany, to przez najbliższe dekady prawdopodobnie będzie jedyne miejsce, gdzie na Podlasiu wyląduje większy samolot. Mogliśmy mieć lotnisko regionalne, będziemy mieli lotnisko miejskie. Tylko tyle i aż tyle. Wszystko przez polityków-nieudaczników.

Za rzeką Dolistówką znajdowaliśmy się już w innym kraju. Ulica Skorupska i dzisiejsze osiedle Skorupy było granicą pomiędzy Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim. To mało znany fakt dotyczący tego regionu dzisiejszego Białegostoku. Jeszcze mniej osób wie o tym, że w granicach miasta Skorupy leżą od 100 lat podobnie jak Antoniuk, Białostoczek, Dojlidy, Dziesięciny, Marczuk, Ogrodniczki, Pieczurki, Starosielce czy Wysoki Stoczek. Zaś np. osiedle Piasta zostało wybudowane w latach 70-tych. Wcześniej uprawiano tam zboże.

 

Patrząc na Skorupy z tej perspektywy można zauważyć, że są one ważną częścią historii naszego miasta. Dziś Skorupy to zabudowane blokami przez deweloperów osiedle mieszkaniowe, do którego prowadzą nowe asfaltowe drogi. 100 lat temu zaś drogi były z kocich łbów, zaś domy z drewna. Każde miasto żyje i rozwija się dynamicznie – dlatego też taki fakt nikogo raczej nie dziwi. Warto jednak pamiętać o tej starej dzielnicy Białegostoku i wybrać się do niej na wycieczkę. Gdyż za kilka lat dawne Skorupy całkowicie znikną, tak jak znikały Bojary.

 

Co dokładnie warto zwiedzić? Najwięcej zobaczymy na ul. Nowowarszawskiej, a także na ulicach od niej odchodzących. Najlepiej odnajdą się tu fani dawnej architektury, której w Białymstoku już jest jak na lekarstwo. Nie brakuje też eleganckich kamienic. Warto dodać, że są też punkty na Skorupach, z których widoczny jest krajobraz jak dawniej – czyli niezagospodarowane łąki. Wszystkich sekretów dzisiejszych Skorup zdradzać nie będziemy, gdyż warto wędrować tym osiedlem i odbierać je subiektywnie. Niech Was jednak nie zwiodą kiczowate rodzinne budynki-klocki. Pomiędzy nimi często znajdziecie coś ciekawego.

Równo miesiąc przed wyborami samorządowymi na facebookowym profilu Spotted Białystok, który sądząc po treści mocno sympatyzuje z obecnym prezydentem Tadeuszem Truskolaskim, zostało umieszczone zdjęcie z powietrza ukazujące oświetlony pas startowy na Krywlanach. Termin zakończenia prac budowlanych i oddanie pasa ma nastąpić jeszcze w tym miesiącu. O żadnych przesunięciach raczej mowy nie będzie, gdyż wszystko idzie zgodnie z planem, a poza tym wybory idą, więc wszyscy zrobią wszystko by było na czas. Dlatego też przed nami miesiąc wielkiego wyborczego show pod tytułem „Lotnisko na Krywlanach”. Zwolennicy lotniska lokalnego po raz kolejny zmierzą się ze zwolennikami lotniska regionalnego, zostaną użyte te same argumenty co zawsze i kontrargumenty również.

 

Dlatego też postanowiliśmy streścić racje obu stron:

Za Krywlanami:

1. Lotnisko lokalne w Białymstoku w zupełności wystarcza

2. Nie mamy pieniędzy na lotnisko regionalne, bo Platforma je przejadła, a potem minister Bieńkowska zakończyła dotacje lotnisk.

3. Pas na lotnisku na Krywlanach w razie zainteresowania będzie można wydłużyć, a halę odpraw dobudować

Przeciw Krywlanom:

1. Lotnisko na Krywlanach jest zbyt blisko centrum i zbyt blisko Dojlid Górnych (gdzie mieszka sporo polityków).

2. Tak w ogóle to nie lotnisko tylko pas startowy, na którym nikt nie będzie chciał lądować, bo żadna linia nie ma odpowiednich samolotów

3. Żeby wydłużyć pas startowy trzeba będzie wyburzyć wieżowiec przy ul. Wiadukt i wyciąć cały las Solnicki.

 

Historia lotniska na Podlasiu to niekończąca się telenowela. Pierwsze lotnisko powstało w 1927 roku! Wtedy jednak wystarczyła duża ilość płaskiego terenu porośniętego trawą. Zaliczane było do II klasy podobnie jak lotniska w Krakowie, Toruniu i Lublinie (do lotnisk I klasy zaliczano wówczas Warszawę, Lwów, Poznań, Wilno i Gdańsk). Obecnie na Krywlanach mogą lądować tylko samoloty sportowe. Przez wiele lat dyskutowano, gdzie zbudować lotnisko. Niektórzy doskonale pamiętają jak jeszcze poprzednie władze wbijały łopaty na Krywlanach. Później następna władza zmieniła zdanie i chciała budować port w Topolanach pod Zabłudowem.

 

Następni zmienili koncepcję i chcieli budować w Sanikach. Później ówczesna minister Elżbieta Bieńkowska ogłosiła, że zakręca kurek z funduszami europejskimi na budowę lotnisk regionalnych. To dla województwa podlaskiego był wyrok. Obecny prezydent wrócił do koncepcji z Krywlanami i przy milczącej zgodzie radnych PiS przeforsował swoją koncepcję. Burzliwa sesja Rady Miasta toczyła się na zasadzie: PiS wytacza argumenty przeciw, Platforma i Komitet Truskolaskiego argumenty ZA. Całość skończyła się  konkluzją, że PiS (które ma większość) jest ZA, ale będzie dążyć do budowy lotniska regionalnego. 

 

Od oddania inwestycji jeszcze około pół roku potrwa certyfikacja lotniska. Później będą mogły wylądować pierwsze samoloty.

To ostateczny dowód na to, że już za momencik przyjdzie zima. Białostocki Ośrodek Sportu i Rekreacji uruchamia na kolejny sezon lodowisko. Co prawda zanim przyjdzie zima poprzedzona zostanie przez jesień. Wszystko jednak dopiero później, gdyż korzystać należy z ostatnich upalnych dni. Warto jednak już dziś wiedzieć co czeka nas na lodowisku w tym roku.

 

W wypożyczalni czeka 1050 par łyżew w rozmiarach od 27 do 50. Dla dzieci (w zasadzie dla dorosłych też) będą do dyspozycji pingwinki i pandy, dzięki którym można będzie uczyć się utrzymania równowagi na łyżwach. Dostępność lodowiska jest ograniczona. Na co dzień korzystają z niego sportowcy – łyżwiarze i hokeiści. Dla wszystkich dostępne jest one w poniedziałki i czwartki od 17 do 21 (z półgodzinną przerwą o 18.30), a także wtorki, środy i piątki od 17 do 20.30 (także z przerwą od 18.30 do 19). W weekendy zaś lodowisko dostępne jest od 11 do 20.30 z przerwami (12.30-13, 14.30-15, 16.30-17, 18.30-19).

 

Cennik od ubiegłego roku nie zmienił się. Wypożyczenie łyżew to 6 zł, wstęp kolejne 6 zł. Jeśli mamy własne łyżwy to zapłacimy 10 zł – bilet normalny, zaś 7 zł bilet ulgowy. Lodowisko będzie czynne do 31 marca 2019r.

Białystok otrzymał certyfikat „Gmina Przyjazna Rowerzystom”. Stolica województwa podlaskiego została wyróżniona w kategorii gmin do 500 tysięcy mieszkańców na Międzynarodowych Targach Rowerowych – Kielce Bike-Expo. Do konkursu zgłosiło się ponad pięćdziesiąt gmin z Polski. Trudno jednoznacznie tę informację skomentować, bo skoro nas wyróżnili certyfikatem, to może oznaczać, że:

 

a) jest u nas super
b) u innych jest dużo gorzej

 

Jako mieszkańcy Białegostoku, którzy żyją tym miastem na 100 procent bardziej przychylamy się do tej drugiej odpowiedzi. Oczywiście nieuczciwe byłoby stwierdzenie, że w Białymstoku dla rowerzystów jest źle, ale mówienie że nasze miasto jest przyjazne rowerzystom – jak głosi certyfikat to duża przesada. Miasto chwali się, że jest u nas 123 km ścieżek rowerowych. Szkoda, że nic nie wspomina o ich jakości. Pierwszą ścieżką, którą można wyróżnić w mieście jest ta przy ul. Wiosennej. Jest dobrze oznaczona, bardzo szeroka i wystarczająco odseparowana od pieszych. Problem w tym, że jej długość to około 800 metrów. Drugi problem jest taki, że to jedyna tak dobrze zrobiona ścieżka w Białymstoku.

 

A jak pozostałe? Zdecydowana większość to tak zwane ciągi pieszo-jezdne – czyli oddzielone zwykłą linią chodniki, brukowane drogi i czasem asfalty. Problem z nimi jest taki, że piesi ignorują podział. Drugi problem – to jakość nawierzchni jest zwyczajnie słaba. Warto też wspomnieć o wielu ścieżkach, które z urzędniczej wygody kończą się, by zacząć się ponownie po drugiej stronie ulicy. Tutaj za przykład należy wziąć ciąg na ul. Lipowej. Oficjalnie przejeżdżać przez przejście nie wolno. Wszystko dlatego, że tak przebudowana została Lipowa (a wcześniej zaprojektowana). Ktoś taki projekt zatwierdził, a potem zrealizował. Palcem pokazywać nie będziemy, bo każdy dobrze wie kto od 12 lat „rządzi” na Słonimskiej.

 

Problemów rowerowych w mieście jest jeszcze dużo więcej, o czym można by napisać książkę. Dlatego też można się pocieszać, że u innych jest jeszcze gorzej. Tylko czy jest to eleganckie i ambitne podejście?

Mieszkańcy województwa podlaskiego, którzy chcieliby zobaczyć na własne oczy Papieża Franciszka mają niepowtarzalną okazję zrobić to bez poniesienia większych kosztów. 250 km od Białegostoku oraz 120 km od Suwałk – głowa kościoła katolickiego będzie odprawiać msze świętą. Papież Franciszek 22 i 23 września będzie przebywać z oficjalną wizytą na Litwie. Pierwszego dnia będzie wizytować między innymi ważną dla Polaków Ostrą Bramę w Wilnie. Później na placu Katedralnym dojdzie do spotkania z młodzieżą. Drugiego dnia zaś głowa kościoła zawita do Kowna, które jest bardzo blisko polskiej granicy. Tam odprawi mszę.

 

Warto przypomnieć że z Białegostoku Przewozy Regionalne od dwóch lat realizują połączenia kolejowe do Kowna, dzięki którym pociągiem możemy wygodnie dojechać także do stolicy Litwy. Są to połączenia weekendowe nastawione na turystów. Można się spodziewać, że 22 i 23 września pociągi będą przeżywać oblężenie. W szynobusie jest 130 miejsc siedzących. Trasa pociągu do Kowna to: Białystok – Czarna Białostocka – Sokółka – Dąbrowa Białostocka – Augustów – Suwałki – Trakiszki. Koszt przejazdu z Białegostoku wnosi około 50 zł, a z Suwałk około 35 zł (opłata jest w Euro).

 

Do Kowna można także dostać się autobusami. Czas podróży jest dłuższy, ale dla głowy kościoła chyba warto się poświęcić.

Ksiądz Michał Sopoćko to najbardziej znany białostoczanin na świecie. Ostatnio jego wizerunek został uwieczniony na jednym z bloków osiedla Białostoczek w postaci gigantycznego muralu, co z miejsca Wywołało gigantyczną dyskusję wśród naszych Czytelników. Wiele głosów było w tonie wyrażającym sprzeciw tego typu inicjatywom, by religijne murale były na blokach. Czytelnicy podnosili, że takie powinni znajdować się na… kościołach. Swoją drogą ciekawie wyglądałaby świątynia z muralem.

 

Znalazło się także sporo Czytelników, którzy muralu bronili podnosząc, że ks. Michał Sopoćko jest patronem Białegostoku i że wiary wstydzić się nie trzeba. Dla jednych i drugich warto przypomnieć kim był ks. Michał Sopoćko. Wbrew pozorom nikim kontrowersyjnym, zaś emocje, które wywołał mural są ogólnym negatywnym nastawieniem do kościoła za nierozliczoną, gigantyczną aferę pedofilską, przez co obrywa się każdemu księdzu – nawet temu, który został beatyfikowany – czyli otoczony lokalnym kultem.

 

Ksiądz Sopoćko urodził się na Wileńszczyźnie w 1888 roku. W 1914 roku został kapłanem. Do Białegostoku trafił już, gdy Polska odzyskała niepodległość – bo w 1928 roku. Między czasie kapłan spowiadał św. Faustynę Kowalską – siostrę zakonną, która miała boskie objawienia, które skrzętnie spisywała. Sopoćko zaś zaczął głosić kult miłosierdzia bożego, które właśnie zainteresowało go podczas rozmów ze św. Faustyną Kowalską. Do dziś nierozerwalnie wiąże się z tym znany obraz Jezusa Chrystusa Miłosiernego – z napisem „Jezu Ufam Tobie”.

 

Sopoćko najaktywniej działał na Wileńszczyźnie, jednak w Białymstoku spędził 30 lat życia i tutaj też został pochowany. Jego szczątki spoczywają w kościele pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego, który znajduje się niemalże na przeciwko bloku, na którym został namalowany gigantyczny mural, który wywołał tyle kontrowersji. Co ciekawe, w Białymstoku są także trzy inne miejsca nierozerwalnie związane z ks. Michałem Sopoćko. Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, gdzie kapłan był wykładowcą. Drugie miejsce to dzisiejszy zakon przy ul. Poleskiej gdzie Sopoćko pełnił posługę. Kapłan mieszkał w domu przy ul. Złotej.

 

Ks. Sopoćko jest najbardziej znanym białostoczaninem na świecie. Jego relikwie znajdują się w sześciuset kościołach i kaplicach na wszystkich kontynentach. Do Białegostoku za jego sprawą przyjeżdża dziesiątki tysięcy pielgrzymów, zaś bardzo wiele katolików na świecie kultywuje „godzinę miłosierdzia”, przez co codziennie o godz. 15 modlą się. Co ciekawe w Zgromadzeniu Jezusa Miłosiernego w kaplicy przy ul. Polskiej, gdzie kiedyś mieszkał ks. Sopoćko – znajduje się stary zegar, który pamięta jeszcze czasy kapłana. Zegar ten kiedyś stanął wskazując kilka minut przed godz. 15. Postanowiono, że mechanizm nie będzie ponownie uruchamiany.

 

Z ks. Michałem Sopoćko wiąże się także historia „ocalenia Białegostoku”. 9 marca 1989 roku doszło do katastrofy pociągu właśnie w pobliżu zgromadzenia przy ul. Polskiej. Kiedy wszystko szczęśliwie się zakończyło przypisano wstawiennictwo własnie księdzu Sopoćko. Do dziś tamto „ocalenie” upamiętnia krzyż z napisem „Jezu Ufam Tobie”, co symbolizuje wiarę białostoczan w Boże Miłosierdzie i orędownictwo ks. Sopoćko.

 

 

Czy w okolicach Walił żyły niedźwiedzie? Jeden na pewno, gdyż fragment jego żuchwy leśnicy odnaleźli w bobrzej tamie. Znalezisko może mieć nawet 5 tysięcy lat. Wiadomo, że na pewno nie jest to żuchwa współczesnego niedźwiedzia, gdyż ostatni osobnik w Puszczy Knyszyńskiej wyginął 400 lat temu. Ile lat ma znaleziona żuchwa? To będzie dokładnie wiadomo za 3 miesiące. Jej fragment trafi do analiz. Żuchwa niedźwiedzia zachowała się w dobrym stanie dzięki temu, że przez cały czas znajdowała się w torfowisku.

 

Leśnicy z Walił razem z białostockimi archeologami planują przeszukać cały teren wokół bobrzej tamy, gdzie znaleźli kawałek szczęki. Być może okaże się, że niedźwiedzi w tym miejscu żyło dużo więcej.

 

Cały materiał wideo tutaj:
https://bialystok.tvp.pl/38984029/wyjatkowe-odkrycie

Jeszcze tej jesieni miasto zaczyna robić spore zakupy transportowe i w sumie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że przy ich okazji Białystok planuje zakupić biletomaty. To w naszym mieście nowość. Gdy tylko ekipa Truskolaskiego dostała władze to wzięła się za likwidację drobnych przedsiębiorców. Na pierwszy ogień poszedł bazar na Jurowieckiej, kolejnym celem prezydenta były wolno stojące kioski. W konsekwencji było coraz mniej miejsc, gdzie można kupić bilet. W sklepach takowych często nie posiadali, bo miasto nie dawało zbytnio zarobić na hurtowej sprzedaży. Problem w zasadzie narastał od około 10 lat. W pewnym momencie sprawa stała się tak poważna, że bilet (drożej) można było kupić u kierowcy.

 

Dlatego ktoś, kto jechał autobusem miał do wyboru: szukać po całym mieście punktów z biletami, kupić drożej u kierowcy lub po prostu jechać na gapę. Warto wspomnieć, że jest jeszcze możliwość zakupienia biletu przez internet czy też telefonem komórkowym, ale jest tak skomplikowana, że szkoda czasu, by ją opisywać. Kolejną rewolucją było wprowadzenie „kart miejskich”. Miały one głównie służyć jako bilet miesięczny, ale też można było przy jej pomocy kupić bilet jednorazowy. Problem w tym, że trzeba wcześniej było doładować konto. Dlatego jeżeli chcielibyśmy gdzieś podjechać, bo „akurat coś musimy załatwić” lub wyjazd nie był wcześniej planowany, to nie dla nas była ta opcja.

 

Białystok nie dawno wprowadził bilety czasowe, dzięki którym można się przesiadać. Od wielu lat to było normą w wielu miastach, a u nas to dopiero nowość. Podobnie z biletami. Truskolaski i jego ekipa obejrzeli się przed wyborami i dzięki temu na 24 przystankach pojawią się biletomaty oraz w 255 autobusach. Brawo panie Prezydencie, szkoda że czekaliśmy 12 lat aż Pan zrobi coś w tej sprawie. Jeszcze trochę i może dogada się Pan w końcu z PKP (zapłaci) by zainstalować kasowniki w pociągach i uruchomić ze dwie albo trzy linie Szybkiej Kolei Miejskiej. Miejmy nadzieję, że nie będziemy na to czekać kolejnych 12 lat.

Trwające lato jest okazją, by odwiedzić dawno zapomniane lub dawno nie odwiedzane miejsca. Takim z pewnością dla niektórych może być Czarna Białostocka, a także jej wyśmienite okolice. Do wszystkiego można dojechać pociągiem, samochodem i rowerem.

Szlak Rękodzieła Ludowego

To bardzo ciekawe miejsce, w którym możemy odwiedzić Kowala, Garncarza, Tkaczki. To wszystko w Czarnej Wsi Kościelnej. We wsi Zamczysk można zajrzeć do pracowni wyrobu drewnianych łyżek. Wieś Niemczyn natomiast to Centrum rękodzieła ludowego. Zwiedzając samochodem warto zajrzeć jeszcze do Janowa, gdzie są pracownie Tkackie.

Zalew Czapielówka

Zalew Czapielówka to główna atrakcja Czarnej Białostockiej. To o tyle dobre miejsce, że odnajdą się tu zarówno osoby, które szukają spokoju jak i te, które wolą aktywnie wypoczywać. Wokół zalewu jest aż kilka zejść do wody. Znajduje się też wspaniały pomost.

Zalew Czapielówka latem to dobre miejsce na plażowanie, wieczorem na palenie ogniska, zaś w nocy na campingowanie pod namiotem. Latem działa też wypożyczalnia sprzętu wodnego.

Zbiornik to także raj dla wędkarzy. Można wyciągnąć lina, szczupaka, sandacza, karpia, okonia czy karasia.

Droga przez bagna do Supraśla

Ostatnią atrakcją Czarnej Białostockiej jest leśna droga prowadząca do Supraśla. Najlepiej piechotą (15 km) lub rowerem wybrać się w drogę, by słuchać w Puszczy Knyszyńskiej śpiewu ptaków i oddychać leśnym powietrzem. Po drodze miniemy urocze bagna. Sami nie musimy się martwić, droga, którą będziemy szli jest utwardzona. Warto jednak pamiętać, że pomiędzy Czarną Białostocką a Supraślem nie ma kompletnie nic innego niż Puszcza, zatem lepiej zabrać ze sobą wodę i jakieś jedzenie.

Nie raz i nie dwa, a dosyć często słyszymy o policyjnych nalotach na leśne bimbrownie. Efekt jest taki, że bimbrownicy swoje urządzenia kryją na coraz większych bagnach, zaś policja nic nie likwiduje tylko uprzykrza życie. Bo w Polsce alkohol musi mieć akcyzę, stąd też nie można tworzyć nawet produktów regionalnych – jakim jest bimber. Prawo nie rozróżnia zwykłej wódy produkowanej w ilościach przemysłowych od produkcji 100 butelek bimbru dla siebie, rodziny i znajomych.

 

To samo państwo, które tak dzielnie walczy z bimbrownikami składa się z województw, a jedno z nich – oczywiście chodzi o nasze Podlaskie – prowadzi pod Białymstokiem Muzeum Kultury Ludowej, gdzie od lat można zwiedzać współczesną bimbrownię. Zatem szczycimy się w tymże muzeum czymś czego sami zakazujemy. Nie jest to głupie? 8 lat temu na Podlasiu gościł książę Karol. Być może państwo, które organizowało jego wizytę przypomni sobie co zrobiło, gdy książę zaczął mówić, że słyszał że tu jest bimber i chciałby go spróbować. A może państwo reprezentanci urzędniczych stołków różnych szczebli powiedzą, coś o polowaniach? Zagryzacie dziczyzną, a czym popijacie?

 

 

A co goście piją na weselach przy „wiejskim stole”? Smaczny bimberek zamiast wódy przy stole? A potem bawiący się na tych weselach policjanci likwidują bimbrownię, zaś politycy im przyklaskują, by potem także popijać regionalne trunki. Jak Podlasie długie i szerokie jest u nas bimbru pod dostatkiem. Jest to miły, regionalny, koloryt, który każdy chce spróbować, ale nikt nie robi nic z tym, by bimber był legalny. Skoro tak, po co szczycić się bimbrownią w muzeum? Po co podawać go przy „wiejskim stoliku” na weselach”, po co częstować nim zagranicznych oficjeli? 

 

Czy wobec tego głupie jest zakazywanie bimbru? Odpowiedzcie sobie sami.

 

fot główne, autor: big.d

Nieopodal centrum Białegostoku znajduje się zapomniana stacja kolejowa Białystok-Fabryczny. Co jakiś czas usłyszeć można o planach wznowienia ruchu na stacji, jednak pociąg osobowy zatrzymywał się tam raz na jakiś czas. Mało kto wie, że owa stacja barwną ma historię. Zaś ta skończyła się wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Jak to się stało, że przez ostatnie 100 lat w Białymstoku uchował się dworzec bez znaczenia strategicznego?

 

Dziś Białystok Fabryczny to opuszczony budynek, w miarę odnowiony peron i nowa tablica informacyjna. Jest także kładka nad torami, która na starą nie wygląda. Jak to możliwe, że PKP utrzymuje dworzec, na których ruch pasażerski jest „od święta”? Dworzec kolejowy znajdujący się przy ul. Romualda Traugutta powstał w 1886 roku. Wówczas rosyjski zaborca rozbudowywał linię łączącą Białystok z Moskwą. Trasa ta biegła przez Baranowicze, Wołkowysk, Mińsk, Smoleńsk aż do Moskwy. Co ciekawe na trasie tej pasażerów było jak na lekarstwo, zaś połączenie służyć miało przede wszystkim do transportu wojska. Budynek dworca wybudowano nieopodal rosyjskich koszarów wojskowych. Sam budynek wyglądał jak miniaturka dworca głównego. Co ciekawe przy obsłudze dworca pracowało bardzo wiele osób! Co najmniej dwadzieścia osób! Naczelnik, rewizor, pomocnicy, kasjerzy, agenci, telegrafiści i inni.

 

W 1919 roku w Białymstoku zaraz za całą Polską przyszła niepodległość. Naturalnie kierunek Moskwa przestał się liczyć, zatem węzeł kolejowy w tamtą stronę przestał mieć znaczenie. W 1930 roku doszło do zmian organizacyjnych, skutkiem których po raz pierwszy pojawiła się tablica Białystok Fabryczny. Wynikało to z tego, że na stacji zaczął koncentrować się ruch towarowy. I tak pozostało do dziś.

 

Widok z kładki dworca Fabrycznego

Białystok Fabryczny jest obecnie bocznicą dla Elektrociepłowni oraz dla jednej ze spółek PKP. Wcześniej z bocznicy korzystały jeszcze „Uchwyty”, Gazownia, Huta Szkła oraz centralna składnica żywnościowa na Węglówce. W późniejszych latach funkcjonowała jeszcze Linia kolejowa nr 37. Już nie do Moskwy, lecz do Zubek Białostockich. W PRL dobudowano przystanki Sokole, Zajezierce i Straszewo. W 1987 roku miał miejsce kapitalny remont torów na trasie Białystok Fabryczny – Zubki Białostockie.

 

Do dziś jednak Białystok upamiętnia „ocalenie miasta”, gdy 9 marca 1989 roku przy ul. Poleskiej w pobliżu dworca wykoleił się pociąg towarowy, który jadąc z ZSRR do NRD przewoził cysternę chloru. Pięć wielkich cystern leżało i w każdej chwili mogło zacząć się ulatniać. Przez całą dobę jednak służby ratunkowe stawiały na tory przewrócone wagony. Gdyby doszło do zniszczenia tylko jednej cysterny, to strefa skażenia zabiłaby 10 tysięcy osób, zaś zaszkodziłaby 40 tysiącom. Na szczęście nic takiego się nie stało, jednak raz do roku w rocznicę katastrofy kolejowej mieszkańcy zbierają się, by pomodlić się i podziękować opatrzności za ocalenie miasta.

 

Linia nr 37 została zlikwidowana w 2000 roku. Od tamtej pory pociągi pasażerskie na Fabrycznym zatrzymują się już tylko „od święta”. A to z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a to przy okazji kursowania turystycznego pociągu do Walił. Przy okazji Białystok Fabryczny niszczeje. Budynek pozostaje w rękach prywatnych.

 

Oto wszystkie nazwy stacji:
1886 – 1915 – Białystok Poleski
1915 – 1918 – Bialystok Ostbahnhof
1918 – 1930 – Białystok Towarowy
1931 – 1939 – Białystok Fabryczny
1939 – 1945 – Białystok Industriebahnhof
od 1945 – Białystok Fabryczny

 

Zdjęcie główne, autor: Paweł Szrajber

Zapewne wielu z Was słyszało i widziało „film promocyjny” stadniny koni w Janowie Podlaskim, który był wyśmiany chyba w całej Polsce. Przypomnijmy muzyczka, krzaki, liście, budynek stadniny, tylko koni jakoś nie bardzo widać. Tutaj wideo dla przypomnienia:

 

 

W pewnym sensie Białystok stworzył podobną produkcję. Oczywiście zdjęciowo, montażowo i ogólnie technicznie dużo lepszą, ale przesłanie bardzo podobne. Oto mamy miasto, które czeka na inwestorów, tylko że nie mamy za bardzo co pokazać. Zobaczcie sami:

 

 

Widzimy stadion, Pałac Branickich, kwiaty na Rynku Kościuszki i nawet fontannę, drogi oraz nieistniejące jeszcze lotnisko na Krywlanach. Jest też pokazana droga do Warszawy. Później film jakby się rozkręca – pokazywana jest strefa ekonomiczna i jej okolice. Nie zabrakło też ujęć kampusu. Najśmieszniejsze jest jednak to, co przewija się w napisach podczas pokazywania tych obrazków. Mianowicie suche dane statystyczne plus garść informacji typu: nasz budżet to 2,4 mld zł. Warto dopytać co z tego wynika? Że miasto zadłuża się na potęgę. Kolejna porażająca informacja… miasto połączone DROGĄ EKSPRESOWĄ z WARSZAWĄ. Rozumiecie? Ewenement w skali kraju.

 

Najlepsze jest jednak później: Podstrefa Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej – zainwestowało uwaga, porażająca liczba… 15 przedsiębiorców. Białystok to już drugi Hong Kong? Firmy wydały 500 mln zł i zatrudniły 1100 osób. Zabrakło najważniejszego – ile łącznie wygenerowały zysku te firmy, bo dla potencjalnego inwestora to jest najważniejsze. Jedyną zachętą jest zwolnienie z CIT do 70 proc. i zwolnienie z podatku od nieruchomości. Na filmie chwalimy się GIGANTYCZNĄ liczbą studentów czyli 30. tys. Jeżeli zestawimy jednak tą liczbę z danymi z innych ośrodków akademickich, to wypadniemy blado.

 

Co interesuje inwestora? Ile zarobi na tym, że otworzy firmę w Białymstoku, jakie ma możliwości importu oraz eksportu, jakimi potencjalnymi pracownikami dysponujemy – jakie mają doświadczenie oraz umiejętności oraz co nas wyróżnia na tle innych miast. Tego inwestor się nie dowie, bo ktoś kto przygotowywał ten film raczej nie ma pojęcia o biznesie. Gdyby zwykły filmik załatwiał sprawę, to do Janowa Podlaskiego zjechaliby się zainteresowani z całego świata w rytm muzyczki tididi bum. Nie od dziś jednak wiadomo, że ekipa Truskolaskiego przez 12 lat nie zrobiła praktycznie nic pod względem tego, by w Białymstoku pensje zaczęły rosnąć z powodu konkurencji przedsiębiorstw. Nie ma u nas zbyt wielu firm zatrudniających specjalistyczną kadrę, która by przyjeżdżała z innych miast za pieniędzmi, karierą i innymi korzyściami. Białystok to miasto, z którego wciąż się ucieka. Osoba, która zainwestowała swój czas w wykształcenie i rozwój musi jechać  do Warszawy, Poznania, Wrocławia czy Gdańska. W Białymstoku nie ma dla niej poważnych ofert. I żaden filmik tego nie zmieni. Nikt tu nie przyjedzie i pod jego wpływem nie zainwestuje.

Białystok testował pod koniec sierpnia autobus elektryczny. Testy te zostały jednak przedłużone do 7 września. W 2020 roku w planach jest zakup 25 takich pojazdów. Dlatego warto sobie zadać pytanie o rozwój transportu w mieście. Obecnie w stolicy województwa podlaskiego można poruszać się autobusami trzech operatorów: KPK, KPKM oraz KZK. Wszystkie trzy firmy to spółki miejskie. W latach 90-tych miał miejsce wielki strajk, po którym jedną spółkę rozbito na trzy, by w razie kolejnych strajków uniknąć paraliżu, takiego jaki miał miejsce właśnie wtedy. Chociaż widmo strajku dziś nie grozi, to trzy spółki funkcjonują obsługując różne linie. Dla pasażera nie ma to większego znaczenia, gdyż wszystkie autobusy są oznaczone tak samo.

 

Jeżeli chodzi o inne formy transportu w mieście, to w 1918 roku przestał funkcjonować tramwaj konny. W czasach PRL były w planach tramwaje elektryczne, ale ostatecznie z pomysłu zrezygnowano. Dlatego dziś miasto nie jest oszpecone wiszącymi drutami. Nie ma też trolejbusów. Autobusy elektryczne mają to do siebie, że kabli nie potrzebują, gdyż zasilane są akumulatorami, zaś te ładowane są na pętlach. Zaletą oczywiście jest brak emisji spalin.

 

W mieście funkcjonuje też coś na kształt SKM. Można kupić bilet miejski i podróżować pociągiem np ze Starosielc do dworca głównego – pociągami, które akurat przejeżdżają. Nie jest ich zbyt wiele, dodatkowo bilet kupuje się od PKP, zaś białostocka komunikacja miejska nie ma nic z tym wspólnego. A mogłoby, gdyby prezydent miasta raczył porozumieć się z Przewozami Regionalnymi. Wtedy wstawiono by normalne kasowniki oraz SKM mogłoby funkcjonować oddzielnie z własnym rozkładem jazdy. Potrzebna by była też niewielka modernizacja. Póki co, nie ma politycznej woli do wprowadzenia takich rozwiązań.

 

Dlatego też podróż po mieście ogranicza się jedynie do autobusów. Czy stopniowa zmiana ich na elektryczne coś zmieni? Oprócz braku spalin nic. Obecnie dzięki specjalnej ustawie na Śląsku funkcjonuje związek gmin metropolitalnych. Dzięki niemu wszystkie gminy należące do związku mogą liczyć na wspólną komunikację miejską w ramach jednego biletu. Za jakiś czas zapewne podobne rozwiązania będą obowiązywać w Warszawie, Trójmieście czy Wrocławiu. W Białymstoku o wspólnej „aglomeracji” nie ma raczej co marzyć. Tutaj występuje typowy problem, na jaki zwracają uwagę eksperci od metropolii. Zbyt wielka konkurencja gmin, zamiast współpracy przekreśla wszelkie szanse na podobne rozwiązania.

 

Dlatego też w najbliższych latach oprócz autobusów w Białymstoku nic nowego raczej się nie pojawi. A szkoda, bo temat wad białostockiej komunikacji miejskiej jest tak szeroki, że można by było napisać o nim książkę. Miejmy nadzieję, że kiedykolwiek ktoś się za to weźmie i stworzy komunikację w mieście na miarę dużego miasta. Bo to co mamy obecnie to „śmiech na sali”.

Supraśl, to miasteczko, które jest atrakcyjne pod wieloma względami. Ludzie odwiedzają przede wszystkim monastyr, wpadają na kartacze i babkę ziemniaczaną bądź też spacerują bulwarami lub po lesie. Mało kto jednak zwraca uwagę na przyrodę, jaka otacza urokliwe miasteczko. Wszak położone jest one w Puszczy Knyszyńskiej, o czym przypominają dwie sosny leżące przy drogach. Potężne drzewa znajdują się pod zadaszeniem.

 

Natura obdarzyła je tak wielkim rozmiarem ze względu na gęstość Puszczy. Drzew obok siebie jest tak wiele, że wzajemnie zasłaniają sobie światło słoneczne, zatem najsilniejsze pnęły się ku górze, nie wypuszczając gałęzi u dołu. Dawniej drzewa były wykorzystywane jako maszty do żagli. W Puszczy Knyszyńskiej na drzewach zawieszano również kapliczki, dzięki czemu wiele sosen uszło z życiem, gdyż rezygnowano z ich ścięcia. Podczas Powstania Styczniowego, które rozgrywało się także w Puszczy Knyszyńskiej – drzewa z kapliczkami stanowiły też miejsce, gdzie powstańcy zostawiali sobie listy.

 

Dwie sosny leżące przy supraskich drogach można oglądać przy rondzie Aleja Niepodległości / Nowy Świat oraz na drodze wojewódzkiej do Krynek, tuż za mostem po prawej stronie. Warto do nich podejść i przejść z jednego końca na drugi, by zobaczyć ich ogrom.

Okazały 2-piętrowy budynek nie rzuca się białostoczanom w oczy. Wszystko dlatego, że schowany jest w podwórku między ulicami Sienkiewicza a Al. Piłsudskiego. Mowa tu o kamienicy z Sienkiewicza 26A. Dawniej zamieszkiwały tu rodziny żydowskie, po II Wojnie Światowej był to posterunek milicji. Zabytek to tak zwana białostocka szkoła muratorska. Piękna kamienica powstała najprawdopodobniej w 1889 roku!

 

– W tym roku planujemy zlecić wykonanie dokumentacji projektowej. Później poszukamy pieniędzy. Remont mógłby się rozpocząć najszybciej w przyszłym roku – to słowa Andrzeja Ostrowskiego z Zarządu Mienia Komunalnego dla Kuriera Porannego… z 2013 roku. Minęło 5 lat od tamtych słów, a kamienica niszczeje jak niszczała a miasto podobnie jak inne wspaniałe zabytki ma w d… Tak podsumować można politykę Tadeusza Truskolaskiego względem białostockich zabytków. Stoją opuszczone i zapuszczone a mogłyby wspaniale służyć. Niestety nie w Białymstoku. Tutaj konserwatorem zabytków są prawdopodobnie developerzy. Historia niszczenia Bojar czy Młynowej, a także bierne podejście do drewnianych domów np. z ul. Mazowieckiej tylko to potwierdza.

 

To że Białystok jako miasto to dynamiczna tkanka społeczna i nieustannie się zmienia jest wiadome. Jednak nie można zaakceptować faktu, że prezydent kompletnie nic nie robił tyle lat, by ratować zabytki, które płonęły i niszczały. Jedynie co się robi, to zabija się je deskami. To Panie Prezydencie trochę za mało. Jeżeli nie będziemy dbali o dziedzictwo własnego miasta, to utraci ono swoją tożsamość. Już raz tak się stało, gdy Niemcy w 95 procentach zniszczyli Białystok podczas II Wojny Światowej. Niech ten fakt da do myślenia osobom odpowiedzialnym za to, że dawny Białystok kompletnie znika.

Kościół św. Wojciecha w Białymstoku jest charakterystycznym punktem Białegostoku. Mieści się przy ul. Warszawskiej. Jedyny budynek w mieście w stylu neoromańskim. Dawniej był świątynią ewangelicko-augsburska w 1910 roku. Na początku XX wieku w Białymstoku społeczność ewangelików liczyła aż 5000 osób, w związku z czym potrzebowali swojego miejsca modlitw. I tak powstała „Kircha św. Jana”. Z dawnych czasów w obecnym kościele zachował się krzyż i ołtarz, a także boczne balkony zwane emporami.

 

Po wojnie, już w kościele katolickim miało miejsce wiele wydarzeń historycznych. Był to kościół seminaryjny, gdzie kardynał Karol Wojtyła odprawiał rekolekcje. Z tym kościołem związany jest także patron nowej ulicy (przedłużenia Sitarskiej) – ks. Michał Sopoćko. W 2013 roku wybuchł pożar na wieży kościoła, przez co kościół przez jakiś czas nie miał jej wykończenia. Na dziedzińcu przed kościołem można napotkać krzyż, który wtedy spadł podczas gaszenia pożaru.

 

Kościół św. Wojciecha w Białymstoku bez wątpienia jest jednym, który wpisał się w centrum miasta. Wysoka budowla widziana jest z wielu punktów Białegostoku. Dlatego też zwiedzając miasto warto świątynię odwiedzić.

 

fot. Xorik / Wikipedia

Serial TVP „Blondynka” ma się dobrze. Filmowcy znów wrócili na Podlasie, by nagrywać kolejne odcinki już siódmego sezonu. Tym razem zdjęcia były realizowane w Kiermusach pod Tykocinem. Między innymi na dworku oraz kasztelu. „Blondynka” głównie nagrywana jest w Supraślu. I to od kilku lat! Dlatego raz na jakiś czas w tym miasteczku napotkać można aktorów znanych z różnych filmów. W Kiermusach na przykład byli Natalia Rybicka, Andrzej Grabowski, Hanna Śleszyńska, a także Magdalena Schejbal i Lesław Żurek. Efekt pracy filmowców można będzie obejrzeć w grudniu.

 

Cieszy fakt, że Województwo Podlaskie jest postrzegane jako sielskie, spokojne miejsce. Coraz więcej filmowców postanawia tutaj realizować swoje scenariusze. Największą barierą jaka jest, to brak infrastruktury filmowej w Białymstoku. Żeby stworzyć profesjonalną produkcję trzeba wszystko ściągać z Warszawy, przez co koszty produkcji są dużo wyższe. Mowa tutaj nie tylko o kamerach, ale też garderobach, kostiumach oraz sztabie ludzi – reżyserów, operatorów kamer, kierownika produkcji, aktorów, fryzjerki, stylistki, osoby od kostiumów, dźwiękowcy, osoby od światła. To wszystko armia ludzi oraz tony sprzętu. Dlatego też łatwo jest realizować filmy w Warszawie czy Łodzi, gdzie wszystko jest na miejscu.

Nie mamy dobrych wieści dla wszystkich, którzy kochają spacerować po Plantach. Ich główna atrakcja – fontanny w ostatnim czasie doznały awarii. Niestety jest tak poważna, że w tym roku już woda nie tryśnie. Jak przekazała Kamila Bogacewicz z Urzędu Miasta – Kurierowi Porannemu – zepsuła się pompa, a także napędy przepustnic (takie urządzenie co otwiera i zamyka dysze). Żeby fontannę naprawić potrzeba więc części zamiennych. Miasto ogłosiło przetarg, by takowe zdobyć. Procedury urzędowe trwają. Zatem dopiero po rozstrzygnięciu kto dostarczy i kiedy będzie można urządzenie naprawić. Dlatego mało prawdopodobne, by w tym roku można było jeszcze wybrać się na Planty, by podziwiać wspaniałe fontanny, które wieczorami dzięki oświetleniu były kolorowe.

 

Na pocieszenie możemy dodać, że w Białymstoku podziwiać można także fontannę na Rynku Kościuszki oraz na skwerku przy pomniku Ludwika Zamenhofa. Dla leniwych zaś mamy film, na którym można zachwycać się kolorowymi strumieniami wody bez wychodzenia z domu.

 

 

fot. Gumisza / Wikipedia

Film zaczyna się niczym kryminał. Do Polski z Białorusi wjeżdża stary autobus, który zaraz za granicą zostaje napadnięty, a pasażerowie okradzeni. Jedną z ofiar jest młoda dziewczyna Marusia, która postanawia nie odpuszczać bandytom. Trafia do Królowego Mostu, gdzie pod wpływem okoliczności zostaje wśród lokalnej społeczności mieszkańców Królowego Mostu – tak zaczyna się wspaniała historia „U Pana Boga za piecem”, która 20 lat temu zachwyciła całą Polskę.

 

Jacek Bromski – reżyser zaadoptował scenariusz Tadeusza Chmielewskiego, gdzie miejsce akcji toczyło się gdzie indziej, a bohaterowie różnili się od tych, których widzieliśmy na ekranach. Decyzja reżysera okazała się strzałem w dziesiątkę, gdyż film tak zachwycił, że doczekał się kolejnych dwóch części i serialu w TVP. – Czytając pamiętniki Marii Dąbrowskiej natknąłem się na refleksję dotyczącą jakiejś wizyty w małym miasteczku, jakiejś kolacji w towarzystwie lekarza, proboszcza i aptekarza: „Jakaż ta prowincja duchowo samowystarczalna, jak właściwie ona nas do niczego nie potrzebuje…”. Pomyślałem sobie, że jeśli mamy gdzieś szukać jakichś wartości, o których w mieście dawno zapomnieliśmy, to właśnie w prowincjonalnym miasteczku na Białostocczyźnie” – powiedział w wywiadzie reżyser filmu Jacek Bromski.

 

 

U Pana Boga za piecem było pewnym eksperymentem. Akcja toczyła się na prowincji, występowali nieznani szerzej aktorzy Białostockiego Teatru Lalek i… ukazanie magii Podlasia zadziałało. W 1997 roku, gdy film kręcono, a w lokalnej prasie ukazały się ogłoszenia o castingu do filmu. Producenci szukali statystów. Pod Białostockim Teatrem Lalek, gdzie przeprowadzono casting ustawiły się tłumy. Nie wszyscy otrzymali szansę, ale osoby które ją dostały mogły poczuć na własnej skórze jak wielką harówką jest tworzenie filmu. Zdjęcia ze statystami nagrywano między innymi w lesie pod Sokółką (scena napadu na autobus), a także w dyskotece Panderoza w Janowie, na bazarze w Białymstoku oraz samej Sokółce – w kościele (scena ślubu). Wyjazd na plan odbył się w zasadzie jeszcze w nocy, tak by bladym świtem statyści wraz z aktorami mogli już kręcić sceny. Każdą z nich powtarzano wielokrotnie.

 

My po 20 latach postanowiliśmy jeszcze raz odwiedzić miejsca, w których nagrywano film. Naprawdę wiele się zmieniło! Akcja toczyła się głównie w Sokółce – obok kościoła, ale też w Wierzchlesiu oraz w tytułowym Królowym Moście, gdzie do nazwy, przy pomocy magii kina dobudowano nieistniejące w rzeczywistości miasteczko. Poniżej zdjęcia przedstawiające kadry z filmu oraz dzisiejszą próbę odwzorowania kadrów sprzed lat.

 

 

kadry pochodzą z filmu U Pana Boga za piecem – dystrybucja: Vision

Reżyseria: Jacek Bromski, scenariusz: Tadeusz Chmielewski (pseudonim Zofia Miller), adaptacja scenariusza: Jacek Bromski, zdjęcia: Ryszard Lenczewski

Produkcja: Telewizja Polska – Telewizyjna Agencja Produkcji Teatralnej i Filmowej, Studio Filmowe Oko. Dystrybucja: Vision.

Premiera: 13 listopada 1998.

Jarosław Dziemian był człowiekiem, który nierozerwalnie kojarzy się nie tylko z Białymstokiem, ale też z tym wszystkim co po sobie pozostawił – Najpopularniejsze radio w Białymstoku – Jard, Hotel Turkus, Zajazd Wiking, Klub Rozrywki Krąg, Hotel nad Zalewem w Wasilkowie, a także wiele wiele innych przedsięwzięć. W wieku 68 lat, 15 sierpnia zmarł po długiej i ciężkiej chorobie, której nigdy się nie wstydził. O tym, że cierpi na raka prostaty wiedzieli nie tylko członkowie rodziny, ale też jego współpracownicy, pracownicy czy koledzy. – Ja już przeżyłem śmierć, płakałem. Jak się dowiedziałem o tym raku, że jest nieuleczalny, płakałem w nocy żeby dzieci nie widziały. Poduszka była mokra rano – wspominał Jarosław Dziemian w wywiadzie przeprowadzonym 2 lata temu przez Krystiana Skowrona, który możecie obejrzeć powyżej.

 

Mało kto już pamięta, że w 2002 roku Jarosław Dziemian startował w wyborach na prezydenta Białegostoku. Chciał, by jego doświadczenie i umiejętności można było wykorzystać w rozwoju miasta i regionu. Współpracownicy Jarosława Dziemiana wspominają go jako kreatora, który nigdy nie był odtwórcą. – Żył marzeniami, większość z nich udało mu się spełnić dzięki ciężkiej pracy i konsekwencji w działaniu. Kochał życie, ludzi, świat. Nie potrafił przejść obojętnie obok czyjegoś nieszczęścia. Był kimś niespotykanym. Łamał kanony, nie działał sztampowo, nie lubił schematów. Kochany mąż, ojciec, dziadek. Nietuzinkowy pracodawca, który spędzał z pracownikami większą część każdej doby. Miłośnik muzyki i motoryzacji. Człowiek wielu pasji. Z każdym potrafił znaleźć wspólny język, właściciel firmy, którą prowadził całym sercem. Spełniał marzenia licznego grona dzieci i młodzieży, chcących prowadzić audycje w radiu i telewizji. – przeczytać możemy na stronie Facebookowej Radia Jard.

 

– Lepiej się dwa razy zapytać o drogę niż błądzić po lesie – powiedział Jarosław Dziemian w wywiadzie 2 lata temu. I taki właśnie był. Nigdy nie podejmował pochopnych decyzji. Jarosław Dziemian miał 68 lat.

Na ulicach Białegostoku po raz kolejny odbędzie się inscenizacja Bitwy Białostockiej. Warto zobaczyć na własne oczy rekonstrukcję tego zdarzenia z 1920 roku. Bitwa odbyła się pomiędzy 1 Pułkiem Piechoty Legionów a wycofującymi się spod Warszawy resztkami armii radzieckiej. Jej wynik końcowy był zadowalający dla nas – gdyż siły bolszewików zostały rozbite. W wyniku tej bitwy 209 polskich żołnierzy zostało zabitych i rannych. Zaś w bolszewickim wojsku 600 osób zginęło i zostało rannych, zaś 8200 osób było jeńcami. Dodatkowo bolszewicy stracili 22 działa, 147 ckm-y, 1 samolot a także 3 pociągi wypełnione bronią, innym sprzętem i jedzeniem. Setki żołnierzy radzieckiej armii uciekło do pobliskich lasów, gdzie przez kilka kolejnych dni byli wyłapywani przez Polaków. Wszyscy żołnierze radzieccy zostali pochowani na cmentarzu razem z żołnierzami niemieckimi – z I wojny światowej. Cmentarz znajduje się przy ul. Świerkowej w Białymstoku.

 

Jeżeli coś upamiętniać to z pewnością sukcesy, a nie porażki. Dlatego też z powodów technicznych (potrzeba dużo miejsca) inscenizacja odbędzie się na Placu Niezależnego Zrzeszenia Studentów (Plac Uniwersytecki). Warto dodać, że nie będzie to powtórka z poprzedniego roku. Tym razem inscenizacja najpierw pokaże życie codzienne w tamtych czasach, a następnie przeniesie widzów na pole wojennej potyczki z udziałem kawalerii. W tym roku będzie można zobaczyć na pewno więcej strojów i mundurów z epoki oraz więcej zróżnicowanego sprzętu wojskowego.

 

Pokaz odbędzie się 19 sierpnia o godz. 12.30. Weźmie w nim udział ok. 120 rekonstruktorów, 3 repliki wozów militarnych, armaty i konie. Inscenizacja zostanie wzbogacona o scenografię, efekty dźwiękowe i pirotechniczne. Na specjalnie ustawionym telebimie widzowie będą mogli zobaczyć film oraz pokaz slajdów obejmujący zdjęcia z poprzednich rekonstrukcji i historyczne fotografie z epoki. Widowisko potrwa kilkadziesiąt minut. Potem rekonstruktorzy i pojazdy biorące w niej udział, udadzą się pod Muzeum Wojska w Białymstoku. Tam będzie można obejrzeć z bliska pojazdy i armaty, porozmawiać z uczestnikami inscenizacji. Będzie też możliwość bezpłatnego zwiedzania ekspozycji muzealnych. Chętni poczęstują się wojskową grochówką.

 

fot. Wschodzący Białystok

Przy ul. Mazowieckiej stoi żółty, stary, zabytkowy drewniany dom. Wokół niego zmieniło się wszystko – powstała nowa, szeroka ulica Kaczorowskiego, obok wyrosły apartamentowce i biurowce, zaś w okolicy znikło praktycznie wszystko z dawnych lat. Dom ten jest w fatalnym stanie, zabity deskami. Nic nie wskazuje na to, by ktoś miał jakikolwiek pomysł na zagospodarowanie tego domu. Można rzec, że jest on pryszczem na d… dla lokalnej władzy. Wszystko dlatego, że swoim przymykaniem oczy na drewniane zabytki najchętniej by chcieli, bo dom ktoś podpalił, a jego miejsce powstał kolejny apartamentowiec. Tak samo jak z wieloma domami na Bojarach, a ostatnio też na osiedlu Bema/Przydworcowe.

 

W 2013 roku czyli 5 lat temu można było przeczytać w lokalnym Kurierze Porannym, że ten dom „czeka na pomysł”. Mamy 2018 rok i co? Wciąż czeka? Dom należy do miasta, które próbowało wydzierżawić budynek. Zacznijmy od tego – że budynek jest ruderą, więc żeby wydzierżawić – albo powinno miasto ustalić czynsz na 1 zł na najbliższe 10 lat – tak by gruntowny remont się opłacał dla najemcy bądź też wyremontować budynek za własne pieniądze i wtedy dzierżawić. Niestety Tadeusz Truskolaski i jego ekipa są słynne z rozrzutności. Wydają pieniądze na lewo i prawo, niestety nie na to co trzeba. Przykładem mogą być śledzie książkowe (wiecznie puste – bo mieszkańcy książek nie oddają) czy hamaki (które idioci zdążyli już popsuć). Władza nie szczędzi też kasy na fanaberie mieszkańców – typu pomniki z budżetu obywatelskiego – o czym już wspominaliśmy. Przykładów można by wymieniać jeszcze więcej.

 

Dlatego też urzędnicy, dla których dom jest pryszczem na d… najprawdopodbniej marzą, by zabytek po prostu się rozpadł. Wtedy problem będzie z głowy. Wyda się decyzję zezwalającą na budowę kolejnego apartamentowca i wszyscy będa szczęśliwi. Po co w mieście hołdować ruderom, jak prawdziwe dzieła sztuki tworzą developerzy.

Kiedy powstawał portal Podlaskie.Tv – główną jego ideą była promocja województwa podlaskiego jako miejsca przypominającego Bieszczady. Czyli ziemi zapomnianej, mało rozwiniętej, uspokojonej, gdzie żyje się powoli, zaś widoki są magicznego. To wszystko od początku istnienia staramy się ukazywać. Dodatkowo promujemy Białystok – jako miejsce, które powinno stanąć w szranki z największymi – Warszawą, Wrocławiem, Poznaniem, Krakowem czy Gdańskiem. Wszystko po to by gospodarczo dorównać im. Stolica województwa podlaskiego powinna być silnym ośrodkiem, zaś wszystkie okolice spokojne i magiczne. Do podobnych przekonań doszła Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna. W ostatnim czasie w internecie zaczęła promować walory regionu przez pryzmat wyzwań współczesnego życia. Przedstawia Podlaskie jako przestrzeń, gdzie nieskażona przyroda i zanurzona w niej kultura pozwalają naturalnie “zasilić się” i odzyskać utraconą równowagę.

 

Celem kampanii reklamowej województwa jest zakorzenienie obrazu Podlaskiego w świadomości mieszkańców Warszawy i innych dużych aglomeracji jako najlepszego miejsca naturalnego wypoczynku. Atutem ma być tylko 2 godziny jazdy od centrum Warszawy, zaś do zwiedzania puszcze, parki narodowe, rozlewiska rzek oraz. Jednym słowem „cyfrowy detoks”. Z taką różnicą, że w Bieszczadach internet mobilny i zasięg telefoniczny praktycznie nie działa. U nas tak. Zdjęcia na potrzeby kampanii wykonali podlascy fotografowie.

 

Kampania jest kierowana przede wszystkim do mieszkańców Warszawy. Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna jest stowarzyszeniem, które pracuje na rzecz wspierania turystyki w regionie. Działania Organizacji skupiają się na promowaniu lokalnych walorów turystycznych oraz kreowaniu pozytywnego wizerunku województwa podlaskiego. Głównym celem Organizacji jest zwiększenie zainteresowania całorocznym wypoczynkiem w regionie oraz wzrost liczby turystów w regionie.

 

Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna została powołana w 2002 roku. Wśród członków Organizacji znajdują się samorządy, instytucje, organizacje pozarządowe, osoby fizyczne oraz reprezentujące branżę turystyczną podmioty działające na rzecz rozwoju turystyki w województwie podlaskim.

 

 

fot. Podlaska Regionalna Organizacja Turystyczna

Ostatnio zrobiło się o nim głośno po tym jak zdobył złoty medal i został Mistrzem Europy w Lekkiej Atletyce. Mowa tu o rzucającym młotem Wojciechu Nowickim reprezentującym klub Podlasie Białystok. Kim jest Wojciech Nowicki, który w Berlinie rzucił 80,12m i był najlepszy? To 29-letni, urodzony w Białymstoku lekkoatleta specjalizujący się w rzucie młotem. CO ciekawe – jeszcze w szkole podstawowej trenował piłkę nożną w Jagiellonii Białystok, piłkarzem ostatecznie nie został. W liceum zaczął trenować w Podlasiu Białystok.

 

Pierwsze sukcesy zaczął osiągać po czterech latach treningów. W Młodzieżowych mistrzostwach Europy zdobył 5 miejsce. W 2015 roku czyli po 8 latach od rozpoczęcia treningów zdobył pierwszy brązowy medal na Mistrzostwach świata w Pekinie. W kolejnych latach zdobywał kolejne brązy. W 2017 roku w końcu osiągnął srebro, zaś w tym roku po raz pierwszy złoto. Co ciekawe, Wojciech Nowicki jest z wykształcenia automatykiem-robotykiem, a dyplom uzyskał na Politechnice Białostockiej. Co cieszy, nie uciekł do Warszawy jak wiele innych znanych osób, tylko mieszka w stolicy województwa podlaskiego wraz z żoną i córką.

 

Wojciechowi Nowickiemu życzymy kolejnych sukcesów!

 

fot. Wschodzący Białystok

Budżet Obywatelski w Białymstoku z roku na rok coraz bardziej się rozwija. Tym razem można będzie głosować na projekty miejskie, osiedlowe, oświatowe i zielone. Problem w tym, że budżet obywatelski powinien powoli się… zwijać. Wszystko dlatego, że za kilka lat będziemy mieli miasto zasypane pomnikami, figurkami i innymi bzdetami. Każdy bowiem chce po swojemu miasto „upiększyć”, co powoduje oczywiście zaśmiecenie ładu architektonicznego. Z roku na rok każdy będzie chciał od siebie coś „dostawić” i tak zrobimy śmietnik.

 

W tym roku również ktoś chce stawiać ławeczkę-pomnik Franciszka Karpińskiego czy pomnik Ryszarda Kaczorowskiego. Oczywiście nie można odmówić zasług ani jednemu ani drugiemu, ale czas powiedzieć dość. Żadnych nowych pomników w mieście. Ani one ładne, ani eleganckie, ani potrzebne. Warto więc pomyśleć, by w kolejnych latach wszystkie projekty związane z architekturą były automatycznie odrzucane. Zaś takim projektom jak Park trampolin na Szkolnej, przebudowa ul. Rzemieślniczej, nowy ambulans dla pogotowia, ciąg pieszo-jezdny na Narewskiej, mostek w rezerwacie Zwierzyniec, zegar w Parku Zwierzynieckim tylko trzeba przyklasnąć i życzyć by powstały.

 

Mieszkańcy nie powinni mieć możliwości „upiększania” swego miasta z tego samego powodu co nie budują domów bez projektu architekta. Budżet Obywatelski to powinny być przede wszystkim projekty osiedlowe. Mieszkańcy chcą budować drogi, parkingi, place zabaw, centra rekreacji czy organizować festyny. W tym roku wystartował też „zielony budżet” co jest taką samą pomyłką jak większość projektów ogólnomiejskich. Bowiem mieszkańcy zabierają się znów za architekturę. Tym razem krajobrazową. Zgłosili skwery, nasadzenia krzewów, tworzenie łąk. Zaś tym powinien się zajmować ogrodnik miejski – który jak widać po choćby rondzie Lussy i innych nasadzeniach w mieście – umie to robić.

 

Dlatego do wszystkich autorów projektów możemy zaapelować o opamiętanie się, zaś do radnych i prezydenta o przeprowadzenie zmian w kolejnych budżetach tak, by mieszkańcy za kilka lat z Białegostoku nie zrobili architektonicznego śmietnika.

Podróżni przybywający do Białegostoku pociągiem będą musieli wkrótce liczyć się z utrudnieniami. Lada chwila rusza wielki remont dworca PKP, który zmieni ten obiekt wewnątrz i przed budynkiem nie do poznania. Choć na pierwszy rzut oka budynek nie wygląda jakby tego potrzebował, to projekt metamorfozy wygląda zachęcająco. Wszystko dlatego, że w planach jest przywrócenie historycznego charakteru poczekalni. Odtworzone zostaną dawne posadzki, słupy żeliwne, a także zdobienia ścian i sufitów. Zniknie też obecny „jarmark” komunikacyjny przed dworcem. Przebudowane zostaną także perony. Będą nowe wiaty, oświetlenie, tablice informacyjne i ławki oraz przejścia podziemne.

 

Osoby, które były na dworcach większy miast zauważyły, że perony są całkowicie zadaszone. W Białymstoku jak widać z projektu – nikt o tym nie pomyślał. Po prostu wymienią wiaty, dzięki którym można poczekać na pociąg. Tylko, że wiata jest ciasna, a peron ogromny. Wszyscy pod wiaty się nie zmieszczą. A w deszczu nikomu stać się nie chce.

 

Druga ważna kwestia to (chyba) nikt też nie pomyślał, by do Białegostoku dojechało Pendolino. To ważne, by można było się dostać do Warszawy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia czy Poznania z pominięciem małych stacji – sporo zyskując na czasie. Przypomnijmy, że do końca 2020 roku zakończą się prace związane z budową Rail Baltici. Wtedy to z Białegostoku do Warszawy będzie można jechać 160 km/h. Podróż do Warszawy nieznacznie skróci się. Obecnie do Warszawy Wschodniej pociąg z Białegostoku jedzie równo 2 godziny. Po modernizacji jechać będziemy 1,5 godziny. Gdybyśmy pominęli wszystkie stacje – pociąg dojechałby do Warszawy 10-15 minut szybciej. Jednak na połączenie ekspresowe należy patrzeć nie przez pryzmat dojazdu do Warszawy – ten z Białegostoku jest już dziś naprawdę dobry. Chodzi o to, by dużo szybciej dojechać do innych większych miast, oddalonych od stolicy Podlaskiego o kilka godzin drogi. Remont dworca i peronów w Białymstoku skończy się zaś pod koniec 2019 roku. Żeby wpuścić Pendolino – trzeba by było przebudować peron (pociąg Pendolino jest szerszy niż standardowy).

 

Dlatego przyjemnie będzie kupować bilet i czekać na pociąg na wyremontowanym dworcu, ale każda modernizacja dworca powinna być przede wszystkim praktyczna. Tutaj ani nie ma co liczyć na zadaszone perony, ani na peron przystosowany do przyjazdu Pendolino. A potem każdy się dziwi dlaczego Białystok to Polska B. Przecież taki ładny.

 

Mało kto wie, że Pałac Branickich w Białymstoku z dzisiejszych czasów nie jest tym samym miejscem co w czasach swojej świetności czyli w XVIII wieku. Złote czasy całego miasta – w tym Pałacu Branickich skończył III rozbiór Polski. Zaś piekło II Wojny Światowej dokończyły dzieła zniszczenia i dziś mamy replikę Pałacu. W wersji znacznie biedniejszej. Najciekawszych rzeczy dowiedzieć się można jednak ze starych rycin. Otóż dziś ogród pałacu kończy się tuż za mostem. Kiedyś za mostem była dalsza część ogrodu, która była tak samo długa jak ta, którą możemy podziwiać dzisiaj. Ogród sięgał więc aż do dzisiejszego budynku Książnicy Podlaskiej przy ul. Skłodowskiej. Zaś na jego zwieńczeniu była wielka brama z kolumnami. Na krańcu ogrodu znajdowała się także Komedialnia czyli pierwszy na ziemiach polskich teatr, który został założony 17 lat przed Teatrem Narodowym w Warszawie!

 

Białostocki operhaus był piętrowym budynkiem, posiadał loże, wielką scenę, a także wprawiającą w zachwyt kurtynę, która była namalowana olejnymi farbami przez Augustyna Mirysa – polskiego malarza, urodzonego we Francji. Mirys służył swym talentem na dworach Sapiehów czy Krasickich, a później także dla Branickiego – za co dostał od niego dokumenty nadające mu szlacheckie pochodzenie.

 

W Komedialni znajdowały się zapisy 19 oper, 41 baletów i 122 dramatów! Białostocki operhaus miał własną orkiestrę, balet, a na scenie występowały gwiazdy sprowadzane z Rzymu, Wenecji czy Wiednia. Życie kulturalne na dworze Branickiego tętniło tak bardzo, że Białystok był ważnym ośrodkiem kulturalno-społecznym w Europie! Żałować można tylko, że dzisiejszy Pałac to replika z połowę mniejszym ogrodem. To se ne vrati…

 

Białostocki Pałac Branickich to perła, o którą trzeba dbać w najwyższym stopniu. Z tego samego założenia wychodzą także władze Białegostoku, mimo że obecnie pałac Branickich to siedziba władz Uniwersytetu Medycznego. Choćby z tego powodu prezydent Truskolaski mógłby się wypiąć na pałac i stwierdzić, że jego utrzymanie i wygląd zależy od UMB. Na szczęście tak nie jest i władze regularnie odnawiają całkowicie zniszczony podczas wojny pałac.

 

Jeżeli byśmy dokładnie się przeszli przez teren dawnej siedziby Branickich to byśmy zauważyli, że jeszcze sporo jest do odnowienia. W ogrodzie, na boku nowego blasku przydałoby się kaplicy, obok ogrodzone z powodu złego stanu technicznego są cztery filary, zaś od dziedzińca mur jest ogrodzony specjalną siatką, by się nie sypał. Fatalnie też wygląda elewacja pałacu na niektórych fragmentach. Zaś most w ogrodzie to mówiąc wprost – tragedia.

 

Tymczasem z roku na rok sam ogród coraz piękniejszy robi się ogród. Najnowsze zmiany w nim to nowe rzeźby – tych w ogrodzie jest całe mnóstwo. To nie wszystko – w tym roku jeszcze będzie kilka nowych. Miejmy nadzieję, że już niedługo Pałac Branickich w Białymstoku zyska stuprocentowy blask. Nie jest to łatwe gdyż prace remontowe w Pałacu są bardzo drogie – restauracja każdego zabytku to drenaż kieszeni. Same rzeźby z ogrodu kosztywały prawie 740 tys. zł.

Zapadł wyrok na lisy. W podlaskich lasach uznawane za szkodniki – te rude ssaki będą wybijane. Na otarcie łez – podlaskie lasy zostaną zasiedlone zającami, których coraz bardziej ubywa. Sprawa jest dość dziwna.

 

Przez ostatnich kilkadziesiąt lat na naszych terenach liczba zajęcy zmniejszyła się o połowę. Samorząd Województwa Podlaskiego postanowił przejąć kompetencje matki natury i teraz podlaskim lasom chce zające zwrócić. Problem polega na tym, że zające są jednym z wielu przysmaków lisów. Zwierzęta te są prawie wszystkożerne (jedzą owoce i polują na ssaki swoich i mniejszych rozmiarów, a także jak wiemy – kradną kury z kurników).

 

Lisy jak i inne zwierzęta są uczestnikami całego ekosystemu. Wtrącanie się człowieka zawsze przynosi największą szkodę dla natury. Czy zatem powinno się odpuścić lisom? Odpowiedź jest prosta – lisy są w menu wilków. Tak jak myśliwi wybijają jelenie, sarny, a chcą też lisy to dlatego, że przejmują kompetencje wilków do oczyszczania natury z tych osobników. Jak wiadomo myśliwi nienawidzą wilków i marzą o tym by móc na nie polować. Politycy z obawy przed Unią Europejską – która bardzo pilnuje ochrony środowiska – nie mogą się na to zgodzić, ale utrudnić życie wilkom – to jak najbardziej.

 

Dlatego też pomysł samorządu województwa by sztucznie regulować ile w lesie ma być lisów, ile zajęcy powoduje chwianie całym ekosystemem. Stąd też miejmy nadzieję, że cały program pilotażowy jaki planuje Samorząd województwa podlaskiego okaże się niewypałem i zaprzestaną głupich praktyk. Szczególnie, że lisów na świecie jest tak dużo, że wybicie ich na danym obszarze na szczęście nic nie da.

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza na początku września zorganizuje bieg charytatywny na rzecz budowy hospicjum dla mieszkańców wsi. Każdy, kto chciałby dorzucić swoją „cegiełkę” do tej inicjatywy może zapisać się na dystanse: 1,5, 5 i 11 km. Trasa poprowadzi malowniczymi drogami leśnymi na obrzeżach Puszczy Białowieskiej w okolicach Rybak – w dolinie Rzeki Narew. Zgłaszać się może każdy – indywidualni biegacze, kluby biegowe, drużyny szkolne i firmowe, rodziny.

 

Impreza jest bezpłatna, ale ponieważ jej celem jest charytatywna zbiórka pieniędzy organizatorzy chcieliby, by każdy kto się zapisze wpłacił co najmniej 30 zł. Biegowi będzie towarzyszyć impreza integracyjna z pokazami, muzyką czy miejscem zabaw dla dzieci z animatorem. Dodatkowo będzie ognisko z posiłkiem regeneracyjnym. Bieg odbędzie się 8 września.

 

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza ma swoją z siedzibą w Michałowie, gdzie prowadzi społeczne Hospicjum Domowe z dala od większych miast. Placówka niesie bezpłatną pomoc osobom nieuleczalnie chorym, aby mogły godnie przeżyć ostatnie miesiące swego życia. Teraz fundacja chce postawić kolejny krok w rozwoju i zbudować hospicjum stacjonarne. Dzięki takim inicjatywom jak organizacja biegów charytatywnych – ich wizja staje się coraz bardziej realna. 

 

Fundację można wspierać także bez biegania. Wystarczy wpłacić dowolną kwotę na ich konto:

 

Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza
ul. Szkolna 20, 16-050 Michałowo
KRS: 0000328837

Nr konta głównego – pomoc medyczna dla pacjentów Hospicjum Domowego i inne cele statutowe Fundacji HPE:
52 8060 0004 0551 0139 2000 0010
Bank Spółdzielczy w Białymstoku, Oddział w Michałowie

 

dla wpłat z zagranicy:
SGB-Bank S.A. SWIFT/BIC CODE: GBWCPLPP
PL 52 8060 0004 0551 0139 2000 0010

 

Nr konta budowy Hospicjum Stacjonarnego:
81 1050 1953 1000 0090 3150 6141
ING Bank Śląski, oddział w Białymstoku

 

dla wpłat z zagranicy:
ING Bank Śląski SWIFT/BIC CODE: INGBPLPW
PL 81 1050 1953 1000 0090 3150 6141

Malutka uliczka odchodząca od Wyszyńskiego, leżąca tuż przy Sosnowskiego czyli Grunwaldzka to pozostałość po dawnym Białymstoku i Chanajkach. Nim powstała ulica Sosnowskiego – przy Kijowskiej było rozwidlenie – kocimi łbami dojechać można było własnie Grunwaldzką do Wyszyńskiego lub żwirową ulicą Sosnową do Sukiennej. Krajobraz zaczął się zmieniać około 20 lat temu. Najpierw wybudowano bloki przy ul. Brukowej w sąsiedztwie I LO, później kolejne – bliżej Sosnowej i Grunwaldzkiej. Kolejne zmiany to znikające kolejne drewniane domy z dawnych Chanajek stojące przy Grunwaldzkiej. Aż w końcu wybudowano tu normalną, szeroką, asfaltową drogę, zaś z dawnych miejsc pozostał tylko Wydział Architektury, kilka domów oraz ciekawy fragment Angielskiej i właśnie pozostałości Grunwaldzkiej – jeden to szary, duży dom drewniany oraz sąsiadująca dawna fabryka.

 

Ostatnio pożal się Boże miejscy urbaniści w planach zagospodarowania przestrzennego nie uwzględnili przeszłości obu budynków. W ich miejsce wkrótce zapewne pojawiłyby się „apartamenty”. Na szczęście wkrótce będą wybory, więc politycy uważają co robią i tym razem zmiany zablokowali i odpowiednie przepisy pojawią się w nowym projekcie planu zagospodarowania przestrzennego. A warto dbać o historię miasta zachowując to, co jeszcze może przypominać o dawnej historii miasta. Wyjątkowy dom – zaprojektowany przez znanego w międzywojniu architekta – Szymona Pappe oraz fabryka Szlachtera – w której są warsztaty szkolne, to zdecydowanie miejsca, które nie zasługują jeszcze na śmierć na rzecz kolejnych „apartamentów”.

 

Póki co developerzy muszą szukać sobie innych miejsca.

Ul. Sitarska w Białymstoku to malutka ulica na Białostoczku. W planach od lat było jej przedłużenie i połączenie z sobą osiedli Centrum i Białostoczek z Dziesięcinami. Problem polegał na tym, że pomiędzy Sitarską, a ówczesną ulicą Berlinga (teraz Hallera) były ogródki działkowe, tory kolejowe i puste pola. A pomiędzy Al. Piłsudskiego a Poleską drewniane domy pamiętające czasy żydowskiego Getta. Międzyczasie powstała ulica Świętokrzyska łącząca Antoniukowską z ówczesną Berlinga i obwodnicą miasta oraz Bohaterów Getta łączącą Al. Piłsudskiego z Poleską. Było wiadomo, że trzeba szukać pieniędzy także na Sitarską by „dzieło” było ukończone.

 

Gdy w końcu ogłoszono, że inwestycja rusza, to nieoczekiwanie do akcji wkroczyli ekolodzy, którzy dopatrzyli się na ogródkach działkowych unikalnych kwiatów i ptaków. Oczywiście inwestycja nie podobała się też właścicielom ogródków działkowych, które były na trasie nowej drogi. Ostatecznie udało się uzgodnić niezbędne pozwolenia z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Kiedy można było ruszać, to pojawił się kolejny problem. Miasto nie mogło wyłonić w przetargu wykonawcy. Po kilku razach ostatecznie udało się to uczynić w tamtym roku.

 

Droga została wreszcie ukończona. 900-metrowy odcinek ma po 2 pasy ruchu – przy czym jeden to buspas. Oznacza to, że miasto na tym odcinku puści nową linię autobusową (lub zmieni trasę istniejącej). Dodatkowo nowa droga odciąży wiadukt Dąbrowskiego. Szybciej też dostaniemy się na Dziesięciny i Bacieczki z centrum. 

 

 

Kładka Waniewo – Śliwno jest nieczynna, ale od przyszłego roku się to zmieni. Obecnie w Narwiańskim Parku Narodowym trwają prace remontowe. Po starej kładce nic nie zostało, gdyż została rozebrana. Teraz robotnicy stawiają nową, która będzie służyć wszystkim od przyszłego roku. A wybrać się do Waniewa lub Śliwna zawsze warto.

 

Między miejscowościami Śliwno i Waniewo, oddalonymi od Białegostoku o około 30 km znajdują się rozlewiska Narwi, które w zależności od pory roku znajdują się gruncie bądź są na powierzchni. Na niektórych fragmentach jest tak dużo wody, że jest ona cały rok. Wtedy musimy użyć siły mięśni aby przyciągnąć platformę, która pozwoli dostać się na drugi brzeg wody. Znajdujące się na kołowrotku liny nie powinny sprawić żadnego kłopotu. Dlatego też siłować się mogą też dzieci. Łącznie na trasie przygotowano cztery takie tratwy.

 

Kilometrowa drewniana kładka posiada także wieżę obserwacyjną, na której można odpoczywać lub obserwować ptaki, gdyż jest ich tam całkiem sporo. Kładkę można zwiedzać z obu stron – przyjeżdżając do Sliwna (jadąc przez Kurowo od Choroszczy) lub przyjeżdżając do Waniewa (jadąc ekspresówką przez Jeżewo). Niezależnie, z której strony zaczniemy wycieczkę, to naprawdę warto. Mimo wszystko, trzeba z tym poczekać do przyszłego roku.

 

fot. Narwiański Park Narodowy

Ania Omielan to 25-latka urodzona w Dąbrowie Białostockiej, znakomita pływaczka białostockiego klubu, która osiągnęła w życiu już bardzo wiele. Brała udział w mistrzostwach świata, igrzyskach, zdobywając wiele medali na arenie krajowej i międzynarodowej. Mało kto w tak młodym wieku może się pochwalić własną stroną na Wikpedii. Jednak przy swoich osiągnięciach, te wydaje się najmniejsze. Między 2007 a 2013 rokiem zdobyła w Tajwanie, Berlinie, Pekinie, Islandii, Niemczech, Holandii, Grecji i też wiele razy w Polsce – medale.

 

– Pływanie wiele mnie nauczyło, ukształtowało mój charakter, nauczyło wytrwałości i przezwyciężania słabości. – pisze sama o sobie. Jednak mimo odwagi i pogody ducha Anna nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkimi problemami. A jej największy to brak nogi, którą utraciła podczas wypadku rolniczego w wieku 2 lat. – Zawsze starałam się żyć bez ograniczeń, 2 treningi na basenie, dodatkowo 1 trening na siłowni, jednak brak nogi, złej jakości proteza, stale okaleczony kikut i kolejne operacje sprawiły, iż sport musiałam odstawić na drugie miejsce, a rozpocząć walkę o zdrowie. 

 

Anna Omielan marzy o powrocie do sportu. Nie jest to jednak możliwe bez odpowiedniej protezy, bez której nie da się normalnie funkcjonować a tym bardziej trenować. Za każdym razem otarcia na kikucie wykluczają dziewczynę z normalnego życia. 25-latka postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Próbuje uzbierać 60 000 zł na odpowiednią protezę. Prawie jedna trzecia tej kwoty już jest. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy jej pomóc niech tylko spojrzy na jej osiągnięcia i zastanowi się czy nie warto, by dziewczyna osiągała dla Polski znów znakomite wyniki.

 

Pieniądze na protezę można przekazać przy pomocy portalu:
https://pomagam.pl/plywaniedlaani

 

Osiągnięcia:
Mistrzostwa Świata Juniorów IWAS Tajwan 2007 – I i II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec – Berlin 2009 – I i II miejsce;
Igrzyska Paraolimpijskie Pekin 2008 – udział w 5 konkurencjach; IX miejsce
Zimowych i letnich Mistrzostwa Polski 2009 – II miejsce;
Integracyjne zawody pływackie, Warszawa 2008 – I miejsce;
Mistrzostwa Europy w pływaniu na Islandii, Reykjavik 2009 – II i III miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec, Berlin 2009 – I, II, III miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Kalisz 2009 – II miejsce II miejsce;
Puchar Białegostoku w pływaniu, Białystok 2009 – I miejsce;
Zimowe Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Białystok 2010 – II miejsce ;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Gorzów Wielkopolski 2010 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Niemiec w pływaniu, Berlin 2010 – III miejsce;
Zawody Nadziei Paraolimpijskich, Warszawa 2010 – I miejsce;
Mistrzostwa Świata w Pływaniu, Eindhoven 2010 – VI, VII, VIII miejsce;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2011 – II miejsce;
Otwarte Mistrzostwa Grecji w Pływaniu, Naoussa 2012 – 3 złote medale;
Letnie Mistrzostwa Polski w Pływaniu, Szczecin 2013 – I i II miejsce;

 

fot. Facebook Anny Omielan

W całej Polsce miała miejsce dekomunizacja, w związku z czym wiele ulic zmieniło swoją nazwę. Bardzo wiele osób jednak zastanawia się dlaczego mamy wciąż w Białymstoku, Suwałkach czy Augustowie ulicę Waryńskiego oraz w przypadku Białegostoku Proletariacką. Przecież Ludwik Waryński widniał na starym banknocie 100 zł i jest jednoznacznie kojarzony z PRL. Żeby wytłumaczyć to – trzeba się zagłębić w szczegóły – gdyż jak mówi stare porzekadło – tam tkwi diabeł.

 

Oddajmy głos najpierw samemu Waryńskiemu. Twierdził on, że przyczyną nędzy i wszelkiego ucisku w społeczeństwach dzisiejszych jest nierówność i niesłuszność przy podziale bogactw między rozmaite społeczeństw onych klasy. Jakkolwiek bogactwa są rezultatem pracy, nie przypadają jednak w udziale tym, którzy pracowali nad ich wytworzeniem. Przy dzisiejszym ustroju społecznym klasy uprzywilejowane (klasy posiadające), nie pracując wytwórczo (produkcyjnie), zagarniają przeważną część bogactw pracą zdobytych, klasa zaś robotnicza (klasa nieuprzywilejowana, nieposiadająca), ograbiana z owoców swej pracy, nędzę i upodlenie znosić musi.

 

Takie słowa to wypisz wymaluj Lenin czy Dzierżyński. Mimo wszystko, to kojarzenie Waryńskiego z PRL-em ubóstwiających dwóch wyżej wymienionych panów jest efektem propagandy. Komunistyczne władze PRL zwyczajnie sobie wzięły Waryńskiego na „autorytet” przez zbieżność poglądów, jednak Ludwik Waryński żył w XIX wieku, zaś PRL był wytworem XX wieku. Więc można jedynie spekulować czy gdyby Waryński żył to wspierałby Lenina i Dzierżyńskiego. Poważni historycy jednak nie mają wątpliwości – tego typu snucie wizji byłoby działaniem ahistorycznym i oderwanym od faktów.

 

Stąd też, mimo zbieżności poglądów – jasna jest interpretacja obecnej dekomunizacji. Samo posiadanie poglądów komunistycznych nie jest propagowaniem ustroju totalitarnego. Dopiero czynny udział w tym zbrodniczym systemie spowodował, by patron ulicy zniknął. Dlatego też zmiana ulic Waryńskiego czy Proletariackiej byłoby zwyczajną nadgorliwością ze strony urzędników, gdyż nie można było propagować systemu totalitarnego nie żyjąc w tych czasach.

Droga ekspresowa z Białegostoku do Warszawy coraz dłuższa. Drogowcy oddali kolejny remontowany odcinek. Tym razem od granicy województwa podlaskiego do Ostrowi Mazowieckiej. Oznacza to, że z samego Białegostoku aż do końca obwodnicy Ostrowi Mazowieckiej można jechać nową drogą. Następnie, będziemy jechać przez jeszcze jeden remontowany, 30-kilometrowy odcinek. Potem od Wyszkowa do samej Warszawy znów piękną, nową drogą.

 

Ostatni remontowany odcinek ma być skończony w trzecim kwartale 2018 roku. Czyli jeszcze przed zimą powinniśmy jeździć ekspresówką do stolicy. Jak już pisaliśmy za trzy lata pojedziemy do Warszawy pociągiem z prędkością 160 km/h. Bardzo ważnym elementem transportowej układanki powinno być jeszcze lotnisko. Tak naprawdę gdyby udało się stworzyć lokalne połączenia lotnicze do Krakowa, Gdańska oraz Poznania – to wreszcie byśmy mogli powiedzieć, że nic Białemustokowi nie brakuje pod względem innych dużych polskich miast.

 

Problem wciąż leży jednak po stronie zarobków. W Białymstoku nadal zarabia się tragicznie w porównaniu z takimi miastami jak Poznań, Wrocław, Gdańsk czy Kraków. Jeżeli nadal nic z tym nikt nie będzie robić, to w Białymstoku będzie rosnąć tylko zadłużenie. A problem jest wielki – bo pieniędzy na inwestycji z Unii Europejskiej nie będzie już aż tyle, by robić w mieście jakieś większe przedsięwzięcia. O planach przebudowy Bohaterów Monte Cassino można raczej zapomnieć jeszcze przez lata. Wątpliwe jest to, by znalazły się na to pieniądze.

 

Dlatego wątpliwe jest też to, by Białystok dalej się rozwijał skoro zaraz skończą się inwestycje. Teraz musimy odbudować akademicką pozycję Białegostoku, a także zrobić wszystko by ludzie zarabiali tu tak samo jak w innych dużych miastach. W innym przypadku grozić nam może zapaść gospodarcza.

 

Odbywający się w ubiegły weekend Festiwal Basowiszcza w Gródku był transmitowany w internecie przez Radio Racyja. Całość jest dostępna na YouTube, dzięki czemu osoby, które na przykład wybrały w tym samym czasie mecz Jagiellonii bądź festiwal w Czeremsze – mogą nadrobić zaległości. A jest co oglądać – na scenie wystąpiło wiele znakomitych zespołów m.in. Lao Che czy tradycyjnie Ilo & Friends, znany białostoczanom Ostrov oraz takie zespoł jak The Glitchhh. Więcej pisać nie trzeba. Czas na ucztę!

 

Część pierwsza
Konkurs młodych kapel, Will’N’Ska, Nagual, Lao Che, Ilo & Friends, Razbitaje Sierca Pacana, Pjetlja Pristrastija

 

Część druga
Laureat konkursu młodych kapel, Ostrov, Teleport, Monroe’s Mysterious Death, Krambambula, Neuro Dubel, The Glitchhh, :B:N:, Warsaw Balkan Madness

 

Powyżej część pierwsza, poniżej część druga. Miłego oglądania.

 

 

Mamy kolejny weekend oraz żadnej wątpliwości co robić. Dziś wieczorem na gródeckim Boryku rozpoczyna się festiwal Muzyki Młodej Białorusi „Basowiscza”. To doskonałe miejsce, by się wyszaleć przy rockowych brzmieniach. Gwiazdą dzisiejszego wieczoru będzie Lao Che. Nie zabraknie też tradycyjnie Ilo & Friends, zaś na koniec wieczoru zagra znany ze Zmiany Klimatu DJ Lou Badgers.

 

 

W sobotę między innymi posłuchać można znanego białostoczanom Ostrova, po północy The Glitchhh, zaś wieczór zamknie Warsaw Balkan Madness. Z piątku na sobotę można zostać na polu namiotowym. Koszt to tylko 30 zł. Wstęp na imprezę jest darmowy. Warto dodać, że do Walił – przy Gródku dojechać będzie można pociągiem! Kiedyś na „Basy” jeździło się samochodem, autostopem, bądź jedynym PKS-em. Powrót też jak najbardziej wchodzi w grę. Zwykle pociąg kursuje 2 razy dziennie w weekendy. Tym razem w piątek odjedziemy o 16:05 i 19:35, zaś pociąg wyjedzie do Białegostoku z Walił o 17:10 i 00:20.

 

 

Program:

 

piątek (20.07)
godz. 18 – Konkurs młodych kapel

godz. 20 – Will’N’Ska

godz. 21 – Nagual

godz. 22.00 – Lao Che

godz. 23.30 – Ilo & Friends

godz. 00.30 – Razbitaje Sierca Pacana

godz. 01.30 – Pjetlja Pristrastija

godz. 02.30 – Lou Badgers

 

Sobota (21.07)
godz. 18.30 – Laureat konkursu młodych kapel

godz. 19 – Ostrov

godz. 20 – Teleport

godz. 21 – Monroe’s Mysterious Death

godz. 22 – Krambambula

godz. 23.15 – Neuro Dubel

godz. 00.30 – The Glitchhh

godz. 01.30 – :B:N:

godz. 02.30 – Warsaw Balkan Madness

Jeszcze 3 lata poczekamy na to, by do stolicy z Białegostoku można było jechać 160 km/h. Nie wygląda to zbyt rozwojowo, szczególnie że już teraz pociągi jeżdżą na tej trasie 120 km/h. W Warszawie Wschodniej obecnie wysiądziemy po równo 2 godzinach podróży. W 2021 roku podróż potrwa jeszcze krócej. Oczywiście należy się cieszyć z tego co mamy, ale warto sobie uświadomić, że obecny rekord prędkości osiągnięty na świecie to 603 km/h.

 

Żeby w Polsce w ogóle było można marzyć o podobnych prędkościach musi się zmienić myślenie. Mimo, że komunizmu formalnie nie ma od 1989 roku, to mentalnie jest on w urzędnikach cały czas. Niczym w piosence Perfectu – Nie Płacz Ewka – w głowach urzędników telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt. Dlatego potem wszystko co inwestujemy, to nie robimy tego perspektywicznie. Drogi mają po 2 pasy ruchu (gdzie samochodów przybywa), pociągi osiągają zawrotną prędkość 160 km/h zamiast budować takie tory jak we Francji czy Japonii i tak dalej…

 

Jeżeli chcemy rzeczywiście dogonić zachód, to musimy przyspieszyć i to mocno, a my będziemy gonić jeszcze 50 lat i i tak nie dogonimy. Polska dziś jest tam, gdzie zachód był, gdy rozszerzono Unię Europejską o nowe kraje. Tak – nasz rozwój obecnie to 2004 rok w Niemczech, Francji, Holandii czy Anglii. Jesteśmy zapóźnieni prawie o 20 lat. To teraz spójrzmy na jeszcze bardziej zastopowane Podlasie – o ile jesteśmy cofnięci? Dlatego z inwestycji PKP można się cieszyć przez łzy.

Po wielkiej suszy, jaka dotknęła nasz region nareszcie przyszły deszcze. Dzięki ich obfitości w lasach pojawiły się grzyby! Puszcza Knyszyńska to idealne miejsce by je zbierać. Warto zabezpieczyć się przed kleszczami i można wyruszać w drogę! Wiadomo, że każdy grzybiarz ma „swoje miejscówki”, których nie zdradziłby nawet na łożu śmierci, ale dzielenie się informacjami jest przyjemnością – szczególnie wtedy, gdy można kogoś zarazić pasją zbierania grzybów. Dlatego też „podpowiemy” gdzie szukać grzybów w Puszczy Knyszyńskiej. Najpierw mapa, następnie opis miejsc.

 

 

Żednia (Kozi Las)

To miejsce, w którym napotkać można sporo innych grzybiarzy, więc tutaj obowiązuje zasada – kto pierwszy ten ma kurki. Wjazd jest przy samej miejscowości Żednia. Wystarczy wejść do lasu i zbierać. Przy odrobinie szczęścia możemy napotkać Rysia. Nie przestraszmy się tego dużego kota.

 

Ruda (Waliły Stacja)

To mały lasek, ale sporo w nim grzybów. Wystarczy dobrze się rozejrzeć. Dojeżdżamy do Walił, a następnie skręcamy na Waliły-Stacja. Kilkaset metrów dalej po prawej stronie szukamy wejścia do lasu i można zaczynać zbiory.

 

Zubry

Miejsce najbardziej odległe, ale najlepsze bo mało tam grzybiarzy, więc sporo możemy zebrać tylko dla siebie. Zubry znajdują się niedaleko granicy z Białorusią. Dojeżdżamy do wsi i po prostu wchodzimy do lasu.

 

Krzemienne

Tutaj miejsce dla osób z dobrą kondycją, gdyż znajdziemy się w górach Krzemiennych. Dlatego nasza przechadzka zajmie nam dużo więcej czasu. Ale dla grzybków warto, prawda?

 

Wyżary

Najmniej dostępne miejsce. Trzeba iść kładką przez bagna. Dopiero za nimi w lesie możemy zacząć spokojnie zbierać grzybki.

 

Udanych znalezisk!

Muzeum Podlaskie w Białymstoku w ostatnim czasie było bardzo aktywne, dzięki czemu będziemy mogli niedługo ponownie zwiedzać Dom talmudyczny w Tykocinie, a także podziwiać portrety Jana Klemensa oraz Izabeli Branickich. Kierownictwo Muzeum doprowadziło do wylicytowania ich na monachijskiej aukcji. Obrazy zakupiono za 55 tysięcy euro. Dom talmudyczny czyli tak zwana „mała synagoga” to jedna z atrakcji Tykocina, budynek stojący przy synagodze, w którym właśnie kończy się remont. Obrazy zaś było można oglądać od lutego, teraz potrwa ich ważna renowacja.

 

Dom talmudyczny w Tykocinie będzie otwarty dla zwiedzających już od 22 lipca. Budynek postawiono w latach 1772-1798. Było to bardzo ważne miejsce na mapie polskich Żydów. Podczas II Wojny Światowej Niemcy doszczętnie zniszczyli synagogę. Dopiero w 1974 roku odnowiono ją. Teraz budynek przechodził po raz kolejny remont. Zwiedzający będą mogli obejrzeć w środku cztery różne wystawy.

 

Obrazy Branickich są namalowane przez nieznanego autora bądź autorów. Prace konserwatorskie być może wyjaśnią kim był twórca. Będzie też próba odpowiedzi na pytanie czy ktoś przemalowywał obrazy i kiedy, z jakiego kręgu artystycznego pochodzą oraz kiedy zostały namalowane. To, co zostało namalowane sugeruje, że portrety powstały około 1766 roku. Już w grudniu będzie można znów oglądać odrestaurowane obrazy przedstawiające Branickich.

 

fot. Emmanuel Dyan

Ktoś, kto chciałby pojechać bezpiecznie do Wasilkowa z Białegostoku rowerem może nareszcie to zrobić. Niestety po partackiej ścieżce rowerowej. Wcześniej przejazd mógł odbywać się z duszą na ramieniu, gdyż za plecami, tuż obok koła miało się pędzące samochody. Jak wiadomo kierowcy w większości nie wiedzą co to bezpieczny odstęp, więc ich pojazd przejeżdżający prędkością kilkadziesiąt kilometrów na godzinę można poczuć przy samej nodze. Niestety nie możemy pochwalić urzędników za budowę ścieżki odseparowanej od ulicy. Znowu ktoś podjął decyzję, by ścieżkę wybrukować, a nie wyasfaltować. To co Państwo widzą na zdjęciu, to początek ścieżki asfaltowej, na której lepiej się nie rozpędzać (mimo, że jest z górki), bo można wjechać w słup. Ścieżka nagle skręca i dalej jest już brukowana do samego Wasilkowa.

 

Chyba jeszcze wiele wody musi upłynąć w wasilkowskiej Supraśli, by to urzędnicy-rowerzyści budowali ścieżki mieszkańcom-rowerzystom. Jak na razie to nie wiadomo kto buduje, skoro wpada na idiotyczny pomysł, by ścieżkę rowerową brukować. Można by napisać „lepszy rydz niż nic”, niestety nie ma naszej zgody na dziadostwo. Skoro ktoś przeprowadza inwestycję powinien to zrobić tak, by służyła na lata zamiast robić byle jak.

 

 

 

 

Akcja #VisitPoland zorganizowana przez Polską Organizację Turystyczną nie ominęła Podlasia. Zagraniczni YouTuberzy (tacy bardziej znani) zostali zaproszeni do Polski, by nagrać tu filmy, w których przedstawią nasz kraj. Popularny (ponad 600 tys. subskrybentów) YouTuber LeBlanc odwiedził województwo podlaskie. Pokazał innym nasz wspaniały region dużo lepiej niż nie jeden film promocyjny czy ogólnopolska telewizja.

 

YouTuber odwiedził Tykocin, Supraśl, Białowieżę, Drohiczyn. O wyborze akurat tych miejsc zapewne decydował organizator, który wszędzie YouTuberów woził. Dla „znawców” tematu film może się nie spodobać. Bowiem w Podlaskiem nie istnieje coś takiego jak spójna strategia promocyjna. Każdy sobie rzepkę skrobie. Tym razem mogliśmy obejrzeć Podlaskie pod tytułem „odlotowe miejsca na Podlasiu, których nie ma gdzie indziej” i to jest prawda, a także na pewno wizerunkowi nie szkodzi, ale… pokazywanie Podlasia przez pryzmat powyższych miejscowości może sprawić wrażenie, że cały region jest dokładnie taki.

 

Czyli jaki? W filmie możemy zobaczyć wszystko tak jak widziałby to YouTuber, którego interesowało przede wszystkim jedzenie – i tutaj ciągle je chwalił. Niestety widać ewidentnie, że nie pokazał tego czego by oczekiwali organizatorzy. Najwięcej można obejrzeć na temat jedzenia, a także specyficzne zajęcia – pływanie łodzią po Narwi (raczej nie dostępne normalnym turystom), wygłupy na rowerze na ścieżce rowerowej Supraśla – zapewne nigdzie nie pojechali, bo jak wiadomo ścieżka obecnie donikąd nie prowadzi. Jedyna ciekawostka to białowieskie drezyny, z których naprawdę może skorzystać każdy. No i Drohiczyn – pływanie kajakiem (YouTuber pokazał samą rzekę i restaurację).

 

Film ogólnie jest sympatyczny, ale efekt końcowy jest lekko komiczny. Dlatego, że organizatorzy są zafiksowani na „perełkach”, ale nie wzięli pod uwagę, że młodych ludzi te perełki w ogólnie nie będą obchodzić, stąd też w filmie nie obejrzymy Podlasia takiego jakie jest naprawdę. Oceńcie sami.

Po Białymstoku można się poruszać nie tylko BiKeRem, ale także skuterem. W Białymstoku można odnaleźć jeden z 20 skuterów do wynajęcia. Z czasem ma być ich więcej. BiKeR oferuje 20 pierwszych minut za darmo. Za skuter się płaci, ale niewiele. Pytanie brzmi czy białostoczanie są gotowi na skutery. Zanim ktoś oskarży nas oskarżanie wszystkich, niech przypomni sobie ile czasu działały „Śledzie książkowe”, które teraz są puste, jak działają hamaki na Plantach, a także ile razy wypożyczaliście BiKeRa, a potem okazało się, że jest cały popsuty i ledwo jedzie?

 

Warto sobie uświadomić, że książki ze „Śledzi” nie znikły same tylko nie oddali ich mieszkańcy, hamaki zostały zdewastowane przez wandali, a rowery (są słabej jakości) nie są szanowane przez wypożyczających i dlatego tak często są popsute. Ludzie wciąż nie mogą zrozumieć, że „publiczne” to nie oznacza „niczyje” tylko „wspólne” czyli każdego mieszkańca. Że za „Śledzie”, książki, hamaki i BiKeRy – władze zapłaciły nie ze swojej kieszeni, nie ze swojego budżetu tylko z wcześniej zebranych podatków od mieszkańców.

 

Nie będziemy edukować przez internet wandali, bo wierzymy, że nasi Czytelnicy to osoby mądre, a idioci-wandale nic nie czytają, więc naszego portalu też nie. Jednak wróćmy do pytania – czy białostoczanie są gotowi na skutery? Jeżeli jest grupka idiotów, a reszta mieszkańców jest normalna, to skutery powinny trzymać się nieźle, ale żeby takie urządzenie zniszczyć nie potrzeby większości tylko jednego idioty. Firma, która będzie skutery utrzymywać (za swoje prywatne pieniądze) będzie miała dane każdego wypożyczającego oraz dane karty płatniczej. Co jeśli karta będzie bez pieniędzy? Dochodzenie za szkody w polskim sądzie trwa latami.

 

Efekt może być taki, że firma w Białymstoku zwinie interes i nie będzie można jeździć skuterami tak jak w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście czy na Węgrzech i w Hiszpanii. Miejmy nadzieję, że jednak tak się nie stanie. A do tego przyczynić się może każdy normalny białostoczanin, który to teraz czyta. Wystarczy, że wszelki akty wandalizmu będzie tępił. W naszym kraju donosy nie są mile widziane, należy jednak rozróżnić działanie z zawiści od działania w imię dobra społeczeństwa – reagowanie na wandalizm – zgłaszając wszelkie przypadki Policji to obowiązek. Dlatego nie przechodźcie obojętnie takich zdarzeń – gdy zobaczycie, że ktoś celowo niszczy dobro wspólne. Tylko w ten sposób zbudujemy dojrzałe społeczeństwo, które może korzystać ze wspólnych rzeczy.

Jak wszyscy wiemy żubry, łosie, wilki i bobry to są obecnie zwierzęta pod ochroną, do których myśliwi mogą strzelać tylko w przypadku, gdyby te zagrażały ludziom. Zanim jednak padnie strzał każdorazowo zgodę musi wydać regionalna dyrekcja ochrony środowiska. 1 lipca minister środowiska Henryk Kowalczyk spotkał się z mieszkańcami Mławy, gdzie wyraził swój plugawy stosunek do tych wspaniałych zwierząt.

Minister Henryk Kowalczyk:

Żyjemy w czasach nadmiernej wrażliwości w ochornie zwierząt. Minister Szyszko wydał zgodę na odstrzał łosi i musiał ją prawie że na drugi dzień odwoływać. My prowadzimy w tej chwili taką zasadę. RDOŚie (Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska – dop. red) mają taką sugestię żeby bardzo chętnie wyrażać zgodę na odstrzały zwierząt chronionych gatunkowo. Łosie, żubry, bobry… żubry też tam sporo szkód robią. Co do wilków te potrzeby na razie nie są tak mocno zgłaszane, ale myślę że za chwile zajdzie taka potrzeba. Ten wypadek, który był na podkarpaciu myślę że też otrzeźwi co niektórych.

 

Co najsmutniejsze, minister Kowalczyk wprost wyraża, że ma gdzieś ochronę gatunkową, a nie może jej zdjąć, bo obawia się konfliktu z Unią Europejską i wszystkimi innymi instytucjami. Zaś uważa, że lepiej robić to małymi krokami – co jest też skuteczne.  Tak skandaliczne słowa powodują, że minister środowiska powinien być natychmiast wyrzucony! Jak może zarządzać polską ochroną środowiska ktoś, kto chce niszczyć ekosystem? Przecież to chore!

 

Czy widzieliście kiedyś łosia? Te żyją głównie na mokradłach Biebrzańskiego Parku Narodowego, więc raczej większości ich nie widziała. Ich populacja jednak rośnie, więc raz na jakiś czas dochodzi do wypadków, podczas których łoś wchodzi na leśną drogę i uderza w niego samochód. Mamy więc dwa rozwiązania – ogrodzić drogę i zbudować korytarze (jak to się robi wszędzie) albo wystrzelać łosie.

 

O strzelaniu do wilków marzą myśliwi – o czym pisaliśmy, więc na te wspaniałe zwierzęta trwa nieustannie nagonka. Dlatego też minister Kowalczyk chętnie by do nich strzelał.

Tutaj więcej:

Po 20 latach znów będą polowania na wilki? Myśliwi tego pragną!

 

Bobry w oczach wielu ludzi są szkodnikami. I rzeczywiście po bobrzej robocie wypłacane są odszkodowania. Ale eksperci nie mają wątpliwości, bez bobrów straty w rolnictwie i w środowisku byłyby gigantyczne. Wszystko dlatego, że Polska pustynnieje, a bobry zatrzymują ten proces.

Tutaj więcej:

Czy Rzeka Biała wsiąknie? Duże prawdopodobieństwo jeśli nic nie zrobimy.

 

No i na koniec żubry. Piękne, dostojne zwierzęta, które żyją w symbiozie z ludźmi z okolicznych wiosek Puszczy Białowieskiej i Puszczy Knyszyńskiej. Kiedy zwierzę jest stare i słabe to stado je odrzuca. Wtedy takie pojedyncze sztuki chadzają samotnie, nie zwarzając na żadne zagrożenia. Jeżeli nic się ze zwierzęciem nie da zrobić i zagraża ludziom, to najpierw je się wabi, a potem wywozi w głąb Puszczy. Jeżeli to nie pomaga, to dopiero wtedy niestety trzeba je odstrzelić. Strzela się też do osobników chorych, które nie zostały wyrzucone ze stada. Wtedy w celu ochrony całego gatunku także do zwierzęcia tzeba strzelać.

 

I tu właśnie dochodzi do sedna. Czy do zwierząt, do których trzeba czasem strzelać naprawdę potrzeba myśliwych? Nie mógłby robić tego ktoś pod okiem weterynarza? By po prostu uśpić zwierzę? Żeby zwierzę było utylizowane, a nie zabierane jako trofeum? Strzelanie do zwierząt w Polsce to niezły biznes. Bogaci myśliwy uprawiają swoje chore hobby, zaś państwo na ich fanaberii zarabia. Tak samo zarabiają te osoby, które handlują bronią i amunicją. Zaś polowania to bardzo często po prostu pijackie imprezy z bronią, w których nie raz ktoś postronny został postrzelony lub zastrzelony.

 

Polska pod każdym względem zaczyna przypominać republikę bananową. Wszędzie tam, gdzie swoje łapy pchają politycy zaczyna się dziać coraz gorzej. Wszystko dlatego, że rozum zastępowany jest ideologią.

Mieszkańcy Białegostoku to nie jest szara masa. Mamy do czynienia z różnorodnością. Żyją tutaj studenci – uniwersytetów – medycznego, muzycznego i tego „w Białymstoku”, a także politechniki białostockiej. Stolicę województwa podlaskiego zamieszkują także ludzie, którzy zajmują się pracami – umownie nazywanymi prostymi (choć wcale takie nie są!) – produkcja, sprzedaż, gastronomia. Kolejna grupa to urzędnicy – urzędów miejskiego, marszałkowskiego i wojewódzkiego, a także innych „urzędzików”. Na samym końcu należy wymienić tych, którzy zajmują się dziedzinami specjalistycznymi. To tak zwani „ostatni Mohikanie” – czyli osoby, które mieszkają w Białymstoku mimo, że na identycznym stanowisku pobliskiej Warszawie zarobiliby co najmniej 2 razy tyle i mogliby zrobić „karierę”. Wszystkie te osoby mają zupełnie inne oczekiwania od miasta, w którym mieszkają. Są jednak uniwersalne rozwiązania, które powodują, że nie tylko lokalni patrioci pokochają to miasto. W swojej historii Białystok tylko 2 razy był mocnym ośrodkiem, gdzie zjeżdżano z całego świata. Gdy Izabela Branicka dbała o kulturę i edukację – Wersal Podlaski był modnym miejscem. Drugi raz – pod koniec XIX wieku, gdy fabrykanci masowo przenosili się z Łodzi i stworzyli u nas „Manchester Północy”. 

 

Białystok jest na 10 miejscu pod względem liczby mieszkańców w Polsce. Wydaje się, że aspirujemy do tego, by być metropolią, ale drugą nogą cały czas stoimy w Polsce powiatowej. Takie coś jak kultura u nas praktycznie nie istnieje. Oto prosty przykład: w 2006 roku zaczął materializować się pomysł wybudowania nowej Opery w Białymstoku. Krzykom, wiskom i krytyce nie było końca. Na szczęście politycy dopięli swego i wybudowali „wielkiego kloca”, który diametralnie różnił się od tego co na projekcie. Jednak z biegiem lat zaczął przypominać już inwestycję z obrazka. Przepiękne wnętrza są jednak bardziej zachęcające. Najbardziej jednak to co na scenie. Kiedyś żeby obejrzeć musical na żywo trzeba było jechać od Warszawy. Teraz nie. Warto dodać, że odbywają się tu także koncerty i tradycyjne opery. Generalnie, by dostać się np. na musical trzeba zarezerwować miejsce kilka miesięcy wcześniej. To tylko dobrze świadczy o tej instytucji – jest prestiżowa i chętnie odwiedzana.

 

Teraz przeskoczmy o 10 lat. Właśnie kończy się kilkudziesięcioletni serial pod tytułem „lotnisko”. Sytuacja jest identyczna – ci którzy chcą by Białystok dalej był powiatowy cały czas krytykują Krywlany. Że to nie będzie lotnisko, a tylko pas, że nikt tu nie będzie chciał lądować ani startować, że blisko do Warszawy więc po co tutaj. Prawda jest zupełnie inna. To czy ktoś tu będzie startować i lądować i jak szybko rozbudujemy pas i dobudujemy halę odlotów zależy od tego samego co w Operze – kto będzie zarządzać. Jeżeli będzie to sprawny, dobrze opłacany manager, który jest mocnym nazwiskiem w swoim środowisku i nie będzie układać się z politykami – to będzie sukces. Jeżeli wepchniemy na to stanowisko polityka – katastrofa murowana.

 

Jeżeli spróbujemy porównać Białystok z Warszawą pod względem możliwości, to pomijając skalę (w Warszawie wszystkiego jest po prostu więcej) widać od razu, że wielu rzeczy u nas brakuje.

 

Komunikacja miejska – tutaj Warszawa jest bezkonkurencyjna. W Białymstoku żeby gdziekolwiek dojechać trzeba ciągać się autobusami objeżdżając 5000 przystanków po drodze. Stolica ma do dyspozycji metro, tramwaje i autobusy – zwykłe i pospieszne. U nas można by było stworzyć Szybką Kolej Miejską, lecz prezydent nie potrafi dogadać się z PKP w sprawie kasowników (naprawdę!). Mamy też wiecznie zepsute bikery, którymi ledwo można dojechać od stacji do stacji. W Warszawie rowerów miejskich – nie testowaliśmy.

 

Kolejna kwestia to dostęp do kultury. Tutaj już wymienialiśmy przykład krzyku z operą, na którą niektórzy mieszkańcy nie byli gotowi. Bo po co wydawać pieniądze? Lepiej dziadować na wszystkim! Lotnisko? Lepiej jechać do Warszawy. Kultura? W Warszawie są wszyscy aktorzy z telewizji. Tylko, że jakby Białystok miał czym płacić to by wielu aktorów z Warszawy grało w naszych teatrach i do Warszawy by sobie jeździli. Jest jeszcze jedna kwestia – mamy 3 kina od jednego właściciela, teatr, operę i filharmonię – wojewódzkie oraz jeden teatr miejski. Imponująca liczba jak na wielkie miasto. A no i pewnie zdziwieni jesteście, że ceny biletów są koszmarnie drogie.

 

To teraz dla równowagi dwie rzeczy, które pokazują że z Warszawą można konkurować: gastronomia i sport. Jagiellonia z Legią gra na podobnym poziomie – rok w rok ścigając się do końca o mistrzostwo, zaś centrum (pomijając skalę) pod względem gastronomicznym i rozrywkowym ma do zaoferowania równie dużo w obu miastach.

 

Warszawa niestety bije nas na głowę pod względem korporacji. U nas pod tym względem jest mizeria i to chyba za mało powiedziane. Ktoś zaraz powie, że jesteśmy małym miastem, a Warszawa stolicą. Jeżeli popatrzymy na mapę szerzej niż do własnych granic miasta, to tak naprawdę Kraków czy Poznań mają większe możliwości niż Warszawa ze względu na bliskość do granic z innymi krajami. Dlaczego więc tej bliskości Białystok nie potrafi wykorzystać? Zobaczcie, że w Warszawie wszystko jest droższe i koszta prowadzenia firmy wyższe. Dlaczego mimo to, wielkie firmy wybierają drogą Warszawę, a nie tani Białystok? Dlatego, że w korporacjach pracują specjaliści od zarabiania pieniędzy, więc koszta im nie straszne. Dlatego argumentem przemawiającym jest danie im większych możliwości. A takie są właśnie u nas – szybkie dojazdy do pracy, taka sama rozrywka co w Warszawie… tylko jest pewien problem. Nie można stąd nigdzie polecieć samolotem, nie odjeżdża stąd Pendolino, tylko ekspresówkę zbudowali, bo w końcu zlitowali się nad nami, jak zginęło kilkanaście młodych osób w katastrofie pod Jeżewem.

 

Ostatnią kwestią ważną do poruszenia jest akademickość miasta. Jesteśmy tak marnym ośrodkiem, że plany połączenia się uniwersytetu z politechniką cały czas wiszą w powietrzu, zaś byle reforma zmiotłaby akademicki Białystok w mgnieniu oka. Z tęsknotą w oczach można spoglądać na miasto, gdy było tu 50 000 studentów. Dziś nie ma połowy. Nie ma czemu się dziwić – tylko 2 wydziały liczą się w kraju – lekarski oraz prawa. Reszta? Służy jedynie mieszkańcom całego Podlasia. A to za mało, by studentów było w mieście dużo. Czy da się coś zrobić? Tak – zainwestować w wyższą jakość, co zaprocentuje, gdy tylko pojawimy się w rankingach.

 

Wniosek jest prosty – musimy bez kompleksów rozbudowywać komunikację, kulturę, akademickość i tworzyć najlepsze warunki do biznesu. Wtedy będziemy mogli zaoferować co najmniej tyle samo co Warszawa, z tym że my mamy więcej – bo pod samym nosem mamy Puszcze Białowieską, Supraśl, Augustów, Suwalszczyznę, Biebrzański Park Narodowy i wiele innych wspaniałych miejsc. A z Warszawy trzeba tu długo jechać…

Kiedy dziś spacerujemy po Białymstoku nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo zmieniło się to miasto. Najczęściej można usłyszeć, że w ostatnich latach stolica województwa podlaskiego wypiękniała. Bardzo wiele osób chwali przede wszystkim deptak. Są też inne charakterystyczne miejsca – choćby nowa Opera i jej ogród, wieżowiec zwany „Maczugą” na Kaczorowskiego czy też białostockie Planty i tamtejsze fontanny. Zanim do Białegostoku dotarło piekło II wojny światowej, to miasto również miało swoje charakterystyczne miejsca. Dziś przedstawimy 5 takich miejsc.

Staw przy Elektrycznej – Argentyna

Nim powstał budynek Teatru Dramatycznego i jego plac, to w tym samym miejscu znajdowała się „Argentyna” czyli staw z intensywnie niebieską wodą. Niestety nie było to spowodowane stopniem zasolenia, lecz regularnym wlewaniem tam chemikaliów z okolicznych fabryk. Staw mimo wszystko regularnie zarastał. W końcu podjęto decyzję, że się go zasypie.

Hotel Ritz

Zupełnie obok „Argentyny” znajdował się prestiżowy Hotel Ritz. Była to najbardziej reprezentacyjna budowla przedwojennego Białegostoku. Budynek miał 4 kondygnacje oraz drewniane windy! Goście oprócz wypoczynku w pokojach mogli zagrać w bilard czy napić się piwa. Hotel zniknął w 1944 roku, gdy Niemcy zniszczyli większość miasta. Dziś w tym miejscu są po prostu tereny zielone.

Ul. Zamkowa

Mało kto wie, że tuż obok dzisiejszej ul. Kilińskiego – fragment drogi którą dziś nazywamy placem Jana Pawła II (choć to nie jest plac) nazywał się ul. Zamkową. Zaś zamiast parkingu przy boku Pałacu Branickich znajdował się okazała kamienica, w której mieszkali ludzie. O tym miejscu niewiele wiadomo, gdyż prawdziwe życie toczyło się zupełnie obok – przy ul. Kilińskiego.

Ul. Nadrzeczna

Było to miejsce wyjątkowe. Przede wszystkim dlatego, że jak sama nazwa wskazuje ulica znajdowała się nad rzeką. Oczywiście naszą „Białką”. Ulicę od rzeki odgradzał drewniany płotek po obu stronach, który dzięki temu nadawał całej ulicy wielkiego uroku. Przypominało to bowiem 2 pasy drogi oddzielone rzeką. Nadrzeczna znajdowała się pomiędzy Kościelną a Sienkiewicza.

 

Synagoga przy Suraskiej

Wielka Synagoga przy ul. Bożniczej (dziś Suraska) gdyby dziś istniała, to z okien wysokich budynków byłaby tak samo zauważalna jak cerkiew Św. Mikołaja, Katedra czy Kościół Św. Rocha. Niemcy jednak spędzili Żydów do bożnicy i spalili ją razem z nimi. Po synagodze został dziś jedynie pomnik będący odwzorowaniem spalonej kopuły. Świątynia przy Suraskiej była bardzo charakterystycznym budynkiem, aczkolwiek architekci uważali że jest kiczowata. Budynek był murowany i posiadał blaszany dach oraz wspomnianą wcześniej kopułę o średnicy 10 metrów oraz 4 mniejsze kopuły w rogach kwadratowego budynku.

 

Białystok cały czas się zmienia. Dziś już prawie znikły Bojary, wkrótce pewnie znikną stare domy na Młynowej, Angielskiej oraz na dzisiejszym osiedlu Przydworcowym i Bema. Za jakiś czas pewnie nie będzie też żółtego domku przy Mazowieckiej, a wszystko to zostanie obudowane blokami. I tak w pewnym sensie historia zatacza koło. Dzisiaj czasy są takie, że pozbywamy się wszystkiego co „PRL-owskie”, więc nie zdziwcie się, gdy za jakiś czas nie będzie już takiego budynku na Placu Uniwersyteckim (dziś plac NZS), nie zdziwcie się gdy znikną też inne monumentalne budynki z centrum – jak np ten, który zajmuje dzisiaj sąd przy ul. Skłodowskiej. Tak samo znikały wcześniej „stare drewniane chaty”, by zastąpiły je „nowoczesne bloki”, tak samo zniknęła synagoga wraz z Żydami, by zastąpili ich „nowi mieszkańcy”, tak samo hotel Ritz nie został odbudowany po wojnie, bo pierwowzór powstał rękami zaborcy. Tak samo jak znikła Nadrzeczna na rzecz wielkiej „Alei Piłsudskiego” i tak dalej. To, że nowe wypiera stare wiemy od dawna. To że nie da się tego zatrzymać, bo zawsze towarzyszy temu jakaś ideologia też wiemy. Musimy się więc przyzwyczaić, że „To se ne vrati pane Havranek”.

 

Kiedy w 1977 roku Janusz Laskowski wykonał w Opolu „Kolorowe Jarmarki”, to wręcz został przez jury „zniszczony”. Nikogo z nich nie przekonywało, że publiczność bardzo dobrze przyjęła jego piosenkę. „Eksperci” uznali, że Laskowski śpiewa kiczowate, banalne kawałki. Zaś „Kolorowe Jarmarki” otrzymału 0 punktów! Mało tego – krytyk muzyczny Andrzej Wróblewski przyznający tak druzgocącą ocenę przed kamerami i widzom ostentacyjnie zaprezentował „Zero”.

 

Piosenka stała się jednocześnie wielkim sukcesem artysty jak i przekleństwem. Jej popularność spowodowała, że latami Janusz Laskowski nie mógł przebić się z nowymi piosenkami. Wcześniej znany był z „Żółtego jesiennego liścia” i oczywiście „Beaty z Albatrosa” – hitu, który do dziś nuci się w każde wakacje w Augustowie.

 

Prawdziwy przełom nadszedł dopiero w 1995 roku. Wówczas Telewizja Polsat zaczęła nadawać dwa programy – w sobotę – Disco Polo Live, zaś w niedzielę Disco Relax. Oba programy przed telewizory przyciągnęły miliony Polaków, zaś artyści pokazywani tam z miejsca stawali się gwiazdami. Wtedy też swoją ponowną szansę dostał Janusz Laskowski, który w teledysku jadąc renaultem po Białymstoku śpiewał, że „Świat nie wierzy łzom”. W teledysku mogliśmy zobaczyć dawne białostockie „Chanajki”, „Amfiteatr”, a także wiele innych miejsc.

 

Na początku 2018 roku Janusz Laskowski znów przypomniał o swoim istnieniu. Tym razem wystąpił w świetnej piosence z białostockim raperem Lukasyno, a takżę Niziołem. Utwór „Bez sentymentu” pokazuje Młynową, okolice aresztu śledczego, białostocką Węglówkę, a także zajazd w Czarnej Białostockiej.

 

Pan Janusz Laskowski nagrał bardzo wiele piosenek, jednak prawdziwe szczyty zdobywał tylko kilka razy. Nie przeszkodziło mu to koncertować w wielu krajach. Pochodzący z Wileńszczyzny, a mieszkający w Białymstoku piosenkach jest także działaczem charytatywnym, który mocno udziela się w instytucjach powiązanych z Kościołem katolickim. Jego występy można często obejrzeć podczas koncertów i uroczystości religijnych, które pokazuje TV Trwam.

 

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nałożyło na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies. Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez podlaskie.tv, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW. Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono AAOO.pl Kamil Gopaniuk z siedzibą w Białymstoku, 15-875 Białystok, ul. Kalinowskiego 8/51 Cele przetwarzania danych 1.profilowanie i cele analityczne 2.świadczenie usług drogą elektroniczną 3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań 4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach 5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług Podstawy przetwarzania danych 1.profilowanie oraz cele analityczne – zgoda 2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi 3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych Odbiorcy danych Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa. Prawa osoby, której dane dotyczą Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą. Informacje dodatkowe Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności" Polityka prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close