Białostocki szalet na Plantach znów wrócił do miejskiej debaty. Ten sam, który kilka lat temu stał się bohaterem ogólnopolskich żartów, memów i komentarzy o „toalecie za cenę mieszkania”. Teraz jednak cała ta historia nabiera innego znaczenia. Bo kiedy słyszymy, że publiczna toaleta kosztowała ponad 400 tysięcy złotych, łatwo wzruszyć ramionami i zapytać: „po co aż tyle?”. Przypomnijmy, że kiedy inni wyśmiewali cenę szaletu, pisaliśmy już – że musi tyle kosztować, ponieważ nie brakuje w mieście idiotów, którzy zaraz będą chcieli go zdewastować. Dlatego wszystko musi być w nim niemalże „pancerne”. I cóż… mieliśmy rację. Niedawno ktoś wyrwał ze ściany szaletu panel płatniczy, a naprawa ma kosztować 20–30 tysięcy złotych, odpowiedź sama ciśnie się na usta.
Właśnie dlatego.
Szalet przy bulwarach Kościałkowskiego stanął jesienią 2022 roku. Od początku budził emocje. Jedni mówili, że taka toaleta w centrum miasta, przy Plantach, zabytkach i popularnych trasach spacerowych, jest po prostu potrzebna. Inni wyliczali, że za podobne pieniądze można kupić mieszkanie. Później było jeszcze ciekawiej, bo obiekt przez długi czas nie mógł zostać otwarty, a pierwszy moduł ostatecznie zdemontowano, ponieważ nie spełniał wymogów prawa budowlanego. Temat idealny do kpin. Miasto, szalet, setki tysięcy złotych i brak możliwości skorzystania z toalety. Internet dostał paliwo, jakiego potrzebował.
Tylko że dzisiaj warto spojrzeć na tę sprawę z drugiej strony. Publiczna toaleta to nie jest łazienka w prywatnym mieszkaniu, z której korzystają domownicy i zaproszeni goście. To obiekt stojący w przestrzeni publicznej, dostępny dla tysięcy osób, także nocą, także w weekendy, także wtedy, gdy ktoś wraca z imprezy, nudzi się, chce coś sprawdzić „dla zabawy” albo po prostu jest zwyczajnym idiotą.
I niestety właśnie pod takich ludzi często trzeba projektować miejską infrastrukturę.
Bo w przestrzeni publicznej nie wystarczy, żeby coś było ładne, funkcjonalne i wygodne. To musi być odporne na kopanie, szarpanie, wyrywanie, zalewanie, podpalanie, bazgranie, rozkręcanie i wszystkie inne pomysły, które rodzą się w głowach wandali. Zwykła toaleta, taka jak w mieszkaniu, w takim miejscu nie przetrwałaby długo. Publiczny szalet musi być pancerny nie dlatego, że urzędnicy mają fantazję, tylko dlatego, że część użytkowników zachowuje się tak, jakby jedynym celem istnienia wspólnej przestrzeni było jej zniszczenie.
Według informacji miasta szalet na Plantach został wyłączony z użytkowania właśnie z powodu aktów wandalizmu. Zniszczony został przede wszystkim główny panel, umożliwiający płatności kartą. Mówiąc prościej: ktoś wyrwał go ze ściany. Sprawa została zgłoszona na policję, trwają czynności śledcze, a ponowne uruchomienie obiektu planowane jest do 30 czerwca, o ile nie pojawią się kolejne komplikacje. Szacowany koszt naprawy wynosi 20–30 tysięcy złotych.
I tu dochodzimy do sedna. Można oczywiście dalej śmiać się z „najdroższego szaletu w Białymstoku”. Można liczyć kafelki, moduły, przyłącza i porównywać wszystko do cen mieszkań. Ale każda taka inwestycja w przestrzeni publicznej musi uwzględniać coś, czego nie ma w prywatnym domu: ryzyko konfrontacji z idiotami. A głupota, jak widać, potrafi być bardzo droga.
Od otwarcia w lipcu 2023 roku z toalety miało skorzystać około 16 tysięcy osób. To pokazuje, że obiekt nie był fanaberią. Był potrzebny. Szczególnie w miejscu, gdzie spacerują mieszkańcy, gdzie pojawiają się turyści, gdzie odbywa się normalne życie miasta. Problem nie polega więc na tym, że w centrum Białegostoku postawiono publiczną toaletę. Problem polega na tym, że nawet tak prosta i potrzebna rzecz musi być zabezpieczana tak, jakby miała przetrwać najazd barbarzyńców.
Publiczne pieniądze nie znikają tylko przez nietrafione decyzje, procedury i przetargi. Znikają też wtedy, gdy ktoś niszczy wspólne mienie. Gdy wyrywa panel. Gdy dewastuje ławkę. Gdy rozbija przystanek. Gdy traktuje miasto jak cudzą własność, choć w rzeczywistości niszczy coś, za co płacimy wszyscy. Potem wszyscy płacimy drugi raz: za naprawy, monitoring, solidniejsze materiały, odporniejsze konstrukcje i kolejne zabezpieczenia.
Dlatego białostocki szalet z Plant jest czymś więcej niż tylko miejską ciekawostką. Jest smutnym symbolem tego, jak bardzo przestrzeń publiczna musi być projektowana nie pod normalnych użytkowników, ale pod idiotów. Pod ludzi, którzy nie potrafią skorzystać z toalety, ławki czy przystanku bez zostawienia po sobie śladu zniszczenia.
Więc kiedy następnym razem ktoś zapyta, dlaczego publiczny szalet kosztował tyle co mieszkanie, odpowiedź może być prosta: bo w mieszkaniu nie trzeba zakładać, że ktoś przyjdzie i wyrwie ze ściany panel płatniczy. W mieście, niestety, trzeba.



