Featured Video Play Icon

Tak było na przełomie 1978 i 1979 roku. Ciężka zima w Suwałkach na filmie.

To była zima stulecia. Suwałki w 1978 roku zostały wręcz sparaliżowane. A wszystko to zaczęło się w Sylwestra. Śnieg zaczął sypać bardzo intensywnie, a tym czasem w domach imprezy odbywały się na całego. 1 stycznia 1979 roku goście zaczęli wracać do domów. Zastał ich bajkowy, zimowy krajobraz. Problem w tym, że ciężko było się przemieszczać nawet pieszo! Szczególnie kobiety miały problem, które musiały przedzierać się przez zaspy w wybornych kreacjach i nieodpowiednich do warunków atmosferycznych butach.

W Suwałkach rekord śniegu padł w lutym. 16 lutego spadło 84 cm białego puchu! Temperatury przekraczały -30 stopni. To wszystko jednak z perspektywy mieszkańców zaczęło być realnym problemem, gdy od mrozu przestały działać trakcje elektryczne i popękały szyny torów kolejowych. Nagle był problem z dowozem węgla do elektrociepłowni. O przemieszczaniu się z miasta do miasta można było w zasadzie zapomnieć. Bardzo trudno też było korzystać z komunikacji miejskiej.

Każde z miast było po prostu oddzielną wyspą, którą intensywnie trzeba było odśnieżać. W samych Suwałkach ludzie byli już przyzwyczajeni do niskich temperatur i śniegu. Nawet tam zima stulecia dała w kość. Ludzie musieli pomagać sobie wyjechać z zaspy, a służby drogowe pracowały bez odpoczynku.

Featured Video Play Icon

W budynku białostockiego ratusza jest Muzeum Podlaskie. Co tam można zobaczyć?

Wiele osób zwraca uwagę na wyjątkową konstrukcję białostockiego ratusza. Swoją drogą nigdy takiej funkcji budynek nie pełnił, a jednak jak zwano go ratuszem tak zostało. W swojej przeszłości pełnił rolę odpowiednika dzisiejszej galerii handlowej. Dziś to Muzeum Podlaskie. Co można zobaczyć w środku? Powyższy film dokładnie to przedstawi.

Obecny ratusz został odbudowany w latach 1954 – 1958. Został rozebrany podczas rosyjskiej okupacji miasta. Jednak warto podkreślić, że białostoccy urzędnicy przed okupacją też mieli plany by to zrobić. Na szczęście „uśmiechnięty ratusz” – jak jest zwany dzisiaj, został społeczeństwu przywrócony. Tym razem jako Muzeum Podlaskie. Obecnie budynek mieści się przy ul. Rynek Kościuszki. Dawniej była to „Bazarna”. Nieprzypadkowo, bo w ratuszu i przy nim mieściło się ponad 100 stoisk handlowych! Na obecnym placu od strony Lipowej stał jeszcze mniejszy budyneczek, który zwano „wagą miejską”. W toku prac badawczych ustalono, że była to samowola budowlana i dlatego nie została także odbudowana. Ratusz był również miejscem, gdzie znajdował się pierwszy w Białymstoku dworzec autobusowy. Później go przeniesiono na Jurowiecką, a następnie na Bohaterów Monte Cassino, gdzie stoi do dziś.

Wracając do samego Muzeum Podlaskiego. W środku jak widać na filmie – możemy oglądać przede wszystkim obrazy. To galeria malarstwa polskiego. Między innymi zobaczymy tu portrety Jana Klemensa i Izabeli Branickich. Najprawdopodobniej pochodzą one z XVIII w., ale mogły powstać już po śmierci Branickich. Autora obrazów nie znamy, ale oglądając prace możemy stwierdzić, że był to artysta wysokiej klasy. Obrazy są dopracowane, co można zauważyć w detalach stroju Branickich oraz subtelnym namalowaniu twarzy i dłoni Izabeli. Portrety są przykładem pendantów, tj. powstawały w tym samym czasie i z myślą o powieszeniu obok siebie, dodatkowo są spójne pod względem kompozycji, stylu i kolorystyki.

Featured Video Play Icon

To królowa polskich kolęd. Pierwszy raz zagrana w Białymstoku w 1792 roku!

Chociaż już po świętach, to w kościołach nadal można posłuchać kolęd. Jedna z nich powinna być szczególnie bliska sercu Podlasianom. Pieśń o Narodzeniu Pańskim – znana wśród Polaków jako kolęda Bóg się rodzi, została napisana pod koniec XVII wieku, przez Franciszka Karpińskiego. Po raz pierwszy została odśpiewana w Starym Kościele Farnym w Białymstoku roku Pańskiego 1792. Miejsce to było nieprzypadkowe. W latach 1785–1818 poeta i pisarz przebywał na dworze Branickich w Białymstoku, gdzie stworzył także Pieśni nabożne (Kiedy ranne wstają zorze, Wszystkie nasze dzienne sprawy, Bóg się rodzi i inne).

Aktualna melodia popularnej pieśni świątecznej, napisana została przez Karola Kurpińskiego, na podstawie poloneza koronacyjnego królów polskich z XVI wieku. Kolęda Bóg się rodzi, uchodzi obecnie za królową polskich kolęd. A wszystko to zaczęło się za sprawą supraskiej drukarni, w miejscu której znajduje się dziś Monaster. Wówczas funkcjonował tam klasztor ojców Bazylianów, a razem z nim drukarnia. Pieśni Karpińskiego wydrukowano tam w 1792.

Poeta to także autor popularnej pieśni „Kiedy ranne wstają zorze” – czyli Pieśń poranna. Jej pierwsze wydanie z 1792 roku znajduje się w Książnicy Podlaskiej, która odkupiła je podczas aukcji. Warto wiedzieć, że jego twórczość sponsorowała Izabela Branicka, trzecia żona hetmana, ostatnia właścicielka miasta przed zaborami. Hetmanowa sprawiła, że w XVIII wieku Białystok liczył się w całej Europie pod względem kultury. Gościły u nas śpiewaczki z Wenecji, balety z Włoch, Teatry z Niemiec, a także najsłynniejsi pisarze i malarze – Ignacy Krasicki, Julian Uryn Niemcewicz, Elżbieta Drużbacka czy Franciszek Karpiński.

Featured Video Play Icon

„To jest nasz dom”. Wyjątkowy film o ludziach, którzy zamieszkali w dawnej fabryce…

XIX wiek, to czas, gdy Białystok był zwany Manchesterem Północy. W mieście było mnóstwo fabryk. Po II wojnie światowej przetrwało niewiele budynków pamiętających tamte czasy. Do dziś w centrum możemy „podziwiać” zabudowę stojącą „krzywo” do reszty budynków. A to dlatego, że dawniej nie było Al. Piłsudskiego. By powstała jeszcze pod nazwą „Aleja 1 Maja” przeorano wszystkie domy po drodze. Na szczęście zabytkowe fabryki się uchowały. Włókiennicza 7/9, Włókiennicza 16, Częstochowska 14/2 – to ich adresy. Schyłek XX wieku to czas, gdy ostatni z wymienionych postanowili zagospodarować anarchiści.

DeCentrum było miejscem, gdzie nie tylko zamieszkali ludzie, ale także miejscem, gdzie odbywało się mnóstwo imprez kulturalnych. Rzecz jasna można było na nie wejść tylko „na zaproszenie” lub z osobą, która miała do „squatu” wstęp. I to chyba te imprezy spowodowały zbyt duże zainteresowanie miejscem. Anarchiści borykali się z napaściami skinheadów oraz interwencjami policji. Miastem rządził wówczas Ryszard Tur. Początkowo jego urzędnicy zaproponowali anarchistom przybranie jakiejś legalnej formy. Na przykład stowarzyszenia. Wtedy można by było mówić o jakiejś legalnej formie „użyczenia” im budynku. Trudno jednak było oczekiwać od anarchistów, by zaczęli żyć przeciwko własnej idei życia poza systemem. Ostatecznie deCentrum zostało zlikwidowane siłowo. A stało się to już w XXI wieku. I o tym jest powyższy film z 2001 roku. Kawał ciekawej historii.

Dziś dawna fabryka stoi pusta. Jej przyszły los jest nieznany. Nie widać żadnego pomysłu na zagospodarowanie tego miejsca. Szczególnie, że po tak długim czasie nieużytkowania przydałby się tam solidny remont.

Featured Video Play Icon

Przelotem nad Łomżą. Tak wygląda miasto i jego najważniejsze miejsca z góry.

Łomża, to miasto położone w województwie podlaskim, nad rzeką Narew. Historycznie należy jednak do Mazowsza. Stąd niekończące się antagonizmy i złośliwości pomiędzy łomżyniakami i białostoczanami. To właśnie ci pierwsi często o tych drugich mówią „śledziki” i upowszechniają te żartobliwe określenie. Mieszkańcy stolicy podlaskiego nie pozostają dłużni i żartują, że w Łomży jedyne co warto kupić, to bilet do Białegostoku. To wszystko nie wychodzi poza sferę żartów, bo w rzeczywistości zarówno Białystok jak i Łomża są pięknymi miastami, które warto odwiedzić. Dziś będzie o walorach tego drugiego.

Na powyższym filmie możemy między innymi zobaczyć takie obiekty jak Góra Królowej Bony, Pałac Biskupi, Wieża ciśnień, Ławeczka Hanki Bielickiej, Kamienne Schodki, Port Łomża, Łomżyńskie Bulwary, a także Twierdza Łomża. To jednak nie wszystko co oferuje mazowieckie miasteczko. Warto też przejechać się do Starej Łomży oraz Łomżyńskiego Parku Krajobrazowego Doliny Narwi. Generalnie życie toczy się wokół tej rzeki.

Warto jeszcze dodać, że historia Łomży jest fascynująca. Pierwsze wzmianki o grodzisku na tych terenach pochodzą z IX wieku! W późniejszych latach istnienie miasta było zagrożone przez ciągłe najazdy Litwinów. To jednak się zmieniło w momencie, gdy zawarto unię z tym krajem. Największy rozkwit Łomża zawdzięcza książętom Mazowieckim. W XVI wieku znajdował się tu dwór królewski, ludwisarnię (wykonywano tam odlewy dzwonów), arsenał, łaźnię, spichlerze zbożowe, magazyny soli i inne budowle.

Niestety kolejne stulecie nie było tak łaskawe. Wojny, pożary, powodzie i zarazy, które w XVII wieku nawiedzały szczególnie często ziemię łomżyńską, za każdym razem dziesiątkowały mieszkańców i ich zwierzęta. Po każdej z tych nawałnic coraz trudniej było podnieść się nie tylko poszczególnym rodzinom, ale także całemu miastu. Pod koniec wieku liczba ludności miasta wynosiła zaledwie 300 osób. Późniejsze zabory wcale nie dawały nadziei na lepsze zmiany. Podczas II wojny światowej Łomża zostaje zniszczona w ok. 70%. W wyniku deportacji i mordów liczba ludności maleje o około 60%. Zakończenie niemieckiej okupacji Łomży następuje 13 września 1944 roku, gdy do miasta ponownie wkracza Armia Czerwona.

Featured Video Play Icon

Taki był Bielsk Podlaski 50 lat temu! Zobacz wyjątkowy film.

W archiwach telewizyjnych znajduje się zapewne mnóstwo perełek, tylko problem polega na tym, że dostęp do tego mają nieliczni. Czasem zdarza się, że poszczególne programy czy dokumenty trafiają do internetu. Tak też jest z programem podróżniczym „Tramp”. 50 lat temu można było zobaczyć dokument pokazujący życie codzienne w Bielsku Podlaskim. Jakie było? Zobaczcie sami na powyższym filmie.

W pierwszych ujęciach widzimy targowisko. Ludzie niosą zwierzęta gospodarskie, jadą furami, jest też mężczyzna, który pobiera opłaty. W czwartki jest dzień targowy, ludzie z okolicznych wsi zjeżdżają się. Każdy z tym co ma. Można kupić zwierzęta gospodarskie czy uprawy. Ludzie targują się do upadłego. W kolejnych ujęciach widzimy ulice Bielska Podlaskiego, stare drewniane domy z charakterystycznymi ornamentami. Nie brak też wędrujących ludzi.

Kolejne ujęcia to pokazanie, że w mieście jest edukacja i kultura. Narratorką opowiadającą o tym wszystkim jest jedna z bielskim nauczycielek, która zamieszkała w bloku i będzie uczyć wiejskie dzieci śpiewu i tańca. Niestety 50 lat temu w telewizji nie używało się ani czołówek ani tyłówek w filmach, więc trudno powiedzieć kim była. Miejmy nadzieję, że wbrew swoim zapowiedziom – w Bielsku pozostała.

Featured Video Play Icon

Warto się tu zatrzymać. Obejrzyj historyczny spacer po Siemiatyczach.

Siemiatycze to miasto, które powstało w połowie XVI wieku i jest nierozerwalnie związane z polskimi magnatami. Z perspektywy XXI wieku to małe miasteczko na uboczu, daleko od stolicy województwa podlaskiego. Tymczasem na tle Podlasia Siemiatycze znajdują się w centrum. I właśnie w taki sposób trzeba patrzeć na nie. To ważny ośrodek, który powinniśmy zestawiać nie z Białymstokiem, Łomżą i Suwałkami, ale z Siedlcami, Łukowem, Międzyrzecem Podlaskim, Białą Podlaską, Radzyniem Podlaskim, Ciechanowcem, Bielskiem Podlaskim i Hajnówką. Te wszystkie miasteczka znajdują się w mniejszej lub większej okolicy rzeki Bug i mają zupełnie inną historię niż największe miasta województwa podlaskiego.

W XVIII wieku Siemiatycze były jednym z najlepiej rozwiniętych gospodarczo miast w regionie. Taki Białystok swój boom miał dopiero w XIX wieku. A jak było dokładnie z historią Siemiatycz? Seniorki z Klubu Seniora w Siemiatyczach zaprezentowały swoje miasto podczas historycznego spaceru. Możemy się dowiedzieć, dlaczego dziś warto tutaj przyjechać. Każdy kto jechał do Lublina najbardziej chyba zwrócił uwagę na park w środku ronda. To miejsce, w którym dawniej stał ratusz. Z powyższego filmu można dowiedzieć się też mnóstwo innych ciekawostek, ale także historii konkretnych miejsc i ludzi. To prawdziwa kopalnia wiedzy.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

To jeden z najstarszych budynków w mieście. Ma teraz odnowioną elewację.

Kamienica przy Placu Kościuszki 26 w Sokółce jest najstarszym zabytkiem w mieście, a jednocześnie został zabytkiem dopiero w 2011 roku. W ostatnim czasie przeszedł remont elewacji. Wszystko pod okiem Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Białymstoku. Międzyczasie doszło do odsłonięcia oryginalnych dekoracji w elewacji zwanych boniami. Teraz po remoncie w jego wnętrzu mieścić się będzie centrum wspierania organizacji pozarządowych.

Usytuowany w centrum miasta obiekt powstał na przełomie XVIII/XIX w., stanowi przykład murowanego budownictwa mieszkalnego. Wartość artystyczna kamienicy wyraża się m.in. w reprezentacyjnej elewacji południowo-wschodniej. O wartościach artystycznych kamienicy decyduje również proporcjonalna niezmieniona w swej formie bryła, zwieńczona czterospadowym dachem, z wyodrębnionym dwukondygnacyjnym aneksem przy północno-wschodniej ścianie, zwieńczonym dachem trzyspadowym. Kamienica ma charakter unikalny również pod względem wartości historycznych.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków
fot. bialystok.pl

Tu Niemcy zamordowali 3000 osób. Miejsce pamięci zostało wyremontowane.

Cmentarz w Lesie Bacieczki, który upamiętnia ofiary terroru z II wojny światowej przeszedł remont. Miejsce pamięci po zamordowaniu 3 tysięcy osób w latach 1941-1944 przez Niemców powstało w 1980 roku. Remont był wykonywany na raty. Tym razem zakończony został trzeci etap prac. W jego ramach wykonano renowację betonowej kompozycji pomnikowej wraz ze stalowym krzyżem, betonowych murków, granitowej płyty z napisami, symbolicznych betonowych kamieni oraz punktu informacyjnego przy drodze dojazdowej do obiektu.

W poprzednich latach wyremontowano ogrodzenia i maszty flagowe. W 2021 roku zostały przeprowadzone prace renowacyjne rzeźby przedstawiającej udręczonego człowieka, znajdującej się na terenie cmentarza. Wykonał je autor całego założenia pomnikowego – białostocki rzeźbiarz Jerzy Grygorczuk, współautor m.in. Reduty Białegostoku na Wysokim Stoczku. W związku ze śmiercią Jerzego Grygorczuka, podczas tegorocznego etapu renowacji cmentarza nie udało się odtworzyć dwóch rzeźb będących autorskimi pracami białostockiego artysty – mieczy w płonącym zniczu oraz tablicy z napisem: „Wołam cię obcy człowieku co kości odkopiesz białe kiedy wystygną już boje szkielet mój będzie miał w ręku sztandar ojczyzny mojej”.

Koszt trzeciego etapu remontu wykonanego wyniósł prawie 48,5 tys. zł.

Featured Video Play Icon

Cudowne źródełko w Puszczy Białowieskiej. Tu naładujesz się mocą.

Podlaskie to wyjątkowy region nie tylko dlatego, że jest wielokulturowy i bogaty przyrodniczo. To także miejsce, gdzie egzystuje ze sobą równolegle religia i ludowe wierzenia. Nie powinniśmy jednak mieć z tego powodu żadnych kompleksów. W takiej Islandii ludzie wierzą w elfy i jest to nawet brane pod uwagę przez aparat państwowy przy podejmowaniu decyzji. Żeby nie być gołosłownym – była tam taka sprawa, że trasa nowej drogi kolidować miała z miejscem egzystencji elfów właśnie, przez co ostatecznie ba wniosek mieszkańców miejsce ważne dla lokalnej społeczności inwestycja ominęła.

I tu przejdźmy płynnie do Krynoczki w Puszczy Białowieskiej. Ważną rolę odgrywa tutaj drzewo. Mimo, że we wspomnianej Puszczy jest ich bardzo, ale to bardzo wiele, to te jedno jest wyjątkowe. Według wierzeń (i to jeszcze z XIII wieku!) objawiła się na nim Matka Boża. Dlatego tuż obok wybudowano niewielki monaster. Krynoczka dawniej nazywała się Miednoje. Dziś jest miejscem wielu pielgrzymek. Co ważne, istniejące na miejscu święte źródło jest kultywowane jedynie lokalnie. Obrzędy religijne odbywają się tu zupełnie z innego powodu – w dniu wspomnienia Braci Machabeuszy oraz w święto Podwyższenia Krzyża Pańskiego. Widać jak na dłoni, to co powyżej napisaliśmy. W Podlaskiem równolegle egzystują ze sobą religia i ludowe wierzenia.

Sama cerkiew i źródełko powstały w połowie XIX wieku. W 1846 została wybudowana drewniana cerkiew pod wezwaniem Świętych Braci Machabeuszy należąca do parafii Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy w Dubinach. Przy studzience (znajdującej się obecnie pod wiatą) zbudowano natomiast w 1848 z ofiar miejscowych wiernych niewielką drewnianą kaplicę. Cudowne miejsce znajduje się tuż za obrzeżami Hajnówki w kierunku Białowieży. Dojść można tam drogą leśną „Tryb Hajnowski”.

Featured Video Play Icon

Żydowska architektura na Podlasiu. Wyjątkowy film dokumentalny.

Podlaskie jest przepiękne i nikt nie powinien mieć co do tego wątpliwości. Tym razem można się o tym przekonać przez pryzmat architektury żydowskiej, która przetrwała II wojnę światową. Przypomnijmy przed straszliwym czasem zbrodni niemieckich, Żydzi na Podlasiu stanowili większość mieszkańców. Niektóre miasta liczyły od 70 do 80 proc. mieszkańców tej narodowości. Dlatego spuścizna po nich powinna być gigantyczna, gdyby nie zniszczenia wojenne. Szczególnie, że większość zwykłych budynków, które stoją do dziś choćby w Białymstoku budowali właśnie Żydzi.

Warto na podlaskie miasta spojrzeć także poprzez pryzmat powyższego filmu dokumentalnego, który został stworzony w 2012 roku. Jak prezentowały się Tykocin, Sejny, Orla, Krynki i Białystok dekadę temu? Film jest kontynuacją cyklu rozpoczętego w 2009 roku dokumentującego architekturę Podlasia. Do tej pory powstały 3 filmy dokumentalne o architekturze drewnianej. Autorem jest bardzo znany i uznany twórca z regionu – Ireneusz Prokopiuk.

W pierwszej części powyższego dokumentu dowiemy się do tykocińskiej synagodze. Z zewnątrz jest jeszcze malowana po staremu. Obecnie jest już w oryginalnych lub zbliżonych do oryginalnych kolorów. W kolejnych minutach filmu poznamy synagogę w Sejnach, a następnie w Orli. Ta ostatnia jest niestety ruiną. Tylko fachowiec dostrzeże tam pewne detale. Swoimi profesjonalnymi spostrzeżeniami z widzami podzieliła się Eleonora Bergman z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie.

Ostatnim obiektem, który zobaczymy w filmie Ireneusza Prokopiuka jest synagoga w Krynkach. Tu warto zwrócić uwagę, że budynek jest wyjątkowy ze względu na swoje zdobienia, które sugerują, że na budowę obiektu mogli mieć wpływ przedstawicieli innych religii. Na wielokulturowym Podlasiu jest to całkiem prawdopodobne. Na koniec dokumentu dowiemy się ogólnie o budownictwie żydowskim. Dzięki czemu możemy zobaczyć też obrazy z Białegostoku, gdzie nie brakuje pozostałości po żydowskiej architekturze. Jest to prawdziwa baza wiedzy oraz wyjątkowa pocztówka z przeszłości.

Masowy grób Polaków w Jedwabnem. Fot. Stowarzyszenie Wizna 1939 / wizna1939.eu

Jedwabne. Odkryto masowe miejsce zbrodni niemieckiej na Polakach

Jedwabne, to podlaska wieś, która bezsprzecznie kojarzy się z pogromem Żydów w czasach II wojny światowej. Przez lata trwały spory o to kto ich dokonał. Obecna wiedza historyczna pozwala stwierdzić, że byli to Polacy zainspirowani przez niemieckiego okupanta. Po latach od zbrodni, w 2022 roku odkryto masowy grób z 11 polskimi ofiarami cywilnymi niemieckiego terroru. Skala dużo mniejsza, ale pozwala na stwierdzenie, że w Jedwabnem przez Niemców zginęli i Żydzi i Polacy.

Zmiana okupanta

Synagoga w Jedwabnem spalona w 1913 roku.
fot. S. Zaborowski ze zbiorów Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości w Warszawie / Wikipedia

10 lipca 1941 roku żydowscy mieszkańcy Jedwabnego zostali zagonieni na rynek. Tam przez wiele godzin ich przetrzymywano, bito, upokarzano, a na koniec zapędzono do drewnianej stodoły na obrzeżach, gdzie spalono żywcem. Bezpośrednimi sprawcami tej zbrodni byli Polacy. Z relacji świadków wynika, że od rana mieszkańcy Jedwabnego zjeżdżali furmankami z całej okolic wiedząc co się szykuje i licząc na późniejszy rabunek mienia.

W Jedwabnem istniał niewielki posterunek niemieckiej Żandarmerii Polowej. Dzień przed zbrodnią w miejscowości pojawiło się także komando okupanta. To była specjalna Służba Bezpieczeństwa. Wiadomo, że doszło do narady z ówczesnymi władzami burmistrzem i radnymi. Ów spotkanie oraz przyjazd następnego dnia okolicznych mieszkańców świadczy o tym, że decyzja o mordzie Żydów zapadła wcześniej. To znaczy, że nie była wynikiem spontanicznego działania mieszkańców.

Warto w tym miejscu przywołać kontekst historyczny. W 1939 roku, gdy wybuchła II wojna światowa, to przez pierwsze 17 dni nacierały na nasz kraj Niemcy, zaś później dołączyła Rosja sowiecka. Ostatecznie, gdy obie armie zajęły nasz kraj podzielono strefy okupacji. Nasz region, w tym Jedwabne były w strefie rosyjskiej. Po 2 latach Hitler postanowił również zaatakować Rosję sowiecką. Dlatego latem 1941 roku znów w naszej części kraju zmienił się okupant na niemieckiego. Gdy wkraczali na nowe tereny, to wśród Polaków panowała ogólna radość, spowodowana tym, że wypierany jest okupant rosyjski.

Samozwańczy burmistrz

W wielu miejscowościach Polacy w sposób samozwańczy ustanowili władzę i współpracowali z nowym okupantem. Tak też było w Jedwabnem. Z własnej inicjatywy burmistrzem został Marian Karolak, szwagier burmistrza sprzed wojny. Dobrał sobie jeszcze dwie inne osoby na zastępców. Lokalna społeczność uznała to, niemiecki okupant również. To jednak nie wszystko – istnieją poszlaki, że w Jedwabnem powstała również samozwańcza milicja, która mogła nosić broń w celu pilnowania porządku.

I to właśnie historyczne ustalenia dowodzą, że to nie zwykli mieszkańcy zainicjowali mord swoich sąsiadów, jak to kłamliwie się przedstawia by oczerniać Polaków, ale właśnie członkowie milicji, czyli osoby, które bezpośrednio były zaangażowane w działania wojenne wraz z samozwańczym burmistrzem.

Hitler rozdawał pieniądze Niemcom. Zamiast spłacać kredyty rozpętał wojnę.

Dlaczego Żydzi padli ofiarą tej zbrodni? W 1939 roku, gdy wybuchała II wojna światowa Hitler był już u władzy od 1933 roku, którą osiągnął na kanwie antysemickich kampanii. Obwiniając Żydów o biedę w Niemczech. 4 lata przed jego dojściem do władzy Niemcy przechodziły przez gigantyczny kryzys gospodarczy. Hitler po dojściu do władzy zaczął w sposób nieograniczony transferować pieniądze do społeczeństwa, czym zyskiwał sobie coraz większe poparcie Niemców. Niestety każdy powinien wiedzieć, że socjalizm nigdy nie działał i rozdawanie pieniędzy przez Hitlera na lewo i prawo doprowadziło Niemcy na skraj bankructwa. Przywódca III Rzeszy rozpętał największą wojnę w dziejach, byleby tylko nie spłacać kredytów. Zanim wybuchła, nieustannie obarczano za kryzys Żydów. Miało to miejsce nie tylko poprzez słowa, ale też poprzez czyny. W 1935 roku Hitler zorganizował konkurs na najlepszy pomysł na dodatkowy wyzysk Żydów, zaś w 1938 roku po tak zwanej „nocy kryształowej” nałożono na Żydów karę w wysokości miliarda marek.

Niemiecka inspiracja

Wracając do Jedwabnego. W 1941 roku Niemcy cały czas kontynuowali antyżydowskie działania także na okupowanych terenach. Gdy przejmowali tereny po Sowietach, spędzano Żydów w jedno miejsce i zabijano. Urządzano także pokazy propagandowe. Na przykład Żydzi musieli niszczyć w Polsce pomniki Lenina, śpiewać „Przez nas wojna” czy chodzić w upokarzających antysowieckich „procesjach”.

Grupa, która bezpośrednio wzięła udział w zbrodni liczyła od 100 do 200 osób. W ówczesnym czasie Jedwabne zamieszkiwało natomiast od 2500 do 2700 osób. Samych Polaków było między 1500 a 1600. Kłamliwie więc byłoby stwierdzenie, że jedna połowa wsi zamordowała drugą. Była aktywna grupa mężczyzn, która prowadziła bezpośrednie działania na Żydach, byli ludzie, którzy robili za „tłum” stanowiący pewien „mur” osaczający, a byli też tacy, którzy byli zainteresowani wyłącznie rabunkiem.

Dlaczego doszło do zbrodni w Jedwabnem?

Tłum ogląda zbrodnię na Żydach w Jedwabnem

Zbrodni i udziału Polaków relatywizować nie wolno, ale nie wolno też ubarwiać. Był to haniebny czyn urządzony przez garstkę mężczyzn, podzielających poglądy antysemickie, zaangażowanych w wojnę, mający zatargi z Żydami, którzy wykorzystali polityczną okazję i bierność innych mieszkańców. Podczas sowieckiej okupacji Polacy byli dyskryminowani, podczas niemieckiej roli się odwróciły, zaś pogromy były niejako okazją do „rewanżu”. Bo Żydów zabito nie tylko w Jedwabnem, ale też w innych okolicznych miejscowościach. Antysemicka fala przetoczyła się ogólnie wzdłuż całego niemieckiego frontu wschodniego od Łotwy po Besarabię.

Pierwsze co wydarzyło się w Jedwabnem, gdy tylko pojawili się Niemcy było pobicie przez tłum, na śmierć 6 osób – 3 Polaków i 3 Żydów. Powodem było zaangażowani polityczne tych osób po stronie sowieckiej. Daje to obraz jakie wówczas panowały nastroje społeczne. Żydzi byli bezpośrednio kojarzeni z przychylnością Sowietów. Dlatego bez wątpienia zbrodnia w Jedwabnem miała charakter zemsty. Atmosfera agresji wobec Żydów była podsycana przez Niemców od początku okupacji. Dwa tygodnie takich działań zrobiły swoje. Dlatego mówimy o bezpośredniej inspiracji społeczeństwa, które zbrodni dokonało. Nie można tego traktować jednak jako wybielania kogokolwiek. Nie ma mowy też o zmuszaniu kogokolwiek.

Zakazano ekshumacji

Nie wiadomo ilu dokładnie Żydów było w tym czasie w Jedwabnym. Oficjalnie mówi się o 40 ofiarach w małych grobie i 300 ofiarach w dużym grobie. Problem w tym, że zabroniono w późniejszych latach dokonywać jakichkolwiek ekshumacji, przez co do dziś nie możemy poznać prawdy. Niektórzy wykorzystują ten fakt do propagowania hipotezy, jakoby zbrodnię przeprowadzili Niemcy, a nie Polacy, zaś dalsze ekshumacje by to potwierdziły. Biorąc pod uwagę wszystko co powyższe wiemy, że to mało prawdopodobne. Najprawdopodobniejszą hipotezą jest bierny udział Niemców, którzy po prostu dopilnowali, by wszystko przebiegło zgodnie z planem i byli w gotowości na wypadek choćby buntu.

fot. Aw58 / Wikipedia, miejsce upamiętniające mord w Jedwabnem

Polacy też ofiarami

Wróćmy teraz do czasów dzisiejszych. Stowarzyszenie Wizna 1939 prowadziło w lesie koło Jedwabnego poszukiwania ofiar zbrodni niemieckich z okresu wojny. 15 października 2022 roku odkryto masowy grób, w którym znajdują się szczątki jedenastu osób. Byli to cywile, ofiary niemieckich żandarmów posterunku w Jedwabnem. Skrępowane z tyłu ręce, uszkodzone czaszki, połamane kości – tak wyglądały odnalezione szkielety. Ofiarami byli mężczyźni, kobiety i jedno dziecko. Odkrycie nie umniejsza zbrodni w Jedwabnem, lecz jest pewnym dodatkowym wątkiem pokazującym, że nie tylko Żydzi byli ofiarami niemieckiego okupanta, który prowadził antysemicką, agresywną nagonkę doprowadzając do pogromu. Ofiarami byli także Polacy.

fot. Stowarzyszenie Wizna 1939 / wizna1939.eu
Featured Video Play Icon

Tak wyglądał Białystok w 1991 roku. Najbardziej zaskakuje mapa w centrum.

Białystok świeżo po transformacji ustrojowej nie wyglądał wcale jakby PRL się już skończył. Nie ma na filmie dokładnej daty, ale po przyrodzie widać, że jest to lato. Film zaczyna się od pokazania Pomnika Bohaterów Ziemi Białostockiej przy Centralu. Następnie widzimy hotel Turkus w jeszcze starych kolorach, chociaż tych na filmie ogólnie mamy znaczny deficyt. Technika w 1991 roku nie była jeszcze na tyle dostępna, by nagrywać w bardzo dobrej jakości. Kamery zapisywały na kasetach z taśmą. Wielokrotne odtworzenie taśmy pogarszało jakość.

Warto też zwrócić uwagę na dworzec kolejowy. Widać, że jest niekompletny. W 1989 roku PKP rozpoczęły prace modernizacyjne dworca, które potrwały 14 lat! Odnowiony budynek dworca został oficjalnie otwarty dopiero 28 listopada 2003. Obecnie dworzec jest po kolejnej już modernizacji, a po tej z 2003 nie ma śladu. Chociaż tamten był uznany w 2008 roku za najpiękniejszy w Polsce, to obecny też nie ma czego się wstydzić, bo nawiązuje swoim wyglądem do oryginalnego wystroju z 1861 roku.

W kolejnych ujęciach mamy znane z centrum miasta budynki. Jednak najbardziej zaskakuje pewna mapa stojąca przy ul. Liniarskiego, obok ówczesnego Placu Uniwersyteckiego (dziś to Plac NZS). Na tej mapie zaznaczone są szlaki turystyczne województwa białostockiego, czyli terytorium zupełnie innego niż obecne Podlaskie. To co w niej zaskakuje to fakt, że w ogóle stoi. 2 lata po transformacji ustrojowej to bynajmniej nie był czas, gdy ludzie myśleli o turystyce.

Józef Piłsudski i Edward Śmigły-Rydz przed bitwą nad Niemnem.

Bitwa Niemeńska, choć wygrana to zapomniana. Front był tu, gdzie obecnie jest granica.

W historii Polski bardzo przykłada się uwagę do Bitwy Warszawskiej, znanej jako Cud nad Wisłą. Był to ogromny sukces Polaków w walce z bolszewikami, którzy napadli na nasz kraj w 1920 roku zaraz po zakończeniu I wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości po 123 latach. Tymczasem oprócz wspomnianej bitwy na obrzeżach stolicy, doszło do jeszcze innej, dużo ważniejszej konfrontacji.

Bitwa Niemieńska rozegrała się miesiąc po wygranej przez Polaków Bitwie Warszawskiej. Rozbita armia bolszewicka wycofała się, ale nie zamierzała jeszcze kończyć wojny. Armia Michaiła Tuchaczewskiego obsadziła linie rzek Niemen, Szczara i Świsłocz. Zaczęto też odbudowywać straty nowymi posiłkami z głębi Rosji. Udało im się odtworzyć wszystkie dywizje, które Polacy rozbili nad Wisłą. I tak do dalszego etapu wojny polsko-bolszewickiej było gotowych 73 tysiące żołnierzy. Polska natomiast dysponowała 67 tysięcy żołnierzy.

Bolszewicy stworzyli 4 oddziały bojowe, zaś Polacy dwa. Jedno polskie skrzydło (5 dywizji), pod wodzą Rydza-Śmigłego miało uderzać od północy od Sejn przez Druskienniki, a następnie przez terytorium Litwy ruszyć w kierunku Lidy. Polacy byli także gotowi walczyć także z wojskami litewskimi. Kolejne dywizje tego skrzydła miały także nacierać na Grodno oraz jego okolice. Drugie skrzydło było większe, bo składało się z 5 dywizji i dowodził nim Władysław Jung ze Stanisławem Wrzalińskim. Ich zadaniem było uderzenie na Wołkowysk, wówczas ważny węzeł kolejowy na trasie Białystok – Lida i Białystok – Baranowicze. Kolejne dywizje miały domykać front od południa.

Walki na terenie dzisiejszego województwa podlaskiego miały miejsce w lasach augustowskich. Tam Rosjanie byli całkowicie zaskoczeni uderzeniem i wycofali się w pośpiechu w stronę Grodna. Polacy opanowali również Kuźnicę. Bolszewicy próbowali odbijać Kuźnicę i Nowy Dwór, ale nie udało im się to. Do walk w tych rejonach dochodziło jeszcze później. Rosyjskie wojska atakowały kilkanaście razy. 22 września Polacy wyzwolili Sejny i nie zatrzymując się ruszyli dalej na wschód. 24 września po sukcesach głównych walk pod Grodnem, bolszewicki front zaczął się sypać. Ukraińscy i białoruscy czerwonoarmiści zaczęli przechodzić na stronę Polaków. Rosjanie natomiast zaczęli dzień później opuszczać zachodni brzeg Niemna.

Armia Czerwona poniosła kolejną po bitwie warszawskiej wielką klęskę. Od bitwy nad Niemnem trudno mówić o wojnie z Armią Czerwoną – był to już pościg za niedobitkami. Tysiące bolszewików zaczęło trafiać do niewoli. W konsekwencji, udana bitwa przesądziła o zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Strony konfliktu podpisały Traktat ryski, który ustalał przebieg granic między tymi państwami oraz regulował inne sporne dotąd kwestie.

fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

Dwie kapliczki w Podlaskiem zostały zabytkami

Przemierzając przez podlaskie wsie bardzo często napotkać można na okolicznościową kapliczkę. Tradycja ich stawiania jest tak stara, że nie wiadomo od jak dawna trwa. Nie do końca też wiadomo, dlaczego ludzie zaczęli budować kapliczki. Z dawnych źródeł literatury wiemy natomiast, że nie jest to pomysł chrześcijan. Mieszkający wcześniej poganie też je budowali. Dlatego też na te małe obiekty architektoniczne należy patrzeć nie tylko wyłącznie poprzez ich religijną rolę, ale również jak na dziedzictwo lokalnej społeczności.

Na szczególną uwagę zasługują stare kapliczki. Dwie z nich w ostatnim czasie stały się oficjalnie zabytkiem, chociaż gdyby tak przejechać wszystkie podlaskie wioski to takich starych kapliczek, które warto uznać za zabytek byłoby setki. I tak kapliczka z Dąbrowy Białostockiej upamiętnia poprzednią świątynię, która została rozebrana przez mieszkańców Dąbrowy w nocy z dnia 4 na 5 maja 1902 r.

Murowaną, wolnostojącą kapliczkę wzniesiono na rzucie prostokąta. Obiekt usytuowano na wysokim cokole z granitowych ciosów, zakończonym profilowanym gzymsem. W każdej z ceglanych elewacji znajduje się wąski prostokątny otwór okienny, umieszczony w niszy, zamknięty łukiem ostrym, ujęty parą lizen z wyodrębnionym cokołem i ceglanymi odcinkami gzymsów. Nadokienniki zaakcentowano pionowym ułożeniem cegieł, zaś ściany boczne zwieńczono trójkątnymi szczycikami, zakończonymi gzymsem koronującym. Kaplicę nakryto wysokim dachem czterospadowym, zwieńczonym metalowym krzyżem. – Kapliczka stanowi przykład skromnej w wyrazie, tzw. małej architektury z początku XX w. – wskazuje prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz – Podlaska Konserwator Zabytków, która obiekt w rejestrze zabytków umieściła.

fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

Druga kapliczka, która tam trafiła znajduje się w Niemirowie, na trójstyku granic województw: podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego. Ponadto wieś położona jest przy samej granicy z Białorusią nad rzeką Bug. Wspomniana kapliczka została wzniesiona między 1870, a 1912 rokiem na gruntach funkcjonującego od końca XVIII w. do lat 60. XIX w. szpitala. Trwale upamiętnia miejsce jego powstania. Szpital-przytułek działał w Niemirowie przy parafii katolickiej ufundowanej w 1620 roku przez Stanisława Niemira chorążego mielnickiego i kasztelana podlaskiego. Obiekt uposażany licznymi datkami funkcjonował do 1866 roku, kiedy to dekretem z 17 września parafia niemirowska oraz jej uposażenie zostało skonfiskowane w ramach represji popowstaniowych. Obiekt stanowi dzieło minionej epoki jako przykład małej architektury o znaczeniu regionalnym. Pełna prostoty, kubiczna forma bryły tworzy ważny akcent kształtujący krajobraz wsi Niemirów – wskazuje w decyzji wpisu do rejestru prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz – Podlaska Konserwator Zabytków.

fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

 

Featured Video Play Icon

Tak walczyli partyzanci. Inscenizacja na ulicach miasta.

Grajewo dziś nie jest zbyt popularnym kierunkiem, ale warto przypomnieć, że przed II wojną światową, gdy Polska na mapie kształtowała się w innych granicach. Ówczesne Grajewo było typowym prowincjonalnym miasteczkiem, liczącym ok. 6 tys. mieszkańców. Jego rangę podnosił fakt, że biegła tędy linia kolejowa z Białegostoku w kierunku Prus Wschodnich. Miasto stanowiło „skrzyżowanie” dróg, z jednej strony biegnącej od Łomży, a dalej przez Rajgród do Augustowa; z drugiej natomiast od Białegostoku przez Ełk i dalej w kierunku Prus Wschodnich.

Pod koniec II wojny światowej, miasto leżało w rękach Sowietów, zaś III Rzesza Niemiecka ostatecznie podpisywała akt kapitulacji 8 maja 1945 roku. Niewielu z mieszkańców naszego regionu wie jednak, że gdy w Berlinie, w powietrzu rozlegały się strzały na wiwat, to w tym samym czasie w Grajewie rozlegały się strzały, których efektem było krótkotrwałe wyzwolenie Grajewa spod władzy polskich komunistów, sprzymierzeńców sowieckiego okupanta. Z 8 na 9 maja 1945 r. około 200-osobowe zgrupowanie mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdy” opanowało Grajewo.

Była to najgłośniejsza, a zarazem jedna z nielicznych o podobnym charakterze akcji w całej Polsce. Dokonały jej połączone siły Armii Krajowej Obywatelskiej obwodów Grajewo i Łomża pod dowództwem mjr Jana Tabortowskiego „Bruzdy”. Dlatego też postanowiono stworzyć rekonstrukcję historyczną, którą oglądać możecie na powyższym filmie. W widocznej bramie przy ul. Kopernika zlokalizowany był Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. To tu odbywała się bohaterska akcja partyzantów.

Trudno podać dokładną liczbę funkcjonariuszy znajdujących się w nim w dniu ataku. Pewną wskazówkę co do liczebności obsady urzędu stanowi meldunek przewodnika wywiadu obwodu Zygmunta Mazurka „Kuby” z 30 kwietnia 1945 r. dotyczący sił przeciwnika na terenie obwodu grajewskiego. Według tych danych załogę urzędu stanowiło 23 pracowników (w tym sześciu oficerów, podoficer i 16 szeregowych).

Dodatkowo przy ul. Ełckiej swoją siedzibę miała KP MO, według cytowanego wyżej meldunku liczyła ona 100 milicjantów (dwóch oficerów, 16 podoficerów i 82 szeregowych), ponadto w mieście była Milicja Miejska złożona z 19 ludzi (trzech podoficerów i 16 szeregowych) i Milicja Kolejowa w sile 39 szeregowych. Dodatkowo przy ul. Kopernika znajdowała się siedziba sowieckiej komendantury wojennej i placówka NKWD, było tam ok. 60 żołnierzy sowieckich.

fot. bialystok.pl

Niezwykłe odkrycie. Miecz z X wieku znalazł pracownik muzeum.

Szczepan Skibicki to pracownik Muzeum Wojska w Białymstoku. W wolnym czasie znalazł średniowieczny miecz. – Jak tylko zdałem sobie sprawę z tego, czym może być przedmiot, który mam przed sobą, niezwłocznie go wydobyłem i zabezpieczyłem, aby przekazać do Muzeum Wojska w Białymstoku – relacjonował muzealnik.

Kiedy miecz dotarł do placówki, odkrycie zostało niezwłocznie zgłoszone do Podlaskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz Miejskiego Konserwatora Zabytków, a o konsultację archeologiczną poproszono archeologów z Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. Jeden z nich, Aleksander Piasecki uważa, że jest to prawdopodobnie miecz pochodzący z Rusi Kijowskiej, z X wieku. Archeolog zwrócił także uwagę na bogaty warsztat wytwórcy oraz bardzo dobrej jakości żelazo, które mogło pochodzić z Chazarii lub z Bliskiego Wschodu.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce obowiązuje chore prawo dotyczące używania wykrywaczy metali. Samo posiadanie tego urządzenia nie wymaga żadnych pozwoleń i jest legalne, ale za to w 2018 roku weszła w życie ustawa, zgodnie z którą poszukiwanie zabytków bez zezwolenia traktowane jest jako przestępstwo. Dlatego też wiele artefaktów z przeszłości gnije pod ziemią, chociaż mogłoby leżeć w muzeach. Znalezisko takie, jak Pana Szczepana, który odnalazł X-wieczny miecz jest rzadkie, bo może odbywać się tylko przypadkowo.

Featured Video Play Icon

To jedna z ciekawszych atrakcji Podlaskiego. Warto ją odwiedzić.

Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie im. Adama Chętnika to wbrew pozorom bardzo ciekawe miejsce do zwiedzania. Generalnie w Polsce idea muzealnictwa kuleje. Interesujących i nowoczesnych placówek prawie w kraju nie ma. Większość tego typu obiektów posiada wystawy stałe przez wiele lat, przez co nie ma po co tam zaglądać częściej niż raz.

Zupełnie inaczej jest ze Skansenem Kurpiowskim. Chociaż nazwa nie wskazuje, to jest tam naprawdę co oglądać i nie tylko to! Tam można poczuć klimat poprzednich epok. A wszystko to położone w pięknych okolicznościach przyrody. Warto zobaczyć stary wiatrak i liczne drewniane domy, kapliczki, bramy, studnie. Warto posiedzieć także nad rzeką.

Ogólnie w miejscu tym dowiemy się jak żyła dawniej ludność Kurpiowska. W kilkudziesięciu obiektach poznamy przeszłość ludzi najbiedniejszych i najbogatszych. Warto podkreślić, że wiele z tych budynków można zobaczyć także od środka. Na terenie Skansenu funkcjonuje też karczma, gdzie zjemy specjały regionu.

Niezwykłe znalezisko na Podlasiu. Ta figurka należała do Wikingów!

W Mielniku postanowiono wybudować fontannę. Przy okazji rozkopywania gruntu dokonano niebywałego znaleziska. Wykopano 4 cm, doskonale zachowaną figurkę, wyrzeźbioną z kości zwierzęcia. Jest to postać człowieka grającego na flecie. Widać wszystkie detale – jego odzież, brodę, a nawet kolczyki! – podał portal Słowo Podlasia.

Wszystko wskazuje na to, że figurka należała do Wikingów! Wiadomo to, bo podobne figurki odnajdywano na terenie Anglii. Podczas wykopalisk odnaleziono też mnóstwo fragmentów naczyń, kości zwierzęcych, ceramiki czy narzędzi. Przedmioty trafią teraz do muzeum w Białymstoku. Przedmioty prawdopodobnie będą także wystawione oglądającym w Mielniku. Warto dodać, że dziś to jest wieś, jednak między XV a XVI wiekiem było całkiem mocno rozwiniętym miastem, o które toczono boje.

Wikingowie natomiast byli skandynawskimi wojownikami, którzy podejmowali dalekie wyprawy o charakterze kupieckim, rabunkowym i osadniczym. Zgodnie z aktualną wiedzą, pomiędzy VIII a XI wiekiem, gdy działali podejmowali ekspansje na różnych terenach. Nic jednak nie wiadomo, by byli na terenach dzisiejszego Podlasia. W X wieku odnotowano ich obecność na terenach dawnej Rusi. Być może to stąd figurka trafiła do Mielnika w późniejszym czasie?

fot. bialystok.pl

Sensacyjne odkrycie na cmentarzu żydowskim. Co dalej ze znaleziskiem?

120 macew odkryto podczas prac przy ogrodzeniu cmentarza żydowskiego przy ul. Wschodniej w Białymstoku. Najprawdopodobniej są to macewy z cmentarza rabinackiego, który znajdował się na terenie obecnego Parku Centralnego przy ul. Kalinowskiego. Co dalej ze znaleziskiem?

Na razie macewy trafią na cmentarz przy ul. Wschodniej, ale będziemy szukać rozwiązania by wróciły na swoje miejsce i by kolejny fragment przeszłości wielokulturowego Białegostoku- tak jak cmentarz ewangelicki na terenie Rynku Siennego – został przywrócony pamięci – powiedział Rafał Rudnicki zastępca prezydenta Białegostoku.

Za swoistym rozwiązaniem kryje się tak naprawdę jedna opcja. Park Centralny jest położony na wzniesieniu nieprzypadkowo. Zostało ono uformowane sztucznie po II wojnie światowej, podczas odbudowywania Białegostoku. Wspomniany cmentarz rabinacki dalej znajduje się pod ziemią. Zakopano go, gdyż nekropolia była miejscem grasowania wandali, a także hien, które w grobach próbowały szukać kosztowności.

Fotografia lotnicza z roku 1944. Obszar obecnie zajmowany jest przez Park Centralny.

Zgodnie z żydowską tradycją nagrobki muszą wrócić na miejsce, w którym zostały wzniesione. Forma upamiętnienia dawnych mieszkańców Białegostoku będzie więc wynikiem współpracy miedzy Miastem Białystok a społecznością żydowską Białegostoku i Polski. Raczej nikt na odkopywanie i oczyszczenie się nie zdecyduje. Wbrew pozorom szkoda, bo zyskalibyśmy naprawdę atrakcyjny zabytek. Dlatego zapewne spodziewać się możemy budowy w parku miejsca pamięci. Oby tylko nie betonowali jak dawnego cmentarza ewangelickiego obok.

Featured Video Play Icon

Tak było na Podlasiu. Za budowę ganku, potrafili zniszczyć dom.

Wschodniopodlaskie, zachodniopodlaskie, szlacheckie, drobnoszlacheckie, a także trojaki czy dwojaki. Te wszystkie terminy dotyczą podlaskiego budownictwa ubiegłych stuleci. Do dziś przemierzając nasz region możemy dostrzec jeszcze strzępki tego jak dawniej budowano drewniane domy. Jeżeli będziecie zwiedzać nasz region, to zwróćcie uwagę na stare konstrukcje. Dzięki powyższemu filmowi będziecie mogli wiedzieć, kto dawniej mieszkał w danym budynku.

Dla przykładu ganek to domena drobnoszlachecka. Jeżeli ktoś chciał sobie taki przy domu zbudować, a nie miał odpowiedniego statusu społecznego, to narażał własne mieszkanie na zniszczenia. Pozostali pilnowali bowiem, by szlachty nie udawać. Ciekawie przedstawia się także to, co we wnętrzach. W domach chłopskich w ramach jednego budynku był podział na część mieszkalną i część gospodarczą. Natomiast w wyższych stanach już nie.

Charakterystyczne jest również to, że we wnętrzu centralnym punktem była kuchnia. Natomiast są też takie domy, gdzie był tak zwany „zapiecek” czyli pomieszczenie na tyłach kuchni. Niekiedy występowały również domy, gdzie były dwie osobne kuchnie i izby. Dziś nazywamy to „bliźniakami”.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Mała wieś z XIII wieku zyskała ogromny zabytek

Mała wieś pod Ciechanowcem zyskała ogromny zabytek. Mowa o lokalnym kościele p.w. Zmartwychwstania Pańskiego w Kuczynie. Świątynia powstała w latach 1888-1893 według projektu warszawskiego architekta Jana Hinza. Budowę kościoła prowadzono staraniem ich córki Joanny Ostrowskiej. Pracami kierował inżynier powiatowy Stefan Kucharzewski, zaś nadzór sprawował inżynier gubernialny Adam Skowroński.

Kościół to neogotycka budowla w typie tzw. wiejskiej katedry. – Stanowi cenny w skali regionu i kraju neogotycki obiekt sakralny, którego architektura reprezentuje wysoki poziom artystyczny. O jego wartościach artystycznych świadczą zastosowane elementy i detale charakterystyczne dla stylu neogotyckiego m.in. blendy arkadkowe, ostrołuki, maswerki, trójkątne szczyty, rozeta, wimpergi, czy fryzy wykonane z czerwonej, nietynkowanej cegły na białym tle. Kościół zachował również monumentalną, proporcjonalną, niezmienioną w swej formie bryłę. Neogotyckie wyposażenie i wystrój z całą pewnością współgra z architekturą, nadając budowli spójny wyraz artystyczny. – tłumaczy Podlaska Konserwator Zabytków, prof. Małgorzata Dajnowicz.

Kuczyn położony jest nad rzeką Nurzec, nieopodal Ciechanowca. Miejscowość zamieszkuje zaledwie 281 osób. A warto zaznaczyć, że miejscowość istniała już na początku XIII wieku! Funkcjonowała jako Czucicz. Po bojach z Krzyżakami, tereny te należały do strefy wpływów książąt litewskich.

 

Featured Video Play Icon

Kiedyś to były czasy! Zobacz archiwalne nagranie z plaży w Dojlidach.

Pan Mirek, który jest autorem nagrania miał to szczęście i dysponował kamerą w latach 90. ubiegłego wieku. Sporo też udało mu się nakręcić. Dzięki temu, dziś po wielu latach możemy oglądać, jak to było w Białymstoku. Na YouTube można obejrzeć choćby jego przejazd przez centrum w czasach gdzieś między 1993 a 1995 rokiem. Tym razem autor udostępnił kolejny film, który uwiecznił w 1995 roku na Plaży w Dojlidach. – Kiedyś jeździłem wszędzie z kamerą i nakręcałem filmiki. Teraz z kaset wideo przegrywam na dysk. Jak to było kiedyś. Białystok 12.07.1995 r. Plaża Dojlidy. Może ktoś rozpozna siebie. Filmik jest skrócony. – tak napisał pod nagraniem.

Tłumy ludzi, rozbawiona młodzież gra w siatkówkę, dziewczyny wchodzą właśnie do wody – to pierwsze sceny jakie na filmie możemy zobaczyć. Niedługo po tym, w tle przygrywają znane hity z tamtych czasów. Na datowniku kamery widnieje 12 lipca 1995 roku. Trudno dziś ustalić, ile wynosiła wówczas temperatura, ale bez wątpienia było bardzo gorąco. Niektórzy być może sobie przypomnieli, a inni nawet nie wiedzieli, że nad brzegiem w Dojlidach nie było żółtego piasku tylko trawa.

Prawdziwie plażowy styl pojawił się stosunkowo niedawno i to już w XXI wieku. Oprócz wspomnianego kruszcu, wymieniono całkowicie infrastrukturę. Wszystko co widać na filmie w zasadzie nadawało się do jednego – do wyburzenia. Warto wspomnieć też historię tego miejsca, bo jest bardzo ciekawa. Okazuje się, że o te zbiorniki w mieście stoczono ze sobą bój! Były one bowiem wykorzystywane przez Technikum Rolnicze, które hodowały tam karpie. Tymczasem rosło zapotrzebowanie na plażę w wówczas 100-tysięcznym mieście. Gdy nastąpiła „próba sił”, wybuchła afera, która finalnie pozwoliła stworzyć miastu upragniony kurort. Poniżej możecie poznać całą historię.

Wojna o plażę. Karpie na wigilię czy letnie kąpielisko? Dojlidy były oczkiem w głowie prezydenta.

fot. Kamil Timoszuk / Wrota Podlasia

Nowy mural w Podlaskiem. Widnieje na nim Jan Henryk Dąbrowski.

Murale w Podlaskiem cieszą się niesłabnącą popularnością, toteż co raz powstaje jakiś nowy. Tym razem w Brańsku można podziwiać wielkie, ścienne malowidło z generałem Janek Henrykiem Dąbrowskim. O tym, że jest to postać wyjątkowa można się przekonać choćby z polskiego hymnu, którego nazwa brzmi „Mazurek Dąbrowskiego”.

Bardzo dokładne okoliczności powstania polskiego hymnu nie są znane, ale różne badania mówią, że miało to miejsce między 10 a 19 lipca 1797 roku. Dlatego też data powstania muralu nie jest przypadkowa. Przypomnijmy tylko, że autorem słów do polskiego hymnu jest Józef Wybicki, zaś sam Dąbrowski, o którym mowa w tytule to generał polskich legionów wojska, które stacjonowały we Włoszech walcząc wspólnie z wojskami francuskimi i włoskimi w latach 1797-1807. W tym samym czasie Polska była zaanektowana przez trzy kraje – Prusy (dzisiejsze Niemcy), Rosję oraz Austrię. Przez kolejne 123 lata naszego kraju nie było na mapie. Ważne jest jednak to, że istniały polskie wojska nie tylko w teorii. Legiony Polskie miały własne mundury, sztandary, a także polskie komendy i stopnie wojskowe. Nim to się stało, miały miejsce w Polsce dwa rozbiory kraju, po których doszło do Insurekcji Kościuszkowskiej.

Było to polskie powstanie przeciwko Prusom i Rosji nazwane Insurekcją Kościuszkowską. Wówczas jeszcze nie generał, a wicebrygadier Jan Henryk Dąbrowski walczył o uwolnienie się Polski z rąk Rosji i Prus. W nocy z 22 na 23 września 1793 roku sejm obradujący w obecności generała rosyjskiego Johanna von Rautenfelda na zamku grodzieńskim, otoczonym przez oddziały wojsk rosyjskich, w milczeniu przeprowadził cesję terytorium Rzeczypospolitej na rzecz Królestwa Prus. Caryca Katarzyna II mściła się w ten sposób za „niewierność” wasalnej Rzeczypospolitej, a obie monarchie rozbiorowe oczyszczały sobie przedpole do rozprawy z rewolucyjną Francją. Dodatkowo, w okrojonej już znacznie Rzeczypospolitej formalnie utrzymany został istniejący dotąd, bardzo dogodny dla Rosji i Prus, ustrój demokracji szlacheckiej przy słabej centralnej władzy królewskiej.

Pół roku później doszło do wybuchu wspomnianej Insurekcji Kościuszkowskiej. Miało to miejsce 12 marca 1794 roku. Natomiast 19 i 20 kwietnia 1794 r. Wicebrygadier Dąbrowski znajdował się w podlaskim Brańsku. Właśnie ta historyczna scena wjazdu do miasta jest tematem muralu. – Jest to unikalny, nigdzie niespotykany wizerunek Jana Henryka Dąbrowskiego w mundurze, który został zrekonstruowany na podstawie przepisów mundurowych z tamtego okresu. – wyjaśnia historyk Zbigniew Romaniuk. Dąbrowski już jako generał wprowadził w polskich Legionach we Włoszech nowoczesny system dowodzenia na wzór francuski, zniósł kary cielesne, dał możliwość awansu również żołnierzom niemającym pochodzenia szlacheckiego, nakazał naukę czytania i pisania oraz pogłębianie wiedzy z historii Polski.

Spór o ten budynek trwał od lat. Ostatni z rodu Zachertów nie dożył tej chwili.

Niewiele osób wie, że Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej to nie tylko forma ochrony przyrody, ale podobnie jak w przypadku parku narodowego – konkretna siedziba, gdzie na co dzień pracują urzędnicy. A piszemy o tym dlatego, że ostatnio po 34 latach, wspomniani wyżej urzędnicy musieli przenieść się z z supraskiego Dworku Zacherta w inne miejsce. Wszystko dlatego, że budynek stał się własnością spadkobierców rodu Zachertów.

Przybyli z Łodzi, uciekając przed wysokim cłem na towary z Królestwa Polskiego. Fabryka sukna Wilhelma Zacherta i Adolfa Buchholtza seniora w krótkim czasie stała się jednym z największych w regionie. W jej pobliżu powstał murowany dom stanowiący podwaliny dla przyszłego pałacu. Pałac powstał dzięki teściom Adolfa Bucholtza. Gdy gdy młody przedsiębiorca chciał żenić się z jedną z najbogatszych panien łódzkich fabrykantów – Adelą Scheibler, rodzice narzeczonej zawitali na Podlasie sprawdzić, gdzie będzie mieszkać ich córeczka. Adolf usłyszał, że jeśli chce mieć za żonę Scheilblerównę, musi najpierw wybudować dla niej pałac. Jego budowa trwała ponad 13 lat. Do dziś stoi i pięknie się prezentuje na głównym placu w Supraślu.

To nie jest jedyna pamiątka po tym wielkim rodzie. Kolejna to Kaplica Zachertów. Powstała w 1885 roku zaprojektowana przez Henryka Żydoka. Wybudowano ją w stylu neoklasycystycznym, murowana z piaskowca. Nad jej wejściem widnieje herb rodziny. Stoi na supraskim cmentarzu. Wspomniany na początku dworek stoi nieco na uboczu miasteczka. Żeby do niego dojść trzeba wybrać się uliczką na tyłach Monasteru, prowadzącą równolegle do bulwarów. To właśnie ten budyneczek przez lata stanowił za siedzibę Parku Krajobrazowego. Co zrobią z nim spadkobiercy? Tego jeszcze nie wiadomo.

Wilhelm Fryderyk Zachert zmarł bezpotomnie, a jego majątek odziedziczyła żona Józefina Zachert. Kobieta zmarła bezdzietnie w 1924 roku, a zgodnie z jej wolą supraskie dobra dostał Konstanty Ernest Zachert, stryj Jana Zacherta. Licząca 1,5 tys. ha nieruchomość ziemska Supraśl należąca do Konstantego Zacherta przeszła na własność państwa z mocy dekretu z 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej. W 1991 r. wspomniany Jan Zachert i Andrzej Grzędziński, spadkobiercy Konstantego, rozpoczęli batalię o zwrot 32 ha miejskich gruntów w Supraślu, przejętych wraz z zespołem pałacowo-parkowym i zabudowaniami dawnej fabryki włókienniczej na podstawie tego dekretu. Ostatni wniosek złożyli 16 maja 2011 r. Jan Zachert zmarł w 2015 roku. Warto podkreślić, że był on honorowym obywatelem Supraśla i miasteczko odwiedzał bardzo często. Całe swoje życie starał się być kimś w rodzaju patrona Supraśla.

Ten dworek, który wreszcie trafił do spadkobierców Zacherta, to tylko jedna z niewielu nieruchomości. Wielokrotnie w debacie publicznej podnoszono, że przez spór o hektary zablokowany jest rozwój Supraśla. Nikt jednak do Zachertów o to pretensji nie miał. W końcu walczyli o swoją własność. My jednak uważamy, że ten „brak rozwoju” to najlepsze co się mogło Supraślowi trafić. Zrządzenie losu spowodowało, że deweloperzy nie mogą tam wepchać bloków, a urzędnicy skazić terenów „betonem za dotacjami”.

Featured Video Play Icon

Tak wyglądał Białystok w 1995 roku. Ktoś nagrał film z przejazdu przez miasto!

Dziś oglądając ten film doskonale sobie przypominamy jakie aspiracje mieli ci wszyscy, którzy w latach 90. bardzo chcieli oderwać się od rosyjskich wpływów, by na stałe związać się z tak zwanym „zachodem”. Mimo, że po wielu latach dostrzegamy pewne wady europejskiej wspólnoty, to jedno jest niezaprzeczalne. Nikt nie chciałby powrotu do tego co było w 1995 roku. Realia były z dzisiejszej perspektywy nieco przygnębiające.

Pierwsza scena to przejazd ulicą Skłodowskiej-Curie. Przed samochodem nagrywającego jedzie autobus linii 10. Tak się składa, że to jeden z niewielu „luksusowych”. Nie jesteśmy pewni skąd się w naszym mieście wziął, ale to był mercedes. Taki sam, jaki wcześniej służył do dowożenia ludzi do samolotu na lotnisku. W naszym mieście w 1995 roku zyskał „drugie życie”. Dziś w 2022 roku, gdyby ktoś zaproponował kupno używanych autobusów, to zostałby wyśmiany. Jest odpowiedni program unijny, są dotacje, kupuje się nowoczesne autobusy i przebudowuje drogi. Na tej samej ulicy mijane są takie samochody jak maluchy, fiaty cinquecento, polonezy.

Przez moment migają czerwone budki z zapiekankami i hamburgerami przy Centralu, który akurat do dziś się nie zmienił. Tyle, że już jego otoczenie owszem. Konstrukcje zniknęły. Teraz w tym miejscu biegnie nowoczesna droga rowerowa, jest też stacja BiKeRa. Nieco symboliczne. W miejscu niezdrowych fast-foodów, mamy zdrowy sport. Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy, o której pewnie wiele osób już zapomniało to donice na Suraskiej. Tak jak dziś, ze względu na okrężne skrzyżowanie, tak wtedy z Suraskiej można było wyjechać tylko w prawo. Dziś organizacja ruchu się nieco zmieniła. Donic już nie ma, dalej można tylko w prawo, ale ruch na samej Suraskiej odbywa się w dwie strony. Więc potrzebny jest też wjazd, a nie tylko wyjazd. Przypomnijmy, że przed 2010 rokiem ulica ta była przejezdna na całej długości.

Kolejny obiekt po drodze to budynek Uniwersytetu w Białymstoku, który do dziś wygląda identycznie jak dawniej. Chociaż został zbudowany w PRL, to jest zabytkiem. Kolejna rzecz, która wpada w oko to kwiecisty plac zamiast biurowca, w którym od lat znajduje się Gazeta Współczesna i Kurier Poranny. Obok mamy zielony skwerek przy cerkwi. Dzisiaj zieleni tam tyle co kot napłakał. Gdy samochód przejechał jeszcze trochę metrów, to autora filmu uwaga została całkowicie skupiona na sklepie „Sex Shop”. Aż zrobił zbliżenie kamerą na ten obiekt. Przypomnijmy, że miejsce to wywoływało zgorszenie niektórych środowisk. Ogólnie sex-shopy w Polsce to była nowość, a tym bardziej w Białymstoku. Szczególny kontrast budził szyld wtedy, gdy przechodziła procesja Bożego Ciała. Jesteśmy pewni, że w jakichś archiwach białostockich fotografów jest scena, która uwiecznia dostojnie ubranych ludzi, przechodzących ulicą od kościoła do kościoła, którzy w tle mają wspomniany czerwony szyld. Całe szczęście, że witryny były całkowicie zaklejone.

Następnie kierowca z nagrywającym przejeżdżają ulicą Lipową. Tutaj widać pewną zmianę. Otóż mamy na datowniku 24 lipca 1995 rok. Po ubraniach ludzi widać, że żadnych upałów nie ma. Większość chodzi w krótkim rękawie, ale rowerzystka jadąca przed nagrywającym ma dżinsową kurtkę. W tle przewijają się jeszcze wymyślne szyldy i kolorowe markizy nad wejściami do sklepów. Coś, co dziś całkowicie zaniknęło.

Na koniec filmu autor dojeżdża do ul. Hetmańskiej, gdzie na jednym z budynków dumnie stoi napis FSO. Wspomnienie po dawnej motoryzacji, która nigdy skrzydeł nie rozwinęła i upadła tak samo jak wiele innych pomysłów PRL-u.

Featured Video Play Icon

To niesamowite, że takie arcydzieło przeszło bez echa! Koniecznie zobaczcie ten film.

W telewizji TVN dawniej bardzo popularny był program Mam Talent. Nie wiemy jak z jego popularnością jest teraz, ale w pamięci utknął nam występ z ukraińskiej wersji programu, gdzie pewna mieszkanka tego kraju zrobiła furorę swoim występem. A to dlatego, że pokazała wyjątkowe umiejętności tworzenia pięknych obrazów przy pomocy piasku. Widzowie mogli zobaczyć piękną opowieść o miłości. Wzruszyło to wówczas wiele osób.

Podobnym tropem poszli w Grajewie i postanowili 2 lata temu, na 480 rocznicę nadania praw miejskich stworzyć w piaskowym stylu historię miasta. Animacja wyszła niesamowicie, podobnie jak ta w Mam Talent. Aż dziwne, że przeszła bez echa. Na YouTube, dziś ma niecałe 3 tysiące wyświetleń. Jak na takie dzieło to zdecydowanie za mało, dlatego mimo upływu czasu postanowiliśmy napisać o tym.

Możemy zobaczyć czasy I RP, czasy napoleońskie, wojny, historię grajewskich Żydów i wiele innych wątków. Unikalna technika tworzenia sprawia, że mamy do czynienia z wyjątkową animacją. Mimo niskiej popularności filmu, to była dobra decyzja. Bo dzieło można oglądać przecież cały czas. Na koniec dodajmy, że historię Grajewa „wysypała piaskiem” rodowita grajewianka – Katarzyna Perkowska.

Featured Video Play Icon

Podlaskie miasto samotnych kobiet? Tak przedstawiała je propaganda.

PRL-owska propaganda, oglądana z dzisiejszej perspektywy jest nieco zabawna. W powyższym filmie podlaski Zambrów został przedstawiony jako zatęchła dziura, która została uratowana przez władzę dzięki temu, że ulokowano tam garnizon oraz stworzono zakłady pracy. Przedstawiano to tak, że miasto powstało wokół wojskowego obiektu. Prawda jest zupełnie inna.

Pierwsza wzmianka o Zambrowie pochodzi z 4 maja 1283 roku. Wtedy erygowano tam parafię pw. św. Trójcy. W czasach Pierwszej Rzeczpospolitej miasteczko należało do Księstwa Mazowieckiego, podobnie jak cała okolica. Ostatnie kilkaset lat jest podobne jak w reszcie regionu. Najpierw osiedlanie się przez Żydów, potem zabory (Zambrów przypadł Prusom), następnie przyłączenie do Królestwa Polskiego zależnego od Rosji. Rok 1870 to degradacja ukazem cara z miasta do wsi. W XX wieku miasteczko odzyskało Niepodległość i ponownie nadano mu prawa miejskie. Następnie II wojna światowa i Holocaust.

Wracamy teraz do momentu z filmu propagandowego. Ukazuje on Zambrów po II wojnie światowej, który w 1946 roku liczył 4130 mieszkańców. Zniszczenia wojenne szacowano na ok. 43 proc. Zaczęto odbudowę miasta. Historia filmu to lata 50. W 1954 roku wybudowano tam zakłady przemysłu bawełniarskiego. Na filmie możemy usłyszeć, że nie było chętnych do pracy. Biorąc pod uwagę liczebność miasteczka, trudno się dziwić skoro do pracy szukano 3000 chętnych.

Produkcja WFDiF przedstawiła także Zambrów jako miasto nieprzyjazne kobietom, które przyjechały tam do pracy. Można usłyszeć, że miejscowi woleli świniom dać ziemniaki niż sprzedać im. Dodatkowo pracownice zakładów miały być piętnowane za romanse z żołnierzami. Gdy garnizon został przeniesiony w inne miejsce, kobiety miały pozostać samotne w mieście. Czy tak było naprawdę? Jedno jest pewne – sprowadzając kilka tysięcy kobiet do małego miasteczka wywoła się lokalnie brak równowagi pomiędzy płciami. Więc nie trudno o samotność. Natomiast brak chęci odsprzedaży ziemniaków raczej należy tłumaczyć tym, że bez tych najedzonych świń – miejscowi by sobie mogli nie poradzić, bez zakładów już tak. Widzimy więc klasyczny przykład socjalistycznej głupoty. Ktoś sobie wymyślił, że w spustoszonym mieście zbuduje się wielki zakład i ludzie przyjdą tam pracować. To niestety tak nie działa. Dlatego trzeba cieszyć się, że w dzisiejszych czasach to osoby prywatne na własne ryzyko otwierają przedsięwzięcia w miejscach, gdzie potencjalnie będą one potrzebne.

Kolejne lata Zambrowa także są podobne. Intensywny rozwój przemysłu spowodował znaczny rozwój miasta. Następnie nastąpiła transformacja ustrojowa, która obnażyła ekonomiczną głupotę socjalizmu. Wówczas doszło do totalnej zapaści gospodarczej, a Zambrów dziś jest spokojnym miasteczkiem. Z wielkiego komunistycznego przemysłu, w wolnej Polsce, w warunkach gospodarki bez sterowania centralnego, przetrwało zaledwie kilka firm. Na szczęście do dnia dzisiejszego powstały inne, produkujące okna, wyroby medyczne, asfalt czy tłoczące gaz. Obecnie Zambrów zamieszkiwany jest przez ponad 22 000 mieszkańców i rozwija się we właściwym tempie i kierunku.

Featured Video Play Icon

Przyjechali w 1937 roku z USA odwiedzić rodzinne strony. Zabrali kamerę i oto mamy wyjątkowy film.

Filipów to mała gmina wiejska niedaleko Suwałk, mimo to w 1937 roku nagrano tam film dokumentujący rodzinne okolice Hermana Blanda. Był to członek rodziny amerykańskich Żydów, którzy dawniej wyemigrowali do Chicago, a w 1937 roku przyjechali do Polski, aby odwiedzić swoich krewnych. Bland pracował w Hollywood, skąd przywiózł dobrej jakości kamerę, stąd jak na tamte czasy film prezentuje się niesamowicie profesjonalnie. Dla nas te obrazy to cenna informacja o życiu filipowian w międzywojniu.

Film rozpoczyna się od pokazania krewnych, jak widać ludzie są bardzo zadowoleni, mimo że prezentowana jest im nowoczesna technika, to widać, że doskonale odnajdują się w roli. Kamera to coś co budzi zainteresowanie, ale też sprawia, że mieszkańcy mają ochotę na wygłupy (zupełnie jak dzisiaj).

Na blisko 19-minutowym nagraniu widać nie tylko Filipów, ale też jego okolice, cmentarz, synagogę. Możemy też oglądać spacer. Warto dodać, że niektóre ujęcia są… kolorowe! Na jednym z ostatnich widać dom, na którym z dachówek napisano 1912r. Jedno jest pewne, ze wszystkich obrazów bije spokój i sielska atmosfera. W dzisiejszych czasach można im trochę pozazdrościć.

Herman i Lotte Bland wyemigrowali z Polski do USA i zamieszkali w Chicago. Herman urodził się w 1893 roku Filipowie, a Lotte urodziła się w 1896 roku w Suwałkach. W 1937 roku razem ze swoimi dziećmi Leonardem i Haroldem, postanowili odwiedzić rodzinne strony. Przypłynęli z Nowego Jorku do Hawru (Francja). Herman w USA pracował jako operator filmowy. Był też właścicielem teatru. Do Polski zabrał ze sobą kamerę. Jego syn, 20-letni Leonard nakręcił większość materiału.

Tak wyglądały przedwojenne Suwałki. Zobacz film z 1937 roku.

fot. Fczarnowski - Praca własna / Wikipedia

To jedyny taki kościół na Podlasiu. Budowano go na raty.

Przemierzając Podlasie, w wielu miejscowościach – z Białymstokiem włącznie, możemy napotkać neogotyckie świątynie. Charakterystyczne dwie wieże i czerwona cegła to ich znak rozpoznawczy. Tymczasem w Kuleszach Kościelnych, w powiecie wysokomazowieckim znajduje się neogotycka świątynia, która jest w jasnym kolorze. Wszystko to za sprawą dodatkowej elewacji. Dość interesujące połączenie. To kościół Parafialny pw. Św. Bartłomieja Apostoła.

Miejsce spotkań wiernych zostało wybudowane na raty. Najpierw rozpoczęto budowę w 1911 roku i prace trwały do 1915. Wówczas trwała już I wojna światowa. Kolejny etap budowy ruszył dopiero, gdy Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku i trwała do 1926 roku. Świątynia została wybudowana w stylu neogotyckim. Kościół jest murowany, tynkowany, trójnawowy z transeptem, z dwuwieżową fasadą i trójbocznie zamkniętym prezbiterium. Zabytkiem jest od 1987 roku. W ciągu kilkunastu ostatnich lat, w świątyni wykonano bardzo wiele remontów.

Kościół Parafialny pw. Św. Bartłomieja Apostoła jest jednym z najważniejszych zabytków Ziemi Wysokomazowieckiej. Jest to cenne miejsce dla lokalnej społeczności nie tylko ze względu na obrzędy religijne, ale także dlatego że odbywają się tam koncerty organowe, występy zespół artystycznych czy dożynki parafialne.

Maria Kolendo na pierwszym planie po lewej. Fot. Archiwum Państwowe, ze zbiorów M. Kolendo

Maria Kolendo to wybitna białostocka nauczycielka. Pod jej okiem zdawano matury nawet za okupacji!

Maria Kolendo z domu Wodzyńska, to jedna z najbardziej zasłużonych w dziejach białostockiej oświaty. Ta niezwykła nauczycielka, dokumentalistka, publicystka pozostawiła po sobie tak wiele materiałów, że do dziś służą one do badań naukowych nad historią naszego regionu. Jej wkład w w rozwój oświaty naszego miasta jest również gigantyczny. Podczas okupacji niemieckiej prowadziła tajne nauczanie. Nawet pod jej okiem zdawano wówczas matury!

Długa droga do Białegostoku

Białystok był kolejnym przystankiem w życiu Marii Kolendo. To tu mieszkała najdłużej. Fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku, ze zbiorów Marii Kolendo

Kobieta urodziła się 25 stycznia 1894r. w Warszawie. W wieku 22 lat podjęła po raz pierwszy pracę jako nauczycielka. Było to w Szkole Ludowej we wsi Dmochy-Glinki. Następnym przystankiem w jej karierze była Ostrów Mazowiecka, gdzie również uczyła w szkole podstawowej, a później jeszcze gimnazjum. Kolejne lata to aktywne dokształcanie się, rozwijanie i uczenie innych. W Małkini była nauczycielką od 1921 do 1925 roku. Później nastał czas na Białystok, gdzie Maria Kolendo objęła posadę nauczyciela języka polskiego, historii. Była także kierowniczką biblioteki.

W Wilnie zawarła związek małżeński z Władysławem Kolendo, który w Białymstoku był znaną postacią. Podczas zaborów organizował tajne nauczanie, zaś podczas wojny bolszewickiej należał do Obywatelskiego Komitetu Obrony Narodowej. W latach 1931 – 1936 małżeństwo pracowało na kresach – w Brześciu i Pińsku. 1 października 1936 roku objęła posadę nauczyciela w białostockim gimnazjum, a później także stanowisko dyrektorki.

Białystok najbardziej odczuł II wojnę światową, gdy do miasta wkroczyli najpierw Niemcy, a potem Sowieci. Dokładnie 15 września 1939 roku hitlerowskie flagi zawisły w grodzie nad Białą. Dwa dni później na terenie Pałacu Branickich oficjalnie przekazano miasto drugiemu okupantowi, a następnie wspólnie wybrano się do Hotelu Ritz, by zjeść uroczysty obiad. Dla Marii Kolendo i całego środowiska nauczycielskiego było już jasne, że przeorganizowany zostanie system nauczania w mieście. Tak też się stało – najpierw obowiązywać zaczął model sowiecki, a po zerwaniu paktu agresorów, od połowy 1941 roku – system niemiecki. Znaczna część nauczycieli straciła pracę, w tym Maria Kolendo.

Zesłanie do obozu

Dom przy ul. Mazowieckiej 7. Tu podczas okupacji niemieckiej odbywały się matury. Fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku, ze zbiorów Marii Kolendo

Będąc pracownikiem urzędu paszportowego zaczęła prywatnie udzielać tajnych lekcji. Później oddolna inicjatywa jej i jej kolegów przerodziła się w podziemny system. W 1943 roku w maju obyły się matury! Miejscem egzaminu był prywatny dom stojący przy ul. Mazowieckiej 7. W 1944 roku ponownie do miasta wkroczyli Sowieci. Trudno powiedzieć czy nauczycielka traktowała ich wówczas jako wyzwolicieli czy też okupanta. Niemniej jednak zgłosiła się do kuratorium, by wrócić na stanowisko nauczyciela. Od września tak też się stało. Kobieta uczyła historii w trzech szkołach. W grudniu 1944 roku została aresztowana i wywieziona do ZSRR. Domniemanym powodem mogła być jej „wywrotowa” przeszłość, czyli organizacja tajnych matur. Komisja, której wówczas przewodziła podlegała znienawidzonej przez Sowietów Armii Krajowej. Przez 9 miesięcy Kolendo przebywała w obozie w Stalinogorsku. Następnie wróciła, została przywrócona do zawodu, a nawet została dyrektorką.

Ostatnią szkołą, gdzie kobieta pracowała było Technikum Mechaniczne, gdzie jako emerytka odeszła w sierpniu 1962 roku. To, co po sobie pozostawiła to przede wszystkim bardzo obszerne materiały dydaktyczne. Ponadto pieczołowicie, w publikacjach naukowych opisywała tajne nauczanie w całym regionie. Skrupulatnie spisywała nie tylko fakty, ale też wspomnienia. Gromadziła zdjęcia, dokumenty, listy.

Oto nowy zabytek. To był najdłuższy most w państwie niemieckim, teraz góruje nad rzeką Narew.

Z rana wspominaliśmy o nim w artykule, a popołudniu okazało się że właśnie stał się zabytkiem! Mowa o żelaznym moście w Ploskach, który łączy Białystok z Bielskiem Podlaskim i umożliwia przejechanie nad rzeką Narew. Niewiele osób wie, że to XIX-wieczna konstrukcja, która przywędrowała do nas aż z Bydgoszczy. W latach 1952-1953, zastąpiła ona drewniany most. Wcześniej była częścią najdłuższej przeprawy w państwie niemieckim. Obecny most na rzece Narew składa się z dwóch stalowych przęseł z tzw. mostu fordońskiego, który zbudowano w latach 1891-1893 na rzece Wiśle.

Jego projektantem był inż. Georg Christoph Mehrtens. Most składał się z 18 przęseł, tworząc w ówczesnym czasie najdłuższą przeprawę w państwie niemieckim, a od 1920 roku także w Polsce. W 1949 roku, po zawaleniu piątego przęsła, zadecydowano o częściowym zastąpieniu mostu nasypem poprowadzonym przez tereny zalewowe. W wyniku czego pięć przęseł zostało przetransportowanych do Kolejowych Warsztatów Konstrukcji Stalowych w Białymstoku – Starosielach. Dwa przęsła z tzw. mostu fordońskiego zostały przeniesione w obecne miejsce, między miejscowościami Ryboły i Ploski.

Dlaczego most został zabytkiem? – Odegrał znaczącą rolę w rozwoju XIX–wiecznej historii inżynierii lądowej na terenie dzisiejszej Polski. Most związany jest z postacią Georga Christopha Mehrtensa, wybitnego inżyniera oraz naukowca. Projekt mostu był jednym z największych jego dzieł. Wartości naukowe obiektu przejawiają się w samej konstrukcji mostu oraz materiałach użytych do wykonania przęseł oraz sposobie ich wykonania.- tłumaczy Małgorzata Dajnowicz – Podlaska Konserwator Zabytków. Konstrukcja ma również walory artystyczne.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku
Featured Video Play Icon

Nowa atrakcja w regionie. Można tu spacerować rozmyślając o Rzeczypospolitej Szlacheckiej.

Zabłudów liczący 2,5 tys. mieszkańców jest miasteczkiem, w którym w ostatnich latach niewiele się zmieniło. Ot przebudowa jednej z bocznych ulic (przy okazji remontu wylotu na Hajnówkę). Po kilku latach stagnacji nareszcie można się tam czymś pochwalić. Rewitalizacja Parku Zamkowego jest już ukończona. Na mapie Podlasia pojawiło się nowe miejsce do przyjemnych spacerów. Wcześniej nie wyglądało to zbyt dobrze, by w ogóle tamtędy chodzić.

Chociaż nazywa się to miejsce Parkiem Zamkowym, to żadnego budynku tego typu tam nie niestety już nie ma. W dzisiejszych czasach powinniśmy go nazywać w zasadzie Parkiem Pałacowym, bo to co kiedyś nazywano zamkiem, w rzeczywistości było okazałą barokową rezydencją książąt Radziwiłłów. Pierwotnie było to miejsce leżące w Puszczy Błudowskiej niedaleko gościńca, który prowadził z Gródka do Jałówki. Obecna rzeka Rudnia płynąca nieopodal nazywana była natomiast Meletyną (lub Meleciną). Dziś wszystko to znajduje się granicach miasta Zabłudów.

W II połowie XVI wieku siedziba dworska składała się z renesansowego ogrodu o funkcjach użytkowo-ozdobnych, o którym w zasadzie niewiele wiadomo, bo późniejsze przeróbki sprawiły, że zatarły się ślady jego pierwotnego wyglądu. Można więcej powiedzieć o wieku XVII. Wtedy miejscem tym administrował Swinarski na rzecz Bogusława Radziwiłła. Wówczas stał tam pałac z gankiem, rzeźbionymi balustradami, usytuowany był on na wzniesieniu górującym nad doliną rzeki. W pobliżu znajdował się sad, ogród i zwierzyniec. Do tego był dziedziniec otoczony stajniami, stodołami i innymi budynkami gospodarczymi. Na terenie kompleksu stał także dworek urzędniczy i duży staw. W kolejnych stuleciach majątek przechodził najpierw z rąk do rąk rodziny Radziwiłłów, później jednak w efekcie rozwodu trafił do byłej już żony Dominika Radziwiłła. Później natomiast miało miejsce Powstanie Listopadowe, w którym to rodzina ex-małżonki brała udział, za co została ukarana przez zaborcę konfiskatą majątku. Pod koniec XIX wieku dobra odkupił Szwed, Aleksander Kruzensztern.

Pałac został rozebrany, pozostałości przeobrażono w park, a budynki wzniesiono w innym miejscu. Było więcej dróg do spacerowania, więcej drzew, znajdowała się też oranżeria i pawilon gościnny. Nie brakowało również ogrodu warzywnego.

II wojna światowa sprawiła, że Zabłudów w połowie został zniszczony, także i budynki pałacowe. Sam Park zaś został zdewastowany. Po wojnie ogromny teren został podzielony na mniejsze. Część została przeznaczona pod budowę szkoły i terenów sportowych. Reszta była zwykłym parkiem. Na ruinach dawnych zabudowań dworskich zbudowano kilka domów mieszkalnych.

Featured Video Play Icon

Jego życie jest historią wielkiego męstwa i patriotyzmu. Powstał film o Janie Kamieńskim.

Klewinowo to niewielka wieś pod Białymstokiem, leżąca w gminie Juchnowiec Kościelny. Urodził się tu Jan Kamieński – podpułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego, Armii Krajowej, organizacji walczącej o niepodległość Polski po wkroczeniu Armii Czerwonej, żołnierz Narodowej Sił Zbrojnych (konspiracyjnej organizacji wojskowej), a także Cichociemny czyli przeszkolony na zachodzie żołnierz będący w służbach specjalnych konspiracyjnej Armii Krajowej.

W ostatnim czasie Ośrodek Kultury w Gminie Juchnowiec Kościelny zrealizował film dokumentalny o Janie Kamieńskim. Można w nim zobaczyć losy tego wybitnego Podlasianina. Warto dodać, że został on czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i francuskim Krzyżem Wojennym ze srebrną gwiazdą. Jego historia jest historią wielkiego męstwa i patriotyzmu.

Kamieński był jednym z 316 Cichociemnych. W kwietniu 1944 roku w ramach operacji „Weller 7” został został zrzucony ze spadochronem do okupowanej Polski. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. W 1946 roku czyli już po wojnie wrócił do Polski z Wielkiej Brytanii. Zamieszkał w Zakopanem. Po kilku miesiącach musiał jednak wyjechać, bo był zagrożony aresztowaniem. Pozostał na emigracji.

Rok 1941. Propagandowa akcja hitlerowskich Niemiec w Białymstoku.

Czy historia zatoczy koło? 5 marca umarł Józef Stalin.

Nie można przechodzić obojętnie wobec tego co obecnie dzieje się na Ukrainie. Mimo, że nasz portal ma charakter regionalny, to chcielibyśmy się jakoś odnieść inwazji rosyjskiej. Oczywiście od informacji co tam się aktualnie dzieje, macie wszelkiej maści portale. My postanowiliśmy wspomnieć o pewnym wydarzeniu światowym, które było odczuwalne również na Białostocczyźnie. A to, co wydarzy się w najbliższej przyszłości być może potwierdzi, że historia zatacza koło.

5 marca 1953 roku umarł Józef Stalin. Na skutek gwałtownego wylewu krwi do mózgu. Polska wówczas należała do krajów komunistycznych. Tuż po informacji o śmierci dyktatora od razu pojawiły się pytania o to czy Polsce grozi wojna i upadek systemu komunistycznego.

9 marca 1953 roku odbył się pogrzeb Stalina. W Województwie Białostockim we wszystkich zakładach przemysłowych, urzędach i instytucjach o godzinie 10.00 na 5 minut przerwano pracę, a w mieście zawyły syreny. Kościoły odmówiły władzy bicia dzwonów kościelnych. W niektórych podlaskich miejscowościach dokonywano tego siłą, wbrew duchownym. Tak było między innymi w Orli, Sztabinie czy Suwałkach. Władze Białostocczyzny interesowało najbardziej to czy będą w mieście jakieś rozruchy. Tak się jednak nie stało.

Wróćmy do aktualnych wydarzeń. Wojna na Ukrainie trwa już kolejny dzień, morale żołnierzy ofiary agresora są bardzo wysokie, morale rosyjskich sołdatów wręcz przeciwnie – są na dnie. Oczywiście nie można niestety do końca wierzyć w relacje żadnej ze stron – nawet tej, którą wszyscy, całym sercem wspieramy. Dlatego też mimo pozytywnych wieści z frontu, lepiej nie świętować jeszcze sukcesu. Wiele jeszcze może się wydarzyć. Szczególnie, gdy zdesperowany dyktator zacznie podejmować coraz to bardziej nielogiczne decyzje, tak jak w ostatnich dniach swego życia robił Hitler, który finalnie popełnił samobójstwo. Ostatnie dni Stalina były na tyle obrzydliwe, że nie będziemy ich opisywać.

Czy 5 marca historia zatoczy koło i kolejny rosyjski dyktator zakończy swój żywot? Przyszłości nie znamy, ale z historii wiemy, że gdy sprawy nie toczą się tak jakby dyktator tego chciał, to dni dyktatora są policzone. I z tym optymistycznym akcentem zostawiamy Was na kolejne dni.

Niesamowite odkrycie! List w wieży czekał od 1903 roku.

Cóż za odkrycie! Krzyż znajdujący się na wieży Archikatedry Białostockiej miał zostać wyremontowany. Po jego demontażu odkryta została butelka z listem z 1903 roku! Zostawili go dla przyszłych pokoleń budowniczy świątyni. Co napisali?

List, a zarazem dokument datowany jest na 17 października 1903 roku, ukazuje listę kluczowych postaci spoza regionu, mających wkład w powstaniu Świątyni – podała prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz, Podlaska Wojewódzka Konserwator Zabytków. I tak sami możecie przeczytać.

Kościół parafialny pw. Wniebowzięcia NMP w Białymstoku został zbudowany w latach 1900-1905 według projektu Piusa Dziekońskiego, staraniem księdza dziekana Wilhelma Szwarca. Świątynię konsekrowano w 1931 roku. Od 1945 roku pełniła funkcję kościoła prokatedralnego. W 1980 roku obiekt został wpisany do rejestru zabytków województwa podlaskiego.

Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny jest niewątpliwie jednym z najważniejszych zabytków Białegostoku i regionu. Z upływem czasu, krzyż usytuowany na sygnaturce wymagał naprawy mechanizmu mocowania. Z uwagi na powyższe podjęto decyzję o renowacji krzyża oraz wyremontowaniu jego osadzenia. List budowniczych, odnaleziony podczas demontażu krzyża, stanowi ważny element historii białostockiej katedry. Z pewnością wniósł nowe fakty do dotychczasowo zgromadzonej dokumentacji na temat obiektu.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Dom Staromiejski w Supraślu wymagał natychmiastowego remontu. Będzie tam muzeum.

Dom Staromiejski w Supraślu to budynek dawnej plebanii z połowy XIX wieku. Właśnie trwa jego remont. Według informacji przekazywanych przez mieszkańców miasteczka, został wzniesiony przez Niemca – właściciela fabryki. Układ pomieszczeń w budynku nawiązuje do schematów rozwiązań dwutraktowych, drewnianych „domów tkaczy” budowanych w tym samym okresie w Supraślu.

Obiekt znajdujący się w samym centrum Supraśla wymagał natychmiastowego remontu. Dlatego też Podlaski Wojewódzki Konserwator Zabytków przeznaczyła 170 tys. zł na jego odnowienie. Prace przy zabytku obejmowały m.in. wykonanie nowej drewnianej więźby dachowej oraz pokrycia z dachówki ceramicznej esówki, odtworzenie czterech lukarn w dachu, wykonanie obróbek blacharskich.

Dom Staromiejski to XIX-wiecznego budynek, który wpisuje się w unikalną architekturę Supraśla docenianą przez turystów z całej Polski, a nawet świata. Docelowo, po zakończeniu kapitalnego remontu tego zabytku, w jego murach ma powstać Muzeum Tradycji Katolickiej Ziemi Supraskiej, które ma stać się miejscem spotkań oraz organizacji wystaw. Dom Staromiejski w Supraślu został wpisany do rejestru zabytków województwa podlaskiego w 1966 roku.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków
Featured Video Play Icon

Historia prawosławia w Białymstoku. Tu stały cerkwie, a teraz ich nie ma.

Skąd się wzięło prawosławie w Białymstoku? Jaka jest historia poszczególnych parafii prawosławnych w tym mieście? Kim był św. męczennik Gabriel i jakie są jego związki z Białymstokiem? Małe i duże podróże po cerkiewnej kulturze to program, którego adresatami oraz uczestnikami są dzieci. Jego celem jest przybliżenie piękna prawosławia oraz bogactwa jego kultury dla najmłodszych widzów.

Warto jednak, by dorośli także obejrzeli ten program, bo jest bardzo wartościowy i przepełniony wiedzą i historią. Można się przede wszystkim dowiedzieć o białostockich cerkwiach. Te, które stoją w centrum to jedno, ale czy wiedzieliście o tych, które już nie istnieją? Świątynie znikły między innymi na Wygodzie, Sienkiewicza czy ul. Bema. Był moment że wierni mogli się modlić tylko w cerkwi Św. Mikołaja przy ul. Lipowej.

Z filmu możemy się dowiedzieć także kim był św. Gabriel, który urodził się w Zwierkach pod Białymstokiem. Jest to postać bardzo ważna dla podlaskich prawosławnych. Przypomnijmy tylko, że jego osoba spowodowała ogromne wydarzenie w dziejach miasta – jakim był powrót jego relikwii.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Białystok miał 33 browary. Najpopularniejszą karczmą była „Pod Jeleniem”.

Ten budynek wznoszono 121 lat temu przez kolejne 5 lat, a dopiero od 2 lat jest zabytkiem i dziś stoi na terenie prywatnym. Mowa o budynku administracyjnym Browaru Dojlidy. Samo miejsce (nie budynek) sięga historią do 1768 roku. Wówczas z inicjatywy hetmana Jana Klemensa Branickiego powstał tam niewielki browar, w którym warzono piwo na użytek miejskiej karczmy. Znajdowała się gdzieś w okolicach Zamku (czyli dziś Pałacu Branickich). Wiadomo tylko, że była jednym z pierwszych budynków w mieście. Warto dodać, że Branicki jako, że był hetmanem, dzięki czemu w mieście funkcjonował garnizon. A to oznaczało duże zapotrzebowanie na alkohol. Ponadto Białystok leży od zawsze na trasie pomiędzy Warszawą i Wilnem, toteż w dawnych czasach pokonanie konno lub powozem kilkuset kilometrów oznaczało, że Białostocka karczma miała wielu gości.

Dużo więcej o piwowarstwie w Białymstoku wiadomo dopiero z opracowań dotyczących 1796 roku czyli 25 lat po śmierci Branickiego. Wówczas w mieście funkcjonowały aż 33 browary. Dwa były skarbowe, jeden chrześcijański, a pozostałe żydowskie. Jeżeli chodzi o karczmy, to najpopularniejszą wówczas była „Austeria pod Jeleniem”. W ciągu roku sprzedawała 65 000 litrów piwa. Kolejnym miejscem, które funkcjonowało dosyć sprawnie była karczma „Przy cerkwi”. Tam sprzedawano 41 000 litrów. Był jeszcze „Klejndorf” i „Królowy Most”, gdzie sprzedawano tanie piwa. Ten pierwszy lokal funkcjonował po lewobrzeznej części miasta, toteż klientelą byli chłopi jadący do miasta. O tym drugim przybytku niewiele wiadomo, ale skojarzenia z dzisiejszym Królowym Mostem nie powinny mieć miejsca, bo wówczas wieś znana z filmów nazywała się Annopol (Janopol). W Białymstoku funkcjonowała również „Austeria Bilard”, która uchodziła za najbardziej eleganckie miejsce w mieście, gdzie sprzedawano wyłącznie najdroższe piwo.

W 1802 roku na zlecenie Izabeli Branickiej, właścicielki miasta, wdowie po hetmanie przeprowadzono naprawę browaru i słodowni, który od czasów śmierci hetmana przestał funkcjonować. W latach 1808-1821 dobra dojlidzkie należały już do rodziny Radziwiłłów, następnie Izabeli z Mniszków Demblińskiej. W kolejnych latach dobra te zostały sprzedane senatorowi Aleksandrowi Kruzenszternowi. Lata 60-70. XIX w. to czas rozbudowy browaru. Powstał między innymi pałacyk, park, folwark i sam browar. W 1898 roku browar odbudowano po pożarze.

W czasie I wojny światowej browar funkcjonował za zgodą niemieckiego okupanta. Po odzyskaniu niepodległości przeszedł w posiadanie księcia Jerzego Rafała Lubomirskiego, który rozbudował zakład o warzelnię i słodownię. W czasie II wojny światowej zakład przejęli Niemcy, którzy również produkowali w nim piwo. W 1944 r. wycofując się spalili browar. Przetrwały dwa budynki, w której znajdowała się rozlewnia piwa, budynek pomocniczy oraz budynek administracyjny. W 1994 r. browar sprywatyzowano, rozbudowano i zmodernizowano.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Stary wiatrak został odnowiony. Najczęściej podziwiany jest z trasy.

W ostatnim czasie zakończył się remont przy zabytkowym wiatraku w miejscowości Szaciłówka. Miejscowość leży po drodze z Białegostoku do Augustowa, jeszcze przed Korycinem. Prace renowacyjne polegały na obiciu wiórem osikowym ścian obiektu, naprawie stolarki okiennej, oczyszczeniu i pomalowaniu dachu. Wiatrak został wpisany do rejestru zabytków województwa podlaskiego w 1976 roku.

Jak wskazuje karta ewidencyjna zabytku, konstruktorem i budowniczym obiektu był Kazimierz Bartulewicz. Budowa wiatraka zajęła mu 5 lat i trwała od 1932 do 1937 roku. Obiekt ma kształt ostrosłupa ściętego o podstawie regularnego ośmioboku oraz ścianach zwężających się ku górze. Budynek posiada aż trzy kondygnacje oraz podpiwniczenie. W środku znajdują się schody. Całkowita wysokość obiektu wynosi 12,3 m, zaś szerokość podstawy 8m. Wiatrak pracował nieprzerwanie do 1948 roku.

Młyn wiatrowy w Szaciłówce jest wyjątkowym przykładem budownictwa przemysłowego wsi. Zachowując swoją drewnianą konstrukcję, niezmiennie świadczy o wyjątkowości województwa podlaskiego pod względem zachowanej do dzisiaj architektury drewnianej.

źródło: Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

 

Featured Video Play Icon

Przedwojenne Suwałki. Zaczynali od dwóch domów.

Suwałki zostały założone w 1690 roku przez kamedułów wigierskich i składały się wtedy z zaledwie dwóch domów! Korzystne położenie przyszłego miasta sprawiło, że zaczęło się ono błyskawicznie rozwijać. Ów położenie to skrzyżowanie szlaków handlowych. Po 10 latach osada była tak rozbudowana, że utworzony został podział na Suwałki Małe i Suwałki Wielkie. Prawa miejskie Król August II Mocny nadał im w 1720 roku. Jest to najmłodsze miasto z całej, obecnej Suwalszczyzny czyli Sejn, Lipska i Augustowa.

Dalszą historię miasta determinują zabory. Białystok był pod zaborem rosyjskim, zaś Suwałki leżały w Kongresowym Królestwie Polski. Dzisiejsza stolica województwa podlaskiego mogła się intensywnie rozwijać z dwóch powodów. Przez miasto przebiegała Warszawsko-Petersburska kolej żelazna. Ponadto Kongresowe Królestwo Polski było politycznie zależne od Imperium Rosyjskiego, co miało wpływ na handel po obu stronach granicy położonej tuż za Białymstokiem. Tymczasem Suwałki oddalone było znacznie od granicy Imperium Rosyjskiego, zaś leżące blisko Prus. To powodowało, że były miastem garnizonowym. Do dziś zwiedzając miasto można podziwiać dawne koszary, w których w momencie powstania funkcjonowały wojska rosyjskie.

Podczas I wojny światowej do miasta wkroczyli Niemcy. Okupowali miasto przez cały jej okres. W 1918 roku, gdy Polska odzyskała niepodległość, to granice naszego kraju były jeszcze płynne. Niemcom zależało, by Suwałki były litewskie. W sierpniu 1919 roku wybuchło powstanie sejneńskie, które dotarło także i do Suwałk. Po 5 dniach Litwini opuścili miasto. Próbowano je jeszcze odebrać w 1920 roku, ale ostatecznie nie udało im się to. Dalszy okres międzywojnia również łaskawy nie był. Miasto bowiem pozostawało poza głównym szlakiem handlowym.

Podczas II wojny światowej okupant niemiecki przyłączył miasto do siebie. Zaczęła się eksterminacja Żydów oraz polskiej inteligencji. Tylko w samych Suwałkach założono dwa obozy pracy. 23 października 1944 roku do miasta wkroczyła Armia Czerwona. Po wojnie większość budynków jednak przetrwała w stanie nienaruszonym.

Featured Video Play Icon

Pstrokate obiekty w Białymstoku. Wiele już zniknęło, ale sporo pozostało.

Całe otoczenie białostockiej stacji kolejowej przechodzi metamorfozę. Na samym dworcu brak jest pierwszych dwóch peronów, a w ich miejscu kopany jest właśnie tunel, dzięki któremu nie będą potrzebne „kładki grozy” w przyszłości. Jeżeli ktoś się zastanawia skąd taka nazwa, to wystarczy zapytać losowego białostoczanina, czy nigdy nie bał się że wpadnie w otwór pomiędzy stopniami schodów.

To wszystko jednak przechodzi do historii, podobnie jak przeszło Centrum Handlowe Park, po którym niewiele już pozostało. Chcielibyśmy zwrócić uwagę, że to było jedno z ostatnich takich miejsc w Białystoku, które przypomina białostoczanom o transformacji ustrojowej. Chodzi o charakterystyczne budynki trwające jeszcze od czasów PRL-u lub lat 90. Przypomnijmy, że ostatnie dwie dekady temu takich miejsc było dużo więcej. Zaznaczmy, że nie chodzi nam o wyjątkowe modernistyczne budynki (Central, Spodki, Uniwersytet w Białymstoku) ani o budynki stworzone po II wojnie światowej przez architekta Bukowskiego. Mamy tu na myśli te miejsca, które wyglądały jakby były tymczasowe, ale o nich zapomniano. Takie wyjątkowo pstrokate, wyraźnie wyróżniające się od reszty otoczenia.

 

Najbardziej charakterystycznym był wielki, obskurny bazar przy ul. Jurowieckiej ciągnący się od stadionu Jagiellonii do skrzyżowania z ul. Sienkiewicza. Najpierw zapadła decyzja, by bazar zlikwidować. Był rok 2008. Przypomnijmy, że od 9 lat leżała na stole propozycja samych kupców, by bazar zmienić w nowoczesną galerię handlową, w której dalej mieliby swoje miejsca pracy. Ostatecznie lokalsi musieli przenieść się na ul. Andersa, a teren został zagospodarowany przez biznesmena z Siedlec, który wybudował tam Galerię Jurowiecką. Gdy handel pozostał na stadionie obok, to władze Jagiellonii planowały właśnie budowę galerii handlowej. Trwało to tak długo, że gdy biznesmenów wyprzedził z galerią sąsiad z działki obok, to planowana „Galeria Jagiellońska” nie powstała, zamiast niej mamy wielkie blokowisko.

Kolejną inwestycją była całkowita przebudowa Rynku Kościuszki. Mini-park przy ratuszu zniknął, wycięto też sporo drzew, a całość całkowicie zabetonowano. O ile na początku budziło to duże niezadowolenie mieszkańców, to kilka pierwszych lat z ogródkami piwnymi pokazały, że miejsce jest coraz modniejsze i tętni życiem dzień i noc. Z biegiem lat przybyło tam i w całej okolicy również lokali gastronomicznych. Wiele jednak się zmieniło od czasów, gdy zmiany klimatu dają o sobie znać. Letnie upały potrafią betonowy rynek podgrzać do czerwoności.

Rok 2012 to czas, gdy oddano do użytku Operę i Filharmonię Podlaską. Zastąpiła ona amfiteatr. Dawniej odbywały się tam niemalże wszystkie koncerty. Najbardziej rekordowy jaki pamiętamy odbył się, gdy ś.p. Andrzej Lepper podczas kampanii wyborczej Samoobrony zafundował mieszkańcom darmowy koncert zespołu Ich Troje. Widowisko oglądało wówczas 10 tys. ludzi, zaś obiekt pękał w szwach.

W 2014 roku wybudowano przejście podziemne na skrzyżowaniu Jurowieckiej, Al. Piłsudskiego i Sienkiewicza. Wcześniej w tym miejscu mieliśmy po prostu zwykłe pasy. Trudno powiedzieć po co te przejście skoro dalej samochody stoją na światłach tak jak stały. Gdyby chociaż tam było skrzyżowanie bezkolizyjne. Nie ma jednak wątpliwości, że poza samą bezużytecznością tego miejsca – jest ładniej. Rok 2014 to także czas, gdy do użytku oddano całkowicie nowoczesny Stadion Miejski w Białymstoku. Zastąpił on oddany na dożynki wojewódzkie PRL-owski obiekt.

Rok 2017 to otwarcie nowego dworca PKS w Białymstoku. PRL-owski budynek zastąpiono nowoczesnym obiektem. Przeniesiono także perony w nowe miejsce. Było to bardzo rozległe miejsce, gdzie od kilku dekad grała ta sama muzyka. Najbardziej charakterystyczne było Numero Uno ze swoich przebojem – Tora Tora Tora. Teraz jest kompaktowo. Zwolnione miejsce zajęła galeria handlowa.

W roku 2020 wyremontowano natomiast po raz kolejny wnętrze zabytkowego dworca PKP. Poprzednie również było kompromisowym miksem PRL-u i lat 90. W tym przypadku zrobiono cokolwiek, by zakończyć ciągnący się latami remont. W ostatniej modernizacji natomiast obiektowi przywrócono XIX-wieczny blask.

Kiedy tak spojrzymy na centrum Białegostoku, to można jeszcze napotkać kilka budynków, które pamiętają transformację. Pierwszy jaki przychodzi na myśl, to budynek handlowy przy ul. Legionowej. Charakterystycznie pstrokaty. Dokładnie tak jak się budowało w latach 90. Kolejny taki budynek to „Zielona Kamienica” przy ul. Rocha. Nie można zapominać także o Opałku czy „Błękitnym wieżowcu” przy Centralu. Ostatnim takim pstrokatym budynkiem jest białostocki ZUS, na którym kiedyś dla żartu próbowano zorganizować skoki narciarskie.

Warto dodać, że to nie są budynki stare i będą jeszcze służyć przez lata. Warto jednak, by ich elewacje dostosować do dzisiejszych czasów. Na pewno byłoby schludniej, chociaż jak się popatrzy na taką Warszawę, to naprawdę jest u nas przepięknie.

Featured Video Play Icon

Puszcza Knyszyńska zimą wygląda przepięknie! Tu można wybrać się na spacer.

Podsokołda to wieś niedaleko Supraśla, która dawniej była miejscem ważnych wydarzeń historycznych. Ludziom, którzy na co dzień nie interesują się zbyt mocno historią mogło się przewinąć gdzieś, że było tam powstanie. Tylko które? Styczniowe czy listopadowe? Okolicznym mieszkańcom zlały się dwa wydarzenia w jedno. Trzeba było wielu lat i uporu żeby wszystko „odkręcić”

Od razu wyjaśniamy – pomiędzy dwoma wydarzeniami było 30 lat różnicy, toteż z dzisiejszej perspektywy wielu osobom mogło się pomylić. Swego czasu Supraśl również miał problem z pamięcią, honorując powstańców styczniowych zasługami listopadowych – dedykując pomnik przy Arboretum w Kopnej Górze „Powstańcom 1863”. Jedyna bitwa jaka tam się odbywała miała miejsce podczas Powstania Listopadowego w 1831 roku. Dodajmy, że było to potężne powstanie, które zaczęło się – w listopadzie i trwało do października następnego roku. Sama bitwa w okolicach rzeki Sokołdy miała miejsce w czerwcu (niektóre archiwa podają lipiec – bo pod zaborem rosyjskim obowiązywał kalendarz juliański).

Oto zapiski proboszcza parafii w Szudziałowie:

Na dniu dzisiejszym w czasie Uroczystości obchodzącey się rocznie w Szudziałowskim Kościele, gdy lud zebrał się z różnych stron, trafił się wypadek niepraktykowany; przy zaczynaniu się processyi z Najśw . Sakramentem otoczony zostałem woiennemi ludźmi uzbroionemi . Przestrach i zdziwienie moie ukończyły się, iż słysząc komenderówkę w tym samym ięzyku, w jakim to piszę, domyślać się wypadało, iż chcą assystować Wszechmocnemu w Sakramencie ukrytemu . Po skończoney processyi i odeyściu moim z Ołtarza do Zakrystyi, powitali mię Katolickim sposobem, a razem oświadczyli, iż nie w innem zamiarze przybyli: nayprzód, aby dopełnili cześć należną Bogu, po wtóre Naczelnik tych żołnierzy oświadczył, iż przybył z Warszawy walczyć za Wiarę, Oyczyznę y wolność, abym im broń, którą przy sobie mieli obrzędem swoim pobłogosławił (…)

(…) Po tym obrzędzie wszyscy ci padli krzyżem na ziemię z orężem w ręku i mnie toż samo kazali dopełnić; późniey wstawszy, którego nazywano Kapitanem zalecił sam w głos do ludu, aby ten modlił się za dusze poległych Polaków; po skończonych trzech Zdrowaś Marya!, nie więcey, i tyleż „wieczne odpocznienie”, którego lud, lękając się zapewne morderstwa iakiego, przestraszony pomagał, pospieszyłem do Zakrystyi, taż eskorta prowadziła mnie do Plebanyi, która otoczywszy Plebanią, ieden ten Kapitan wszedł do Plebanyi rozkazał dać Kałamarza, pióra i Papieru, z resztą usiłowałem uwolnić się od tey daniny, lecz pióra i papier na stole moim sam znalazł i wziął, a po Kałamarz posłał i przyniesiono . Na dziedzińcu więc Plebańskim zapisywał imiona i nazwiska ochotników lecz że się nie znaydywałem tam przy nich, niewiem kto się zapisywał lub poszedł . Z resztą, nic nie rabowali, ani krzywdy inney dopełnili, tylko kazali dać nie wielką ilość wódki, kilka flaszek, dwa paczki tytuniu do palenia, funt lub więcey tabaki do zażywania, chustkę do nosa i librę papieru . Od udzielenia obiadu wymówiłem się, iako na moią iedną osobę goto-
wanego, a to aby ich głodem przymorzyć, za co z pogróżkami, konno i piechotą w niemałey liczbie wyruszyli w dalszą drogę przez wieś Szudziałowo .

Dan w Szudziałowie Roku 1831 d . 21 Junij . X . Andruszkiewicz

Podczas powstania listopadowego, w Puszczy Knyszyńskiej funkcjonowały dwa polskie oddziały.

Dlaczego więc funkcjonuje w pamięci również Powstanie styczniowe? Najprawdopodobniej dlatego, że było ono bardzo krwawe i traumatyczne. 22 stycznia 1863 r.,, gdy wybuchło, miało ono partyzancki charakter walki, objęło swym zasięgiem Królestwo Polskie i część wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej. W trakcie powstania nie było wielkich bitew. Powstańcy nie opanowali w zasadzie większego miasta, działali przeważnie w lasach i na wsi. Wobec miażdżącej przewagi armii rosyjskiej oddziały powstańcze musiały być w ciągłym ruchu. Walki partyzanckie trwały ponad 15 miesięcy (tylko w zaborze rosyjskim), a więc znacznie dłużej niż np. w czasie powstania listopadowego w 1831 r. Przez cały okres powstania przez oddziały powstańcze przewinęło się około 200 tysięcy ludzi, a jeszcze więcej wspomagało powstańców. Bilans powstania był tragiczny. W trakcie powstania było dziesiątki tysięcy poległych i pomordowanych, wtrąconych do więzień i zesłanych w głąb Rosji. Skonfiskowano też wiele majątków. Ostre represje dotknęły również Kościół Rzymskokatolicki.

Oto fragment historii dotyczący wydarzeń powstania styczniowego z Podsokołdy:

[Powstańcy] doszli do wsi Sokołdy, tu chcieli odpocząć . Byli pokrwawieni, byli oblepieni błotem, szlamem, nic nie mieli ze sobą tylko jedną broń, nic kompletnie! Tak opowiadała babcia Łazewska. Powstańcy mieli świeże rany, ociekali krwią, byli bardzo zmęczeni. Byli znużeni do tego stopnia, że po prostu upadali ze zmęczenia, nie mogli ustać na nogach . Chcieli odpocząć i tu, w Sokołdzie się zatrzymali . Już dalej iść nie mogli, byli u granic wytrzymałości: przemęczeni, głodni . Kiedy tu przyszli pod wieczór, to tych najbardziej poranionych umieścili w domach w Sokołdzie i prosili o opiekę, natomiast reszta rozlokowała się na łące między wsią Sokołda a rzeką . Palili ogniska – trzy albo cztery – bo dni wtedy były już gorące, ale noce jeszcze zimne, gotowali sobie do zjedzenia to co od ludzi dostali, przynajmniej wodę gorącą . Chcieli tu odpocząć, przynajmniej z grubsza, opatrzeć rany . No i chodzili po wsi i prosili u kobiet o prześcieradła, o tzw . płachty . Te płachty były lniane . Potrzebowali ich na opatrunki a oprócz tego zmywali z siebie błoto, brud, więc musieli się czymś wytrzeć, okryć, bo nie mieli nic z sobą tylko broń i to prawdopodobnie nie każdy tę broń miał.

Co się wydarzyło, kiedy ten oddział stacjonował w Sokołdzie? Przyszli prawdopodobnie wieczorem, w przeddzień tego pogromu późniejszego, albo w nocy . W Podsokołdzie był Żyd, nazywał się Jankiel, on miał sklep; ten dom stoi do dzisiaj, w tym sklepie można było wszystko kupić, „mydło, szydło i powidło”; ten Żyd jechał z rana do Szudziałowa, gdzie zaopatrywał się w towary . Przejeżdżał przez Sokołdę i widział, że tam się paliły jeszcze ogniska, widział powstańców, którzy byli tam przy ogniskach nad rzeką. Przyjechał do Klina. W Klinie zatrzymał go oddział Kozaków, którzy go zaczęli wypytywać czy nie widział powstańców, ponieważ tu gdzieś powstańcy muszą być. Zaczęli wypytywać Żyda czy on nie widział powstańców . On widział, ale początkowo wystraszył się i nic nie mówił. Kozacy zaczęli go tarmosić i zagrozili, że pojadą do Sokołdy i jeśli stwierdzą, że skłamał, to jego rozstrzelają, a rodzinę wyślą na Sybir. Żyd zląkł się i powiedział, że w Sokołdzie widział właśnie tych powstańców. No i wtedy kozacy (nie wiem co tam z nim zrobili) ale pojechali do Sokołdy. Do samej wsi nie dojechali: zatrzymali się w lesie, i doczekali do nocy. W nocy rozdzielili się na połowę. Część poszła przez Łaźnie prawdopodobnie, w stronę Supraśla, część została w lesie od Kopnej Góry. I na ranku zaatakowali tych powstańców, którzy się tego nie spodziewali.

Najpierw zaczęli strzelać kozacy od strony Supraśla, więc powstańcy myśleli, że to od Białegostoku przyszedł atak więc zaczęli uciekać w stronę Kopnej Góry . No i ponieważ tu było to przejście, więc się na nim skupili . A wtedy od strony Kopnej Góry zaatakowała druga część kozaków, wzięli ich w dwa ognie. Nabili bardzo dużo, tak mój tatuś opowiadał, a jemu dziadek opowiadał, że można było przejść suchą nogą po ciałach tych zabitych powstańców. Bo oni skupieni byli przeważnie przy tym przejściu.

Niektórym z powstańców udało się, mimo tego nasilonego ognia, uciec w stronę Woronicza . Uciekali po górze – jadąc do Woronicza po lewej stronie. Za nimi pojechali Kozacy . Dopędzili ich na górze w Woroniczu. Tak jak Tatuś mi mówił, jechali za nimi Kozacy i strzelali do nich w plecy tak jak do kaczek, jak do dzikiego zwierza . Wszystkich, którzy zostali zastrzeleni, nie pozwalali pochować . I dopiero pod osłoną nocy ludzie z Woronicza i Międzyrzecza zbierali tych zastrzelonych i chowali po prawej stronie góry woronickiej, tam gdzie stoi krzyż .

Natomiast ci, którzy zginęli w Sokołdzie podczas przeprawy, byli grzebani w nocy . Wywożono ich z Sokołdy do lasów i w lesie byli chowani . Nic o miejscu pochówku ani mój tata, ani babcia Łazewska nie mówili . Ale chowani byli nie zaraz, ale po trzech albo czterech dniach, kiedy kozacy odeszli . Bo część z nich pojechała jako eskorta dla odwożonych schwytanych, a część została, żeby zobaczyć, kto będzie tych zabitych, powieszonych zabierał, żeby wyciągnąć konsekwencje wobec rodziny. Dopiero gdy kozacy odjechali, ludzie zaczęli wyciągać tych pobitych z rzeki . Tatuś mi opowiadał, że przez te trzy dni woda w rzece była czerwona od krwi.

Dziś Podsokołda to spokojne miejsce w Puszczy Knyszyńskiej, gdzie można długimi godzinami spacerować i rozmyślać nad wydarzeniami z przeszłości. Szczególnie zimą, gdy spadnie śnieg jest tam bardzo pięknie. Byleby był śnieg.

Takiego miejsca jak to, nie ma na żadnej mapie

Takiego miejsca jak to, nie ma na żadnej mapie

Takie hasło napisane na ścianie opuszczonego wagonu niedaleko stacji w Zubkach Białostockich doskonale oddaje klimat tego miejsca. Zostało ono zapomniane wiele lat temu. Czynna stacja kolejowa mieściła się na legendarnym szlaku Białystok – Wołkowysk – Baranowicze, otwartym w 1886 roku. Po II wojnie światowej stacja Zubki Białostockie dalej istniała. Niestety przemiany ustrojowe w Polsce zrujnowały linię. W latach 90. likwidowano kolejne połączenia, a ostatni pociąg, który zatrzymał się także w Zubkach Białostockich ruszył 2 kwietnia 2000 roku.

Po 22 latach od tamtego kursu, na YouTube można obejrzeć 3 krótkie filmiki pokazujące obecny stan rzeczy. Jest gorzej niż źle. Osobiście na stacji w Zubkach Białostockich byliśmy w 2005 roku czyli zaledwie 5 lat po ostatnim kursie. Wyglądało to wtedy tak:

Minęło 17 lat od naszej wizyty i możemy to samo miejsce obejrzeć ponownie. Niewiele tam się zmieniło.

Warto jednak sobie zadać pytanie czy tak musi być. Przypomnijmy, że w 2016 roku na tej trasie wróciły pociągi. Na początku tylko w weekendy, a ostatnio codziennie. Do końca września 2021 szynobus dojeżdżał do pobliskich Walił (Zubki są jedną stacje – Straszewo – dalej). W tym roku prawdopodobnie połączenie znów będzie funkcjonować, bo jest zainteresowanie turystyczne. Już jakiś czas temu pisaliśmy, że szynobus nie musi zatrzymywać się w Waliłach tylko mógłby dojeżdżać do samej granicy, po drodze zahaczając o wspomniane Straszewo, Zubki Białostockie i Gobiaty.

Problem w tym, że obecnie nie ma czego pokazywać turystom. Jak wyglądają Zubki już wiecie. Tak natomiast prezentuje się Straszewo.

Stacja Straszewo, fot. K. Kundzicz / Wikipedia

W Gobiatach natomiast stacji nie ma, ale jest bardzo wymowna brama z napisem po rosyjsku. „MIR” oznacza „Pokój”.

Nieczynne kolejowe przejście graniczne – Gobiaty

Tylko czy tak musi być? Czy nie można odrobinę zainwestować w te miejsca? Nie chodzi nam o nic wielkiego. Wystarczy, by w Straszewie był kawałek twardego podłoża. W Zubkach trzeba b było po prostu posprzątać, odmalować i wstawić okna. Miejsce mogłoby na co dzień być wiejską świetlicą albo po prostu służyć w sezonie turystom jako klimatyczna poczekalnia. W Gobiatach także wystarczy kawałek twardego podłoża do wysiadania.

Jeżeli wpiszemy w Google lub inne mapy „Zubki białostockie” to oczywiście zobaczymy to miejsce, tak samo jak Straszewo czy Gobiaty. Jednak w świadomości społeczeństwa tych miejsc nie ma. Są opuszczone i zapomniane. Czy takie mają pozostać? Nie trzeba zbyt wielu pieniędzy by przywrócić je do życia i zwrócić mieszkańcom w postaci użytecznych lokalizacji. Nie chodzi tylko o dojazd do Białegostoku dla garstki mieszkańców. Chodzi o to, by Białystok i Polska mogła tam przyjechać.

Straszewo to niezwykle dzikie i fantastyczne miejsce. Można tam zbierać tony grzybów, obserwować dzikie ptaki (w tym duże drapieżniki) i dzikie zwierzęta (łącznie z wilkami). Same Zubki to małą wioseczka ze wspomnianą stacją kolejową. Idealne miejsce do spacerów o każdej porze roku. Gobiaty to nie tylko interesujący punkt graniczny z bramą, ale także dobre miejsce do dalszych wycieczek. Do Kruszynian jest 10 km. Do Jałówki (gdzie są ruiny kościoła 12 km).

Ruiny kościoła w Jałówce, fot. P. Jakubczyk
Meczet w Kruszynianach

Warto wspomnieć też o rowerzystach, którzy zyskaliby dostęp do kolejnych tras, do których normalnie jest za daleko (by móc potem wrócić). Mogliby na przykład przyjechać do Zubek pociągiem, a dalej niezwykle malowniczą trasą rowerem do Siemianówki, do której też wróciły pociągi. To wszystko są realne pomysły, które można zrealizować niskim kosztem. Tylko potrzebna jest chęć. U nas niestety na tereny przygraniczne patrzy się dosyć specyficznie.

Na Dolnym Śląsku jest takie miasto nieopodal Wrocławia – Wałbrzych. Strasznie zaniedbane, zapuszczone i przygnębiające. Dawniej leżało na terenie Niemiec, ale po drugiej wojnie światowej dostała je Polska „na otarcie łez” za utratę kresów. Wówczas mieszkańcy nie byli przekonani o tym, że miasto trafiło do Polski na zawsze, więc nie bardzo chcieli w nie inwestować. Lata mijały, Wałbrzych coraz bardziej zapuszczony należał do Polski. I teraz ciężko jest nadgonić ten czas. Na Podlasiu podobnie jest z terenami przygranicznymi. Traktuje się tak, jakby ktoś miał tu wkroczyć i je nam zabrać. Lata mijają, a takich miejsc jak Zubki przybywa. Ostatni mieszkańcy po prostu z nich uciekają, bo nie ma po co tam siedzieć.

Od takich wiosek się zaczęło, potem taki sam los zaczął spotykać tak zwaną „Polskę powiatową” czyli małe miasteczka i te, które dawniej były stolicami województw (przy podziale na 49 regionów). Znikać zaczęły połączenia kolejowe, autobusowe, przestano dbać o budynki i infrastrukturę. Zaczynało brakować pracy i ludzi. Czy naprawdę kiedyś chcemy się obudzić w Podlaskiem, gdzie ludzie mieszkają tylko w Białymstoku, Łomży i Suwałkach? A do tego to wszystko zmierza, bo pozwalamy rządzącym, by w naszym imieniu nie dbali o małe miasta powiatowe i wioseczki. Nabrali dofinansowania z Unii Europejskiej i myślą że to na co pozwolili im wydać te pieniądze wystarczy. Otóż nie.

Featured Video Play Icon

Niesamowity film o Tykocinie. Tak wyglądał dawniej.

Wyjątkowy film o Tykocinie można oglądać w sieci. Chociaż został on opublikowany w serwisie YouTube w 2018 roku, to do tej pory nie doczekał się specjalnego rozgłosu, a szkoda, bo jest naprawdę co oglądać. Film został przypuszczalnie nagrany w latach 60. XX wieku. Nadano mu tytuł „Zabytki Tykocina”. Można zobaczyć na nim Rynek główny, synagogę, kościół, klasztor, pomnik Stefana Czarnieckiego, a także prace archeologiczne na ruinach zamku. Nie zabrakło też rzeki Narew. Jest też wiele innych wyjątkowych miejsc z miasteczka.

To wszystko można oglądać także i dziś na żywo, dlatego też warto zrobić sobie porównanie z tym jak to było około 60 lat temu. Czy aż tak wiele się zmieniło? Ulice i budynki, które przetrwały wojnę, w PRL-u także zostały zachowane. Lata współczesne zaczęły oddziaływać na miasta i ich wygląd, ale gdy spojrzymy na Tykocin dzisiaj to na szczęście zmiany są tylko na lepsze. Nie ma tam wciskania nowego pomiędzy stare. Jest renowacja tego drugiego i wyraźny podział pomiędzy dawną architekturą, a współczesną. Być może Tykocin od takiej degradacji uchronił fakt, że po II wojnie światowej utracił prawa miejskie, a odzyskał je dopiero na początku lat 90.

To chyba dlatego teraz Tykocin cieszy się tak dużym zainteresowaniem turystycznym. Przyjeżdżają tu także filmowcy, dzięki którym później ludzie miasteczko mogą oglądać. Była tam nagrywana kultowa „Biała sukienka”, sceny trylogii „U Pana Boga…”, a ostatnio „My name is Sara”.

Featured Video Play Icon

Hajnówka to nie tylko brama do Puszczy Białowieskiej. Jest także wyjątkowa instytucja.

Hajnówka to nie tylko brama do Puszczy Białowieskiej, ale także miejsce, gdzie żyje mniejszość białoruska. Są to obywatele Polski, narodowości białoruskiej. Wielu mieszkańców jest aktywna i zaangażowana społecznie. Jednym z miejsc, które skupia wokół różnych wydarzeń jest Muzeum Białoruskie w Hajnówce. Warto wybrać się tam, gdy będziemy zwiedzać okolicę. Na miejscu są na co dzień wystawy stałe o tematyce etnograficznej.

Gromadzone przez wiele lat eksponaty dokumentujące życie i kulturę materialną Białorusinów Podlasia prezentowane są na trzech stałych ekspozycjach. Każdy, kto odwiedzi Muzeum Białoruskie w Hajnówce może zobaczyć mnóstwo ciekawych zabytków. W roku 2011 powstała nowa multimedialna wystawa dotycząca rzemiosła, zaś w 2016 przeprowadzono modernizację dwóch istniejących wystaw nadając im multimedialny charakter.

„Białoruska zagroda”

Wystawa etnograficzna pokazująca typową wiejską zagrodę Białorusinów Podlasia. Ekspozycja jest symbolicznym odwzorowaniem zagrody i przestrzeni wiejskiej – można zobaczyć tu wiejską chatę, stodołę, spichlerz. Na sali zgromadzono ponad 70 eksponatów z przełomu XIX i XX w., stanowiących dziedzictwo kultury materialnej Białorusinów Podlasia. Zgromadzone muzealia to min.: pług, jarzmo, socha, wóz drabiniasty z zaprzęgiem typowym dla tej części kraju, cepy, kadłuby na zboże czy słomiane zasobniki tzw. „korobki”. Eksponaty pochodzą głównie z terenu wschodniej Białostocczyzny – powiatów hajnowskiego, bielskiego, białostockiego czy sokólskiego. Dodatkowo ekspozycje wzbogacają wielkoformatowe fotografie min. z początku XX w. i okresu międzywojennego z terenów Podlasia i Polesia.

„Białoruski Kalendarz”

Wystawa etnograficzna poświęcona życiu i pracy białoruskiej ludności Podlasia, ukazana została w cyklu rocznym. Sala skomponowana została zgodnie z kalendarzem agrarnym podlaskich Białorusinów. Ekspozycja została zaaranżowana tak, by w dwunastu podcieniach pokazać wybrane, ważniejsze prace w gospodarstwie podzielone na poszczególne pory roku. Ukazane jest min. wysiew zboża, orka, młócenie zboża, sianokosy, miodobranie, żniwa, pieczenie chleba, wykopki. Zaprezentowano także symboliczne wnętrze izby na „kalady” czyli wigilię Bożego Narodzenia. Ekspozycja składa się z ponad 150 eksponatów, archiwalnych wyjątkowych zdjęć. Jest także coś do posłuchania.

„Rzemiosło na białoruskiej wsi Podlasia”

Wystawa etnograficzna pokazuje kilka tradycyjnych rzemiosł, które odeszły w niepamięć. Wśród nich poznamy kowalstwo, garncarstwo, stolarstwo, kołodziejstwo czy bednarstwo a także tkaczkę w chacie. Całość zaaranżowana jest w ten sposób, by zwiedzający mógł zajrzeć do poszczególnych warsztatów, podpatrzeć rzemieślnika przy pracy lub porozglądać się pod jego nieobecność. Po wystawie oprowadza lektor zarówno po polsku, białorusku oraz angielsku. Na ekspozycji zgromadzono ok. 400 eksponatów z Białostocczyzny. Muzealia znakomicie uzupełniają archiwalne, unikatowe fotografie, niektóre ukazują nasze tereny nawet 100 lat temu.

„Hajnówka. Brama do Puszczy”

Wystawa zbiorowa malarstwa Zbigniewa Budzyńskiego, Bogusławy Czarkowskiej, Vidasa Dregvy, Piotra Gagana, Michała Janczuka, Wiktora Kabaca, Manueli Korneckiej, Macieja Milewskiego, Marii Najdek, Andrzeja Sobieraja, Emilii Sobieraj, Waldemara Wojczakowskiej); prace powstały podczas pleneru malarskiego zorganizowanego z okazji obchodów jubileuszu 60 lat miasta Hajnówka w 2011 r.

„Rockowisko”

Warto też wspomnieć, że Muzeum Białoruskie w Hajnówce każdego roku organizuje wyjątkowy, letni koncert „Rockowisko”. Można na nim posłuchać zarówno debiutantów na scenie muzycznej jak i prawdziwe gwiazdy z Polski i Białorusi.

fot. S. Nicewicz

Tajemnicza postać robi furorę. Mała wieś stała się atrakcją dzięki dziełom lokalnego rolnika – artysty.

Maleńka wieś Knyszewicze na Podlasiu stała się ostatnio lokalną atrakcją turystyczną za sprawą jednego z mieszkańców. Ludzie zatrzymują się pod jego domem, by zrobić sobie zdjęcie. Nawet skusili się na to żołnierze stacjonujący nieopodal.

fot. S. Nicewicz

Knyszewicze leżą nieopodal Sokółki, Krynek, a także ostatnio głośnego za sprawą kryzysu na granicy – Usnarza. Mimo, że pojawili się żołnierze w okolicy, to czas nadal płynie powoli. Jeden z mieszkańców – Stanisław Nicewicz raz po raz urozmaica innym wiejskie życie. Ostatnia jego atrakcja to betonowa, tajemnicza postać trzymająca lampion. Powstała jesienią 2020 roku. Jednak rozgłos zyskuje powoli – za sprawą poczty pantoflowej. Oprócz jej, na zewnętrznej ścianie domu Stanisława Nicewicza znajdują się wyjątkowe obrazy jego autorstwa. Całość tworzy wyjątkowy klimat. Latem postać miała na sobie dodatkową pelerynę, na której było napisane „Nie musiałbym opanowywać swojego gniewu, gdyby ludzie opanowali swoją głupotę”. Daje do myślenia prawda? Mimo, że postać wygląda dosyć poważnie, to wzbudza ogólną wesołość. Nawet ostatnio przejeżdżający żołnierze postanowili zrobić jej pamiątkowe zdjęcie. Nie brakuje też chętnych na selfie.

Stanisław Nicewicz to człowiek wielu talentów. Jak widać potrafi nie tylko malować świetne obrazy, rzeźbić wielkie betonowe postacie, ale też zajmuje się hodowlą kóz i pszczół. Co ciekawe jest z zawodu… informatykiem. Swoim znajomym na Facebooku regularnie serwuje bardzo trafne prognozy pogody… z własnej stacji meteo!

fot. S. Nicewicz

Warto też wspomnieć o samych Knyszewiczach. Na wzniesieniu nieopodal wsi zachował się XVIII-wieczny, kuty w kamieniu krzyż nagrobny. Jest to rudyment cmentarza cholerycznego. Ze względu na swoje nietypowe kształty jest on określany mianem baby kamiennej. W Knyszewiczach i w sąsiednich Harkawiczach znajdują się cmentarzyska ze stelami, dzięki odnalezionym monetom – szelągom Jana Kazimierza – datowane na XVII wiek. W obu wsiach archeolodzy odkryli po dziesięć szkieletów, głównie dzieci. Z tego względu, we wsi prowadzono projekt badawczy – „Mogiłki pogranicza”.

Featured Video Play Icon

Żydzi intensywnie rozwijali Zambrów. Brali też udział w uroczystościach patriotycznych. Dziś pozostał po nich cmentarz.

Podlaskie przed II wojną światową było zamieszkane głównie przez Żydów. Po tragicznych momentach historii, zostało po dawnych mieszkańcach niewiele. Jedną z takich pamiątek jest XIX-wieczna nekropolia w Zambrowie. Jest nieco zarośnięta, ale zachowane są alejki.

Pierwsze wzmianki o ludności żydowskiej mieszkającej w Zambrowie pochodzą z XVII wieku, jednak aż do schyłku XVIII wieku było ich niewielu. 32 osoby stanowiły 5,8 proc. mieszkańców miasta. Z biegiem lat zaczęło ich przybywać coraz więcej. Przyjeżdżali z pobliskiej miejscowości Jabłonka. Początkowo Żydzi skupieni byli wokół gminy w Tykocinie. W późniejszych latach zaczęli migrować po całej okolicy. Kluczową inwestycją, która zachęcała do przenosin była synagoga, wokół toczyło się całe życie. Ta w Zambrowie powstała w 1895 roku. W kolejnych latach napływ ludności żydowskiej przybrał na sile, zaś liczba mieszkańców zwiększyła się dziesięciokrotnie. Do wybuchu II wojny światowej Żydzi stanowili już niemal połowę mieszkańców.

Zwiększająca się przewaga nad liczbą chrześcijan zaczęła powodować konflikty. W latach 30. XX wieku dochodziło do prób blokowania żydowskich sklepów przez endeków. Na nic to się jednak nie zdało. Zambrów dzięki Żydom rozkwitał, którzy zajmowali się nie tylko handlem, ale też rozwijali życie społeczne, polityczne i sportowe. Co ciekawe – Żydzi brali również udział w obchodach rocznic patriotycznych, zaś lokalny garnizon miał rabina.

Historia Żydów w Zambrowie skończyła się tak samo jak w pozostałych miastach. W 1941 roku Niemcy zajęli miasto i zaczęli zabijać ludzi w lasach. Tak życie odebrali ponad 2 tys. osobom tylko dlatego, że byli Żydami. Pozostali czekali na egzekucję w gettcie. Ostatecznie trafiając do niemieckich obozów zagłady. Osoby, które przeżyły uciekły do Palestyny lub do obu Ameryk. Po Żydach zambrowskich nie pozostał niemal żaden ślad. Zostało jedynie kilkanaście kamienic z przełomu XIX i XX wieku oraz kirkut.

Cmentarze żydowskie znajdują się w całym regionie. Najbardziej znane i dobrze zachowane są w Białymstoku i Krynkach. W wielu miejscowościach są zaniedbane i znajdują się ukryte w zaroślach.

Featured Video Play Icon

Las krzyży na wzgórzu to najbardziej charakterystyczny znak tego miejsca. Oto Sanktuarium w Świętej Wodzie.

Sanktuarium Święta Woda na wzgórzu w Wasilkowie przyciąga wiernych z całej Polski od lat. Pierwsza potwierdzona wzmianka o tym miejscu pochodzi z 1719 roku. Wówczas polski szlachcic Bazyli przybył na uroczysko zwane Świętą Wodą, z nadzieją, że odzyska wzrok. Tak też się stało. Cudowne ozdrowienie zaczęło historię tego miejsca. W akcie wdzięczności mężczyzna ufundował tym miejscu drewnianą kaplicę. W 1778 roku z Watykanu dla świątyni nadszedł przywilej odpustowy.

Podczas rosyjskiego zaboru, na rozkaz cara odebrano katolikom Świętą Wodę i przekazano prawosławnym. Zwrot nastąpił dopiero, gdy Polska odzyskała niepodległość. Nim to nastąpiło w kaplicy znajdował się obraz Matki Bożej Bolesnej. W 1915 roku, gdy na podlaskie tereny wkraczali Niemcy, to prawosławny duchowny ze Świętej Wody wywiózł malunek w głąb Rosji. Po I wojnie światowej, już w katolickiej świątyni znajdowała się kopia obrazu.

Święta Woda bardzo silnie związana jest z osobą ks. Wacława Rabczyńskiego. Po II wojnie światowej to on zajmował się sanktuarium. A raczej tym co po nim pozostało. Spalone, zbezczeszczone miejsce zaczęło powoli się odradzać. Kolejną kopię obrazu Matki Bożej Bolesnej namalowała matka księdza – Helena Rabczyńska. Ponadto zbudowano specjalną grotę z figurą bożej rodzicielki, która miała być kopią francuskiej. To właśnie tam można zaczerpnąć wody ze świętego źródełka.

Las krzyży, o którym wspominamy w tytule, to pomnik trzeciego tysiąclecia. Największy krzyż mierzy 25 metrów wysokości. Miejsce to, razem ze źródełkiem przyciągają pielgrzymów i okolicznych mieszkańców od wielu lat. Kościół jest także popularnym miejscem jeżeli chodzi o śluby osób nie będących parafianami.  Szczególnie, że na miejscu jest też sala weselna. Najważniejsza pielgrzymka do tego miejsca odbywa się 25 maja czyli w przededniu Dnia Matki. Jest to pielgrzymka kobiet. Nowych krzyży na wzgórzu przybywa natomiast w święto Matki Boskiej Bolesnej. Wspomnienie liturgiczne obchodzone jest w Kościele katolickim 15 września.

Fot. Kamil Timoszuk / Wrota Podlasia

Nowe budynki w skansenie. Będzie też stary kościółek. Ślub w takim klimacie będzie hitem!

Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej zostało wzbogacone o nowe obiekty. Reprezentują one budownictwo wschodniego Podlasia. Oprócz stodoły z Redut, stoją tam już dwie chałupy z Czyż (pow. hajnowski) – jedna z 1888 r. i druga z połowy XX wieku. W starszej z chat zobaczymy, jak wyglądało wnętrze wiejskich domów sprzed ponad stu lat. Natomiast przy młodszym budynku, charakteryzującym się wyjątkowymi zdobieniami, trwają prace wykończeniowe na zewnątrz. To nie wszystko, niebawem stanie także dom z Makówki. Zabudowa, która tworzy część Skansenu poświęconą budownictwu wschodniopodlaskiemu, została przeniesiona z powiatów hajnowskiego, bielskiego i siemiatyckiego. Jest charakterystyczna przede wszystkim dla mniejszości białoruskiej.

Budynek z Czyż z 1888 r. to prawdziwa gratka dla odwiedzających Skansen. Jego wnętrze zostało wyposażone w sprzęty z okresu międzywojennego! Są tu krosna, ławy, stół, olbrzymi piec z nieodłącznym zapieckiem, niecki, dzieże, michy, święte obrazy i ozdoby. Wrażenie także robi niski strop połączony z gigantycznym, krytym strzechą dachem. Drugi dom z Czyż to budowa z lat 50. XX wieku. Jest koloru ciemnożółtego i zachwyca bogactwem zdobień architektonicznych. Charakteryzuje się wspaniałymi narożami, bogatą oprawą okien i pięknymi okiennicami.

Niebawem Skansenu dopełnią także domy przeniesione z Makówki i Plutycz. Kamienny fundament pod chałupę z Makówki jest już gotowy. Wkrótce rozpocznie się składanie domu. Będzie to najstarszy obiekt w tej części muzeum. Na jednej z belek domu wycięty rok 1867. To typ budynku z XIX wieku, z charakterystycznym dla tego okresu układem wnętrza i wyglądem zewnętrznym, ale też takimi detalami jak tram, czyli belka pod pułapem, którą już pod koniec XIX wieku wycinano, bo przeszkadzała w swobodnym poruszanie się we wnętrzu.

Chata z Plutycz posłuży za miejsce na działania edukacyjne i warsztatowe. Wokół tych czterech domów powstaną zagrody. Będą to budynki gospodarskie: stodoły, spichlerze, budynki inwentarskie. Wszystko jak za dawnych czasów. Co ciekawe, do Skansenu trafił zabytkowy kościół z dzwonnicą z Seroczyna (diecezja drohiczyńska). Obiekt jest już pozyskany i czeka na przeniesienie. Jest to obiekt wyjątkowy, pochodzi z terenów historycznego Podlasia, a gdyby stanął w Skansenie, możliwe byłoby tam organizowanie ślubów!