Lawina komentarzy przeciwko policji. Komunistyczna mentalność nadal tkwi w ludziach.

Lawina komentarzy przeciwko policji. Komunistyczna mentalność nadal tkwi w ludziach.

Wystarczy, że policja opublikuje informację o kierowcy, który znacznie przekroczył prędkość, albo o człowieku zatrzymanym z narkotykami, żeby pod tekstem niemal natychmiast pojawił się ten sam zestaw komentarzy. „Nie mają się czym zajmować?”, „Niech łapią prawdziwych przestępców”, „Najłatwiej gnębić zwykłych ludzi”. Można odnieść wrażenie, że część społeczeństwa uważa policję za jedną wielką brygadę, która każdego ranka musi zdecydować, czy ścigać morderców, czy kontrolować prędkość. Jeśli funkcjonariusz stoi z radarem, to najwyraźniej gdzieś obok bezkarnie działa mafia, bo przecież policjant nie może jednocześnie robić dwóch rzeczy. Tak jak w starym żarcie o milicjantach – jeden pisał, drugi czytał.

Ten sposób myślenia jest absurdalny już na poziomie organizacyjnym, ale ciekawsze jest coś innego. Policja nie stanowi prawa. Policjant nie wymyśla ograniczenia prędkości, nie tworzy kodeksu karnego i nie decyduje samodzielnie, które substancje są legalne, a które nie. Policja ma prawo egzekwować. Jeśli ktoś uważa, że ograniczenie do 50 km/h w konkretnym miejscu jest bezsensowne, może domagać się jego zmiany. Jeśli uważa, że przepisy dotyczące narkotyków są zbyt surowe, może popierać ich liberalizację. Od tego są wybory, parlament, debata publiczna, samorządy i inicjatywy obywatelskie. Nie od tego jest jednak policjant zatrzymujący kierowcę czy przeszukujący człowieka podejrzanego o popełnienie przestępstwa.

Partnerzy portalu:

W Polsce problem jest jednak głębszy. Bardzo mocno zakorzenił się u nas pogląd, że prawo nie służy temu, żeby go przestrzegać, lecz temu, żeby znaleźć sposób na jego obejście. Ograniczenie prędkości nie oznacza więc dla części ludzi „tu wolno jechać 70”, ale „ciekawe, czy tutaj stoją”. Zakaz nie oznacza „nie wolno”, tylko „jakie jest prawdopodobieństwo, że mnie złapią”. Procedura urzędowa nie prowadzi do pytania „co mam zrobić”, lecz „czy nie znasz tam kogoś”. Spryt często nie polega na tym, żeby dobrze funkcjonować w ramach systemu, tylko żeby go przechytrzyć.

I właśnie tutaj pojawia się coś, co można nazwać dziedzictwem PRL. W państwie komunistycznym system nie był traktowany jak wspólne dobro obywateli. Państwo było „ich”. Milicja była „ich”. Urząd był „ich”. Zakład pracy też był „ich”. Jeśli udało się coś wynieść z fabryki, coś załatwić po znajomości, coś zdobyć spod lady albo obejść przepisy, często nie było to postrzegane jako coś nagannego. Przeciwnie, potrafiło uchodzić za dowód zaradności. Państwo oszukiwało obywatela, więc obywatel oszukiwał państwo. W tamtej rzeczywistości była w tym nawet pewna logika.

Problem polega na tym, że PRL upadł prawie 40 lat temu, a sposób myślenia przetrwał. Polska od ponad dwóch dekad jest w Unii Europejskiej, gospodarczo należy do Zachodu, korzysta z zachodnich rynków, technologii, pieniędzy, infrastruktury i swobody podróżowania. Polacy bogacą się w świecie zachodnim i urządzili się w nim znacznie lepiej, niż mogli sobie wyobrazić nasi rodzice czy dziadkowie w latach osiemdziesiątych. Mimo to w codziennych zachowaniach wciąż bardzo łatwo odnaleźć człowieka, który mentalnie nadal mieszka w PRL. Państwo wciąż jest dla niego przeciwnikiem, policjant wrogiem, przepis przeszkodą, a przestrzegający zasad obywatel frajerem.

Co gorsza, ta mentalność nie skończyła się wraz z pokoleniem, które żyło w komunizmie. Została przekazana dzieciom. Dziecko słyszy w samochodzie, że „pały stoją z suszarką”. Widzi, jak rodzic zwalnia wyłącznie przed radiowozem, a kilkaset metrów dalej ponownie przyspiesza. Słyszy, że „głupi przepis trzeba umieć obejść”, że „wszyscy kombinują”, że „tylko idiota wszystko robi zgodnie z prawem”. W ten sposób człowiek urodzony wiele lat po upadku PRL może mieć wobec państwa dokładnie taki sam odruch jak jego dziadek w czasach Gomułki czy ojciec za Gierka. Zmieniła się epoka, ale wzorzec wychowania pozostał.

Świetnie widać to na drogach. Sam fakt istnienia aplikacji ostrzegających kierowców o kontrolach prędkości jest zresztą fascynujący. W praktyce mamy narzędzie, które może służyć poprawie bezpieczeństwa, ostrzegać przed wypadkami, robotami drogowymi czy niebezpiecznym odcinkiem, ale bardzo często jest używane przede wszystkim do jednego: sprawdzania, gdzie można bezkarnie złamać przepisy. Kierowca zwalnia przed kontrolą, mija radiowóz, po czym wraca do poprzedniej prędkości. Nie dlatego, że zrozumiał sens ograniczenia, tylko dlatego, że chwilowo wzrosło ryzyko kary. Wystarczy wspomnieć filmiki idiotów na Tik-Toku, którzy publikują swoją jazdę ponad 200 km/h z tego typu aplikacją w ręku. To już kolejne pokolenie.

To jest właśnie zasadnicza różnica między społeczeństwem obywatelskim a społeczeństwem kombinującym. W pierwszym człowiek przestrzega większości zasad także wtedy, kiedy nikt go nie pilnuje. W drugim przestrzega ich głównie wtedy, kiedy boi się konsekwencji. Oczywiście nie oznacza to, że każde prawo jest dobre. Przepisy mogą być głupie, źle napisane, przesadnie restrykcyjne albo zwyczajnie nieaktualne. Cywilizowany sposób reagowania polega jednak na tym, żeby próbować je zmienić, a nie budować całą kulturę społeczną wokół pytania, jak skutecznie je obejść.

Podobnie wygląda sprawa narkotyków. Można dyskutować, czy człowiek posiadający niewielką ilość substancji na własny użytek powinien być traktowany jak przestępca. To jest poważny temat prawny i społeczny. Czym innym jest jednak prywatne zażywanie narkotyków w domu, a czym innym handel nimi, prowadzenie pojazdu pod wpływem, popełnianie innych przestępstw pod wpływem albo posiadanie narkotyków ujawnione przy okazji zatrzymania za zupełnie inne czyny.

Zwłaszcza handel narkotykami trudno przedstawiać jako niewinną „sprawę prywatną”. Ktoś na tym zarabia, ktoś buduje sieć dystrybucji, ktoś trafia do coraz młodszych ludzi, ktoś finansuje z tego kolejną działalność przestępczą. Za handlem często idą długi, przemoc, kradzieże, wymuszenia i całe środowiska żyjące z cudzych uzależnień. Dlatego kiedy policja zatrzymuje dilera, a pod informacją pojawia się komentarz „nie mają się czym zajmować”, trudno nie odnieść wrażenia, że komuś kompletnie odwróciła się hierarchia wartości.

Tu właśnie wyjątkowo dobrze pasuje pojęcie „homo sovieticus”. Nie dlatego, że każdy kierowca przekraczający prędkość jest oczywiście jakimś reliktem komunizmu, lecz dlatego, że w opisywanych zachowaniach można odnaleźć zaskakująco wiele cech przypisywanych temu typowi mentalności. Homo sovieticus ucieka od osobistej odpowiedzialności: jeśli przekroczył prędkość, winny jest policjant, który „poluje”, znak ustawiony przez „idiotę” albo państwo, które chce zarobić na mandatach — właściwie każdy, tylko nie człowiek, który nacisnął pedał gazu.

Jest oportunistą, więc nie pyta, jaka zasada obowiązuje, lecz czy w danym momencie opłaca się jej przestrzegać. Gdy widzi patrol, zwalnia; gdy aplikacja pokazuje, że patrolu nie ma, zasada nagle przestaje mieć znaczenie. Oczekuje również, że „ktoś coś załatwi”: najlepiej, żeby państwo zapewniło bezpieczne drogi, policja łapała „prawdziwych przestępców”, sądy działały sprawnie i wszędzie panował porządek, ale jednocześnie jego samego przepisy mają możliwie mało ograniczać.

Widać tu również charakterystyczny brak szacunku do tego, co wspólne. Droga publiczna nie jest postrzegana jako przestrzeń, w której wszyscy przyjmujemy pewne ograniczenia dla bezpieczeństwa innych, lecz niemal jak teren, na którym każdy próbuje ugrać dla siebie jak najwięcej. Podobnie było kiedyś ze wspólną własnością: skoro coś należało do państwa, czyli w potocznym rozumieniu „do nikogo”, można było z zakładu wynieść worek cementu czy kilka desek i jeszcze opowiadać o tym z dumą. Dzisiaj przedmiot się zmienił, ale mechanizm bywa ten sam — wspólna reguła jest czymś zewnętrznym, co należy obejść, jeśli tylko nadarzy się okazja.

Do tego dochodzi jedna z najbardziej charakterystycznych sprzeczności homo sovieticusa: agresja wobec słabszych i uniżoność wobec silniejszych. Łatwo wylać wiadro pomyj na zwykłego policjanta drogówki, urzędnika czy strażnika miejskiego, ale równocześnie fascynować się politycznym „silnym człowiekiem”, który zrobi porządek, zakaże, nakaże i wszystkich ustawi. Człowiek deklaruje umiłowanie wolności, lecz niekoniecznie chce ponosić odpowiedzialność, która z wolnością się wiąże.

Chce wolności od mandatu, od podatku, od ograniczenia prędkości i od niewygodnego przepisu, ale jednocześnie oczekuje sprawnego państwa, dobrych dróg, bezpieczeństwa i ochrony przed innymi ludźmi, którzy także chcieliby traktować przepisy jako niezobowiązującą sugestię. I być może właśnie dlatego ta mentalność tak dobrze przeżyła Związek Radziecki i PRL: nie potrzebuje już komitetu partyjnego ani propagandowej gazety. W XXI wieku wystarczą jej media społecznościowe, grupa ostrzegająca przed kontrolami i przekonanie, że skoro udało się po raz kolejny przechytrzyć system, to znaczy, że człowiek okazał się od niego sprytniejszy.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że podobne emocje zaczynają być politycznie zagospodarowywane. W Polsce rośnie popularność środowisk, które flirtują z antyzachodnimi narracjami, relatywizują rosyjską agresję albo przedstawiają Zachód jako głównego winowajcę niemal wszystkich naszych problemów. Oczywiście nie można powiedzieć, że każdy wyborca takich partii sympatyzuje z Rosją. Ludzie głosują z bardzo różnych powodów: podatków, niechęci do obecnych elit, spraw obyczajowych czy zwykłego protestu. Nie zmienia to jednak faktu, że poglądy, które jeszcze kilkanaście lat temu były politycznym marginesem, dziś potrafią być prezentowane bez większego wstydu i znajdują niemałe grono odbiorców.

Dlaczego tak się dzieje? Między innymi dlatego, że pamięć społeczna jest krótka. Dla trzydziestolatka PRL jest opowieścią rodziców. Dla dwudziestolatka bywa już niemal egzotycznym obrazkiem z filmów, memów i starych fotografii. Nie pamięta cenzury, pustych półek, paszportów trzymanych przez państwo, milicji, reglamentacji, ogromnej przepaści technologicznej i gospodarczej wobec Zachodu. Łatwo więc sprzedać mu romantyczną opowieść o „porządku”, „suwerenności”, „silnym państwie” albo świecie wolnym od rzekomej zachodniej dekadencji, pomijając rachunek, który takie systemy zawsze wystawiają obywatelom.

Jest też drugi powód. Demokracja i wolność są trudniejsze niż wieczne narzekanie na „onych”. W demokracji obywatel nie może już całkowicie zrzucić odpowiedzialności na system. Może głosować, protestować, zakładać stowarzyszenia, prowadzić firmę, kandydować w wyborach, pisać do radnych i posłów, iść do sądu. A skoro ma wpływ, to ma również odpowiedzialność. Znacznie wygodniej powiedzieć, że policja „czepia się ludzi”, niż przyznać, że człowiek jechał za szybko. Znacznie łatwiej stwierdzić, że państwo jest opresyjne, niż zaakceptować, że część zasad istnieje dlatego, że życie w dużej wspólnocie bez zasad po prostu nie działa.

I chyba właśnie tutaj widać jedną z najbardziej niedokończonych części polskiej transformacji. Gospodarczo uciekliśmy od PRL bardzo daleko. Jeździmy nowymi samochodami po drogach, o których czterdzieści lat temu można było tylko marzyć. Mamy dostęp do świata, pieniędzy, technologii i możliwości, jakich poprzednie pokolenia nie miały. Politycznie i gospodarczo jesteśmy częścią Zachodu. A mimo to w głowach części społeczeństwa wciąż funkcjonuje bardzo stary system operacyjny.

Państwo nadal bywa „ich”. Policjant nadal bywa „wrogiem”. Przepis nadal jest czymś, co trzeba obejść. A człowiek, który po prostu przestrzega prawa, nadal bywa uznawany za naiwnego. Zmienił się samochód, zmieniła się droga i zmieniło się państwo. Tylko homo sovieticus czasami nadal siedzi za kierownicą.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.