Nie każdy zakątek Białegostoku ma swoje pięć minut. Ten przy ul. Bema przez lata raczej ich nie miał. A jednak – wygląda na to, że właśnie się to zmienia. Mało znany staw, który dla wielu mieszkańców był co najwyżej „gdzieś tam obok”, przeszedł gruntowną przebudowę. Miasto wydało na to około 3,4 mln zł, z czego sporą część – blisko 1,5 mln zł – pokryły środki unijne. Sama inwestycja została zakończona jesienią 2025 roku, ale dopiero teraz zaczyna być o niej głośniej.
Zamiast opowieści o „łączeniu natury z nowoczesnością”, warto powiedzieć wprost: zbiornik został uporządkowany i przygotowany tak, żeby w końcu dało się z niego korzystać. Dno pogłębiono, brzegi wzmocniono, poprawiono przepływ wody. Efekt? Staw ma większą zdolność zatrzymywania wody, więc przy okazji trochę lepiej radzi sobie z nadmiarem deszczu. To akurat konkret, a nie slogan.
Ale równie ważne jest to, co powstało wokół. Pojawiły się alejki, pomosty, miejsca do siedzenia, trochę infrastruktury do odpoczynku i aktywności. Innymi słowy – przestrzeń, która przestaje być „dzikim zapleczem”, a zaczyna przypominać miejsce, do którego można przyjść z wyboru, a nie przypadkiem.
I tu jest chyba najciekawszy efekt tej inwestycji. Bo nie chodzi tylko o sam staw. Chodzi o to, że wiele osób w ogóle dowie się o jego istnieniu. Do tej pory był trochę jak białostocka ciekawostka dla wtajemniczonych. Teraz ma szansę stać się normalnym punktem na mapie spacerów. Ten kawałek miasta w końcu dostał swoją szansę.

