Dziś dla pasażera linia kolejowa nr 37 kończy się w Waliłach. To właśnie tam dojeżdża sezonowy pociąg z Białegostoku, który od lat jest jedną z ciekawszych wakacyjnych propozycji dla mieszkańców regionu, turystów i rowerzystów. Sama podróż ma swój urok: skład powoli wyjeżdża z miasta, mija kolejne przystanki i wprowadza podróżnych w zielony świat Puszczy Knyszyńskiej. Problem w tym, że ta historia mogłaby mieć znacznie mocniejsze zakończenie.
Bo Waliły nie musiałyby być końcem tej wyprawy. Historycznie linia kolejowa nr 37 prowadziła dalej, w kierunku Zubek Białostockich i granicy państwa. Dziś za Waliłami zaczyna się inna opowieść: o torach, które mogłyby pracować dla turystyki, lokalnej gospodarki i bezpieczeństwa, ale zamiast tego pozostają na uboczu. Po drodze jest między innymi opuszczona stacja kolejowa w Zubkach Białostockich – miejsce, które samo w sobie mogłoby stać się punktem na mapie wypraw po zapomnianym Podlasiu.
Partnerzy portalu:
Warto zadać proste pytanie: skoro pociąg może dojechać do Walił, to dlaczego w dłuższej perspektywie nie miałby dojeżdżać dalej, bliżej granicy? Nie chodzi o sentyment do starych rozkładów jazdy ani o kolejarską nostalgię. Chodzi o bardzo praktyczny pomysł na turystykę we wschodniej części województwa.
Na pasie przygranicznym, w promieniu wygodnej jednodniowej lub weekendowej wyprawy, znajduje się wiele miejsc, które już dziś przyciągają ludzi szukających czegoś więcej niż deptaka, lodów i parkingu pod atrakcją. Są ruiny kościoła św. Antoniego w Jałówce – jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w regionie. Są Kruszyniany z tatarskim dziedzictwem, drewnianym meczetem, mizarem i kuchnią, której smak trudno pomylić z czymkolwiek innym. Są Krynki – miasteczko pogranicza, wielu kultur, starej historii i charakterystycznego układu urbanistycznego. Do tego dochodzą wsie, lasy, szutrowe drogi, ciche cmentarze, dawne trakty i cały krajobraz, który dla turysty z Białegostoku, Warszawy czy Gdańska może być czymś absolutnie unikalnym.
- Ruiny kościoła w Jałówce, fot. P. Jakubczyk
- fot. Dorota Ruminowicz / Wikipedia
- Meczet w Kruszynianach
- Bożnica w Krynkach
Taki pociąg nie musiałby być zwykłym środkiem transportu. Mógłby być osią gotowego produktu turystycznego: „koleją na pogranicze”. Rano wyjazd z Białegostoku, po drodze rowery, dalej trasy do Jałówki, Kruszynian, Krynek, Nietupy, Gródka czy Michałowa. Pociąg stałby się nie tylko atrakcją samą w sobie, ale też kręgosłupem komunikacyjnym dla całego fragmentu regionu.
Jest jeszcze drugi wymiar tej sprawy, którego nie da się dziś pominąć. Granica polsko-białoruska od kilku lat nie jest zwykłą kreską na mapie. To miejsce realnego napięcia, obecności służb i wojska, a także stałego myślenia o bezpieczeństwie państwa. W takim kontekście czynna linia kolejowa w stronę granicy nie jest fanaberią. To infrastruktura o znaczeniu strategicznym.
Kolej ma w logistyce wojskowej ogromne znaczenie. Pozwala przewozić ludzi, sprzęt, materiały, paliwo, zapasy i elementy zaplecza szybciej oraz bardziej efektywnie niż wiele innych form transportu. Oczywiście nikt rozsądny nie będzie twierdził, że każda lokalna linia powinna natychmiast stać się magistralą wojskową. Ale utrzymywanie i przywracanie infrastruktury kolejowej w regionach przygranicznych powinno być traktowane poważnie – nie tylko jako kwestia rozwoju lokalnego, lecz także odporności państwa.
Dlatego odtworzenie lub przynajmniej etapowe uporządkowanie odcinka za Waliłami warto byłoby analizować nie tylko z perspektywy turystyki, ale też obronności. Skoro w Polsce i Europie mówi się dziś o mobilności wojskowej, infrastrukturze krytycznej i wzmacnianiu wschodniej flanki, to Podlasie powinno umieć upominać się o swoje. Czynna linia kolejowa przy granicy to skarb – nawet jeśli na co dzień woziłaby turystów, rowery i mieszkańców.
Waliły już udowodniły, że kolej turystyczna w tym kierunku ma sens. Pociąg z Białegostoku nie jeździ w próżnię – wozi ludzi do lasu, na rowery, na wypoczynek, po oddech od miasta. Teraz warto zapytać, czy nie czas zrobić krok dalej. Dosłownie dalej: za Waliły, w stronę opuszczonych stacji, zapomnianych torów i miejsc, które mogłyby dostać drugie życie. Bo Podlasie ma takich miejsc mnóstwo. Tylko trzeba do nich dojechać.







