Józef Piłsudski i Edward Śmigły-Rydz przed bitwą nad Niemnem.

Bitwa Niemeńska, choć wygrana to zapomniana. Front był tu, gdzie obecnie jest granica.

W historii Polski bardzo przykłada się uwagę do Bitwy Warszawskiej, znanej jako Cud nad Wisłą. Był to ogromny sukces Polaków w walce z bolszewikami, którzy napadli na nasz kraj w 1920 roku zaraz po zakończeniu I wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości po 123 latach. Tymczasem oprócz wspomnianej bitwy na obrzeżach stolicy, doszło do jeszcze innej, dużo ważniejszej konfrontacji.

Bitwa Niemieńska rozegrała się miesiąc po wygranej przez Polaków Bitwie Warszawskiej. Rozbita armia bolszewicka wycofała się, ale nie zamierzała jeszcze kończyć wojny. Armia Michaiła Tuchaczewskiego obsadziła linie rzek Niemen, Szczara i Świsłocz. Zaczęto też odbudowywać straty nowymi posiłkami z głębi Rosji. Udało im się odtworzyć wszystkie dywizje, które Polacy rozbili nad Wisłą. I tak do dalszego etapu wojny polsko-bolszewickiej było gotowych 73 tysiące żołnierzy. Polska natomiast dysponowała 67 tysięcy żołnierzy.

Bolszewicy stworzyli 4 oddziały bojowe, zaś Polacy dwa. Jedno polskie skrzydło (5 dywizji), pod wodzą Rydza-Śmigłego miało uderzać od północy od Sejn przez Druskienniki, a następnie przez terytorium Litwy ruszyć w kierunku Lidy. Polacy byli także gotowi walczyć także z wojskami litewskimi. Kolejne dywizje tego skrzydła miały także nacierać na Grodno oraz jego okolice. Drugie skrzydło było większe, bo składało się z 5 dywizji i dowodził nim Władysław Jung ze Stanisławem Wrzalińskim. Ich zadaniem było uderzenie na Wołkowysk, wówczas ważny węzeł kolejowy na trasie Białystok – Lida i Białystok – Baranowicze. Kolejne dywizje miały domykać front od południa.

Walki na terenie dzisiejszego województwa podlaskiego miały miejsce w lasach augustowskich. Tam Rosjanie byli całkowicie zaskoczeni uderzeniem i wycofali się w pośpiechu w stronę Grodna. Polacy opanowali również Kuźnicę. Bolszewicy próbowali odbijać Kuźnicę i Nowy Dwór, ale nie udało im się to. Do walk w tych rejonach dochodziło jeszcze później. Rosyjskie wojska atakowały kilkanaście razy. 22 września Polacy wyzwolili Sejny i nie zatrzymując się ruszyli dalej na wschód. 24 września po sukcesach głównych walk pod Grodnem, bolszewicki front zaczął się sypać. Ukraińscy i białoruscy czerwonoarmiści zaczęli przechodzić na stronę Polaków. Rosjanie natomiast zaczęli dzień później opuszczać zachodni brzeg Niemna.

Armia Czerwona poniosła kolejną po bitwie warszawskiej wielką klęskę. Od bitwy nad Niemnem trudno mówić o wojnie z Armią Czerwoną – był to już pościg za niedobitkami. Tysiące bolszewików zaczęło trafiać do niewoli. W konsekwencji, udana bitwa przesądziła o zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Strony konfliktu podpisały Traktat ryski, który ustalał przebieg granic między tymi państwami oraz regulował inne sporne dotąd kwestie.

fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

Dwie kapliczki w Podlaskiem zostały zabytkami

Przemierzając przez podlaskie wsie bardzo często napotkać można na okolicznościową kapliczkę. Tradycja ich stawiania jest tak stara, że nie wiadomo od jak dawna trwa. Nie do końca też wiadomo, dlaczego ludzie zaczęli budować kapliczki. Z dawnych źródeł literatury wiemy natomiast, że nie jest to pomysł chrześcijan. Mieszkający wcześniej poganie też je budowali. Dlatego też na te małe obiekty architektoniczne należy patrzeć nie tylko wyłącznie poprzez ich religijną rolę, ale również jak na dziedzictwo lokalnej społeczności.

Na szczególną uwagę zasługują stare kapliczki. Dwie z nich w ostatnim czasie stały się oficjalnie zabytkiem, chociaż gdyby tak przejechać wszystkie podlaskie wioski to takich starych kapliczek, które warto uznać za zabytek byłoby setki. I tak kapliczka z Dąbrowy Białostockiej upamiętnia poprzednią świątynię, która została rozebrana przez mieszkańców Dąbrowy w nocy z dnia 4 na 5 maja 1902 r.

Murowaną, wolnostojącą kapliczkę wzniesiono na rzucie prostokąta. Obiekt usytuowano na wysokim cokole z granitowych ciosów, zakończonym profilowanym gzymsem. W każdej z ceglanych elewacji znajduje się wąski prostokątny otwór okienny, umieszczony w niszy, zamknięty łukiem ostrym, ujęty parą lizen z wyodrębnionym cokołem i ceglanymi odcinkami gzymsów. Nadokienniki zaakcentowano pionowym ułożeniem cegieł, zaś ściany boczne zwieńczono trójkątnymi szczycikami, zakończonymi gzymsem koronującym. Kaplicę nakryto wysokim dachem czterospadowym, zwieńczonym metalowym krzyżem. – Kapliczka stanowi przykład skromnej w wyrazie, tzw. małej architektury z początku XX w. – wskazuje prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz – Podlaska Konserwator Zabytków, która obiekt w rejestrze zabytków umieściła.

fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

Druga kapliczka, która tam trafiła znajduje się w Niemirowie, na trójstyku granic województw: podlaskiego, mazowieckiego i lubelskiego. Ponadto wieś położona jest przy samej granicy z Białorusią nad rzeką Bug. Wspomniana kapliczka została wzniesiona między 1870, a 1912 rokiem na gruntach funkcjonującego od końca XVIII w. do lat 60. XIX w. szpitala. Trwale upamiętnia miejsce jego powstania. Szpital-przytułek działał w Niemirowie przy parafii katolickiej ufundowanej w 1620 roku przez Stanisława Niemira chorążego mielnickiego i kasztelana podlaskiego. Obiekt uposażany licznymi datkami funkcjonował do 1866 roku, kiedy to dekretem z 17 września parafia niemirowska oraz jej uposażenie zostało skonfiskowane w ramach represji popowstaniowych. Obiekt stanowi dzieło minionej epoki jako przykład małej architektury o znaczeniu regionalnym. Pełna prostoty, kubiczna forma bryły tworzy ważny akcent kształtujący krajobraz wsi Niemirów – wskazuje w decyzji wpisu do rejestru prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz – Podlaska Konserwator Zabytków.

fot. Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

 

Featured Video Play Icon

Tak walczyli partyzanci. Inscenizacja na ulicach miasta.

Grajewo dziś nie jest zbyt popularnym kierunkiem, ale warto przypomnieć, że przed II wojną światową, gdy Polska na mapie kształtowała się w innych granicach. Ówczesne Grajewo było typowym prowincjonalnym miasteczkiem, liczącym ok. 6 tys. mieszkańców. Jego rangę podnosił fakt, że biegła tędy linia kolejowa z Białegostoku w kierunku Prus Wschodnich. Miasto stanowiło „skrzyżowanie” dróg, z jednej strony biegnącej od Łomży, a dalej przez Rajgród do Augustowa; z drugiej natomiast od Białegostoku przez Ełk i dalej w kierunku Prus Wschodnich.

Pod koniec II wojny światowej, miasto leżało w rękach Sowietów, zaś III Rzesza Niemiecka ostatecznie podpisywała akt kapitulacji 8 maja 1945 roku. Niewielu z mieszkańców naszego regionu wie jednak, że gdy w Berlinie, w powietrzu rozlegały się strzały na wiwat, to w tym samym czasie w Grajewie rozlegały się strzały, których efektem było krótkotrwałe wyzwolenie Grajewa spod władzy polskich komunistów, sprzymierzeńców sowieckiego okupanta. Z 8 na 9 maja 1945 r. około 200-osobowe zgrupowanie mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdy” opanowało Grajewo.

Była to najgłośniejsza, a zarazem jedna z nielicznych o podobnym charakterze akcji w całej Polsce. Dokonały jej połączone siły Armii Krajowej Obywatelskiej obwodów Grajewo i Łomża pod dowództwem mjr Jana Tabortowskiego „Bruzdy”. Dlatego też postanowiono stworzyć rekonstrukcję historyczną, którą oglądać możecie na powyższym filmie. W widocznej bramie przy ul. Kopernika zlokalizowany był Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. To tu odbywała się bohaterska akcja partyzantów.

Trudno podać dokładną liczbę funkcjonariuszy znajdujących się w nim w dniu ataku. Pewną wskazówkę co do liczebności obsady urzędu stanowi meldunek przewodnika wywiadu obwodu Zygmunta Mazurka „Kuby” z 30 kwietnia 1945 r. dotyczący sił przeciwnika na terenie obwodu grajewskiego. Według tych danych załogę urzędu stanowiło 23 pracowników (w tym sześciu oficerów, podoficer i 16 szeregowych).

Dodatkowo przy ul. Ełckiej swoją siedzibę miała KP MO, według cytowanego wyżej meldunku liczyła ona 100 milicjantów (dwóch oficerów, 16 podoficerów i 82 szeregowych), ponadto w mieście była Milicja Miejska złożona z 19 ludzi (trzech podoficerów i 16 szeregowych) i Milicja Kolejowa w sile 39 szeregowych. Dodatkowo przy ul. Kopernika znajdowała się siedziba sowieckiej komendantury wojennej i placówka NKWD, było tam ok. 60 żołnierzy sowieckich.

fot. bialystok.pl

Niezwykłe odkrycie. Miecz z X wieku znalazł pracownik muzeum.

Szczepan Skibicki to pracownik Muzeum Wojska w Białymstoku. W wolnym czasie znalazł średniowieczny miecz. – Jak tylko zdałem sobie sprawę z tego, czym może być przedmiot, który mam przed sobą, niezwłocznie go wydobyłem i zabezpieczyłem, aby przekazać do Muzeum Wojska w Białymstoku – relacjonował muzealnik.

Kiedy miecz dotarł do placówki, odkrycie zostało niezwłocznie zgłoszone do Podlaskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz Miejskiego Konserwatora Zabytków, a o konsultację archeologiczną poproszono archeologów z Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. Jeden z nich, Aleksander Piasecki uważa, że jest to prawdopodobnie miecz pochodzący z Rusi Kijowskiej, z X wieku. Archeolog zwrócił także uwagę na bogaty warsztat wytwórcy oraz bardzo dobrej jakości żelazo, które mogło pochodzić z Chazarii lub z Bliskiego Wschodu.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce obowiązuje chore prawo dotyczące używania wykrywaczy metali. Samo posiadanie tego urządzenia nie wymaga żadnych pozwoleń i jest legalne, ale za to w 2018 roku weszła w życie ustawa, zgodnie z którą poszukiwanie zabytków bez zezwolenia traktowane jest jako przestępstwo. Dlatego też wiele artefaktów z przeszłości gnije pod ziemią, chociaż mogłoby leżeć w muzeach. Znalezisko takie, jak Pana Szczepana, który odnalazł X-wieczny miecz jest rzadkie, bo może odbywać się tylko przypadkowo.

Featured Video Play Icon

To jedna z ciekawszych atrakcji Podlaskiego. Warto ją odwiedzić.

Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie im. Adama Chętnika to wbrew pozorom bardzo ciekawe miejsce do zwiedzania. Generalnie w Polsce idea muzealnictwa kuleje. Interesujących i nowoczesnych placówek prawie w kraju nie ma. Większość tego typu obiektów posiada wystawy stałe przez wiele lat, przez co nie ma po co tam zaglądać częściej niż raz.

Zupełnie inaczej jest ze Skansenem Kurpiowskim. Chociaż nazwa nie wskazuje, to jest tam naprawdę co oglądać i nie tylko to! Tam można poczuć klimat poprzednich epok. A wszystko to położone w pięknych okolicznościach przyrody. Warto zobaczyć stary wiatrak i liczne drewniane domy, kapliczki, bramy, studnie. Warto posiedzieć także nad rzeką.

Ogólnie w miejscu tym dowiemy się jak żyła dawniej ludność Kurpiowska. W kilkudziesięciu obiektach poznamy przeszłość ludzi najbiedniejszych i najbogatszych. Warto podkreślić, że wiele z tych budynków można zobaczyć także od środka. Na terenie Skansenu funkcjonuje też karczma, gdzie zjemy specjały regionu.

Niezwykłe znalezisko na Podlasiu. Ta figurka należała do Wikingów!

W Mielniku postanowiono wybudować fontannę. Przy okazji rozkopywania gruntu dokonano niebywałego znaleziska. Wykopano 4 cm, doskonale zachowaną figurkę, wyrzeźbioną z kości zwierzęcia. Jest to postać człowieka grającego na flecie. Widać wszystkie detale – jego odzież, brodę, a nawet kolczyki! – podał portal Słowo Podlasia.

Wszystko wskazuje na to, że figurka należała do Wikingów! Wiadomo to, bo podobne figurki odnajdywano na terenie Anglii. Podczas wykopalisk odnaleziono też mnóstwo fragmentów naczyń, kości zwierzęcych, ceramiki czy narzędzi. Przedmioty trafią teraz do muzeum w Białymstoku. Przedmioty prawdopodobnie będą także wystawione oglądającym w Mielniku. Warto dodać, że dziś to jest wieś, jednak między XV a XVI wiekiem było całkiem mocno rozwiniętym miastem, o które toczono boje.

Wikingowie natomiast byli skandynawskimi wojownikami, którzy podejmowali dalekie wyprawy o charakterze kupieckim, rabunkowym i osadniczym. Zgodnie z aktualną wiedzą, pomiędzy VIII a XI wiekiem, gdy działali podejmowali ekspansje na różnych terenach. Nic jednak nie wiadomo, by byli na terenach dzisiejszego Podlasia. W X wieku odnotowano ich obecność na terenach dawnej Rusi. Być może to stąd figurka trafiła do Mielnika w późniejszym czasie?

fot. bialystok.pl

Sensacyjne odkrycie na cmentarzu żydowskim. Co dalej ze znaleziskiem?

120 macew odkryto podczas prac przy ogrodzeniu cmentarza żydowskiego przy ul. Wschodniej w Białymstoku. Najprawdopodobniej są to macewy z cmentarza rabinackiego, który znajdował się na terenie obecnego Parku Centralnego przy ul. Kalinowskiego. Co dalej ze znaleziskiem?

Na razie macewy trafią na cmentarz przy ul. Wschodniej, ale będziemy szukać rozwiązania by wróciły na swoje miejsce i by kolejny fragment przeszłości wielokulturowego Białegostoku- tak jak cmentarz ewangelicki na terenie Rynku Siennego – został przywrócony pamięci – powiedział Rafał Rudnicki zastępca prezydenta Białegostoku.

Za swoistym rozwiązaniem kryje się tak naprawdę jedna opcja. Park Centralny jest położony na wzniesieniu nieprzypadkowo. Zostało ono uformowane sztucznie po II wojnie światowej, podczas odbudowywania Białegostoku. Wspomniany cmentarz rabinacki dalej znajduje się pod ziemią. Zakopano go, gdyż nekropolia była miejscem grasowania wandali, a także hien, które w grobach próbowały szukać kosztowności.

Fotografia lotnicza z roku 1944. Obszar obecnie zajmowany jest przez Park Centralny.

Zgodnie z żydowską tradycją nagrobki muszą wrócić na miejsce, w którym zostały wzniesione. Forma upamiętnienia dawnych mieszkańców Białegostoku będzie więc wynikiem współpracy miedzy Miastem Białystok a społecznością żydowską Białegostoku i Polski. Raczej nikt na odkopywanie i oczyszczenie się nie zdecyduje. Wbrew pozorom szkoda, bo zyskalibyśmy naprawdę atrakcyjny zabytek. Dlatego zapewne spodziewać się możemy budowy w parku miejsca pamięci. Oby tylko nie betonowali jak dawnego cmentarza ewangelickiego obok.

Featured Video Play Icon

Tak było na Podlasiu. Za budowę ganku, potrafili zniszczyć dom.

Wschodniopodlaskie, zachodniopodlaskie, szlacheckie, drobnoszlacheckie, a także trojaki czy dwojaki. Te wszystkie terminy dotyczą podlaskiego budownictwa ubiegłych stuleci. Do dziś przemierzając nasz region możemy dostrzec jeszcze strzępki tego jak dawniej budowano drewniane domy. Jeżeli będziecie zwiedzać nasz region, to zwróćcie uwagę na stare konstrukcje. Dzięki powyższemu filmowi będziecie mogli wiedzieć, kto dawniej mieszkał w danym budynku.

Dla przykładu ganek to domena drobnoszlachecka. Jeżeli ktoś chciał sobie taki przy domu zbudować, a nie miał odpowiedniego statusu społecznego, to narażał własne mieszkanie na zniszczenia. Pozostali pilnowali bowiem, by szlachty nie udawać. Ciekawie przedstawia się także to, co we wnętrzach. W domach chłopskich w ramach jednego budynku był podział na część mieszkalną i część gospodarczą. Natomiast w wyższych stanach już nie.

Charakterystyczne jest również to, że we wnętrzu centralnym punktem była kuchnia. Natomiast są też takie domy, gdzie był tak zwany „zapiecek” czyli pomieszczenie na tyłach kuchni. Niekiedy występowały również domy, gdzie były dwie osobne kuchnie i izby. Dziś nazywamy to „bliźniakami”.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Mała wieś z XIII wieku zyskała ogromny zabytek

Mała wieś pod Ciechanowcem zyskała ogromny zabytek. Mowa o lokalnym kościele p.w. Zmartwychwstania Pańskiego w Kuczynie. Świątynia powstała w latach 1888-1893 według projektu warszawskiego architekta Jana Hinza. Budowę kościoła prowadzono staraniem ich córki Joanny Ostrowskiej. Pracami kierował inżynier powiatowy Stefan Kucharzewski, zaś nadzór sprawował inżynier gubernialny Adam Skowroński.

Kościół to neogotycka budowla w typie tzw. wiejskiej katedry. – Stanowi cenny w skali regionu i kraju neogotycki obiekt sakralny, którego architektura reprezentuje wysoki poziom artystyczny. O jego wartościach artystycznych świadczą zastosowane elementy i detale charakterystyczne dla stylu neogotyckiego m.in. blendy arkadkowe, ostrołuki, maswerki, trójkątne szczyty, rozeta, wimpergi, czy fryzy wykonane z czerwonej, nietynkowanej cegły na białym tle. Kościół zachował również monumentalną, proporcjonalną, niezmienioną w swej formie bryłę. Neogotyckie wyposażenie i wystrój z całą pewnością współgra z architekturą, nadając budowli spójny wyraz artystyczny. – tłumaczy Podlaska Konserwator Zabytków, prof. Małgorzata Dajnowicz.

Kuczyn położony jest nad rzeką Nurzec, nieopodal Ciechanowca. Miejscowość zamieszkuje zaledwie 281 osób. A warto zaznaczyć, że miejscowość istniała już na początku XIII wieku! Funkcjonowała jako Czucicz. Po bojach z Krzyżakami, tereny te należały do strefy wpływów książąt litewskich.

 

Featured Video Play Icon

Kiedyś to były czasy! Zobacz archiwalne nagranie z plaży w Dojlidach.

Pan Mirek, który jest autorem nagrania miał to szczęście i dysponował kamerą w latach 90. ubiegłego wieku. Sporo też udało mu się nakręcić. Dzięki temu, dziś po wielu latach możemy oglądać, jak to było w Białymstoku. Na YouTube można obejrzeć choćby jego przejazd przez centrum w czasach gdzieś między 1993 a 1995 rokiem. Tym razem autor udostępnił kolejny film, który uwiecznił w 1995 roku na Plaży w Dojlidach. – Kiedyś jeździłem wszędzie z kamerą i nakręcałem filmiki. Teraz z kaset wideo przegrywam na dysk. Jak to było kiedyś. Białystok 12.07.1995 r. Plaża Dojlidy. Może ktoś rozpozna siebie. Filmik jest skrócony. – tak napisał pod nagraniem.

Tłumy ludzi, rozbawiona młodzież gra w siatkówkę, dziewczyny wchodzą właśnie do wody – to pierwsze sceny jakie na filmie możemy zobaczyć. Niedługo po tym, w tle przygrywają znane hity z tamtych czasów. Na datowniku kamery widnieje 12 lipca 1995 roku. Trudno dziś ustalić, ile wynosiła wówczas temperatura, ale bez wątpienia było bardzo gorąco. Niektórzy być może sobie przypomnieli, a inni nawet nie wiedzieli, że nad brzegiem w Dojlidach nie było żółtego piasku tylko trawa.

Prawdziwie plażowy styl pojawił się stosunkowo niedawno i to już w XXI wieku. Oprócz wspomnianego kruszcu, wymieniono całkowicie infrastrukturę. Wszystko co widać na filmie w zasadzie nadawało się do jednego – do wyburzenia. Warto wspomnieć też historię tego miejsca, bo jest bardzo ciekawa. Okazuje się, że o te zbiorniki w mieście stoczono ze sobą bój! Były one bowiem wykorzystywane przez Technikum Rolnicze, które hodowały tam karpie. Tymczasem rosło zapotrzebowanie na plażę w wówczas 100-tysięcznym mieście. Gdy nastąpiła „próba sił”, wybuchła afera, która finalnie pozwoliła stworzyć miastu upragniony kurort. Poniżej możecie poznać całą historię.

Wojna o plażę. Karpie na wigilię czy letnie kąpielisko? Dojlidy były oczkiem w głowie prezydenta.

fot. Kamil Timoszuk / Wrota Podlasia

Nowy mural w Podlaskiem. Widnieje na nim Jan Henryk Dąbrowski.

Murale w Podlaskiem cieszą się niesłabnącą popularnością, toteż co raz powstaje jakiś nowy. Tym razem w Brańsku można podziwiać wielkie, ścienne malowidło z generałem Janek Henrykiem Dąbrowskim. O tym, że jest to postać wyjątkowa można się przekonać choćby z polskiego hymnu, którego nazwa brzmi „Mazurek Dąbrowskiego”.

Bardzo dokładne okoliczności powstania polskiego hymnu nie są znane, ale różne badania mówią, że miało to miejsce między 10 a 19 lipca 1797 roku. Dlatego też data powstania muralu nie jest przypadkowa. Przypomnijmy tylko, że autorem słów do polskiego hymnu jest Józef Wybicki, zaś sam Dąbrowski, o którym mowa w tytule to generał polskich legionów wojska, które stacjonowały we Włoszech walcząc wspólnie z wojskami francuskimi i włoskimi w latach 1797-1807. W tym samym czasie Polska była zaanektowana przez trzy kraje – Prusy (dzisiejsze Niemcy), Rosję oraz Austrię. Przez kolejne 123 lata naszego kraju nie było na mapie. Ważne jest jednak to, że istniały polskie wojska nie tylko w teorii. Legiony Polskie miały własne mundury, sztandary, a także polskie komendy i stopnie wojskowe. Nim to się stało, miały miejsce w Polsce dwa rozbiory kraju, po których doszło do Insurekcji Kościuszkowskiej.

Było to polskie powstanie przeciwko Prusom i Rosji nazwane Insurekcją Kościuszkowską. Wówczas jeszcze nie generał, a wicebrygadier Jan Henryk Dąbrowski walczył o uwolnienie się Polski z rąk Rosji i Prus. W nocy z 22 na 23 września 1793 roku sejm obradujący w obecności generała rosyjskiego Johanna von Rautenfelda na zamku grodzieńskim, otoczonym przez oddziały wojsk rosyjskich, w milczeniu przeprowadził cesję terytorium Rzeczypospolitej na rzecz Królestwa Prus. Caryca Katarzyna II mściła się w ten sposób za „niewierność” wasalnej Rzeczypospolitej, a obie monarchie rozbiorowe oczyszczały sobie przedpole do rozprawy z rewolucyjną Francją. Dodatkowo, w okrojonej już znacznie Rzeczypospolitej formalnie utrzymany został istniejący dotąd, bardzo dogodny dla Rosji i Prus, ustrój demokracji szlacheckiej przy słabej centralnej władzy królewskiej.

Pół roku później doszło do wybuchu wspomnianej Insurekcji Kościuszkowskiej. Miało to miejsce 12 marca 1794 roku. Natomiast 19 i 20 kwietnia 1794 r. Wicebrygadier Dąbrowski znajdował się w podlaskim Brańsku. Właśnie ta historyczna scena wjazdu do miasta jest tematem muralu. – Jest to unikalny, nigdzie niespotykany wizerunek Jana Henryka Dąbrowskiego w mundurze, który został zrekonstruowany na podstawie przepisów mundurowych z tamtego okresu. – wyjaśnia historyk Zbigniew Romaniuk. Dąbrowski już jako generał wprowadził w polskich Legionach we Włoszech nowoczesny system dowodzenia na wzór francuski, zniósł kary cielesne, dał możliwość awansu również żołnierzom niemającym pochodzenia szlacheckiego, nakazał naukę czytania i pisania oraz pogłębianie wiedzy z historii Polski.

Spór o ten budynek trwał od lat. Ostatni z rodu Zachertów nie dożył tej chwili.

Niewiele osób wie, że Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej to nie tylko forma ochrony przyrody, ale podobnie jak w przypadku parku narodowego – konkretna siedziba, gdzie na co dzień pracują urzędnicy. A piszemy o tym dlatego, że ostatnio po 34 latach, wspomniani wyżej urzędnicy musieli przenieść się z z supraskiego Dworku Zacherta w inne miejsce. Wszystko dlatego, że budynek stał się własnością spadkobierców rodu Zachertów.

Przybyli z Łodzi, uciekając przed wysokim cłem na towary z Królestwa Polskiego. Fabryka sukna Wilhelma Zacherta i Adolfa Buchholtza seniora w krótkim czasie stała się jednym z największych w regionie. W jej pobliżu powstał murowany dom stanowiący podwaliny dla przyszłego pałacu. Pałac powstał dzięki teściom Adolfa Bucholtza. Gdy gdy młody przedsiębiorca chciał żenić się z jedną z najbogatszych panien łódzkich fabrykantów – Adelą Scheibler, rodzice narzeczonej zawitali na Podlasie sprawdzić, gdzie będzie mieszkać ich córeczka. Adolf usłyszał, że jeśli chce mieć za żonę Scheilblerównę, musi najpierw wybudować dla niej pałac. Jego budowa trwała ponad 13 lat. Do dziś stoi i pięknie się prezentuje na głównym placu w Supraślu.

To nie jest jedyna pamiątka po tym wielkim rodzie. Kolejna to Kaplica Zachertów. Powstała w 1885 roku zaprojektowana przez Henryka Żydoka. Wybudowano ją w stylu neoklasycystycznym, murowana z piaskowca. Nad jej wejściem widnieje herb rodziny. Stoi na supraskim cmentarzu. Wspomniany na początku dworek stoi nieco na uboczu miasteczka. Żeby do niego dojść trzeba wybrać się uliczką na tyłach Monasteru, prowadzącą równolegle do bulwarów. To właśnie ten budyneczek przez lata stanowił za siedzibę Parku Krajobrazowego. Co zrobią z nim spadkobiercy? Tego jeszcze nie wiadomo.

Wilhelm Fryderyk Zachert zmarł bezpotomnie, a jego majątek odziedziczyła żona Józefina Zachert. Kobieta zmarła bezdzietnie w 1924 roku, a zgodnie z jej wolą supraskie dobra dostał Konstanty Ernest Zachert, stryj Jana Zacherta. Licząca 1,5 tys. ha nieruchomość ziemska Supraśl należąca do Konstantego Zacherta przeszła na własność państwa z mocy dekretu z 1944 r. o przeprowadzeniu reformy rolnej. W 1991 r. wspomniany Jan Zachert i Andrzej Grzędziński, spadkobiercy Konstantego, rozpoczęli batalię o zwrot 32 ha miejskich gruntów w Supraślu, przejętych wraz z zespołem pałacowo-parkowym i zabudowaniami dawnej fabryki włókienniczej na podstawie tego dekretu. Ostatni wniosek złożyli 16 maja 2011 r. Jan Zachert zmarł w 2015 roku. Warto podkreślić, że był on honorowym obywatelem Supraśla i miasteczko odwiedzał bardzo często. Całe swoje życie starał się być kimś w rodzaju patrona Supraśla.

Ten dworek, który wreszcie trafił do spadkobierców Zacherta, to tylko jedna z niewielu nieruchomości. Wielokrotnie w debacie publicznej podnoszono, że przez spór o hektary zablokowany jest rozwój Supraśla. Nikt jednak do Zachertów o to pretensji nie miał. W końcu walczyli o swoją własność. My jednak uważamy, że ten „brak rozwoju” to najlepsze co się mogło Supraślowi trafić. Zrządzenie losu spowodowało, że deweloperzy nie mogą tam wepchać bloków, a urzędnicy skazić terenów „betonem za dotacjami”.

Featured Video Play Icon

Tak wyglądał Białystok w 1995 roku. Ktoś nagrał film z przejazdu przez miasto!

Dziś oglądając ten film doskonale sobie przypominamy jakie aspiracje mieli ci wszyscy, którzy w latach 90. bardzo chcieli oderwać się od rosyjskich wpływów, by na stałe związać się z tak zwanym „zachodem”. Mimo, że po wielu latach dostrzegamy pewne wady europejskiej wspólnoty, to jedno jest niezaprzeczalne. Nikt nie chciałby powrotu do tego co było w 1995 roku. Realia były z dzisiejszej perspektywy nieco przygnębiające.

Pierwsza scena to przejazd ulicą Skłodowskiej-Curie. Przed samochodem nagrywającego jedzie autobus linii 10. Tak się składa, że to jeden z niewielu „luksusowych”. Nie jesteśmy pewni skąd się w naszym mieście wziął, ale to był mercedes. Taki sam, jaki wcześniej służył do dowożenia ludzi do samolotu na lotnisku. W naszym mieście w 1995 roku zyskał „drugie życie”. Dziś w 2022 roku, gdyby ktoś zaproponował kupno używanych autobusów, to zostałby wyśmiany. Jest odpowiedni program unijny, są dotacje, kupuje się nowoczesne autobusy i przebudowuje drogi. Na tej samej ulicy mijane są takie samochody jak maluchy, fiaty cinquecento, polonezy.

Przez moment migają czerwone budki z zapiekankami i hamburgerami przy Centralu, który akurat do dziś się nie zmienił. Tyle, że już jego otoczenie owszem. Konstrukcje zniknęły. Teraz w tym miejscu biegnie nowoczesna droga rowerowa, jest też stacja BiKeRa. Nieco symboliczne. W miejscu niezdrowych fast-foodów, mamy zdrowy sport. Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy, o której pewnie wiele osób już zapomniało to donice na Suraskiej. Tak jak dziś, ze względu na okrężne skrzyżowanie, tak wtedy z Suraskiej można było wyjechać tylko w prawo. Dziś organizacja ruchu się nieco zmieniła. Donic już nie ma, dalej można tylko w prawo, ale ruch na samej Suraskiej odbywa się w dwie strony. Więc potrzebny jest też wjazd, a nie tylko wyjazd. Przypomnijmy, że przed 2010 rokiem ulica ta była przejezdna na całej długości.

Kolejny obiekt po drodze to budynek Uniwersytetu w Białymstoku, który do dziś wygląda identycznie jak dawniej. Chociaż został zbudowany w PRL, to jest zabytkiem. Kolejna rzecz, która wpada w oko to kwiecisty plac zamiast biurowca, w którym od lat znajduje się Gazeta Współczesna i Kurier Poranny. Obok mamy zielony skwerek przy cerkwi. Dzisiaj zieleni tam tyle co kot napłakał. Gdy samochód przejechał jeszcze trochę metrów, to autora filmu uwaga została całkowicie skupiona na sklepie „Sex Shop”. Aż zrobił zbliżenie kamerą na ten obiekt. Przypomnijmy, że miejsce to wywoływało zgorszenie niektórych środowisk. Ogólnie sex-shopy w Polsce to była nowość, a tym bardziej w Białymstoku. Szczególny kontrast budził szyld wtedy, gdy przechodziła procesja Bożego Ciała. Jesteśmy pewni, że w jakichś archiwach białostockich fotografów jest scena, która uwiecznia dostojnie ubranych ludzi, przechodzących ulicą od kościoła do kościoła, którzy w tle mają wspomniany czerwony szyld. Całe szczęście, że witryny były całkowicie zaklejone.

Następnie kierowca z nagrywającym przejeżdżają ulicą Lipową. Tutaj widać pewną zmianę. Otóż mamy na datowniku 24 lipca 1995 rok. Po ubraniach ludzi widać, że żadnych upałów nie ma. Większość chodzi w krótkim rękawie, ale rowerzystka jadąca przed nagrywającym ma dżinsową kurtkę. W tle przewijają się jeszcze wymyślne szyldy i kolorowe markizy nad wejściami do sklepów. Coś, co dziś całkowicie zaniknęło.

Na koniec filmu autor dojeżdża do ul. Hetmańskiej, gdzie na jednym z budynków dumnie stoi napis FSO. Wspomnienie po dawnej motoryzacji, która nigdy skrzydeł nie rozwinęła i upadła tak samo jak wiele innych pomysłów PRL-u.

Featured Video Play Icon

To niesamowite, że takie arcydzieło przeszło bez echa! Koniecznie zobaczcie ten film.

W telewizji TVN dawniej bardzo popularny był program Mam Talent. Nie wiemy jak z jego popularnością jest teraz, ale w pamięci utknął nam występ z ukraińskiej wersji programu, gdzie pewna mieszkanka tego kraju zrobiła furorę swoim występem. A to dlatego, że pokazała wyjątkowe umiejętności tworzenia pięknych obrazów przy pomocy piasku. Widzowie mogli zobaczyć piękną opowieść o miłości. Wzruszyło to wówczas wiele osób.

Podobnym tropem poszli w Grajewie i postanowili 2 lata temu, na 480 rocznicę nadania praw miejskich stworzyć w piaskowym stylu historię miasta. Animacja wyszła niesamowicie, podobnie jak ta w Mam Talent. Aż dziwne, że przeszła bez echa. Na YouTube, dziś ma niecałe 3 tysiące wyświetleń. Jak na takie dzieło to zdecydowanie za mało, dlatego mimo upływu czasu postanowiliśmy napisać o tym.

Możemy zobaczyć czasy I RP, czasy napoleońskie, wojny, historię grajewskich Żydów i wiele innych wątków. Unikalna technika tworzenia sprawia, że mamy do czynienia z wyjątkową animacją. Mimo niskiej popularności filmu, to była dobra decyzja. Bo dzieło można oglądać przecież cały czas. Na koniec dodajmy, że historię Grajewa „wysypała piaskiem” rodowita grajewianka – Katarzyna Perkowska.

Featured Video Play Icon

Podlaskie miasto samotnych kobiet? Tak przedstawiała je propaganda.

PRL-owska propaganda, oglądana z dzisiejszej perspektywy jest nieco zabawna. W powyższym filmie podlaski Zambrów został przedstawiony jako zatęchła dziura, która została uratowana przez władzę dzięki temu, że ulokowano tam garnizon oraz stworzono zakłady pracy. Przedstawiano to tak, że miasto powstało wokół wojskowego obiektu. Prawda jest zupełnie inna.

Pierwsza wzmianka o Zambrowie pochodzi z 4 maja 1283 roku. Wtedy erygowano tam parafię pw. św. Trójcy. W czasach Pierwszej Rzeczpospolitej miasteczko należało do Księstwa Mazowieckiego, podobnie jak cała okolica. Ostatnie kilkaset lat jest podobne jak w reszcie regionu. Najpierw osiedlanie się przez Żydów, potem zabory (Zambrów przypadł Prusom), następnie przyłączenie do Królestwa Polskiego zależnego od Rosji. Rok 1870 to degradacja ukazem cara z miasta do wsi. W XX wieku miasteczko odzyskało Niepodległość i ponownie nadano mu prawa miejskie. Następnie II wojna światowa i Holocaust.

Wracamy teraz do momentu z filmu propagandowego. Ukazuje on Zambrów po II wojnie światowej, który w 1946 roku liczył 4130 mieszkańców. Zniszczenia wojenne szacowano na ok. 43 proc. Zaczęto odbudowę miasta. Historia filmu to lata 50. W 1954 roku wybudowano tam zakłady przemysłu bawełniarskiego. Na filmie możemy usłyszeć, że nie było chętnych do pracy. Biorąc pod uwagę liczebność miasteczka, trudno się dziwić skoro do pracy szukano 3000 chętnych.

Produkcja WFDiF przedstawiła także Zambrów jako miasto nieprzyjazne kobietom, które przyjechały tam do pracy. Można usłyszeć, że miejscowi woleli świniom dać ziemniaki niż sprzedać im. Dodatkowo pracownice zakładów miały być piętnowane za romanse z żołnierzami. Gdy garnizon został przeniesiony w inne miejsce, kobiety miały pozostać samotne w mieście. Czy tak było naprawdę? Jedno jest pewne – sprowadzając kilka tysięcy kobiet do małego miasteczka wywoła się lokalnie brak równowagi pomiędzy płciami. Więc nie trudno o samotność. Natomiast brak chęci odsprzedaży ziemniaków raczej należy tłumaczyć tym, że bez tych najedzonych świń – miejscowi by sobie mogli nie poradzić, bez zakładów już tak. Widzimy więc klasyczny przykład socjalistycznej głupoty. Ktoś sobie wymyślił, że w spustoszonym mieście zbuduje się wielki zakład i ludzie przyjdą tam pracować. To niestety tak nie działa. Dlatego trzeba cieszyć się, że w dzisiejszych czasach to osoby prywatne na własne ryzyko otwierają przedsięwzięcia w miejscach, gdzie potencjalnie będą one potrzebne.

Kolejne lata Zambrowa także są podobne. Intensywny rozwój przemysłu spowodował znaczny rozwój miasta. Następnie nastąpiła transformacja ustrojowa, która obnażyła ekonomiczną głupotę socjalizmu. Wówczas doszło do totalnej zapaści gospodarczej, a Zambrów dziś jest spokojnym miasteczkiem. Z wielkiego komunistycznego przemysłu, w wolnej Polsce, w warunkach gospodarki bez sterowania centralnego, przetrwało zaledwie kilka firm. Na szczęście do dnia dzisiejszego powstały inne, produkujące okna, wyroby medyczne, asfalt czy tłoczące gaz. Obecnie Zambrów zamieszkiwany jest przez ponad 22 000 mieszkańców i rozwija się we właściwym tempie i kierunku.

Featured Video Play Icon

Przyjechali w 1937 roku z USA odwiedzić rodzinne strony. Zabrali kamerę i oto mamy wyjątkowy film.

Filipów to mała gmina wiejska niedaleko Suwałk, mimo to w 1937 roku nagrano tam film dokumentujący rodzinne okolice Hermana Blanda. Był to członek rodziny amerykańskich Żydów, którzy dawniej wyemigrowali do Chicago, a w 1937 roku przyjechali do Polski, aby odwiedzić swoich krewnych. Bland pracował w Hollywood, skąd przywiózł dobrej jakości kamerę, stąd jak na tamte czasy film prezentuje się niesamowicie profesjonalnie. Dla nas te obrazy to cenna informacja o życiu filipowian w międzywojniu.

Film rozpoczyna się od pokazania krewnych, jak widać ludzie są bardzo zadowoleni, mimo że prezentowana jest im nowoczesna technika, to widać, że doskonale odnajdują się w roli. Kamera to coś co budzi zainteresowanie, ale też sprawia, że mieszkańcy mają ochotę na wygłupy (zupełnie jak dzisiaj).

Na blisko 19-minutowym nagraniu widać nie tylko Filipów, ale też jego okolice, cmentarz, synagogę. Możemy też oglądać spacer. Warto dodać, że niektóre ujęcia są… kolorowe! Na jednym z ostatnich widać dom, na którym z dachówek napisano 1912r. Jedno jest pewne, ze wszystkich obrazów bije spokój i sielska atmosfera. W dzisiejszych czasach można im trochę pozazdrościć.

Herman i Lotte Bland wyemigrowali z Polski do USA i zamieszkali w Chicago. Herman urodził się w 1893 roku Filipowie, a Lotte urodziła się w 1896 roku w Suwałkach. W 1937 roku razem ze swoimi dziećmi Leonardem i Haroldem, postanowili odwiedzić rodzinne strony. Przypłynęli z Nowego Jorku do Hawru (Francja). Herman w USA pracował jako operator filmowy. Był też właścicielem teatru. Do Polski zabrał ze sobą kamerę. Jego syn, 20-letni Leonard nakręcił większość materiału.

Tak wyglądały przedwojenne Suwałki. Zobacz film z 1937 roku.

fot. Fczarnowski - Praca własna / Wikipedia

To jedyny taki kościół na Podlasiu. Budowano go na raty.

Przemierzając Podlasie, w wielu miejscowościach – z Białymstokiem włącznie, możemy napotkać neogotyckie świątynie. Charakterystyczne dwie wieże i czerwona cegła to ich znak rozpoznawczy. Tymczasem w Kuleszach Kościelnych, w powiecie wysokomazowieckim znajduje się neogotycka świątynia, która jest w jasnym kolorze. Wszystko to za sprawą dodatkowej elewacji. Dość interesujące połączenie. To kościół Parafialny pw. Św. Bartłomieja Apostoła.

Miejsce spotkań wiernych zostało wybudowane na raty. Najpierw rozpoczęto budowę w 1911 roku i prace trwały do 1915. Wówczas trwała już I wojna światowa. Kolejny etap budowy ruszył dopiero, gdy Polska odzyskała niepodległość w 1918 roku i trwała do 1926 roku. Świątynia została wybudowana w stylu neogotyckim. Kościół jest murowany, tynkowany, trójnawowy z transeptem, z dwuwieżową fasadą i trójbocznie zamkniętym prezbiterium. Zabytkiem jest od 1987 roku. W ciągu kilkunastu ostatnich lat, w świątyni wykonano bardzo wiele remontów.

Kościół Parafialny pw. Św. Bartłomieja Apostoła jest jednym z najważniejszych zabytków Ziemi Wysokomazowieckiej. Jest to cenne miejsce dla lokalnej społeczności nie tylko ze względu na obrzędy religijne, ale także dlatego że odbywają się tam koncerty organowe, występy zespół artystycznych czy dożynki parafialne.

Maria Kolendo na pierwszym planie po lewej. Fot. Archiwum Państwowe, ze zbiorów M. Kolendo

Maria Kolendo to wybitna białostocka nauczycielka. Pod jej okiem zdawano matury nawet za okupacji!

Maria Kolendo z domu Wodzyńska, to jedna z najbardziej zasłużonych w dziejach białostockiej oświaty. Ta niezwykła nauczycielka, dokumentalistka, publicystka pozostawiła po sobie tak wiele materiałów, że do dziś służą one do badań naukowych nad historią naszego regionu. Jej wkład w w rozwój oświaty naszego miasta jest również gigantyczny. Podczas okupacji niemieckiej prowadziła tajne nauczanie. Nawet pod jej okiem zdawano wówczas matury!

Długa droga do Białegostoku

Białystok był kolejnym przystankiem w życiu Marii Kolendo. To tu mieszkała najdłużej. Fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku, ze zbiorów Marii Kolendo

Kobieta urodziła się 25 stycznia 1894r. w Warszawie. W wieku 22 lat podjęła po raz pierwszy pracę jako nauczycielka. Było to w Szkole Ludowej we wsi Dmochy-Glinki. Następnym przystankiem w jej karierze była Ostrów Mazowiecka, gdzie również uczyła w szkole podstawowej, a później jeszcze gimnazjum. Kolejne lata to aktywne dokształcanie się, rozwijanie i uczenie innych. W Małkini była nauczycielką od 1921 do 1925 roku. Później nastał czas na Białystok, gdzie Maria Kolendo objęła posadę nauczyciela języka polskiego, historii. Była także kierowniczką biblioteki.

W Wilnie zawarła związek małżeński z Władysławem Kolendo, który w Białymstoku był znaną postacią. Podczas zaborów organizował tajne nauczanie, zaś podczas wojny bolszewickiej należał do Obywatelskiego Komitetu Obrony Narodowej. W latach 1931 – 1936 małżeństwo pracowało na kresach – w Brześciu i Pińsku. 1 października 1936 roku objęła posadę nauczyciela w białostockim gimnazjum, a później także stanowisko dyrektorki.

Białystok najbardziej odczuł II wojnę światową, gdy do miasta wkroczyli najpierw Niemcy, a potem Sowieci. Dokładnie 15 września 1939 roku hitlerowskie flagi zawisły w grodzie nad Białą. Dwa dni później na terenie Pałacu Branickich oficjalnie przekazano miasto drugiemu okupantowi, a następnie wspólnie wybrano się do Hotelu Ritz, by zjeść uroczysty obiad. Dla Marii Kolendo i całego środowiska nauczycielskiego było już jasne, że przeorganizowany zostanie system nauczania w mieście. Tak też się stało – najpierw obowiązywać zaczął model sowiecki, a po zerwaniu paktu agresorów, od połowy 1941 roku – system niemiecki. Znaczna część nauczycieli straciła pracę, w tym Maria Kolendo.

Zesłanie do obozu

Dom przy ul. Mazowieckiej 7. Tu podczas okupacji niemieckiej odbywały się matury. Fot. Archiwum Państwowe w Białymstoku, ze zbiorów Marii Kolendo

Będąc pracownikiem urzędu paszportowego zaczęła prywatnie udzielać tajnych lekcji. Później oddolna inicjatywa jej i jej kolegów przerodziła się w podziemny system. W 1943 roku w maju obyły się matury! Miejscem egzaminu był prywatny dom stojący przy ul. Mazowieckiej 7. W 1944 roku ponownie do miasta wkroczyli Sowieci. Trudno powiedzieć czy nauczycielka traktowała ich wówczas jako wyzwolicieli czy też okupanta. Niemniej jednak zgłosiła się do kuratorium, by wrócić na stanowisko nauczyciela. Od września tak też się stało. Kobieta uczyła historii w trzech szkołach. W grudniu 1944 roku została aresztowana i wywieziona do ZSRR. Domniemanym powodem mogła być jej „wywrotowa” przeszłość, czyli organizacja tajnych matur. Komisja, której wówczas przewodziła podlegała znienawidzonej przez Sowietów Armii Krajowej. Przez 9 miesięcy Kolendo przebywała w obozie w Stalinogorsku. Następnie wróciła, została przywrócona do zawodu, a nawet została dyrektorką.

Ostatnią szkołą, gdzie kobieta pracowała było Technikum Mechaniczne, gdzie jako emerytka odeszła w sierpniu 1962 roku. To, co po sobie pozostawiła to przede wszystkim bardzo obszerne materiały dydaktyczne. Ponadto pieczołowicie, w publikacjach naukowych opisywała tajne nauczanie w całym regionie. Skrupulatnie spisywała nie tylko fakty, ale też wspomnienia. Gromadziła zdjęcia, dokumenty, listy.

Oto nowy zabytek. To był najdłuższy most w państwie niemieckim, teraz góruje nad rzeką Narew.

Z rana wspominaliśmy o nim w artykule, a popołudniu okazało się że właśnie stał się zabytkiem! Mowa o żelaznym moście w Ploskach, który łączy Białystok z Bielskiem Podlaskim i umożliwia przejechanie nad rzeką Narew. Niewiele osób wie, że to XIX-wieczna konstrukcja, która przywędrowała do nas aż z Bydgoszczy. W latach 1952-1953, zastąpiła ona drewniany most. Wcześniej była częścią najdłuższej przeprawy w państwie niemieckim. Obecny most na rzece Narew składa się z dwóch stalowych przęseł z tzw. mostu fordońskiego, który zbudowano w latach 1891-1893 na rzece Wiśle.

Jego projektantem był inż. Georg Christoph Mehrtens. Most składał się z 18 przęseł, tworząc w ówczesnym czasie najdłuższą przeprawę w państwie niemieckim, a od 1920 roku także w Polsce. W 1949 roku, po zawaleniu piątego przęsła, zadecydowano o częściowym zastąpieniu mostu nasypem poprowadzonym przez tereny zalewowe. W wyniku czego pięć przęseł zostało przetransportowanych do Kolejowych Warsztatów Konstrukcji Stalowych w Białymstoku – Starosielach. Dwa przęsła z tzw. mostu fordońskiego zostały przeniesione w obecne miejsce, między miejscowościami Ryboły i Ploski.

Dlaczego most został zabytkiem? – Odegrał znaczącą rolę w rozwoju XIX–wiecznej historii inżynierii lądowej na terenie dzisiejszej Polski. Most związany jest z postacią Georga Christopha Mehrtensa, wybitnego inżyniera oraz naukowca. Projekt mostu był jednym z największych jego dzieł. Wartości naukowe obiektu przejawiają się w samej konstrukcji mostu oraz materiałach użytych do wykonania przęseł oraz sposobie ich wykonania.- tłumaczy Małgorzata Dajnowicz – Podlaska Konserwator Zabytków. Konstrukcja ma również walory artystyczne.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Białymstoku

Featured Video Play Icon

Nowa atrakcja w regionie. Można tu spacerować rozmyślając o Rzeczypospolitej Szlacheckiej.

Zabłudów liczący 2,5 tys. mieszkańców jest miasteczkiem, w którym w ostatnich latach niewiele się zmieniło. Ot przebudowa jednej z bocznych ulic (przy okazji remontu wylotu na Hajnówkę). Po kilku latach stagnacji nareszcie można się tam czymś pochwalić. Rewitalizacja Parku Zamkowego jest już ukończona. Na mapie Podlasia pojawiło się nowe miejsce do przyjemnych spacerów. Wcześniej nie wyglądało to zbyt dobrze, by w ogóle tamtędy chodzić.

Chociaż nazywa się to miejsce Parkiem Zamkowym, to żadnego budynku tego typu tam nie niestety już nie ma. W dzisiejszych czasach powinniśmy go nazywać w zasadzie Parkiem Pałacowym, bo to co kiedyś nazywano zamkiem, w rzeczywistości było okazałą barokową rezydencją książąt Radziwiłłów. Pierwotnie było to miejsce leżące w Puszczy Błudowskiej niedaleko gościńca, który prowadził z Gródka do Jałówki. Obecna rzeka Rudnia płynąca nieopodal nazywana była natomiast Meletyną (lub Meleciną). Dziś wszystko to znajduje się granicach miasta Zabłudów.

W II połowie XVI wieku siedziba dworska składała się z renesansowego ogrodu o funkcjach użytkowo-ozdobnych, o którym w zasadzie niewiele wiadomo, bo późniejsze przeróbki sprawiły, że zatarły się ślady jego pierwotnego wyglądu. Można więcej powiedzieć o wieku XVII. Wtedy miejscem tym administrował Swinarski na rzecz Bogusława Radziwiłła. Wówczas stał tam pałac z gankiem, rzeźbionymi balustradami, usytuowany był on na wzniesieniu górującym nad doliną rzeki. W pobliżu znajdował się sad, ogród i zwierzyniec. Do tego był dziedziniec otoczony stajniami, stodołami i innymi budynkami gospodarczymi. Na terenie kompleksu stał także dworek urzędniczy i duży staw. W kolejnych stuleciach majątek przechodził najpierw z rąk do rąk rodziny Radziwiłłów, później jednak w efekcie rozwodu trafił do byłej już żony Dominika Radziwiłła. Później natomiast miało miejsce Powstanie Listopadowe, w którym to rodzina ex-małżonki brała udział, za co została ukarana przez zaborcę konfiskatą majątku. Pod koniec XIX wieku dobra odkupił Szwed, Aleksander Kruzensztern.

Pałac został rozebrany, pozostałości przeobrażono w park, a budynki wzniesiono w innym miejscu. Było więcej dróg do spacerowania, więcej drzew, znajdowała się też oranżeria i pawilon gościnny. Nie brakowało również ogrodu warzywnego.

II wojna światowa sprawiła, że Zabłudów w połowie został zniszczony, także i budynki pałacowe. Sam Park zaś został zdewastowany. Po wojnie ogromny teren został podzielony na mniejsze. Część została przeznaczona pod budowę szkoły i terenów sportowych. Reszta była zwykłym parkiem. Na ruinach dawnych zabudowań dworskich zbudowano kilka domów mieszkalnych.

Featured Video Play Icon

Jego życie jest historią wielkiego męstwa i patriotyzmu. Powstał film o Janie Kamieńskim.

Klewinowo to niewielka wieś pod Białymstokiem, leżąca w gminie Juchnowiec Kościelny. Urodził się tu Jan Kamieński – podpułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego, Armii Krajowej, organizacji walczącej o niepodległość Polski po wkroczeniu Armii Czerwonej, żołnierz Narodowej Sił Zbrojnych (konspiracyjnej organizacji wojskowej), a także Cichociemny czyli przeszkolony na zachodzie żołnierz będący w służbach specjalnych konspiracyjnej Armii Krajowej.

W ostatnim czasie Ośrodek Kultury w Gminie Juchnowiec Kościelny zrealizował film dokumentalny o Janie Kamieńskim. Można w nim zobaczyć losy tego wybitnego Podlasianina. Warto dodać, że został on czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i francuskim Krzyżem Wojennym ze srebrną gwiazdą. Jego historia jest historią wielkiego męstwa i patriotyzmu.

Kamieński był jednym z 316 Cichociemnych. W kwietniu 1944 roku w ramach operacji „Weller 7” został został zrzucony ze spadochronem do okupowanej Polski. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. W 1946 roku czyli już po wojnie wrócił do Polski z Wielkiej Brytanii. Zamieszkał w Zakopanem. Po kilku miesiącach musiał jednak wyjechać, bo był zagrożony aresztowaniem. Pozostał na emigracji.

Rok 1941. Propagandowa akcja hitlerowskich Niemiec w Białymstoku.

Czy historia zatoczy koło? 5 marca umarł Józef Stalin.

Nie można przechodzić obojętnie wobec tego co obecnie dzieje się na Ukrainie. Mimo, że nasz portal ma charakter regionalny, to chcielibyśmy się jakoś odnieść inwazji rosyjskiej. Oczywiście od informacji co tam się aktualnie dzieje, macie wszelkiej maści portale. My postanowiliśmy wspomnieć o pewnym wydarzeniu światowym, które było odczuwalne również na Białostocczyźnie. A to, co wydarzy się w najbliższej przyszłości być może potwierdzi, że historia zatacza koło.

5 marca 1953 roku umarł Józef Stalin. Na skutek gwałtownego wylewu krwi do mózgu. Polska wówczas należała do krajów komunistycznych. Tuż po informacji o śmierci dyktatora od razu pojawiły się pytania o to czy Polsce grozi wojna i upadek systemu komunistycznego.

9 marca 1953 roku odbył się pogrzeb Stalina. W Województwie Białostockim we wszystkich zakładach przemysłowych, urzędach i instytucjach o godzinie 10.00 na 5 minut przerwano pracę, a w mieście zawyły syreny. Kościoły odmówiły władzy bicia dzwonów kościelnych. W niektórych podlaskich miejscowościach dokonywano tego siłą, wbrew duchownym. Tak było między innymi w Orli, Sztabinie czy Suwałkach. Władze Białostocczyzny interesowało najbardziej to czy będą w mieście jakieś rozruchy. Tak się jednak nie stało.

Wróćmy do aktualnych wydarzeń. Wojna na Ukrainie trwa już kolejny dzień, morale żołnierzy ofiary agresora są bardzo wysokie, morale rosyjskich sołdatów wręcz przeciwnie – są na dnie. Oczywiście nie można niestety do końca wierzyć w relacje żadnej ze stron – nawet tej, którą wszyscy, całym sercem wspieramy. Dlatego też mimo pozytywnych wieści z frontu, lepiej nie świętować jeszcze sukcesu. Wiele jeszcze może się wydarzyć. Szczególnie, gdy zdesperowany dyktator zacznie podejmować coraz to bardziej nielogiczne decyzje, tak jak w ostatnich dniach swego życia robił Hitler, który finalnie popełnił samobójstwo. Ostatnie dni Stalina były na tyle obrzydliwe, że nie będziemy ich opisywać.

Czy 5 marca historia zatoczy koło i kolejny rosyjski dyktator zakończy swój żywot? Przyszłości nie znamy, ale z historii wiemy, że gdy sprawy nie toczą się tak jakby dyktator tego chciał, to dni dyktatora są policzone. I z tym optymistycznym akcentem zostawiamy Was na kolejne dni.

Niesamowite odkrycie! List w wieży czekał od 1903 roku.

Cóż za odkrycie! Krzyż znajdujący się na wieży Archikatedry Białostockiej miał zostać wyremontowany. Po jego demontażu odkryta została butelka z listem z 1903 roku! Zostawili go dla przyszłych pokoleń budowniczy świątyni. Co napisali?

List, a zarazem dokument datowany jest na 17 października 1903 roku, ukazuje listę kluczowych postaci spoza regionu, mających wkład w powstaniu Świątyni – podała prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz, Podlaska Wojewódzka Konserwator Zabytków. I tak sami możecie przeczytać.

Kościół parafialny pw. Wniebowzięcia NMP w Białymstoku został zbudowany w latach 1900-1905 według projektu Piusa Dziekońskiego, staraniem księdza dziekana Wilhelma Szwarca. Świątynię konsekrowano w 1931 roku. Od 1945 roku pełniła funkcję kościoła prokatedralnego. W 1980 roku obiekt został wpisany do rejestru zabytków województwa podlaskiego.

Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny jest niewątpliwie jednym z najważniejszych zabytków Białegostoku i regionu. Z upływem czasu, krzyż usytuowany na sygnaturce wymagał naprawy mechanizmu mocowania. Z uwagi na powyższe podjęto decyzję o renowacji krzyża oraz wyremontowaniu jego osadzenia. List budowniczych, odnaleziony podczas demontażu krzyża, stanowi ważny element historii białostockiej katedry. Z pewnością wniósł nowe fakty do dotychczasowo zgromadzonej dokumentacji na temat obiektu.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Dom Staromiejski w Supraślu wymagał natychmiastowego remontu. Będzie tam muzeum.

Dom Staromiejski w Supraślu to budynek dawnej plebanii z połowy XIX wieku. Właśnie trwa jego remont. Według informacji przekazywanych przez mieszkańców miasteczka, został wzniesiony przez Niemca – właściciela fabryki. Układ pomieszczeń w budynku nawiązuje do schematów rozwiązań dwutraktowych, drewnianych „domów tkaczy” budowanych w tym samym okresie w Supraślu.

Obiekt znajdujący się w samym centrum Supraśla wymagał natychmiastowego remontu. Dlatego też Podlaski Wojewódzki Konserwator Zabytków przeznaczyła 170 tys. zł na jego odnowienie. Prace przy zabytku obejmowały m.in. wykonanie nowej drewnianej więźby dachowej oraz pokrycia z dachówki ceramicznej esówki, odtworzenie czterech lukarn w dachu, wykonanie obróbek blacharskich.

Dom Staromiejski to XIX-wiecznego budynek, który wpisuje się w unikalną architekturę Supraśla docenianą przez turystów z całej Polski, a nawet świata. Docelowo, po zakończeniu kapitalnego remontu tego zabytku, w jego murach ma powstać Muzeum Tradycji Katolickiej Ziemi Supraskiej, które ma stać się miejscem spotkań oraz organizacji wystaw. Dom Staromiejski w Supraślu został wpisany do rejestru zabytków województwa podlaskiego w 1966 roku.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Featured Video Play Icon

Historia prawosławia w Białymstoku. Tu stały cerkwie, a teraz ich nie ma.

Skąd się wzięło prawosławie w Białymstoku? Jaka jest historia poszczególnych parafii prawosławnych w tym mieście? Kim był św. męczennik Gabriel i jakie są jego związki z Białymstokiem? Małe i duże podróże po cerkiewnej kulturze to program, którego adresatami oraz uczestnikami są dzieci. Jego celem jest przybliżenie piękna prawosławia oraz bogactwa jego kultury dla najmłodszych widzów.

Warto jednak, by dorośli także obejrzeli ten program, bo jest bardzo wartościowy i przepełniony wiedzą i historią. Można się przede wszystkim dowiedzieć o białostockich cerkwiach. Te, które stoją w centrum to jedno, ale czy wiedzieliście o tych, które już nie istnieją? Świątynie znikły między innymi na Wygodzie, Sienkiewicza czy ul. Bema. Był moment że wierni mogli się modlić tylko w cerkwi Św. Mikołaja przy ul. Lipowej.

Z filmu możemy się dowiedzieć także kim był św. Gabriel, który urodził się w Zwierkach pod Białymstokiem. Jest to postać bardzo ważna dla podlaskich prawosławnych. Przypomnijmy tylko, że jego osoba spowodowała ogromne wydarzenie w dziejach miasta – jakim był powrót jego relikwii.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Białystok miał 33 browary. Najpopularniejszą karczmą była „Pod Jeleniem”.

Ten budynek wznoszono 121 lat temu przez kolejne 5 lat, a dopiero od 2 lat jest zabytkiem i dziś stoi na terenie prywatnym. Mowa o budynku administracyjnym Browaru Dojlidy. Samo miejsce (nie budynek) sięga historią do 1768 roku. Wówczas z inicjatywy hetmana Jana Klemensa Branickiego powstał tam niewielki browar, w którym warzono piwo na użytek miejskiej karczmy. Znajdowała się gdzieś w okolicach Zamku (czyli dziś Pałacu Branickich). Wiadomo tylko, że była jednym z pierwszych budynków w mieście. Warto dodać, że Branicki jako, że był hetmanem, dzięki czemu w mieście funkcjonował garnizon. A to oznaczało duże zapotrzebowanie na alkohol. Ponadto Białystok leży od zawsze na trasie pomiędzy Warszawą i Wilnem, toteż w dawnych czasach pokonanie konno lub powozem kilkuset kilometrów oznaczało, że Białostocka karczma miała wielu gości.

Dużo więcej o piwowarstwie w Białymstoku wiadomo dopiero z opracowań dotyczących 1796 roku czyli 25 lat po śmierci Branickiego. Wówczas w mieście funkcjonowały aż 33 browary. Dwa były skarbowe, jeden chrześcijański, a pozostałe żydowskie. Jeżeli chodzi o karczmy, to najpopularniejszą wówczas była „Austeria pod Jeleniem”. W ciągu roku sprzedawała 65 000 litrów piwa. Kolejnym miejscem, które funkcjonowało dosyć sprawnie była karczma „Przy cerkwi”. Tam sprzedawano 41 000 litrów. Był jeszcze „Klejndorf” i „Królowy Most”, gdzie sprzedawano tanie piwa. Ten pierwszy lokal funkcjonował po lewobrzeznej części miasta, toteż klientelą byli chłopi jadący do miasta. O tym drugim przybytku niewiele wiadomo, ale skojarzenia z dzisiejszym Królowym Mostem nie powinny mieć miejsca, bo wówczas wieś znana z filmów nazywała się Annopol (Janopol). W Białymstoku funkcjonowała również „Austeria Bilard”, która uchodziła za najbardziej eleganckie miejsce w mieście, gdzie sprzedawano wyłącznie najdroższe piwo.

W 1802 roku na zlecenie Izabeli Branickiej, właścicielki miasta, wdowie po hetmanie przeprowadzono naprawę browaru i słodowni, który od czasów śmierci hetmana przestał funkcjonować. W latach 1808-1821 dobra dojlidzkie należały już do rodziny Radziwiłłów, następnie Izabeli z Mniszków Demblińskiej. W kolejnych latach dobra te zostały sprzedane senatorowi Aleksandrowi Kruzenszternowi. Lata 60-70. XIX w. to czas rozbudowy browaru. Powstał między innymi pałacyk, park, folwark i sam browar. W 1898 roku browar odbudowano po pożarze.

W czasie I wojny światowej browar funkcjonował za zgodą niemieckiego okupanta. Po odzyskaniu niepodległości przeszedł w posiadanie księcia Jerzego Rafała Lubomirskiego, który rozbudował zakład o warzelnię i słodownię. W czasie II wojny światowej zakład przejęli Niemcy, którzy również produkowali w nim piwo. W 1944 r. wycofując się spalili browar. Przetrwały dwa budynki, w której znajdowała się rozlewnia piwa, budynek pomocniczy oraz budynek administracyjny. W 1994 r. browar sprywatyzowano, rozbudowano i zmodernizowano.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Stary wiatrak został odnowiony. Najczęściej podziwiany jest z trasy.

W ostatnim czasie zakończył się remont przy zabytkowym wiatraku w miejscowości Szaciłówka. Miejscowość leży po drodze z Białegostoku do Augustowa, jeszcze przed Korycinem. Prace renowacyjne polegały na obiciu wiórem osikowym ścian obiektu, naprawie stolarki okiennej, oczyszczeniu i pomalowaniu dachu. Wiatrak został wpisany do rejestru zabytków województwa podlaskiego w 1976 roku.

Jak wskazuje karta ewidencyjna zabytku, konstruktorem i budowniczym obiektu był Kazimierz Bartulewicz. Budowa wiatraka zajęła mu 5 lat i trwała od 1932 do 1937 roku. Obiekt ma kształt ostrosłupa ściętego o podstawie regularnego ośmioboku oraz ścianach zwężających się ku górze. Budynek posiada aż trzy kondygnacje oraz podpiwniczenie. W środku znajdują się schody. Całkowita wysokość obiektu wynosi 12,3 m, zaś szerokość podstawy 8m. Wiatrak pracował nieprzerwanie do 1948 roku.

Młyn wiatrowy w Szaciłówce jest wyjątkowym przykładem budownictwa przemysłowego wsi. Zachowując swoją drewnianą konstrukcję, niezmiennie świadczy o wyjątkowości województwa podlaskiego pod względem zachowanej do dzisiaj architektury drewnianej.

źródło: Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

 

Featured Video Play Icon

Przedwojenne Suwałki. Zaczynali od dwóch domów.

Suwałki zostały założone w 1690 roku przez kamedułów wigierskich i składały się wtedy z zaledwie dwóch domów! Korzystne położenie przyszłego miasta sprawiło, że zaczęło się ono błyskawicznie rozwijać. Ów położenie to skrzyżowanie szlaków handlowych. Po 10 latach osada była tak rozbudowana, że utworzony został podział na Suwałki Małe i Suwałki Wielkie. Prawa miejskie Król August II Mocny nadał im w 1720 roku. Jest to najmłodsze miasto z całej, obecnej Suwalszczyzny czyli Sejn, Lipska i Augustowa.

Dalszą historię miasta determinują zabory. Białystok był pod zaborem rosyjskim, zaś Suwałki leżały w Kongresowym Królestwie Polski. Dzisiejsza stolica województwa podlaskiego mogła się intensywnie rozwijać z dwóch powodów. Przez miasto przebiegała Warszawsko-Petersburska kolej żelazna. Ponadto Kongresowe Królestwo Polski było politycznie zależne od Imperium Rosyjskiego, co miało wpływ na handel po obu stronach granicy położonej tuż za Białymstokiem. Tymczasem Suwałki oddalone było znacznie od granicy Imperium Rosyjskiego, zaś leżące blisko Prus. To powodowało, że były miastem garnizonowym. Do dziś zwiedzając miasto można podziwiać dawne koszary, w których w momencie powstania funkcjonowały wojska rosyjskie.

Podczas I wojny światowej do miasta wkroczyli Niemcy. Okupowali miasto przez cały jej okres. W 1918 roku, gdy Polska odzyskała niepodległość, to granice naszego kraju były jeszcze płynne. Niemcom zależało, by Suwałki były litewskie. W sierpniu 1919 roku wybuchło powstanie sejneńskie, które dotarło także i do Suwałk. Po 5 dniach Litwini opuścili miasto. Próbowano je jeszcze odebrać w 1920 roku, ale ostatecznie nie udało im się to. Dalszy okres międzywojnia również łaskawy nie był. Miasto bowiem pozostawało poza głównym szlakiem handlowym.

Podczas II wojny światowej okupant niemiecki przyłączył miasto do siebie. Zaczęła się eksterminacja Żydów oraz polskiej inteligencji. Tylko w samych Suwałkach założono dwa obozy pracy. 23 października 1944 roku do miasta wkroczyła Armia Czerwona. Po wojnie większość budynków jednak przetrwała w stanie nienaruszonym.

Featured Video Play Icon

Pstrokate obiekty w Białymstoku. Wiele już zniknęło, ale sporo pozostało.

Całe otoczenie białostockiej stacji kolejowej przechodzi metamorfozę. Na samym dworcu brak jest pierwszych dwóch peronów, a w ich miejscu kopany jest właśnie tunel, dzięki któremu nie będą potrzebne „kładki grozy” w przyszłości. Jeżeli ktoś się zastanawia skąd taka nazwa, to wystarczy zapytać losowego białostoczanina, czy nigdy nie bał się że wpadnie w otwór pomiędzy stopniami schodów.

To wszystko jednak przechodzi do historii, podobnie jak przeszło Centrum Handlowe Park, po którym niewiele już pozostało. Chcielibyśmy zwrócić uwagę, że to było jedno z ostatnich takich miejsc w Białystoku, które przypomina białostoczanom o transformacji ustrojowej. Chodzi o charakterystyczne budynki trwające jeszcze od czasów PRL-u lub lat 90. Przypomnijmy, że ostatnie dwie dekady temu takich miejsc było dużo więcej. Zaznaczmy, że nie chodzi nam o wyjątkowe modernistyczne budynki (Central, Spodki, Uniwersytet w Białymstoku) ani o budynki stworzone po II wojnie światowej przez architekta Bukowskiego. Mamy tu na myśli te miejsca, które wyglądały jakby były tymczasowe, ale o nich zapomniano. Takie wyjątkowo pstrokate, wyraźnie wyróżniające się od reszty otoczenia.

 

Najbardziej charakterystycznym był wielki, obskurny bazar przy ul. Jurowieckiej ciągnący się od stadionu Jagiellonii do skrzyżowania z ul. Sienkiewicza. Najpierw zapadła decyzja, by bazar zlikwidować. Był rok 2008. Przypomnijmy, że od 9 lat leżała na stole propozycja samych kupców, by bazar zmienić w nowoczesną galerię handlową, w której dalej mieliby swoje miejsca pracy. Ostatecznie lokalsi musieli przenieść się na ul. Andersa, a teren został zagospodarowany przez biznesmena z Siedlec, który wybudował tam Galerię Jurowiecką. Gdy handel pozostał na stadionie obok, to władze Jagiellonii planowały właśnie budowę galerii handlowej. Trwało to tak długo, że gdy biznesmenów wyprzedził z galerią sąsiad z działki obok, to planowana „Galeria Jagiellońska” nie powstała, zamiast niej mamy wielkie blokowisko.

Kolejną inwestycją była całkowita przebudowa Rynku Kościuszki. Mini-park przy ratuszu zniknął, wycięto też sporo drzew, a całość całkowicie zabetonowano. O ile na początku budziło to duże niezadowolenie mieszkańców, to kilka pierwszych lat z ogródkami piwnymi pokazały, że miejsce jest coraz modniejsze i tętni życiem dzień i noc. Z biegiem lat przybyło tam i w całej okolicy również lokali gastronomicznych. Wiele jednak się zmieniło od czasów, gdy zmiany klimatu dają o sobie znać. Letnie upały potrafią betonowy rynek podgrzać do czerwoności.

Rok 2012 to czas, gdy oddano do użytku Operę i Filharmonię Podlaską. Zastąpiła ona amfiteatr. Dawniej odbywały się tam niemalże wszystkie koncerty. Najbardziej rekordowy jaki pamiętamy odbył się, gdy ś.p. Andrzej Lepper podczas kampanii wyborczej Samoobrony zafundował mieszkańcom darmowy koncert zespołu Ich Troje. Widowisko oglądało wówczas 10 tys. ludzi, zaś obiekt pękał w szwach.

W 2014 roku wybudowano przejście podziemne na skrzyżowaniu Jurowieckiej, Al. Piłsudskiego i Sienkiewicza. Wcześniej w tym miejscu mieliśmy po prostu zwykłe pasy. Trudno powiedzieć po co te przejście skoro dalej samochody stoją na światłach tak jak stały. Gdyby chociaż tam było skrzyżowanie bezkolizyjne. Nie ma jednak wątpliwości, że poza samą bezużytecznością tego miejsca – jest ładniej. Rok 2014 to także czas, gdy do użytku oddano całkowicie nowoczesny Stadion Miejski w Białymstoku. Zastąpił on oddany na dożynki wojewódzkie PRL-owski obiekt.

Rok 2017 to otwarcie nowego dworca PKS w Białymstoku. PRL-owski budynek zastąpiono nowoczesnym obiektem. Przeniesiono także perony w nowe miejsce. Było to bardzo rozległe miejsce, gdzie od kilku dekad grała ta sama muzyka. Najbardziej charakterystyczne było Numero Uno ze swoich przebojem – Tora Tora Tora. Teraz jest kompaktowo. Zwolnione miejsce zajęła galeria handlowa.

W roku 2020 wyremontowano natomiast po raz kolejny wnętrze zabytkowego dworca PKP. Poprzednie również było kompromisowym miksem PRL-u i lat 90. W tym przypadku zrobiono cokolwiek, by zakończyć ciągnący się latami remont. W ostatniej modernizacji natomiast obiektowi przywrócono XIX-wieczny blask.

Kiedy tak spojrzymy na centrum Białegostoku, to można jeszcze napotkać kilka budynków, które pamiętają transformację. Pierwszy jaki przychodzi na myśl, to budynek handlowy przy ul. Legionowej. Charakterystycznie pstrokaty. Dokładnie tak jak się budowało w latach 90. Kolejny taki budynek to „Zielona Kamienica” przy ul. Rocha. Nie można zapominać także o Opałku czy „Błękitnym wieżowcu” przy Centralu. Ostatnim takim pstrokatym budynkiem jest białostocki ZUS, na którym kiedyś dla żartu próbowano zorganizować skoki narciarskie.

Warto dodać, że to nie są budynki stare i będą jeszcze służyć przez lata. Warto jednak, by ich elewacje dostosować do dzisiejszych czasów. Na pewno byłoby schludniej, chociaż jak się popatrzy na taką Warszawę, to naprawdę jest u nas przepięknie.

Featured Video Play Icon

Puszcza Knyszyńska zimą wygląda przepięknie! Tu można wybrać się na spacer.

Podsokołda to wieś niedaleko Supraśla, która dawniej była miejscem ważnych wydarzeń historycznych. Ludziom, którzy na co dzień nie interesują się zbyt mocno historią mogło się przewinąć gdzieś, że było tam powstanie. Tylko które? Styczniowe czy listopadowe? Okolicznym mieszkańcom zlały się dwa wydarzenia w jedno. Trzeba było wielu lat i uporu żeby wszystko „odkręcić”

Od razu wyjaśniamy – pomiędzy dwoma wydarzeniami było 30 lat różnicy, toteż z dzisiejszej perspektywy wielu osobom mogło się pomylić. Swego czasu Supraśl również miał problem z pamięcią, honorując powstańców styczniowych zasługami listopadowych – dedykując pomnik przy Arboretum w Kopnej Górze „Powstańcom 1863”. Jedyna bitwa jaka tam się odbywała miała miejsce podczas Powstania Listopadowego w 1831 roku. Dodajmy, że było to potężne powstanie, które zaczęło się – w listopadzie i trwało do października następnego roku. Sama bitwa w okolicach rzeki Sokołdy miała miejsce w czerwcu (niektóre archiwa podają lipiec – bo pod zaborem rosyjskim obowiązywał kalendarz juliański).

Oto zapiski proboszcza parafii w Szudziałowie:

Na dniu dzisiejszym w czasie Uroczystości obchodzącey się rocznie w Szudziałowskim Kościele, gdy lud zebrał się z różnych stron, trafił się wypadek niepraktykowany; przy zaczynaniu się processyi z Najśw . Sakramentem otoczony zostałem woiennemi ludźmi uzbroionemi . Przestrach i zdziwienie moie ukończyły się, iż słysząc komenderówkę w tym samym ięzyku, w jakim to piszę, domyślać się wypadało, iż chcą assystować Wszechmocnemu w Sakramencie ukrytemu . Po skończoney processyi i odeyściu moim z Ołtarza do Zakrystyi, powitali mię Katolickim sposobem, a razem oświadczyli, iż nie w innem zamiarze przybyli: nayprzód, aby dopełnili cześć należną Bogu, po wtóre Naczelnik tych żołnierzy oświadczył, iż przybył z Warszawy walczyć za Wiarę, Oyczyznę y wolność, abym im broń, którą przy sobie mieli obrzędem swoim pobłogosławił (…)

(…) Po tym obrzędzie wszyscy ci padli krzyżem na ziemię z orężem w ręku i mnie toż samo kazali dopełnić; późniey wstawszy, którego nazywano Kapitanem zalecił sam w głos do ludu, aby ten modlił się za dusze poległych Polaków; po skończonych trzech Zdrowaś Marya!, nie więcey, i tyleż „wieczne odpocznienie”, którego lud, lękając się zapewne morderstwa iakiego, przestraszony pomagał, pospieszyłem do Zakrystyi, taż eskorta prowadziła mnie do Plebanyi, która otoczywszy Plebanią, ieden ten Kapitan wszedł do Plebanyi rozkazał dać Kałamarza, pióra i Papieru, z resztą usiłowałem uwolnić się od tey daniny, lecz pióra i papier na stole moim sam znalazł i wziął, a po Kałamarz posłał i przyniesiono . Na dziedzińcu więc Plebańskim zapisywał imiona i nazwiska ochotników lecz że się nie znaydywałem tam przy nich, niewiem kto się zapisywał lub poszedł . Z resztą, nic nie rabowali, ani krzywdy inney dopełnili, tylko kazali dać nie wielką ilość wódki, kilka flaszek, dwa paczki tytuniu do palenia, funt lub więcey tabaki do zażywania, chustkę do nosa i librę papieru . Od udzielenia obiadu wymówiłem się, iako na moią iedną osobę goto-
wanego, a to aby ich głodem przymorzyć, za co z pogróżkami, konno i piechotą w niemałey liczbie wyruszyli w dalszą drogę przez wieś Szudziałowo .

Dan w Szudziałowie Roku 1831 d . 21 Junij . X . Andruszkiewicz

Podczas powstania listopadowego, w Puszczy Knyszyńskiej funkcjonowały dwa polskie oddziały.

Dlaczego więc funkcjonuje w pamięci również Powstanie styczniowe? Najprawdopodobniej dlatego, że było ono bardzo krwawe i traumatyczne. 22 stycznia 1863 r.,, gdy wybuchło, miało ono partyzancki charakter walki, objęło swym zasięgiem Królestwo Polskie i część wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej. W trakcie powstania nie było wielkich bitew. Powstańcy nie opanowali w zasadzie większego miasta, działali przeważnie w lasach i na wsi. Wobec miażdżącej przewagi armii rosyjskiej oddziały powstańcze musiały być w ciągłym ruchu. Walki partyzanckie trwały ponad 15 miesięcy (tylko w zaborze rosyjskim), a więc znacznie dłużej niż np. w czasie powstania listopadowego w 1831 r. Przez cały okres powstania przez oddziały powstańcze przewinęło się około 200 tysięcy ludzi, a jeszcze więcej wspomagało powstańców. Bilans powstania był tragiczny. W trakcie powstania było dziesiątki tysięcy poległych i pomordowanych, wtrąconych do więzień i zesłanych w głąb Rosji. Skonfiskowano też wiele majątków. Ostre represje dotknęły również Kościół Rzymskokatolicki.

Oto fragment historii dotyczący wydarzeń powstania styczniowego z Podsokołdy:

[Powstańcy] doszli do wsi Sokołdy, tu chcieli odpocząć . Byli pokrwawieni, byli oblepieni błotem, szlamem, nic nie mieli ze sobą tylko jedną broń, nic kompletnie! Tak opowiadała babcia Łazewska. Powstańcy mieli świeże rany, ociekali krwią, byli bardzo zmęczeni. Byli znużeni do tego stopnia, że po prostu upadali ze zmęczenia, nie mogli ustać na nogach . Chcieli odpocząć i tu, w Sokołdzie się zatrzymali . Już dalej iść nie mogli, byli u granic wytrzymałości: przemęczeni, głodni . Kiedy tu przyszli pod wieczór, to tych najbardziej poranionych umieścili w domach w Sokołdzie i prosili o opiekę, natomiast reszta rozlokowała się na łące między wsią Sokołda a rzeką . Palili ogniska – trzy albo cztery – bo dni wtedy były już gorące, ale noce jeszcze zimne, gotowali sobie do zjedzenia to co od ludzi dostali, przynajmniej wodę gorącą . Chcieli tu odpocząć, przynajmniej z grubsza, opatrzeć rany . No i chodzili po wsi i prosili u kobiet o prześcieradła, o tzw . płachty . Te płachty były lniane . Potrzebowali ich na opatrunki a oprócz tego zmywali z siebie błoto, brud, więc musieli się czymś wytrzeć, okryć, bo nie mieli nic z sobą tylko broń i to prawdopodobnie nie każdy tę broń miał.

Co się wydarzyło, kiedy ten oddział stacjonował w Sokołdzie? Przyszli prawdopodobnie wieczorem, w przeddzień tego pogromu późniejszego, albo w nocy . W Podsokołdzie był Żyd, nazywał się Jankiel, on miał sklep; ten dom stoi do dzisiaj, w tym sklepie można było wszystko kupić, „mydło, szydło i powidło”; ten Żyd jechał z rana do Szudziałowa, gdzie zaopatrywał się w towary . Przejeżdżał przez Sokołdę i widział, że tam się paliły jeszcze ogniska, widział powstańców, którzy byli tam przy ogniskach nad rzeką. Przyjechał do Klina. W Klinie zatrzymał go oddział Kozaków, którzy go zaczęli wypytywać czy nie widział powstańców, ponieważ tu gdzieś powstańcy muszą być. Zaczęli wypytywać Żyda czy on nie widział powstańców . On widział, ale początkowo wystraszył się i nic nie mówił. Kozacy zaczęli go tarmosić i zagrozili, że pojadą do Sokołdy i jeśli stwierdzą, że skłamał, to jego rozstrzelają, a rodzinę wyślą na Sybir. Żyd zląkł się i powiedział, że w Sokołdzie widział właśnie tych powstańców. No i wtedy kozacy (nie wiem co tam z nim zrobili) ale pojechali do Sokołdy. Do samej wsi nie dojechali: zatrzymali się w lesie, i doczekali do nocy. W nocy rozdzielili się na połowę. Część poszła przez Łaźnie prawdopodobnie, w stronę Supraśla, część została w lesie od Kopnej Góry. I na ranku zaatakowali tych powstańców, którzy się tego nie spodziewali.

Najpierw zaczęli strzelać kozacy od strony Supraśla, więc powstańcy myśleli, że to od Białegostoku przyszedł atak więc zaczęli uciekać w stronę Kopnej Góry . No i ponieważ tu było to przejście, więc się na nim skupili . A wtedy od strony Kopnej Góry zaatakowała druga część kozaków, wzięli ich w dwa ognie. Nabili bardzo dużo, tak mój tatuś opowiadał, a jemu dziadek opowiadał, że można było przejść suchą nogą po ciałach tych zabitych powstańców. Bo oni skupieni byli przeważnie przy tym przejściu.

Niektórym z powstańców udało się, mimo tego nasilonego ognia, uciec w stronę Woronicza . Uciekali po górze – jadąc do Woronicza po lewej stronie. Za nimi pojechali Kozacy . Dopędzili ich na górze w Woroniczu. Tak jak Tatuś mi mówił, jechali za nimi Kozacy i strzelali do nich w plecy tak jak do kaczek, jak do dzikiego zwierza . Wszystkich, którzy zostali zastrzeleni, nie pozwalali pochować . I dopiero pod osłoną nocy ludzie z Woronicza i Międzyrzecza zbierali tych zastrzelonych i chowali po prawej stronie góry woronickiej, tam gdzie stoi krzyż .

Natomiast ci, którzy zginęli w Sokołdzie podczas przeprawy, byli grzebani w nocy . Wywożono ich z Sokołdy do lasów i w lesie byli chowani . Nic o miejscu pochówku ani mój tata, ani babcia Łazewska nie mówili . Ale chowani byli nie zaraz, ale po trzech albo czterech dniach, kiedy kozacy odeszli . Bo część z nich pojechała jako eskorta dla odwożonych schwytanych, a część została, żeby zobaczyć, kto będzie tych zabitych, powieszonych zabierał, żeby wyciągnąć konsekwencje wobec rodziny. Dopiero gdy kozacy odjechali, ludzie zaczęli wyciągać tych pobitych z rzeki . Tatuś mi opowiadał, że przez te trzy dni woda w rzece była czerwona od krwi.

Dziś Podsokołda to spokojne miejsce w Puszczy Knyszyńskiej, gdzie można długimi godzinami spacerować i rozmyślać nad wydarzeniami z przeszłości. Szczególnie zimą, gdy spadnie śnieg jest tam bardzo pięknie. Byleby był śnieg.

Takiego miejsca jak to, nie ma na żadnej mapie

Takie hasło napisane na ścianie opuszczonego wagonu niedaleko stacji w Zubkach Białostockich doskonale oddaje klimat tego miejsca. Zostało ono zapomniane wiele lat temu. Czynna stacja kolejowa mieściła się na legendarnym szlaku Białystok – Wołkowysk – Baranowicze, otwartym w 1886 roku. Po II wojnie światowej stacja Zubki Białostockie dalej istniała. Niestety przemiany ustrojowe w Polsce zrujnowały linię. W latach 90. likwidowano kolejne połączenia, a ostatni pociąg, który zatrzymał się także w Zubkach Białostockich ruszył 2 kwietnia 2000 roku.

Po 22 latach od tamtego kursu, na YouTube można obejrzeć 3 krótkie filmiki pokazujące obecny stan rzeczy. Jest gorzej niż źle. Osobiście na stacji w Zubkach Białostockich byliśmy w 2005 roku czyli zaledwie 5 lat po ostatnim kursie. Wyglądało to wtedy tak:

Minęło 17 lat od naszej wizyty i możemy to samo miejsce obejrzeć ponownie. Niewiele tam się zmieniło.

Warto jednak sobie zadać pytanie czy tak musi być. Przypomnijmy, że w 2016 roku na tej trasie wróciły pociągi. Na początku tylko w weekendy, a ostatnio codziennie. Do końca września 2021 szynobus dojeżdżał do pobliskich Walił (Zubki są jedną stacje – Straszewo – dalej). W tym roku prawdopodobnie połączenie znów będzie funkcjonować, bo jest zainteresowanie turystyczne. Już jakiś czas temu pisaliśmy, że szynobus nie musi zatrzymywać się w Waliłach tylko mógłby dojeżdżać do samej granicy, po drodze zahaczając o wspomniane Straszewo, Zubki Białostockie i Gobiaty.

Problem w tym, że obecnie nie ma czego pokazywać turystom. Jak wyglądają Zubki już wiecie. Tak natomiast prezentuje się Straszewo.

Stacja Straszewo, fot. K. Kundzicz / Wikipedia

W Gobiatach natomiast stacji nie ma, ale jest bardzo wymowna brama z napisem po rosyjsku. „MIR” oznacza „Pokój”.

Nieczynne kolejowe przejście graniczne – Gobiaty

Tylko czy tak musi być? Czy nie można odrobinę zainwestować w te miejsca? Nie chodzi nam o nic wielkiego. Wystarczy, by w Straszewie był kawałek twardego podłoża. W Zubkach trzeba b było po prostu posprzątać, odmalować i wstawić okna. Miejsce mogłoby na co dzień być wiejską świetlicą albo po prostu służyć w sezonie turystom jako klimatyczna poczekalnia. W Gobiatach także wystarczy kawałek twardego podłoża do wysiadania.

Jeżeli wpiszemy w Google lub inne mapy „Zubki białostockie” to oczywiście zobaczymy to miejsce, tak samo jak Straszewo czy Gobiaty. Jednak w świadomości społeczeństwa tych miejsc nie ma. Są opuszczone i zapomniane. Czy takie mają pozostać? Nie trzeba zbyt wielu pieniędzy by przywrócić je do życia i zwrócić mieszkańcom w postaci użytecznych lokalizacji. Nie chodzi tylko o dojazd do Białegostoku dla garstki mieszkańców. Chodzi o to, by Białystok i Polska mogła tam przyjechać.

Straszewo to niezwykle dzikie i fantastyczne miejsce. Można tam zbierać tony grzybów, obserwować dzikie ptaki (w tym duże drapieżniki) i dzikie zwierzęta (łącznie z wilkami). Same Zubki to małą wioseczka ze wspomnianą stacją kolejową. Idealne miejsce do spacerów o każdej porze roku. Gobiaty to nie tylko interesujący punkt graniczny z bramą, ale także dobre miejsce do dalszych wycieczek. Do Kruszynian jest 10 km. Do Jałówki (gdzie są ruiny kościoła 12 km).

Ruiny kościoła w Jałówce, fot. P. Jakubczyk
Meczet w Kruszynianach

Warto wspomnieć też o rowerzystach, którzy zyskaliby dostęp do kolejnych tras, do których normalnie jest za daleko (by móc potem wrócić). Mogliby na przykład przyjechać do Zubek pociągiem, a dalej niezwykle malowniczą trasą rowerem do Siemianówki, do której też wróciły pociągi. To wszystko są realne pomysły, które można zrealizować niskim kosztem. Tylko potrzebna jest chęć. U nas niestety na tereny przygraniczne patrzy się dosyć specyficznie.

Na Dolnym Śląsku jest takie miasto nieopodal Wrocławia – Wałbrzych. Strasznie zaniedbane, zapuszczone i przygnębiające. Dawniej leżało na terenie Niemiec, ale po drugiej wojnie światowej dostała je Polska „na otarcie łez” za utratę kresów. Wówczas mieszkańcy nie byli przekonani o tym, że miasto trafiło do Polski na zawsze, więc nie bardzo chcieli w nie inwestować. Lata mijały, Wałbrzych coraz bardziej zapuszczony należał do Polski. I teraz ciężko jest nadgonić ten czas. Na Podlasiu podobnie jest z terenami przygranicznymi. Traktuje się tak, jakby ktoś miał tu wkroczyć i je nam zabrać. Lata mijają, a takich miejsc jak Zubki przybywa. Ostatni mieszkańcy po prostu z nich uciekają, bo nie ma po co tam siedzieć.

Od takich wiosek się zaczęło, potem taki sam los zaczął spotykać tak zwaną „Polskę powiatową” czyli małe miasteczka i te, które dawniej były stolicami województw (przy podziale na 49 regionów). Znikać zaczęły połączenia kolejowe, autobusowe, przestano dbać o budynki i infrastrukturę. Zaczynało brakować pracy i ludzi. Czy naprawdę kiedyś chcemy się obudzić w Podlaskiem, gdzie ludzie mieszkają tylko w Białymstoku, Łomży i Suwałkach? A do tego to wszystko zmierza, bo pozwalamy rządzącym, by w naszym imieniu nie dbali o małe miasta powiatowe i wioseczki. Nabrali dofinansowania z Unii Europejskiej i myślą że to na co pozwolili im wydać te pieniądze wystarczy. Otóż nie.

Featured Video Play Icon

Niesamowity film o Tykocinie. Tak wyglądał dawniej.

Wyjątkowy film o Tykocinie można oglądać w sieci. Chociaż został on opublikowany w serwisie YouTube w 2018 roku, to do tej pory nie doczekał się specjalnego rozgłosu, a szkoda, bo jest naprawdę co oglądać. Film został przypuszczalnie nagrany w latach 60. XX wieku. Nadano mu tytuł „Zabytki Tykocina”. Można zobaczyć na nim Rynek główny, synagogę, kościół, klasztor, pomnik Stefana Czarnieckiego, a także prace archeologiczne na ruinach zamku. Nie zabrakło też rzeki Narew. Jest też wiele innych wyjątkowych miejsc z miasteczka.

To wszystko można oglądać także i dziś na żywo, dlatego też warto zrobić sobie porównanie z tym jak to było około 60 lat temu. Czy aż tak wiele się zmieniło? Ulice i budynki, które przetrwały wojnę, w PRL-u także zostały zachowane. Lata współczesne zaczęły oddziaływać na miasta i ich wygląd, ale gdy spojrzymy na Tykocin dzisiaj to na szczęście zmiany są tylko na lepsze. Nie ma tam wciskania nowego pomiędzy stare. Jest renowacja tego drugiego i wyraźny podział pomiędzy dawną architekturą, a współczesną. Być może Tykocin od takiej degradacji uchronił fakt, że po II wojnie światowej utracił prawa miejskie, a odzyskał je dopiero na początku lat 90.

To chyba dlatego teraz Tykocin cieszy się tak dużym zainteresowaniem turystycznym. Przyjeżdżają tu także filmowcy, dzięki którym później ludzie miasteczko mogą oglądać. Była tam nagrywana kultowa „Biała sukienka”, sceny trylogii „U Pana Boga…”, a ostatnio „My name is Sara”.

Featured Video Play Icon

Hajnówka to nie tylko brama do Puszczy Białowieskiej. Jest także wyjątkowa instytucja.

Hajnówka to nie tylko brama do Puszczy Białowieskiej, ale także miejsce, gdzie żyje mniejszość białoruska. Są to obywatele Polski, narodowości białoruskiej. Wielu mieszkańców jest aktywna i zaangażowana społecznie. Jednym z miejsc, które skupia wokół różnych wydarzeń jest Muzeum Białoruskie w Hajnówce. Warto wybrać się tam, gdy będziemy zwiedzać okolicę. Na miejscu są na co dzień wystawy stałe o tematyce etnograficznej.

Gromadzone przez wiele lat eksponaty dokumentujące życie i kulturę materialną Białorusinów Podlasia prezentowane są na trzech stałych ekspozycjach. Każdy, kto odwiedzi Muzeum Białoruskie w Hajnówce może zobaczyć mnóstwo ciekawych zabytków. W roku 2011 powstała nowa multimedialna wystawa dotycząca rzemiosła, zaś w 2016 przeprowadzono modernizację dwóch istniejących wystaw nadając im multimedialny charakter.

„Białoruska zagroda”

Wystawa etnograficzna pokazująca typową wiejską zagrodę Białorusinów Podlasia. Ekspozycja jest symbolicznym odwzorowaniem zagrody i przestrzeni wiejskiej – można zobaczyć tu wiejską chatę, stodołę, spichlerz. Na sali zgromadzono ponad 70 eksponatów z przełomu XIX i XX w., stanowiących dziedzictwo kultury materialnej Białorusinów Podlasia. Zgromadzone muzealia to min.: pług, jarzmo, socha, wóz drabiniasty z zaprzęgiem typowym dla tej części kraju, cepy, kadłuby na zboże czy słomiane zasobniki tzw. „korobki”. Eksponaty pochodzą głównie z terenu wschodniej Białostocczyzny – powiatów hajnowskiego, bielskiego, białostockiego czy sokólskiego. Dodatkowo ekspozycje wzbogacają wielkoformatowe fotografie min. z początku XX w. i okresu międzywojennego z terenów Podlasia i Polesia.

„Białoruski Kalendarz”

Wystawa etnograficzna poświęcona życiu i pracy białoruskiej ludności Podlasia, ukazana została w cyklu rocznym. Sala skomponowana została zgodnie z kalendarzem agrarnym podlaskich Białorusinów. Ekspozycja została zaaranżowana tak, by w dwunastu podcieniach pokazać wybrane, ważniejsze prace w gospodarstwie podzielone na poszczególne pory roku. Ukazane jest min. wysiew zboża, orka, młócenie zboża, sianokosy, miodobranie, żniwa, pieczenie chleba, wykopki. Zaprezentowano także symboliczne wnętrze izby na „kalady” czyli wigilię Bożego Narodzenia. Ekspozycja składa się z ponad 150 eksponatów, archiwalnych wyjątkowych zdjęć. Jest także coś do posłuchania.

„Rzemiosło na białoruskiej wsi Podlasia”

Wystawa etnograficzna pokazuje kilka tradycyjnych rzemiosł, które odeszły w niepamięć. Wśród nich poznamy kowalstwo, garncarstwo, stolarstwo, kołodziejstwo czy bednarstwo a także tkaczkę w chacie. Całość zaaranżowana jest w ten sposób, by zwiedzający mógł zajrzeć do poszczególnych warsztatów, podpatrzeć rzemieślnika przy pracy lub porozglądać się pod jego nieobecność. Po wystawie oprowadza lektor zarówno po polsku, białorusku oraz angielsku. Na ekspozycji zgromadzono ok. 400 eksponatów z Białostocczyzny. Muzealia znakomicie uzupełniają archiwalne, unikatowe fotografie, niektóre ukazują nasze tereny nawet 100 lat temu.

„Hajnówka. Brama do Puszczy”

Wystawa zbiorowa malarstwa Zbigniewa Budzyńskiego, Bogusławy Czarkowskiej, Vidasa Dregvy, Piotra Gagana, Michała Janczuka, Wiktora Kabaca, Manueli Korneckiej, Macieja Milewskiego, Marii Najdek, Andrzeja Sobieraja, Emilii Sobieraj, Waldemara Wojczakowskiej); prace powstały podczas pleneru malarskiego zorganizowanego z okazji obchodów jubileuszu 60 lat miasta Hajnówka w 2011 r.

„Rockowisko”

Warto też wspomnieć, że Muzeum Białoruskie w Hajnówce każdego roku organizuje wyjątkowy, letni koncert „Rockowisko”. Można na nim posłuchać zarówno debiutantów na scenie muzycznej jak i prawdziwe gwiazdy z Polski i Białorusi.

fot. S. Nicewicz

Tajemnicza postać robi furorę. Mała wieś stała się atrakcją dzięki dziełom lokalnego rolnika – artysty.

Maleńka wieś Knyszewicze na Podlasiu stała się ostatnio lokalną atrakcją turystyczną za sprawą jednego z mieszkańców. Ludzie zatrzymują się pod jego domem, by zrobić sobie zdjęcie. Nawet skusili się na to żołnierze stacjonujący nieopodal.

fot. S. Nicewicz

Knyszewicze leżą nieopodal Sokółki, Krynek, a także ostatnio głośnego za sprawą kryzysu na granicy – Usnarza. Mimo, że pojawili się żołnierze w okolicy, to czas nadal płynie powoli. Jeden z mieszkańców – Stanisław Nicewicz raz po raz urozmaica innym wiejskie życie. Ostatnia jego atrakcja to betonowa, tajemnicza postać trzymająca lampion. Powstała jesienią 2020 roku. Jednak rozgłos zyskuje powoli – za sprawą poczty pantoflowej. Oprócz jej, na zewnętrznej ścianie domu Stanisława Nicewicza znajdują się wyjątkowe obrazy jego autorstwa. Całość tworzy wyjątkowy klimat. Latem postać miała na sobie dodatkową pelerynę, na której było napisane „Nie musiałbym opanowywać swojego gniewu, gdyby ludzie opanowali swoją głupotę”. Daje do myślenia prawda? Mimo, że postać wygląda dosyć poważnie, to wzbudza ogólną wesołość. Nawet ostatnio przejeżdżający żołnierze postanowili zrobić jej pamiątkowe zdjęcie. Nie brakuje też chętnych na selfie.

Stanisław Nicewicz to człowiek wielu talentów. Jak widać potrafi nie tylko malować świetne obrazy, rzeźbić wielkie betonowe postacie, ale też zajmuje się hodowlą kóz i pszczół. Co ciekawe jest z zawodu… informatykiem. Swoim znajomym na Facebooku regularnie serwuje bardzo trafne prognozy pogody… z własnej stacji meteo!

fot. S. Nicewicz

Warto też wspomnieć o samych Knyszewiczach. Na wzniesieniu nieopodal wsi zachował się XVIII-wieczny, kuty w kamieniu krzyż nagrobny. Jest to rudyment cmentarza cholerycznego. Ze względu na swoje nietypowe kształty jest on określany mianem baby kamiennej. W Knyszewiczach i w sąsiednich Harkawiczach znajdują się cmentarzyska ze stelami, dzięki odnalezionym monetom – szelągom Jana Kazimierza – datowane na XVII wiek. W obu wsiach archeolodzy odkryli po dziesięć szkieletów, głównie dzieci. Z tego względu, we wsi prowadzono projekt badawczy – „Mogiłki pogranicza”.

Featured Video Play Icon

Żydzi intensywnie rozwijali Zambrów. Brali też udział w uroczystościach patriotycznych. Dziś pozostał po nich cmentarz.

Podlaskie przed II wojną światową było zamieszkane głównie przez Żydów. Po tragicznych momentach historii, zostało po dawnych mieszkańcach niewiele. Jedną z takich pamiątek jest XIX-wieczna nekropolia w Zambrowie. Jest nieco zarośnięta, ale zachowane są alejki.

Pierwsze wzmianki o ludności żydowskiej mieszkającej w Zambrowie pochodzą z XVII wieku, jednak aż do schyłku XVIII wieku było ich niewielu. 32 osoby stanowiły 5,8 proc. mieszkańców miasta. Z biegiem lat zaczęło ich przybywać coraz więcej. Przyjeżdżali z pobliskiej miejscowości Jabłonka. Początkowo Żydzi skupieni byli wokół gminy w Tykocinie. W późniejszych latach zaczęli migrować po całej okolicy. Kluczową inwestycją, która zachęcała do przenosin była synagoga, wokół toczyło się całe życie. Ta w Zambrowie powstała w 1895 roku. W kolejnych latach napływ ludności żydowskiej przybrał na sile, zaś liczba mieszkańców zwiększyła się dziesięciokrotnie. Do wybuchu II wojny światowej Żydzi stanowili już niemal połowę mieszkańców.

Zwiększająca się przewaga nad liczbą chrześcijan zaczęła powodować konflikty. W latach 30. XX wieku dochodziło do prób blokowania żydowskich sklepów przez endeków. Na nic to się jednak nie zdało. Zambrów dzięki Żydom rozkwitał, którzy zajmowali się nie tylko handlem, ale też rozwijali życie społeczne, polityczne i sportowe. Co ciekawe – Żydzi brali również udział w obchodach rocznic patriotycznych, zaś lokalny garnizon miał rabina.

Historia Żydów w Zambrowie skończyła się tak samo jak w pozostałych miastach. W 1941 roku Niemcy zajęli miasto i zaczęli zabijać ludzi w lasach. Tak życie odebrali ponad 2 tys. osobom tylko dlatego, że byli Żydami. Pozostali czekali na egzekucję w gettcie. Ostatecznie trafiając do niemieckich obozów zagłady. Osoby, które przeżyły uciekły do Palestyny lub do obu Ameryk. Po Żydach zambrowskich nie pozostał niemal żaden ślad. Zostało jedynie kilkanaście kamienic z przełomu XIX i XX wieku oraz kirkut.

Cmentarze żydowskie znajdują się w całym regionie. Najbardziej znane i dobrze zachowane są w Białymstoku i Krynkach. W wielu miejscowościach są zaniedbane i znajdują się ukryte w zaroślach.

Featured Video Play Icon

Las krzyży na wzgórzu to najbardziej charakterystyczny znak tego miejsca. Oto Sanktuarium w Świętej Wodzie.

Sanktuarium Święta Woda na wzgórzu w Wasilkowie przyciąga wiernych z całej Polski od lat. Pierwsza potwierdzona wzmianka o tym miejscu pochodzi z 1719 roku. Wówczas polski szlachcic Bazyli przybył na uroczysko zwane Świętą Wodą, z nadzieją, że odzyska wzrok. Tak też się stało. Cudowne ozdrowienie zaczęło historię tego miejsca. W akcie wdzięczności mężczyzna ufundował tym miejscu drewnianą kaplicę. W 1778 roku z Watykanu dla świątyni nadszedł przywilej odpustowy.

Podczas rosyjskiego zaboru, na rozkaz cara odebrano katolikom Świętą Wodę i przekazano prawosławnym. Zwrot nastąpił dopiero, gdy Polska odzyskała niepodległość. Nim to nastąpiło w kaplicy znajdował się obraz Matki Bożej Bolesnej. W 1915 roku, gdy na podlaskie tereny wkraczali Niemcy, to prawosławny duchowny ze Świętej Wody wywiózł malunek w głąb Rosji. Po I wojnie światowej, już w katolickiej świątyni znajdowała się kopia obrazu.

Święta Woda bardzo silnie związana jest z osobą ks. Wacława Rabczyńskiego. Po II wojnie światowej to on zajmował się sanktuarium. A raczej tym co po nim pozostało. Spalone, zbezczeszczone miejsce zaczęło powoli się odradzać. Kolejną kopię obrazu Matki Bożej Bolesnej namalowała matka księdza – Helena Rabczyńska. Ponadto zbudowano specjalną grotę z figurą bożej rodzicielki, która miała być kopią francuskiej. To właśnie tam można zaczerpnąć wody ze świętego źródełka.

Las krzyży, o którym wspominamy w tytule, to pomnik trzeciego tysiąclecia. Największy krzyż mierzy 25 metrów wysokości. Miejsce to, razem ze źródełkiem przyciągają pielgrzymów i okolicznych mieszkańców od wielu lat. Kościół jest także popularnym miejscem jeżeli chodzi o śluby osób nie będących parafianami.  Szczególnie, że na miejscu jest też sala weselna. Najważniejsza pielgrzymka do tego miejsca odbywa się 25 maja czyli w przededniu Dnia Matki. Jest to pielgrzymka kobiet. Nowych krzyży na wzgórzu przybywa natomiast w święto Matki Boskiej Bolesnej. Wspomnienie liturgiczne obchodzone jest w Kościele katolickim 15 września.

Fot. Kamil Timoszuk / Wrota Podlasia

Nowe budynki w skansenie. Będzie też stary kościółek. Ślub w takim klimacie będzie hitem!

Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej zostało wzbogacone o nowe obiekty. Reprezentują one budownictwo wschodniego Podlasia. Oprócz stodoły z Redut, stoją tam już dwie chałupy z Czyż (pow. hajnowski) – jedna z 1888 r. i druga z połowy XX wieku. W starszej z chat zobaczymy, jak wyglądało wnętrze wiejskich domów sprzed ponad stu lat. Natomiast przy młodszym budynku, charakteryzującym się wyjątkowymi zdobieniami, trwają prace wykończeniowe na zewnątrz. To nie wszystko, niebawem stanie także dom z Makówki. Zabudowa, która tworzy część Skansenu poświęconą budownictwu wschodniopodlaskiemu, została przeniesiona z powiatów hajnowskiego, bielskiego i siemiatyckiego. Jest charakterystyczna przede wszystkim dla mniejszości białoruskiej.

Budynek z Czyż z 1888 r. to prawdziwa gratka dla odwiedzających Skansen. Jego wnętrze zostało wyposażone w sprzęty z okresu międzywojennego! Są tu krosna, ławy, stół, olbrzymi piec z nieodłącznym zapieckiem, niecki, dzieże, michy, święte obrazy i ozdoby. Wrażenie także robi niski strop połączony z gigantycznym, krytym strzechą dachem. Drugi dom z Czyż to budowa z lat 50. XX wieku. Jest koloru ciemnożółtego i zachwyca bogactwem zdobień architektonicznych. Charakteryzuje się wspaniałymi narożami, bogatą oprawą okien i pięknymi okiennicami.

Niebawem Skansenu dopełnią także domy przeniesione z Makówki i Plutycz. Kamienny fundament pod chałupę z Makówki jest już gotowy. Wkrótce rozpocznie się składanie domu. Będzie to najstarszy obiekt w tej części muzeum. Na jednej z belek domu wycięty rok 1867. To typ budynku z XIX wieku, z charakterystycznym dla tego okresu układem wnętrza i wyglądem zewnętrznym, ale też takimi detalami jak tram, czyli belka pod pułapem, którą już pod koniec XIX wieku wycinano, bo przeszkadzała w swobodnym poruszanie się we wnętrzu.

Chata z Plutycz posłuży za miejsce na działania edukacyjne i warsztatowe. Wokół tych czterech domów powstaną zagrody. Będą to budynki gospodarskie: stodoły, spichlerze, budynki inwentarskie. Wszystko jak za dawnych czasów. Co ciekawe, do Skansenu trafił zabytkowy kościół z dzwonnicą z Seroczyna (diecezja drohiczyńska). Obiekt jest już pozyskany i czeka na przeniesienie. Jest to obiekt wyjątkowy, pochodzi z terenów historycznego Podlasia, a gdyby stanął w Skansenie, możliwe byłoby tam organizowanie ślubów!

Featured Video Play Icon

Czy można dopłynąć z Łomży do Białowieży? Im to się udało!

W czerwcu 1927 roku w łomżyńskim czasopiśmie Życie i praca można było przeczytać relację z przepłynięcia łodzią z Łomży do Białowieży. Czterech śmiałków, uczniów 8-klasy zdecydowało się na tą wyjątkową wyprawę. Cała trudność polegała na tym, że trzeba było całą drogę wiosłować pod prąd. A dystans między dwoma miejscowościami jest spory. Lądem to 150 kilometrów. Rzecznymi zakolami? Dużo więcej.

– Któregoś dnia (było to jeszcze w kwietniu) przyszła mi do głowy myśl urządzenia wycieczki do Białowieży – łódką – tak zaczyna się relacja z tego wyjątkowego wydarzenia. Oczywiście chętnych było bardzo wielu, z pośród których ostatecznie miało jechać 4-ch. tj. Jarocki Stanisław, Kraszewski Kazimierz, Stilter Andrzej i ja (Jan Kazimierz Wiszniewski – dop. red). Było więc nas czterech żądnych przygód, nowych wrażeń, miłujących życie koczownicze – a takim jest właśnie jazda łódką w nieznane okolice, jazda pełna niewygód i trudów. – można było przeczytać w Życiu i praca.

Po otrzymaniu świadectw w niedzielę 19 czerwca, od poniedziałku rozpoczęliśmy przygotowania do podróży. Niezbędna była dla nas dokładna mapa, którą też otrzymaliśmy od p. Krauzego, okazującego wielkie dla naszej wyprawy zainteresowanie; był na tyle dobry, że we środę o godz. 5-tej pożegnał nas nas przystani. Zakupiliśmy na drogę prowiantów (2 klg. słoniny, 5 klg. ryżu, 5 klg. cukru, kakao, kawy, makaronu, soli, i t. d.), finanse też nie przedstawiały się zbyt skromnie – mieliśmy więc wszystko, co jest potrzebne na 2-u tygodniową wycieczkę. Rankiem 22 czerwca siedzieliśmy już w łodzi.

W szybkiem tempie minęliśmy most, Starą Łomżę, Szur, które groźne, zdradliwe wiry oglądaliśmy w godzinę po wyjeździe. Przed Siemieniem, chcąc się upewnić co to za wieś zapytałem jakiegoś rybaka o nazwę. Ten się odwrócił, przyjrzał chałupom jakby pierwszy raz je widział i ostatecznie mruknął coś niezrozumiale. Ciekawe, że wszyscy chłopi niechętnie patrzą na wycieczkowiczów, a pytania ich uważają za kpiny. 

Minęliśmy rozsiadłe nad rzeką Niewodowo, Siemień, Rakowo-Czachy, Rakowo-Boginie i o 11-ej zatrzymaliśmy się na śniadanie przed Krzewem. Śliczne brzegi ma Narew w odcinku Krzewo – Bronowo. Samo Krzewo ma bardzo ładne położenie: chaty, rozrzucone na dość wysokich wzgórzach, porośniętych lasem, łyskają pośród zieleni bielą ścian, dalej zaś nieco lewy brzeg porastają bujne trzciny i wysokie trawy, które znowu są podszyciem pięknych olszyn. Tutaj zauważyliśmy pierwszy raz 2 jastrzębie unoszące się ponad wierzchołkami – ptaki, które potem będziemy często spotykać.

Na noc zatrzymaliśmy się w Złotorji, w smutnem dla nas miejscu, gdyż tutaj gwoli dogodzenia podniebienia wydaliśmy aż 5 zł. i kazaliśmy sobie usmażyć rybek. Dobre, bo dobre, ale jak przyrządzane! Pierwszy raz widziałem takie barbarzyństwo! Z żywych, rzucających się jeszcze, zeskrobywała gospodyni wbrew naszym protestom łuskę, następnie żyjącym wyjmowała wnętrzności i, co jest potworne, biedne te nieme stworzenia rzucały się jeszcze na gorącej patelni, przetrzymywane nożem (żeby nie upadły na podłogę) przez gospodynię.

Minęliśmy Izbiszcze, Topilec, Bokiny, Uhowo, znajdujące się po przeciwnej stronie mostu kolejowego w Łapach i w tem ostatnim mieście urządziliśmy dwugodzinny postój. Miasteczko małe, nieciekawe, właściwie tylko stacja kolejowa z solidnemi zabudowaniami stacyjnemi. O godz. 16-ej wyruszyliśmy dalej. Ludność tu zupełnie inna, niż tam w dole Narwi! Odcinek Łomża -Białowieża z biegiem rzeki można podzielić na 3 części. Łomża – Waniewo – ludność na wskroś polska, katolicka, Waniewo – Suraż – daje się już słyszeć język ruski, większość jest jednak Polaków – katolików, Suraż-Białowieża – o, tutaj wszystko na każdym kroku przypomina Białoruś, ale o tem później! Jakież było moje zdziwienie, gdy po raz pierwszy przed Waniewem otrzymałem na swe pytanie ruską odpowiedź! Później zdarzało się to coraz częściej i częściej, tak że w końcu dziwiłem się, gdy słyszałem polski język!

Bardzo chętnie rozmawiałem z chłopami, spotykanymi w drodze, wiedząc że tylko w ten sposób poznam ich charakter i obyczaje. Rozumieliśmy się doskonale mimo, że ja mówiłem do nich po polsku, a oni zaś do mnie po białorusku!

Nigdzie nie spotkałem tyle uprzejmości, co w Narwi na plebanji. Wielebny ksiądz proboszcz tyle nam okazał serca, tak serdecznie z nami rozmawiał, że wprost zawstydzeni byliśmy Jego uprzejmością! Spotkała nas tu prawdziwa, staropolska gościnność!

Już widać Białowieżę! Czerwieni się na zielonem tle drzew zameczek myśliwski b. cara Mikołaja II, obecna własność Państwa Polskiego. Muszę się przyznać, że niekiedy wątpiłem czy dojedziemy łodzią do samego miejsca, tak niektóre przeprawy były ciężkie. Jeszcze ostatni wysiłek – i jesteśmy w Białowieży. Zatrzymujemy się na brzegu, a tymczasem coraz więcej osób zbiera się i z zaciekawieniem nam się przygląda.

Cała wyprawa trwała 17 dni. Z Łomży do Białowieży uczniowie płynęli 9 dni. Potem odpoczywano 3 dni. Droga powrotna z prądem była już dużo szybsza. Trwała 5 dni.

Powyższe fragmenty z czasopisma Życie i praca – numer 29-39 z 1927 roku. Poniżej pełny artykuł.

Tytuł: Życie i Praca : organ informacyjno-społeczny poświęcony sprawom Ziem Województwa Białostockiego. R. 4, 1927, numery 29-39

Wydawca / drukarz: Michał Piaszczyński

Miejsce wydania / druku: Łomża

Data: 1927

Język: polski

Typ źródła: czasopismo

Lokalizacja oryginału: Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie

Featured Video Play Icon

Białowieski Park Narodowy ma 100 lat! Został w Polsce powołany jako pierwszy.

Puszcza Białowieska w historii Polski miała zawsze ogromne znaczenie. Już w czasach królewskich, władcy przyjeżdżali tam na polowania. Władysławowi Jagielle, który rządząc kursował między Krakowem a Wilnem była przystankiem w drodze, ale też miejscem gdzie pozyskiwano zapasy na udaną wojnę z Krzyżakami. Bitwa pod Grunwaldem w 1410 roku okazałą się tak dużym sukcesem, że na kolejne kilkaset lat nasz kraj był potęgą w Europie. Puszcza Białowieska służyła także rosyjskim carom podczas zaborów, Niemcom podczas okupacji, a także PRL-owskim sekretarzom. Obecnie od lat postulowane jest, by polski teren Puszczy Białowieskiej, w całości należał do Parku Narodowego. Teraz jest podzielony pomiędzy tą instytucję a trzy nadleśnictwa, które pozyskują tam drewno.

Jak to się stało, że 100 lat temu objęto ten teren ustawową ochroną? Po zakończeniu działań wojennych, w 1919 r. do Puszczy Białowieskiej wysłana została ekspedycja naukowców pod przewodnictwem prof. Władysława Szafera. Początkowo w poszukiwaniu żubrów, których jednak nie znaleziono, ponieważ podczas I wojny światowej zostały wystrzelane przez wojska niemieckie i kłusowników. Pomimo, iż wolno żyjących żubrów nie odnaleziono, uwagę naukowców zwrócił unikatowy ekosystem leśny – las naturalny o charakterze pierwotnym. 29 grudnia 1921 r. na konferencji w Departamencie Leśnictwa, Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych w Warszawie, na części obecnego obszaru Parku oraz w innych fragmentach Puszczy Białowieskiej, poczynione przez naukowców wysiłki przyniosły efekt w postaci decyzji o powołaniu pięciu rezerwatów przyrody, z których dwa obecnie tworzą serce Białowieskiego Parku Narodowego, jakim jest Rezerwat Ścisły.

W 1924 r. dwa z pięciu rezerwatów utworzyły jednostkę o nazwie „Nadleśnictwo Rezerwat”.  W 1932 r. „Nadleśnictwo Rezerwat” zostało przekształcone w „Park Narodowy w Białowieży”. W 1947 r. jednostkę restytuowano jako Białowieski Park Narodowy i pod tą nazwą funkcjonuje do dziś. Podstawą prawną była ustawa o ochronie przyrody z dnia 10 marca 1934 r. Pomimo faktu, że z formalnego punktu widzenia tę datę należy uważać za początek funkcjonowania parku narodowego, to już wcześniejsze struktury administracyjne – rezerwaty przyrody utworzone w 1921 r.

Przez te 100 lat udało się skutecznie przywrócić naturze żubra. Próbowano także dać nowe życie turom i tarpanom. Niestety nie udało się to i już nie ma o tym nowych dyskusji. Obecnie Park Narodowy skupia się wyłącznie na ochronie przyrody w rezerwatach, a także opiekuje się żubrami. BPN prowadzi także działalność edukacyjną między innymi przy pomocy swojego muzeum. Instytucji życzymy co najmniej kolejnych 100 lat!

Featured Video Play Icon

Sanktuarium w Krypnie. Mała wieś między Białymstokiem a Mońkami. Zjeżdżają tam tłumy.

Na starym szlaku królewskim, który wiódł z Krakowa do Wilna przez podlaskie miasteczka znajduje się również Krypno. Obecnie jest to miejsce wielu pielgrzymek, gdyż znajduje się tam sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia. W środku świątyni można podziwiać przepiękny ołtarz, a także obraz Matki Bożej Pocieszenia. Jest to najstarsze sanktuarium maryjne na Podlasiu.

Według legend obraz stał przy lipie obok poidła dla koni, zwanego krypą. 3-krotnie odnoszono go do kościoła w pobliskim Knyszynie, jednak za każdym razem pojawiał się pod lipą. Czy był to znak, by w tym miejscu budować świątynie? Przypomnijmy, że podobną legendą owiana jest cerkiew w Puchłach, także nie będziemy doszukiwać się w tej opowieści zbyt wiele. Kroniki historyczne mówią jednak, że starosta knyszyński, hetman Jan Zamoyski zamówił obraz Matki Bożej Śnieżnej, który miał być repliką dzieła z Rzymu. Obraz docelowo miał oddziaływać na jego małżonkę. Jeżeli spojrzymy na obecny obraz, to nawiązania do białego puchu można odnaleźć. Obecny kościół w Krypnie jest dziełem ze schyłku XIX wieku. Dokładnie to zbudowano go w latach 80. Świątynie wybudowano mieszając styl neoromański z neogotyckim. Autorem projektu był Feliks Nowicki.

Przez te wszystkie lata kult maryjny w Krypnie nie ustał, a wręcz przeciwnie. Pielgrzymki do tego miejsca są coraz popularniejsze za sprawą większych możliwości podróżowania. Wbrew pozorom, wielu ludzi pozostaje konserwatywna, nawet w nowoczesnym świecie i od religii się nie odwraca. Jednych zbliżają imprezy, aplikacje randkowe, a innych właśnie pielgrzymki. Sanktuarium w Krypnie co roku przyjmuje całe rodziny, ale też mężczyzn, którzy ćwiczą siłę swoich charakterów przebywając kilometry pieszo. Nie brakuje też rolników, którzy modlą się o pomyślne plony i udany zasiew.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Posejnele to maleńka wieś. Tamtejsza aleja 100-letnich drzew została zabytkiem.

Sejneńszczyzna to przepiękna kraina wchodząca w skład województwa podlaskiego. Znajduje się tam wieś Posejnele, w której rosną 100-letnie drzewa. Aleja, którą tworzą stała się właśnie zabytkiem decyzją prof. Małgorzaty Dajnowicz, podlaskiej konserwator zabytków.

Aleja powstała w okresie międzywojennym i zasadzona była jako element założenia gospodarstwa rolnego rodziny Szyryńskich, która w sposób wyjątkowy zapisała się w dziejach naszego regionu. Gospodarstwo rodziny Szyryńskich w Posejnelach miało istotny wpływ na okoliczną kulturę rolną. Właściciele byli zaangażowani w edukację i rozwój kulturalny regionu. Podczas wojny dawali schronienie walczącym o niepodległość, wykazując się niezwykłym patriotyzmem i poświęceniem.

W skład alei wchodzą przede wszystkim lipy, ale także kasztanowce, dęby, klony zwyczajne i jawor. Najstarszy z dębów został oszacowany na ok. 120 lat, zaś pięć najstarszych lip na około 100 lat. Drzewa te tworzą „szkielet” alei, wypełniony młodszymi nasadzeniami: prawie trzydzieści z nich, przede wszystkim lipy, liczy od 50 do 70 lat.

Aleja w Posejnelach przejawia przede wszystkim wartości krajobrazowe i przyrodnicze. Dwa szpalery drzew liściastych tworzą charakterystyczne dla minionych epok wnętrze krajobrazowe, a następnie płynnie przechodzą w kompleks leśny. Aleja posiada również wartości historyczne o znaczeniu lokalnym, ze względu na zasłużoną dla regionu rodzinę Szyryńskich –  tłumaczy decyzję prof. Dajnowicz. Aleja wpisuje się również w krajobraz doliny rzeki Marycha.

fot. Muzeum Podlaskie w Białymstoku

Białostoczanie w ramach protestu używali nafty. Tak zmusili elektrownię do obniżek cen!

Białystok na początku XX wieku, od kilkudziesięciu lat był już prężnie rozwijającym się miastem dzięki kolei. W 1908 roku dodatkowym czynnikiem pobudzającym było zniesienie przez Cesarstwo Rosyjskie (pod którego zaborem była Polska) poddaństwa chłopów. W praktyce oznaczało to, że mogli oni migrować. Wielu z nich mieszkając w okolicy, wybrało Białystok. Przemysł ruszył z kopyta, bo liczba firm produkujących w mieście szła w setki. Samych zajmujących się włókiennictwem było 300.

We wspomnianym 1908 roku została zawarta umowa pomiędzy Białymstokiem a Niemieckim Towarzystwem Przedsiębiorstw Elektrycznych w Berlinie. Na jej mocy towarzystwo zobowiązało się do zbudowania w mieście elektrowni. W zamian Białystok nie mógł zbudować takiego budynku samodzielnie lub pozwolić komuś jeszcze na taką inwestycję. Wszystko przez 50 lat. Potem elektrownia miała przejść na własność miasta. 13 maja 1913 roku, przy ul. Elektrycznej 13 powstała pierwsza elektrownia w mieście.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego, korzystając z monopolu firma podnosiła mieszkańcom ceny energii przy każdej możliwej okazji. Prowadziło to do sporów. Wielcy odbiorcy przemysłowi, jak warsztaty kolejowe w Łapach płaciły 15,5 gr, magistrat za oświetlenie ulic 61 gr, odbiorcy przemysłowi w Białymstoku po 77 gr, a prywatni 88 gr za 1 kWh. Takie ceny dla odbiorców prywatnych, podczas gdy w Krakowie cena wynosiła 55 gr, a w Warszawie 73 gr powodowały wielkie niezadowolenie odbiorców. Prowadziło to do ciągłych sporów z magistratem i mieszkańcami. Miasto groziło wypowiedzeniem umowy i skierowało sprawę do sądu.

W latach 1930-33 wybuchały strajki elektryczne w czasie których rezygnowano z korzystania z energii elektrycznej. W takiej sytuacji powołany został Ogólnozwiązkowy Komitet do Walki o Tańsze Światło Elektryczne, który ogłosił 7 i 8 września 1932 roku dniami strajku ostrzegawczego. Drobni sklepikarze, a także różne inne firmy, które najbardziej korzystały z prądu najpierw każdego dnia strajku całkowicie wyłączali prąd. 22 stycznia 1933 roku został rozpoczęty bezterminowy strajk elektryczny. Protest objął również Wasilków i Łapy. Przez 2 miesiące protestujący mieszkańcy nie używali prądu! Doprowadziło to do powstania strat w elektrowni sięgających 150 tys. zł.

Białostoczanie używali nafty, a strajk przyniósł im korzyść. Monopolista został zmuszony do spełnienia żądań i obniżek cen. Porozumienie osiągnięto 12 maja 1933 r. Umowa elektrowni z miastem nie dotrwała do końca. II wojna światowa zniszczyła biznes. Ostatecznie w 1944 roku elektrownię upaństwowiono. Dziś jest to siedziba Galerii Arsenał.

Featured Video Play Icon

Podlaska wieś, która była miastem. Powinna być nim znowu!

Gmina Sokoły, której najważniejszą wsią są XIV-wieczne Sokoły leży pomiędzy Łapami a Wysokiem Mazowieckiem. Najbardziej znanym miejscem w gminie jest jednak wieś Waniewo, która to odwiedzana jest ze względu na drewnianą kładkę prowadzącą przez rozlewiska Narwi do wsi Śliwno. Co ciekawe – Sokoły powinny być w zasadzie miastem.

Wieś status ten utraciła w 1950 roku razem z innymi podlaskimi miejscowościami: Dąbrową Białostocką, Kleszczelami, Krynki, Suchowolą i Tykocinem. Wszystkie te miasta odzyskały prawa miejskie oprócz Sokołów. Dawniej obowiązywała zasada, że miejscowość, która liczy więcej niż 2000 mieszkańców może zostać miastem. Dzięki przekroczeniu tej liczby Krynki w 2009 stały się ponownie miastem, zaś po raz pierwszy prawa miejskie wtedy otrzymało Michałowo. Tymczasem wspomniane Sokoły mają mieszkańców 1500. Cała gmina liczy zaś 6000 osób. Teoretycznie nie może być jeszcze miastem, ale warto dodać, że obecnie najmniejszym miastem w Polsce jest świętokrzyski Opatowiec liczący zaledwie 336 osób. Chcieli tego sami mieszkańcy. Dodajmy też, że próg 2000 mieszkańców nie jest już przestrzegany (ani zapisany jako prawo). Podlaskie Kleszczele dwóch tysięcy nie mają, zaś jednym z najmniejszych miast w Polsce jest Suraż, który nie ma nawet 1000 mieszkańców.

Dość o liczbach, skupmy się na Sokołach. Miejscowość powstała w okolicach 1446 roku i została założona przez braci Sokołów. W 1471 roku czterech braci, już nie Sokołów, a Sokołowskich herbu Gozdawa, dziedziców z Sokół i Kruszewa wraz z Janem Kruszewskim z Kruszewa ufundowali kościół. W 1676 roku połowa wsi należała do Sokołowskich, druga do Kruszewskich. Pod koniec XVIII wieku nadal własność osady była podzielona na połowę. Jedna należała do kościoła, druga do Marianny Markowskiej z Kruszewskich. To dzięki niej w 1827 roku – Sokoły stały się miastem. Utraciły swoje prawa za karę po powstaniu styczniowym. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Sokoły od 1919 roku ponownie były miastem.

Podczas II wojny światowej miasto zostało potraktowane przez Niemców podobnie jak inne polskie grody. Spalono je i zniszczono. Utworzono też getto, do którego spędzono Żydów, a następnie wywieziono do podwarszawskiej Treblinki, gdzie znajdował się niemiecki, nazistowski obóz zagłady. Życie tam straciło około 900 mieszkańców Sokół.

Należy także wspomnieć o haniebnej, powojennej historii, jaka została nieco przemilczana. W jednym z żydowskich domów, 17 lutego 1945 świętowano powrót bliskich z obozu zagłady. Zapowiadał się wspaniały wieczór. Grano w karty, przygotowywano posiłek. W pewnym momencie do domu wtargnął wąsaty mężczyzna z karabinem w żołnierskim mundurze. Należał on do polskiego podziemia. Tamtego wieczoru zamordował on 7 osób – w tym czteroletnie dziecko oraz dwie osoby, które przeżyły holocaust. Tablica upamiętniająca tamto wydarzenie znajduje się w… Warszawie.

Należy też wspomnieć o pozytywnych rzeczach. W pobliskim Krzyżewie Stefania Karpowicz stworzyła szkołę rolniczą dla synów średnich i zamożniejszych rolników. Chciała, aby placówka przygotowywała ich do samodzielnej i nowoczesnej pracy we własnych gospodarstwach. Warto dodać, że kobieta mogła być, kim tylko zapragnęła i brylować w świecie. Wybrała skromne życie, które w pełni oddała drugiemu człowiekowi.

Kobieta-instytucja z Podlasia. Stworzyła tu dzieło, które przetrwało zabory, wojny i komunizm.

Gmina Sokoły oprócz wspomnianej kładki w Waniewie (która aktualnie jest w fatalnym stanie technicznym i czeka od lat na remont) ma również inne atrakcje warte zwiedzania. Oczywiście jest to cały Narwiański Park Narodowy, gdzie można na przykład wypożyczyć łódkę-pychówkę, którą zwiedzimy „polską Amazonkę” z poziomu tafli wody. Nie brakuje tu różnorodnych roślin czy gatunków ptaków. W samych Sokołach jest wspomniany 55-metrowy kościół, który został wybudowany w czasie od 1906 do 1912 roku, w stylu neogotyckim. Jest też plac do rekreacji dla młodzieży.

Do Sokół można dojechać samochodem. Pociąg zatrzymuje się w pobliskich Łapach i Raciborach. Jeżeli chcielibyśmy zwiedzić okolicę rowerem, to właśnie w tych miejscowościach powinniśmy wysiąść.

Featured Video Play Icon

Miasto na skraju Puszczy. Tak kiedyś wyglądała Hajnówka.

Hajnówka to dość młode miasto. Uzyskała prawa miejskie dopiero w 1950 roku. Wcześniej mimo, że zamieszkiwana była przez 15 000 osób, to rządził nią… sołtys. Historia miasta związana jest oczywiście z przemysłem leśnym. Cóż mogłoby lepiej funkcjonować tam, gdzie jest Puszcza? Patrząc na ten rejon dziś widzimy go zupełnie inaczej. Hajnówka staje się miejscem turystycznym, gdzie ludzie przyjeżdżają oddychać świeżym powietrzem, obejrzeć żubry, przejechać się kolejką wąskotorową. Wycinka w lesie wzbudza zaś protesty. Pojawiają się też głosy, by cała Puszcza Białowieska była parkiem narodowym.

Dawniej patrzono na Hajnówkę inaczej. Po 1950 roku, gdy zyskała prawa miejskie zaczęto intensywnie budować domy. Wszystko co stare zostało rozbierane i zastępowane nowym. Z filmu można dowiedzieć się także co nieco o młodzieży. Tej podobno w mieście nie brakowało, zaś weekendy spędzali podobnie jak dzisiejsza młodzież – na potańcówkach. Nie brakowało tez domów kultury. Gorzej było z opieką lekarską. Przyjmowano pacjentów po trzech do jednego pokoju! Dzisiaj to nie do pomyślenia.

Featured Video Play Icon

Wyjątkowy film historyczny! Tak wyglądały dawniej Suwałki. Zobacz miasto w 1937.

Nie tylko aktualne podróże są ważne, ale te sentymentalne i historyczne również. Jak można bowiem zwiedzać miasto nie znając jego przeszłości? Patrzeć na ludzi, budynki i całe otoczenie bez żadnego kontekstu? Wówczas patrzymy wyłącznie na kształty, a nie coś w czym kryje się czas, który minął. Dlatego ważne jest oglądanie starych filmów i zdjęć. Dla jednych się z czymś już kojarzą, a u innych wywołują wspomnienia, a jeszcze inni mają jakieś dalsze wyobrażenia.

Warto podkreślić, że film jest pewną rekonstrukcją cyfrową – stąd są pewne zniekształcenia. Nie powinny one jednak przysłonić najważniejszego. Suwałki na dawnym filmie wyglądają cudownie. Mnóstwo ludzi, uśmiechnięte twarze, gwar. Nikt wówczas nie spodziewał się najgorszego czyli tego co wydarzyło się po 2 latach.

Po takim „zwiedzaniu” warto wybrać się do Suwałk obecnych. Wtedy można dostrzec jak bardzo się zmieniły.

Featured Video Play Icon

Cerkiew w Puchłach to wyjątkowe miejsce na mapie Podlasia. Zaczęło się od cudownego uzdrowienia.

Kraina Otwartych Okiennic to hasło, na które wiele osób reaguje bardzo ciepło. Takie miejscowości jak Trześcianka, Soce czy Puchły odwiedziło w ostatnich latach mnóstwo osób z Polski i zagranicy. Drewniane domki i kolorowe cerkwie to połączenie wręcz magiczne. Tym razem chcemy skupić się na samej miejscowości Puchły. Ostatnio w tamtejszej cerkwi odbył się Koncert Muzyki Cerkiewnej z okazji 110 rocznicy osiedlenia się Dykałowiczów w Puchłach. Z tej okazji chcielibyśmy przybliżyć Wam historii wsi, a przy okazji obejrzyjcie i wysłuchajcie przepiękny koncert (od 24 minuty).

Cudowne uzdrowienie

Historia wsi zaczyna się od drzewa, w którym miała objawić się Matka Boża jednemu z okolicznych mieszkańców w XV wieku. Chory zaczął się modlić pod lipą o zdrowie. Nie dość, że ujrzał on bożą rodzicielkę, to jeszcze obrzęk nóg zniknął. Drzewo przy której miało mieć miejsce objawienie do dziś stoi przy cerkwi. Świątynia jest najważniejszym miejscem w Puchłach. Tak też było w przeszłości.

Zacznijmy jednak od początku. W roku 1561 istniał tu dwór. Syn wójta z Trościanicy (Trześcisanki) nazywał się Tomasz Puchłowicz. Prawdopodobnie dobra pochodzą od jego nazwiska. Jeżeli nie od opuchlizny modlącego się. A może modlił się sam Puchłowicz? Trudno powiedzieć, bo o wsi krąży wiele legend. Jedna z nich mówi, że dziedzic był złym człowiekiem i kazał ludziom zmienić wiarę na grekokatolicką. Prawosławni mieszkańcy jednak modlili się o pomoc Matki Bożej. Gdy dziedzic zmarł, to po jego śmierci zaczął się pojawiać na rozstajach dróg. Ludzie dalej się modlili, by zjawa przestała się im pokazywać. Poskutkowało.

Niezależnie która wersja jest prawdziwa, to do cerkwi, gdzie miało miejsce uzdrowienie zaczęły przyjeżdżać liczne pielgrzymki z intencją uzdrowienia dla siebie lub chorych bliskich. Przypomnijmy też, że na Podlasiu w 1710, 1830 i 1855 roku miały miejsce epidemie dżumy i cholery. Wówczas też odnotowano liczne uzdrowienia, które przypisywano świętemu miejscu. Na pamiątkę cudownego uzdrowienia powstała ikona.

Cerkiew powstawała wiele razy

W 1754 roku przez wieś miał przejść huragan, który uszkodził starą cerkiew. Ówczesny właściciel wsi, pułkownik Józef Wilczewski ufundował nową, która powstała w 1756 roku. Spłonęła ona w 1771 roku, a wraz z nią prawdopodobnie ikona, od której zaczęła się historia wsi. Kolejna świątynia powstała w 1798 roku. Była to niewielka kaplica, którą przeniesiono z uroczyska spod Ryboł. Obecna cerkiew to budynek wzniesiony w latach 1913-1918. Świątynia jest z drewna, wzniesiona na planie krzyża, przepięknie ozdobiona i położona pośród drzew. Niesamowite jest także wnętrze świątyni. Można było je podziwiać między innymi w filmie „My name is Sara”. Cerkiew ma zapierający dech w piersiach ikonostas oraz niezwykłe, aczkolwiek proste polichromie. Warto też wspomnieć o dzwonnicy, do której wejście poprzedzone jest gankami.

W cerkwi dalej można czcić Ikonę Opieki Matki Bożej. Mimo, że oryginalna spłonęła toteż obecna powstała po 1781 roku. Warto na koniec wspomnieć o Dykałowiczach. Puchły były wsią prywatną zaś Dykałowicze ostatnimi jej właścicielami. Zostali oni wywłaszczeni przez komunistyczne władze.

Featured Video Play Icon

To miejsce na Podlasiu powinien zobaczyć każdy, kto kocha koleje

Choć istnieje dopiero od 2017 roku, to naprawdę ma czym się pochwalić. Mowa o Muzeum Kolejnictwa w Czeremsze. Każdy, kto zawita do tego miasta koniecznie powinien tam się wybrać. Zacznijmy od tego, że Muzeum prowadzone jest przez miłośników kolei w formie stowarzyszenia. Jest to oddolna inicjatywa, która cały czas się rozwija. Eksponaty można oglądać przy ul. 1 Maja 92. Do instytucji prowadzi piekna, zdobiona drewniana brama.

Najciekawszymi eksponatami są oczywiście dawne lokomotywy i wagony. Między innymi parowóz TP4-148 oraz szynobus SU81. Ponadto można zobaczyć jak wyglądał żuraw, którym podawano wodę do parowozów czy też zabytkowe wagony.

Warto też dodać, że Czeremcha ma kolejowe tradycje. Stacja kolejowa obecnie cieszy się nowym budynkiem, który oddano w 2020 roku. Od początku XX wieku przez miasto przebiega węzeł kolejowy łączący Białystok z Brześciem. W jego ramach zbudowane zostały: pierwszy budynek dworca, parowozownia, budynek mieszkalny, wieża ciśnień oraz stacja pomp. 2 września 1939 roku węzeł został zbombardowany przez Niemców. W 1944 roku parowozownia została zniszczona przez partyzantów. Okupanci próbowali go remontować, ale nie prace nie zostały ukończone. 28 lipca 1944 ponownie wysadzono węzeł. Parowozy z Czeremchy ostatecznie zniknęły 1978 roku. Wtedy zakończona została rozbudowa lokomotywowni i przejście na pojazdy spalinowe.

Choć Muzeum jest jeszcze „młode”, to trzymamy mocno kciuki za jego rozwój. W kraju jest mnóstwo miłośników kolei. Przykładowo z Poznania do Wolsztyna jeździ jako atrakcja turystyczna parowóz. Ludzie wykupują bilety w jeden moment. Na Podlasiu aktywnie działają przejażdżki kolejką wąskotorową niedaleko Czeremchy – w Hajnówce. W Białowieży natomiast zainteresowaniem cieszy się stacja Białowieża Towarowa, gdzie również można podziwiać dawne maszyny kolejowe.

W miarę rozwoju Muzeum w Czeremsze, być może przybędzie w przyszłości jeszcze więcej eksponatów oraz będą organizowane różne interesujące kolejowe wydarzenia. Trzymamy kciuki za Stowarzyszenie Przyjazdy Transport ażeby tak się stało.

Featured Video Play Icon

Ruiny w Mieruniszkach. To był kiedyś kościół ewangelicki i sortownia poczty.

Suwalszczyzna to nie tylko pozostałości i legendy po Jaćwingach. Dawniej były to także Prusy Wschodnie z odrębną od polskiej kulturą, a także architekturą, językiem i wszystkim innym. Po zawirowaniach historycznych dziś to tereny należące do Rzeczypospolitej. Po poprzednikach jednak coś pozostało. Choćby ruiny kościoła ewangelickiego w Miruniszkach na granicy województwa podlaskiego i warmińsko-mazurskiego.

Mieruniszki dawniej były położone w państwie krzyżackim na granicy z Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Nazwa wsi wymieniana była już w traktatach pomiędzy Krzyżakami a Jagiełłą w 1422 roku. O istnieniu kościoła ewangelickiego wiemy natomiast z dokumentów z 1545 roku. Wiadomo też, że został zniszczony przez Tatarów w 1656 roku i odbudowany w 1710 roku. Obecne ruiny natomiast to właśnie budynek z 1710 roku, który został rozbudowany w 1760 roku. Podczas I wojny światowej służył jako sortownia poczty, natomiast budynek zniszczono podczas II wojny światowej. Od tamtego czasu nikt już go nie odbudowywał i tak sobie stoi. Od 1992 roku jest rękach katolickiej Kurii Biskupiej w Olsztynie.

Dawna świątynia to kościół gotycki z nawiązaniem do niderlandzkiego klasycyzmu. W skład budynku wchodzi kwadratowa wieża, która jest najlepiej zachowana ze wszystkiego. Obiekt jest murowany z cegły i kamienia. Co ciekawe został otynkowany. Warto podkreślić, że ruiny są dostępne dla zwiedzających i znajdują się na drodze z Suwałk do Gołdapi. W pobliżu znajduje się także jezioro Mieruńskie.

Podczas zaborów świątynia została okrzyknięta najpiękniejszą w całej guberni

Cerkiew św. Mikołaja w Białowieży w czasach zaborów została nazwana „najpiękniejszą w całej guberni grodzieńskiej”. Imperator Aleksander III postanowił ją zafundować, lecz sam efektów końcowych nie doczekał. Był to wiek XIX. I choć na szczęście czasy zaborów i carów już minęły, toteż piękno cerkwi nie przeminęło, a w szczególności detal z cegły. Ale nie tylko to można podziwiać. Cerkiew w środku ma wyjątkowy ikonostas, który trafił tu z Petersburga.

W tym miejscu istniała wcześniej cerkiew drewniana z XVIII wieku. Była to świątynia unicka (grekokatolicka). Kolejny drewniany obiekt datowano na 1853 rok już jako cerkiew prawosławna. Kolejny – murowany obiekt był wznoszony już w 1889 roku razem z rezydencją myśliwską. Rok wcześniej Puszcza stała się prywatną własnością cara Aleksandra III.

W 1895 roku wyświęcono obiekt, a ostatecznie wykończono w 1897 roku. W 1907 roku świątynia miała elektryczne oświetlenie. Później wybuchła I wojna światowa, która na szczęście ominęła cerkiew. Niestety podczas II wojny światowej, już 1 września 1939 roku jedna z niemieckich bomb spadła na świątynię, co uszkodziło ikonostas. W latach powojennych cerkiew była odwiedzana przez najwyższych dostojników prawosławnych z Polski i ze świata.

Cerkiew znajduje się w centrum Białowieży na wzniesieniu przy ul. gen. Waszkiewicza.

fot. Podlaski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków

Podlaskie ma nowy zabytek. To wyjątkowy kościół w Przytułach.

Bardzo znany architekt Stanisław Bukowski, autor większości budynków w centrum Białegostoku także zaprojektował kościół w Przytułach, który właśnie stał się zabytkowy. Kościół parafialny p.w. Św. Krzyża w Przytułach, wpisuje się do rejestru zabytków nieruchomych województwa podlaskiego w szczególności ze względu na wartości historyczne: osobę projektanta – arch. inż. Stanisława Bukowskiego i zachowane wartości artystyczne zawarte w bryle budynku i dyspozycji elewacji, potwierdzone autentycznością substancji, funkcji i formy – poinformowała prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz, podlaska konserwator zabytków.

Kościół w Przytułach powstał w latach 1950 – 1960 roku. Jest to dość „młody” budynek. Jednak jego unikalność sprawiła, że już jest zabytkowy. Rzadko kiedy można napotkać w Polsce budynek wykonany z łamanego kamienia i cegły. Nawiązuje on do trochę do stylu romańskiego, ale trudno tu jednoznacznie przesądzić, bo znajdziemy też elementy gotyku. Dominującym elementem dekoracyjnym kościoła w Przytułach jest „motyw schodkowy” zastosowany w szczytach, blendach, zwieńczeniu portalu, naczółkach trójbocznie zamkniętych otworów okiennych.

Kościół stanowi cenny w skali regionu i kraju modernistyczny obiekt sakralny. Ponadto użyty materiał oraz usytuowanie kościoła na wysokim wzgórzu nadaje świątyni walor malowniczości. Nie miałam żadnych wątpliwości, iż kościół p.w. Św. Krzyża w Przytułach powinien znaleźć się w rejestrze zabytków województwa podlaskiego – informuje prof. dr hab. Małgorzata Dajnowicz. My również wątpliwości nie mamy, że taki okazały budynek zasługuje już teraz na miano zabytku.