Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.
Budowa zalewu podczas zimy | fot. Urząd Gminy Orla

Ktoś tu chyba oszalał. Wydają miliony na zalew, gdy wysychają rzeki.

W Orli trwa budowa zbiorników wodnych w dolinie Orlanki. Inwestycja przedstawiana jest jako retencyjna, potrzebna mieszkańcom i ważna dla rozwoju gminy. W wypowiedziach władz pojawia się wątek „atrakcyjności”, przyciągania ludzi, ożywienia miejsca. W dokumentacji – pełen katalog infrastruktury: pomosty, wieża widokowa, tężnia, ścieżki, oświetlenie, place zabaw, parkingi, rowery wodne, a nawet fontanna z podświetleniem LED.

Problem polega na tym, że wszystko to ma bardzo niewiele wspólnego z realnymi potrzebami tego miejsca.

Dziś nie żyjemy w czasach nadmiaru. W Polsce – także w Podlaskiem – mamy do czynienia z suszą hydrologiczną i spadkiem poziomu wód gruntowych. Rzeki latem osiągają stany, które jeszcze kilkanaście lat temu były sytuacją wyjątkową. W takiej rzeczywistości kluczowe staje się jedno pytanie: czy budowanie zalewów jest odpowiedzią na problem braku wody?

Wbrew intuicji – nie.

Zbiornik retencyjny w formie zalewu zatrzymuje wodę w jednym miejscu, ale jednocześnie zaburza naturalne funkcjonowanie rzeki i jej doliny. Woda zamiast powoli rozlewać się w krajobrazie i zasilać gleby oraz wody gruntowe, zostaje zamknięta w sztucznym akwenie. Tam szybciej się nagrzewa, intensywnie paruje i traci swoje właściwości. To nie jest retencja rozproszona, która stabilizuje system wodny. To punktowe magazynowanie, które w dłuższej perspektywie dokłada problemów.

Jeszcze większe wątpliwości budzi argument o ochronie przeciwpowodziowej. W sytuacji, gdy dominującym zjawiskiem jest niedobór wody, odwoływanie się do powodzi jako głównego uzasadnienia dla takich inwestycji brzmi jak kuriozum. Polska przez dekady prowadziła politykę szybkiego odprowadzania wody – prostowania rzek, melioracji, osuszania terenów. Dziś płacimy za to cenę. Tym bardziej zaskakuje, że odpowiedzią nadal są rozwiązania oparte na tej samej PRL-owskiej logice.

Jeśli przyjrzeć się bliżej inwestycji w Orli, trudno oprzeć się wrażeniu, że jej rzeczywistym celem nie jest retencja, lecz stworzenie miejsca rekreacyjnego. I nie ma w tym nic złego – pod warunkiem, że zostanie to jasno nazwane. Problem zaczyna się wtedy, gdy projekty o charakterze turystycznym uzasadnia się troską o wodę i środowisko.

Bo dobra inwestycja wodna wygląda inaczej.

Zamiast budowy zalewów, które zmieniają naturalny charakter rzek, coraz częściej wskazuje się na potrzebę działań bliższych naturze. Chodzi o spowalnianie przepływu wody w samym korycie rzeki, przywracanie jej naturalnych meandrów, odbudowę terenów zalewowych, odtwarzanie mokradeł i ograniczanie melioracji odwadniającej. To właśnie takie rozwiązania pozwalają zatrzymać wodę w krajobrazie na dłużej, poprawiając warunki dla rolnictwa, przyrody i mieszkańców.

Nie są spektakularne. Nie generują efektownych wizualizacji ani miejsc na weekendowy wypoczynek. Ale działają.

Wydanie kilkunastu milionów złotych na inwestycję, której głównym efektem będzie „atrakcyjność”, a nie realna poprawa sytuacji wodnej, to decyzja, która powinna być przedmiotem poważnej dyskusji. Zwłaszcza w regionie, który w dużej mierze opiera swoją tożsamość na przyrodzie.

Zalew w Orli może stać się miejscem spacerów i spotkań. Może przyciągnąć ludzi na chwilę. Ale nie zmieni faktu, że największym wyzwaniem nadchodzących lat nie będzie brak miejsc do wypoczynku nad wodą. Tylko brak samej wody.

Partnerzy portalu: