Czy Białoruś zabiera wodę Narwi, a nie Siemianówka?
Tak wygląda rzeka Narew tuż przy granicy polsko-białoruskiej, jeszcze przed zalewem Siemianówka.

Czy Białoruś zabiera wodę Narwi, a nie Siemianówka?

Za każdym razem, gdy publikujemy tekst dotyczący konieczności zmniejszenia Siemianówki, by ratować Narew, bo brudny i zdegradowany zalew zabiera rzece wodę – pojawia się ten sam typ komentarzy. Próbujący tłumaczyć, że to nie Siemianówka jest winna, a Białoruś, która miałaby swoimi inwestycjami wpływać na poziom rzeki. Sprawdziliśmy dogłębnie rosyjskojęzyczny internet. Jakie wnioski z tego przeszukania płyną?

Narew nie zaczyna się w zbiorniku Siemianówka. Jej źródła znajdują się na Białorusi, w rejonie bagna Dzikie i Puszczy Białowieskiej. Zanim rzeka przekroczy granicę z Polską i wpłynie do zbiornika, pokonuje po białoruskiej stronie około 44 kilometrów. Może więc pojawić się pytanie, czy przyczyn niskiego poziomu Narwi należy szukać właśnie tam.

Dostępne materiały nie dają jednak nawet cienia podstaw do takiego wniosku. Przeciwnie, w białoruskich opracowaniach przyrodniczych Narew jest opisywana jako rzeka, która spośród cieków Puszczy Białowieskiej ucierpiała wskutek melioracji stosunkowo najmniej. Bezpośrednio z jej systemem związany jest tylko jeden większy obszar melioracyjny – „Borki–Popielewo” o powierzchni około 470 hektarów – oraz pojedyncze, stare kanały w górnym biegu rzeki.

Taki system może lokalnie przyspieszać odpływ wody z gruntów i mokradeł. Nie jest jednak odpowiednikiem dużej zapory ani zbiornika retencyjnego. Nie znaleźliśmy również informacji, by na białoruskim odcinku Narwi funkcjonowała budowla pozwalająca zatrzymywać znaczne ilości wody, regulować przepływ do Polski albo przekierowywać go do innej zlewni.

Warto też uważać na częste pomieszanie Narwi z Narewką. To właśnie Narewka, będąca dopływem Narwi, została na białoruskim odcinku znacznie silniej wyprostowana, skanalizowana i zasilona wodami z rowów melioracyjnych. W ostatnich latach rozpoczęto tam nawet odtwarzanie naturalnych zakoli. Nie należy jednak przenosić informacji o silnym przekształceniu Narewki na główną rzekę Narew.

Nie oznacza to, że stan białoruskich mokradeł jest zupełnie obojętny. Narew wypływa z bagna Dzikie, dlatego osuszanie torfowisk, zarastanie kanałów, zmiany klimatyczne oraz długie okresy bez opadów mogą wpływać na ilość wody docierającej do granicy. Mokradła działają jak naturalna gąbka: zatrzymują wodę po roztopach i deszczach, a następnie stopniowo oddają ją rzece. Jeżeli tracą zdolność retencji, rzeka może gwałtowniej reagować na opady, a jednocześnie szybciej słabnąć podczas suszy. Bagno Dzikie leży jednak na dziale wodnym i zasila źródłowe obszary kilku rzek, dlatego bez dokładnych pomiarów nie można określić, jak zmienia się ilość wody trafiającej stamtąd do Narwi.

Najważniejszy wniosek z naszych poszukiwań jest więc taki: nie ma dowodów, że Białoruś zatrzymuje Narew, odbiera jej wodę albo poprzez rozległą meliorację doprowadziła do obecnego kryzysu rzeki w Polsce. Białoruski odcinek jest krótki, słabo zagospodarowany i pozbawiony dużych obiektów regulujących przepływ. Znajdujące się tam urządzenia melioracyjne mogą mieć znaczenie lokalne, ale system „Borki–Popielewo”, obejmujący 4,7 kilometra kwadratowego, trudno uznać za wyjaśnienie problemów całej górnej Narwi.

Dlatego przyczyn niskich stanów rzeki należy szukać przede wszystkim w całym układzie: coraz słabszych zimowych roztopach, suszach, utracie naturalnej retencji, regulacji koryta oraz sposobie funkcjonowania zbiornika Siemianówka. Białoruska część zlewni może wpływać na wielkość dopływu – bo każda część zlewni ma takie znaczenie – ale dostępne informacje nie wskazują, by to właśnie działalność Białorusi była głównym źródłem problemu.

Mówiąc najprościej: Narew może już przy granicy nie być potężną rzeką, lecz nie dlatego, że Białoruś zatrzymuje jej wodę. Jest to naturalnie niewielki, źródłowy ciek wypływający z mokradeł. Poważne przekształcenie jej rytmu następuje dopiero dalej, gdy rzeka wpływa do wielkiego, sterowanego przez człowieka zbiornika Siemianówka.

Czy pole golfowe w Wasilkowie zatruje Supraśl? Jest duże ryzko.
Koncepcja wygenerowana przez Urząd Miejski w Wasilkowie

Czy pole golfowe w Wasilkowie zatruje Supraśl? Jest duże ryzko.

Pole golfowe w okolicach Białegostoku samo w sobie nie jest złym pomysłem. Może być atrakcją sportową, przyciągać gości, uzupełniać ofertę rekreacyjną aglomeracji i tworzyć przestrzeń, której dotąd w regionie brakowało. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy spojrzymy nie na samą inwestycję, lecz na miejsce wybrane do jej realizacji. Pełnowymiarowe pole ma powstać na prawie stu hektarach w Nowodworcach, na terenie gminy Wasilków. Projekt znajduje się dopiero na etapie przygotowywania planu zagospodarowania przestrzennego, dlatego nie znamy jeszcze szczegółów dotyczących nawadniania, odwodnienia, nawożenia ani zabezpieczenia wód.

Nie ma więc podstaw, aby już dziś twierdzić, że pole golfowe zatruje Supraśl albo zagrozi wodzie pitnej mieszkańców. Takie stwierdzenie byłoby przedwczesne. Jest jednak wystarczająco dużo powodów, aby zapytać, czy samorządy nie wybierają lokalizacji, w której margines błędu jest wyjątkowo mały.

Zielony trawnik nie powstaje sam

Teren przeznaczony pod inwestycję to dziś przede wszystkim łąki, nieużytki, podmokłe obniżenia i grunty porośnięte naturalną roślinnością. Dla kogoś patrzącego z daleka mogą to być po prostu chwasty i niewykorzystana ziemia. Z punktu widzenia gospodarki wodnej taki obszar pełni jednak ważną funkcję. Podmokłe łąki zatrzymują wodę po opadach, spowalniają jej odpływ i pozwalają jej stopniowo wsiąkać w grunt. Nie wymagają regularnego koszenia do wysokości kilku milimetrów, intensywnego nawadniania ani pielęgnacji koniecznej do utrzymania murawy sportowej.

Pole golfowe wygląda naturalnie, ponieważ dominuje na nim zieleń. W rzeczywistości jego najbardziej reprezentacyjne fragmenty są precyzyjnie zaprojektowanym i stale kontrolowanym środowiskiem. Trawa ma pozostać równa, gęsta i zielona także podczas suszy. Grunt nie może być zbyt mokry po ulewie, bo na podmokłym greenie nie da się grać. Konieczne stają się więc systemy nawadniania i odwodnienia, odpowiednie przygotowanie podłoża, regularne nawożenie oraz ochrona murawy przed chorobami i chwastami.

Nie musi to automatycznie prowadzić do skażenia rzeki. Współczesne pole można zaprojektować znacznie rozsądniej niż obiekty budowane kilkadziesiąt lat temu. Można ograniczać intensywnie pielęgnowaną powierzchnię, pozostawiać naturalne łąki pomiędzy torami, tworzyć strefy buforowe, zbierać wodę opadową i kontrolować odpływ.

Nie da się jednak uczciwie powiedzieć, że ryzyka nie ma. Szczególnie gdy inwestycja ma powstać na terenach podmokłych w sąsiedztwie rzeki.

To nie jest dowolna rzeka

Supraśl jest miejscem cennym przyrodniczo, ale jej znaczenie jest znacznie większe. Z systemem tej rzeki związane jest zaopatrzenie w wodę Wasilkowa i Białegostoku. Zakład uzdatniania Pietrasze–Wasilków wykorzystuje ujęcia powierzchniowe, infiltracyjne i podziemne bazujące na zasobach Supraśli.

Nie chodzi zatem o abstrakcyjny spór między miłośnikami golfa a obrońcami kilku mokrych łąk. Mówimy o obszarze pozostającym w sąsiedztwie jednego ze strategicznych systemów wodnych całej aglomeracji. Oczywiście woda dostarczana mieszkańcom jest badana i uzdatniana. Nie oznacza to jednak, że racjonalną polityką jest dokładanie nowych potencjalnych źródeł presji tam, gdzie można ich uniknąć. Uzdatnianie wody nie powinno zastępować ochrony miejsca, z którego jest ona pobierana.

Największe obawy budzi nie tylko możliwość spływania nawozów zawierających azot i fosfor. Równie istotna może być przebudowa stosunków wodnych. Aby na podmokłym terenie można było utrzymać murawę odpowiednią do gry, część obszaru trzeba będzie prawdopodobnie ukształtować, ustabilizować i odwodnić. Woda, która dziś zatrzymuje się na łąkach, może zostać skierowana do rowów, drenów lub zbiorników.

Dopiero szczegółowa dokumentacja pokaże, czy rzeczywiście będzie to konieczne i w jakiej skali. Właśnie dlatego nie należy dziś ogłaszać katastrofy, ale też nie wolno zadowolić się zapewnieniem, że wszystko zostanie wykonane zgodnie z przepisami.

Przepisy nie odpowiadają na najważniejsze pytanie

Samorząd zapewne zleci odpowiednie opracowania. Powstanie prognoza oddziaływania planu na środowisko, a inwestycja będzie musiała przejść wymagane procedury i uzgodnienia. Projektanci mogą zaproponować pasy ochronne, retencję, kontrolowane odwodnienie, ograniczone nawożenie oraz monitoring wód. Możliwe jest więc stworzenie pola znacznie mniej uciążliwego niż stereotypowy, intensywnie nawożony zielony dywan. Nadal pozostaje jednak podstawowe pytanie: po co podejmować takie ryzyko właśnie tutaj?

Procedura środowiskowa może odpowiedzieć, czy inwestycję da się zrealizować pod określonymi warunkami. Nie zawsze odpowie natomiast, czy z punktu widzenia mieszkańców i długoterminowej ochrony zasobów wodnych jest to najlepsza z dostępnych lokalizacji.

To zasadnicza różnica. Coś może być prawnie dopuszczalne, a jednocześnie niepotrzebnie ryzykowne. Można zaprojektować zabezpieczenia, ale każde zabezpieczenie wymaga później konserwacji, kontroli i przestrzegania zasad przez kolejne dziesięciolecia. Zmieni się zarządca pola, zmieni się burmistrz, mogą zmienić się również warunki klimatyczne. Mokre lata będą przeplatały się z suszami i gwałtownymi ulewami. Wybór odpowiedniej lokalizacji jest zabezpieczeniem znacznie skuteczniejszym niż najbardziej rozbudowana instrukcja nawożenia.

Topilec powiedział „nie”

To nie jest pierwsza próba znalezienia miejsca na pełnowymiarowe pole golfowe w pobliżu Białegostoku. Wcześniej rozważano jego budowę w okolicach Topilca, w otulinie Narwiańskiego Parku Narodowego. Mieszkańcy Topilca i okolic stanowczo sprzeciwili się inwestycji. Obawiali się utraty ziemi, wywłaszczeń, problemów dla gospodarstw oraz degradacji środowiska. Ostatecznie właściciele nie zgodzili się na sprzedaż gruntów, a samorządowcy odstąpili od realizacji pomysłu.

Wtedy część sporu dotyczyła prawa własności i sposobu prowadzenia rozmów z rolnikami. Z dzisiejszej perspektywy widać jednak, że mieszkańcy mogli mieć rację również w sprawie samej lokalizacji.

Otulina Narwiańskiego Parku Narodowego, sąsiedztwo terenów Natura 2000 i dolina jednej z najcenniejszych rzek regionu rzeczywiście nie wydają się miejscem, do którego należy na siłę wprowadzać pełnowymiarowe pole golfowe. Mieszkańcy Topilca ochronili swoją ziemię, ale być może uchronili również dolinę Narwi przed inwestycją, której oddziaływanie trudno byłoby później całkowicie cofnąć.

Po odrzuceniu Topilca pomysł nie zniknął. Przeniesiono go w okolice Wasilkowa. Problem polega na tym, że zamiast znaleźć teren wyraźnie mniej wrażliwy, ponownie wybrano obszar związany z ważną rzeką, mokradłami i ochroną zasobów wodnych.

Nie chodzi o walkę z golfem

Najłatwiej byłoby sprowadzić całą dyskusję do konfliktu między rozwojem a ekologią. Zwolennicy inwestycji mogliby przedstawiać jej krytyków jako ludzi przeciwnych każdej zmianie, każdej rekreacji i każdej większej inwestycji. Tylko że nie chodzi o zakaz budowy pola golfowego w województwie podlaskim. Nie ma powodu, by mieszkańcy regionu nie mogli korzystać z takiego obiektu. Nie ma również podstaw, by z góry zakładać, że każde pole golfowe jest katastrofą ekologiczną.

Chodzi o proporcje i odpowiedzialność

Pole golfowe jest inwestycją rekreacyjną. Supraśl, tereny podmokłe i system zaopatrzenia mieszkańców w wodę należą natomiast do zasobów podstawowych. Jeżeli te dwa interesy zaczynają ze sobą kolidować, pierwszeństwo powinno mieć bezpieczeństwo wody i zachowanie naturalnej retencji.

To inwestor i samorząd powinni przedstawić konkretne odpowiedzi. Skąd będzie pobierana woda do podlewania? Co wydarzy się podczas suszy? Dokąd trafi woda odprowadzana z murawy po gwałtownej ulewie? Ile terenu zostanie osuszone? Jakie nawozy i środki ochrony roślin będą dopuszczone? Kto będzie stale kontrolował ich stosowanie? Jak szerokie strefy naturalnej roślinności pozostaną przy ciekach i podmokłych obniżeniach? Czy monitoring rozpocznie się jeszcze przed budową, aby można było później porównać jakość wód?

A przede wszystkim: jakie inne lokalizacje zostały zbadane i dlaczego je odrzucono?

Samorząd powinien udowodnić nie tylko, że zna sposoby ograniczenia szkód. Powinien wykazać, że rozważył inne lokalizacje i że nie istnieje rozsądna alternatywa poza doliną Supraśli. Jeżeli taka alternatywa istnieje, ryzykowanie obszarem podmokłym w pobliżu strategicznego systemu wodnego trudno uznać za racjonalne.

Puszcza Białowieska wchodzi w nową epokę. Bez rewolucji, ale z końcem dotychczasowego modelu.

Puszcza Białowieska wchodzi w nową epokę. Bez rewolucji, ale z końcem dotychczasowego modelu.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska przyjęło Plan zarządzania Obiektem Światowego Dziedzictwa Białowieża Forest, który ma obowiązywać do 2051 roku. Dokument obejmuje nie tylko Białowieski Park Narodowy, ale również puszczańskie tereny zarządzane przez nadleśnictwa Białowieża, Browsk i Hajnówka. W praktyce oznacza to początek głębokiej zmiany w sposobie zarządzania Puszczą Białowieską.

Nie będzie żadnego gwałtownego przewrotu

Nadleśnictwa nie zostaną jutro zlikwidowane, leśnicy nie przestaną z dnia na dzień pracować, a minister nie przejmie bezpośrednio zarządzania każdym fragmentem lasu. Nie powstanie też jeden „dyrektor Puszczy”, który od poniedziałku będzie wydawał wszystkim polecenia. Nowy plan jest mapą drogową na następne ćwierć wieku. Wyznacza kierunek, do którego stopniowo będą dostosowywane plany urządzenia lasu, dokumenty ochronne, inwestycje, działania turystyczne i sposób pracy instytucji odpowiedzialnych za Puszczę.

To rozwiązanie można uznać za polityczny kompromis. Państwo nie powiększa Białowieskiego Parku Narodowego na całą Puszczę i nie odbiera Lasom Państwowym zarządzanych przez nie terenów. Jednocześnie bardzo wyraźnie ogranicza możliwość prowadzenia na obszarze UNESCO zwykłej gospodarki nastawionej na produkcję drewna.

Plan obejmuje znacznie więcej niż park narodowy

Plan obejmuje całą polską część obiektu światowego dziedzictwa UNESCO Białowieża Forest. W jego granicach znajduje się Białowieski Park Narodowy, ale także znaczne powierzchnie pozostające w zarządzie Lasów Państwowych. To właśnie na tych terenach zmiana może być największa. Przez wiele lat Puszcza Białowieska była zarządzana według dwóch różnych logik. Na terenie parku narodowego nadrzędnym celem była ochrona naturalnych procesów. Na terenach nadleśnictw ochrona przyrody łączyła się natomiast z gospodarką leśną, wykonywaniem cięć, odnawianiem drzewostanów oraz pozyskiwaniem i sprzedażą drewna.

Nowy plan zakłada, że cały obiekt UNESCO powinien być traktowany przede wszystkim jako jeden ekosystem i jedno dobro światowego dziedzictwa, niezależnie od tego, czy danym fragmentem zarządza park narodowy, nadleśnictwo czy inna instytucja. Granice administracyjne nie znikają, ale mają przestać decydować o podstawowym celu zarządzania lasem.

Nadleśnictwa pozostaną

Plan nie przewiduje likwidacji nadleśnictw Białowieża, Browsk ani Hajnówka. Nie oznacza także automatycznego przekazania zarządzanych przez nie lasów Białowieskiemu Parkowi Narodowemu. Nadleśnictwa nadal będą posiadały swoich pracowników, budynki, sprzęt, drogi, obowiązki i budżety. Nadal będą odpowiadały za bezpieczeństwo, ochronę przeciwpożarową, utrzymanie infrastruktury, udostępnianie lasu, monitoring, działania związane z ochroną zwierząt i siedlisk oraz obsługę ruchu turystycznego. Zmienić ma się przede wszystkim charakter ich pracy.

Na większości obszaru UNESCO nadleśnictwa mają stopniowo przestać funkcjonować jako jednostki, których jednym z podstawowych zadań jest produkcja surowca drzewnego. W coraz większym stopniu będą wykonywały zadania przypominające zarządzanie obszarem chronionym. Leśnicy nadal będą więc potrzebni. Tyle że coraz mniej ich pracy ma polegać na planowaniu zrębów, trzebieży i pozyskania drewna, a coraz więcej na ochronie przeciwpożarowej, retencji wody, monitorowaniu przyrody, zwalczaniu gatunków obcych, utrzymaniu szlaków, edukacji, zabezpieczaniu dróg oraz wykonywaniu ściśle określonych zabiegów ochronnych.

Brak zwykłej gospodarki leśnej nie oznacza pozostawienia Puszczy bez ludzi. Oznacza pozostawienie większej części lasu naturalnym procesom, przy jednoczesnym zachowaniu administracji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo i ochronę.

Cztery strefy, czyli różne zasady dla różnych fragmentów lasu

Podstawowym narzędziem nowego planu jest podział Puszczy na strefy. Nie wszystkie miejsca będą chronione w dokładnie taki sam sposób. W strefie pierwszej ma obowiązywać ochrona ścisła. Naturalne procesy mają tam przebiegać bez ingerencji człowieka, a dostęp ludzi pozostanie mocno ograniczony. Strefa druga obejmuje przede wszystkim obszary chronione częściowo, w tym park narodowy i rezerwaty. Działania człowieka również mają być tam podporządkowane ochronie przyrody, choć możliwe będzie szersze udostępnianie terenu.

Największa powierzchniowo jest strefa trzecia. Obejmuje ona znaczną część lasów pozostających dziś w zarządzie nadleśnictw. Ma to być obszar wyłączony ze zwykłego użytkowania gospodarczego, na którym nie będzie prowadzone pozyskanie drewna. Strefa czwarta przeznaczona jest dla aktywnej ochrony. To tam możliwe będą określone zabiegi leśne, na przykład przebudowa sztucznych drzewostanów, usuwanie części świerków lub sosen posadzonych na niewłaściwych siedliskach, ochrona świetlistych dąbrów albo działania związane z konkretnymi gatunkami. Nie oznacza to jednak powrotu do normalnej gospodarki surowcowej. Drewno pozyskane podczas takich prac ma być skutkiem ubocznym zabiegu ochronnego, a nie jego głównym celem. To zasadnicza różnica.

Dotychczas można było planować zabieg leśny, którego jednym z podstawowych rezultatów było pozyskanie określonej ilości drewna. Po pełnym wdrożeniu nowego modelu najpierw trzeba będzie wykazać konkretny cel przyrodniczy, a dopiero później określić, czy jego realizacja wymaga usunięcia części drzew.

Czy to prawdziwa rewolucja?

Na mapie i w założeniach – tak. W codziennym funkcjonowaniu Puszczy – jeszcze nie. Jeżeli spojrzymy na ostateczny cel planu, mamy do czynienia z bardzo poważną zmianą. Na zdecydowanej większości polskiej części obiektu UNESCO zwykłe pozyskiwanie drewna ma zostać wykluczone. Naturalne zamieranie drzew, działalność kornika, przewracanie się pni i obecność martwego drewna mają być traktowane jako element funkcjonowania ekosystemu, a nie jako automatyczne uzasadnienie wycinki. To wyraźne odejście od wizji Puszczy jako lasu, który trzeba stale porządkować, odnawiać i użytkować podobnie jak inne kompleksy zarządzane przez Lasy Państwowe.

Nie jest to jednak rewolucja, która wydarzy się jednego dnia. Sam plan zarządzania nie zastępuje wszystkich obowiązujących dokumentów i przepisów. Nie unieważnia automatycznie planów urządzenia lasu, planów ochrony rezerwatów, dokumentów Natura 2000, decyzji inwestycyjnych czy przepisów przeciwpożarowych. Wyznacza natomiast wspólny kierunek, do którego wszystkie te dokumenty mają być stopniowo dostosowywane.

Nie będzie jednego zarządcy, który od jutra przejmie Puszczę

Puszcza Białowieska nadal pozostanie podzielona pomiędzy różne instytucje. Białowieskim Parkiem Narodowym będzie zarządzał dyrektor parku. Lasami Państwowymi nadal będą zarządzali nadleśniczowie. Swoje zadania zachowają Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, samorządy, służby graniczne, zarządcy dróg i inne instytucje. Plan zakłada jednak powołanie pełnomocnika odpowiedzialnego za koordynację zarządzania całym obiektem światowego dziedzictwa.

Nie będzie on jednak dyrektorem całej Puszczy. Nie zastąpi nadleśniczych, dyrektora parku ani innych organów. Jego zadaniem ma być pilnowanie, by poszczególne instytucje działały według wspólnie przyjętego kierunku i nie tworzyły dokumentów wzajemnie ze sobą sprzecznych. Do tej pory jednym z największych problemów Puszczy było właśnie rozproszenie odpowiedzialności. Inaczej działał park narodowy, inaczej nadleśnictwa, inaczej administracja ochrony środowiska, a jeszcze inaczej samorządy i służby odpowiedzialne za infrastrukturę. Nowy model ma ten chaos stopniowo porządkować.

Jeżeli nadleśnictwo będzie przygotowywało nowy plan urządzenia lasu, dokument powinien być zgodny z planem UNESCO. Jeżeli ma powstać inwestycja, trzeba będzie ocenić jej wpływ na wyjątkową wartość Puszczy. Jeżeli przygotowywany będzie plan ochrony Natura 2000, również powinien uwzględniać strefy i cele zapisane w dokumencie obowiązującym do 2051 roku. Nie będzie więc jednego polecenia: od dziś wszystko robimy inaczej. Będzie za to długi proces sprawdzania, poprawiania i uzgadniania kolejnych dokumentów.

Zmiana będzie odbywać się przez plany urządzenia lasu

Dla codziennego funkcjonowania nadleśnictw najważniejsze pozostają plany urządzenia lasu. To w nich zapisuje się, co w konkretnym fragmencie lasu może zostać wykonane w ciągu kolejnych lat. Nowy plan UNESCO nie zastępuje tych dokumentów. Powoduje jednak, że następne plany urządzenia lasu będą musiały uwzględniać nowe strefowanie i nowe zasady. To właśnie na tym etapie okaże się, jak duża będzie praktyczna zmiana.

Jeżeli dane wydzielenie leśne znajduje się w strefie trzeciej, nowy plan urządzenia lasu nie powinien przewidywać tam zwykłego pozyskania drewna. Jeżeli znajduje się w strefie aktywnej ochrony, każdy zabieg będzie musiał mieć dokładnie określony cel przyrodniczy. Podobnie dostosowywane będą plany ochrony rezerwatów, działania dotyczące obszaru Natura 2000, ochrona przeciwpożarowa, infrastruktura turystyczna i gospodarka wodna.

Dlatego nie należy oczekiwać, że po podpisaniu dokumentu z Puszczy natychmiast znikną wszystkie piły, ciągniki i samochody wywożące drewno. Część prac może jeszcze wynikać z obowiązujących dokumentów, część będzie związana z bezpieczeństwem, a część z aktywną ochroną. Zmianę będzie można oceniać dopiero na podstawie kolejnych planów urządzenia lasu i konkretnych decyzji podejmowanych dla poszczególnych fragmentów Puszczy.

Naturalny las nie oznacza lasu bez żadnej ingerencji

Nowy plan nie zakłada również, że cała Puszcza zostanie pozostawiona sama sobie. Na większości obszaru naturalne procesy rzeczywiście mają być podstawową zasadą. Martwe drzewa nie będą automatycznie usuwane, a pojawienie się kornika nie będzie samo w sobie powodem do prowadzenia masowych cięć. Jednocześnie dokument pozostawia możliwość działania tam, gdzie jest ono potrzebne dla ochrony konkretnych siedlisk, zachowania otwartych polan, przebudowy sztucznych drzewostanów, ochrony przeciwpożarowej albo bezpieczeństwa ludzi.

Drzewa zagrażające użytkownikom dróg lub szlaków nadal będą mogły być usuwane. Nadal trzeba będzie utrzymywać drogi pożarowe, prowadzić monitoring, reagować na pożary i wykonywać działania związane z gatunkami inwazyjnymi. Plan nie oznacza więc całkowitego zakazu dotykania lasu. Wprowadza raczej zasadę, że ingerencja powinna być wyjątkiem uzasadnionym konkretną potrzebą, a nie normalnym sposobem gospodarowania całym kompleksem.

Kompromis zamiast powiększenia parku narodowego

Spór o przyszłość Puszczy Białowieskiej od wielu lat krążył wokół pytania o powiększenie parku narodowego. Przyrodnicy wskazywali, że cała Puszcza powinna być chroniona jako jeden ekosystem. Część samorządów i mieszkańców obawiała się utraty wpływu na teren, ograniczenia dostępu do drewna, zmniejszenia dochodów i podporządkowania całego regionu jednej instytucji ochronnej. Nowy plan próbuje ominąć ten konflikt. Puszcza formalnie nie staje się jednym wielkim parkiem narodowym. Nadleśnictwa zachowują swoje tereny, pracowników i kompetencje. Samorządy nie tracą automatycznie możliwości podejmowania decyzji dotyczących rozwoju miejscowości. Mieszkańcy i turyści nadal będą mogli korzystać z większości lasu.

Jednocześnie na niemal całym obszarze UNESCO wprowadzany jest model ochrony bardzo zbliżony do tego, czego od lat domagali się przyrodnicy: rezygnacja ze zwykłej gospodarki surowcowej, ochrona naturalnych procesów i podporządkowanie wszystkich działań zachowaniu wyjątkowej wartości Puszczy. Można więc powiedzieć, że państwo nie rozszerza parku narodowego administracyjnie, ale stopniowo rozszerza jego podstawową filozofię na lasy zarządzane przez nadleśnictwa. To właśnie istota tego kompromisu.

Dlaczego plan obowiązuje aż do 2051 roku?

Termin nie jest przypadkowy. Zmiana sposobu zarządzania tak dużym i skomplikowanym obszarem nie może zostać przeprowadzona w ciągu jednego roku. Trzeba przygotować nowe dokumenty, przeprowadzić inwentaryzacje, dostosować plany urządzenia lasu, określić źródła finansowania, przeszkolić pracowników, stworzyć system monitoringu i wypracować zasady współpracy pomiędzy instytucjami. Trzeba też stopniowo zmienić ekonomiczny model funkcjonowania nadleśnictw, które nie będą mogły opierać części swojej działalności na sprzedaży drewna w takim stopniu jak wcześniej.

Ochrona Puszczy będzie kosztowała. Utrzymywanie dróg, zabezpieczenie przeciwpożarowe, monitoring, turystyka, retencja wody i ochrona gatunków nie przestają być potrzebne tylko dlatego, że ogranicza się wycinkę.

Jeżeli państwo chce, by nadleśnictwa wykonywały przede wszystkim funkcje ochronne, musi zapewnić im finansowanie niezależne od ilości sprzedanego drewna. W przeciwnym razie system będzie wewnętrznie sprzeczny: leśnicy będą mieli chronić las bez pozyskania drewna, ale jednocześnie nadal będą rozliczani z ekonomicznego wyniku jednostki. To jeden z najważniejszych testów dla całego planu.

Największe znaczenie będzie miało wykonanie

Sam dokument nie ochroni ani jednego drzewa. Nie zatrzyma piły, nie nawodni mokradła i nie przywróci migracji zwierząt przeciętej zaporą graniczną. O wszystkim zdecyduje wykonanie. Znaczenie będą miały nowe plany urządzenia lasu, decyzje ministrów, budżety nadleśnictw, działania pełnomocnika, sposób interpretowania granic stref oraz reakcje na naciski polityczne. Historia Puszczy Białowieskiej pokazuje, że dokumenty ochronne mogą być traktowane bardzo różnie w zależności od tego, kto akurat rządzi i jak interpretuje przepisy. Dlatego przyjęcie planu nie kończy sporu o Puszczę. Przenosi go raczej na bardziej szczegółowy poziom. Zamiast ogólnego pytania, czy w Puszczy wolno wycinać drzewa, pojawią się pytania o konkretne wydzielenia, konkretne zabiegi, konkretne drogi i konkretne cele ochronne.

Spokojna zmiana, ale zmiana trwała

Nie należy przedstawiać nowego planu ani jako natychmiastowej rewolucji, ani jako nic nieznaczącego dokumentu. Od jutra w Puszczy prawdopodobnie niewiele będzie wyglądało inaczej. Nadal będą działały trzy nadleśnictwa, park narodowy, rezerwaty, służby i samorządy. Nadal będą obowiązywały istniejące dokumenty, dopóki nie zostaną zmienione lub zastąpione. Jednocześnie wyznaczony został kierunek, z którego kolejnym rządom i instytucjom będzie coraz trudniej się wycofać. Puszcza ma przestać być traktowana jako zwykły kompleks gospodarczy z wydzielonymi wyspami ochrony. Cały obiekt UNESCO ma być zarządzany przede wszystkim jako wspólne dziedzictwo przyrodnicze. Największa zmiana NIE POLEGA więc na tym, że od dziś wszystko jest zakazane. Polega na odwróceniu podstawowej zasady.

Do tej pory na terenach nadleśnictw gospodarka leśna była normą, a ograniczenia wynikały z ochrony konkretnych fragmentów, siedlisk lub gatunków. Docelowo normą ma być zachowanie naturalnych procesów, a każda większa ingerencja będzie musiała zostać osobno uzasadniona. Nie jest to rewolucja przeprowadzona jedną decyzją. To zaplanowana na 25 lat przebudowa całego systemu zarządzania Puszczą. Być może właśnie dlatego ma szansę okazać się trwalsza niż kolejne polityczne deklaracje i spory o to, kto ma rację w konflikcie pomiędzy leśnikami a przyrodnikami.

Co to oznacza dla mieszkańców Białowieży i Hajnówki?

Dla mieszkańców Białowieży, Hajnówki i okolic plan może przynieść zarówno korzyści, jak i realne problemy. Po stronie pozytywów jest przede wszystkim większa szansa na trwałą ochronę Puszczy, a więc także na rozwój turystyki, usług, gastronomii, noclegów, edukacji przyrodniczej i lokalnych produktów opartych na marce światowego dziedzictwa UNESCO. Stabilne zasady mogą zakończyć wieloletni chaos, w którym każdy kolejny rząd próbował zarządzać Puszczą inaczej, a region regularnie trafiał do mediów głównie z powodu konfliktów o wycinkę.

Z drugiej strony ograniczenie pozyskania drewna oznacza mniej surowca dostępnego lokalnie, trudniejszą sytuację części firm związanych z leśnictwem i transportem oraz konieczność zmiany sposobu finansowania nadleśnictw. Część mieszkańców może również obawiać się kolejnych ograniczeń w korzystaniu z lasu, nawet jeżeli plan nie zakłada zamknięcia większości Puszczy dla ludzi.

Największym ryzykiem byłoby więc wprowadzenie ochrony bez równoczesnego wsparcia lokalnej gospodarki. Jeżeli państwo ogranicza tradycyjną działalność leśną, powinno jednocześnie inwestować w nowe miejsca pracy, transport, turystykę, ochronę przeciwpożarową, usługi publiczne i przedsiębiorstwa korzystające z renomy Puszczy bez jej niszczenia. W przeciwnym razie mieszkańcy mogą uznać, że ponoszą koszty ochrony prowadzonej w interesie całego kraju i świata, podczas gdy korzyści trafiają głównie do turystów, instytucji i administracji.

Leje, a Narew nadal wysycha. Są konkretne wyliczenia o ile zmniejszyć Siemianówkę.

Leje, a Narew nadal wysycha. Są konkretne wyliczenia o ile zmniejszyć Siemianówkę.

Podstawę merytoryczną niniejszego tekstu stanowią raport z 2021 roku oraz artykuł naukowy z 2022 roku poświęcone gospodarowaniu wodą w Siemianówce i jej wpływowi na Dolinę Górnej Narwi.

W ostatnim czasie na Podlasiu regularnie pada. Przechodzą ulewy, a mimo to Dolina Górnej Narwi nadal pozostaje na krytycznie niskim poziomie. To pokazuje, że problem nie sprowadza się już tylko do braku deszczu. Narew przez lata została pozbawiona naturalnych wezbrań, które powinny nawadniać całą dolinę. Badania wskazują jasno, że jednym z głównych powodów jest sposób gospodarowania wodą w zbiorniku Siemianówka.

Kiedy po wielu dniach deszczu patrzymy na niemal pustą Dolinę Górnej Narwi, trudno nie zadać prostego pytania: gdzie podziała się cała ta woda? Problem powstał dawno temu. Nie w lipcu, nie podczas ostatniej suszy i nawet nie w czasie tegorocznej wiosny. To efekt trwającej od ponad 30 lat zmiany naturalnego rytmu Narwi.

Siemianówka nie zabiera rzece każdej kropli. Wręcz przeciwnie – podczas największej suszy zbiornik może podtrzymywać minimalny przepływ i nie pozwalać, by Narew tuż pod zaporą całkowicie przestała płynąć. Tyle że rzeka nie potrzebuje wyłącznie minimalnej ilości wody sączącej się przez cały rok.

Zamiast rzeki powstał system podtrzymywania minimalnego przepływu

Przed uruchomieniem Siemianówki Narew regularnie wylewała na okoliczne łąki, wypełniała starorzecza, boczne koryta i zagłębienia terenu. Nie były to katastrofalne powodzie zalewające miasta. Były to naturalne wezbrania rzeki nizinnej, od których zależało funkcjonowanie całej doliny. Woda rozlewała się szeroko, wsiąkała w gleby, zasilała mokradła i podnosiła poziom wód podziemnych. Później, gdy przychodziły cieplejsze i suchsze miesiące, stopniowo wracała do rzeki. Dolina działała jak gigantyczny naturalny zbiornik.

Po wybudowaniu zapory i zbiornika Siemianówka ten mechanizm został przerwany. Badacze porównali przepływy Narwi w Bondarach z okresu przed uruchomieniem Siemianówki i z lat, w których zbiornik już działał. Przed powstaniem zalewu średnia wartość najwyższych rocznych przepływów wynosiła 31,8 m³ na sekundę. Po uruchomieniu zbiornika spadła do 10,6 m³ na sekundę.

To oznacza, że typowa wysoka woda została ograniczona mniej więcej do jednej trzeciej wcześniejszej wartości. Zmniejszył się również średni przepływ Narwi – z 5,54 do około 4 m³ na sekundę. Jednocześnie nieco wzrosły przepływy najniższe: z 1,21 do 1,82 m³ na sekundę. I właśnie te liczby najlepiej pokazują, co Siemianówka zrobiła z Narwią. Zbiornik spłaszczył rzekę. Ograniczył największe wezbrania i nieznacznie podniósł najniższe stany. Zabrał wielką wiosenną falę, a w zamian zaoferował dolinie niewielki, bardziej równomierny odpływ.

Tyle że dolina nie potrzebuje kroplówki. Potrzebuje okresowego napełnienia wodą.

Najbardziej wymowne są dane dotyczące przepływu brzegowego, czyli takiej ilości wody, przy której Narew w Bondarach zaczyna wypełniać koryto i może dochodzić do terenów położonych w dolinie. Naukowcy określili ten przepływ na 6,65 m³ na sekundę. Przed powstaniem Siemianówki w większości lat pomiędzy początkiem kwietnia a połową maja występowało ponad 15 dni z takim przepływem. Po uruchomieniu zbiornika sytuacja zmieniła się radykalnie. W 15 spośród 28 analizowanych lat Narew ani przez jeden dzień nie osiągnęła wiosną przepływu brzegowego. Nie chodzi więc o to, że wezbrania stały się trochę mniejsze. W ponad połowie badanych lat praktycznie przestały istnieć.

Dlaczego pada, a dolina nadal pozostaje sucha?

To właśnie brak wiosennych wezbrań pozwala wyjaśnić obecny paradoks. Kilka tygodni deszczowej pogody może podnieść poziom w rowach, małych ciekach i samym korycie Narwi. Nie jest jednak w stanie w krótkim czasie odbudować zapasu wody, który wcześniej był gromadzony przez całą dolinę podczas długiego wiosennego rozlewiska. Przesuszona dolina nie zachowuje się jak nasiąknięta gąbka. Woda szybko spływa do koryta i odpływa dalej. Nie wypełnia już w takim stopniu starorzeczy, odnóg i mokradeł, ponieważ poziom rzeki jest zbyt niski, a połączenia pomiędzy korytem i doliną są coraz słabsze.

Badania terenowe wskazują dodatkowo, że dno Narwi poniżej Siemianówki najprawdopodobniej się obniża. W okolicach Bondar stwierdzono możliwość pogłębienia koryta o około 15–20 centymetrów. Może się wydawać, że to niewiele. W płaskiej dolinie rzecznej kilkanaście centymetrów ma jednak ogromne znaczenie. Im głębiej znajduje się dno, tym więcej wody potrzeba, by rzeka osiągnęła brzegi. Pogłębione koryto zaczyna też działać jak kanał odwadniający, który przyspiesza odpływ wód powierzchniowych i podziemnych.

W ten sposób powstaje błędne koło. Siemianówka ogranicza wysokie przepływy, przez co Narew rzadziej wychodzi z koryta. Dolina wysycha, a samo koryto stopniowo się pogłębia. Później potrzeba jeszcze większego przepływu, aby woda ponownie dotarła na łąki i mokradła.

Dlatego nawet deszczowy okres nie wystarcza. Dzisiejsza Narew coraz częściej działa jak kanał, którym woda ma odpłynąć, zamiast jak rozbudowany system, który potrafi ją zatrzymać.

Siemianówka nie tylko zatrzymuje wodę

Negatywne oddziaływanie zbiornika nie kończy się na zmniejszeniu wiosennych wezbrań. Siemianówka jest bardzo rozległa i płytka. Przy normalnym poziomie piętrzenia ma średnio zaledwie około 2,5 metra głębokości. Wielkie, płytkie lustro wody szybko się nagrzewa, a podczas ciepłych miesięcy intensywnie paruje. Ma to coraz większe znaczenie, ponieważ temperatura w regionie wyraźnie rośnie. W analizowanym okresie średnia roczna temperatura zwiększyła się z około 6,6 stopnia w latach sześćdziesiątych do niemal 8 stopni obecnie. Roczna suma opadów nie wzrosła w podobnym stopniu.

Oznacza to, że coraz więcej wody jest tracone przez parowanie. Jeżeli jednocześnie próbuje się utrzymywać wysokie i możliwie stabilne napełnienie Siemianówki, straty trzeba uzupełniać wodą, która w innych warunkach mogłaby popłynąć Narwią. Zbiornik wpływa również na jakość wody poniżej zapory. Woda opuszczająca Siemianówkę jest cieplejsza niż woda rzeczna docierająca do akwenu. Badacze obserwowali to nie tylko latem, ale także poza sezonem wegetacyjnym.

W rzece poniżej zbiornika stwierdzono większe stężenie azotu całkowitego, fosforu całkowitego oraz zawieszonych i rozpuszczonych form węgla organicznego. W Siemianówce i w Narwi pod zaporą występowało również ponad dwukrotnie większe zapotrzebowanie na tlen potrzebny do rozkładu materii organicznej niż w Narwi przed wpłynięciem do zbiornika.

Zbiornik zatrzymuje część azotanów i łatwo przyswajalnych form fosforu, więc nie każda zmiana jakości wody jest negatywna. Jednocześnie jednak w osadach dennych Siemianówki zgromadzone są ogromne ilości fosforu. Przy niedoborze tlenu może on być uwalniany do wody, a ponieważ płytki zbiornik jest często mieszany przez wiatr, trafia do warstw powierzchniowych i zasila rozwój glonów.

Siemianówka nie jest więc neutralnym magazynem, w którym przechowuje się tę samą wodę, jaka wcześniej płynęła rzeką. Zmienia jej temperaturę, natlenienie, skład chemiczny i ilość materii organicznej. Najpierw zatrzymuje naturalną wodę rzeczną, a później oddaje Narwi wodę przetworzoną przez płytki, nagrzewający się i podatny na zakwity zbiornik.

Dla Narwi w obecnej instrukcji nie przewidziano konkretnej ilości wody

Największy absurd kryje się jednak w zasadach gospodarowania Siemianówką. Obecna instrukcja bardzo dokładnie określa zadania zbiornika. Minimalny przepływ Narwi ma wynosić 1 m³ na sekundę. Jedna turbina elektrowni może wykorzystywać do 1,46 m³ na sekundę, a dwie łącznie do 2,92 m³. Określono również poziomy potrzebne gospodarce rybackiej, terminy obniżania zbiornika przed odłowami ryb, sezon turystyczny oraz wielkość rezerwy przeciwpowodziowej.

W instrukcji zapisano także ochronę walorów przyrodniczych Doliny Górnej Narwi. Tyle że w tym przypadku nie podano ani wymaganej ilości wody, ani terminu jej wypuszczania, ani czasu trwania zrzutu. W efekcie wszystkie funkcje gospodarcze mają konkretne wartości, a Narew ma wyłącznie ogólne zdanie.

W modelu przygotowanym przez naukowców zapotrzebowanie doliny na wodę musiało zostać więc w podstawowym wariancie przyjęte jako równe zeru. Nie dlatego, że dolina nie potrzebuje wody. Dlatego, że obowiązująca instrukcja nie określa, ile tej wody należy jej zapewnić. Jeszcze bardziej wymowny jest podział pojemności zbiornika. Kiedy Siemianówka jest nisko napełniona, woda może być wypuszczana wyłącznie dla zachowania minimalnego przepływu. Przy wyższym poziomie dostęp do niej uzyskuje jedna turbina, a następnie obie turbiny elektrowni.

W sezonie wegetacyjnym dopiero po przekroczeniu 53,6 mln m³ w zbiorniku pojawia się warstwa, z której wodę można przeznaczyć na inne zadania, w tym na potrzeby doliny. W praktyce oznacza to, że Narew może dostać więcej wody dopiero wtedy, gdy wcześniej zabezpieczono minimalny przepływ i odpowiednio wysokie napełnienie Siemianówki. Rzeka znajduje się na końcu kolejki po własną wodę.

Badania pokazują, jak to zmienić

Najważniejszą zmianą musi być wpisanie do instrukcji konkretnego obowiązku zasilania Narwi wiosną. Naukowcy przeanalizowali wariant, w którym od 1 kwietnia do 15 maja przepływ w Bondarach miał osiągać przynajmniej 6,65 m³ na sekundę. Jest to poziom odpowiadający wodzie brzegowej, a więc momentowi, w którym Narew zaczyna odzyskiwać kontakt z doliną. Nie oznacza to, że przez półtora miesiąca zbiornik zawsze musi wypuszczać dokładnie taką samą ilość wody. Instrukcja powinna określać, przy jakim napełnieniu Siemianówki rozpoczyna się zrzut, jak długo powinien trwać i ile dni w danym sezonie należy utrzymać wymagany przepływ.

W latach zasobnych w wodę należałoby dążyć do przywrócenia co najmniej kilkunastu dni z przepływem brzegowym. Przed wybudowaniem Siemianówki było to naturalne zjawisko. Po uruchomieniu zbiornika stało się wyjątkiem.

Zrzut nie powinien przy tym przypominać nagłego spuszczenia wody, która w ciągu kilku godzin przejdzie korytem i odpłynie dalej. Potrzebna jest możliwie długa, spokojna fala, naśladująca naturalne wiosenne wezbranie. Tylko wtedy woda ma szansę dotrzeć do bocznych odnóg i podnieść poziom wód w dolinie.

Mniejsza Siemianówka jest ceną za większą Narew

Wypuszczanie większej ilości wody wiosną ma oczywiście konsekwencje. Latem Siemianówka częściej będzie miała niższy poziom. Linia brzegowa miejscami się cofnie, część płycizn zostanie odsłonięta, a wielkie napełnienia przekraczające 50 czy 60 mln m³ będą występowały rzadziej. To może pogorszyć warunki dla rekreacji, gospodarki rybackiej i wędkarstwa nad samym zbiornikiem. Nie należy tego ukrywać.

Tyle że dzisiaj cały koszt utrzymywania wysokiego poziomu Siemianówki ponosi Narew. Rzeka otrzymuje 1 m³ na sekundę i zapewnienie, że przepływ minimalny został zachowany. Badania wskazują jednocześnie, że zwiększenie wiosennych przepływów nie powinno zaszkodzić rolnikom korzystającym z doliny. Woda pojawiałaby się przed sianokosami i głównym okresem wypasu. Mogłaby nawet poprawić wilgotność i żyzność łąk, ograniczając skutki późniejszej suszy. Prawdziwy konflikt nie przebiega więc pomiędzy Narwią i rolnikami. Przebiega pomiędzy żywą doliną a przekonaniem, że Siemianówka powinna wyglądać jak pełne jezioro.

Jeżeli chcemy uratować rzekę, musimy pogodzić się z mniejszym zbiornikiem. Na początku nie musi to oznaczać rozbierania zapory. Wystarczy, że Siemianówka zostanie zmniejszona funkcjonalnie – będzie utrzymywana na niższym poziomie, a większa część wody zostanie wcześniej oddana Narwi.

Dopiero kolejnym etapem powinna być analiza fizycznego zmniejszenia powierzchni stale zalanej wodą. Najgłębsza część wzdłuż dawnego koryta mogłaby pozostać zbiornikiem, natomiast rozległe płycizny mogłyby stać się terenami okresowo zalewanymi, mokradłami i trzcinowiskami. Badania nie przedstawiają gotowego projektu takiej przebudowy. Wyraźnie pokazują jednak, że nie da się jednocześnie utrzymywać wielkiego, płytkiego i możliwie pełnego akwenu oraz zapewnić Narwi regularnych wiosennych wezbrań. Trzeba wybrać priorytet.

Nie uratujemy Narwi jednym letnim zrzutem

Najgorszym możliwym rozwiązaniem byłoby czekanie do momentu, gdy Narew ponownie osiągnie krytyczny poziom, a następnie domaganie się jednorazowego otwarcia zapory. Kiedy dolina jest już wysuszona, a zbiornik ma mało wody, pole manewru jest niewielkie. Duży zrzut może na kilka dni poprawić sytuację, ale większość wody szybko odpłynie pogłębionym korytem. Siemianówka zostanie dodatkowo opróżniona, a kryzys niedługo później powróci.

Narwi nie da się ratować dopiero wtedy, gdy zaczyna wysychać. Trzeba ją zasilić kilka miesięcy wcześniej. Woda powinna być wypuszczana wiosną, zanim rozpocznie się okres największego parowania. Musi docierać do doliny wtedy, gdy może podnieść poziom wód gruntowych, wypełnić starorzecza i stworzyć zapas na lato.

Równocześnie poniżej zapory należy ograniczać dalsze odwadnianie doliny, przywracać połączenia rzeki z bocznymi korytami oraz zatrzymywać wodę w miejscach, z których dziś szybko odpływa. Samo wypuszczenie jej z Siemianówki nie pomoże, jeżeli Narew nadal będzie funkcjonowała jak pogłębiony kanał.

Siemianówka nie jest jedyną przyczyną kryzysu. Znaczenie mają także zmiany klimatu, osuszone tereny, melioracje i coraz mniejsze zasoby wód podziemnych. Zbiornik jest jednak najważniejszym elementem, którym można świadomie sterować.

To właśnie na zaporze można zdecydować, czy wiosenna woda pozostanie w wielkim, płytkim akwenie, czy popłynie dalej i zasili całą Dolinę Górnej Narwi z Narwiańskim Parkiem Narodowym włącznie. Dziś ten wybór niemal zawsze dokonywany jest na korzyść Siemianówki.

Trzeba odwrócić kolejność. Najpierw należy zapewnić wodę Narwi, później rybactwu i turystyce. Zbiornik powinien służyć rzece, a nie rzeka zbiornikowi. Pada, a Dolina Górnej Narwi nadal wysycha, ponieważ kilka tygodni deszczu nie naprawi szkód wywoływanych przez dziesięciolecia. Rzece zabrano regularne wiosenne wezbrania, odcięto ją od doliny i pozostawiono minimalny przepływ, który wystarcza do wypełnienia instrukcji, ale nie do utrzymania żywego systemu rzecznego.

Dlatego zmniejszenie Siemianówki jest konieczne. Najpierw poprzez obniżenie poziomu wody zarezerwowanego dla rekreacji i gospodarki rybackiej. Następnie poprzez zmianę rezerwy przeciwpowodziowej i zapewnienie wiosennego przepływu wynoszącego przynajmniej 6,65 m³ na sekundę w Bondarach. W dalszej perspektywie również poprzez przebudowę zbiornika tak, aby zajmował mniejszą powierzchnię i tracił mniej wody przez parowanie.

Nie da się zachować obecnej Siemianówki i jednocześnie odzyskać dawnej Narwi. Im większy zbiornik będziemy próbowali utrzymywać, tym mniejsza będzie rzeka poniżej zapory.

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

W województwie podlaskim może przybyć niemal 1000 hektarów terenów objętych ochroną rezerwatową. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku rozpoczęła konsultacje społeczne w sprawie utworzenia pięciu nowych rezerwatów przyrody oraz powiększenia trzech już istniejących. Łącznie chodzi o 943,89 ha.

Chodzi o fragmenty lasów, torfowisk, dolin rzecznych, rozlewisk bobrowych i terenów wokół wyjątkowych jezior, które mają zostać zabezpieczone przed zniszczeniem, wycinką, osuszaniem albo zwyczajnym „zagospodarowaniem” w stylu: najpierw wjedzie sprzęt, a potem będziemy się zastanawiać, co właściwie straciliśmy.

Nowe rezerwaty mają powstać między innymi w Puszczy Augustowskiej i Puszczy Knyszyńskiej. Planowane jest utworzenie rezerwatu Uroczysko Mszar w gminie Krasnopol, gdzie chroniona ma być chamedafne północna – rzadka roślina związana z chłodniejszym, borealnym klimatem. W Puszczy Knyszyńskiej proponowane są między innymi Uroczysko Skarbacinka, Dolina Świnobródki oraz Misiowa Chatka. To miejsca ważne dla ptaków, owadów, starych lasów, martwego drewna, bagiennych borów i naturalnych dolin rzecznych.

Sama nazwa „Misiowa Chatka” może brzmieć jak atrakcja dla dzieci, ale chodzi o bardzo poważną sprawę: ochronę leśnych siedlisk, w których przyroda może funkcjonować bez ciągłego poprawiania jej przez człowieka. W takich miejscach martwe drewno nie jest bałaganem, tylko domem dla owadów, grzybów i ptaków. Stare drzewa nie są „surowcem”, tylko elementem ekosystemu, którego nie da się odtworzyć w kilka lat.

Na liście jest też Uroczysko Giedź w Puszczy Augustowskiej, gdzie występują rzadkie porosty uznawane za wskaźniki starych lasów. To ważne, bo porosty nie dają się oszukać. Nie wystarczy postawić tabliczki „las naturalny” i zrobić zdjęcia do folderu promocyjnego. Jeżeli przez dekady prowadzono intensywną gospodarkę, takie gatunki po prostu znikają.

Powiększone mają zostać również trzy istniejące rezerwaty: Koryciny, Dolina Rospudy oraz Jezioro Hańcza. Szczególnie symboliczna jest Rospuda. To miejsce, które lata temu stało się jednym z najgłośniejszych przykładów sporu o to, czy rozwój musi oznaczać niszczenie najcenniejszej przyrody. Dziś część terenów, które kiedyś mogły zostać przecięte inwestycją drogową, ma trafić pod mocniejszą ochronę.

W przypadku Hańczy chodzi nie tylko o samą wodę, ale także o lasy w zlewni jeziora. To ważne, bo jeziora nie da się chronić wyłącznie przy brzegu. To, co dzieje się w otoczeniu, wpływa później na jakość wody. Jeżeli dookoła pozwolimy na degradację, spływy zanieczyszczeń i presję inwestycyjną, to samo jezioro prędzej czy później za to zapłaci.

I tu dochodzimy do sedna. Rezerwaty nie są fanaberią urzędników ani zabawką przyrodników. Są jedną z ostatnich skutecznych form ochrony miejsc, które jeszcze nie zostały zajechane, osuszone, rozkopane albo pocięte drogami. W Podlaskiem przez lata wiele decyzji podejmowano według prostego schematu: przyroda jakoś sobie poradzi. Tyle że coraz częściej widać, że nie zawsze sobie radzi. Wysychające rzeki, zanikające mokradła, presja na lasy i coraz większy apetyt na tereny atrakcyjne inwestycyjnie pokazują, że granica została w wielu miejscach przekroczona.

Oczywiście rezerwat nie rozwiązuje wszystkich problemów. Nie zastąpi rozsądnej polityki wodnej, nie zatrzyma suszy, nie naprawi błędów melioracji i nie sprawi, że nagle wszyscy zaczną traktować przyrodę poważnie. Ale jest jasnym sygnałem: są miejsca, których nie powinniśmy już ruszać. Nie dlatego, że „ekolodzy zabraniają”, tylko dlatego, że bez takich miejsc województwo podlaskie straci dokładnie to, czym tak chętnie chwali się w folderach turystycznych.

Warto też pamiętać, że rezerwat nie zawsze oznacza całkowity zakaz wejścia. Część takich obszarów może być udostępniana turystycznie, edukacyjnie czy nawet do zbioru runa leśnego, jeżeli nie szkodzi to celom ochrony. Kluczowe jest jednak to, by człowiek był tam gościem, a nie właścicielem z koparką, piłą i planem „zagospodarowania potencjału”.

Featured Video Play Icon

Podlaskie to miejsce coraz większych sporów z przyrodnikami. Dlaczego?

Podlaskie coraz częściej staje się miejscem sporów, które z pozoru wyglądają bardzo prosto: są ludzie, którzy chcą coś robić, budować, wydobywać, pływać, gospodarować albo inwestować — i są przyrodnicy, którzy rzekomo wszystkiego zabraniają. W takiej opowieści łatwo zrobić z ekologów wygodnego wroga. Bo przecież „bronią ptaków”, „blokują rozwój”, „stawiają żubra ponad człowiekiem”, „nie pozwalają pływać”, „utrudniają rolnikom życie”.

Tylko że to jest bardzo wygodne uproszczenie. I bardzo niebezpieczne.

Bo prawda jest taka, że Podlasie przez dekady było drenowane z zasobów. Ziemię kopano, rzeki prostowano, bagna osuszano, jeziora traktowano jak tor wodny, lasy jak magazyn drewna, a przyrodę jak przeszkodę, którą trzeba jakoś obejść. Przez lata zawsze znajdowało się uzasadnienie: rozwój, potrzeby ludzi, miejsca pracy, produkcja rolna, wygoda, inwestycje. Tyle że każde „jeszcze trochę” w końcu prowadzi do momentu, w którym ktoś musi powiedzieć: stop.

I właśnie ten moment coraz częściej widzimy w Podlaskiem.

Ziemia sokólska, jedna z najpiękniejszych części regionu, coraz bardziej przypomina wielką kopalnię żwiru. Tam, gdzie powinny być zielone wzgórza, przestrzeń, krajobraz i cisza, pojawiają się hałdy piachu, wyrobiska i ciężki transport. Oczywiście, żwir jest potrzebny. Drogi same się nie zbudują. Tylko że pytanie brzmi: ile jeszcze? Czy naprawdę każdy piękny pagórek, każde pole, każdy fragment krajobrazu ma być potraktowany wyłącznie jako surowiec? Czy Podlasie ma być regionem, który najpierw sam siebie rozkopie, a potem będzie się dziwił, że stracił to, co czyniło go wyjątkowym?

Podobny dramat rozgrywa się wokół wody. Przez lata melioracja była słowem niemal świętym. Osuszano, prostowano, odprowadzano wodę jak najszybciej, bo kiedyś miało to sens. Po wojnie Polska była krajem biednym, głodnym, odbudowującym się. Potrzebne były pola, plony, żywność. Tyle że czasy się zmieniły, a my dalej często myślimy kategoriami sprzed kilkudziesięciu lat. Dziś problemem nie jest nadmiar wody, lecz jej brak. Coraz częściej widzimy suszę, niskie stany rzek, wysychające mokradła, ginące siedliska.

Najbardziej bolesnym symbolem jest Narew i Narwiański Park Narodowy. Siemianówka przez lata miała dawać korzyści, ale dziś coraz wyraźniej widać, że system wodny został naruszony. Rzeka, która powinna żyć swoim rytmem, została podporządkowana ludzkiej kontroli. A kiedy umiera dolina Narwi, nie umiera tylko „jakiś teren przyrodniczy”. Umiera jedno z najważniejszych miejsc na mapie Podlasia. Miejsce, które powinno być dumą regionu, jego wizytówką i naturalnym skarbem.

To samo dotyczy mniejszych rzek, rowów, łąk i bagien. Przez dekady powtarzano, że trzeba „uporządkować” wodę. Tyle że natura nie jest bałaganem. Bagno nie jest nieużytkiem. Meandrująca rzeka nie jest wadą krajobrazu. Mokradło nie jest przeszkodą w rozwoju. To są systemy, które magazynują wodę, chłodzą otoczenie, chronią przed suszą, dają życie tysiącom gatunków. Kiedy je niszczymy, nie wygrywamy z naturą. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy.

Kolejny spór to jeziora augustowskie i konflikt między przyrodnikami a motorowodniakami. Z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą korzystać z wody, pływać, odpoczywać, rozwijać turystykę. Z drugiej — tych, którzy mówią, że dzikie jeziora, Rospuda, cisza i kajakarze też mają prawo istnieć. I znowu: najłatwiej powiedzieć, że ekolodzy przesadzają. Ale każdy, kto próbował spokojnie płynąć kajakiem, gdy obok przelatuje motorówka, wie, że to nie jest drobna niedogodność. To hałas, spaliny, fale, stres dla ludzi i zwierząt. To zmiana charakteru miejsca.

Nie każde jezioro musi być akwenem do szybkiego pływania. Nie każda rzeka musi być dostępna dla motorowego sprzętu. Nie każde dzikie miejsce musi zostać podporządkowane rekreacji rozumianej jako hałas i prędkość.

Podlasie nie wygra tym, że stanie się kopią Mazur z największych wakacyjnych koszmarów. Wygra wtedy, gdy zachowa to, czego gdzie indziej już prawie nie ma: ciszę, dzikość, przestrzeń i naturę, która nie została całkowicie skomercjalizowana.

Są też konflikty najbardziej emocjonalne, bo dotyczą bezpośrednio ludzi. Żubry wchodzą zimą na pola, niszczą uprawy, zadeptują teren. Wilki zagryzają bydło pozostawione na pastwiskach. Rolnicy czują się bezradni i trudno się temu dziwić. Dla kogoś z miasta żubr może być symbolem pięknej przyrody, a wilk znakiem dzikości. Dla gospodarza to czasem realna strata, stres i poczucie, że państwo chroni zwierzęta, ale człowieka zostawia samego z problemem.

Tego nie wolno lekceważyć. Ochrona przyrody nie może polegać na tym, że mieszkańcom wsi mówi się z wyższością: „macie się cieszyć, bo to cenny gatunek”. Jeżeli państwo obejmuje gatunki ścisłą ochroną, musi też uczciwie i szybko rekompensować szkody, pomagać w zabezpieczeniach i rozwiązywać konflikty. Ale z drugiej strony nie można udawać, że rozwiązaniem jest powrót do czasów, w których wszystko, co przeszkadza człowiekowi, można było po prostu odstrzelić, przepłoszyć albo zniszczyć. Żubr i wilk nie są intruzami w Podlaskiem. One były tu przed naszymi ogrodzeniami i mapami działek.

Podobnie jest z ptakami. Dziś każda większa inwestycja musi brać pod uwagę okresy lęgowe, siedliska i gatunki chronione. Dla części mieszkańców brzmi to jak absurd: „znowu jakieś ptaki blokują robotę”. Ostatnio w Juszkowym Grodzie prace zostały wstrzymane ze względu na ptaki właśnie. Jednak w emocjach łatwiej było obwinić przyrodników, a nie tego kto powinien uwzględnić okres lęgu w harmonogramie prac. To pokazuje szerszy problem. Kiedy inwestycja jest źle przygotowana, winni rzadko są ci, którzy popełnili błąd. Najłatwiej wskazać „ekologów”, bo oni w tej opowieści od dawna pełnią rolę czarnego charakteru.

Tymczasem ochrona ptaków w okresie lęgowym nie jest fanaberią. To element cywilizowanego planowania. Prace można prowadzić, inwestycje można realizować, drogi można budować, remonty można wykonywać. Trzeba tylko robić to z głową.

W tle tych wszystkich sporów jest jedno zasadnicze pytanie: czy Podlasie ma być regionem, który zachowa swoje najcenniejsze zasoby, czy miejscem, które sprzeda je kawałek po kawałku, a potem będzie organizować konferencje o „ratowaniu dziedzictwa przyrodniczego”?

Bo łatwo jest mówić o rozwoju. Trudniej zapytać, jaki to ma być rozwój. Czy taki, po którym zostają dziury po żwirowniach, wyschnięte rzeki, hałaśliwe jeziora, zniszczone siedliska i mieszkańcy skłóceni z przyrodą? Czy taki, który rozumie, że natura nie jest luksusem dla bogatych ani przeszkodą dla inwestycji, lecz podstawą życia, turystyki, rolnictwa, zdrowia i lokalnej tożsamości?

Przyrodnicy nie są całym złem tego świata. Nie są też nieomylni i nie powinni być zwolnieni z rozmowy z mieszkańcami. Ale w wielu przypadkach to właśnie oni mówią dziś rzeczy, których inni nie chcą słyszeć. Że nie można bez końca kopać, osuszać, hałasować, betonować, regulować i eksploatować. Że przyroda ma granice wytrzymałości. Że Podlasie nie jest niewyczerpalnym magazynem surowców, wody, przestrzeni i ciszy.

Największy paradoks polega na tym, że ci, którzy dziś krzyczą, że przyrodnicy blokują rozwój regionu, często bronią modelu, który ten region po cichu niszczył przez dekady. A potem, kiedy zostaną suche rzeki, rozkopane wzgórza i jeziora bez spokoju, będzie już za późno na zdziwienie.

Podlasie nie potrzebuje wojny ludzi z przyrodą. Potrzebuje uczciwej rozmowy o granicach. O tym, że rolnik ma prawo do ochrony swoich upraw, ale rzeka ma prawo płynąć. Że inwestycje są potrzebne, ale nie mogą być prowadzone byle jak. Że turystyka jest ważna, ale nie każda forma rekreacji pasuje do każdego miejsca. Że żwir, pola, jeziora i lasy mają wartość ekonomiczną, ale ich wartość nie kończy się na tym, ile można z nich natychmiast wyciągnąć.

Bo jeżeli dziś nikt nie powie „stop”, jutro możemy obudzić się w regionie, który nadal będzie nazywał się Podlasiem, ale z tego, za co naprawdę je kochamy, zostaną już tylko zdjęcia, foldery promocyjne i wspomnienia.

Potrzebne są pilne działania! Kończy się tlen w rzece Supraśl. Ryby będą się masowo dusić.
fot. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku

Potrzebne są pilne działania! Kończy się tlen w rzece Supraśl. Ryby będą się masowo dusić.

Na Podlasiu znów wraca problem, który kilka lat temu zakończył się dramatycznymi obrazami martwych ryb wyławianych z rzek. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku oraz Polski Związek Wędkarski Okręg w Białymstoku alarmują, że w rzece Supraśl poziom tlenu zbliża się miejscami do wartości krytycznych. Zagrożona jest także Sokołda.

To nie jest zwykła letnia niedogodność. Gdy w wodzie zaczyna brakować tlenu, ryby po prostu nie mają czym oddychać. Zjawisko to nazywane jest przyduchą. W upalne, suche dni ryzyko jego wystąpienia rośnie bardzo szybko, szczególnie tam, gdzie poziom wody jest niski, nurt słaby, a temperatura wysoka. Według pomiarów wykonanych przez Polski Związek Wędkarski Okręg w Białymstoku poziom tlenu rozpuszczonego w wodzie na rzece Supraśl spadł miejscami do 3,6 mg/l. To już bardzo niepokojąca wartość. Dla porównania, optymalny poziom natlenienia wody powinien wynosić około 8–12 mg/l. Gdy stężenie tlenu spada poniżej 2 mg/l, może dochodzić do masowego śnięcia ryb.

Podlasie zna już takie sceny. W 2021 roku przyducha występowała między innymi na Supraśli, Biebrzy i Narwi. Z rzek wyławiano wtedy tony martwych ryb. Dziś instytucje odpowiedzialne za ochronę środowiska i gospodarkę wodną ostrzegają, że sytuacja znów zaczyna iść w niebezpiecznym kierunku.

Problem pogłębiają obecne upały. Mimo, że w ostatnim czasie spadło bardzo dużo deszczu, to rzeki mają bardzo niski stan wody. A ta nagrzana znacznie gorzej utrzymuje tlen.

Do tego dochodzi jeszcze jeden czynnik, o którym często się zapomina: skoszona, ale niezebrana trawa pozostawiona na łąkach przy rzece. Gdy zaczyna się rozkładać, pochłania tlen z wody. A jeśli przyjdą deszcze, woda może spłukać do rzeki substancje powstające podczas murszenia łąk i torfowisk. W praktyce oznacza to kolejne obciążenie dla i tak osłabionego ekosystemu.

Dlatego Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku oraz PZW apelują do rolników o możliwie szybkie zebranie siana z terenów przylegających do rzek. Chodzi o to, by zrobić to jeszcze przed zapowiadanymi opadami. Każdy dzień zwłoki może zwiększać ryzyko strat — zarówno dla środowiska, jak i dla samych gospodarstw.

Apel kierowany jest także do instytucji odpowiedzialnych za egzekwowanie dobrych praktyk rolniczych. W tej sytuacji nie chodzi o biurokrację, tylko o realne działania, które mogą ograniczyć ryzyko katastrofy ekologicznej. RDOŚ wskazuje również na potrzebę zatrzymywania wody w rowach doprowadzających ją do rzek, zamiast szybkiego odprowadzania jej z krajobrazu.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zwróciła się również do Wód Polskich o podjęcie działań zapobiegawczych. Wśród propozycji znalazło się między innymi rozważenie budowy progów, bystrzy i bystrotoków, które mogłyby pomóc w podniesieniu poziomu wody oraz poprawie jej natlenienia. Wskazano także na możliwość stosowania urządzeń napowietrzających, odpowiednie sterowanie jazami i zastawkami oraz opóźnienie koszenia roślinności w ciekach wodnych, jeśli aktualna sytuacja hydrologiczna tego wymaga.

To ważne, bo rzeka nie jest kanałem technicznym, który można dowolnie kosić, prostować i odwadniać, a potem dziwić się, że latem zaczyna umierać. Supraśl, Sokołda, Narew czy Biebrza to żywe systemy. Jeżeli w takim systemie brakuje wody i tlenu, konsekwencje ponoszą nie tylko ryby. Cierpi cały ekosystem: bezkręgowce, ptaki, roślinność wodna i ludzie, którzy z tej przyrody korzystają.

Przyducha jest jednym z tych zjawisk, które najpierw widać po rybach. Ale w rzeczywistości jest to komunikat dużo szerszy. Rzeka mówi nam, że ma za mało wody, za dużo ciepła, za mało naturalnej retencji i za dużo presji ze strony człowieka.

Na razie sytuacja jest ostrzeżeniem. Ale jeśli nie zostaną podjęte szybkie działania, ostrzeżenie zamieni się w kolejną smutną powtórkę z 2021 roku. A wtedy nie będzie już mowy o profilaktyce. Zostanie tylko liczenie strat i pytanie, dlaczego znów zareagowaliśmy za późno.

Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?
Potrzebujemy piętrzenia wody na Narwi i interwencyjnych zrzutów z Siemianówki.

Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?

Trzeba jasno oddzielić dwie rzeczy: długofalową przebudowę sposobu funkcjonowania Siemianówki oraz pilne działania ratunkowe dla Narwi. Ta pierwsza ścieżka już zaczyna się toczyć — o przyszłości zbiornika rozmawiają instytucje, potrzebne będą analizy, dokumentacje, uzgodnienia środowiskowe i decyzje administracyjne. Realnie większych zmian można spodziewać się zapewne dopiero w okolicach 2029 roku. Problem w tym, że Narew nie ma tylu lat zapasu.

Narwiański Park Narodowy, torfowiska, rozlewiska i cała dolina rzeki potrzebują wody tu i teraz, a także w najbliższych sezonach. Dlatego zanim wejdą w życie duże, systemowe decyzje, potrzebny jest program interwencyjny: szybkie, niskie piętrzenia od Bondar w stronę Narwiańskiego Parku Narodowego oraz kontrolowane zrzuty wody z Siemianówki w miesiącach krytycznych – maju, czerwcu, lipcu i sierpniu. To nie ma zastępować docelowej reformy zbiornika. To ma kupić Narwi czas, zanim jakakolwiek reforma w ogóle zacznie działać.

Nie chodzi o „spuszczenie wody z Siemianówki”. Chodzi o uruchomienie wody dla Narwi

Wokół Siemianówki narosło wiele emocji, a wraz z nimi bardzo prosty lęk: że ktoś chce „opróżnić cały zalew”, zostawić po nim błoto i zniszczyć wszystko, co przez lata wokół niego powstało. Owszem można by było to uznać za działanie pozytywne, ale w obecnych realiach politycznych – niemożliwe. Tak czy inaczej całkowita likwidacja Siemianówki działa na wyobraźnię, ale nie opisuje tego, o czym naprawdę powinniśmy rozmawiać.

Bo w przypadku ratowania Narwi nie chodzi o jednorazowe opróżnienie zbiornika. Chodzi o mądre, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody, które obniżą poziom Siemianówki, ale nie zlikwidują zbiornika. Chodzi o to, by część wody, która dziś stoi w płytkim, nagrzewającym się akwenie, zaczęła pracować dla doliny Narwi.

To jest zasadnicza różnica. Siemianówka nie musi zostać „wyłączona”. Powinna zostać przestawiona na inną funkcję. Z biernego zbiornika, który magazynuje wodę głównie dla samego siebie, powinna stać się aktywnym narzędziem ratowania Narwi, Narwiańskiego Parku Narodowego i całego układu mokradeł. Zamiast pytać, czy zalew ma być pełny albo pusty, trzeba zapytać inaczej: ile wody można co roku oddać Narwi tak, by rzeka przetrwała maj, czerwiec, lipiec i sierpień?

Orientacyjne wyliczenia pokazują, że realny program interwencyjny mógłby opierać się na rezerwie rzędu 20–30 mln m³ wody w sezonie. Dla uproszczenia przyjmijmy 25 mln m³. To duża ilość, bo oznaczałaby wyraźne obniżenie poziomu Siemianówki, miejscami zapewne bardzo widoczne dla mieszkańców, turystów i wędkarzy. Ale to nadal nie jest spuszczenie całego zbiornika. Siemianówka ma około 79 mln m³ pojemności całkowitej i około 62 mln m³ pojemności użytkowej. Oznacza to, że nawet przy takim sezonowym programie woda w zbiorniku nadal pozostaje. Zmienia się jednak jej rola: z wody stojącej w zalewie na wodę krążącą w rzece, starorzeczach, rozlewiskach, torfowiskach i mokradłach.

A właśnie krążenia wody najbardziej dziś brakuje Narwi.

Sama ulewa nie uratuje rzeki

Ostatnie tygodnie bardzo dobrze pokazały, że argument „niech popada, to wszystko wróci do normy” jest zbyt prosty. Opady mogą chwilowo podnieść poziom rzek, ale jeśli dolina jest przesuszona, rowy melioracyjne nadal działają jak kanalizacja, a woda szybko odpływa dalej, to po kilku dniach problem wraca. Deszcz spada gwałtownie, nie wsiąka głęboko w przesuszoną ziemię, nie odbudowuje torfowisk i nie zostaje w krajobrazie na długo. Spływa. A potem znów mamy suszę hydrologiczną.

Dlatego zrzuty z Siemianówki nie powinny polegać na prostym otwarciu upustów i puszczeniu wody w dół Narwi. To byłoby marnowanie zasobu. Najpierw trzeba przygotować dolinę tak, by ta woda miała gdzie się zatrzymać. Innymi słowy: zanim zaczniemy większe interwencyjne zrzuty, trzeba zbudować system niskich, naturalnych piętrzeń na odcinku od Bondar do wejścia Narwi w Narwiański Park Narodowy.

Nie chodzi o betonowe zapory. Nie chodzi o wielkie hydrotechniczne budowle, które zamienią rzekę w kanał schodkowy. Chodzi o rozwiązania bliskie naturze: progi z kamienia i drewna, bystrza, zastawki na rowach odpływowych, przetamowania bocznych kanałów, odbudowę dawnych rozlewisk, lokalne spiętrzenia w miejscach, gdzie woda może wejść w łąki, starorzecza i obniżenia terenu. Mówiąc obrazowo: trzeba częściowo zastąpić bobry tam, gdzie ich praca została usunięta, ograniczona albo nie wystarcza wobec skali problemu.

Najpierw piętrzenia, potem zrzuty

Jeżeli chcemy, żeby interwencyjne zrzuty miały sens, potrzebny jest prosty plan: najpierw spowolnić odpływ, potem zasilić rzekę. Od Bondar, czyli od zapory Siemianówki, do rejonu Suraża i wejścia Narwi w obszar Narwiańskiego Parku Narodowego mamy mniej więcej 90 km doliny. To wystarczająco długi odcinek, by woda spuszczona ze zbiornika mogła albo zostać wykorzystana dobrze, albo zostać zmarnowana.

Dlatego na tym odcinku powinien powstać kaskadowy system około 10–12 niskich piętrzeń i stref retencyjnych. Nie jedno wielkie spiętrzenie, lecz seria małych progów, rozlewisk i zastawek rozmieszczonych co kilka kilometrów tam, gdzie rzeka przecina drogi, dawne przeprawy, starorzecza, boczne kanały i obniżenia doliny. Taki układ działałby jak sznur małych hamulców wodnych. Każdy z nich zatrzymywałby część zrzutu, podnosił lokalnie zwierciadło wody, zasilał glebę i mokradła, a dopiero nadmiar przepuszczał dalej.

Roboczo można wskazać następujący układ:

  • Pierwsze piętrzenie powinno znaleźć się tuż poniżej zapory w Bondarach. Jego zadaniem byłoby ustabilizowanie wypływu ze zbiornika i niedopuszczenie do tego, by zrzut od razu gwałtownie uciekał w dół rzeki. To powinien być próg rozpraszający energię wody, a nie tama.
  • Drugie piętrzenie powinno powstać na odcinku między Bondarami a ujściem Narewki do Narwi. To ważne miejsce, bo właśnie tam można zacząć budować pierwszy bufor wodny poniżej zbiornika i wykorzystać naturalne obniżenia doliny.
  • Trzecie piętrzenie powinno znaleźć się poniżej połączenia Narwi z Narewką, w rejonie, gdzie rzeka zaczyna wyraźniej nieść wodę z całego układu puszczańskiego. Chodzi o to, by zrzut z Siemianówki nie był jedynym impulsem, ale łączył się z wodą dopływającą z Narewki i pracował dalej jako wspólny zasób.
  • Czwarte piętrzenie powinno powstać w rejonie miejscowości Narew, najlepiej przy istniejącej przeprawie drogowej i starorzeczach. To jedno z najważniejszych miejsc na całym odcinku, bo daje dostęp techniczny, możliwość kontroli i naturalny punkt zatrzymania wody przed dalszym biegiem rzeki.
  • Piąte piętrzenie powinno objąć odcinek poniżej Narwi, w stronę rozgałęzień i starorzeczy w rejonie Skaryszewa, Nowosiółki i Doratynki. Tam nie chodzi o podniesienie rzeki o metr, lecz o przywrócenie kontaktu wody z bocznymi formami doliny.
  • Szóste piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Plosek, gdzie dolina Narwi jest szeroka, czytelna i przecięta ważną infrastrukturą drogową. To miejsce powinno działać jako większy węzeł retencyjny: próg na rzece, zastawki na odpływach bocznych i kontrolowane rozlewanie wody na tereny, które mogą ją przyjąć bez szkody dla zabudowy.
  • Siódme piętrzenie powinno powstać poniżej Plosek, na odcinku w stronę Ryboł i Strabli. Ten fragment powinien zatrzymywać wodę, która po przejściu przez Ploski nadal miałaby tendencję do szybkiego odpływu głównym korytem.
  • Ósme piętrzenie powinno zostać zaplanowane w rejonie Strabli lub pobliskich obniżeń doliny, gdzie można wykorzystać istniejące starorzecza i łąki jako naturalny magazyn wody.
  • Dziewiąte piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Doktorc i Samułek, czyli tam, gdzie woda powinna być już nie tylko przepuszczana, ale aktywnie rozprowadzana po dolinie. To byłby odcinek szczególnie ważny dla zasilania gleb i mokradeł przed wejściem Narwi w system parkowy.
  • Dziesiąte piętrzenie powinno powstać przed Surażem, jako ostatni bufor przed Narwiańskim Parkiem Narodowym. Jego zadaniem byłoby nie tyle zatrzymanie wody na stałe, ile wyrównanie przepływu i doprowadzenie do Parku wody stabilniejszej, wolniejszej i dłużej obecnej w krajobrazie.

Do tego należałoby dodać 2–3 mniejsze piętrzenia boczne na rowach melioracyjnych i odpływach z doliny, szczególnie tam, gdzie widać szybkie odprowadzanie wody z łąk. Bo jeśli zatrzymamy wodę tylko w głównym korycie, a rowy nadal będą ją odsysać z boków, efekt będzie połowiczny. Prawdziwe ratowanie Narwi zaczyna się nie w samym nurcie, ale w całej dolinie.

Podkreślmy jeszcze raz: mówimy o niskich, naturalnych piętrzeniach, a nie o betonowych tamach. Takie progi powinny być wykonywane z materiałów pasujących do doliny rzeki: kamieni polnych, głazów narzutowych, żwiru, faszyny, gałęzi, pni drzew, drewnianych pali, wikliny, darni, mat kokosowych lub jutowych oraz lokalnego urobku ziemnego używanego tylko tam, gdzie trzeba ustabilizować brzegi albo zamknąć boczny odpływ. Ich zadaniem nie byłoby zatrzymanie Narwi jak na zaporze, lecz spowolnienie odpływu, lekkie podniesienie zwierciadła wody, rozproszenie nurtu i skierowanie części wody z powrotem w starorzecza, obniżenia terenu, łąki i mokradła. To mają być konstrukcje „bobrowe” w logice działania: proste, niskie, przepuszczalne, możliwe do korygowania i wpisane w krajobraz, a nie ciężka infrastruktura hydrotechniczna. Najważniejsze – ma być to szybkie do wykonania, bo nie mamy już czasu.

Jak powinny wyglądać zrzuty?

Po zbudowaniu takiego systemu można mówić o interwencyjnych zrzutach wody z Siemianówki. Najbardziej sensowny wariant to nie jeden wielki zrzut, ale sezonowe „dopalenie” Narwi od maja do sierpnia. Właśnie wtedy rzeka i mokradła najbardziej cierpią, a upały, parowanie i susza hydrologiczna najszybciej obniżają poziom wody.

Można to sobie wyobrazić jako dwa poziomy działania. Pierwszy to stałe, łagodne zasilanie Narwi, na przykład rzędu 1–2 m³/s w okresach suszy. Drugi to krótsze impulsy, na przykład 3–4 m³/s przez kilka lub kilkanaście dni, uruchamiane wtedy, gdy poziom wody w Parku spada do wartości alarmowych albo gdy prognozy pokazują dłuższy okres bez opadów.

Przelicznik jest prosty: 1 m³/s przez dobę to 86 400 m³ wody. Zrzut 2 m³/s przez tydzień to około 1,2 mln m³. Zrzut 3 m³/s przez tydzień to około 1,8 mln m³. Przy sezonowej rezerwie około 25 mln m³ można więc przez kilka miesięcy prowadzić realny program wsparcia Narwi: częściowo stały, częściowo impulsowy, zależny od pogody, poziomu wody i potrzeb przyrodniczych.

Takie działanie obniżyłoby Siemianówkę. Trzeba to powiedzieć uczciwie. Nie da się jednocześnie utrzymywać maksymalnie wysokiego poziomu zalewu i skutecznie ratować Narwi w dole rzeki. Woda nie może być naraz w dwóch miejscach. Ale to obniżenie nie oznacza zniknięcia zbiornika. Oznacza zmianę priorytetu: w okresach krytycznych część wody z zalewu powinna trafić tam, gdzie daje największą korzyść przyrodniczą.

Dlaczego to się opłaca przyrodzie?

Narew nie jest zwykłą rzeką, którą można oceniać wyłącznie po poziomie wody w jednym przekroju. To cały system naczyń połączonych: główne koryto, boczne odnogi, starorzecza, rozlewiska, łąki, torfowiska, trzcinowiska i mokradła. Kiedy brakuje wody, nie cierpi tylko sama rzeka. Cierpią ptaki wodno-błotne, ryby, płazy, owady, roślinność szuwarowa, torfy i cała naturalna zdolność doliny do zatrzymywania wilgoci.

Interwencyjne zrzuty połączone z piętrzeniami mogłyby odtworzyć przynajmniej część tego mechanizmu. Woda nie szłaby szybko głównym korytem, tylko rozlewałaby się wolniej, podsiąkała w gleby, zasilała boczne obniżenia, podnosiła poziom w starorzeczach i dłużej utrzymywała wilgoć. To właśnie jest najważniejszy efekt. Nie chodzi o to, by przez kilka dni „podnieść rzekę” na wykresie. Chodzi o to, by przywrócić wodę krajobrazowi.

W praktyce oznacza to większą odporność Narwi na upały, dłuższe utrzymywanie wody w dolinie, lepsze warunki dla ptaków i płazów, mniejsze ryzyko gwałtownego przesychania torfowisk oraz realne wsparcie dla Narwiańskiego Parku Narodowego. A przy okazji także dla turystyki, bo Park bez wody traci swój najważniejszy sens. Nie da się promować „Polskiej Amazonii”, jeśli Amazonia zaczyna przypominać przesuszoną łąkę.

Dlaczego to się opłaca także Siemianówce?

Paradoksalnie, obniżenie poziomu Siemianówki może być korzystne również dla samego zbiornika. Dzisiejszy problem polega na tym, że duży, płytki, nagrzewający się akwen jest bardzo podatny na parowanie, zakwity i degradację jakości wody. Im więcej płytkiej, stojącej, ciepłej wody, tym większe ryzyko problemów w środku sezonu. Trzymanie zalewu „na siłę” w wysokim stanie nie musi oznaczać ochrony turystyki. Może oznaczać odsuwanie w czasie kryzysu, który i tak będzie wracał.

Niższy poziom wody, utrzymany w sposób kontrolowany, może otworzyć drogę do nowego modelu Siemianówki: częściowo rekreacyjnego, częściowo mokradłowego, bardziej odpornego na suszę, bardziej przyrodniczego i mniej uzależnionego od masowej plażowej turystyki. To nie musi być koniec lokalnego rozwoju. To może być jego przebudowa.

Oczywiście nikt rozsądny nie powinien udawać, że taka zmiana będzie bezbolesna. Mieszkańcy, przedsiębiorcy, wędkarze, właściciele działek i gospodarstwa agroturystyczne muszą dostać jasny plan, konsultacje i wsparcie. Ale nie wolno też udawać, że obecny model jest dobry. Jeśli wody w regionie będzie coraz mniej, a Narew będzie coraz częściej spadała poniżej stanów krytycznych, to ucierpią wszyscy: Park, przyroda, turystyka, lokalna gospodarka i wizerunek całego Podlasia.

Najważniejsze: nie spuszczać bez planu

Najgorszy możliwy scenariusz wyglądałby tak: otwieramy Siemianówkę, spuszczamy wodę, ona szybko przepływa przez Narwią w dół, a po kilku tygodniach mamy niższy zalew i nadal przesuszoną dolinę. Tego właśnie trzeba uniknąć. Dlatego kolejność musi być odwrotna niż w najprostszych hasłach.

Najpierw inwentaryzacja doliny od Bondar do Suraża. Potem wybór miejsc pod 10–12 niskich piętrzeń i 2–3 dodatkowe zastawki na odpływach bocznych. Następnie szybkie prace interwencyjne w miejscach najmniej konfliktowych, najlepiej tam, gdzie można działać na gruntach publicznych, przy istniejących przeprawach, starorzeczach i rowach. Dopiero potem sezonowe zrzuty z Siemianówki, prowadzone według poziomu wody w Narwi i potrzeb Narwiańskiego Parku Narodowego.

To powinien być program ratunkowy, a nie eksperyment na ślepo.

Siemianówka może stać się narzędziem ratowania Narwi

Najważniejsze jest dziś odczarowanie hasła „spuszczanie wody”. Bo ono brzmi tak, jakby ktoś chciał wyjąć korek z wanny i patrzeć, jak znika jezioro. Tymczasem prawdziwa propozycja jest zupełnie inna. Chodzi o kontrolowane, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody połączone z zatrzymywaniem jej w dolinie. Chodzi o obniżenie Siemianówki po to, by Narew mogła żyć. Chodzi o to, by woda nie była tylko powierzchnią do oglądania, ale zasobem, który krąży, zasila, podsiąka, chłodzi, nawadnia i utrzymuje przy życiu cały krajobraz.

Jeżeli 25 mln m³ wody zostanie po prostu wypuszczone w dół rzeki, efekt może być krótkotrwały. Ale jeśli ta sama ilość zostanie rozprowadzona przez system naturalnych piętrzeń, rozlewisk, starorzeczy i mokradeł, może pracować dla Narwi przez całe lato.

Dla skali warto dodać jeszcze jedno: gdyby potraktować Siemianówkę jak zamknięty zbiornik, do którego nie wpada już ani kropla wody — bez opadów, bez roztopów, bez dopływów, w warunkach zupełnie teoretycznej, totalnej suszy — to sezonowe wykorzystanie 25 mln m³ oznaczałoby zapas na około 2,5 roku, licząc pojemność użytkową zbiornika, albo nieco ponad 3 lata, licząc całą jego pojemność. W realnym świecie oczywiście tak to nie działa, bo zbiornik jest zasilany wodą, a bilans zależy od opadów, dopływów, parowania i decyzji hydrologicznych. Ale ten prosty rachunek pokazuje jedno: interwencyjne zrzuty nie są pomysłem na „opróżnienie Siemianówki w jeden sezon”, tylko na kupienie Narwi czasu. A ten czas musi zostać dobrze wykorzystany. Najpóźniej do 2030 roku powinny wejść w życie duże zmiany systemowe, po których Siemianówka przestanie być klasycznym jeziorem-zalewem, a stanie się przede wszystkim obszarem mokradeł, rozlewisk i retencji naturalnej — czyli miejscem, które nie trzyma wody dla samego widoku tafli, lecz oddaje ją całemu żywemu systemowi Narwi.

I właśnie o to powinna dziś toczyć się rozmowa. Nie o straszenie ludzi pustym zalewem. Nie o wojnę między Siemianówką a Narwią. Nie o konflikt turystyki z przyrodą. Tylko o mądre zarządzanie wodą w świecie, w którym każda jej ilość będzie coraz cenniejsza.

Siemianówka nie powinna być symbolem sporu. Powinna stać się magazynem ratunkowym dla Narwi. Ale żeby tak się stało, trzeba przestać traktować ją jak nietykalny akwen, a zacząć traktować jak część większego organizmu. Tym organizmem jest cała dolina Narwi — od Bondar, przez Narew, Ploski, Strablę, Doktorce i Suraż, aż po serce Narwiańskiego Parku Narodowego. Woda musi ruszyć. Ale zanim ruszy, trzeba ją nauczyć zostawać.

Kładka Waniewo-Śliwno działała tylko kilka dni. Narew umiera i czas działać natychmiast!

Kładka Waniewo-Śliwno działała tylko kilka dni. Narew umiera i czas działać natychmiast!

Jeszcze kilka dni temu można było usłyszeć dobrze znany argument: „wystarczy, że popada i wszystko wróci do normy”. Tak mówili ci, którzy nie widzieli związku między sposobem funkcjonowania Siemianówki a kondycją Narwi. Tak mówili ci, którzy uważali, że problem suszy hydrologicznej w dolinie Narwi jest przejściowy, sezonowy, chwilowy. Ot, kilka suchych tygodni,  miesięcy, trochę niższy poziom wody, potem przyjdzie deszcz i natura sama wszystko naprawi.

Deszcz przyszedł i to bardzo obfity, wielodniowy. I widać, że nic to nie dało. Bo problem jest systemowy.

Dlatego czas na działanie jest teraz, nie dopiero za kilka lat. Owszem, większych zmian wokół Siemianówki należy spodziewać się najwcześniej w okolicach 2029 roku, bo tego wymagają dokumenty, analizy, uzgodnienia i decyzje instytucjonalne. Ale Narew nie może czekać do 2029 roku. Już dziś potrzebne są działania interwencyjne: kontrolowane zrzuty wody ze zbiornika wtedy, gdy rzeka i torfowiska najbardziej jej potrzebują, oraz naturalne piętrzenia na trasie do Narwiańskiego Parku Narodowego. Mówiąc najprościej: tam, gdzie bobry przez lata potrafiły zatrzymywać wodę w krajobrazie, człowiek musi dziś pomóc naturze i częściowo „zastąpić bobry”.

Przed nami zapewne letnie ulewy, które mogą dawać krótkie, gwałtowne dopływy wody. Tyle że taka woda, zamiast spokojnie wsiąkać w przesuszoną ziemię i zasilać mokradła, bardzo często błyskawicznie spływa rowami melioracyjnymi i uregulowanymi ciekami dalej — aż w stronę morza. Systemu melioracji nie da się odwrócić z dnia na dzień, ale można i trzeba już teraz zatrzymywać każdy możliwy impuls wody w dolinie. Bo jeśli nie zaczniemy działać natychmiast, kolejne deszcze znów tylko przez chwilę poprawią statystyki, a Narew nadal będzie wysychać.

Po obfitych opadach wiele rzek w regionie rzeczywiście odżyło. Na mapie HydroIMGW widać wyraźnie, że stany wód w wielu miejscach się podniosły. Część cieków zareagowała szybko, zgodnie z tym, czego można byłoby oczekiwać po intensywnych opadach. Ale Narew, szczególnie w newralgicznym odcinku związanym z Narwiańskim Parkiem Narodowym, nadal pozostała oznaczona dramatycznie. Czarno. Czytelnie. Bez miejsca na wygodne złudzenia.

I to jest sedno sprawy. Jeżeli po solidnych opadach część rzek podnosi się wyraźnie, a Narew wciąż nie odzyskuje bezpiecznego poziomu, to nie mamy już do czynienia wyłącznie z „brakiem deszczu”. Mamy do czynienia z problemem systemowym.

Najlepszym dowodem jest komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego. Kładka Waniewo – Śliwno została ponownie udostępniona turystom 19 czerwca 2026 roku, po poprawie warunków hydrologicznych. Ale radość trwała bardzo krótko. Już 25 czerwca Park musiał ją ponownie zamknąć. Powód? Bardzo szybki spadek poziomu wody w Narwi. Utrzymująca się susza hydrologiczna sprawiła, że korzystanie z pływającej przeprawy stało się niebezpieczne dla turystów.

To nie jest abstrakcyjny spór przyrodników, hydrologów i samorządowców. To jest konkret, który dotyka całego Narwiańskiego Parku Narodowego — jednej z najcenniejszych dolin rzecznych w Polsce, królestwa rozlewisk, trzcinowisk, turzycowisk, starorzeczy, ptaków, płazów, ryb, owadów i torfowisk, które przez wieki działały jak naturalna gąbka zatrzymująca wodę w krajobrazie. Kładka Waniewo – Śliwno jest tylko najbardziej widocznym symbolem tego kryzysu, bo turyści natychmiast widzą, że nie da się z niej bezpiecznie korzystać. Ale za zamkniętą kładką stoi znacznie poważniejszy problem: przesychająca dolina, osłabione mokradła, coraz trudniejsze warunki dla ptaków wodno-błotnych, zaburzony rytm rzeki i krajobraz, który bez wody traci swoją najważniejszą funkcję. Deszcz pomógł na chwilę, ale nie rozwiązał problemu. Woda przyszła i szybko odeszła. A Narew znowu została zbyt niska — nie tylko dla turystów, ale przede wszystkim dla całego żywego świata, który od tej rzeki zależy.

To właśnie dlatego rozmowa o Siemianówce nie może być dalej odkładana

W poprzednim tekście pisaliśmy, że przyszłość Siemianówki musi zostać przemyślana na nowo. Nie jako wojna z mieszkańcami. Nie jako likwidacja lokalnej turystyki. Nie jako emocjonalne hasło „zlikwidować zalew”. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: o zmianę sposobu gospodarowania wodą tak, by Narew odzyskała oddech, a region zyskał nowy, odporniejszy model rozwoju.

Dzisiejsza sytuacja tylko wzmacnia nasz postulat. Bo jeśli ktoś twierdził, że problem rozwiąże się po deszczu, to teraz powinien spojrzeć na mapę HydroIMGW i komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego. Opady były. Rzeki w wielu miejscach zareagowały. A mimo to Narew nadal nie wróciła do stabilnego, bezpiecznego stanu. Kładka Waniewo – Śliwno musiała zostać zamknięta niemal natychmiast po krótkim otwarciu.

To pokazuje, że w dolinie Narwi dzieje się coś głębszego niż zwykłe wahania pogody. Oczywiście sama mapa nie jest pełną ekspertyzą hydrologiczną. Nie zastępuje modeli, pomiarów, wieloletnich analiz ani decyzji instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną. Ale mapa pokazuje coś, czego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Pokazuje, że Narew nie reaguje tak, jak powinna reagować zdrowa rzeka w krajobrazie zdolnym do zatrzymywania i oddawania wody. Pokazuje, że nawet wielodniowe opady nie wystarczają, jeżeli cały system jest osłabiony.

A Siemianówka jest jednym z kluczowych elementów tego systemu.

Nie chodzi o to, czy Siemianówka „drenuje” Narew w jednym prostym sensie

Nie chodzi o jedno magiczne zdanie, które wszystko wyjaśnia. Chodzi o bilans wody. O to, ile wody zatrzymujemy. Ile tracimy przez parowanie. Ile zostaje w płytkim, nagrzewającym się zbiorniku. Ile trafia do Narwi wtedy, gdy rzeka i torfowiska najbardziej tego potrzebują. Jak pracuje cały układ od wiosny do lata. Czy Siemianówka pomaga Narwi przetrwać suszę, czy raczej sama staje się elementem, który w warunkach zmian klimatu pogłębia deficyt wody.

Dzisiejszy komunikat Narwiańskiego Parku Narodowego powinien być dla wszystkich sygnałem alarmowym. Skoro po opadach kładkę można było otworzyć tylko na kilka dni, a potem trzeba było ją zamknąć z powodu szybkiego spadku poziomu wody, to znaczy, że nie wystarczy czekać na deszcz. Nie wystarczy mówić: „przyroda sama sobie poradzi”. Nie poradzi sobie, jeśli człowiek przez dekady przekształcał krajobraz, regulował rzeki, budował zbiorniki, odcinał mokradła i zmieniał naturalną retencję.

Dlatego przyszłość Siemianówki musi być tematem pilnym, a nie odkładanym na później.

Najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że nic się nie dzieje

Można oczywiście dalej bronić obecnego modelu za wszelką cenę. Można mówić, że zalew jest atrakcją turystyczną, że ludzie się do niego przyzwyczaili, że powstały wokół niego biznesy, że są plaże, działki, wspomnienia i lokalne interesy. To wszystko prawda. Tych argumentów nie wolno lekceważyć. Ale trzeba uczciwie dopowiedzieć drugą część: obecny model też nie daje bezpieczeństwa.

Zbiornik robi się coraz płytszy, coraz cieplejszy, coraz bardziej zakwita i coraz mniej jest skutecznym elementem gospodarki wodnej. W ten sposób nie ochroni lokalnej turystyki. Bo ta oparta na płytkim, nagrzewającym się akwenie w czasach suszy hydrologicznej nie ma żadnego sensu. Można ją bronić jeszcze przez kilka sezonów, ale nie można budować na niej spokojnej przyszłości regionu.

Dzisiejsze zamknięcie kładki Waniewo – Śliwno jest symbolem tego kryzysu. Bo to miejsce nie jest przypadkowe. To jedna z ikon Narwiańskiego Parku Narodowego. Kładka, pływające pomosty, przeprawy, szeroka dolina Narwi, ptaki, trzciny, woda, przestrzeń — to wszystko tworzyło obraz rzeki żywej, dzikiej, wyjątkowej. Jeżeli nawet tam zaczyna brakować wody w sposób zagrażający bezpieczeństwu turystów, to znaczy, że problem nie jest teoretyczny.

To już nie jest dyskusja o dalekiej przyszłości. To dzieje się teraz.

W poprzednim tekście pisaliśmy, że zmiana Siemianówki nie powinna być przedstawiana jako koniec turystyki. Przeciwnie. Może być początkiem znacznie mądrzejszego, bardziej odpornego modelu.

Zamiast upierać się przy wizji dużego, płytkiego zbiornika, który coraz bardziej przegrywa z suszą, parowaniem i zakwitami, można zaprojektować Siemianówkę jako mozaikę wody, mokradeł, trzcinowisk, rozlewisk, wysp, kanałów, punktów widokowych i ścieżek edukacyjnych. Jako bramę do dzikiej Narwi, Puszczy Białowieskiej i wschodnich mokradeł. Jako miejsce, które nie udaje Mazur, lecz pokazuje to, co w Podlaskiem najcenniejsze: dzikość, przestrzeń, ptaki, ciszę, wodę i krajobraz nie do podrobienia.

Ale żeby tak się stało, decyzje muszą zapaść odpowiednio wcześnie. Nie wtedy, gdy kryzys będzie już tak głęboki, że wszyscy będą działać pod presją. Nie wtedy, gdy lokalni przedsiębiorcy zostaną sami z problemem. Potrzebny jest plan przejścia.

Mieszkańcy Michałowa, Narewki, Bondar, Siemianówki i okolicznych miejscowości nie mogą zostać potraktowani jak przeszkoda. Muszą być partnerami tej zmiany. Jeżeli państwo i instytucje publiczne chcą ratować Narew, powinny równolegle zaproponować regionowi nową strategię rozwoju: wsparcie dla agroturystyk, przewodników, wypożyczalni, gastronomii, lokalnych producentów, edukacji przyrodniczej, ścieżek, wież widokowych, kładek i promocji nowej marki miejsca. Bo ludzie nie boją się mokradeł. Ludzie boją się, że ktoś podejmie decyzję nad ich głowami, a oni zostaną z rachunkami.

Deszcz nie wystarczył. To najważniejsza lekcja ostatnich dni

Dzisiejsza sytuacja powinna zakończyć najprostszy argument przeciwników zmian: że wystarczy poczekać na opady. Nie wystarczy. Opady przyszły, ale Narew nadal pozostała w kryzysie. Kładka Waniewo – Śliwno została otwarta tylko na chwilę. Po kilku dniach trzeba było ją ponownie zamknąć, bo poziom wody bardzo szybko spadł. To pokazuje, że mamy do czynienia z problemem retencji, sposobu gospodarowania wodą i funkcjonowania całego układu hydrologicznego.

Dlatego pytanie nie brzmi już: czy rozmawiać o zmianach na Siemianówce? Pytanie brzmi: jak długo jeszcze będziemy udawać, że ta rozmowa może poczekać? Narew nie potrzebuje kolejnych sporów na Facebooku. Nie potrzebuje zaklinania rzeczywistości. Nie potrzebuje zapewnień, że „jakoś to będzie”. Potrzebuje realnej wody, realnej retencji, realnego planu i odwagi instytucji, które przestaną traktować Siemianówkę jak nietykalny pomnik dawnych decyzji.

Bo jeśli deszcz podniósł poziomy wielu rzek, a Narew nadal została w dramatycznym stanie, to znaczy, że natura właśnie wystawiła nam bardzo czytelny rachunek. I ten rachunek dotyczy nie tylko Narwiańskiego Parku Narodowego. Dotyczy całego Podlasia.

Siemianówka musi się zmienić. Nie przeciwko ludziom, ale dla ludzi i dla Narwi. Nie chaotycznie, nie z dnia na dzień, nie bez konsultacji. Mądrze, etapami, z programem wsparcia dla lokalnej społeczności i z jasnym celem: zatrzymać wodę tam, gdzie jest najbardziej potrzebna, odbudować mokradła i sprawić, by Narew znowu była rzeką, a nie wspomnieniem po rzece.

Dzisiejsza sytuacja w Narwiańskim Parku Narodowym to nie drobna niedogodność dla turystów. To ostrzeżenie, że cały wyjątkowy ekosystem doliny Narwi znalazł się pod presją, której nie da się już tłumaczyć wyłącznie chwilowym brakiem deszczu. I jeśli potraktujemy ten sygnał poważnie, może stać się początkiem dobrej zmiany — dla rzeki, mokradeł, przyrody i ludzi, którzy żyją z tym krajobrazem na co dzień.

Popularna atrakcja zamknięta. Narew umiera i tylko jedno uratuje „Polską Amazonię”.
Tak mogłaby wyglądać Siemianówka po zmianie jej przeznaczenia.

Popularna atrakcja zamknięta. Narew umiera i tylko jedno uratuje „Polską Amazonię”.

Jedna z największych atrakcji turystycznych Narwiańskiego Parku Narodowego została zamknięta po zaledwie dwóch miesiącach działania. Chodzi o kładkę Waniewo-Śliwno, czyli popularną przeprawę przez dolinę Narwi, która od lat przyciąga turystów chcących zobaczyć jedną z najbardziej niezwykłych rzek w Polsce z bliska. Powód zamknięcia jest bardzo konkretny: stan wody w Narwi jest zbyt niski, by mogła bezpiecznie funkcjonować przeprawa wodna.To nie jest tylko drobna niedogodność dla turystów. To kolejny sygnał ostrzegawczy, że z Narwią dzieje się coś bardzo niepokojącego. Rzeka, która historycznie była wielokorytowa, rozlewiskowa, pełna odnóg, mokradeł i życia, coraz częściej staje się symbolem suszy, zaburzonego przepływu i problemów, których nie da się dłużej zamiatać pod dywan.

Kładka Waniewo-Śliwno działa dzięki połączeniu pomostów i przepraw pływających. Gdy wody jest za mało, cała ta atrakcja przestaje być bezpieczna i funkcjonalna. A skoro tak ważny punkt na turystycznej mapie regionu trzeba zamykać już po dwóch miesiącach, to trudno udawać, że mówimy wyłącznie o „chwilowo niskim stanie wody”. Tu chodzi o kondycję całej doliny Narwi.

15 czerwca ma odbyć się robocze spotkanie urzędników i przedstawicieli instytucji odpowiedzialnych za wodę i przyrodę. Przy jednym stole mają spotkać się między innymi przedstawiciele Wód Polskich oraz Narwiańskiego Parku Narodowego. Tematem ma być to, co dalej robić z Siemianówką i Narwią. I bardzo dobrze, że do takiego spotkania dojdzie, bo ten temat wymaga wreszcie poważnej rozmowy, a nie kolejnych półśrodków.

Problem polega na tym, że Siemianówka od dawna nie jest tylko zbiornikiem rekreacyjnym. To ogromna ingerencja w system Narwi. Woda, która powinna pracować w naturalnym rytmie rzeki, jest zatrzymywana, nagrzewa się, stoi, paruje, a potem trafia dalej w zupełnie innym stanie niż rzeka potrzebowałaby do prawidłowego funkcjonowania. Zbiornik, który miał być rozwiązaniem, coraz częściej wygląda jak część problemu.

fot. Narwiański Park Narodowy, Przeprawa przez kładkę szoruje po dnie. fot. Narwiański Park Narodowy.

Co uratuje Narew?

Dlatego warto wrócić do pomysłu, o którym pisaliśmy już wcześniej: zamiast kurczowo bronić Siemianówki w obecnym kształcie albo sprowadzać rozmowę wyłącznie do hasła „likwidować albo nie likwidować”, trzeba pomyśleć o trzeciej drodze. Siemianówkę można przekształcić w rozległy obszar mokradeł, rozlewisk, trzcinowisk, wysp, płycizn i fragmentów otwartej wody. Innymi słowy: w rezerwat przyrody, który zamiast szkodzić Narwi, zacząłby jej pomagać.

To nie jest fantazja oderwana od rzeczywistości. Płytkie zbiorniki wodne naturalnie przechodzą proces zarastania. Najpierw są otwartym akwenem, później pojawiają się płycizny, roślinność wodna, trzcinowiska i bagna. Siemianówka już dziś zdradza taki kierunek przemian. Zamiast więc walczyć z naturą, można wykorzystać ten proces świadomie i mądrze.

Mokradła są jednymi z najlepszych naturalnych filtrów wody. Roślinność bagienna oraz mikroorganizmy żyjące w osadach wychwytują związki azotu i fosforu, czyli substancje odpowiedzialne między innymi za zakwity glonów i sinic. Taki obszar działa jak ogromna gąbka: zatrzymuje wodę wtedy, gdy jest jej więcej, i oddaje ją powoli w czasie suszy. Dla Narwi mogłoby to oznaczać stabilniejszy przepływ, chłodniejszą wodę i lepsze warunki dla życia biologicznego.

Przekształcenie Siemianówki w kierunku mokradeł nie musi oznaczać zniszczenia turystyki. Wręcz przeciwnie. Może stworzyć coś znacznie cenniejszego niż obecny, problematyczny zbiornik z zakwitającą wodą. Wyobraźmy sobie obszar podobny charakterem do bagien biebrzańskich, ale z fragmentami jeziora, wieżami obserwacyjnymi, ścieżkami przyrodniczymi, kładkami, miejscami do obserwacji ptaków i edukacji ekologicznej. Takie miejsce mogłoby stać się jedną z najważniejszych atrakcji przyrodniczych w regionie.

Brud, zakwity i sinice

Dziś Siemianówka jest często kojarzona z brudem, zakwitami, sinicami i płytką, przegrzaną wodą. Mogłaby być kojarzona z czymś zupełnie innym: z odważną renaturyzacją, ratowaniem Narwi, odbudową mokradeł i nowoczesnym podejściem do ochrony przyrody. Podlaskie nie musi kopiować betonowych pomysłów z innych regionów. Może pokazać, że największą siłą tej ziemi jest przyroda.

Zamknięcie kładki Waniewo-Śliwno po dwóch miesiącach od poprzedniego zamknięcia powinno być potraktowane jak alarm. Bo jeżeli jedna z ikon Narwiańskiego Parku Narodowego przestaje działać z powodu zbyt niskiego stanu wody, to znaczy, że nie rozmawiamy już o teorii. Rozmawiamy o realnych konsekwencjach złej gospodarki wodnej, suszy i decyzji, które przez lata zmieniały naturalny rytm rzeki.

15 czerwca urzędnicy będą rozmawiać o przyszłości Siemianówki i Narwi. Oby nie skończyło się na kolejnych ogólnikach. Narew potrzebuje decyzji, które będą odważne, długofalowe i zgodne z tym, jak działa przyroda. A Siemianówka, zamiast dalej zagrażać rzece swoim istnieniem w obecnej formie, może stać się miejscem, które pomoże ją uratować.

To jest moment, w którym trzeba przestać pytać wyłącznie o to, jak utrzymać zbiornik. Trzeba zacząć pytać, jak ocalić Narew. Bo bez zdrowej Narwi nie będzie ani kładki Waniewo-Śliwno, ani unikalnej doliny, ani tej przyrodniczej magii, dla której ludzie przyjeżdżają do Narwiańskiego Parku Narodowego.

Tama na Siemianówce

Co musi się wydarzyć, by Siemianówka stała się rezerwatem?

Największą przeszkodą nie jest sama przyroda, lecz obecny status zbiornika. Siemianówka formalnie funkcjonuje jako element gospodarki wodnej, związany między innymi z potrzebami rolnictwa, retencji i zarządzania wodą. Dlatego nie wystarczy powiedzieć: „zróbmy tu rezerwat”. Najpierw państwo musiałoby zmienić sposób myślenia o tym miejscu. Zbiornik musiałby przestać być traktowany przede wszystkim jako urządzenie wodne służące określonym celom gospodarczym, a zacząć być traktowany jako obszar o strategicznym znaczeniu przyrodniczym dla Narwi. Potrzebna byłaby więc decyzja na poziomie krajowym, że celem nie jest już konserwowanie obecnego modelu, lecz zmiana funkcji zbiornika w kierunku mokradeł, rozlewisk i obszaru chronionego.

Choć na co dzień za gospodarkę wodną odpowiadają Wody Polskie, to tak duża zmiana nie byłaby zwykłą decyzją administracyjną jednego urzędu. W praktyce musiałaby za nią stać decyzja polityczna: rządu, właściwego ministerstwa oraz instytucji odpowiedzialnych za wodę i środowisko. To one musiałyby uznać, że interes publiczny polega dziś nie na utrzymywaniu Siemianówki jako problematycznego, płytkiego zbiornika, lecz na ochronie Narwi, odbudowie naturalnej retencji i przywracaniu mokradeł. Dopiero wtedy Wody Polskie mogłyby przygotowywać działania techniczne zgodne z nowym celem, a nie jedynie zarządzać zbiornikiem według starej logiki.

Kolejnym etapem byłaby dokumentacja przyrodnicza. Trzeba byłoby dokładnie opisać, które fragmenty Siemianówki i jej otoczenia powinny zostać objęte ochroną, jakie siedliska już tam istnieją, jakie gatunki ptaków, roślin i zwierząt korzystają z tego obszaru oraz jakie działania renaturyzacyjne byłyby potrzebne. Na tej podstawie regionalny dyrektor ochrony środowiska mógłby rozpocząć procedurę ustanowienia rezerwatu przyrody. Rezerwat powstaje bowiem nie przez hasło czy deklarację, ale przez akt prawa miejscowego, który określa jego nazwę, granice, cele ochrony, zakazy oraz zasady funkcjonowania.

W praktyce oznacza to więc kilka równoległych ruchów: zmianę krajowej polityki wobec Siemianówki, aktualizację dokumentów gospodarki wodnej, przygotowanie ekspertyz przyrodniczych, uzgodnienie działań między Wodami Polskimi, administracją rządową, samorządami i służbami ochrony przyrody, a następnie formalne ustanowienie rezerwatu. Dopiero po tym można byłoby bezpiecznie przejść do zmian faktycznych: likwidacji zbiornika w obecnym kształcie, wspierania naturalnego zarastania, tworzenia rozlewisk, odtwarzania trzcinowisk, wyznaczania stref dla ptaków, budowy kładek edukacyjnych i punktów obserwacyjnych.

Najważniejsze jest jednak to, by najpierw zapadła decyzja o zmianie celu. Bez niej Siemianówka pozostanie zbiornikiem, który formalnie trzeba utrzymywać, nawet jeśli przyrodniczo coraz wyraźniej widać, że lepszą przyszłością dla tego miejsca byłyby mokradła. Jeśli państwo naprawdę chce ratować Narew, musi uznać, że Siemianówka nie może być wiecznie traktowana jak techniczny magazyn wody. Powinna stać się obszarem odbudowy przyrody.

Susza w Podlaskiem trwa. Deszcz nie uratuje Narwi, Biebrzy i Bugu bez realnych działań.
fot. Wody Polskie

Susza w Podlaskiem trwa. Deszcz nie uratuje Narwi, Biebrzy i Bugu bez realnych działań.

Ostatnie opady deszczu nad województwem podlaskim mogły sprawić wrażenie, że sytuacja hydrologiczna zaczyna się poprawiać. Mokre ulice, kałuże, chwilowo niższe zagrożenie pożarowe – dla wielu osób to sygnał ulgi. Problem w tym, że natura nie działa według krótkotrwałych emocji. Kilka dni deszczu nie jest w stanie odwrócić wielomiesięcznej suszy, która pustoszy lasy, bagna i doliny rzeczne Podlasia.

Szczególnie dramatycznie wygląda sytuacja w Biebrzańskim Parku Narodowym. Brakuje w nim około 10 milionów metrów sześciennych wody. To liczba wręcz niewyobrażalna. Ostatnie opady praktycznie nie wpłynęły na sytuację hydrologiczną lasów. Poprawa zagrożenia pożarowego jest jedynie chwilowa i niewielka. Największym problemem są dziś gwałtowne ulewy. Woda spływa po wysuszonej ziemi, zamiast spokojnie wsiąkać i zasilać mokradła, torfowiska oraz wody gruntowe. To dlatego po kilku dniach bez deszczu sytuacja wraca do punktu wyjścia. Podlasie wysycha dalej.

I właśnie dlatego coraz trudniej zrozumieć bierność instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną.

W lutym Wody Polskie zorganizowały spotkanie eksperckie dotyczące rekultywacji starorzeczy Narwi. Sam kierunek działań można ocenić pozytywnie – renaturyzacja rzek, przywracanie starorzeczy czy poprawa retencji są potrzebne. Problem polega jednak na tym, że podczas całego spotkania praktycznie pominięto temat kluczowy dla przyszłości Narwi: wpływ zbiornika Siemianówka.

To właśnie Siemianówka od lat jest głównym czynnikiem destabilizującym naturalny charakter Narwi. Zbiornik zmienił rytm przepływu wody, wpłynął na temperaturę rzeki, transport osadów i funkcjonowanie ekosystemów w dolinie Narwi. Bez uczciwej rozmowy o roli Siemianówki trudno mówić o realnym ratowaniu rzeki.

Tymczasem lutowe spotkanie skupiło się głównie na technicznych rozwiązaniach dotyczących sześciu starorzeczy. Dyskutowano o zastawkach, bystrzach kamiennych i deflektorach nurtu, ale zabrakło odwagi, by podjąć temat systemowy. To trochę tak, jakby próbować ratować wysychające drzewo, podlewając pojedyncze gałęzie, ale ignorując uszkodzony korzeń.

Susza zaczyna uderzać nie tylko w przyrodę, ale również w turystykę i lokalną gospodarkę. W Biebrzańskim Parku Narodowym część atrakcji już jest niedostępna. Nie działa między innymi popularna przeprawa pływającym pomostem na szlaku Szuszalewo – Nowy Lipsk. Dla regionu żyjącego także z turystyki przyrodniczej to bardzo niepokojący sygnał.

Podlasie potrzebuje dziś czegoś więcej niż pojedynczych konferencji i punktowych działań.

Potrzebna jest prawdziwa strategia ratowania rzek i mokradeł północno-wschodniej Polski. Strategia obejmująca całość problemu: retencję, melioracje, regulacje rzek, wycinkę mokradeł i właśnie wpływ Siemianówki.

Bo jeśli dalej będziemy rozmawiać wyłącznie o skutkach, a nie o przyczynach, to za kilka lat możemy obudzić się w rzeczywistości, w której Narew, Biebrza i Bug będą już nawet nie cieniem dawnych rzek, z których słynęło Podlasie, ale usychającymi strumykami. A wtedy nawet największy deszcz może już nie wystarczyć.

Przełom wokół Siemianówki! Dyrektor Parku mówi wprost: Narew umiera
Kładka Waniewo-Śliwno

Przełom wokół Siemianówki! Dyrektor Parku mówi wprost: Narew umiera

Jeszcze niedawno słyszeliśmy głównie ciszę. Gdy alarmowaliśmy, że Siemianówka odbiera Narwi życie, że rzeka wysycha, zarasta i powoli umiera – wielu traktowało to jak kolejną medialną burzę. Tymczasem dziś rano w Radiu Białystok padły słowa, które jeszcze jakiś czas temu wydawały się nie do pomyślenia.

Dyrektor Narwiańskiego Parku Narodowego otwarcie mówił o tym, że Narew umiera. Że trzeba zmniejszyć powierzchnię Siemianówki, która zatrzymuje ogromne ilości wody. Że konieczne będzie naturalne piętrzenie i zatrzymywanie wody w środowisku. To ogromna zmiana. Wcześniej była tylko głucha cisza.

Przez długi czas krytykowaliśmy dyrekcję za bierność. Podkreślaliśmy, że nawet jeśli Park nie ma bezpośredniego wpływu na działania poza swoim obszarem, to może wpływać pośrednio — nagłaśniając problem, wywierając presję społeczną i mobilizując instytucje takie jak Wody Polskie. Bo właśnie od tego są dziś media, organizacje i instytucje publiczne: by mówić głośno o zagrożeniach, zanim będzie za późno.

I wygląda na to, że nasze apele zostały w końcu usłyszane!

Teraz czas, by o Siemianówce i umierającej Narwi usłyszeli także politycy. By przestali traktować temat jak lokalny problem kilku ekologów czy mieszkańców regionu, a zaczęli realnie wpływać na podległe sobie instytucje i podejmować konkretne decyzje. Bez nacisku z góry wiele urzędów nadal będzie wybierało wygodną bezczynność. A Narew nie może już czekać kolejnych lat.

Cieszy nas, że temat ochrony Narwi przestaje być zamiatany pod dywan. Jeśli nasze publikacje i wielomiesięczne alarmowanie choć trochę pomogły przesunąć tę dyskusję do przodu — to znaczy, że warto było o tym mówić. Bo Narew nie ma czasu na polityczne kalkulacje i wygodne milczenie. Ona po prostu potrzebuje wody.

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Ogromny pożar lasów na Lubelszczyźnie po raz kolejny pokazał, jak szybko natura potrafi zamienić się w żywioł nie do zatrzymania. Pożar wybuchł we wtorek w godzinach popołudniowych na terenie Puszczy Solskiej, obszaru, na którym znajdują się rezerwaty przyrody, parki krajobrazowe, obszary sieci Natura 2000, pomniki przyrody czy ochrona gatunkowa roślin i zwierząt. Pożar w bardzo krótkim czasie objął łącznie 250 hektarów lasów.

Należy sobie zadać pytanie już teraz. Czy Podlaskie – region pełen puszcz, bagien i parków narodowych jest przygotowany na długotrwałą suszę i coraz częstsze zagrożenie pożarowe?

Jeszcze kilkanaście lat temu wielu mieszkańców regionu uważało, że Podlaskie jest naturalnie „odporne” na takie zjawiska. W końcu mamy Biebrzę, Narew, ogromne kompleksy leśne i tereny podmokłe. Problem w tym, że klimat zmienia się szybciej niż nasze myślenie o wodzie. Coraz krótsze zimy, brak stabilnej pokrywy śnieżnej i długie okresy bez opadów powodują, że nawet miejsca uznawane kiedyś za wilgotne zaczynają wysychać.

Najbardziej alarmujące sygnały płyną z Biebrzańskiego Parku Narodowego. To właśnie tam regularnie pojawiają się informacje o suszy hydrologicznej i pożarach trzcinowisk oraz łąk. W ostatnich latach ogień wielokrotnie obejmował rozległe obszary parku. W 2025 roku spłonęły kolejne hektary cennych terenów bagiennych i torfowisk.

To szczególnie niebezpieczne dlatego, że torfowiska są naturalnym magazynem wody. Gdy są nawodnione — chronią przed suszą i ograniczają ryzyko pożarów. Gdy wysychają — zamieniają się w łatwopalny materiał, który może tlić się pod ziemią przez wiele dni. Strażacy dobrze pamiętają dramatyczne akcje gaśnicze na Biebrzy, gdzie ogień był trudny do opanowania właśnie przez przesuszone podłoże i niesłabnący wiatr.

Niepokojące sygnały pojawiają się również w Puszczy Białowieskiej. Eksperci zwracają uwagę na zmiany poziomu wód gruntowych oraz pogarszający się stan siedlisk wilgotnych. Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) uznała ostatnio stan ochrony Puszczy Białowieskiej za „krytyczny”. Oczywiście problemów jest tam więcej niż sama susza, ale coraz częściej mówi się o tym, że brak stabilnych zasobów wodnych będzie jednym z największych zagrożeń dla całego ekosystemu.

Podobne obawy dotyczą również Narwiańskiego Parku Narodowego. Dolina Narwi od lat zmaga się z coraz niższymi poziomami wód i coraz krótszym okresem naturalnych rozlewisk. To zmienia cały charakter tych terenów. Łąki wysychają szybciej, zmienia się roślinność, a miejsca dawniej stale mokre zaczynają przypominać zwykłe suche pola. W praktyce oznacza to również większe ryzyko pożarowe.

Coraz częściej o problemie przesuszenia mówi się także w kontekście Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej. To ogromne kompleksy leśne, które przy długotrwałej suszy stają się bardzo podatne na pożary. Wystarczy kilka tygodni bez opadów, wysoka temperatura i silny wiatr, aby nawet niewielkie źródło ognia doprowadziło do katastrofy. Instytut Badawczy Leśnictwa regularnie publikuje mapy zagrożenia pożarowego pokazujące, że ryzyko w polskich lasach rośnie bardzo szybko.

W tym wszystkim wraca również temat zbiornika Siemianówka. Od lat sztuczny zalew zaburza naturalny obieg wody i wpływa na warunki hydrologiczne Narwi. Ogromne ilości wody są tam magazynowane na płytkim akwenie, gdzie podczas upałów następuje intensywne parowanie. Tymczasem rzeka niżej mogłaby być lepiej zasilana naturalnym przepływem.

Dziś, w czasach coraz częstszych susz, pytanie o sens dalszego utrzymywania Siemianówki wraca z nową siłą. Być może zamiast kolejnych kosztownych prób utrzymywania sztucznego zbiornika należałoby rozpocząć dyskusję o jego stopniowej likwidacji i renaturyzacji całego obszaru. Teren ten mógłby stać się jednym z największych rezerwatów przyrody w Polsce — czymś na wzór nowych obszarów ochronnych podobnych charakterem do Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Naturalne bagna, rozlewiska i mokradła działają jak gigantyczna gąbka. Zatrzymują wodę znacznie skuteczniej niż betonowe konstrukcje hydrotechniczne i sztuczne zbiorniki. Co więcej — są odporne na parowanie, wspierają bioróżnorodność i ograniczają skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych. Być może właśnie w tym kierunku powinno iść dziś myślenie o bezpieczeństwie wodnym Podlasia.

Pożary na Lubelszczyźnie pokazują jedno bardzo wyraźnie — Polska wchodzi w epokę, w której susza i wielkie pożary przestają być wyjątkiem. Podlaskie wciąż ma ogromny naturalny potencjał: puszcze, bagna, rzeki i parki narodowe. Ale jeśli nie zaczniemy traktować wody jako najcenniejszego zasobu regionu, nawet najbardziej zielone tereny mogą w przyszłości stanąć w ogniu.

Featured Video Play Icon

Dzika przyroda Podlasia. Ekscytujące obrazy natury na żywo.

Podlaskie to jedno z tych miejsc, które nie próbują nikogo przekonywać na siłę. Ono po prostu jest – ciche, rozległe, dzikie. I właśnie dlatego przyciąga ludzi, którzy mają dość zgiełku, ekranów i sztucznie wykreowanych atrakcji. Tutaj nie ogląda się natury zza szyby. Tutaj się w nią wchodzi. To region, w którym obserwowanie zwierząt nie jest „atrakcją turystyczną” w klasycznym sensie. To doświadczenie. Spotkanie. Czasem nagłe, czasem wyczekane godzinami. I zawsze prawdziwe.

W Podlaskiem można zobaczyć półdzikie konie pasące się na rozległych łąkach, szczególnie w dolinach rzek i na terenach bagiennych. Nie są zamknięte w zagrodach ani przygotowane pod turystów. Żyją swoim rytmem – przemieszczają się, reagują na pogodę, czują obecność człowieka. Ich widok o świcie, gdy mgła unosi się nad ziemią, potrafi zatrzymać na dłużej niż jakiekolwiek widowisko.

Jeszcze bardziej surowe wrażenie robią spotkania z łosiami. To jedne z największych dzikich zwierząt w Polsce, a w Podlaskiem mają idealne warunki do życia – rozległe bagna Biebrzańskiego Parku Narodowego są ich naturalnym królestwem. Łoś nie ucieka w panice jak wiele innych zwierząt. Potrafi stać nieruchomo, obserwując. I właśnie ten moment – kiedy człowiek i dzika natura patrzą na siebie bez pośredników – zostaje w pamięci najdłużej.

Żubry to z kolei symbol Podlasia. Największe ssaki Europy, które jeszcze niedawno były na granicy wyginięcia, dziś można spotkać w Puszczy Białowieskiej i okolicznych terenach. Nie w klatce, nie na wybiegu, tylko w ich własnym świecie. Zobaczenie żubra w lesie to coś zupełnie innego niż wizyta w zoo – to poczucie obcowania z czymś pierwotnym, potężnym i jednocześnie spokojnym.

Nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden wymiar – ptaki drapieżne. Podlaskie to raj dla ornitologów i tych, którzy po prostu lubią patrzeć w niebo. Bieliki, myszołowy, orliki krzykliwe – krążą wysoko, wykorzystując prądy powietrza. Ich obecność trudno zaplanować, ale gdy już się pojawią, robią ogromne wrażenie. Cisza, przestrzeń i nagle majestatyczny lot nad głową.

To właśnie odróżnia Podlaskie od miejsc „zorganizowanej przyrody”. Tutaj nic nie jest ustawione pod turystę. Nie ma gwarancji, że zobaczysz konkretne zwierzę o konkretnej godzinie. Ale jeśli dasz sobie czas, zwolnisz i zaczniesz naprawdę patrzeć – natura zacznie się odsłaniać.

I wtedy okazuje się, że największą atrakcją nie jest to, co zobaczysz, ale jak to zobaczysz. Bez barierek, bez tłumu, bez scenariusza. Tylko Ty i świat, który od tysięcy lat działa na własnych zasadach.

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Budują atrakcje dla ludzi, a chcą dotacje na przeciwdziałanie suszy i ochronę przed powodzią.

Bielsk Podlaski szykuje się na dużą inwestycję – zbiornik retencyjny na rzece Białej, który według zapowiedzi ma przeciwdziałać suszy, chronić przed powodzią, a przy okazji stworzyć nową przestrzeń rekreacyjną dla mieszkańców. Wniosek o dofinansowanie już trafił do odpowiednich instytucji, a wartość projektu szacowana jest na około 40 milionów złotych. W planach są nie tylko same prace hydrotechniczne, ale też infrastruktura wypoczynkowa i nasadzenia zieleni. Na pierwszy rzut oka wszystko brzmi jak klasyczna inwestycja „dla dobra mieszkańców i środowiska”. Jednak kiedy przyjrzeć się bliżej, pojawia się kilka pytań.

Podlaskie od lat zmaga się z problemem spadających poziomów wód. Rzeki i cieki wodne są coraz płytsze, a okresy suszy wydłużają się z roku na rok. W takiej rzeczywistości trudno nie zauważyć pewnej sprzeczności w argumentacji: jednocześnie mówi się o walce z suszą i o funkcji przeciwpowodziowej. Tymczasem te dwa zjawiska rzadko występują równocześnie w sposób, który uzasadniałby budowę dużego zbiornika.

Jeśli wody jest mało – zbiornik nie ma czego magazynować. Jeśli pojawią się intensywne opady i lokalne podtopienia – ich charakter jest zazwyczaj krótkotrwały i gwałtowny. W takich przypadkach niewielki zbiornik nie jest w stanie znacząco wpłynąć na sytuację hydrologiczną, a zgromadzona w nim woda w kolejnych tygodniach po prostu odparuje. To naturalny proces, który szczególnie nasila się w okresach letnich.

Zwraca się uwagę na to, jakie powinno być właściwie podejście do gospodarki wodnej. Czyli takie, które nie polega na „zamykania” wody w zbiornikach, lecz na jej zatrzymywaniu w krajobrazie. W Podlaskiem ogromną rolę odgrywają dawne systemy melioracyjne, często jeszcze z czasów PRL, które przez dekady skutecznie odprowadzały wodę z łąk i terenów podmokłych. Robiono to po to, by rolnicy mieli większe obszary do wykorzystania. W czasach, gdy po wojnie brakowało jedzenia, było to całkiem logiczne. Dziś w XXI wieku nie brakuje  nam jedzenia tylko wody. A ten sam system przyczynia się do przesuszania gleby.

Gdyby zlikwidować te melioracje, woda mogłaby naturalnie rozlewać się na okoliczne tereny, zasilać glebę i podnosić poziom wód gruntowych. Przy intensywnych opadach działałoby to jak naturalny bufor, ograniczając gwałtowne spływy. To rozwiązanie mniej widowiskowe, ale bardziej trwałe i zgodne z lokalnym ekosystemem.

Problem w tym, że takie działania rzadko wpisują się w duże programy inwestycyjne. Nie generują spektakularnych projektów infrastrukturalnych, nie tworzą przestrzeni rekreacyjnych, nie przyciągają uwagi w taki sposób jak nowy zalew z pomostami i ścieżkami spacerowymi.

I tu pojawia się druga warstwa tej inwestycji – ta, o której mówi się już bardziej otwarcie. Planowany zbiornik ma stać się miejscem wypoczynku, rekreacji i integracji społecznej. To niewątpliwie wartość dla mieszkańców, szczególnie w miastach, które szukają nowych przestrzeni do życia poza betonem i asfaltem.

W efekcie powstaje projekt, który łączy w sobie dwa światy: oficjalną narrację o retencji i ochronie środowiska oraz bardzo realną potrzebę stworzenia atrakcyjnego miejsca dla ludzi. I być może właśnie w tym połączeniu tkwi klucz do zrozumienia całej inwestycji. Bo czasem najciekawsze nie jest to, co zapisane w dokumentach – lecz to, co znajduje się między wierszami.

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?
Rzeka Narew w Koźlikach

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?

Miniony marzec był w Polsce ekstremalnie ciepły i jednocześnie skrajnie suchy. Te dwa zjawiska – choć brzmią abstrakcyjnie – w województwie podlaskim mają bardzo konkretne konsekwencje. I widać je już teraz, w terenie.

Z jednej strony mamy efekt śnieżnej zimy. W wielu miejscach Podlasia wciąż utrzymują się skromne rozlewiska – szczególnie w dolinach rzek, na łąkach i terenach bagiennych. Biebrza, Narew czy mniejsze cieki znów tworzą krajobraz, który jest jednym z największych skarbów regionu. Wielu mieszkańców okolic tych rzek jednak przyznaje, że to nie to co kiedyś. Rozlewiska są skromne.

Marzec był też jednym z najsuchszych w historii pomiarów. W Suwałkach – czyli w samym sercu północnego Podlasia – opady praktycznie nie wystąpiły. To oznacza, że obecne rozlewiska nie są efektem bieżących opadów, tylko „zapasem” po zimie. A ten zapas szybko się kończy.

Ciepło dodatkowo przyspiesza parowanie. W praktyce oznacza to, że woda, która dziś jeszcze utrzymuje się na łąkach i w dolinach rzek, może zniknąć znacznie szybciej niż zwykle. Jeśli kwiecień i maj nie przyniosą wyraźnych opadów, Podlasie może wejść w okres suszy hydrologicznej wcześniej niż zazwyczaj.

To szczególnie groźne dla terenów, które są symbolem regionu. Bagna Biebrzańskie, rozlewiska Narwi czy torfowiska – wszystkie te ekosystemy są uzależnione od stabilnego poziomu wody. Bez niego zaczynają wysychać, a to uruchamia cały łańcuch zmian: zanika roślinność bagienna, spada liczba ptaków, rośnie ryzyko pożarów. Jeśli trend ciepłych i suchych miesięcy się utrzyma, zmiany w przyrodzie regionu będą coraz bardziej widoczne. A to już nie jest kwestia jednego sezonu, tylko kierunku, w jakim zmierza cały krajobraz północno-wschodniej Polski. W pewnym momencie będzie u nas jak w Mongolii – jeden wielki step.

W tej sytuacji rola władz – zarówno regionalnych, jak i państwowych – powinna być jednoznaczna: zatrzymywać wodę tam, gdzie naturalnie występuje. Nie ma czasu już na wielkie inwestycje hydrotechniczne, tylko o odtwarzanie i ochronę tego, co już mamy. Kluczowe jest ograniczenie melioracji odwadniających, renaturyzacja rzek takich jak Narew i jej dopływy, odbudowa małej retencji oraz blokowanie odpływu wody z torfowisk. Częściowo się to już dzieje, ale zbyt wolno i na zbyt małą skalę. Kluczowe jest też zlikwidowanie zalewu Siemianówka, który degraduje Narew. Tu niestety władze postępują w drugą stronę – rozbudowują turystykę wokół zalewu. Jest to ogromny błąd.

Podlaskie nie potrzebuje szybkiego zatrzymania wody. Każdej, która spadnie z nieba. Bez tego nawet najlepsze warunki przyrodnicze regionu zostaną stopniowo zdegradowane. Jak mawiał klasyk „Nie będzie niczego”.

Featured Video Play Icon

Żegluga Augustowska wróciła na wodę. Pierwsze rejsy już ruszyły.

Wraz z pierwszymi oznakami wiosny na Kanał Augustowski wraca to, co dla wielu jest symbolem sezonu turystycznego w regionie – statki Żeglugi Augustowskiej. Po zimowej przerwie rozpoczęto pierwsze rejsy, a wraz z nimi wraca możliwość zobaczenia Podlaskiego z zupełnie innej perspektywy – spokojnej, wodnej i zdecydowanie bardziej „augustowskiej”.

W tym sezonie dostępne będą dwie dobrze znane trasy. Pierwsza to około trzygodzinny rejs do Studzienicznej – miejsca, które od lat przyciąga turystów nie tylko przyrodą, ale też swoją historią i klimatem. Druga opcja to krótszy, godzinny rejs na jezioro Rospuda, idealny dla tych, którzy chcą szybko „złapać klimat” bez całodniowej wyprawy. Na początek sezonu gotowe są dwa statki – 200-osobowe „Sajno” oraz większa „Swoboda”. Kolejne jednostki mają dołączyć na majówkę.

Na razie rejsy w kwietniu mają charakter pojedynczy i będą uruchamiane w zależności od pogody oraz zainteresowania. Kluczowe jest śledzenie bieżących informacji, bo rozkład nie jest jeszcze stały. Oficjalne otwarcie sezonu, jak co roku, planowane jest na długi weekend majowy – wtedy oferta ma być już pełna, a kursy regularne.

Warto dodać, że mimo niesprzyjających warunków pogodowych w ubiegłym roku Żegluga Augustowska przewiozła ponad 90 tysięcy pasażerów. To pokazuje, że nawet przy kapryśnej aurze zainteresowanie nie słabnie. A teraz, gdy sezon dopiero się zaczyna i wszystko wskazuje na powrót ciepłych dni, można się spodziewać, że statki znów będą pełne.

Dla wielu to nie tylko atrakcja turystyczna, ale też jeden z najprostszych sposobów, by na chwilę zwolnić. Wsiadasz na statek, zostawiasz za sobą asfalt, korki i codzienność – i przez godzinę albo trzy patrzysz na Podlaskie tak, jak powinno się je oglądać. Z poziomu wody.

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć
Kożyno

Nowy film „Podlasie” na Netflixie. Kontrowersje i… prawdziwe cuda natury, które trzeba zobaczyć

Netflix właśnie pokazał światu nasze podwórko. Film „Podlasie” z Anną Seniuk i Arturem Barcisiem w rolach głównych trafił na platformę i natychmiast rozpalił dyskusje w sieci. Jedni zachwycają się, inni kręcą nosem – ale jedno jest pewne: malownicze wioski, rozlewiska Narwi i drewniane domy z kolorowymi okiennicami zrobiły robotę. I może właśnie o to chodzi.

Gwiazdy, bimber i… udawany akcent

Obsada robi wrażenie. Obok Anny Seniuk i Artura Barciśia na ekranie pojawiają się Piotr Pręgowski czy Cezary Żak – prawdziwe tuzy polskiego kina i telewizji. Mimo to film zdążył już zebrać sporą dawkę krytyki. Widzom przeszkadza fabuła, innym – udawane wschodnie akcenty, a jeszcze innym sceny z piciem bimbru, które ich zdaniem sprowadzają Podlasie do karykatury. Trudno się dziwić mieszkańcom, że reagują z mieszanymi uczuciami.

Ale jest i druga strona medalu. Kamera uchwyciła coś, czego nie da się sfałszować – autentyczne piękno tej ziemi. I to właśnie ono przyciąga wzrok nawet najbardziej sceptycznych widzów.

Gdzie kręcono „Podlasie”? Miejsca, które warto odwiedzić

Ekipa filmowa zawitała między innymi do Kaniuk, Kożyna, Rybołów czy Rzepnik. To nieprzypadkowy wybór – każda z tych wsi skrywa w sobie coś wyjątkowego. Kożyno leży malowniczo nad rzeką Łoknicą. Stare drewniane budynki, brukowana ulica – czas tutaj płynie inaczej, wolniej, jakby świat zewnętrzny jeszcze tu nie dotarł. Do tego niesamowitym widokiem jest rzeka płynąca obok drogi. Zupełnie jak w jakiejś górskiej miejscowości. Na filmie zobaczymy aktorów, którzy przechadzają przez wioskę.

Kaniuki z kolei ciągną się wzdłuż brzegu Narwi – droga we wsi biegnie równolegle do nurtu rzeki, a część domów stoi dosłownie pomiędzy jezdnią a wodą. Widok zapiera dech w piersiach, szczególnie o wschodzie słońca. Znajduje się tu także Izba Twórcza Włodzimierza Naumiuka, znanego ludowego rzeźbiarza, zlokalizowana na początku wsi. Posesja wyróżnia się licznymi rzeźbami w drewnie, a sam artysta tworzy w otoczeniu tradycyjnej podlaskiej architektury. Wspomniane rzeźby są także elementem fabuły filmu.

W Rybołach koniecznie trzeba zatrzymać się przy cerkwi – białej, z miętowymi kopułami. Jadąc dalej przez wieś, miniemy jeszcze drewnianą niebieską cerkiew na cmentarzu, a w drugiej części miejscowości, bliżej Rzepnik, czeka nas prawosławna kapliczka. To właśnie przy niej nagrywano sceny „Podlasia”.

Rzepniki zapamiętamy zaś jako wieś, w której kręcono tajemnicze sceny „kręgów w polu”. Dla porządku warto dodać, że sceny kręcono także na ruinach kościoła w Jałówce, który leży daleko od Rzeki, tuż przy białorusko-polskiej granicy.

Narwiańskie rozlewiska – bajkowa kraina, którą trzeba zobaczyć

Film „Podlasie” to jednak wycinek. Między Zabłudowem a Bielskiem Podlaskim rozciąga się świat sam w sobie. Wiosną, gdy Narew wylewa, cały obszar zamienia się w coś na kształt weneckiej delty – tyle że otoczonej łąkami, a nie kamienicami. Kolorowe chaty z charakterystycznymi ornamentami i otwartymi okiennicami spotęgują ten efekt do maksimum. Zakochać się można od pierwszego spojrzenia.

To tutaj żyją półdzikie konie i czerwone krowy – rasa niemal zapomniana przez nowoczesne rolnictwo, dziś mozolnie odbudowywana. Nad wodą panoszą się czajki, rycyki, dubelty i krwawodzioby. Ptasiarze mają tu raj.

Rzeka meandruje także między miejscowościami Narew, Ancuty, Kaczały, Ciełuszki. Każda z nich jest silnie związana z prawosławiem – po drodze napotkamy kolejne piękne, drewniane cerkwie, z których każda opowiada swoją własną historię. Warto także wspomnieć o Koźlikach, gdzie jest prywatny skansen, ale też piękne widoki na Narew z góry. Do tego to cicha i spokojna wieś.

Kraina Otwartych Okiennic – to trzeba zobaczyć

Nie można też pominąć jednego z najsłynniejszych szlaków turystycznych regionu – Krainy Otwartych Okiennic. Najbardziej rozpoznawalne są Soce, Puchły i Trześcianka, gdzie drewniana architektura z bogato zdobionymi okiennicami przyciąga fotografów i podróżników z całej Polski. Warto jednak pamiętać, że piękno tej okolicy nie kończy się na kilku pocztówkowych wsiach – atrakcyjne przyrodniczo tereny rozciągają się po obu stronach Narwi.

Film przeminie, Podlasie zostanie

„Podlasie” na Netflixie to zjawisko, które – niezależnie od oceny artystycznej – może zrobić dla regionu więcej niż niejeden folder turystyczny. Jeśli choć część widzów, zachęcona widokami z ekranu, wsiądzie w samochód i ruszy odkrywać nasze wioski, to cel zostanie osiągnięty. Bo Podlasie nie potrzebuje hollywoodzkiego scenariusza. Wystarczy przyjechać i zobaczyć na własne oczy.

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

Niedźwiedzie w białostockim ZOO już nie śpią!

W Białymstoku wiosna oficjalnie zatwierdzona – nie przez kalendarz, nie przez synoptyków, a przez dwóch najbardziej wiarygodnych specjalistów od drzemek sezonowych. Bracia Chip i Dale, rezydenci Akcentu Zoo, zakończyli właśnie zimowy „tryb samolotowy” i wrócili do świata, w którym – jak się okazuje – nic nie smakuje tak dobrze jak poranna… pobudka przeciągnięta do południa.

Choć formalnie już się obudzili, to nadal operują w trybie „jeszcze pięć minut”. Pierwszy spacer odhaczony, ale zamiast dynamicznego wejścia w wiosnę mamy raczej miękkie lądowanie na trawie. Niedźwiedzie rozłożyły się pod siatką i wyglądały tak, jakby testowały nową usługę: „leżenie w jakości premium, bez reklam i bez pośpiechu”.

Stali bywalcy zoo od kilku tygodni prowadzili nieoficjalny monitoring sytuacji. Były zakłady, były spekulacje, a nawet próby interpretowania ciszy jako „ciszy przed… chrapaniem”. W końcu się udało – niedźwiedzie się wybudziły.

Dla porządku dodajmy, że w ubiegłym roku Chip i Dale zakończyli sen zimowy już 26 marca. W tym sezonie postawili na wersję rozszerzoną – coś pomiędzy „jeszcze chwila” a „jeszcze jedna drzemka dla zdrowia”. W naturze potrafią spać nawet do końca kwietnia, więc i tak można mówić o pewnym kompromisie z rzeczywistością.

A co dalej? Eksperci przewidują stopniowy powrót do aktywności: najpierw przeciąganie, potem spacer, a na końcu – być może – podjęcie poważnej decyzji, czy dziś bardziej się opłaca… poleżeć z lewej czy z prawej strony wybiegu.

Na koniec krótka informacja dla mieszkańców: jeśli czujecie się dziś nieco ospali, spokojnie – to nie brak kawy. To po prostu solidarność z niedźwiedziami. W końcu skoro one dopiero się budzą, to kto powiedział, że my już musimy być w pełni gotowi do życia?

Featured Video Play Icon

Niesamowite widoki. Zobacz podlaskie rozlewiska.

Jeszcze przez chwilę Podlaskie wygląda tak, jakby ktoś rozlał po nim spokojne morze. Ale to już ostatnie dni tego spektaklu. Rozlewiska w dolinie Biebrzy zaczynają powoli znikać. Woda, która jeszcze niedawno wdzierała się między łąki, drogi i zagajniki, ustępuje miejsca zieleni. Przyroda wraca do swojego letniego rytmu, a ten wyjątkowy moment – kiedy rzeka pokazuje swoją dziką, nieokiełznaną stronę – powoli dobiega końca.

To właśnie teraz jest ostatnia szansa, by zobaczyć Podlasie w tej najbardziej surowej i jednocześnie hipnotyzującej odsłonie. Najlepsze miejsca? Klasyka, ale nie bez powodu. Okolice Góry Strękowej to jeden z tych punktów, gdzie widać skalę zjawiska. Woda rozlewa się tu szeroko, tworząc krajobraz bardziej przypominający deltę wielkiej rzeki niż północno-wschodnią Polskę. Cisza, przestrzeń i ten specyficzny klimat, którego nie da się podrobić.

Wizna – miejsce historyczne, ale wiosną nabiera zupełnie innego charakteru. Drogi prowadzące przez rozlewiska, odbicia nieba w wodzie, pojedyncze drzewa wystające z tafli jak wyspy. To jeden z tych widoków, które zostają w głowie na długo.

I wreszcie Biebrzański Park Narodowy – serce tego wszystkiego. Tu rozlewiska są najbardziej rozległe, najbardziej dzikie i najbardziej „prawdziwe”. To nie jest park, który się ogląda. To przestrzeń, którą się chłonie – powoli, bez pośpiechu.

Jeśli ktoś odkładał ten wyjazd „na później”, to właśnie to „później” jest teraz. Za chwilę poziom wody spadnie, krajobraz się zmieni, a to co dziś wygląda jak naturalny spektakl na ogromną skalę, stanie się po prostu zieloną doliną. Podlaskie co roku daje kilka takich momentów, kiedy pokazuje swoją prawdziwą siłę i piękno. Rozlewiska są jednym z nich – i właśnie się kończą.

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.
Budowa zalewu podczas zimy | fot. Urząd Gminy Orla

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.

W Orli trwa budowa zbiorników wodnych w dolinie Orlanki. Inwestycja przedstawiana jest jako retencyjna, potrzebna mieszkańcom i ważna dla rozwoju gminy. W wypowiedziach władz pojawia się wątek „atrakcyjności”, przyciągania ludzi, ożywienia miejsca. W dokumentacji – pełen katalog infrastruktury: pomosty, wieża widokowa, tężnia, ścieżki, oświetlenie, place zabaw, parkingi, rowery wodne, a nawet fontanna z podświetleniem LED.

Problem polega na tym, że wszystko to ma bardzo niewiele wspólnego z realnymi potrzebami tego miejsca.

Dziś nie żyjemy w czasach nadmiaru. W Polsce – także w Podlaskiem – mamy do czynienia z suszą hydrologiczną i spadkiem poziomu wód gruntowych. Rzeki latem osiągają stany, które jeszcze kilkanaście lat temu były sytuacją wyjątkową. W takiej rzeczywistości kluczowe staje się jedno pytanie: czy budowanie zalewów jest odpowiedzią na problem braku wody?

Wbrew intuicji – nie.

Zbiornik retencyjny w formie zalewu zatrzymuje wodę w jednym miejscu, ale jednocześnie zaburza naturalne funkcjonowanie rzeki i jej doliny. Woda zamiast powoli rozlewać się w krajobrazie i zasilać gleby oraz wody gruntowe, zostaje zamknięta w sztucznym akwenie. Tam szybciej się nagrzewa, intensywnie paruje i traci swoje właściwości. To nie jest retencja rozproszona, która stabilizuje system wodny. To punktowe magazynowanie, które w dłuższej perspektywie dokłada problemów.

Jeszcze większe wątpliwości budzi argument o ochronie przeciwpowodziowej. W sytuacji, gdy dominującym zjawiskiem jest niedobór wody, odwoływanie się do powodzi jako głównego uzasadnienia dla takich inwestycji brzmi jak kuriozum. Polska przez dekady prowadziła politykę szybkiego odprowadzania wody – prostowania rzek, melioracji, osuszania terenów. Dziś płacimy za to cenę. Tym bardziej zaskakuje, że odpowiedzią nadal są rozwiązania oparte na tej samej PRL-owskiej logice.

Jeśli przyjrzeć się bliżej inwestycji w Orli, trudno oprzeć się wrażeniu, że jej rzeczywistym celem nie jest retencja, lecz stworzenie miejsca rekreacyjnego. I nie ma w tym nic złego – pod warunkiem, że zostanie to jasno nazwane. Problem zaczyna się wtedy, gdy projekty o charakterze turystycznym uzasadnia się troską o wodę i środowisko.

Bo dobra inwestycja wodna wygląda inaczej.

Zamiast budowy zalewów, które zmieniają naturalny charakter rzek, coraz częściej wskazuje się na potrzebę działań bliższych naturze. Chodzi o spowalnianie przepływu wody w samym korycie rzeki, przywracanie jej naturalnych meandrów, odbudowę terenów zalewowych, odtwarzanie mokradeł i ograniczanie melioracji odwadniającej. To właśnie takie rozwiązania pozwalają zatrzymać wodę w krajobrazie na dłużej, poprawiając warunki dla rolnictwa, przyrody i mieszkańców.

Nie są spektakularne. Nie generują efektownych wizualizacji ani miejsc na weekendowy wypoczynek. Ale działają.

Wydanie kilkunastu milionów złotych na inwestycję, której głównym efektem będzie „atrakcyjność”, a nie realna poprawa sytuacji wodnej, to decyzja, która powinna być przedmiotem poważnej dyskusji. Zwłaszcza w regionie, który w dużej mierze opiera swoją tożsamość na przyrodzie.

Zalew w Orli może stać się miejscem spacerów i spotkań. Może przyciągnąć ludzi na chwilę. Ale nie zmieni faktu, że największym wyzwaniem nadchodzących lat nie będzie brak miejsc do wypoczynku nad wodą. Tylko brak samej wody.

Featured Video Play Icon

Klimatyczna wyprawa z fotografem do Białowieży. Cuda natury!

Większość osób jadąc do Białowieży kończy i zaczyna spacer w okolicach parkingu przy Parku Pałacowym, przy rezerwacie żubrów czy gdzieś w samej miejscowości. A wystarczy wejść trochę dalej w las – nie kilometr, nie dwa – żeby zobaczyć zupełnie inny świat. Taki, w którym zwierzęta nie są „atrakcją”, tylko po prostu są u siebie. Puszcza Białowieska w głębi jest gęstsza, ciemniejsza i cichsza. I właśnie tam zaczyna się to, co robi największe wrażenie. Nie trzeba być znawcą przyrody ani mieć szczęścia życia. Wystarczy iść spokojnie i patrzeć. Bladym świtem.

Najłatwiej zauważyć ptaki, bo są praktycznie wszędzie. Dzięcioł – ten, którego każdy zna z obrazków – tutaj nie jest rzadkością. Słychać go częściej niż widać. Wystarczy się zatrzymać i po chwili wiadomo, skąd dochodzi charakterystyczne stukanie. Sikorki, które w mieście traktujemy jak coś oczywistego, w puszczy zachowują się inaczej – są spokojniejsze, mniej płochliwe. Sójka z kolei jest jak strażnik lasu. Głośna, czujna, często pierwsza daje sygnał, że coś się dzieje. Nawet zwykły kos, który w mieście ginie w tle, tutaj brzmi zupełnie inaczej – jego śpiew niesie się daleko i naprawdę robi klimat.

Dalej zaczyna się poziom wyżej, czyli większe zwierzęta. Tu już nie zawsze coś zobaczysz, ale bardzo często zobaczysz ślady. Rozkopana ziemia to niemal pewny znak obecności dzików. I to świeży. Czasem wystarczy chwila ciszy i słychać, jak gdzieś pracują ryjem w ziemi. Sarny pojawiają się nagle – potrafią podejść zaskakująco blisko, a potem znikają w sekundę. Jelenie są bardziej ostrożne, ale ich obecność czuć – ślady, odgłosy, czasem sylwetka między drzewami.

No i żubr. Nie każdy go spotka, ale to nie znaczy, że go tam nie ma. To zwierzę, które zmienia sposób patrzenia na ten las. Nawet jeśli go nie zobaczysz, świadomość, że możesz na niego trafić, sprawia, że idziesz inaczej – uważniej.

Z perspektywy fotografa najciekawsze nie są wcale same zwierzęta, tylko warunki. Światło w puszczy robi robotę. Przebija się przez stare drzewa, tworzy kontrasty, wydobywa szczegóły. Nawet zwykła ścieżka czy kawałek kory wygląda jak gotowy kadr. Dlatego takie wyprawy to nie tylko „polowanie” na zwierzęta, ale też obserwowanie miejsca.

Najważniejsze jest to, że nie trzeba szukać rzadkich gatunków, żeby poczuć, czym jest Puszcza Białowieska. Wystarczy zobaczyć znane rzeczy – dzięcioła, sarnę, dzika czy nawet sikorkę – ale w ich naturalnym środowisku. Bez hałasu, bez ludzi, bez pośpiechu. I wtedy dopiero widać, jak bardzo różni się las „turystyczny” od prawdziwego.

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Stan Narwi – tragiczny.
fot. Narwiański Park Narodowy

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Stan Narwi – tragiczny.

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Narwiańskiego Parku Narodowego wraca do życia po zimowej przerwie i – przynajmniej na chwilę – znów daje możliwość przejścia przez rozlewiska Narwi suchą stopą. Po kilku miesiącach przerwy turyści mogą ponownie korzystać z tej unikalnej trasy. Drewniane pomosty, pływające platformy i szerokie, wiosenne rozlewiska tworzą krajobraz, którego nie ma nigdzie indziej w Polsce. To właśnie teraz, na przełomie zimy i wiosny, Narew pokazuje swoje najbardziej naturalne oblicze – rozlana, spokojna, pełna ptactwa i życia.

To dobra wiadomość, ale jednocześnie moment, w którym warto powiedzieć coś wprost: jeśli ktoś chce zobaczyć kładkę w pełnej krasie, powinien się pospieszyć.

Bo wszystko wskazuje na to, że za chwilę wody… może po prostu zabraknąć. To nie jest jednorazowy problem. To powtarzający się co roku schemat. Woda opada, rozlewiska znikają, a kładka – zamiast prowadzić przez rzekę – zaczyna prowadzić przez suchą, zarośniętą dolinę. Wtedy nie jest dostępna, bo platformy nie mają na czym pływać. I tu zaczyna się temat, którego od lat nikt nie chce podjąć na serio.

Narew nie wysycha przypadkiem. To efekt wieloletnich zaniedbań i decyzji hydrotechnicznych, które zmieniły jej naturalny charakter. Kluczowym problemem pozostaje zbiornik Siemianówka – konstrukcja, która zaburzyła naturalny rytm rzeki i w praktyce doprowadziła do jej stopniowej degradacji. Zamiast naturalnych wylewów mamy regulowany, często zbyt niski przepływ. Zamiast rozlewisk – coraz częściej suche tereny. Z roku na rok ten proces postępuje. Dlatego trzeba mówić nie o problemach z kładką, tylko o problemie z samą Narwią.

W tym kontekście trudno nie zadać pytania o rolę Narwiańskiego Parku Narodowego. To instytucja, która powinna być pierwszym i najgłośniejszym głosem w obronie rzeki. Tymczasem sprawia wrażenie, jakby jej odpowiedzialność kończyła się na granicach administracyjnych parku. To krótkowzroczne podejście. Rzeka nie kończy się na tablicy z napisem „park narodowy”. Jeśli Narew traci wodę powyżej i poniżej parku, to traci ją również w jego granicach. Jeśli proces degradacji będzie postępował, to w pewnym momencie nie będzie już czego chronić. Park bez rzeki stanie się parkiem bez sensu.

Dlatego potrzebne są działania, a nie tylko zarządzanie istniejącym stanem. Nagłaśnianie problemu, presja na decydentów, realne działania hydrotechniczne – od zwiększenia retencji, przez piętrzenie wody, po odważne decyzje dotyczące przyszłości Siemianówki. Dziś jeszcze można przejść kładką i zobaczyć Narwę taką, jaką powinna być. Pytanie tylko, jak długo jeszcze.

W Puszczy Białowieskiej zatrzymują wodę. Powstają dziesiątki małych progów na leśnych rowach.
fot. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku

W Puszczy Białowieskiej zatrzymują wodę. Powstają dziesiątki małych progów na leśnych rowach.

W Puszczy Białowieskiej rozpoczęto działania, które mają pomóc zatrzymać wodę w lesie. Wspólna akcja Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oraz żołnierzy Obrony Terytorialnej polega na budowie niewielkich progów na rowach odwadniających. Ich zadaniem jest spowolnienie odpływu wody i poprawa nawodnienia siedlisk przyrodniczych. Podczas jednego dnia prac udało się wykonać około 30 takich konstrukcji. To niewielkie obiekty zbudowane z materiałów dostępnych na miejscu – głównie z martwego drewna, kamieni i ziemi. Ich zasada działania jest bardzo prosta. Woda, która normalnie szybko spływałaby rowami odwadniającymi, zostaje na chwilę zatrzymana i rozlewa się w okolicznym terenie.

Problem, który narasta od lat

Zatrzymywanie wody w puszczy nie jest przypadkowym pomysłem. Spadek poziomu wód gruntowych oraz przesychanie siedlisk przyrodniczych to jedno z najpoważniejszych zagrożeń wskazywanych w dokumentach dotyczących ochrony Puszczy Białowieskiej. Problem został zidentyfikowany zarówno w planie zarządzania obiektem światowego dziedzictwa UNESCO, jak i w projekcie planu ochrony obszaru Natura 2000. Przyczyn jest kilka. Jedną z nich są zmiany klimatu i coraz częstsze okresy suszy. Drugą – historyczna sieć rowów odwadniających, które przez dziesięciolecia przecinały lasy i przyspieszały odpływ wody z terenu puszczy. W wielu miejscach woda po roztopach czy większych opadach potrafi bardzo szybko odpływać z kompleksu leśnego.

Najważniejszy moment na zatrzymanie wody przypada właśnie na koniec zimy i początek wiosny. Wtedy w lasach pojawia się woda z topniejącego śniegu i wczesnowiosennych opadów. Jeśli nie zostanie zatrzymana w terenie, bardzo szybko odpływa rowami do rzek i dalej w dół zlewni. Dlatego część działań ma charakter doraźny. Zanim ruszą większe projekty finansowane ze środków publicznych, które wymagają procedur przetargowych i przygotowania dokumentacji, można wykonać proste prace w terenie. Kilkadziesiąt niewielkich progów na rowach potrafi znacząco spowolnić odpływ wody i pozwolić jej pozostać w lesie na dłużej.

Proste rozwiązania inspirowane naturą

Budowane w puszczy konstrukcje przypominają w dużej mierze to, co w naturze robią bobry. Wykorzystuje się naturalne materiały dostępne w pobliżu – gałęzie, martwe drewno, kamienie i ziemię. Dzięki temu nie ingeruje się w krajobraz w sposób trwały, a jednocześnie osiąga się efekt hydrologiczny. Takie niewielkie progi powodują, że woda zatrzymuje się w rowie i zaczyna rozlewać w okolicznym terenie. W efekcie zwiększa się wilgotność gleby i poprawiają się warunki dla roślin oraz zwierząt związanych z wilgotnymi siedliskami.

Zatrzymywanie wody w lesie ma znaczenie nie tylko dla roślinności. Wilgotne siedliska są niezwykle ważne dla wielu gatunków zwierząt – od płazów po ptaki związane z podmokłymi terenami. Woda zatrzymana w lesie oznacza również większą odporność ekosystemu na okresy suszy. W Puszczy Białowieskiej takie działania mają szczególne znaczenie, ponieważ jest to jeden z najlepiej zachowanych kompleksów leśnych w Europie. Zachowanie naturalnych procesów hydrologicznych jest jednym z kluczowych elementów ochrony tego obszaru.

Choć pojedynczy próg na rowie może wydawać się niewielką zmianą, w skali całego kompleksu leśnego ich znaczenie rośnie. Kilkadziesiąt takich miejsc może zatrzymać znaczną ilość wody i spowolnić jej odpływ z puszczy. Prace prowadzone w ostatnich dniach pokazują, że czasem najprostsze rozwiązania mogą przynieść szybkie efekty. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o coś tak podstawowego jak woda – jeden z najważniejszych elementów funkcjonowania leśnych ekosystemów.

Featured Video Play Icon

Nowa wizja dla Siemianówki. Zamiast brudu i zakwitów, coś co uratuje Narew.

Zalew Siemianówka od lat wzbudza emocje. Dla jednych jest miejscem wypoczynku, łowiskiem ryb i ogromnym akwenem wodnym na skraju Puszczy Białowieskiej. Dla innych – przykładem zbiornika, który nadaje się tylko do likwidacji. Zielona woda, zakwity glonów i ogromne płytkie strefy przy brzegach pojawiają się tu niemal co roku. Bez dwóch zdań zbiornik jest „wadliwy”.  Natomiast zamiast likwidacji oraz zostawienia tego w obecnej formie, jest jeszcze trzecia droga. Bowiem Siemianówka znajduje się w naturalnym procesie, który można wykorzystać, zamiast z nim walczyć.

Płytkie zbiorniki wodne na całym świecie przechodzą z czasem bardzo podobną drogę. Najpierw są otwartym akwenem, potem pojawiają się płycizny, roślinność wodna i trzcinowiska. Z biegiem lat zaczynają przypominać mozaikę rozlewisk, wysp i bagien. W hydrologii jest to zjawisko dobrze znane i często prowadzi do powstania jednych z najcenniejszych ekosystemów – mokradeł. Dlatego może warto wykorzystać to czym jest obecnie Siemianówka i przekształcić ją w coś bardzo wartościowego przyrodniczo?

Jeżeli spojrzeć na mapę Podlaskiego, nietrudno zauważyć pewną analogię. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajduje się dolina Biebrzy – jedno z najcenniejszych mokradeł w Europie. To obszar rozległych bagien, płytkich rozlewisk i torfowisk, który przyciąga tysiące ptaków i turystów z całego świata. Siemianówka mogłaby w pewnym sensie pójść podobną drogą, z jedną istotną różnicą. W środku takiego obszaru nadal mogłoby istnieć jezioro. Powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów: mokradła, trzcinowiska, zatoki, wyspy i fragmenty otwartej wody. Najprościej można to opisać jednym obrazowym porównaniem – coś na kształt Bagien Biebrzańskich z jeziorem w środku.

Taka wizja nie jest tylko romantyczną fantazją. Mokradła są jednymi z najbardziej efektywnych systemów oczyszczania wody, jakie istnieją w naturze. Roślinność bagienna, taka jak trzciny czy turzyce, wraz z mikroorganizmami żyjącymi w osadach potrafi wychwytywać ogromne ilości fosforu i azotu. Są to dokładnie te substancje, które odpowiadają za zakwity glonów i sinic w zbiornikach wodnych. Woda przepływająca przez mokradła jest stopniowo filtrowana, ochładza się i staje się bardziej stabilna chemicznie. W wielu krajach wykorzystuje się nawet specjalnie tworzone mokradła jako naturalne oczyszczalnie wody. Gdyby podobny system powstał w Siemianówce, mógłby działać jak ogromny filtr dla Narwi.

A właśnie Narew jest w tej historii kluczowa. To jedna z najbardziej niezwykłych rzek w Europie Środkowej. Historycznie była rzeką wielokorytową, która płynęła przez szeroką dolinę bagien i torfowisk. Zbiornik Siemianówka zmienił naturalny rytm tej rzeki. Woda jest zatrzymywana, długo stoi w zbiorniku, nagrzewa się i dopiero to, co nie zdąży później wyparować – trafia do rzeki poniżej zapory. Rozległe mokradła mogłyby częściowo przywrócić naturalne procesy hydrologiczne. Działają one jak ogromna gąbka – zatrzymują nadmiar wody podczas opadów, a w czasie suszy powoli ją oddają. Dzięki temu przepływ w rzece staje się bardziej stabilny i bliższy naturalnemu.

Siemianówka już dziś pokazuje, jak duży potencjał przyrodniczy kryje się w tym miejscu. W czasie migracji zatrzymują się tu tysiące ptaków wodnych. Nad wodą można zobaczyć bieliki, czaple, rybitwy, a wiosną i jesienią ogromne stada gęsi. Dla wielu gatunków zbiorniki z rozległymi płyciznami są idealnym miejscem żerowania i odpoczynku. Gdyby część akwenu zamieniła się w rozległe mokradła, Siemianówka mogłaby stać się obok Biebrzy jednym z najważniejszych miejsc obserwacji ptaków w tej części Europy. W wielu krajach turystyka ornitologiczna generuje znacznie większe dochody niż klasyczna rekreacja nad wodą.

Najbardziej zaskakujące w tej koncepcji jest jednak to, że nie wymaga ona spektakularnych i kosztownych inwestycji. Wbrew powszechnemu przekonaniu przekształcenie części zbiornika w mokradła nie musi oznaczać likwidacji zapory ani całkowitego spuszczenia wody. Wystarczyłoby zmienić sposób gospodarowania poziomem wody w zbiorniku. Siemianówka jest tak płytka, że obniżenie poziomu wody odsłoniłoby ogromne połacie dna. Na takich terenach roślinność bagienna pojawia się bardzo szybko – często już w pierwszym sezonie. W ciągu kilku lat mogłyby powstać rozległe trzcinowiska, płycizny i zatoki. Siemianówka już dziś przyciąga tysiące ptaków w czasie migracji, ale większa powierzchnia mokradeł mogłaby zamienić ją w jedno z najważniejszych ptasich miejsc w tej części Europy.

Drugim elementem mogłoby być przywrócenie bardziej naturalnego przepływu Narwi przez zbiornik. W praktyce oznaczałoby to wyznaczenie głównego koryta rzeki przez środek akwenu. Wtedy rzeka przestałaby „stać” w zbiorniku, a zaczęłaby znów płynąć przez szeroką dolinę. Takie rozwiązanie jest stosowane w wielu projektach renaturyzacji rzek w Europie.

Co szczególnie ważne, taki scenariusz nie oznacza końca turystyki nad Siemianówką. Wręcz przeciwnie. Najgłębsza część zbiornika – w rejonie zapory w Bondarach, gdzie woda może osiągać nawet kilka metrów głębokości – mogłaby pozostać dużym akwenem. Tam nadal mogliby łowić wędkarze, podczas gdy płytsze fragmenty zbiornika stopniowo zamieniałyby się w rozlewiska i mokradła. Jednocześnie powstałaby niezwykła mozaika krajobrazów – rozlewiska, trzcinowiska, wyspy i zatoki. W takich miejscach często buduje się wieże obserwacyjne, kładki przez bagna i ścieżki przyrodnicze. Dla wielu osób to właśnie takie dzikie krajobrazy są największą atrakcją.

Najbardziej fascynujące jest jednak tempo, w jakim przyroda potrafi działać. Mokradła nie powstają wyłącznie w skali dziesięcioleci. W sprzyjających warunkach pierwsze błotniste wyspy i płycizny pojawiają się w ciągu jednego sezonu. W ciągu kilku lat roślinność bagienna może całkowicie zmienić krajobraz zbiornika.

Zmiana byłaby jednak odczuwalna nie tylko na samej Siemianówce, ale również poniżej zapory. Narew wypływająca ze zbiornika mogłaby stopniowo odzyskać bardziej naturalny charakter. Dziś woda długo stoi w zalewie, nagrzewa się i trafia do rzeki już naładowana azotem, fosforem, zakwitnięta z małą ilością tlenu. Jeśli część zbiornika zamieniłaby się w rozległe mokradła, woda przepływająca przez trzcinowiska i płycizny byłaby naturalnie filtrowana i wolniej oddawana do rzeki. Oznaczałoby to stabilniejszy przepływ, chłodniejszą wodę i lepsze warunki dla organizmów żyjących w Narwi.

W praktyce w wielu miejscach nie trzeba byłoby wykonywać żadnych dużych prac hydrotechnicznych. Rzeka sama zaczęłaby odzyskiwać swój naturalny rytm przepływu. W niektórych odcinkach można byłoby jedynie pomóc temu procesowi – na przykład poprzez odtworzenie starorzeczy, połączenie dawnych odnóg rzeki z głównym nurtem lub usunięcie części sztucznych umocnień brzegów. Takie działania nie podnoszą poziomu rzeki w sposób sztuczny, lecz pozwalają wodzie rozlewać się szerzej w dolinie. Dzięki temu Narew zatrzymuje więcej wody w swoim naturalnym systemie rozlewisk, zamiast szybko odprowadzać ją w dół rzeki.

Na razie jest to jednak tylko koncepcja – wizja tego, jak można by wykorzystać naturalne procesy zachodzące w Siemianówce, zamiast ją likwidować. Aby taka zmiana mogła się kiedyś wydarzyć, potrzebne byłyby decyzje polityczne oraz działania instytucji odpowiedzialnych za gospodarkę wodną. A takie decyzje pojawiają się zwykle dopiero wtedy, gdy temat zaczyna żyć w przestrzeni publicznej.

Dlatego pierwszym krokiem nie są koparki ani projekty hydrotechniczne, lecz presja społeczna. Jeśli uznacie, że warto poważnie porozmawiać o przyszłości Siemianówki, najprostszą rzeczą jest nagłośnienie tej wizji i przekazywanie dalej tego artykułu – do radnych, samorządowców, posłów, ministrów czy instytucji zajmujących się wodami i ochroną przyrody. Wasze działanie pokaże, że temat nie jest tylko ciekawostką przyrodniczą, lecz pomysłem, który trzeba zrealizować jak najszybciej, by uratować Rzekę Narew i Narwiański Park Narodowy przez katastrofą jaka je czeka, gdy nie zrobimy nic.

Przekaż ten tekst dalej. Niech przeczytają go ci, którzy mogą zmienić przyszłość Narwi!

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.
Żurawie zaobserwowane nad Narwią w 2026 roku. fot. Narwiański Park Narodowy

Idzie wiosna! Pierwsze żurawie zawitały w Podlaskiem.

W Podlaskiem coś już drgnęło. Jeszcze poranki są chłodne, jeszcze trawy przy ziemi trzyma szron, ale nad rozlewiskami Narwi i Biebrzy pojawiły się pierwsze dzikie ptaki wracające z ciepłych krajów. W Narwiańskim Parku Narodowym i w Biebrzańskim Parku Narodowym obserwatorzy wypatrzyli żurawie – a to znak, którego nie da się pomylić. Idzie wiosna.

Żurawie zawsze przylatują z godnością. Najpierw słychać je z daleka – charakterystyczny, niosący się kilometrami klangor przecina ciszę nad bagnami. Potem na tle jasnego nieba pojawiają się smukłe sylwetki z wyciągniętymi szyjami. Lecą w kluczach, czasem w luźnych formacjach, jakby same jeszcze nie dowierzały, że wracają. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, co dzieje się o świcie nad Biebrzą. Kiedy mgła unosi się nad rozlewiskami, a pierwsze światło rozlewa się po torfowiskach, człowiek stoi w ciszy i czeka. I wtedy zaczyna się koncert. Z jednej strony rzeki odpowiada para, z drugiej odzywa się kolejne stado. Klangor odbija się od wody, miesza z szelestem trzcin i tworzy dźwięk, którego nie da się porównać z niczym innym. To nie jest zwykły ptasi śpiew – to zapowiedź nowego sezonu życia.

Warto pamiętać, że żuawie najliczniejsze stanowiska lęgowe mają na Mazurach, Pomorzu Zachodnim, więc Podlaskie jest często dla nich przedostatnim przystankiem. Dlatego słuchanie klangoru jest na wyciągnięcie ręki tylko przez jakiś czas. Potem trzeba sobie zadać sporo trudu, by natrafić na żurawia.

Wyjazd nad Biebrzę o świcie to doświadczenie niemal pierwotne. Zimne powietrze szczypie w policzki, buty grzęzną lekko w wilgotnej ziemi, a nad głową przelatują potężne ptaki, które od wieków wybierają te same miejsca lęgowe. W takich chwilach czuje się, że Podlaskie jest przestrzenią wolności – szeroką, dziką, autentyczną. Wiosna nie przychodzi tu kalendarzem. Przychodzi skrzydłami żurawi. I jeśli chcecie naprawdę ją usłyszeć, nie wystarczy otworzyć okno w mieście. Trzeba wstać przed świtem, pojechać nad Biebrzę albo nad rozlewiska Narwi, stanąć w ciszy i pozwolić, by klangor żurawi przeszył powietrze. Wtedy wiadomo już na pewno – zaczyna się najpiękniejszy czas w roku.

W Kotlinie Biebrzańskiej obserwuje się przez cały rok 302 gatunki ptaków. 198 z nich gniazduje nad Biebrzą. Zdecydowana większość jest tam na stałe. Dolina Biebrzy jest najważniejszą ostoją dubelta, kropiatki, orlika grubodziobego, rybitwy białoskrzydłej i derkacza w Europie Środkowej i Zachodniej. Dla kilkunastu kolejnych gatunków jest najważniejszą krajową ostoją lęgową. Biebrza jest też ważnym „przystankiem” dla migrujących siewkowców, kaczek, gęsi i żurawi. Dlatego też dolina Biebrzy została uznana przez BirdLife International za ostoję ptaków o randze światowej.

Wiadomo ile jest żubrów w Puszczy Białowieskiej. Są najnowsze dane.

Wiadomo ile jest żubrów w Puszczy Białowieskiej. Są najnowsze dane.

Blisko 1200 żubrów żyje obecnie na wolności w polskiej części Puszczy Białowieskiej i na terenach do niej przyległych. Najnowsza, zimowa inwentaryzacja przeprowadzona przez Białowieski Park Narodowy wykazała, że na koniec 2025 roku populacja liczy dokładnie 1176 osobników. To największe w Polsce skupisko tych majestatycznych zwierząt, a jednocześnie jedno z najważniejszych stad żubra w Europie. Dane pochodzą z dorocznego liczenia, które tradycyjnie odbywa się zimą – w okresie, gdy warunki sprzyjają dokładniejszym obserwacjom.

Liczenie żubrów w Puszczy Białowieskiej obejmuje nie tylko obszary leśne, ale także okoliczne tereny otwarte, na które zwierzęta regularnie wychodzą. Tegoroczna zima była śnieżna i mroźna, co znacząco ułatwiło pracę terenową. Żubry chętnie gromadziły się przy miejscach dokarmiania, tworząc większe stada. Dzięki temu możliwe było nie tylko ich policzenie, ale również ocena kondycji i stanu zdrowia. Pojedyncze osobniki tropiono po śladach na śniegu.

W trakcie inwentaryzacji rozpoznano 248 samców oraz 505 samic. W części przypadków – z powodu znacznej odległości – nie udało się ustalić płci zwierząt. Szczególnie istotna informacja dotyczy młodych: naliczono 176 cieląt urodzonych w ubiegłym roku. Rok wcześniej wynik zimowego liczenia wskazywał 870 żubrów żyjących na wolności. Trzeba jednak pamiętać, że wówczas ponad sto osobników przemieściło się z Puszczy Białowieskiej w rejon nadleśnictwa Żednia w Puszczy Knyszyńskiej. Jesienią ubiegłego roku część tej grupy wróciła.

Oznacza to, że realny przyrost populacji między 2024 a 2025 rokiem odpowiada w dużej mierze liczbie ubiegłorocznych cieląt. Wzrost nie wynika więc wyłącznie z dynamicznego rozmnażania, lecz także z powrotów wędrujących stad. Choć liczba 1176 osobników robi wrażenie, część żubrów regularnie opuszcza obszar zwartego kompleksu leśnego i żeruje na przedpolach puszczy. Zimą można je spotkać na polach rzepaku czy przy pozostawionej kukurydzy.

Zachowanie zwierząt w dużej mierze zależy od dostępności pokarmu w lesie. W latach obfitych w żołędzie żubry częściej pozostają w głębi puszczy. W okresach suszy, gdy runo leśne jest uboższe, chętniej wychodzą na tereny otwarte. To zjawisko rodzi zarówno wyzwania – m.in. związane z rolnictwem – jak i nowe pytania badawcze dotyczące migracji i przestrzennego wykorzystania siedlisk.

W ostatnim czasie jednemu z żubrów ze stada bytującego na łąkach założono obrożę telemetryczną. Dzięki niej naukowcy będą mogli dokładniej śledzić trasy wędrówek i sezonowe zmiany zachowań. Szczególnie interesujące jest połączenie między populacją z Puszczy Białowieskiej a stadami w Puszczy Knyszyńskiej. Taka wymiana osobników sprzyja zwiększeniu różnorodności genetycznej, co ma kluczowe znaczenie dla długofalowej stabilności populacji. Dane z obroży mogą w przyszłości odpowiedzieć na pytania, czy żubry wracają do puszczy na okres letni oraz jak długo przebywają poza jej zwartym obszarem.

Jedno jest pewne – Puszcza Białowieska pozostaje sercem polskiej populacji żubra. A liczba 1176 wolno żyjących osobników pokazuje, że symbol Podlasia ma się dziś silniej niż kiedykolwiek od czasu swojej powojennej odbudowy.

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

Co za kuriozum! Rzeka umiera, a gmina realizuje turystykę wokół niej za 3 miliony.

W Choroszczy podpisano umowę na realizację projektu „Pisa–Narew – szlak aktywnej turystyki wodnej”, w ramach którego ma powstać kładka w miejscu tzw. zerwanego mostu w Kruszewie, a także wieża widokowa oraz infrastruktura dla kajakarzy. To milionowa inwestycja w turystykę wokół Narwi. Problem polega na tym, że prawie nie ma tam… wody.

Rzeka Narew od lat zmaga się z krytycznie niskimi stanami. W okresach letnich miejscami przypomina bardziej zarośnięte trzcinowisko niż rzekę o potencjale kajakowym. Płytkie, zamulone odcinki, brak stabilnego przepływu i postępująca degradacja hydrologiczna sprawiają, że przeprawa kajakiem jest trudna. Najpopularniejszy odcinek z Doktorc do Suraża to niekiedy pływanie w wodzie po kostki. W takich warunkach budowanie infrastruktury dla turystyki wodnej przypomina stawianie mariny przy wysychającym jeziorze.

Zwolennicy inwestycji mogą mówić o rozwoju regionu i przyciąganiu turystów. Tylko że turyści przyjeżdżają po doświadczenie przyrody – po wodę, rozlewiska, ptactwo, krajobraz żywej doliny rzecznej. Jeśli trafią na suche trzciny, zarośnięte starorzecza i brak możliwości spływu, szybko uznają to miejsce za rozczarowanie. Infrastruktura nie zastąpi rzeki. Kładka i pomost nie stworzą przepływu. A widok z wieży na zarośla sprawi, że więcej nikt do nas nie przyjedzie.

Zamiast wydawać kolejne miliony złotych na infrastrukturę turystyczną, trzeba uczciwie powiedzieć jedno: Narwi nie da się „udekorować”. Ją trzeba uratować – i to kompleksowo.

Ratunek nie polega na budowie kolejnych pomostów, lecz na przywróceniu rzece jej naturalnej dynamiki. Oznacza to likwidację zbiornika Siemianówka i realne działania zmierzające do odbudowy naturalnego biegu rzeki – zarówno tam, jak i na wszystkich odcinkach, gdzie przez lata Narew była prostowana, pogłębiana i regulowana. Każde wyprostowane koryto przyspiesza odpływ wody, obniża poziom wód gruntowych i niszczy charakter doliny rzecznej.

Jeżeli chcemy mieć w regionie żywą rzekę, trzeba zakończyć praktykę melioracji prowadzonej ciężkim sprzętem. Rzeka nie może płynąć jak przez betonową rynnę. Musi mieć przestrzeń do meandrowania, tworzenia starorzeczy, rozlewania się w sposób naturalny po okolicznych łąkach i terenach zalewowych. To właśnie rozlewiska, a nie wyprostowane kanały, budują retencję i stabilizują stosunki wodne.

Najważniejsza zasada jest prosta: rzeki nie powinno się tamować, lecz spowalniać w sposób możliwie najbardziej naturalny. Regulowanie jazami może pełnić wyłącznie funkcję pomocniczą wobec naturalnych przeszkód – powalonych drzew, zakoli, roślinności wodnej – a nie zastępować je jako główny mechanizm sterowania przepływem. Inaczej będziemy dalej utrwalać sztuczny system, który przy pierwszej suszy okazuje się bezradny. Dopiero kiedy Narew odzyska swój naturalny charakter, sens będą miały inwestycje turystyczne. Najpierw rzeka. Potem infrastruktura. W odwrotnej kolejności to tylko kosztowna scenografia bez aktora.

Narew od lat nie jest realnie doceniana przez decydentów. A przecież to jedna z najbardziej wyjątkowych rzek w Europie – rzeka anastomozująca, która naturalnie nie płynie jednym korytem, lecz rozdziela się na wiele odnóg, tworząc sieć rozlewisk i kanałów. Jej siłą nie jest szybkość nurtu, lecz właśnie wielokorytowość i zdolność do rozlewania się szeroko po dolinie. Regulowanie jej jak zwykłej rzeki nizinnej oznacza niezrozumienie jej natury.

Będzie zakaz motorówek na augustowskich jeziorach?

Będzie zakaz motorówek na augustowskich jeziorach?

Augustów czy Sejny przyciągają całe rzesze turystów, którzy intensywnie korzystają z całej gamy dostępnych jezior. Po latach przypomniano sobie, że to także obszary Natura 2000, a dotychczasowa ochrona przyrody w tym miejscu może być nie wystarczająca.

Dlatego w najnowszym projekcie planu zadań ochronnych dla obszaru Natura 2000 Puszcza Augustowska pojawiły się konkretne propozycje, które mają ograniczyć hałas i falowanie na części jezior, żeby chronić ptaki wodne w okresie lęgowym. Zmiana – jeżeli wejdzie w życie – będzie doniosła, bo będzie dotyczyć kilkudziesięciu jezior – m.in. Sajno, Sajenek, Serwy, Blizno, Zelwa, Pomorze, Tobołowo, Głębokie i wielu innych – zaproponowano na nich maksymalną prędkość jednostek pływających do 6 km/h oraz zakaz pływania w ślizgu. Dodatkowo wprowadzono zasadę, że po tych akwenach można pływać wyłącznie łodzią wiosłową albo z silnikiem elektrycznym do 5 KM. W praktyce oznacza to wyłączenie silników spalinowych.

Co ważne, jeziora Necko i Białe zostały wprost wyłączone z tych ograniczeń.

Urzędnicy uzasadniają to ochroną przyrody. W dokumencie planu zadań ochronnych wielokrotnie powtarza się argument, że motorówki powodują silne falowanie, płoszą ptaki, utrudniają im żerowanie, a w okresie lęgowym mogą prowadzić do strat w lęgach i spadku liczebności populacji. Chodzi m.in. o bielika, rybitwy, perkozy, nurogęsi czy zimorodka. Z punktu widzenia biologii to argument zrozumiały – wiele gatunków buduje gniazda nisko nad wodą, w trzcinach albo na pływającej roślinności. Silna fala potrafi takie gniazdo zniszczyć w kilka sekund.

Zwolennicy zmian powiedzą wprost: jeziora to nie tor wyścigowy. Puszcza Augustowska to jeden z największych kompleksów leśnych w Polsce i obszar o wyjątkowych walorach przyrodniczych. Skoro mamy status Natura 2000, to musi to coś znaczyć. Ograniczenie prędkości do 6 km/h nie oznacza zakazu pływania – oznacza tylko spokojniejsze poruszanie się. A przejście na napęd elektryczny to trend światowy: ciszej, bez spalin, bez zapachu paliwa na wodzie.

Drugi argument to bezpieczeństwo. Mniejsze prędkości to mniejsze ryzyko wypadków, zwłaszcza na mniejszych jeziorach. Fala generowana przez szybką motorówkę potrafi przewrócić kajak albo małą łódź wędkarską. Jest też argument wizerunkowy. Region promuje się jako „zielone Podlaskie”, kraina natury. Ciche jeziora wpisują się w tę narrację. Dla części turystów brak ryku silników może być atutem, a nie wadą.

Przeciwnicy powiedzą jednak coś równie ważnego: to kolejne ograniczenia dla zwykłych ludzi. Dla wielu mieszkańców i turystów motorówka to sposób na aktywny wypoczynek. Wprowadzenie obowiązku używania silników elektrycznych oznacza realne koszty – nowy silnik, akumulatory, ładowanie. Pojawia się też pytanie o proporcje. Czy rzeczywiście na wszystkich wymienionych jeziorach problem jest na tyle duży, że trzeba wprowadzać tak daleko idące ograniczenia? Krytycy mogą wskazywać, że dokument operuje ogólnym stwierdzeniem o „płoszeniu” i „stratach w lęgach”, ale nie pokazuje mieszkańcom twardych danych: ile gniazd zniszczono, gdzie dokładnie, w jakiej skali.

Kolejny argument to wpływ na lokalną gospodarkę. Wypożyczalnie sprzętu motorowodnego, serwisy, mała turystyka – dla części firm to może oznaczać spadek dochodów. O ile najpopularniejsze Necko i Białe zostały wyłączone z ograniczeń, o tyle mniejsze jeziora, które też przyciągają turystów, mogą stać się mniej atrakcyjne dla osób szukających dynamicznego wypoczynku.

Jest wreszcie kwestia zaufania. Dla wielu mieszkańców takie dokumenty brzmią jak decyzje podejmowane „nad głowami ludzi”. Język planu jest hermetyczny, pełen kodów i nazw gatunków. Brakuje w nim prostego wyjaśnienia: dlaczego tu, dlaczego teraz i jakie będą realne skutki dla zwykłego użytkownika jeziora.

Ale jest też dobra wiadomość. Mówimy o projekcie, a nie o czymś co weszło w życie. To moment, w którym mieszkańcy, przedsiębiorcy i samorządy mogą zgłaszać swoje uwagi. Spór nie jest czarno-biały. Z jednej strony mamy realną potrzebę ochrony przyrody, z drugiej – wolność korzystania z wody i prawo do rekreacji.

Uwagi można wysyłać do na adres: [email protected] do 26 lutego 2026

Najważniejsze pytanie brzmi więc nie „czy chronić?”, tylko „jak chronić mądrze?”. Czy wystarczy ograniczenie w okresie lęgowym? Czy potrzebne są strefy ciszy tylko w części jeziora? Czy da się pogodzić ochronę ptaków z turystyką motorowodną? Jedno jest pewne: temat dotyczy nas wszystkich, którzy korzystają z jezior Puszczy Augustowskiej. I warto o nim rozmawiać zanim paragrafy z urzędowego dokumentu staną się codziennością na wodzie.

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?
Kojle Perty fot. Hubert Stojanowski

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?

W Podlaskiem powstały trzy nowe rezerwaty przyrody: Beretnica, Kojle i Perty oraz Wigrańce. To oznacza, że w całym województwie mamy już 114 rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 26 tysięcy hektarów. Jednocześnie część wcześniej utworzonych obszarów została udostępniona mieszkańcom – można tam spacerować, jeździć rowerem, konno, a w wyznaczonych miejscach także zbierać grzyby i owoce leśne.

Beretnica to niewielki, niecałe 6-hektarowy rezerwat w gminie Gródek. Chroni torfowisko, czyli podmokły teren porośnięty specyficzną roślinnością. Takie miejsca są dziś rzadkie i bardzo cenne, bo magazynują wodę i pomagają łagodzić skutki suszy. W Beretnicy rośnie m.in. przygiełka biała – roślina, której nie spotyka się często nawet w Puszczy Knyszyńskiej. Teren ma charakterystyczny układ: w środku jest najbardziej mokro, a im dalej, tym bardziej przypomina leśne bagno przechodzące w bór.

Rezerwat Kojle i Perty znajduje się w gminie Rutka-Tartak i obejmuje dwa głębokie jeziora oraz otaczające je tereny. Jezioro Kojle ma około 33 metry głębokości, a Perty około 31 metrów – to naprawdę dużo jak na podlaskie warunki. Wokół nich występują rzadkie rośliny i wiele gatunków zwierząt. Co ważne, mimo objęcia ochroną, jeziora nadal będą użytkowane rybacko i pozostaną dostępne dla wędkarzy. Ochrona ma tu iść w parze z rozsądnym korzystaniem z przyrody.

Największy z nowych rezerwatów to Wigrańce w gminie Sejny. Obejmuje fragment Puszczy Augustowskiej ze starymi sosnami, z których część ma nawet blisko 200 lat. To prawdziwy kawał dawnego lasu, który przetrwał w niemal naturalnym stanie. W takich widnych borach rosną rzadkie rośliny, m.in. sasanka otwarta czy mącznica lekarska. Ciekawostką jest to, że sosna odnawia się tu naturalnie, bez sadzenia przez człowieka.

Równocześnie udostępniono trzy inne rezerwaty: Romanówkę, Połomin i Starą Dębinę. Wyznaczono w nich trasy piesze, rowerowe i konne, a także miejsca, gdzie można legalnie zbierać grzyby i owoce runa leśnego. To odpowiedź na postulaty lokalnych mieszkańców, którzy chcą korzystać z lasu, ale w sposób uporządkowany.

W ciągu ostatnich dwóch lat w województwie podlaskim powołano 20 nowych rezerwatów i powiększono trzy istniejące. Łącznie od połowy 2024 roku objęto ochroną prawie 3 tysiące hektarów nowych terenów. Podlasie i tak było jednym z najbardziej zielonych regionów w Polsce, a teraz udział obszarów chronionych jeszcze się zwiększył.

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

To najstarszy park krajobrazowy w Polsce. Od 1976 roku chroni to, co w tej części kraju najcenniejsze – surową przyrodę i krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym.

Suwalski Park Krajobrazowy jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc północno-wschodniej Polski. Tutejszy teren ukształtował lądolód, zostawiając po sobie pagórki, głębokie rynny, jeziora i rozległe doliny. To przestrzeń otwarta, momentami surowa, pełna ciszy. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów poza zabudowania, by poczuć, że natura wciąż gra tu pierwsze skrzypce.

Na obszarze parku znajduje się ponad dwadzieścia jezior, w tym najgłębsze w Polsce – Jezioro Hańcza. Są też punkty widokowe, z których widać falujący krajobraz Suwalszczyzny. To miejsce dla tych, którzy lubią ruch i przestrzeń: piesze wędrówki, rowerowe trasy, motocyklowe przejażdżki po krętych drogach i stromych podjazdach.

Od pięćdziesięciu lat park pozostaje przestrzenią, w której przyroda, lokalna historia i codzienne życie mieszkańców splatają się w jedną opowieść. Z okazji jubileuszu powstał film „W krainie Hańczy. 50 lat SPK” – opowieść o krajobrazie wyrzeźbionym przez lądolód i o miejscu, które od pół wieku zachwyca kolejne pokolenia.

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Wilk w Polsce jest gatunkiem objętym ścisłą ochroną. Oznacza to, że co do zasady nie wolno go zabijać ani niepokoić, a wszelkie działania wobec tych zwierząt wymagają szczególnej, administracyjnej zgody. Tu dodajmy, że w praktyce wydawana jest ona bardzo niechętnie i w ostateczności.

Dlatego w tym przypadku mamy jednak do czynienia z sytuacją wyjątkową, która – zdaniem organów ochrony środowiska – uzasadnia odstępstwo od ogólnej zasady. Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska wyraził zgodę na odstrzał maksymalnie trzech wilków na terenie gminy Krasnopol. Decyzja została wydana w odpowiedzi na wniosek wójta, który od kilku lat otrzymywał od mieszkańców zgłoszenia o obecności tych zwierząt w pobliżu zabudowań oraz o atakach na zwierzęta gospodarskie. Choć wcześniej dopuszczono płoszenie drapieżników, działania te nie przyniosły oczekiwanych efektów.

Warto jednak dodać, że nie przesądził o tym fakt – ataków na zwierzęta gospodarskie i kręcenie się przy zabudowaniach. Zgoda dotyczy wyłącznie osobników wykazujących wyraźne objawy zaawansowanego świerzbu. Według relacji mieszkańców to właśnie chore wilki podchodzą pod domy i zagrody, stanowiąc zagrożenie dla inwentarza, a potencjalnie również dla ludzi. Do urzędu trafiły zdjęcia, nagrania oraz pisemne zgłoszenia dokumentujące obecność chorych zwierząt i przypadki zagryzień. Część szkód została potwierdzona przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, która wskazała, że za zdarzenia może odpowiadać pojedynczy, osłabiony osobnik.

Organ uznał, że w tej konkretnej sytuacji odstrzał może służyć zarówno poprawie bezpieczeństwa mieszkańców, jak i ochronie samej populacji wilka. Zwierzęta dotknięte ciężką chorobą częściej tracą naturalny dystans wobec człowieka, podchodzą bliżej zabudowań i mogą rozprzestrzeniać pasożyta wśród innych osobników.

Decyzja jest ściśle ograniczona. Odstrzelone mogą zostać wyłącznie te wilki, które zostały udokumentowane na zdjęciach i nagraniach oraz mają widoczne objawy choroby. Zadanie wykonają uprawnieni myśliwi z wyznaczonych kół łowieckich: „Łoś” i „Słonka” w Sejnach oraz „Jedynka” w Suwałkach. Każdy przypadek będzie dokładnie udokumentowany fotograficznie, a zwierzę poddane oględzinom z protokołem zawierającym informacje o płci, wieku i miejscu odstrzału. Dopuszczono także możliwość pobrania próbek do badań naukowych. Zezwolenie obowiązuje do końca grudnia 2026 roku.

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Planowana budowa progu spiętrzającego na Narwi w rejonie Rzędzian stała się punktem zapalnym, bo dotyka dwóch sprzecznych, ale jednocześnie racjonalnych sposobów myślenia o rzece. Z jednej strony są mieszkańcy i rolnicy, którzy patrzą na Narew przez pryzmat bezpieczeństwa gospodarstw i użytkowania łąk, z drugiej – podejście przyrodnicze, według którego to właśnie nadmierna kontrola i „obsługa techniczna” rzeki doprowadziły ją do obecnego stanu degradacji. Spór nie jest więc prostym konfliktem interesów, lecz zderzeniem dwóch logik zarządzania wodą.

Argument przeciwników progu opiera się na doświadczeniu. W ich ocenie stałe piętrzenie w tak bliskiej odległości od jazu ogranicza możliwość reagowania na zmienne warunki hydrologiczne. Jaz, wyposażony w ruchome klapy, daje możliwość czasowego obniżenia poziomu wody w momentach krytycznych, takich jak wiosenne wezbrania czy okres prac polowych. Stały próg tej elastyczności nie ma. Nawet jeśli jest niższy niż poprzednia konstrukcja, wciąż narzuca minimalny poziom wody, który przy kumulacji opadów i roztopów może skutkować długotrwałym zaleganiem wody na łąkach i w pobliżu zabudowań. Z tej perspektywy budowa kolejnego piętrzenia obok istniejącego jazu wygląda jak dublowanie infrastruktury, które osłabia funkcję obiektu już zmodernizowanego i przenosi ryzyko na tereny użytkowane przez ludzi.

Z drugiej strony, argumenty strony pro-przyrodniczej uderzają w sam fundament takiego myślenia. To właśnie regulowanie rzek, ich pogłębianie, prostowanie i „obsługiwanie” jazami sprawiło, że Narew przez lata traciła kontakt z doliną, szybciej odprowadzała wodę i wysychała w okresach bezdeszczowych. W tej logice jaz, nawet jeśli technicznie sprawny, jest narzędziem kontroli, a nie odtwarzania naturalnych procesów. Stały próg ma wymuszać wyższy poziom wody na dłuższym odcinku rzeki, uruchamiać rozlewiska, zasilać starorzecza i podnosić poziom wód gruntowych w dolinie. Nie chodzi więc o „trzymanie wody w korycie”, lecz o to, by woda znów mogła rozchodzić się szeroko po krajobrazie, zamiast być spuszczana jak najszybciej w dół rzeki.

Oba podejścia mają swoje słabe punkty. Krytycy progu często abstrahują od tego, że sam jaz, nawet z klapami, w praktyce bywa prowadzony w sposób zachowawczy, nastawiony na szybkie odprowadzanie wody i minimalizowanie ryzyka formalnego, a nie na długotrwałe podpiętrzenia sprzyjające przyrodzie. Z kolei zwolennicy progu zakładają, że każde stałe piętrzenie automatycznie „oddaje rzekę naturze”, ignorując fakt, że źle dobrana lokalizacja i brak kontroli mogą prowadzić do podmywania brzegów, zamulania i konfliktów społecznych, które w dłuższej perspektywie kończą się presją na jeszcze silniejszą ingerencję techniczną.

W istocie spór sprowadza się do pytania, czy próg w tym konkretnym miejscu rzeczywiście robi coś, czego nie da się osiągnąć innymi metodami. Jeżeli podniesienie poziomu wody przez próg faktycznie uruchamia boczne połączenia Narwi ze starorzeczami i rozlewiskami, których jaz nie jest w stanie zasilić nawet przy pro-retencyjnym sterowaniu, wtedy argument przyrodniczy zyskuje ciężar. Jeżeli jednak efekt kończy się głównie na podniesieniu lustra wody w korycie i cofce przy jednoczesnym wzroście ryzyka dla łąk i zabudowań, wówczas rację mają ci, którzy widzą w tej inwestycji kolejny sztywny element w już przeinżynierowanym systemie.

Paradoks polega na tym, że obie strony mówią o „ratowaniu rzeki”, tylko rozumieją to inaczej. Jedni chcą ją ratować przed nadmiarem wody i nieprzewidywalnością, drudzy przed wysychaniem i zamianą w rynnę. Sens budowy progu obok jazu nie zależy więc od samej idei piętrzenia, lecz od tego, czy inwestycja rzeczywiście przywraca Narwi kontakt z doliną, a nie tylko przenosi odpowiedzialność za skutki uboczne z instytucji na lokalnych mieszkańców. Bez twardej odpowiedzi na to pytanie każda ze stron będzie mogła z równą siłą twierdzić, że broni racjonalnego interesu – i w obu przypadkach będzie miała ku temu powody.

Piekło zamarza! Będziemy chwalić urzędników.

Piekło zamarza! Będziemy chwalić urzędników.

Rzadko się to zdarza, dlatego warto to jasno powiedzieć: urzędnicy zachowali się tym razem odpowiedzialnie. Po latach kluczenia, przemilczania tematu albo ulegania najgłośniejszym emocjom, pojawił się racjonalny, merytoryczny komunikat, który nie próbuje ani straszyć mieszkańców, ani przypodobać się doraźnym interesom. Zamiast tego — edukuje.

Dotychczas temat wilków w regionie był dla wielu samorządowców politycznie niewygodny. Rolnicy obawiający się strat, mieszkańcy karmieni sensacyjnymi nagłówkami i część środowisk myśliwskich tworzyli presję, której najłatwiej było… nie zauważać. Wójtowie często populistycznie stawali „po stronie strachu”, a urzędnicy unikali jasnych komunikatów. Tym razem stało się inaczej — i to jest dobra wiadomość.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku odniosła się do medialnych doniesień o wilku obserwowanym na terenie Sokółki, studząc emocje i przywracając proporcje. Pojedyncze obserwacje wilków w miastach nie są zjawiskiem nadzwyczajnym — podobne sytuacje miały już miejsce w Warszawie, Łodzi, Tarnowie, Augustowie czy Dubiczach Cerkiewnych. To nie „inwazja”, lecz efekt naturalnych migracji dzikich zwierząt.

Jak podkreśla Sabina Pierużek-Nowak, badaczka wilków z ponad 30-letnim doświadczeniem, osobnik obserwowany w Sokółce jest w dobrej kondycji, nie wykazuje objawów choroby ani agresji. Wilki — co warto wreszcie powiedzieć wprost — nie mają wbudowanego GPS-u. Przemieszczają się na znaczne odległości, czasem pojawiając się w pobliżu zabudowań, a nawet w dużych miastach. Widok wilka z samochodu czy zza okna nie oznacza, że zwierzę „oswoiło się” z człowiekiem ani że stanowi zagrożenie.

Co ważne, komunikat RDOŚ nie bagatelizuje bezpieczeństwa mieszkańców. Wydano decyzję zezwalającą na płoszenie zwierzęcia, a Straż Miejska prowadzi patrole i reaguje na zgłoszenia. To przykład działania proporcjonalnego: bez paniki, ale też bez bezczynności.

Szczególnie trafna jest krytyka medialnej sensacyjności. Nagłaśnianie przez dziennikarzy pojedynczych zdarzeń w formie clickbaitów nie zwiększa bezpieczeństwa — za to skutecznie podsyca strach. W regionach przygranicznych, gdzie napięcia społeczne i informacyjne i tak są wysokie, takie działania są po prostu nieodpowiedzialne.

RDOŚ zwraca też uwagę na niewygodny, lecz istotny fakt: ludzie sami często zapraszają dzikie zwierzęta, pozostawiając otwarte bramy, niezabezpieczone podwórka czy zwierzęta gospodarskie. To nie wilk łamie zasady współistnienia — to my często je ignorujemy.

Apel o spokój i rozsądek jest tu kluczowy. W przypadku spotkania z wilkiem należy zachować dystans, nie dokarmiać zwierzęcia, nie próbować go płoszyć na własną rękę i spokojnie się oddalić. To wiedza podstawowa, ale przez lata niemal nieobecna w oficjalnych przekazach.

Dlatego ten komunikat warto zapamiętać. Nie dlatego, że „broni wilków”, ale dlatego, że broni faktów przed strachem. Jeśli administracja publiczna ma odzyskiwać zaufanie społeczne, właśnie takimi działaniami — opartymi na nauce, odpowiedzialności i odwadze mówienia prawdy — powinna to robić częściej.

Warto w tym miejscu jasno podkreślić jeszcze jedną, często pomijaną kwestię: wilk w Polsce objęty jest ścisłą ochroną gatunkową. Oznacza to, że jego zabijanie, okaleczanie, chwytanie, płoszenie bez zezwolenia czy niszczenie siedlisk jest nielegalne i podlega odpowiedzialności karnej. Ochrona ta nie jest „fanaberią ekologów”, lecz elementem prawa krajowego i europejskiego, wynikającym z realnej potrzeby zachowania równowagi w ekosystemach. Wilk pełni kluczową rolę jako drapieżnik regulujący liczebność zwierzyny kopytnej, co w dłuższej perspektywie ogranicza szkody w uprawach i lasach. Dlatego myśliwi tak go nienawidzą, bo jest dla nich konkurencją.

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!
Likwidacja Siemianówki to szansa na przeżycie dla Narwiańskiego Parku Narodowego (na zdjęciu kładka Waniewo-Śliwno w NPN)

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!

Obecna zima na Podlasiu – ze stałą pokrywą śnieżną i długotrwałymi mrozami – jest zjawiskiem, którego nie obserwowaliśmy od wielu lat. Z punktu widzenia przyrody i gospodarki wodnej to wydarzenie wyjątkowe. Przez ostatnią dekadę Polska doświadczała coraz częstszych susz hydrologicznych, niskich stanów rzek i spadku poziomu wód gruntowych. Brak zim oznaczał brak powolnego, równomiernego zasilania środowiska wodą. Tegoroczna sytuacja tworzy jednak krótkie, ale realne okno szansy.

Śnieg jest naturalnym magazynem wody. W przeciwieństwie do intensywnych opadów deszczu, które szybko spływają powierzchniowo, roztopy zasilają glebę i wody gruntowe stopniowo. Jeśli proces ten zostanie odpowiednio wykorzystany, możliwe jest realne poprawienie bilansu wodnego regionu przynajmniej na jeden, a potencjalnie kilka kolejnych sezonów.

Problem polega na tym, że obecny krajobraz Podlasia nie sprzyja zatrzymywaniu wody. Przez dekady prowadzono intensywne melioracje – prostowano rzeki, osuszano doliny i torfowiska, budowano sieć rowów odprowadzających wodę jak najszybciej do głównych cieków. System ten działa sprawnie, ale jego efektem jest błyskawiczny odpływ wody do Wisły i dalej do morza. W praktyce oznacza to, że nawet po śnieżnej zimie wiosną obserwujemy krótkotrwałe wezbrania, a już latem powrót problemu suszy.

Dodatkowym elementem pogarszającym sytuację jest Siemianówka. Zbiornik ten, ze względu na swoją dużą powierzchnię i niewielką głębokość, powoduje bardzo duże straty wody poprzez parowanie. W okresie letnim z jego lustra znikają miliony metrów sześciennych wody, które mogłyby zasilać rzeki i gleby. W warunkach postępujących susz hydrologicznych taki zbiornik nie pełni funkcji magazynu, lecz działa jak czajnik. Z tego powodu zasadne jest postulowanie jak najszybszego opróżnienia Siemianówki i rezygnacji z jej ponownego napełniania w obecnym modelu gospodarowania wodą.

Pojawia się więc kluczowe pytanie: czy da się coś zrobić szybko, jeszcze w tym sezonie, aby zatrzymać wodę z roztopów? Odpowiedź brzmi: tak, ale w ograniczonym zakresie i bez złudzeń co do skali. Nie ma możliwości przebudowy całego systemu hydrologicznego w kilka miesięcy, jednak istnieją działania, które można wdrożyć bez wieloletnich inwestycji.

Przede wszystkim chodzi o tzw. małą retencję. Obejmuje ona spowalnianie odpływu wody poprzez zamykanie zastawek na rowach melioracyjnych, ograniczanie drożności odpływów oraz czasowe cofanie wody na łąki i tereny zalewowe. Są to rozwiązania technicznie proste i relatywnie tanie, możliwe do wdrożenia lokalnie w ciągu tygodni. Każdy dzień, w którym woda pozostaje w krajobrazie, zwiększa jej infiltrację do gleby i podnosi poziom wód gruntowych.

Drugim istotnym działaniem jest przywracanie – choćby czasowe – naturalnych rozlewisk rzecznych. Doliny rzek pełnią funkcję naturalnych zbiorników retencyjnych. Zatrzymują wodę na dłużej, zmniejszają gwałtowność wezbrań i pozwalają jej wsiąkać w grunt. W wielu miejscach wystarczyłoby nie usuwać przeszkód, które tamują wodę. Tak samo nie należy rutynowo udrażniać i pogłębiać rowów melioracyjnych ani koryt rzek. Wtedy pozwolilibyśmy funkcjonować im zgodnie z naturalnym rytmem.

Wykorzystanie tegorocznych roztopów może przynieść wymierne korzyści. Lepsze uwilgotnienie gleb przełoży się na stabilniejsze warunki dla rolnictwa. Wody gruntowe będą odnawiać się szybciej, co zmniejszy ryzyko wysychania studni. Rzeki dłużej utrzymają przepływ, co ma znaczenie zarówno dla przyrody, jak i dla lokalnych społeczności. Zmniejszy się także podatność krajobrazu na skutki letnich fal upałów.

Obecna zima nie rozwiąże problemu suszy w Polsce. Może jednak stać się punktem zwrotnym w myśleniu o gospodarce wodnej. Jeśli po raz kolejny pozwolimy wodzie szybko odpłynąć, zmarnujemy rzadką szansę, jaką daje ten sezon. Jeśli natomiast podejmiemy nawet ograniczone, ale racjonalne działania, zyskamy czas i konkretne efekty, które będzie można odczuć jeszcze w tym roku.

To nie jest kwestia ideologii ani wielkich haseł. To kwestia prostego wyboru: czy woda ma zostać w krajobrazie, czy – jak przez ostatnie lata – znów bezpowrotnie z niego zniknąć.

Takiej zimy już dawno nie było! Zobacz ile dobrego dzięki niej będzie na wiosnę.

Takiej zimy już dawno nie było! Zobacz ile dobrego dzięki niej będzie na wiosnę.

Dziś o poranku termometry na Podlasiu wskazały -18 stopni Celsjusza. Słońce świeci jednak tak intensywnie, że biel śniegu aż razi w oczy. Według najnowszych prognoz taka aura ma utrzymać się co najmniej do połowy lutego. To zaskakujący zwrot po ostatnich zimach – łagodnych, bezśnieżnych albo tak krótkich, że biały puch znikał po jednym lub dwóch dniach.

Dla mieszkańców to okazja do powrotu do zim z dzieciństwa, z trzaskającym mrozem i skrzypiącym śniegiem pod butami. Ale tegoroczna zima to przede wszystkim zastrzyk korzyści dla całej przyrody. Długotrwały mróz skutecznie ogranicza populację kleszczy, komarów i innych pasożytów, które w ostatnich latach rozwijały się niemal przez cały rok. Śnieg tworzy także naturalną kołdrę ochronną – zabezpiecza glebę, zatrzymuje wilgoć i chroni rośliny przed uszkodzeniami.

Wiosną możemy spodziewać się powrotu spektakularnych rozlewisk na Narwi, Biebrzy czy Bugu. To zjawisko, które jeszcze dekadę temu było symbolem regionu, a które zanikało wraz z łagodnymi zimami. Rozlewiska mają ogromne znaczenie dla ekosystemu: wspierają migrację ptaków, tworzą tarliska dla ryb, wzbogacają siedliska bobrów, a w efekcie podnoszą bioróżnorodność całej doliny rzecznej.

Narwiański Park Narodowy od kilku lat zmaga się z problemem niskich stanów wody. Słynne kładki w Waniewie i Śliwnie przez większość sezonu pozostawały niedostępne, bo rzeka nie zalewa naturalnych niecek i trzcinowisk. Tegoroczna zima może to częściowo odwrócić – długo zalegający śnieg zapewni wolny, równomierny spływ wiosenny, dając szansę na odbudowę rozlewisk, a z nimi całego mikroświata ptaków i płazów. Pojawia się jednak pytanie, na ile efekt ten zostanie utrzymany w kontekście gospodarowania wodą w dorzeczu Narwi.

Bo zanim Park Narodowy z rozlewiskami, pierwszym absorbującym wodę jest Siemianówka. Płytki, sztuczny, rozległy i wyjątkowo zasobożerny zbiornik zbudowany w PRL. Od lat poruszamy jej szkodliwość na łamach PodlaskieTV. Mocno wątpliwa jest jego rola w systemie wodnym Podlasia. Znaczna część retencjonowanej wody traci się przez parowanie, a jej niedobory coraz dotkliwiej widać na odcinkach niżej położonych. Silna i mroźna zima jest więc testem dla całego układu hydrologicznego regionu: czy większy dopływ wody roztopowej rzeczywiście przełoży się na odbudowę mokradeł, czy też zostanie zatrzymany i rozproszony zbyt wysoko, zanim dotrze do Narwiańskiego Parku Narodowego.

Mroźna zima sprzyja również rolnikom – dłuższe zaleganie śniegu pozwala gromadzić zapasy wilgoci w glebie, co przekłada się na lepsze wschody roślin i większą odporność na wiosenne susze.

To wszystko pokazuje, jak bardzo przyroda potrzebuje prawdziwej zimy, nawet jeśli dla nas oznacza to zimne policzki, grube rękawice i skrobanie szyb pojazdów. Podlasie przez lata było kojarzone ze śnieżnymi zimami – tegoroczna wreszcie przypomina, jak wyglądała pora roku wpisana w krajobraz regionu. Jeżeli prognozy się sprawdzą, przed nami jeszcze kilka tygodni mrozu, słońca i skrzącego się puchu. Warto więc patrzeć nie tylko na termometr, ale i na długofalowe skutki, które mogą okazać się wyjątkowo korzystne dla całego regionu.

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Podlaskie to kraina trzech Puszcz, trzech parków narodowych, trzech wielkich rzek i dziesiątek pomniejszych cieków wodnych. To również miejsce, gdzie przyroda wciąż żyje własnym rytmem, a krajobraz – od zielonych łąk po bagienne rozlewiska – zależy od delikatnych bilansów wody. W ostatnich latach zdały się one mocno chwiać. Susze letnie, które jeszcze dekadę temu pojawiały się epizodycznie, dziś stają się niemal regułą, pustosząc łąki i spłycając, a nawet wysuszając rzeki. W tym kontekście śnieg, często postrzegany wyłącznie jako utrapienie kierowców, jest jednym z ostatnich naturalnych mechanizmów regulujących cykl wodny regionu.

Zimą, kiedy Podlasie skuwa mróz, a korony drzew w Puszczy Białowieskiej, Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej uginają się pod ciężarem bieli, przyroda wchodzi w stan spowolnienia. Jednak w bieli kryje się zasób – rezerwa wodna odkładana jest na wiosnę. Wolno topniejąca pokrywa śnieżna pozwala wodzie wsiąkać głęboko w glebę i torfy, odbudowując retencję, bez której latem giną zarówno rośliny, jak i owady, płazy czy migrujące ptaki uzależnione od rozlewisk. W parku narodowym, w Biebrzy śnieg decyduje o przyszłych rozlewiskach; w Wigierskim – o kondycji jezior; w Białowieskim – o żywotności lasu i całych sieci zależności ekologicznych.

Rzeki Podlasia – Narew, Biebrza i Bug – oraz setki mniejszych cieków wodnych są żyłami krwionośnymi krajobrazu. To od śniegu zależy, czy wiosenne wody wypełnią doliny Narwi i rozleją się malowniczym labiryntem, czy Biebrza zyska swoje słynne bagienne zwierciadła, a Bug zachowa głębszy nurt. Brak śniegu zimą nie zawsze oznacza nagłą katastrofę, ale oznacza szybsze, prostsze i bardziej dramatyczne przesuwanie się w stronę letniego przesuszenia. Gleba bez zimowego zasilenia staje się jałowa, owady giną, a ptaki tracą bazę pokarmową. Łosie i jelenie, które zimą korzystają z osłony lasów, latem wędrują coraz dalej w poszukiwaniu wodnych schronień.

Śnieg pełni jeszcze jedno zadanie na Podlasiu – chroni. Pąki drzew przed przemarzaniem, korzenie bylin przed wysychaniem, glebę przed erozją, a torfowiska przed utratą wilgoci. W Puszczy Białowieskiej biała pokrywa zamyka obieg materii organicznej, spowalniając rozkład i pozwalając grzybom oraz mikroorganizmom pracować w tempie, które natura zakładała od tysiącleci. W rozlewiskach Narwi zimowa pokrywa śnieżna amortyzuje gwałtowne zmiany temperatur, umożliwiając przetrwanie jajom płazów ukrytych głębiej w mule, a zimą chroniąc drobne ryby i bezkręgowce.

Podlaskie, choć nadal uchodzi za jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody w Polsce, jest czułe na wahania klimatu. Zimą widać to najsilniej: brak bieli to brak wiosennego zasilania. Jeziora Wigierskiego Parku Narodowego płytko oddychają, bagna Biebrzy schną szybciej, a Białowieski las staje się uboższy pod ziemią, zanim stanie się uboższy nad nią. Śnieg bywa trudny w mieście, ale poza miastem to zasób strategiczny, którego wartość mierzy się nie w centymetrach, a w milimetrach wody i proporcji życia, które może dzięki niej trwać.

W czasach, gdy klimat staje się coraz bardziej niestabilny, warto przypomnieć sobie prostą prawdę: Podlasie żyje dzięki wodzie, a woda wraca dzięki śniegowi. Każda biała zima to inwestycja w zielone lato, w bagienne spektakle Biebrzy, w labirynt Narwi, w potężny spokój Puszcz, w trzepot skrzydeł nad jeziorami Suwalszczyzny i w te niezliczone drobiazgi życia, które milkną, gdy woda znika.

Zimowa Puszcza Białowieska to obecnie najbardziej magiczne miejsce na Podlasiu!

Zimowa Puszcza Białowieska to obecnie najbardziej magiczne miejsce na Podlasiu!

W Podlaskiem spadło tyle śniegu, że świat znowu udaje bajkę. A jeśli bajka, to musi mieć swoje serce. Tego zimowego serca nikt nie znajdzie w mieście, w korkach, w pośpiechu ani w sklepach pełnych ludzi. Jest tylko jedno miejsce, gdzie zima wciąż umie czarować do granic — Puszcza Białowieska. W tych dniach jest ona najprawdziwszym, najbardziej magicznym zakątkiem całego Podlasia.

Wczesny ranek. Mróz rysuje delikatne pajęczyny na szybach, śnieg tłumi echo dźwięków, a niebo pali się bladym różem. Puszcza jeszcze śpi, ale gdy wstaje słońce rozpoczyna się spektakl. Najpierw drgają pojedyncze iskry światła na gałęziach, potem całe połacie lasu płoną odcieniami złota. Drogi są miękkie jak wata, płoty w białych kożuchach, a dym z kominów wznosi się pionowo, jakby nie chciał mącić ciszy.

W Białowieży życie płynie wolniej niż gdziekolwiek indziej. Koty wygrzewają się na płotach, owce poskubują trawę skrytą pod puchem, psy bawią się w śnieżne bitwy. Ludzie wychodzą dopiero po dziewiątej, kiedy mróz odpuści odrobinę. Każdy dzień zaczyna się tu podobnie: kilka słów na środku cichej ulicy, przyniesione drewno do pieca, odśnieżony próg domu, zapach dymu i żywicy. Zimowy rytuał Puszczy.

Głębiej w las, tam gdzie wioski topnieją w białą mgłę, zaczyna się królestwo zwierząt. Wystarczy cierpliwość, by czasem zobaczyć żubry jak w legendzie. Dla wilków jesteśmy tylko cieniem. Obserwują z daleka, pamiętając może dawne krzywdy. Lewo, prawo, ślady jak pismo w śniegu, opowieść, którą czyta tylko las.

Idąc leśnym duktem masz wrażenie, że ktoś rozwinął przed tobą płótno malarza. Każda gałąź, każdy mech, każdy zamarznięty źdźbło trawy jest pociągnięciem pędzla. Natura pracuje w technice światła i ciszy; człowiek ma tylko za zadanie nie przeszkadzać.

I tak właśnie wygląda dziś najpiękniejszy zakamarek Podlasia. Z dala od miast, z dala od hałasu, tam gdzie słońce wisi nisko nad białym oceanem puszczy, a czas przestaje mieć znaczenie. Kto raz zimą stanie w Białowieży, ten wraca stamtąd odmieniony — jakby dusza została na chwilę w miejscu, które wymyśliła sama wyobraźnia.

Powstanie gigantyczny poligon na Przesmyku Suwalskim. Będą przesiedlenia i ingerencja w rezerwaty przyrody.
Litewscy żołnierze. fot. 7th Army Training / Flickr.com

Powstanie gigantyczny poligon na Przesmyku Suwalskim. Będą przesiedlenia i ingerencja w rezerwaty przyrody.

W Sejnach, oddalonych o około 15 kilometrów od planowanej lokalizacji poligonu wojskowego w lasach Kopciowa na Litwie z uwagą śledzi się informacje napływające z rejonu łoździejskiego. Planowana jest tam inwestycja, która ma ogromne znaczenie strategiczne, zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa regionu i położenia na Przesmyku Suwalskim. A to jedno z kluczowych punktów na mapie Europy.

Nie ulega wątpliwości, że wzmacnianie zdolności obronnych państw NATO, w tym Litwy, jest dziś koniecznością. Lokalizacja w pobliżu Przesmyku Suwalskiego nie jest przypadkowa – to właśnie to miejsce ma ogromne znaczenie militarne. Nie raz bowiem czytaliście głupie artykuły w mediach, które Was straszyły, jako byłoby tam niebezpiecznie, a putin już się szykował by go zająć. Z naszej perspektywy zagrożenia nie ma, ale nie mamy nic przeciwko poligonowi. Tyle, że warto wsłuchać się w głos protestujących Litwinów. Bo czy rzeczywiście nie było alternatywnych terenów w tym rejonie, które pozwoliłyby zrealizować inwestycję bez sięgania po obszary o wyjątkowych walorach przyrodniczych i krajobrazowych.

Planowany poligon miałby zajmować około 146 kilometrów kwadratowych. Białystok ma 102 kilometry kwadratowe, więc łatwo sobie wyobrazić skalę przedsięwzięcia. Teren ten obejmuje obszary chronione w ramach sieci Natura 2000, rezerwaty przyrody oraz lasy i tereny podmokłe o dużej wartości ekologicznej. Dodatkowo realizacja inwestycji może oznaczać konieczność likwidacji kilkunastu wsi i przesiedlenie około stu rodzin.

Skutki takiej inwestycji nie zatrzymają się na granicy administracyjnej. Stała obecność wojska, hałas ćwiczeń i zmiana charakteru całego obszaru będą odczuwalne również po polskiej stronie granicy. To region o silnym znaczeniu turystycznym i kulturowym, oparty na ciszy, przyrodzie i transgranicznej współpracy.

Dyskusja wokół poligonu powinna się koncentrować więc nie na samym sensie inwestycji, lecz na jej skali i lokalizacji. Czy w tak newralgicznym militarnie obszarze, jak okolice Przesmyku Suwalskiego, naprawdę nie było innych terenów, mniej konfliktowych społecznie i przyrodniczo, które pozwoliłyby pogodzić potrzeby obronności z ochroną unikalnego krajobrazu pogranicza. Życie to nie tylko mapy strategiczne, ale również ludzie i przyroda, które od lat współtworzą to wyjątkowe miejsce na pograniczu Polski i Litwy.

Featured Video Play Icon

Czy takie zimy jeszcze wrócą na Podlasie?

Prognozy długoterminowe nie zapowiadają, by w tym roku w Podlaskiem spadł śnieg. Poprzednie lata pokazywały, że jak popadało to biały puch leżał tylko przez moment. Ale warto wiedzieć, że w takich miejscach jak Puszcza Knyszyńska, Białowieska czy Augustowska – gdy napada – to leży dłużej niż w mieście. Dlatego jeżeli zaśnieży Białystok, a kolejnego dnia wszystko popłynie, to wcale nie musi być tak samo nieopodal w Czarnej Białostockiej. Tam przy słynnym zalewie możecie dreptać tak, że będzie chrupało wam pod nogami.

Patrząc szerzej na kolejne lata, meteorolodzy są dość zgodni – zimy w Polsce będą coraz krótsze, cieplejsze i bardziej „wahadłowe”. To oznacza, że śnieg będzie pojawiał się rzadziej, ale za to bardziej gwałtownie. Zamiast spokojnych, wielotygodniowych zimowych krajobrazów czekają nas raczej krótkie epizody: dwa, trzy dni bieli i szybki powrót temperatur dodatnich. Największe szanse na opady śniegu przypadać będą nadal na styczeń i luty, choć nawet wtedy nie ma już gwarancji, że śnieg utrzyma się na dłużej niż kilka dni. W prognozach na nadchodzące zimy częściej pojawiają się scenariusze z opadami mieszanymi, deszczem ze śniegiem i gwałtownymi roztopami tuż po większym ochłodzeniu.

Podlaskie jednak od lat rządzi się nieco innymi prawami niż reszta kraju. Geograficznie jesteśmy bliżej wpływów klimatu kontynentalnego niż morskiego, który dominuje na zachodzie Polski. Tu zimy potrafią być ostrzejsze, z większymi spadkami temperatur i dłużej utrzymującym się mrozem przy gruncie. To właśnie dlatego statystycznie mamy więcej dni ze śniegiem niż centralna czy zachodnia Polska. Nawet jeśli ogólnokrajowe prognozy sugerują szybkie roztopy, Podlasie wciąż ma większą szansę na kilka prawdziwie zimowych epizodów w sezonie — szczególnie na obszarach oddalonych od miast, w dolinach, na polanach i w otulinach dużych kompleksów leśnych.

Dlaczego więc w lesie śnieg potrafi leżeć długo, a w mieście znika niemal natychmiast? Wszystko rozbija się o temperaturę podłoża, wilgotność i ingerencję człowieka. W lesie ziemia jest chłodniejsza, osłonięta od wiatru i słońca przez gęste korony drzew. Brak asfaltu, betonu i kostki brukowej sprawia, że podłoże wolniej się nagrzewa, a śnieg topnieje znacznie wolniej. Do tego dochodzi też większa wilgotność powietrza, która sprzyja utrzymywaniu się niskich temperatur przy gruncie.

W mieście działa dokładnie odwrotny mechanizm. Nagrzany asfalt, ciepło oddawane przez budynki, ruch samochodów i systemy ogrzewania powodują tzw. „miejską wyspę ciepła”. Nawet gdy w nocy spadnie kilka centymetrów śniegu, rano często zostaje po nim tylko brudna breja. Sól, piasek i intensywny ruch dodatkowo przyspieszają topnienie.

Dlatego właśnie bywa tak, że w centrum Białegostoku w południe nie ma już po śniegu śladu, a kilkanaście kilometrów dalej, w lesie czy nad zalewem, nadal panuje prawdziwa zima. I choć prawdziwie śnieżne zimy stają się coraz rzadsze, to w podlaskich lasach wciąż można jeszcze czasem znaleźć tę cichą, skrzypiącą pod butami biel – nawet wtedy, gdy miasto o zimie już dawno zapomniało.

Featured Video Play Icon

Podlasie – Kraina Trzech Żywiołów i serce Ultra Ducha Puszczy. To naprawdę przepiękny film!

Podlasie to miejsce, w którym świat zwalnia. Gdzie poranki wypełnia mleczna mgła unosząca się nad polami, a wieczory witają dźwiękami natury – tak bliskiej, tak dzikiej, że aż czuć jej puls. To przestrzeń, w której majestat Puszczy Białowieskiej spotyka się z ciepłem ludzi, tworząc atmosferę pełną spokoju, a jednocześnie otwartą na przygodę. Tutaj każdy oddech jest głębszy, a każdy krok prowadzi w stronę czegoś pierwotnego i prawdziwego.

Podlasie to wolność. Wolność drogi prowadzącej przez bezkresne pola, wolność szlaków, które pamiętają historie wielu pokoleń, wolność ukryta w cieniu drzew starszych niż niejedna opowieść. To magia, której nie da się streścić jednym zdaniem. Można ją tylko doświadczyć — zobaczyć, dotknąć, poczuć… i pozwolić jej zostać w sobie na długo.

Ale Podlasie to także kultura, żywa jak las po deszczu. Złote kopuły cerkwi odbijają się tu w taflach jezior, a dźwięk dzwonów miesza się z szumem wiatru w koronach drzew. Wiara, tradycja i natura przenikają się tu każdego dnia, tworząc jedną melodię — spokojną, autentyczną i głęboko poruszającą. Ludzie są serdeczni, prawdziwi i zanurzeni w tej samej energii, która napędza każdy kilometr tej ziemi.

To wszystko możemy poczuć oglądając powyższy film — jakbyśmy przez chwilę sami stali w tej mglistnej dolinie, słyszeli szum puszczańskich drzew i czuli wolność podlaskich szlaków. Obraz prowadzi nas tak, jakby Podlasie otwierało się tuż przed nami. To zaproszenie do świata, w którym żywioły naprawdę żyją, a my możemy poczuć ich puls nawet przed ekranem.

Featured Video Play Icon

Czarne bociany na Podlasiu. Dlaczego nie gniazdują w wioskach tak jak białe?

W gęstwinie Puszczy Białowieskiej, gdzie światło sączy się przez konary starych dębów, mieszka ptak, którego mało kto widział na własne oczy. Czarne bociany. Ich kuzyni, białe bociany, przesiadują beztrosko na dachach, w gniazdach nad drogami, na słupach, w samym środku wsi. Czarne natomiast wybierają ciszę i dystans. Dlaczego?

Odpowiedź może być zaskakująca. Dawniej ludzie bali się tego ptaka. Wierzono, że przynosi nieszczęście, zwiastuje śmierć lub chorobę. Jego czarne, błyszczące pióra i skryty tryb życia sprawiały, że uznawano go za złego ducha lasu. W wielu wsiach, gdy czarny bocian przelatywał nad domem, kobiety żegnały się na znak ochrony. A jeśli próbował założyć gniazdo w pobliżu zabudowań — był przepędzany.

W ten sposób ludzie sami dokonali podziału, który trwa do dziś. Białe bociany nauczyły się żyć obok człowieka, karmiąc się na polach i łąkach, przyzwyczajone do hałasu wsi. Czarne – wycofały się w głąb lasów. I tak pozostało w genach. Czarny bocian to ptak wyjątkowo nieufny. Gniazduje wysoko na drzewach, często nad rzekami i bagnami, z dala od ludzkich oczu. Ma w sobie coś z pustelnika – żyje wśród ciszy i wody, tam, gdzie człowiek nie zagląda. Dla niego las nie jest tylko schronieniem, ale domem zbudowanym z zapachu mchu, odgłosów dzięciołów i mgły nad starorzeczami.

Biały bocian to ekstrawertyk. Lubi towarzystwo, otwartą przestrzeń, ludzkie zapachy i dźwięki. Często spaceruje po polach za traktorem, korzystając z łatwego dostępu do pożywienia.
Czarny bocian to introwertyk – nieufny, zamknięty w sobie, obserwujący świat z cienia drzew. Jego urok kryje się w tajemnicy. Gdy się pojawia, to znak, że miejsce jest naprawdę dzikie. W całej Polsce gniazduje zaledwie około 1400–2000 par czarnych bocianów, podczas gdy białych jest nawet ponad 45 tysięcy. Puszcza Białowieska to dla tych pierwszych jedno z ostatnich bezpiecznych miejsc, gdzie mogą żyć według własnych zasad – z dala od asfaltu, betonu i ludzkich spojrzeń.

Dziś wiemy, że czarny bocian nie jest złym omenem, lecz symbolem natury, która wciąż potrafi się bronić przed człowiekiem. Może właśnie dlatego w Puszczy Białowieskiej czarne bociany czują się u siebie – bo to jedyne miejsce, gdzie człowiek nauczył się patrzeć z szacunkiem, nie ze strachem. Kiedy więc latem usłyszysz dziwne syczenie czy gwizdanie (rzadko klekot), to może to właśnie on – czarny pustelnik Puszczy. Siedzący w koronach starych drzew. Nie szukaj wzrokiem białych skrzydeł. Najwyżej przeleci nad tobą w ciszy, przypominając, że są jeszcze istoty, które wolą być same.

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jak długo podziała? Wody jak nie było, tak nie ma.
fot. Narwiański Park Narodowy

Kładka Waniewo–Śliwno znów otwarta. Jak długo podziała? Wody jak nie było, tak nie ma.

Kładka Waniewo–Śliwno ponownie została otwarta dla turystów. Zdjęcia uśmiechniętych odwiedzających, zaproszenia do spacerów, zachęty do kontaktu z przyrodą — wszystko wygląda jakby wracała dawna normalność. Tylko że to nie jest prawda. Narew nadal płynie tak, jakby ledwo żyła. Wody jest mało, a rozlewiska — serce i wizytówka Narwiańskiego Parku Narodowego — bardziej przypominają wspomnienie niż to na co je stać.

Problem ciągnie się od lat i nie jest tajemnicą. Zbiornik Siemianówka, powołany kiedyś, aby stabilizować poziomy wody, stał się paradoksalnie jednym z głównych winowajców jej braku. Ogromna, płytka powierzchnia, narażona na intensywne parowanie, każdego roku traci miliony metrów sześciennych wody. To ilość, której dolina Narwi zwyczajnie nie jest w stanie odzyskać, szczególnie w czasach coraz częstszych susz i wysokich temperatur. Rzeka, która niegdyś dawała życie setkom gatunków ptaków, roślin i zwierząt, dziś sama walczy o przetrwanie, a my obserwujemy, jak unikalny ekosystem stopniowo gaśnie.

Tym bardziej uderza cisza instytucji, które powinny bić na alarm. Narwiański Park Narodowy informuje o otwarciu kładki, przypomina o ostrożności na pływających pomostach — i na tym komunikacja właściwie się kończy. Ani słowa o przyczynach tak niskiego poziomu wody. Ani kampanii informacyjnej. Ani zaproszenia do publicznej debaty. Instytucja powołana do ochrony tej rzeki ogranicza się do komunikatów o ruchu turystycznym, jakby problem miał charakter kosmetyczny, a nie egzystencjalny.

Można zrozumieć ostrożność języka urzędowego. Trudniej zrozumieć milczenie, gdy ekosystem ginie w oczach. Narwiański Park Narodowy to nie miejsce, w którym można wymienić rośliny czy poprawić trasy spacerowe. To żywy organizm zależny od wody. Bez niej znika jego tożsamość i sens istnienia. Przez lata przyroda radziła sobie sama. Dziś już nie daje rady — a my udajemy, że spacer po kładce rozwiązuje problem.

Chodzi o odpowiedzialność. O odwagę powiedzenia głośno, że Siemianówka wymaga likwidacji, a Narwiański Park Narodowy — zamiast jedynie otwierać atrakcje — powinien stanąć na czele dyskusji o ratowaniu tego, co powierzył mu kraj. Bo pytanie, które powinniśmy dziś zadawać, nie brzmi: „Czy kładka jest czynna?” tylko „Czy za kilka lat będzie tu jeszcze rzeka, która tę kładkę opływa?”

Dolina Narwi nie potrzebuje dziś kolejnego cichego sezonu. Potrzebuje głosu. Potrzebuje działania. I potrzebuje, żebyśmy wreszcie przestali się cieszyć tym, że możemy wejść na kładkę — kiedy pod nią znika życie.

Dobra wiadomość! Słynna kładka wraca po remoncie. Tłumy odwiedzających i sesje nowożeńców.
fot. Nadleśnictwo Waliły

Dobra wiadomość! Słynna kładka wraca po remoncie. Tłumy odwiedzających i sesje nowożeńców.

Nadleśnictwo Waliły zakończyło remont wyjątkowej kładki na rozlewisku Sianożątka. Obiekt jest w pełni bezpieczny i ponownie dostępny dla odwiedzających, a sama kładka ma ok. 100 metrów długości i prowadzi w głąb mokradła – prosto w serce jednego z najbardziej fotogenicznych zakątków okolic Wyżar. To tu nowożeńcy robią sobie pamiątkowe fotki. Do Wyżar najwygodniej dojechać jest od wsi Radunin – leśną drogą udostępnioną do ruchu. Samochód zostawiamy w wyznaczonym miejscu i dalej ruszamy pieszo; to kompromis, który pozwala dotrzeć blisko wody, a jednocześnie chroni puszczańską ciszę.

Jesienna Puszcza Knyszyńska sprzyja takim wypadom: powietrze jest klarowne, światło miękkie, a zarośla i turzycowiska przybierają miedziano-złote odcienie. Na tafli rozlewiska przysiadują łabędzie, a z brzegów odzywają się zwinne drobne ptaki. Tutaj nawet krótki spacer potrafi zwolnić czas i wyostrzyć zmysły.

Sama pętelka przy zbiorniku Wyżary jest krótka i przyjemna – przejście zajmuje około pół godziny, z naturalnymi przystankami na zdjęcia i ciche obserwacje. Przy wodzie czeka wiata z ławami i stołem, więc łatwo zamienić spacer w mały piknik. Tuż obok zbiornika w Wyżarach znajduje się jeszcze jedna kładka prowadząca do leśnej galerii rzeźb. Osobna droga prowadzi na Sianożątka i wyremontowaną kładkę.

Obszary bagienne, takie jak te w okolicy Puszczy Knyszyńskiej mają znacznie większą wartość niż tylko estetyczną. Są naturalnymi „regulatorami” wilgoci – pochłaniają nadmiar opadów, zapobiegając gwałtownym spływom i powodziom. Ponadto bagna pełnią funkcję magazynów wody w okresach suszy oraz są miejscem akumulacji materii organicznej – torfu – który wiąże węgiel i wspiera równowagę klimatyczną.

Z biologicznego punktu widzenia bagna stanowią unikalne środowisko życia dla wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt, często silnie wyspecjalizowanych i wrażliwych — co czyni je ważnymi punktami ochrony przyrody. Dlatego spacerując po kładce nad Sianożątką nie tylko obcujemy z pięknem natury, ale jesteśmy częścią wrażliwego ekosystemu — zatem warto zachować ciszę i ostrożność, by nie zakłócać jego działania.

Znów będzie można podglądać żubry. Leśnicy zaczynają dokarmianie.

Znów będzie można podglądać żubry. Leśnicy zaczynają dokarmianie.

Stado żubrów w Puszczy Augustowskiej jest już całkiem liczne — obecnie liczy aż 35 osobników! Przypomnijmy, że wcześniej tych zwierząt w tej części Podlaskiego w ogóle nie było. Stado utworzono dopiero w 2018 roku, zaczynając od zaledwie kilku sztuk. Początkowo decyzja o ich introdukcji spotkała się z oporem lokalnych rolników — żubry, choć majestatyczne i przyciągające turystów, potrafią też wyrządzać szkody w uprawach. Na szczęście z czasem przeważyły względy przyrodnicze i turystyczne, a żubry stały się jedną z wizytówek Puszczy Augustowskiej.

Aby ograniczyć szkody w gospodarstwach, leśnicy dokarmiają żubry zimą. W miejscach, gdzie zwierzęta pojawiają się najczęściej, wysypano buraki, marchew i bele siana. W ich diecie znajdzie się również kiszonka z kukurydzy oraz owies. Leśnicy dostarczają też sól z mikroelementami, umieszczoną w specjalnych lizawkach. Wytypowano cztery stałe punkty dokarmiania.

Warto dodać, że to mogą być jednocześnie doskonałe miejsca obserwacyjne dla turystów i miłośników przyrody. Niedługo dokarmianie rozpocznie się też w Puszczy Białowieskiej i Puszczy Knyszyńskiej, gdzie żubrów jest najwięcej. A jeżeli ktoś woli obejrzeć zwierzęta w kontrolowanych warunkach – warto wybrać się pod Supraśl, gdzie jest zagroda. Można też jechać do Białowieży.

Warto jednak pamiętać, że mimo przyjaznego wyglądu, żubry to dzikie zwierzęta, do których nie wolno zbliżać się ani płoszyć. Choć przypominają krowy lub byki, ich reakcje są zupełnie inne — przestraszone mogą zaatakować. Dlatego wszelkie próby robienia selfie lub podchodzenia do stada mogą skończyć się tragicznie. Dlatego jak spotkacie żubra – trzymajcie dystans.

Podlaskie wschody i zachody słońca – magia, która nie wymaga biletu

Podlaskie wschody i zachody słońca – magia, która nie wymaga biletu

Są takie momenty, kiedy Podlaskie wygląda jak z innego świata. Wschody i zachody słońca to właśnie te chwile – krótkie, ale niezwykle intensywne, gdy cała przyroda na chwilę zamiera, a świat nabiera ciepłych barw. To spektakl, który można oglądać codziennie i który nigdy się nie nudzi.

Najpiękniej dzień rodzi się na wschodzie województwa. Na powyższym zdjęciu widzicie Krynki, gdzie gdy słońce wstaje, robi się od razu bajkowo. Ale warto też odwiedzić inne wschodnie miejsca, gdzie przywitanie dnia na pewno będzie przyjemne. Chociażby Niemirów nad Bugiem, gdzie słońce wstaje na zakolach rzeki. Podobnie jest w Drohiczynie, gdzie na górze zamkowej poranne widoki są przepiękne.

Zachody słońca mają zupełnie inny nastrój – są spokojniejsze, bardziej nostalgiczne. Warto wybrać się do Supraśla i Tykocina, gdzie zachody potrafią zamienić całe niebo w pomarańczowo-różową poświatę, która trwa zaledwie kilka minut, ale zostaje w pamięci na długo. A to wszystko możecie obserwować patrząc na klasztor w tym pierwszym mieście, albo na Narew – w tym drugim.

Podlaskie to miejsce, gdzie nie trzeba szukać egzotyki – wystarczy wstać wcześniej albo zostać chwilę dłużej na spacerze. Wschody i zachody słońca przypominają, że każdego dnia dzieje się coś pięknego, tylko trzeba chcieć to zobaczyć.

Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

Gdzie znaleźć ciszę? Podlaskie miejsca, w których naprawdę odpoczniesz.

W świecie, w którym ciągle coś dzwoni, gra, powiadamia i przeszkadza, cisza staje się luksusem. A jednak w Podlaskiem wciąż można ją znaleźć – prawdziwą, głęboką, niemal dotykalną. Wystarczy odjechać kilkanaście kilometrów od Białegostoku, by zniknęły dźwięki cywilizacji, a pozostał tylko szum drzew, skrzypienie drewnianych mostków i śpiew ptaków.

Jednym z takich miejsc jest Białowieski Park Narodowy – szczególnie o poranku, gdy mgły unoszą się nad parkiem pałacowym, a woda w stawach odbija kolory nieba. Słychać tylko plusk ryby i odgłos skrzydeł ptaków. Podobne wrażenie daje spacer po Puszczy Knyszyńskiej, zwłaszcza w rejonie Królowego Mostu, gdzie las zdaje się pochłaniać każdy dźwięk. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, by poczuć, jak napięcie znika z ciała.

Ciszę można odnaleźć też w miejscach mniej znanych – jak w rezerwatach od Krzemianki, przez okolice Czarnej Białostockiej i Supraśla. To przestrzenie, w których nie ma ruchu turystycznego, nie docierają hałasy samochodów, a jedynym towarzyszem bywa czasem wiatr. W takich chwilach człowiek przypomina sobie, jak to jest po prostu być – bez pośpiechu, bez słów, w obecności natury.

Podlaskie nie potrzebuje wielkich atrakcji, by zachwycać. Wystarczy trochę spokoju, zapach wilgotnego mchu i cisza, która koi bardziej niż najdroższe wakacje. Jeśli szukasz odpoczynku, nie musisz jechać daleko. Wystarczy otworzyć mapę i znaleźć małą, zieloną plamkę – tam, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna prawdziwy świat.

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Jesień rozgościła się w Podlaskiem na dobre, a tegoroczna naprawdę zachwyca. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć, jak lasy i pola zamieniły się w malarski pejzaż – odcienie złota, czerwieni i pomarańczy tańczą na wietrze, a każdy krok pośród liści brzmi jak cichy koncert natury. To najlepszy moment, by na chwilę zwolnić, wziąć głęboki oddech i poczuć, jak słońce wciąż jeszcze delikatnie ogrzewa twarz.

Wystarczy krótki spacer po Puszczy Knyszyńskiej, wzdłuż Narwi czy po parkach miejskich, by zrozumieć, dlaczego właśnie jesień uchodzi za najbardziej fotogeniczną porę roku. Światło jest miękkie, powietrze czyste, a zapach wilgotnych liści i ziemi tworzy atmosferę, której nie da się odtworzyć o żadnej innej porze. W lesie słychać jeszcze ostatnie śpiewy ptaków przed odlotem, a przydrożne aleje klonów i lip zdają się płonąć w słońcu.

To także czas, kiedy warto oderwać się od ekranu i ruszyć na szlak – nawet krótki spacer wokół wsi, po ścieżkach Biebrzańskiego Parku Narodowego czy bulwarami w Supraślu może działać jak najlepsza terapia. Nie trzeba planować długiej wyprawy – wystarczy pół godziny wśród drzew, by poczuć spokój i przypomnieć sobie, że piękno często jest tuż obok.

Zanim listopadowe deszcze zmyją kolory, wykorzystajmy każdą słoneczną chwilę. Złota jesień nie trwa długo – ale wspomnienia spacerów wśród czerwonych liści zostaną na długo.

Featured Video Play Icon

We dwie postanowiły odkryć magię Podlasia. Wspólny wyjazd tutaj odkrył wiele.

Kanał na YouTube Cząstka Podlasia, który swego czasu stworzył jedno z piękniejszych dzieł – hołdów złożonych naturze i duchowi Podlasia – tym razem zaserwował widzom film „One nie są stąd”. Choć od premiery minęło 6 miesięcy, to i tak warto go obejrzeć (lub przypomnieć sobie). Dlatego jeśli nie mieliście jeszcze okazji go zobaczyć — teraz jest doskonały moment, by nadrobić tę zaległość.

Film „One nie są stąd” opowiada historię Agaty i Igi, dwóch dziewczyn pochodzących z różnych zakątków Polski, które wyruszają na wspólną wyprawę na wschód, by odkryć przyrodę, kulturę i magię Podlasia. Ich podróż rozpoczyna się nad Biebrzą, gdzie spotykają tajemniczego „Króla” – przewodnika po świecie dzikiej natury i lokalnych opowieści. To właśnie on inspiruje je do dalszej wędrówki przez malownicze krajobrazy, wioski i lasy, w których czas zdaje się płynąć inaczej.

Kamera Cząstek Podlasia po raz kolejny zachwyca ujęciami. To obraz, który nie tylko pokazuje Podlasie, ale pozwala je poczuć. Dla tych, którzy tęsknią za spokojem, ciszą i autentycznością — ten film będzie jak powrót do źródeł. A dla tych, którzy jeszcze nie znają Cząstki Podlasia, może stać się doskonałym początkiem fascynującej podróży po filmowym świecie twórców, którzy od lat dokumentują piękno północno-wschodniej Polski.

Featured Video Play Icon

Puszcza Białowieska pokazywana we francuskich i niemieckich mediach. Widoki nieziemskie!

W ostatnim czasie, w internecie pojawiły się dwa zagraniczne filmy dotyczące Puszczy Białowieskiej. Jeden od niemieckiego kanału naukowego Space and Sience od ZDF, drugi od France 24. Oba w języku angielskim. Widoki w obu filmach są nieziemskie! Ale co ważne, jeżeli nasi zachodni sąsiedzi interesują się Puszczą Białowieską, to znaczy że pokazują swoim społeczeństwom także jak wygląda granica NATO.

Puszcza Białowieska to jeden z najstarszych i najlepiej zachowanych lasów nizinnych w Europie. Jest symbolem naturalnej dzikości, a zarazem miejscem, gdzie można zobaczyć, jak wyglądała niegdyś ogromna część kontynentu, zanim człowiek zaczął intensywnie przekształcać krajobraz. To tutaj żyje żubr – największy ssak lądowy Europy, który stał się wizytówką puszczy i Polski.

Puszcza od wieków była obecna w dziejach Europy. Służyła jako miejsce polowań królów i carów, była też świadkiem licznych wydarzeń politycznych i społecznych. Dziś jej znaczenie wykracza poza wymiar historyczny czy przyrodniczy – to również przestrzeń kulturowa, ważna dla mieszkańców Podlasia i całej Polski. Dzięki unikatowym wartościom została objęta ochroną w formie parku narodowego oraz wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Wschodnia część Puszczy Białowieskiej wyznacza granicę Polski z Białorusią. To zarazem granica Unii Europejskiej i NATO. Zainteresowanie zachodnich mediów wynika więc nie tylko z niezwykłych walorów przyrodniczych, ale i z geopolitycznego znaczenia regionu. Pokazując obrazy dzikiego lasu, jednocześnie ukazują linię podziału między Wschodem a Zachodem – i to w samym sercu Europy.

Dla turystów Puszcza Białowieska to przestrzeń kontaktu z naturą. Dla naukowców – skarbnica wiedzy o procesach ekologicznych. Dla Polaków i Europejczyków – dziedzictwo, które warto chronić i przekazywać kolejnym pokoleniom. To miejsce, gdzie historia, przyroda i polityka splatają się w jedną opowieść – o granicach, o wspólnocie i o tym, co naprawdę warto zachować.