Skolim osiągnął już ten poziom polskiej kariery, na którym samo śpiewanie byłoby zwyczajnym marnowaniem potencjału. Król Latino koncertuje, sprzedaje perfumy, ma stację paliw, a jego nazwiskiem sygnowane są kiełbasy, kabanosy i parówki. I trudno się dziwić, że taką gwiazdę każdy chce mieć u siebie.
W piątek 28 sierpnia Skolim pojawi się więc w Białymstoku. O godzinie 17 na Rynku Kościuszki rozpocznie koncert w ramach imprezy „Białystok Pełen Muzyki”. Wstęp jest bezpłatny, imprezę współorganizuje miasto, wcześniej działać będzie rodzinna strefa przygotowana przez Wodociągi Białostockie.
Partnerzy portalu:
I tu zaczyna się problem. Oczywiście tylko dostrzegany przez niektórych. Bo akurat kilka dni przed białostockim występem przez Polskę przetoczyła się awantura o repertuar Króla Latino. Internet obiegły nagrania z dziećmi bawiącymi się przy utworach, których teksty trudno pomylić z repertuarem Fasolek. Są przekleństwa, seks, bardzo bezpośrednie aluzje i cała reszta tego, dzięki czemu siedmiolatek może wrócić z koncertu bogatszy o kilka nowych pytań do rodziców.
Natychmiast pojawiło się więc pytanie: czy taki artysta powinien występować o godzinie 17, gdy pod sceną mogą stać dzieci? Może lepiej po 22? Może powinno być ostrzeżenie? Może urzędnicy powinni wcześniej ocenić repertuar? Wysłać alert RCB? A może przed wejściem na Rynek Kościuszki należy ustawić komisję, która będzie sprawdzała akty urodzenia i znajomość tekstów piosenek?
Problem jest ciekawy, bo dotyczy czegoś znacznie większego niż sam Skolim. Dzieci nie są oczywiście ani własnością państwa, ani własnością rodziców. Ale to rodzice ponoszą za nie odpowiedzialność i na co dzień podejmują tysiące decyzji dotyczących tego, co mogą oglądać, czego słuchać i gdzie chodzić. Jeżeli ktoś uważa, że siedmiolatek nie powinien słuchać Skolima, rozwiązanie wydaje się wyjątkowo skomplikowane: nie zabiera siedmiolatka na Skolima.
Nie trzeba do tego uchwały Rady Miasta, zarządzenia prezydenta, konsultacji społecznych ani powoływania pełnomocnika do spraw ochrony dzieci przed latino. Tyle że jest również druga strona tej historii.
Białostocki koncert nie jest prywatną imprezą w klubie. To bezpłatne wydarzenie w centrum miasta, współorganizowane przez samorząd i reklamowane jako pożegnanie wakacji dla mieszkańców. Organizator naprawdę może się zastanowić, czy o 17 powinien wyjść artysta z repertuarem zdecydowanie niepisanym dla najmłodszych. Można więc dyskutować o godzinie. Można informować rodziców, czego mają się spodziewać. Można nawet uznać, że przy miejskiej imprezie lepiej byłoby ustawić Skolima później.
Tylko nie udawajmy przy okazji, że właśnie odkryliśmy Skolima. Człowiek nie pojawił się wczoraj. Od dawna jest jedną z największych gwiazd muzyki tanecznej w Polsce. Gra dziesiątki koncertów, jego piosenki mają gigantyczne zasięgi, na występy przychodzą całe rodziny, a dzieci znają jego utwory zapewne znacznie lepiej niż większość oburzonych komentatorów.
Repertuar również nie zmienił mu się radykalnie w miniony wtorek. Skolim nie śpiewał wcześniej o dokarmianiu sikorek zimą, żeby nagle w sierpniu 2026 roku przejść na erotyczne disco. Dlatego najbardziej zabawne w całej aferze jest zbiorowe zdziwienie.
Przez długi czas Skolim jeździł po Polsce, zapełniał place, dożynki i festyny, dzieci stały pod scenami, rodzice nagrywali telefonami i wszystko było dobrze. Teraz nagle część Polski odkryła teksty jego piosenek i rozpoczęła debatę, czy państwo powinno chronić najmłodszych przed Królem Latino. A może wystarczyłoby coś znacznie prostszego?
Organizator informuje, jaki artysta wystąpi i czego można spodziewać się po jego repertuarze. Rodzic sprawdza, gdzie prowadzi swoje dziecko. A Skolim robi to, co robił do tej pory. Śpiewa. Potem jedzie na kolejny koncert. A po drodze być może zatrzymuje się na swojej stacji po kabanosy Skolima.
Bo wygląda na to, że największym problemem nie jest dziś to, czego słuchają dzieci, tylko kto akurat postanowił się tym oburzyć.


