Lotnisko na Krywlanach znów zagrożone? Politycy boją się, że nie polecimy samolotami, które i tak nie latają.

Lotnisko na Krywlanach znów zagrożone? Politycy boją się, że nie polecimy samolotami, które i tak nie latają.

W Białymstoku wybuchła kolejna awantura o lotnisko na Krywlanach. Tym razem powodem są unijne pieniądze, które mają pomóc w rozbudowie infrastruktury na potrzeby wojska i służb. Część polityków alarmuje, że przyjęcie dotacji przekreśli marzenia o lotach pasażerskich. Brzmi dramatycznie, szczególnie że tych lotów nie ma, nigdy nie było regularnych połączeń, a samo lotnisko od lat pozostaje pomnikiem lokalnej niemocy. Jest jednak coś znacznie ciekawszego. Zapis, na który powołują się politycy opozycyjni do obecnej koalicji w Sejmiku, wcale nie oznacza automatycznego zakazu rozwoju lotniska cywilnego. Dotyczy przede wszystkim tego, na co wolno wydać konkretne pieniądze.

Politycy odkryli, że nie można latać z lotniska, z którego się nie lata

Historia Krywlan jest tak długa, że spokojnie można byłoby nakręcić o niej serial. Najpierw przez lata obiecywano lotnisko regionalne, później powstał pas startowy, który miał być początkiem wielkiej lotniczej przyszłości Białegostoku. Następnie okazało się, że w pobliżu rośnie las, który przeszkadza samolotom. Od tego czasu kolejne lata upływają na dyskusjach, analizach, zapowiedziach i szukaniu sposobu na rozwiązanie problemu.

Partnerzy portalu:

Teraz pojawił się nowy dramat. Unia Europejska może przeznaczyć około 10 milionów euro na rozwój infrastruktury Krywlan związanej z bezpieczeństwem, ratownictwem i potrzebami wojska. Wydawałoby się, że to znakomita wiadomość. Skoro od lat nie potrafimy zrobić z tego miejsca normalnego lotniska pasażerskiego, to przynajmniej można rozbudować je za zewnętrzne pieniądze i stworzyć infrastrukturę, która naprawdę będzie do czegoś potrzebna.

W lokalnej polityce każda dobra wiadomość musi mieć drugie, najlepiej katastroficzne dno. Były marszałek województwa Artur Kosicki ostrzega, że przyjęcie takich warunków może zablokować rozwój przewozów pasażerskich. Obecny marszałek Łukasz Prokorym przekonuje natomiast, że dzięki połączeniu różnych źródeł finansowania z lotniska będą mogły korzystać zarówno samoloty wojskowe, jak i cywilne. I tak oto znów rozmawiamy o przyszłości lotniska, zamiast oglądać samoloty startujące z Białegostoku.

Przeczytajmy, co tam właściwie napisano

Całe zamieszanie dotyczy kryteriów dofinansowania inwestycji związanych z bezpieczeństwem i infrastrukturą krytyczną. Wśród warunków pojawia się wymóg wykazania, że realizowany projekt nie doprowadzi do zwiększenia skali cywilnych lotów komercyjnych. I właśnie tutaj warto zatrzymać polityczną karuzelę.

Czym innym jest zakaz finansowania rozwoju działalności komercyjnej z pieniędzy przeznaczonych na bezpieczeństwo, a czym innym zakaz prowadzenia lub rozwijania takiej działalności w ogóle.

Jeżeli Unia Europejska przekazuje pieniądze na infrastrukturę służącą wojsku, ratownictwu czy bezpieczeństwu, to oczywiste, że nie chce, aby samorząd wykorzystał tę dotację do sfinansowania terminala pasażerskiego, którego głównym zadaniem będzie obsługa wakacyjnych czarterów. To zupełnie zrozumiałe. Pieniądze przyznane na określony cel powinny być wydawane zgodnie z przeznaczeniem.

Ale z tego nie wynika, że na tym samym lotnisku nie można prowadzić działalności cywilnej albo realizować odrębnych inwestycji z innych środków. Przecież nikt nie twierdzi, że jeśli samorząd otrzyma unijną dotację na budowę remizy strażackiej, to w całej miejscowości nie będzie już można wybudować prywatnego warsztatu samochodowego. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego, dopóki nie próbuje się finansować warsztatu pieniędzmi przeznaczonymi na remizę.

Podobnie powinno wyglądać podejście do Krywlan. Oczywiście jest tutaj istotny szczegół. Jeżeli infrastruktura sfinansowana z dotacji wojskowej miałaby jednocześnie służyć do zwiększenia komercyjnego ruchu pasażerskiego, należałoby sprawdzić, czy nie narusza to warunków pomocy. Samo rozdzielenie faktur albo nazwanie części inwestycji wojskową, a części cywilną, nie wystarczy. Znaczenie ma rzeczywisty sposób wykorzystania infrastruktury. To jednak problem prawidłowego przygotowania i rozliczenia inwestycji, a nie dowód, że lotnisko pasażerskie zostało na zawsze zakazane.

A gdyby nawet trzeba było oddać dotację?

Pójdźmy jednak o krok dalej i rozważmy scenariusz, którym próbuje się straszyć mieszkańców. Wyobraźmy sobie, że Krywlany otrzymują dofinansowanie, infrastruktura zostaje rozbudowana, a po kilku latach pojawia się realna możliwość uruchomienia regularnych lotów pasażerskich. Jest przewoźnik, jest zainteresowanie, są pieniądze i wreszcie ktoś chce zrobić to, czego nie udało się osiągnąć przez poprzednie dwadzieścia lat.

I wtedy pojawia się problem. Instytucja finansująca stwierdza, że nowe wykorzystanie infrastruktury narusza warunki otrzymanej dotacji. Co wtedy?

Otóż nawet w takim scenariuszu nie oznacza to, że trzeba porzucić marzenia o lotnisku. Można przeanalizować zmianę warunków projektu, ograniczenie wykorzystania dotowanej infrastruktury albo konsekwencje zwrotu dofinansowania. W zależności od umowy i przepisów mogłoby to oznaczać zwrot całości lub części środków, być może także z odsetkami. I tutaj pojawia się pytanie, którego jakoś nie słychać w politycznej awanturze: czy naprawdę lepiej nie budować niczego, niż dopuścić możliwość, że za kilka lat trzeba będzie oddać część otrzymanych pieniędzy?

Przecież gdyby za kilka lat lotnisko w Białymstoku rzeczywiście miało szansę obsługiwać regularne połączenia pasażerskie, to należałoby policzyć koszty i korzyści. Być może nawet pełny zwrot dotacji okazałby się ekonomicznie uzasadniony w porównaniu z korzyściami wynikającymi z uruchomienia lotniska. Nie twierdzimy, że zwrot środków zawsze byłby możliwy ani że automatycznie rozwiązałby wszystkie problemy prawne. Ale przecież taki scenariusz należy przeanalizować, a nie udawać, że każda dotacja jest dożywotnim wyrokiem na infrastrukturę.

Tym bardziej że mówimy o sytuacji czysto hipotetycznej. Najpierw musiałoby bowiem wydarzyć się coś, na co Białystok bezskutecznie czeka od dekad: ktoś musiałby wreszcie uruchomić stąd regularne loty pasażerskie.

Na Krywlanach większym problemem od unijnych zapisów jest rzeczywistość

Najbardziej absurdalne w całej dyskusji jest to, że politycy znaleźli kolejny powód do straszenia utratą lotniska pasażerskiego, choć takiego lotniska w praktyce nie mamy. Mamy pas startowy, którego pełne wykorzystanie nadal utrudniają przeszkody lotnicze. Mamy wieloletnie zapowiedzi terminali, rozbudowy, modernizacji i połączeń. Mamy dziesiątki politycznych deklaracji i niezliczone wizje przyszłości.

Nie mamy natomiast regularnych rejsów, którymi mieszkaniec Białegostoku mógłby polecieć choćby do Warszawy. Co więcej, nie ma dziś przekonującego dowodu, że gdyby wszystkie problemy techniczne rozwiązano jutro, natychmiast pojawiliby się przewoźnicy gotowi uruchomić opłacalne połączenia. Lotnisko to nie tylko asfaltowy pas i budynek z poczekalnią. To również koszty utrzymania, procedury, infrastruktura, obsługa oraz przede wszystkim pasażerowie i linie lotnicze, którym taki biznes musi się opłacać.

Zamiast więc rozstrzygać, czy Krywlanom zaszkodzi dotacja na wojsko, warto byłoby najpierw odpowiedzieć na pytanie, jaki właściwie jest realny plan uruchomienia połączeń pasażerskich. Ile będzie to kosztować? Kto miałby stąd latać? Dokąd? I dlaczego akurat z Białegostoku?

Bez tych odpowiedzi dyskusja o rzekomej blokadzie rozwoju lotniska przypomina kłótnię o to, czy można dobudować garaż do domu, którego nikt jeszcze nie potrafił postawić.

Bierzcie pieniądze i wreszcie zróbcie coś pożytecznego

Krywlany powinny się rozwijać. Jeżeli można pozyskać środki na infrastrukturę potrzebną wojsku, służbom ratunkowym i bezpieczeństwu regionu, to warto z tej możliwości skorzystać. Szczególnie że województwo podlaskie leży przy granicy z Białorusią i w obecnej sytuacji geopolitycznej zdolności logistyczne oraz ratownicze mają rzeczywiste znaczenie. Równocześnie trzeba zadbać o to, by inwestycje były prawidłowo zaprojektowane, a warunki dofinansowania nie tworzyły niepotrzebnych przeszkód dla przyszłego rozwoju lotnictwa cywilnego. Jeżeli istnieją wątpliwości interpretacyjne, należy uzyskać pisemne stanowisko instytucji finansującej, zanim podpisze się zobowiązania.

I tyle. To nie jest zagadnienie wymagające kolejnej politycznej wojny. Najbardziej interesujące jest jednak coś innego. W Białymstoku przez całe lata nie udało się stworzyć normalnego lotniska pasażerskiego. Teraz pojawia się okazja, by za zewnętrzne pieniądze rozbudować istniejącą infrastrukturę, a część lokalnych polityków już przekonuje, że lepiej uważać, bo może to zaszkodzić przyszłym planom.

Planom, które od lat pozostają głównie planami.  Może więc zamiast martwić się, że w przyszłości trzeba będzie oddać dotację z powodu uruchomienia lotów pasażerskich, warto najpierw doprowadzić do sytuacji, w której rzeczywiście będziemy mieli takie loty? Bo na razie największym zagrożeniem dla lotniska na Krywlanach nie są ani unijne przepisy, ani wojskowe samoloty, ani nawet słynny las.

Największym zagrożeniem jest to, że od kilkudziesięciu lat białostoccy politycy zdecydowanie lepiej radzą sobie z lataniem po konferencjach prasowych niż z uruchamianiem prawdziwych połączeń lotniczych.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.