11 lipca to jedna z wielu bolesnych dat w polskiej pamięci historycznej. Tego dnia będziemy wspominać ofiary rzezi wołyńskiej – ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów. To nie jest temat do zamiatania pod dywan, rozmywania, relatywizowania ani udawania, że „jakoś to było”. Była zbrodnia. Były spalone wsie, mordowane rodziny, dzieci, kobiety, starcy. Była nienawiść, która zamieniła sąsiadów w oprawców. Pamięć o tych ofiarach jest obowiązkiem państwa polskiego, historyków, rodzin i każdego, kto rozumie, czym jest narodowa wspólnota.
Ale jest też druga prawda, równie ważna dziś, w lipcu 2026 roku.
Partnerzy portalu:
Pamięć o Wołyniu nie może być pretekstem do popierania rosji w wojnie przeciw Ukrainie. Z perspektywy prawdziwego polskiego patriotyzmu jest to po prostu niedopuszczalne.
Bo patriotyzm nie polega na tym, by dać się prowadzić za rękę państwu, które od pokoleń traktowało Polskę jak teren do podporządkowania, rozbioru, zniewolenia albo zastraszenia. Patriotyzm nie polega na tym, by w imię słusznego bólu po polskich ofiarach powtarzać dzisiaj hasła korzystne dla rosji. Patriotyzm nie polega na tym, by tak nienawidzić Ukraińców za zbrodnię sprzed ponad 80 lat, żeby nie zauważyć, że obecnie to rosja prowadzi brutalną wojnę, niszczy miasta, morduje cywilów i testuje, jak daleko może przesunąć granicę strachu w Europie.
A Polska jest w tej układance następna. Nie dlatego, że ktoś straszy dla efektu. Dlatego, że historia rosyjskiego imperializmu nie zna pojęcia „wystarczy”. Jeśli moskwie udałoby się złamać Ukrainę, granica zagrożenia przesunęłaby się na Polskę. I wtedy wielu dzisiejszych internetowych „realistów”, którzy dziś z zapałem powtarzają po ruskich botach antyukraińskie narracje, mogłoby się bardzo zdziwić, komu naprawdę pomogli.
Jedno jest pewne. Jeszcze przed 11 lipca rosja eskaluje działania informacyjne wymierzone jednocześnie w Polskę i Ukrainę. Obecnie trwa aktywna faza rosyjskiej operacji, której celem jest zerwanie relacji między naszymi krajami. W tym celu wykorzystywana jest właśnie rocznica zbrodni wołyńskiej, bo Kreml doskonale wie, że to temat bolesny, emocjonalny i łatwy do podpalenia. Szczególnie, że na dokładkę bardzo głupio postąpił ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski gloryfikując zbrodniarzy UPA w ostatnim czasie.
Mechanizm jest prosty. Najpierw rosja może „odtajnić” dokumenty dotyczące Wołynia. Potem będą pojawiać się fake newsy, anonimowe konta, fałszywe przekazy, prowokacyjne wygenerowane przez sztuczną inteligencję plakaty i sugestie, że „Ukraińcy w Polsce” mają rzekomo specjalnie obrażać Polaków przed rocznicą.
Wszystko po to, by zwykły człowiek zobaczył obrazek w internecie, zagotował się z emocji i podał dalej. Dlatego nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi.
Obrazek nie musi nikogo nawet przekonywać, że putin jest dobry. Wystarczy, że przekona, iż Ukraina jest naszym głównym wrogiem. Nie musi mówić: „kochajcie rosję”. Wystarczy, że podsunie: „nienawidźcie Ukraińców”. Nie musi wysyłać czołgów na polską granicę, jeśli wcześniej uda się zatruć polską debatę publiczną tak, by Polacy sami zaczęli powtarzać rosyjskie tezy, kłócić się między sobą i osłabiać własne bezpieczeństwo.
To jest wojna informacyjna. Brudna, cyniczna i bardzo skuteczna, jeśli trafia na ludzi, którzy mylą pamięć historyczną z plemienną nienawiścią.
Bo można i trzeba mówić prawdę o Wołyniu. Można domagać się ekshumacji, godnego pochówku, uczciwej edukacji historycznej, jasnego – negatywnego stanowiska władz Ukrainy wobec zbrodni UPA. Można krytykować ukraińską politykę pamięci tam, gdzie jest ona ślepa, niesprawiedliwa albo raniąca dla Polaków. To wszystko mieści się w dojrzałym patriotyzmie. Ale czymś zupełnie innym jest przechodzenie od pamięci o ofiarach do nienawiści wobec całego narodu.
Historia Europy jest pełna zbrodni, które mogłyby być paliwem dla wiecznej wojny wszystkich ze wszystkimi. Potop szwedzki nie jest dziś powodem, by nienawidzić Szwedów. Holocaust, niemieckie obozy zagłady, pacyfikacje wsi i mordowanie Polaków podczas II wojny światowej nie są powodem, by nienawidzić współczesnych Niemców jako narodu. Katyń, zorganizowany przez rosję, nie powinien prowadzić do ślepej nienawiści wobec każdego rosjanina, choć oczywiście obecne państwo rosyjskie i jego imperialna polityka muszą być negatywnie oceniane bez złudzeń.
Tak samo rzeź wołyńska nie może być podstawą do nienawiści wobec wszystkich Ukraińców. Może być podstawą do pamięci. Do bólu. Do żądania prawdy. Do upominania się o groby. Do mówienia, że pojednanie bez prawdy jest puste. Ale nie może być podstawą do tego, by dziś kibicować rosyjskim rakietom spadającym na ukraińskie miasta.
Tu trzeba postawić granicę bardzo wyraźnie: kto używa Wołynia do usprawiedliwiania rosyjskiej agresji, ten profanuje polską pamięć i obraża Polaków.
Bo ofiary Wołynia nie zginęły po to, by ich tragedia stała się narzędziem w rękach kremla. Nie zginęły po to, by rosyjska propaganda mogła dziś rozgrywać polskie emocje jak tanią kartę w internetowej wojnie. Nie zginęły po to, by ktoś w Polsce, siedząc wygodnie przed komputerem, z oburzeniem pisał o ukraińskich zbrodniach sprzed dekad, a jednocześnie milczał wobec rosyjskich zbrodni dziejących się teraz.
Prawdziwy patriotyzm wymaga pamięci, ale też rozumu. Wymaga serca dla polskich ofiar, ale też zimnej oceny współczesnych zagrożeń. A największym zagrożeniem dla Polski w tej części świata nie jest dziś ukraińska matka z dzieckiem, która uciekła przed wojną. Nie jest ukraiński pracownik, który mieszka obok. Nie jest naród ukraiński, który sam płaci gigantyczną cenę za rosyjską agresję.
Największym zagrożeniem jest rosja – imperialna, agresywna, zakłamana i gotowa podpalać cudze konflikty historyczne, byle tylko osłabić tych, którzy stoją jej na drodze.
Dlatego 11 lipca trzeba pamiętać. Trzeba zapalić znicz. Trzeba oddać hołd pomordowanym. Trzeba mówić prawdę o Wołyniu bez lęku i bez poprawnościowych uników.
Ale trzeba też uważać, kto stoi obok z zapałkami.

