Podlaskie samorządy znalazły sobie nowego przeciwnika. Nie jest nim wyludnianie się miejscowości ani żaden z problemów, których rozwiązanie wymagałoby wieloletniej pracy. Tym razem przeciwnikiem jest wilk. Zwierzę, które od tysięcy lat robi dokładnie to samo – poluje, przemieszcza się, poszukuje pożywienia i wychowuje młode. Problem polega na tym, że wilk nie czyta komunikatów urzędowych, nie zna granic administracyjnych i nie rozumie, że pojawienie się w pobliżu ludzkich zabudowań może wywołać polityczną burzę. Za to samorządowcy doskonale rozumieją, jak wykorzystać strach mieszkańców. Wystarczy kilka doniesień o zagryzionych zwierzętach, trochę emocji w internecie i już można wystąpić w roli obrońcy lokalnej społeczności przed krwiożerczą bestią. Najpierw podobne przedstawienie oglądaliśmy w Wasilkowie. Teraz do akcji coraz zdecydowaniej wkracza Gmina Sokółka.
15 października Urząd Miejski w Sokółce opublikował apel do mieszkańców, wzywając do zgłaszania ataków wilków oraz wszelkich niepokojących zdarzeń z ich udziałem. Samo dokumentowanie rzeczywistych zagrożeń jest zadaniem samorządu. Z komunikatu dowiadujemy się, że zgromadzone materiały mogą posłużyć do wystąpienia do Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska o zezwolenie na odstrzał wilków. Gmina informuje również, że posiada już zezwolenia na ich płoszenie i zaprasza zainteresowanych mieszkańców do wpisywania się na listę osób uprawnionych do takich działań. Innymi słowy, urzędnicy organizują zbieranie dokumentacji, z której może powstać wniosek o zabicie chronionego zwierzęcia. Wszystko oczywiście pod szlachetnym hasłem bezpieczeństwa mieszkańców.
Partnerzy portalu:
Co ciekawe, to nie pierwsza taka inicjatywa. Już 4 lutego 2026 roku burmistrz Sokółki informował, że wystąpił do RDOŚ o zgodę na płoszenie i odłowienie wilków, a do GDOŚ o odstrzał wilka. Tymczasem tego samego dnia Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku opublikowała komunikat, w którym wyjaśniała, że zaobserwowany w Sokółce osobnik był w dobrej kondycji i nie wykazywał agresji ani objawów choroby. Powołano się przy tym na opinię profesor Sabiny Pierużek-Nowak, badaczki wilków z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem. RDOŚ przypomniała, że pojawianie się wilków w pobliżu zabudowań nie jest niczym nadzwyczajnym. Zwróciła też uwagę na sensacyjne doniesienia medialne, które niepotrzebnie wywołują strach. Trudno o bardziej wymowny kontrast: samorząd już występuje o odstrzał, a przyrodnicy tłumaczą, że samo pojawienie się wilka w mieście nie oznacza zagrożenia.
Podobny mechanizm mogliśmy obserwować w gminie Wasilków. W sierpniu rozpoczęto tam płoszenie wilka pojawiającego się w okolicach Dąbrówek i Studzianek. We wrześniu przeprowadzono kolejną akcję. Burmistrz Adrian Łuckiewicz tłumaczył, że chodzi o bezpieczeństwo ludzi oraz ich zwierząt, wyrażając nadzieję, że płoszenie pozwoli uniknąć odstrzału. Warto jednak zauważyć, że samo pojawienie się wilka w pobliżu miejscowości nie jest jeszcze dowodem jego niebezpiecznego zachowania. Podobnie jak upolowanie psa czy innego zwierzęcia nie dowodzi, że mamy do czynienia z osobnikiem agresywnym wobec ludzi. Drapieżnik polujący na łatwo dostępną zdobycz nie łamie żadnych zasad natury. To człowiek powinien rozumieć, że pozostawienie zwierzęcia bez odpowiedniego zabezpieczenia na terenie występowania dużych drapieżników wiąże się z ryzykiem.
I tutaj dochodzimy do największego absurdu całej sytuacji. Dlaczego w publicznej dyskusji tak często odpowiedzialność za bezpieczeństwo zwierząt domowych i gospodarskich próbuje się przerzucać z ich właścicieli na dzikie zwierzęta? Jeżeli ktoś mieszka na obrzeżach lasu, powinien liczyć się z obecnością jego mieszkańców. Pies pozostawiony bez opieki, otwarta zagroda, niezabezpieczony inwentarz czy resztki jedzenia przyciągające drapieżniki to nie są problemy, które można rozwiązać, eliminując kolejne wilki. Zamiast każdą tragedię przedstawiać jako dowód konieczności walki z wilkiem, należałoby najpierw ustalić, w jakich okolicznościach doszło do zdarzenia i czy można było mu zapobiec.
Co szczególnie istotne, o takim problemie mówi sama Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku. W lutowym komunikacie wskazała, że mieszkańcy puszczańskich miejscowości niejednokrotnie sami zachęcają wilki do odwiedzania posesji, pozostawiając otwarte bramy i niezabezpieczone zwierzęta. To bardzo ważne spostrzeżenie, które powinno stać się podstawą lokalnej edukacji. Zamiast tego znacznie łatwiej zorganizować kolejną akcję płoszenia, opublikować alarmujący komunikat i zapewnić mieszkańców, że władza trzyma rękę na pulsie. Bo przecież znacznie trudniej powiedzieć własnemu wyborcy, że powinien lepiej zabezpieczać swoje zwierzęta, niż obiecać mu interwencję przeciwko wilkowi.
Na szczęście pomiędzy politycznymi emocjami a możliwością zabicia wilka istnieje jeszcze prawo i instytucje ochrony przyrody. Wilk jest w Polsce gatunkiem objętym ścisłą ochroną od 1998 roku. Nie jest to przypadkowy zapis ani urzędniczy kaprys. To efekt wiedzy o znaczeniu dużych drapieżników dla funkcjonowania ekosystemów i potrzeby odbudowy ich populacji po dziesięcioleciach prześladowań. Wilki regulują liczebność dzikich zwierząt kopytnych (konkurują o to z myśliwymi), wpływają na relacje między gatunkami i są ważnym elementem naturalnych procesów zachodzących w lasach. Ich obecność przynosi również korzyści gospodarce leśnej i rolnictwu, między innymi poprzez ograniczanie presji jeleniowatych na uprawy i odnowienia lasu. Tego wszystkiego nie da się sprowadzić do historii o zagryzionym psie. Ale od razu widać jakiej grupie społecznej zależy najbardziej na straszeniu wilkiem. Oczywiście myśliwym. Nie brakuje takich, którzy jeżdżą na Białoruś, gdzie jak na safari – legalnie zabijają wilki. Chcieliby to robić również w Polsce.
Ale przepisy przewidują określoną kolejność postępowania. Zezwolenie na umyślne płoszenie wilków wydaje co do zasady Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska, a na ich zabicie – Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska. Wnioski muszą być odpowiednio uzasadnione i udokumentowane. Najpierw rozważa się metody nieletalne, w tym odstraszanie lub odłów, a eliminacja konkretnego osobnika jest rozwiązaniem wyjątkowym, wymagającym spełnienia przesłanek ustawowych. Nie oznacza to, że rzeczywiście niebezpieczny wilk jest nietykalny. Oznacza natomiast, że samorządowa presja, liczba oburzonych komentarzy i strach mieszkańców nie mogą zastępować dowodów. I bardzo dobrze, że organy ochrony środowiska potrafią publicznie przeciwstawiać się nagonce, zamiast automatycznie przyjmować narrację lokalnych polityków.
Warto przy tym przypomnieć, że pod koniec września sama Sokółka potrafiła wydać rozsądny komunikat, w którym przypominała o konieczności zabezpieczania zwierząt, zamykania bram i niepozostawiania pożywienia na zewnątrz. Tym bardziej zastanawia, dlaczego w październiku tak mocno wyeksponowano już zbieranie materiałów mogących posłużyć do uzyskania zgody na odstrzał. Z perspektywy przyrody jest to niebezpieczny kierunek. Skoro wilk pojawia się w okolicy, najpierw należy przygotować mieszkańców do odpowiedzialnego sąsiedztwa z nim, a nie budować przekonanie, że rozwiązaniem konfliktu może być usunięcie zwierzęcia.
W tym właśnie objawia się słabość lokalnej polityki. Samorządowiec teoretycznie powinien być człowiekiem, który potrafi mieszkańcom wyjaśniać trudne sprawy, nawet wtedy, gdy prawda jest niewygodna. W praktyce znacznie łatwiej stanąć na czele społecznego oburzenia. Jeżeli mieszkańcy boją się wilków, polityk może zaproponować walkę z wilkami. Jeżeli mieszkańcy domagają się odstrzału, polityk może wystąpić o odstrzał. A jeżeli przyrodnicy odmówią, zawsze można rozłożyć ręce i powiedzieć, że samorząd chciał pomóc, ale przepisy nie pozwalają. To niezwykle wygodny układ. Emocje przekładają się na polityczną aktywność, a odpowiedzialność za trudną decyzję spada na kogoś innego.
Nie oznacza to, że mieszkańcy powinni ignorować rzeczywiście niebezpieczne zachowania wilków. Przeciwnie. Osobnik wykazujący agresję, utratę naturalnej płochliwości czy inne niepokojące zachowania wymaga fachowej oceny i odpowiedniej reakcji. Tak samo rzeczywiste szkody w gospodarstwach trzeba dokumentować, a poszkodowanym umożliwiać korzystanie z przewidzianego prawem systemu odszkodowań. Ale czym innym jest reagowanie na konkretne zagrożenia, a czym innym tworzenie atmosfery, w której każdy wilk staje się podejrzanym tylko dlatego, że został zauważony w pobliżu ludzkich domów.
Podlasie lubi przedstawiać się jako region wyjątkowej przyrody. Chwalimy się Puszczą Białowieską, rozległymi lasami, parkami narodowymi i dzikimi krajobrazami. Na tych walorach budujemy turystykę, promocję regionu i własną tożsamość. Ale kiedy ta sama przyroda wychodzi poza granice folderu reklamowego i zaczyna funkcjonować zgodnie ze swoimi prawami, nagle okazuje się, że nie wszystkim to odpowiada. Chcielibyśmy dzikiej natury, pod warunkiem że pozostanie daleko od naszych posesji, nie będzie polować na nasze zwierzęta i nie zakłóci nam wygodnego życia. Tylko że dzika przyroda nie jest dekoracją przygotowaną na potrzeby turystów. Nie można jej włączać i wyłączać według własnych oczekiwań.
Wilk nie potrzebuje samorządowego pozwolenia, żeby być wilkiem. Nie musi przepraszać za polowanie, nie musi tłumaczyć się z obecności w lesie i nie ma obowiązku znać granic cudzych nieruchomości. Za to od ludzi, a szczególnie od osób sprawujących władzę, można wymagać odrobiny wiedzy, odpowiedzialności i odwagi w tłumaczeniu rzeczywistości. Zamiast nakręcać spiralę niechęci do chronionego drapieżnika, samorządowcy powinni uczyć mieszkańców, jak z nim bezpiecznie współistnieć.
Bo największym problemem podlaskiej przyrody nie jest dziś wilk, który robi to, do czego stworzyła go natura. Znacznie większym problemem jest człowiek, który od natury wymaga posłuszeństwa, a kiedy go nie dostaje, biegnie po pomoc do polityka. Ten zaś, zamiast wyjaśnić mu, jak działa przyroda, z ochotą przyłącza się do polowania. Tyle że nie na wilka. Na społeczne emocje i polityczne korzyści.



