To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

To już się dzieje. Niż demograficzny jest jak wyrok na Podlaskie.

O niżu demograficznym mówi się w Polsce od lat. Zazwyczaj jednak w taki sposób, jakby był problemem przyszłości – czymś, czym będziemy musieli martwić się za 10 albo 20 lat. Tymczasem na Podlasiu jego skutki zaczynają być widoczne już teraz. I bardzo dobrze pokazują to przedszkola.

W województwie podlaskim działa 645 placówek przedszkolnych. Łącznie oferują one 47 172 miejsca, podczas gdy zapisanych jest 40 913 dzieci. Według dostępnych danych szacunkowo wolnych pozostaje aż 6937 miejsc. To niemal 15 proc. całej dostępnej infrastruktury. To nie jest też wyłącznie problem małych miejscowości. W samym Białymstoku działa 171 placówek przedszkolnych, które łącznie wykazują 2077 wolnych miejsc. Tylko w 24 placówkach nie ma już żadnego wolnego miejsca, natomiast aż 68 deklaruje co najmniej 10 wolnych miejsc. W 11 placówkach wolnych jest ponad 40 miejsc, a rekordzista wykazuje ich aż 126.

Partnerzy portalu:

Tak duża liczba wolnych miejsc nie oznacza już pojedynczych pustych krzeseł przy stolikach. W praktyce może oznaczać, że w wielu placówkach nie udało się utworzyć części planowanych grup albo że istniejąca infrastruktura została przygotowana dla znacznie większej liczby dzieci, niż obecnie jest chętnych. Jeżeli taki stan będzie się pogłębiał, część przedszkoli będzie musiała ograniczać liczbę oddziałów, zatrudnienie, a w dalszej perspektywie niektóre placówki mogą po prostu znikać lub już to właśnie robią.

Zaczną znikać przedszkola

Przedszkole nie staje się znacznie tańsze tylko dlatego, że zamiast 100 dzieci chodzi do niego 70. Nadal trzeba ogrzać budynek, zapłacić za prąd, sprzątanie, administrację i utrzymanie obiektu. Nadal potrzebni są nauczyciele, woźne, kuchnia czy obsługa techniczna. Przy spadającej liczbie dzieci koszt utrzymania jednego miejsca zaczyna więc rosnąć. W pewnym momencie samorządy staną przed prostym rachunkiem ekonomicznym: czy utrzymywać kilka częściowo pustych placówek, czy połączyć grupy i skoncentrować dzieci w mniejszej liczbie budynków. A wiemy jak to jest, gdy politycy (szczególnie przed wyborami) muszą coś zlikwidować. Wolą utrzymywać pustą fikcję za nasze pieniądze – tak jak robią to ze szpitalami.

Szczególnie mocno będzie to odczuwalne w małych miejscowościach. Tam likwidacja przedszkola to wyrok na społeczność. Likwidacja i tak małej liczby miejsc pracy: dla nauczycieli, administracji, kucharek, pracowników obsługi i osób zajmujących się utrzymaniem budynku. Pośrednio tracą również firmy dostarczające żywność, środki czystości czy wykonujące remonty. Demografia zaczyna więc przekładać się na lokalną gospodarkę.

Za chwilę ta sama fala dotrze do szkół

Dzisiejsze przedszkolaki za moment staną się uczniami. Jeżeli dzieci rodzi się mniej, nie istnieje żaden mechanizm, dzięki któremu nagle więcej pojawi się ich w pierwszych klasach szkół podstawowych. Niż po prostu przesuwa się razem z kolejnymi rocznikami. Najpierw zmniejsza się liczba grup przedszkolnych. Następnie klas w szkołach podstawowych. Później problem dociera do liceów, techników i szkół zawodowych. I tutaj konsekwencje mogą być jeszcze większe.

W małych miejscowościach szkoła zaraz po urzędzie często jest jednym z największych pracodawców finansowanych przez samorząd. Jeżeli zamiast dwóch klas pierwszych będzie można utworzyć jedną, potrzeba mniej godzin nauczycielskich. Jeżeli uczniów będzie jeszcze mniej, pojawi się pytanie o sens utrzymywania całej szkoły. Możliwe będą łączenia klas, ograniczanie etatów, łączenie placówek, a w skrajnych przypadkach ich zamykanie.

Dla gmin oznacza to bardzo trudny wybór. Utrzymywanie prawie pustej szkoły jest kosztowne, ale jej likwidacja sprawia jednocześnie, że politycy opozycji powiedzą – a my nie zlikwidujemy. I w ten sposób może powstać demograficzne błędne koło.

Potem przyjdzie czas na uczelnie

Kolejna fala dotrze do szkół średnich, a następnie na uczelnie. Największe i najbardziej rozpoznawalne kierunki prawdopodobnie poradzą sobie stosunkowo dobrze. Znacznie trudniejsza sytuacja może czekać mniej popularne kierunki oraz mniejsze szkoły wyższe. W Białymstoku w zasadzie wszystkie uczelnie prywatne już zniknęły lub ledwo przędą. Jeżeli maturzystów będzie coraz mniej, może to oznaczać zamykanie kierunków, łączenie grup, ograniczanie zatrudnienia.

Biorąc pod uwagę jak już Białystok jest mało atrakcyjny dla studentów, których przez ostatnie lata liczba zmniejszyła się o kilkadziesiąt tysięcy. To dla stolicy województwa podlaskiego niska demografia oznacza wyrok. Studenci wynajmują mieszkania, korzystają z gastronomii, sklepów, transportu i usług. Mniej studentów oznacza więc nie tylko problem uniwersytetu czy politechniki. To również mniej pieniędzy pozostających w mieście.

A później zabraknie pracowników

Dzisiejsze dzieci za kilkanaście czy dwadzieścia lat wejdą na rynek pracy. A będzie ich znacznie mniej niż osób z licznych roczników, które będą wtedy przechodziły na emeryturę. GUS w głównym scenariuszu prognozy ludności przewiduje, że województwo podlaskie może zmniejszyć swoją populację z około 1,143 mln mieszkańców w 2022 roku do około 1,101 mln w 2030 roku, 1,035 mln w 2040 roku i zaledwie około 885 tys. w 2060 roku.

Nie będzie to więc wyłącznie problem tego, że „będzie nas trochę mniej”. Zmieni się również struktura wieku mieszkańców. Coraz mniej będzie ludzi młodych i osób w wieku produkcyjnym, a większą część społeczeństwa będą stanowić seniorzy. To już zaczyna być dostrzegalne gołym okiem teraz. To oznacza mniej pracowników utrzymujących gospodarkę i jednocześnie większe zapotrzebowanie na ochronę zdrowia, opiekę i usługi skierowane do osób starszych.

Firmy będą walczyły o życie

Podlaskie może wejść w znacznie trudniejszy scenariusz niż zwykły „brak pracowników”. Już dziś rynek pracy w Białymstoku jest po prostu bardzo słaby. Małe firmy regularnie znikają, część przedsiębiorców ogranicza działalność, a duże zakłady nie tworzą takiej liczby nowych miejsc pracy, która mogłaby zatrzymać młodych ludzi w regionie. Nie mamy tu zbyt wiele stanowisk dla wysokiej jakości specjalistów. Główny pracodawca to urząd i budżetówka. Czyli coś, co nie wytwarza PKB, a je zużywa.

W takim układzie niż demograficzny nie musi wcale spowodować, że nagle pracodawcy zaczną bić się o każdego pracownika. Może wydarzyć się coś znacznie gorszego: razem z liczbą mieszkańców będzie kurczył się cały lokalny rynek. Mniej ludzi to mniej klientów sklepów, restauracji, usług, mieszkań na wynajem czy lokalnych firm. Dla przedsiębiorcy oznacza to mniejsze obroty i jeszcze mniejszą opłacalność inwestowania w regionie.

Kolejne firmy mogą więc ograniczać zatrudnienie albo całkowicie znikać, a młody człowiek, który nie znajdzie tu odpowiedniej pracy, wyjedzie tam, gdzie rynek oferuje mu większy wybór i wyższe zarobki. Czyli to co już się dzieje, ale w wersji ekstremalnej. W ten sposób powstaje bardzo niebezpieczne sprzężenie zwrotne: mieszkańców jest mniej, więc gospodarka słabnie, a ponieważ gospodarka słabnie, kolejni mieszkańcy wyjeżdżają.

Samorządy również będą miały problem

Mniej mieszkańców oznacza także mniejszą bazę podatkową. Jeżeli z gminy wyjeżdżają osoby młode i pracujące, zmniejszają się wpływy związane z ich dochodami i lokalną konsumpcją. Jednocześnie drogi, wodociągi, szkoły, urzędy czy komunikację nadal trzeba utrzymywać. Infrastruktura nie kurczy się razem z liczbą mieszkańców. Droga o długości 10 kilometrów kosztuje podobnie niezależnie od tego, czy korzysta z niej 10 tys., czy 7 tys. osób. Dlatego depopulacja szczególnie dotkliwa może być dla niewielkich gmin wiejskich. Koszt utrzymania infrastruktury w przeliczeniu na jednego mieszkańca będzie tam systematycznie rósł. Podobnie odczuwa to Białystok, z którego młodzi uciekają do gmin sąsiednich. Zatem miasto jest drenowane podwójnie – niżem demograficznym oraz ucieczką do sąsiada.

Przedszkola są dopiero pierwszym ostrzeżeniem

Dane dotyczące wolnych miejsc w podlaskich przedszkolach warto więc potraktować jako coś więcej niż ciekawostkę. To pierwszy etap znacznie większej zmiany. Dzisiaj mamy za dużo miejsc w części przedszkoli. Za kilka lat problem przejdzie do podstawówek. Potem do szkół średnich i uczelni. Jeszcze później odczują go przedsiębiorcy. Prognozy demograficzne nie pozostawiają przy tym wiele miejsca na optymizm. Urząd Statystyczny w Białymstoku w najnowszym opracowaniu dotyczącym sytuacji demograficznej regionu przedstawia już prognozy aż do 2060 roku, również w podziale na poszczególne gminy.

Niż demograficzny nie jest więc czymś, co dopiero nadchodzi. On już trwa. Na razie można go zobaczyć w pustych miejscach w przedszkolach. Za kilkanaście lat zobaczymy go w kolejnych miejscach. I właśnie dlatego zamiast zastanawiać się wyłącznie nad tym, jak utrzymać wszystkie istniejące placówki, Podlaskie powinno już dziś odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie: jak zorganizować region, jego edukację, gospodarkę i usługi publiczne tak, aby mogły dobrze funkcjonować także wtedy, gdy mieszkańców będzie znacznie mniej?

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.