Wyobraźmy sobie przedsiębiorcę, który ma dziesięć milionów złotych. Może otworzyć zakład produkcyjny, może rozbudować firmę, może wejść w zupełnie nową branżę. Kiedyś najważniejsze pytanie brzmiało: na czym można zarobić? Dziś coraz częściej brzmi zupełnie inaczej: na co można dostać dotację? I właściwie w tym jednym pytaniu mieści się duża część problemu z inwestycjami w Podlaskiem.
Przez ostatnie dwadzieścia lat przyzwyczailiśmy się do unijnych pieniędzy tak bardzo, że niemal przestaliśmy zauważać, jak mocno zmieniły sposób podejmowania decyzji. Jest program na fotowoltaikę – nagle wszyscy chcą fotowoltaiki. Jest dofinansowanie na cyfryzację – firmy zaczynają się cyfryzować. Są pieniądze na turystykę – powstają pensjonaty. Jest program na żłobki – budujemy żłobki.
Partnerzy portalu:
A co się dzieje, gdy dotacji nie ma?
Przez dwadzieścia lat nauczyliśmy przedsiębiorców, że jeżeli państwo albo Unia uzna jakiś rodzaj inwestycji za pożądany, to można dostać na niego pieniądze. A skoro jeden biznes trzeba sfinansować w całości z własnej kieszeni, a do drugiego ktoś dopłaci 30, 40 czy 50 procent, to nie trzeba kończyć ekonomii, żeby przewidzieć, który będzie wyglądał atrakcyjniej. W ten sposób logika zaczyna się odwracać.
Normalnie przedsiębiorca powinien najpierw zobaczyć potrzebę: w mieście brakuje hotelu, fabryka potrzebuje nowej linii produkcyjnej, ludzie chcą konkretnej usługi. Dopiero później powinien zastanawiać się, skąd wziąć pieniądze. Tymczasem coraz częściej najpierw pojawia się informacja: „jest 20 milionów do rozdania na X”. A chwilę później przedsiębiorcy zaczynają się zastanawiać, jak zrobić X.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy właściciel firmy siedzi rano przy kawie i przegląda konkursy unijne zamiast szukać klientów. Ale skala publicznego finansowania jest na tyle duża, że wpływa na warunki gry. Państwo może nie wydawać przedsiębiorcy polecenia, w co ma inwestować. Wystarczy, że do jednego rodzaju działalności dopłaci połowę kosztów, a do drugiego nie dopłaci nic.
I tu pojawia się jeszcze większy paradoks. Bo mimo gigantycznego strumienia publicznych pieniędzy Polska przez lata miała bardzo niski poziom inwestycji. Według danych Eurostatu nakłady brutto na środki trwałe stanowiły u nas około 17,7 proc. PKB, podczas gdy średnia Unii Europejskiej wynosiła około 22 proc. Czyli pieniędzy na inwestycje rozdawaliśmy mnóstwo, ale jako gospodarka nadal inwestowaliśmy stosunkowo mało.
W 2026 roku sytuacja zaczęła wyglądać lepiej. W pierwszym półroczu inwestycje badanych przez GUS przedsiębiorstw niefinansowych wzrosły realnie o 13,7 proc. rok do roku. To dobra wiadomość. Nie zmienia jednak pytania, które warto sobie postawić po dwóch dekadach życia od konkursu do konkursu: czy nauczyliśmy przedsiębiorców inwestować dlatego, że widzą szansę, czy dlatego, że ktoś właśnie ogłosił nabór?
A na tym problem się dopiero zaczyna. Bo przedsiębiorca, który próbuje działać za własne pieniądze i na własne ryzyko, coraz częściej konkuruje już nie tylko z innym przedsiębiorcą. Konkuruje również z państwem i samorządem.
Gmina też została przedsiębiorcą
Najłatwiej zobaczyć to na usługach, które mogą być świadczone zarówno przez podmioty prywatne, jak i publiczne. Weźmy żłobki. Jeszcze kilka lat temu ogromną większość takich placówek prowadziły podmioty prywatne. Według danych GUS w 2022 roku 74,8 proc. żłobków i klubów dziecięcych należało do sektora prywatnego. Jednocześnie państwo zaczęło potężnie finansować rozwój publicznej opieki. Już program Maluch+ miał tworzyć tysiące nowych miejsc w placówkach samorządowych, a kolejne programy jeszcze mocniej zwiększały dostępność opieki.
Samo zwiększanie liczby żłobków jest oczywiście korzystne dla rodziców. Problem zaczyna się wtedy, kiedy spojrzymy na to oczami przedsiębiorcy. Wyobraźmy sobie kogoś, kto za własne pieniądze wynajął lokal, zrobił remont, kupił wyposażenie, zatrudnił ludzi i otworzył prywatny żłobek. Wszystkie koszty musi pokryć z przychodów. Jeśli źle policzył biznes – bank nie zapyta go, czy jego działalność była społecznie potrzebna.
Kilkaset metrów dalej gmina może natomiast uruchomić podobną działalność w swoim budynku, pokryć dużą część inwestycji z programu publicznego, a później finansować funkcjonowanie placówki z budżetu. Formalnie obie placówki oferują tę samą usługę. Ekonomicznie grają jednak w zupełnie różnych dyscyplinach.
Trzeba przy tym uczciwie zaznaczyć, że również podmioty niepubliczne korzystają z części programów. W programie „Aktywny Żłobek – sale sensoryczne” na 2026 rok pieniądze otrzymały zarówno placówki gminne, jak i niepubliczne. Tyle że z około 41,9 mln zł po korekcie niemal 29,7 mln zł przypadło instytucjom gminnym, a około 12,2 mln zł niepublicznym. Obecnie dochodzi jeszcze potężny niż demograficzny. W największych miastach pozostają tysiące wolnych miejsc w przedszkolach i same samorządy zaczynają likwidować oddziały. Problem nierówności ryzyka pozostaje.
Prywatny inwestor stawia własny majątek. Samorząd inwestuje cudzymi pieniędzmi i wykonuje zadanie publiczne. I właśnie dlatego samorząd może wejść w przedsięwzięcie, którego prywatny przedsiębiorca przy określonym poziomie ryzyka nawet nie będzie rozważał.
A gdy prywatny kapitał naprawdę jest potrzebny, nagle go nie ma
I tu dochodzimy do Sejn. To niemal laboratoryjny przykład całego problemu. Miasto dostało kilka milionów złotych na przygotowanie terenów inwestycyjnych. Uzbroiło około czterech hektarów gruntów. Miały pojawić się firmy, inwestycje i miejsca pracy. Nie pojawiły się. Do 2025 roku przeprowadzono kilkanaście przetargów i nikt nie chciał działek kupić. Miasto zeszło nawet z cenami do połowy ich wartości rynkowej. Nadal chętnych brakowało. I tu historia robi się szczególnie ciekawa.
Bo przez ostatnie lata cała Polska usłyszała setki razy o „przesmyku suwalskim”. O potencjalnym ataku Rosji. O miejscu, które może stać się jednym z pierwszych celów konfliktu NATO z Rosją. Temat wyszedł nawet poza programy informacyjne i analizy wojskowe. W 2025 roku powstał przecież serial „Przesmyk”, thriller szpiegowski wykorzystujący właśnie geopolityczne zagrożenia tego regionu.
Można więc przez lata przekonywać całą Polskę, że określony kawałek kraju jest potencjalnym polem przyszłej wojny. Tylko później nie należy być szczególnie zdziwionym, że ktoś posiadający kilka czy kilkanaście milionów złotych zastanowi się dwa razy, zanim wybuduje tam fabrykę. Co ciekawe, same Sejny tłumaczyły brak inwestorów między innymi trudną sytuacją gospodarczą i geopolityczną regionu. Ostatecznie województwo odstąpiło od żądania zwrotu blisko 3 mln zł dotacji. Dopiero niedawno jedną z działek kupił przedsiębiorca z Augustowa, który zapowiedział stworzenie niewielkiego zakładu.
Podobnie mówi prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz. W kwietniu 2026 roku wskazywał, że od pandemii i wybuchu wojny w Ukrainie w Suwalskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej praktycznie nie pojawiają się nowi inwestorzy i nie powstają nowe obiekty przemysłowe. I tutaj dochodzimy do kapitalnego paradoksu.
Skoro prywatny kapitał uważa inwestowanie w tym miejscu za zbyt ryzykowne, to właśnie tutaj państwo i samorząd mogłyby pokazać, że same wierzą we własne zapewnienia o bezpieczeństwie regionu. Nie poprzez kolejną konferencję, kongres przedsiębiorców, prezentację ulg. Tylko poprzez realną inwestycję.
Państwo mówi: inwestujcie. Przedsiębiorcy pytają: a wy?
W Sejnach w 2025 roku zorganizowano Transgraniczny Kongres Gospodarczy. Byli przedstawiciele strefy ekonomicznej, Banku Gospodarstwa Krajowego, instytucji rozwoju regionalnego. Mówiono o ulgach, preferencyjnych pożyczkach, dotacjach i możliwościach inwestowania. Tylko że przedsiębiorca może odpowiedzieć bardzo prosto. Skoro to takie dobre miejsce na inwestycję, to pokażcie. Wybudujcie zakład komunalny. Centrum logistyczne. Instalację przetwarzania odpadów. Przedsiębiorstwo produkcyjne. Cokolwiek, co ma ekonomiczny sens i stworzy trwałe miejsca pracy.
Samorząd ma przecież coś, czego przedsiębiorca nie ma: wieloletnią perspektywę funkcjonowania, dochody podatkowe, możliwość korzystania z funduszy publicznych, znacznie łatwiejszy dostęp do finansowania i zupełnie inną tolerancję ryzyka. Nie oznacza to oczywiście „nieograniczonej zdolności kredytowej”. Samorządy podlegają ustawowym limitom zadłużenia i spłaty zobowiązań. Ale porównywanie ryzyka gminy i niewielkiej prywatnej firmy nadal jest trochę jak porównywanie skoku do basenu ze skokiem z klifu. Przedsiębiorca może zbankrutować. Gmina raczej nie znika z mapy dlatego, że jedna inwestycja okazała się nieudana. I właśnie dlatego dochodzimy do największego absurdu całej układanki.
Tam, gdzie biznes jest atrakcyjny i stosunkowo bezpieczny, sektor publiczny coraz częściej potrafi wejść na rynek i konkurować z prywatnym kapitałem. Tam natomiast, gdzie ryzyko jest wysokie i prywatnego kapitału brakuje, władza najchętniej przygotowuje działkę, organizuje konferencję i apeluje: Przedsiębiorco, zainwestuj.
Gospodarka sterowana bez zakazów
Nie jest to oczywiście gospodarka centralnie planowana w historycznym znaczeniu tego pojęcia. Nikt nie wydaje przedsiębiorcy polecenia, że od jutra ma produkować traktory, a nie meble. Nikt nie zabrania mu otwarcia zakładu bez pozwolenia komisji planowania. Mechanizm jest subtelniejszy. Państwo nie mówi: „musisz inwestować tutaj”. Państwo mówi: „jeżeli zainwestujesz tutaj, dostaniesz 40 procent kosztów. Jeżeli gdzie indziej – radź sobie sam”. To gigantyczna różnica.
Ale po dwudziestu latach takiego systemu warto zadać pytanie, jak bardzo zaczęło to wpływać na sposób myślenia przedsiębiorców. Jeżeli mam do wyboru przedsięwzięcie, którego sens muszę sam ocenić, sam znaleźć klientów, sam sfinansować i ponieść całe ryzyko, albo przedsięwzięcie, do którego ktoś dopłaci mi kilka milionów – wybór staje się oczywisty. I nie można mieć o to pretensji do przedsiębiorcy. On zachowuje się racjonalnie. To system stworzył bodziec.
W najgorszym wariancie powstaje więc gospodarka, w której przedsiębiorca coraz rzadziej pyta: „czego ludzie potrzebują?”, a coraz częściej: „na co właśnie ogłosili nabór?”. Tymczasem największe prywatne pieniądze nadal szukają tego, co państwu znacznie trudniej zastąpić: ziemi, mieszkań, magazynów, nieruchomości i przedsięwzięć, w których można policzyć wartość aktywa i wyjść z inwestycji.
Może dlatego tak łatwo znaleźć chętnego na kolejny blok, a tak trudno na fabrykę w Sejnach. I być może po dwóch dekadach zachwytu nad słowem „dofinansowanie” należałoby zacząć zadawać inne pytanie. Nie: ile pieniędzy jeszcze możemy rozdać przedsiębiorcom? Tylko: co zrobić, żeby znów opłacało im się ryzykować własnymi?


