9 marca 1989 roku. Białystok śpi. Jest godzina 2:25 w nocy. Po torach przecinających miasto powoli sunie ciężki skład towarowy – 32 wagony i sześć cystern wypełnionych chlorem. Pociąg zmierza do NRD. Wszystko wygląda rutynowo. Takich transportów w czasach PRL kursowało wiele. Nikt z mieszkańców miasta nie ma pojęcia, że za chwilę znajdzie się o krok od katastrofy, która mogłaby zabić dziesiątki tysięcy ludzi.
Nagle nocną ciszę rozdziera potężny zgrzyt metalu. Pęka szyna. Skład wypada z torów. W jednej chwili stalowa masa zaczyna się rozpadać. Wagony uderzają o siebie, nasyp kolejowy zostaje zniszczony, a podkłady i fragmenty torów splatają się z wagonami w chaotyczną plątaninę stali. Sześć cystern z chlorem przewraca się na bok. W ich wnętrzu znajduje się około 50 ton jednej z najbardziej niebezpiecznych substancji chemicznych używanych w przemyśle.
Chlor jest ciężkim, duszącym gazem. W razie uwolnienia nie unosi się wysoko – płynie przy samej ziemi jak zielonkawa mgła. Kontakt z nim powoduje poparzenia dróg oddechowych, obrzęk płuc i gwałtowną niewydolność krążenia. Wystarczyłoby jedno rozszczelnienie, aby nad miastem powstała trująca chmura. Na szczęście katastrofa wydarzyła się w miejscu płaskim. Gdyby wykolejenie nastąpiło kilkadziesiąt metrów dalej – na pobliskim wiadukcie – cysterny niemal na pewno pękłyby przy upadku.
Na miejsce natychmiast ruszają pierwsze zastępy straży pożarnej. Teren wokół katastrofy zostaje odcięty w promieniu 200 metrów. Zamknięto szkoły, sklepy i okoliczne budynki. Z parterów pobliskich bloków ewakuowani są mieszkańcy. Do Białegostoku ściągani są także ratownicy z innych miast, między innymi z Płocka. Szpitale wprowadzają ostry dyżur. Ale problem jest ogromny. Cysterny leżą w zniszczonym torowisku, a jedyny dźwig zdolny je podnieść nie może dojechać na miejsce. Tory są całkowicie zniszczone. Najpierw trzeba więc odbudować fragment linii kolejowej.
Ratownicy pracują w napięciu. Każdy ruch przy stalowej konstrukcji może uszkodzić zbiorniki z chlorem. Gdy w końcu udaje się doprowadzić dźwig, rozpoczyna się najbardziej ryzykowna część operacji. Podczas pierwszej próby podnoszenia słychać przerażający zgrzyt metalu. Elementy konstrukcji są ze sobą splątane. Niektórych fragmentów nie da się odłączyć mechanicznie. Trzeba użyć palnika acetylowego.
To moment, który mógł zdecydować o losie miasta. Każda iskra mogła doprowadzić do eksplozji lub rozszczelnienia cystern. Dlatego ratownicy kierują na zbiorniki dwa silne strumienie wody, aby obniżyć temperaturę metalu i zminimalizować ryzyko zapłonu. Po półtorej godziny pierwsza cysterna zostaje podniesiona. Kolejne okazują się znacznie trudniejsze. Jedną z nich podnosi się aż siedem godzin. Cała operacja trwa niemal dobę. Dopiero po około 24 godzinach od wykolejenia można powiedzieć, że najgorsze minęło.
Paradoksalnie większość mieszkańców Białegostoku dowiaduje się o katastrofie dopiero dziewięć godzin po jej rozpoczęciu. Władze PRL długo nie informują opinii publicznej o zagrożeniu. Ewakuacja obejmuje jedynie najbliższe bloki. Kiedy wiadomość zaczyna się rozchodzić pocztą pantoflową, wielu ludzi spontanicznie opuszcza miasto. Inni szukają schronienia na wyższych piętrach budynków, wierząc że ciężki chlor nie dotrze tak wysoko.
Dlaczego w ogóle doszło do tej katastrofy? Przyczyna okazała się banalna i zarazem tragiczna – zaniedbanie. Odcinek torów, na którym doszło do wykolejenia, powinien zostać wymieniony cztery lata wcześniej. Nie zrobiono tego. W końcu zużyta szyna pękła pod ciężarem pociągu. Białystok uniknął katastrofy właściwie o włos. Gdyby doszło do rozszczelnienia choć jednej cysterny, chmura chloru mogłaby rozlać się nad miastem. W najgorszym scenariuszu śmierć mogły ponieść tysiące ludzi.
Po wypadku wprowadzono zakaz transportowania chloru przez centrum Białegostoku. Na miejscu katastrofy przy ulicy Poleskiej stanął krzyż – symbol pamięci o wydarzeniu, które wielu mieszkańców do dziś nazywa „ocaleniem miasta”.
Z biegiem lat wokół tego wydarzenia narosła nawet legenda. Niektórzy wierzyli, że miasto ocalił błogosławiony ksiądz Michał Sopoćko. Rok przed katastrofą jego szczątki przeniesiono do pobliskiego kościoła.
Niezależnie od interpretacji jedno jest pewne: w marcu 1989 roku Białystok znalazł się o krok od tragedii na skalę, której Polska nigdy wcześniej nie doświadczyła. A o tym, że do niej nie doszło, zadecydowało połączenie determinacji ratowników… i ogromnej dawki szczęścia.

