Kończy się głosowanie na projekty Budżetu Obywatelskiego w Białymstoku, więc postanowiliśmy przyjrzeć się, co w tym roku znalazło się w puli do wyboru. I jak co roku – nie brakuje propozycji, które bardziej kompromitują władze miasta niż świadczą o kreatywności mieszkańców.
Pomysły mieszkańców nie są głupie. Wręcz przeciwnie, to sensowne i potrzebne postulaty. Absurd polega na tym, że w XXI wieku, w 2025 roku, białostoczanie muszą błagać urzędników o rzeczy, które dawno powinny być standardem w europejskim mieście. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której białostoczanie składają wnioski o nową linię BKM, budowę łączników rowerowych, oświetlenie chodnika (sic!), wymianę nawierzchni, wiaty śmietnikowe (sic!) czy rozbudowę parkingu? To nie są „obywatelskie inicjatywy” – to zwykłe obowiązki miasta, które próbuje przerzucić swoją odpowiedzialność na mieszkańców, udając przy tym, że „wsłuchuje się w ich głos”.
Na osobną uwagę zasługuje projekt budowy drogi łączącej ulicę Wołodyjowskiego z terenem szpitali klinicznych. To groteskowe, że Budżet Obywatelski staje się pośrednikiem między władzami szpitala a urzędem miasta. Jeśli dojazd do szpitala wymaga plebiscytu, to znaczy, że coś w systemie zarządzania miastem jest poważnie nie tak.
Europejskie standardy miejskie to infrastruktura rowerowa, bezpieczne i oświetlone chodniki, dostępny transport publiczny, porządek i estetyka przestrzeni. To nie powinno być luksusem ani łaską władzy, lecz oczywistością. Budżet obywatelski służy rozwojowi, a nie nadrabianiu zaległości.
Budżet Obywatelski miał być narzędziem wzmacniającym obywatelskość, a nie listą wstydu pokazującą, gdzie miasto nie wykonało swojej pracy. Pierwszym krokiem powinno być uczciwe rozdzielenie zadań: samorząd zajmuje się tym, co jest jego obowiązkiem, a mieszkańcy – tym, co naprawdę jest społeczną inicjatywą. Dopiero wtedy Budżet Obywatelski przestanie być protezą i zacznie mieć prawdziwe swoje znaczenie.


