Białostoczanie tracili całą pensję w kilka sekund

Międzywojenny Białystok pełen był ulicznych oszustów. Głównie na rynku siennym i rybnym jak grzyby po deszczu powstawały przenośne stanowiska do gry w trzy karty czy kości. Był to proceder zorganizowany. Zaangażowano naganiaczy, podstawionych wygranych czy osoby ostrzegające przed policją.

 

Gdy nadchodził dzień wypłaty setki Białostoczan szukało swego szczęścia w podejrzanych grach. Wizja pomnożenia pieniędzy zakłócała zdrowy rozsądek. Niestety dla nich większość pensji szła na straty. Pierwsze rzuty zwykle były  z happy endem. Kolejne to już równia pochyła. Nie pomagały żadne krzyki i płacze. Gdy te były zbyt głośne, policja zamykała takich delikwentów za zakłócanie porządku publicznego. Tak też było z nijakim Joselem Zakinem, który stracił niemal roczny utarg ze swej prywatnej fabryki.

 

Szulerom najczęściej udawało się uciec przed przybyciem stróżów prawa. Gdy jednak nie, zawsze przy składaniu wyjaśnień używali tego samego argumentu. Otóż mieli oni ponoć zezwolenie na prowadzenie takich loterii. Nigdy jednak nie udawało się ustalić kto z magistratu owe zezwolenia wydał.

Napisz komentarz:

komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

five + thirteen =