Home / Posts Tagged "ID03"


W 1795 roku nastąpił III rozbiór Polski, który zmiótł z mapy nasz kraj na 123 lata o czym wszyscy doskonale wiedzą, a gdy nawet jak ktoś nie wiedział to mógł się dowiedzieć w tym roku – gdy świętowaliśmy 100-lecie odzyskania Niepodleglości. O tym co się działo w Białymstoku i na Podlasiu podczas zaborów można powiedzieć wiele. Jedną z ważniejszych pamiątek jest ta, która służy do dziś – tory kolejowe, dzięki którym Białystok się rozwinął na tyle, że przyćmił ważniejsze wtedy Tykocin, Suraż czy Drohiczyn.

Można powiedzieć, że budowa torów akurat przez Białystok nie była przypadkiem. Nie wiadomo czy w tym przypadku świadomie czy nie, ale rosyjski zaborca chciał wyplenić ze świadomości Polaków – kulturę, tradycje i historię. Dlatego miasta silnie związane z historią Królestwa Polskiego musiały tracić na znaczeniu. Białystok – będący prywatnym miastem magnata Branickiego zbyt wiele pamiątek po Królestwie nie Posiadał.

Podczas ostatniego rozbioru Podlasie trafiło w ręce Niemców. Dopiero w 1809 roku (czyli 14 lat po rozbiorze) dobra białostockie od zaborcy odkupił car Aleksander I. Wpierw chciał wybudować sobie w Białymstoku letnią rezydencję. W 1826 roku wzięto się za Pałac Branickich. Remont miał sprawić, by nie przypominał on już polskich czasów szlacheckich, tylko służyć carowi. W 1833 roku jednak porzucono ten plan, zaś w 1836 roku rozpoczęto likwidację siedziby carskiej w Białymstoku.

Były to już czasy innego cara – Mikołaja I. Ten wpadł na pomysł, by dawny Pałac Branickich przekształcić w szkołę – Instytutu Panien Szlacheckich. Następnie wydał odpowiedni ukaz i ponownie rozpoczęto remont. Rosjanie zabudowali kolumnady, zlikwidowano dach typowy dla zabudowy barokowej (który dziś znów jest) zamieniając go na zwykłe zadaszenie. Usunięto też rzeźby, herby Branickich. Pałac przestał wyglądać już jak rezydencja. Powstały za to apteka, szwalnia, cerkiew, kuchnia, umywalnia oraz pokoje przyjęć. Pokoje hetmana zajęła dyrektor nowego Instytutu. Na górze stworzono pokoje rekreacyjne, kaplice katolicką, klasy oraz mieszkania dla wychowawczyń i samych uczennic.

Pałac po rosyjskiej rewolucji wyglądał dużo biedniej oraz stracił swój majestat. Zniknął cały dawny wystrój. Oto właśnie zaborcy chodziło. Symbol kultury polskiej zawarty w dawnym wyglądzie został zdewastowany.

W Instytucie było 120 miejsc. 20 z nich przeznaczone było dla córek urzędników rosyjskich. Pozostała setka to uczennice, za które ktoś zapłacił oraz te, za które płaciła Rosja. Oczywiście jak sama nazwa wskazuje – Instytut Panien Szlacheckich – oznaczało to, że wszystkie pensjonariuszki musiały pochodzić z rodzin szlacheckich. Wszystkim zaś zarządzała Rosjanka, a jej pomocnicą miała być osoba miejscowa. Jedna prawosławna, jedna katoliczka.

Mimo, że miejsc było 120, to przy otwarciu w 1841 roku w instytucie znalazły się 24 wychowanki. Zaborca usunął dawne symbole kultury polskiej, jednak do 1863 roku, czyli przez 22 lata wykładany był w instytucie język polski.

Instytutem opiekowała się carowa Maria. W szkole szlacheckie pochodzenie miało znaczenie tylko na początku. Później zaczęto przyjmować także córki urzędników czy wojskowych – tylko rodowitych Rosjan. Instytut miał 3 klasy z dwuletnim nauczaniem. Dopiero w 1903 roku utworzono 7 klas, które trwały rok. 

Żeby zostać przyjętą do szkoły – pensjonariuszka musiała zdać egzaminy z modlitw, a także wiedzy o Biblii. Co ciekawe egzaminy z religii były zdawane w zależności od wyznania. Katoliczki po polsku, luteranki po niemiecku zaś prawosławne po rosyjsku. Wszystkie dziewczęta jednak musiały znać język rosyjski – czytać i pisać, a także czytać i pisać po francusku. Nie obyło się też bez wiedzy matematycznej. Każda z wychowanek musiała umieć liczyć do stu oraz odejmować i dodawać do stu. W Instytucie nie przyjmowano chorych dziewcząt. Mile widziana była gra na fortepianie.

W instytucie zaś pensjonariuszki uczyły się takich przedmiotów jak religia, rosyjski, polski, francuski, niemiecki, historia, geografia, matematyka, fizyka, filozofia, kaligrafia i rysunek, higiena, nauki biologiczne dotyczące człowieka, a także pedagogiki, śpiewu, muzyki, gry na fortepianie, robótek ręcznych, gimnastyki. Ponadto dziewczyny uczyły się na temat starożytności oraz kosmosu. Pensjonariuszki miały od 10 do 16 lat. 

Instytut Panien Szlacheckich istniał w białostockim pałacu Branickich do 1915 roku. Później I Wojna Światowa zmusiła pensjonariuszki do ewakuacji do Petersburga. W 1918 roku Instytut został rozwiązany.

fot główne: Muzeum Podlaskie w Białymstoku

Koniec sezonu BiKeR-a to dobry moment na podsumowania – czego nie odmówiło sobie miasto, które system wypożyczalni rowerów miejskich utrzymuje. Z liczb wynika jasno – lubimy BiKeR, korzystamy chętnie i dość często. Rowery w tym sezonie wypożyczono 680 tysięcy razy i na tle całej Polski w Białymstoku jest najpopularniejsza wypożyczalnia. Pytanie brzmi czy na pewno tak jest? To, że białostoczanie korzystają chętnie, nie oznacza również, że BiKeR jest najlepszą opcją. Z tego co jest do wyboru: taxi, skuter, autobus, rower – jest po prostu najtańszą. Zaś liczba wypożyczeń nie musi wskazywać prawdziwego stanu wypożyczeń? Nie zarzucamy nikomu świadomej manipulacji, ale… 

 

Największe zastrzeżenia mamy do jakości rowerów. Natrafienie na 100-procentowo sprawny czasem graniczy z cudem – szczególnie późnym popołudniem czy wieczorem, gdy każdy z rowerów był wypożyczany przez wiele osób. Każdego wieczora rowery są zabierane oraz rozstawiane po stacjach tak, by nigdzie ich nie brakowało. Być może przy takiej liczbie wypożyczeń warto rozważyć, by ekipa od rowerów pojawiała się 2 razy dziennie – by prawdopodobieństwo trafienia sprawnego roweru było wyższe. Drugi problem, który należy rozwiązać to zgłaszanie popsutych rowerów, by nie można było ich wypożyczyć. Gdyby było można w aplikacji wpisywać nr zepsutego roweru ułatwiłoby to życie. Wystarczy, by przy każdym słupku paliła się czerwona lampka. Efektem takiego rozwiązania byłby oczywiście spadek liczby wypożyczeń. Gdyby jednak zastosować te rozwiązanie, to firma obsługująca system miałaby problem PR-owy, bo nagle liczba wypożyczeń mogłaby mocno spaść. Jest wiele takich przypadków, gdy wiele osób wypożycza rower i za chwilę go zwraca, bo okazuje, że nie da się nim jechać. Co nie znaczy, że BiKeR-y nie są popularne. Jednak liczba wypożyczeń prawdopodobnie jest zawyżona. Nawet, gdy na pierwszy rzut oka rower wygląda sprawnie, to po chwili może poluzować się kierownica, siodełko albo pojawić się problem z przerzutkami czy hamulcami. Wtedy niestety trzeba zawracać do stacji i szukać kolejnego roweru przy okazji generując kolejne wypożyczenie.



 

Innym alternatywnym źródłem transportu jest Blinkee – skutery elektryczne, które są całkowicie prywatną inicjatywą. Stąd też droższą i bardziej ograniczoną. Skuterów nie można zostawiać na terenie całego miasta – mogą stać tylko w centrum i jego okolicach. Dodatkowo – z racji tego, że miasto nie dotuje tego środka transportu jak Bikera – to wypożyczenie go jest dużo droższe – bo jak każdy biznes musi się właścicielowi kalkulować.

 

Chętnych na wypożyczenia jednak także nie brakuje. Dostępnych jest 40 skuterów, które były wypożyczane 18 tys. razy. Warto więc rozważyć podobną dotację jak na BiKeRy z miasta również i na tą inicjatywę. Niższa cena i większa flota o większym zasięgu – dałaby dobry efekt – mniej ludzi korzystałoby latem z autobusów – co po redukcji ich kursów mogłoby się przełożyć nawet na oszczędności).



Koniec roku 2018 zbliża się wielkimi krokami. Wiele osób planuje już co robić na Sylwestra. Dla tych, co nie przepadają za imprezami domowymi – Białystok zapewni jak co roku zabawę miejską. Gwiazdą wieczoru będzie De Mono. Zespołu nikomu nie trzeba przedstawiać. Impreza rozpocznie się już o 21.30. Jako pierwszy wystąpi zespół MegaBand. Zagrają znane i lubiane covery. Z zespołem wystąpi białostocki raper Cira. Zespół De Mono na scenie pojawi się o godz. 22.45 i zapewne zagra swoje największe przeboje. O północy na scenę wyjdzie prezydent miasta Tadeusz Truskolaski, by złożyć życzenia. Podobnie jak w poprzednim roku żadnych fajerwerków nie będzie. Na koniec białostoczanom zagra zespół Live Orkiestra. Impreza potrwa do godz. 1.30.

 



Dużo ciekawiej zapowiada się natomiast w Łomży. Na Starym Rynku mieszkańcy mogą liczyć na konkursy i zabawy, a przede wszystkim na koncerty zespołów Manchester oraz After Party. W Łomży fajerwerków nie zabraknie.

 

 

W Suwałkach nie wiadomo nic o imprezie pod chmurką. W Suwalskim Ośrodku Kultury natomiast ma odbyć się biletowana impreza “Sylwestrowy Wieczór Wiedeński”. Będzie można posłuchać w wykonaniu artystów najpiękniejsze arie, duety, walce i polki Johanna Straussa.

 

fot. główne: Bialystok.pl 



Zakończył się remont XVII wiecznej Wielkiej Synagogi w Tykocinie, która nie jest już taka jak na powyższym zdjęciu. Zabytek przeszedł renowację dachu, elewacji i stolarki. Budynek należący do Muzeum Podlaskiego odzyskując blask znów będzie przyciągał turystów, których w małym miasteczku pod Białymstokiem nie brakuje. 

 

Historycznie to Tykocin był kiedyś ważniejszy. Białystok dorównywać mu zaczął dopiero, gdy pojawili się Braniccy. Potem dzisiejsza stolica województwa podlaskiego zaczęła zyskiwać gdy masowo przeprowadzano się tu z centralnej Polski, by produkować i handlować na granicy z Imperium Rosyjskim. Podczas zaborów Białystok dostał również połączenie kolejowe z Moskwą i Warszawą. To już przechyliło szalę zwycięstwa nad Tykocinem i innymi starszymi miastami w regionie.



 

Synagoga zyskała elewację w oryginalnych kolorach – łososiowym z fragmentami koloru miętowo – zielonego. Kolory te zostały ustalone na podstawie odkrywek – czyli najgłębszych warstw starej elewacji. Warto zaznaczyć, że remont mógł się odbyć dopiero nie dawno, gdyż od 4 lat uregulowane są sprawy własnościowe świątyni. Obecnie należy do Skarbu Państwa. W 2019 roku w Wielkiej Synagodze odbędzie się Festiwal Kultury Żydów Polskich.

 

fot. Muzeum Podlaskie w Białymstoku



Na polskiej kolei jest bardzo wiele różnych spółek kolejowych zajmujących się różnymi aspektami działalności. Przewozy Regionalne, TLK, Cargo, Energeytyka – to wszystko nazwy spółek zreszonych dawniej pod nazwą PKP. Dlatego do dziś przyjęło się, że za błędy jednej spółki obrywają wizerunkowo wszystkie. To co się dzieje jednak w ostatnim czasie w województwie podlaskim i na ścianie wschodniej wymaga jednak stwierdzenia, że “Na PKP nadal obowiązuje hasło z podsłuchów poprzedniej ekipy rządzącej – “Ch** z tą Polską wschodnią”. Przyjrzyjmy się poniższej mapie.

 



 

Grubymi liniami zaznaczone są szlaki dwutorowe, zaś cienką – jednotorowe. Jak widać Podlaskie pod tym względem to dziura. Nie oczekujemy jednak, że jak za dotknięciem magicznej różdżki coś tu się zmieni. Wielokrotnie pisaliśmy o inwestycjach kolejowych i powoli się to zmienia na lepsze. To jedyny obszar, za który można pochwalić PKP (jako ogół firm kolejowych),  Analizując jednak mapę można zauważyć, że:

1. Suwałki to absolutna dziura. Wyjazd gdziekolwiek zawsze odbywa się tylko i wyłącznie przez Białystok. Nawet do Olsztyna i dalej na północny zachód.

 

2. Z Białegostoku wydostać się można tylko przez Warszawę

 

3. Łomży nie ma nawet na mapie

 

Co ma w planach PKP? (jako ogół firm kolejowych)

1. Za kilka dni zlikwidowane zostanie popularne połączenie kolejowe “TLK Hańcza” z Suwałk do Krakowa. Tutaj ze względów oczywistych podróż odbywać się będzie przez Białystok, jednak już nie bezpośrednio tylko na raty (w zależności od połączenia Suwałki Białystok, Białystok – Kraków lub Suwałki – Białystok , Białystok – Warszawa, Warszawa – Kraków). Na pocieszenie – będzie więcej połączeń Białystok – Warszawa.

 

2. W ostatnim czasie pisaliśmy, że przesunięto środki na inwestycje pod Sokółką, zabierając z budowy połączenia kolejowego do Łomży. Miasto te mogłoby korzystać z siatki kolejowych połączeń. Niestety szanse na coś innego niż autobusy są póki co marne. Może za kilka lat… Póki co wykonana zostanie tylko dokumentacja projektowa.

 

3. Jak widać na mapie na południu województwa podlaskiego jest cienka niteczka pod granicę z Białorusią, a potem gruba linia. Potem znowu cienka do Lublina. Niżej już kilka wariantów. Warto zaznaczyć, że nie ma technicznych przeciwwskazań, by jeździł pociąg relacji Suwałki – Rzeszów (od niedawna można dojechać nawet w same Bieszczady). Oczywiście czegoś takiego w planach PKP (jako ogół firm kolejowych) nie ma. Chcecie bezpośrednio do Lublina czy Rzeszowa? Jedźcie przez Warszawę.

 

Dlaczego tak się dzieje, że jesteśmy wykluczeni? Tak jak pisaliśmy – poprzednia ekipa rządząca miała zdanie o Polsce wschodniej nienajlepsze. Najważniejsze inwestycje ciągnęły się latami. Mocno wypłakana ekspresową ósemkę w całości otwarto dopiero w tym roku, już w czasach innej władzy (co nie znaczy, że dzięki nim). Dzięki inwestycjom skrócił się też czas podróży pociągiem do Warszawy… o 30 minut. Ale co nam z nowej infrastruktury skoro PKP likwiduje kolejne połączenia?

 

Warto też zaznaczyć, że na Podlasiu wybiera się polityków różnych opcji, o różnych poglądach. Jednak mimo wszelkich różnic – jedno ich łączy – to nieudacznicy, którzy w Warszawie nie mają żadnej siły przebicia. Nic dla swego regionu nie załatwili. Nawet ministrowie!

Poniżej kilka przykładów, że można:

1. Euro 2012 – Gdańsk i Wrocław zyskały nowoczesne stadiony i możliwość organizacji imprezy. Przypadkowo to miasta Grzegorza Schetyny i Donalda Tuska.

 

2. Między Warszawą a Krakowem jest Centralna Magistrala Kolejowa, na której pociągi mogą pędzić z maksymalnym dopuszczalnym w Polsce limitem – 160 km/h. Po drodze pociąg zatrzymuje się na stacji Włoszczowa. Gdzie??? To rodzinna miejscowość nieżyjącego już posła PiS – Przemysława Gosiewskiego, który nim zginął w katastrofie smoleńskiej skutecznie załatwił zatrzymywanie się pociągów (miasteczko ma 10 tys. mieszkańców).

 

3. Piotr Liroy-Marzec – swoim uporem załatwił wiele uproszczeń dla kierowców oraz najbardziej kontrowersyjną i głośną sprawę – możliwość leczenia medyczną marihuaną. I to kiedy? Za czasów konserwatywnej ekipy rządzącej.

 

Województwo podlaskie wybiera 15 posłów. Czy któryś z nich coś dla swego regionu załatwił? Jakieś mikroinwestycje może i tak. A rządowe? Dlatego też – spójrzcie jeszcze raz mapę i sami sobie odpowiedzcie – dlaczego jest tak jak jest. Dlaczego nie mamy lotniska regionalnego? Dlaczego w regionie jest tylko jedna ekspresówka? Dlaczego likwidują połączenia kolejowe? Bo wszyscy Podlaskie mają w d… Stawiamy dolary przeciwko orzechom, że jak przy każdej kampanii do Sejmu kandydaci na posłów będą jak przy każdych wyborach obiecywać: drogi ekspresowe, lotnisko, więcej połączeń kolejowych. Oni doskonale wiedzą, że tego brakuje. Lecz to nieudacznicy, którzy nie potrafią z tym nic zrobić. Nie potrafią z rządu wyszarpać ani grosza.



188 lat temu pod Supraślem w Kopnej górze odbyła się jedna z walk Powstania Listopadowego. Dopiero kilka lat temu odnaleziono szczątki żołnierzy walczących z zaborcą rosyjskim, dzięki czemu mógł powstać cmentarz. Pamięć po tym wydarzeniu jest pielęgnowana co roku przez lokalne władze, a także służby mundurowe, harcerzy czy uczniów. Zanim było wiadomo, gdzie znajdują się mogiły powstańców – bardzo angażował się w ich odnalezienie Radosław Dobrowolski, historyk a dziś burmistrz Supraśla. Potencjalne tereny mogił były wielokrotnie przeczesywane georadarem, który pokazuje anomalia pod ziemią. Można powiedzieć, że poszukiwanie ukrytych grobów było jak szukanie igły w stogu siana, ale w końcu się to udało pod koniec 2009 roku.

 

Jak szukano mogił cz. 1



 

Ekshumacje odbyły się w 2010 roku. Zaś cmentarz dopiero w 2013 roku. Odnaleziono mogiły 56 żołnierzy. Każdy z nich dostał metr kwadratowy ziemi, o którą walczył. Dziś cmentarz w Kopnej Górze to jedyne i niepowtarzalne miejsce. W przekładach dawnych mieszkańców Kopnej Góry wiadomo, że bitwa była bardzo krwawa. Jeszcze przez wielee lat okoliczna rzeka Sokołda miała mieć czerwoną barwę.

 

„Roku Pańskiego tysiącznego osiemsetnego trzydziestego pierwszego miesiąca czerwca dwudziestego piątego dnia rano we wsi Sokołdzie wojsko polskie w przechodzie na spoczynku rozlokowane, napadnięte przez wojsko rossyjskie, w części pobite, w części potopione w rzece Sokołdzie. Wojsko polskie pobite, grzebanem było bez żadnej zwłoki zaraz w różnych miejscach wsi Sokołdy przez sołdatów wojska rosyjskiego. Jednemu tylko żołnierzowi polskiemu ciężko ranionemu uprosiłem pozwolenia dać ostatnią absolucyją i namaszczenie Oleju Świętego jako przypadkowie iadący do chorego i tamże w Sokołdzie zachwycony. Potopieni żołnierze w liczbie pięćdziesiąt sześciu pochowani zostali w innej mogile na tej stronie rzeki przed groblą do rzeki, idąc po prawej stronie pod górą. Niech odpoczywają w pokoju.
Ksiądz Andruszkiewicz

 

Te słowa były napisane przez proboszcza parafii w Szudziałowie – świadka tamtych wydarzeń. To dzięki niemu pamięć o powstańcach przetrwała do dziś, co nie było łatwe, bo Rosja za swoje zbrodnie nigdy Polski nie przeprosiła.

 

Jak szukano mogił cz. 2

 



Dobra wiadomość dla wszystkich mieszkańców Białegostoku. Upór może poskutkować tym, że władza wycofa się z głupiego pomysłu, a takim niewątpliwie należy nazwać próba oddania za 1 zł dawnej meliny w centrum miasta pod żydowskie muzeum w Białymstoku. Mieszkańcy ul. Bohaterów Getta mogą czuć się usatysfakcjonowani, gdyż żadne muzeum pod ich blokiem nie powstanie. Główna zainteresowana przejęciem budynku za 1 zł – Lucy Lisowska, reprezentująca Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska-Izrael obawiała się, że ktoś podpaliłby ewentualne muzeum, stąd też nie zgłosi się do prezydenta po budynek – dowiadujemy się na stronie internetowej Kuriera Porannego.

 

To dobrze, że prezes CEO Lucy Lisowska zrezygnowała. Jest ostatnią osobą, która powinna cokolwiek w Białymstoku dostać. Najpierw chciała by w kamienicy przy ul. Waryńskiego – gdzie także zapowiadała powstanie Muzeum Żydowskiego. Co do czego przyszło była zainteresowana otwarciem tam kawiarni, do tego płacąc 10 proc. czynszu. Miasto na coś takiego się na szczęście nie zgodziło. Kolejny adres, gdzie miało powstać muzeum białostockich Żydów to zrujnowany budynek przy Kijowskiej 1. Tym razem miasto postanowiło, że jeżeli z Panią Lucy Lisowską i organizacją, której ona przewodniczy nie dojdą do porozumienia, to gmina będzie samodzielnie prowadzić instytucję. Na łamach Kuriera Porannego wiceprezydent Rafał Rudnicki zapowiadał, że remont zakończy się w 2016 roku. Tymczasem mamy koniec 2018 roku a budynek nie wygląda jakby miało tam cokolwiek powstać.



 

Dlatego też dobrze się stało, że kolejny budynek nie jest już w kręgu zainteresowania Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska – Izrael. Dzięki temu melina bez wartości historycznej – jaka znajduje się przy ul. Bohaterów Getta zostanie rozebrana. Tak stałaby i czekała lata na remont, który prawdopodobnie nigdy nie doszedłby do skutku podobnie jak Waryńskiego i Kijowska. Wiceprezydentowi Rudnickiemu zaś przypomnimy o budynkach, które niszczeją, a mają wartość historyczną. Oto one:

 

 

 



Izabela Branicka z Poniatowskich, siostra króla Stanisława Augusta tchnęła w Białystok bardzo wiele życia czyniąc gród nad rzeką Białą miejscem, gdzie nie tylko rozwijało się szkolnictwo, ale też kwitło życie artystyczno-kulturalne. W księgozbiorze Izabeli znajdowało się ponad 200 dzieł literatury polskiej i zagranicznej w tym mapy, ryciny, plany architektoniczne, teleskopy, globusy oraz albumy. Nie brakowało też podręczników szkolnych i czasopism. Izabela Branicka została małżonką Hetmana Jana Klemensa Branickiego będąc 18-latką w 1748 roku. Jeszcze za jej życia, bo W 1789 roku we Francji wybuchła wielka rewolucja, której jednym ze skutków było obalenie monarchii. Rodzina królewska musiała uciekać. Ludwik XVI został zgilotynowany, zaś władzę regencyjną (jako 8-latek) przejął Ludwik XVII. Dwa lata później młody chłopiec jednak zmarł, a królem okrzyknięty został 40-letni Ludwik XVIII.

 

Zanim został okrzyknięty królem przebywał na dzisiejszych ziemiach Belgii, Niemiec, Francji i Włoch. W momencie okrzyknięcia go królem przebywał w Weronie, będącej wówczas terytorium republiki Wenecji. Z racji trwającej rewolucji nie mógł on jednak objąć tronu, stąd też politykę prowadził właśnie za granicami Francji. Rok po ogłoszeniu go królem wydał akt będący deklaracją odrzucającą przemiany rewolucji francuskiej oraz zapowiadający odtworzenie monarchii. W efekcie władze Republiki Weneckiej nakazały mu opuszczenie terytorium kraju. Król, który nie mógł objąć swego urzędu zaczął tułać się po całej Europie. 1798 roku Ludwik XVIII trafił również do Białegostoku, gdzie mieszkał w Pałacu Branickich. O samym jego pobycie w Białymstoku niewiele wiadomo. Tylko tyle, ze był tu prawdopodobnie przejazdem. Ile czasu trwał pobyt nie wiadomo. W czasach panowania Branickich gród nad Białą odwiedzało wielu cudzoziemców, którzy w pamiętnikach wyrażali zachwyt nad rezydencją oraz czystością miasta – co było wtedy rzadkością. Nie brakowało też francuskich artystów, stąd też Ludwik XVIII nie czuł się u nas osamotniony.



 

Ludwik XVIII prawdopodobnie pojawił się także w Białymstoku po raz drugi w 1804 roku, gdyż opuszczał wtedy w atmosferze skandalu Warszawę, gdzie próbowano go otruć. Wtedy wybrał się do Grodna. Trudno przypuszczać, by król tak gościnne miasto jak Białystok zechciał ominąć. Szczęście do króla-tułacza uśmiechnęło się dopiero 1814 roku. Wówczas Napoleon Bonaparte poniósł klęskę w Rosji tracąc większość swojej armii. Zaraz po tym Napoleon abdykował. Zgodnie z zasadą legitymizmu – skoro rewolucja zakończyła żywot – Ludwik XVIII mógł w końcu objąć tron we Francji.



Pan Mirek nagrał centrum Białegostoku gdzieś między 1993 a 1995 rokiem. Dziś odświeżył film po latach i postanowił opublikować nagranie w internecie. Na nagraniu można zobaczyć jak autor wraz z kolegą białym maluchem “zwiedzają” centrum miasta. Można między innymi zobaczyć przejazd dzisiejszym deptakiem na Rynku Kościuszki, a także ulicę Wyszyńskiego, gdy jeszcze nie było tam charakterystycznego budynku restauracji McDonald’s.  – Trochę myśmy jaja robili – napisał Pan Mirek umieszczając film na Facebooku. Może ktoś rozpozna siebie?

 

Podróż rozpoczyna się na ul. Branickiego pod dzisiejszym Departamentem Obsługi Mieszkańców Urzędu Miejskiego. Tam można dostrzec wyjeżdżający samochód z rejestracją BTO 0001. Czyżby ktoś własnie go zarejestrował pierwszy pojazd z serii BTO? Kolejne kadry to brama Pałacu Branickich, a także diametralnie zmieniona już kamienica przy ul. Kilińskiego. Następnie autorzy jadą przez Rynek Kościuszki – dziś zamknięty deptak, mijając przystanki przy kinie Ton oraz pod Ratuszem. Na filmie są nie tylko budynki, ale też ludzie z charakterystycznymi dla tamtych czasów strojami oraz ubraniami. Podróż kończy się w okolicach dworca PKS – który od niedawna również jest już zupełnie inny. Dokładnie to na nie istniejącym już parkingu przy Komecie na Wyszyńskiego. Za udostępnienie powyższego filmu Panu Mirkowi serdecznie dziękujemy!



 

To nie jedyny film jaki powstał w tamtych latach. Inny został nagrany jeszcze w 1989 roku oraz kolejny w 1991 roku również z samochodu przez nieznanego autora oraz jego kolegę “Czabana”:

 

Białystok 1989:

 

Białystok 1991:




 

Klub Literacki w Siemiatyczach miał swój benefis. 22 listopada 2018r. świętowano 25-lecie istnienia. Z tej okazji zorganizowano imprezę urodzinową. Spotkanie było przede wszystkim okazją do podsumowania ćwierćwiecza pracy stowarzyszenia na rzecz krzewienia kultury i wspierania miejscowych twórców, poetów i prozaików; było również okazją do wspomnień. Klub Literacki jest też wydawcą wielu publikacji książkowych i kwartalnika ”Ścieżki Literackie”. Ukoronowaniem 25. lat działalności jest wydana specjalnie z tej okazji obszerna publikacja książkowa pt. ‘’Srebrna wstęga’’, której to oficjalna premiera miała miejsce właśnie podczas wspomnianej uroczystości. Klubowi Literackiemu przewodniczy pani Helena Masiel-Martinko, która wszystkim Przyjaciołom stowarzyszenia serdecznie dziękuje za wspólne 25 lat.

 

Autor artykułu: Krzysztof Nowaczuk, Klub Literacki



 



Ul. Bohaterów Getta 9 w Białymstoku to w ostatnim czasie gorący adres. Wszystko przez stary drewniany budynek, który się tam mieści. Mieszkańcy chcą, by został rozebrany, a jego miejsce miał pojawić się parking. Tymczasem pojawiła się informacja, że o żadnej rozbiórce nie ma mowy, gdyż ma powstać tam “Muzeum Żydowskie”, co rozjuszyło większość okolicznych mieszkańców i podsycając niepotrzebne spory.

 

Przede wszystkim zacznijmy od najważniejszego. Budynek przy Bohaterów Getta 9 w Białymstoku to drewniany dom z 1924 roku. Nie ma on jednak żadnej historycznej wartości jak wiele innych drewnianych domów w mieście, które na przykład spłonęły czy w inny sposób znikły (lub jeszcze stoją i walczy się o to by dalej stały – np. ten na Mazowieckiej). W czasie II wojny światowej był to jeden z wielu domów, także gdy na tej części miasta utworzono getto. Główne walki rozgrywały się w okolicach Jurowieckiej, przy bramach Getta – kilometr dalej. W okolicy spornego domu znajdował się cmentarz. Do dziś stoi na sporym placu tam pomnik upamiętniający tragedię likwidacji getta oraz zbiorowa mogiła. To najbardziej godna pamiątka po dawnych mieszkańcach.



 

 

Czy warto ratować ten drewniany dom? O ile nasze stanowisko w sprawie drewnianych domów z przeszłością jest jasne – uważamy, że należy bezwzględnie ratować co się da, o tyle w przypadku Bohaterów Getta 9 nie ma czego ratować. Dom ten nie jest w żaden sposób ani unikalny architektonicznie, ani też nie pełnił nigdy żadnej roli historycznej. W ostatnich latach była to zwyczajna melina, która została zapuszczona do takiego stanu, że nie ma sensu jej remontować. Jest bardzo wiele drewnianych domów i innych budynków w mieście, którymi warto się zająć. W tym przypadku jednak nie ma żadnego uzasadnienia, by rozrywać szaty o bezwartościową ruderę. Skoro mieszkańcy chcą mieć tam parking, to na pewno bardziej się on przysłuży niż ten budynek.



Być może wiele osób, które przechodzi przez park zwierzyniecki zastanawia się skąd tam pomnik żołnierzy 42 Pułku Piechoty. Warto przypomnieć, że 12 lipca w Białymstoku obchodzimy święto tegoż pułku, a poległym żołnierzom oddawany jest hołd.

 

W okresie międzywojennym, pułk stacjonował w Twierdzy Osowiec, a następnie przeniesiony zostałdo Białegostoku. Koszary znajdowały się przy ul. Traugutta. Tutaj każdego roku w batalionie pojawiało się około 600 rekrutów. Pułk sprawnie się rozwijał.



 

Warto przypomnieć, że Pułk zasłużył się także dla rozwoju miasta. W 1920 roku powstał Wojskowy Klub Sportowy 42 Pułku PIechoty Białystok. Był to protoplasta dzisiejszej Jagiellonii Białystok, która to pod swoją nazwą występuje od 1932 roku.

 



Supraśl to fantastyczne miasteczko pod Białymstokiem, do którego ciągle przyjeżdża bardzo wiele turystów, kręcono tu filmy i seriale, zbudowano hotele pod uzdrowiska. Wkrótce wszyscy przyjezdni będą mogli spędzić czas w zrewitalizowanym XVIII-wiecznym ogrodzie Saskim.

 

Odrestaurowany park ma zostać kolejną atrakcją miasteczka. Przypomnijmy, że ów park został w ubiegłym roku zniszczony przez wichurę. Cóż wyjątkowego będzie w parku? Na pewno będzie odtworzona jego oryginalna wielkość – gdyż archeolodzy przy użyciu georadaru sprawdzą jaka była wielkość ogrodu saskiego.



 

Naukowcy będą też próbowali odtworzyć roślinność, która występowała 3 wieki temu. Konkretny projekt nowego-starego ogrodu prawdopodobnie ujrzymy w przyszłym roku. Być może będzie to kolejne miejsce, gdzie filmowcy chętnie będą kręcić filmy?

 

fot. Chrumps / Wikipedia



Na Podlasiu bije się wiele rekordów. Bez znaczenia jest pora roku. Czy to żar leje się z nieba, czy to zamieć, w czymś trzeba przodować. Tym razem chodzi nam o rekord Guinnessa pobity przed dwoma laty przez tzw. morsów pluskających się w rzece Supraśl w Wasilkowie. Bicie rekordu nie spoczywało jednak tylko na ich barkach.

 

Tym razem musiała być to praca na większą skalę. Kategoria brzmiała bowiem następująco: ”Największa ilość kąpiących się równocześnie Morsów w przynajmniej dziesięciu miejscach”. Jednym z nich był właśnie Wasilków. Dotychczasowy rekord wynosił 1799 osób. Żeby go pokonać morsy musiały zgromadzić ponad 1800 osób w minimum 10 punktach w kraju. Sama zaś kąpiel musiała trwać co najmniej trzy minuty. Woda tego grudniowego dnia zalewie miała kilka stopni Celsjusza, co dla wielu morsów, okazało się czymś mało wyzywającym. Ostatecznie misja skończyła się pełnym sukcesem. Kolektywizm górą!



 

Rok wcześniej w Kołobrzegu nieoficjalnie został pobity rekord Guinnessa w najdłuższej kąpieli w lodzie. Dokonał tego Zbigniew Falkowski z Podlaskiego Klubu Morsów, który wytrzymał w ekstremalnych warunkach 2 godziny i 2 minuty. Przez ten czas przebywał w specjalnie przygotowanym akwarium, pełnym lodu. 



Czy Augustów przez kilka dni był swego rodzaju miastem olimpijskim? Coś jest na rzeczy. Na niemieckim medalu z 1915 r. można odnaleźć nazwę kurortu, laur olimpijski, a także napis ”Dem Sieger Im Olympia Prufungskampf”.  Pozyskanie konkretnych informacji na jego temat nie jest rzeczą łatwą. Pewne jest tylko to, że chodziło tu o zawody wojskowe zorganizowane przez Niemców. Dlatego też należałoby przeszukać archiwa niemieckiej prasy aby dowiedzieć się czegoś więcej.

 

Jakie konkurencje można było rozgrywać w kurorcie? Z pewnością takie związane z wodą, a więc kajakarstwo czy wioślarstwo. Dowodów jednak nie ma. W augustowskim muzeum znajdują się zdjęcia z zawodów, ale dostrzeżemy na nich jedynie najwyższych stopniem dowódców stojących na specjalnie skonstruowanym podium. Podczas uroczystości prawdopodobnie obecny był Hindenburg.



 

Augustów nie był jednak jedynym miastem w Polsce gdzie rozgrywano taką wojskową olimpiadę. Podobne sportowe zmagania organizowano też w innych miastach. Wzór medalu pozostawał stały, zmieniała się jedynie wygrawerowana na nim nazwa miejscowości. 

 



Gdzie znajduje się najstarsza lokomobila w Polsce? Oczywiście, że na Podlasiu, a dokładniej w Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Maszyna ma już ponad 100 lat. Aby ruszyła z miejsca potrzeba jedynie dwóch godzinnych przygotowań. Wystarczy tysiąc litrów wody, rozpalone drewno pod kotłem i ku przygodzie.

 

Wiatru we włosach w czasie przejażdżki raczej nie odczujemy. 10 km/h zawrotną prędkością nie jest. Czego jednak można wymagać od parowego kocioła na drogach. Na początku XX w. był jednak obiektem westchnień rolników. Przemieszczano nią głównie wozy gospodarcze.



 

Pojazd prowadzi się bardzo łatwo. Jest przy tym wyjątkowo cichy. Jedyną jego wadą jest to, że brakuje mu hamulców. Trzeba więc zachować ostrożność w czasie ewentualnych eskapad. Aby maszyna była w tak dobrym stanie, specjaliści od zabytkowych samochodów musieli rozłożyć ją na części, oczyścić i naprawić. Prace trwały niespełna rok. Kupno i odrestaurowanie najstarszej w kraju lokomobili kosztowało ponad dwieście tysięcy złotych. Pieniądze ofiarowal minister kultury i marszałek województwa podlaskiego.



Rok 1880. Na ulicy Kilińskiego pod numerem osiemnastym rozpoczyna swą działalność pierwsza tej klasy restauracja w mieście. Ermitraż kusił zawsze świeżymi produktami w atrakcyjnych cenach. Serwował kuchnię francuską i…ruską, a dania były podawane przez przystojnych kelnerów. Dużym zainteresowaniem cieszył się starannie urządzony przestronny balkon, na którym wieczorami grała orkiestra.

 

Po drugiej stronie ulicy powstała konkurencja. W pałacyku gościnnym należącym do niemieckiego przemysłowca Litterera urządzono restaurację Renaissance. Jej szefem był A. Wiśniewski. Goście mogli cieszyć się niespotykanym komfortem. Powstały oddzielnie pomieszczenia dla całych rodzin i miejsca, gdzie panowie mogli się…zabawić. Jak nie trudno się domyśleć ”gabinety rozkoszy” były oblegane. I w tym lokalu nie zabrakło muzyki. Orkiestra smyczkowa składała się z samych urodziwych dziewcząt. Choć wejście było bezpłatne, w środku panowała drożyzna. Z tego też powodu większość Białostoczan wybierała Ermitraż.



 

A. Wiśniewski znany ze swego wybuchowego charakteru postanowił działać. Wraz ze swoim szwagrem zdecydowali się na desperacki krok. Nie zważając na konsekwencje postanowili podpalić Ermitraż. W październiku 1913 r. lokal Renaissance miał hucznie obchodzić swoje urodziny.  Zamiast balu odbyła się jednak sądowa rozprawa. Jej wyniki zaskoczył wszystkich, być może nawet samych podpalaczy. Zostali uznani za niewinnych. Ermitraż już nigdy nie powstał z popiołów. 

 



Wojna zniszczyła marzenia wielu ludziom. Nie inaczej było w przypadku rodziny Oksiutów. Od połowy lat 30. mieszkała ona w podbiałostockich wówczas Pietraszach. Życie w strachu sprawiło, że głowa rodziny, Karol poważnie zachorował na żołądek. Objawy mogło złagodzić tylko mleko. Dlatego więc wszystkie pieniądze, jakie odkładali na dom, przeznaczyli na zakup krowy.

 

Mućkę sprowadziła żona z sąsiedniej wsi. Aby nie narazić się Niemcom musiała przebrać się za chłopkę. Zwierzę ostatecznie udało się przetransportować i ulokowano je w nieskończonej przybudówce. Regularne spożywanie białego trunku przyniosło spodziewane rezultaty. Głowa rodziny została uratowana od śmierci.



 

Karol widząc, co się święci na froncie zbudował schron, wyłożony od wewnątrz słomą. Prowadziły do niego dwa tajne wejścia – z kartofliska i przybudówki. Kryjówka przydała się jednak nie tylko na czas zbrojnych działań. Ktoś życzliwy doniósł, że pan Karol pędzi bimber. Milicjanci nie zdołali odszukać gospodarza i jego zapasów. Ten zdążył schować się na czas.  W czasie poszukiwań cała rodzina modliła się do obrazu Matki Boskiej. Księżycówka cudownie więc ocalała.



W okresie międzywojennym białostoccy właściciele hoteli czy restauracji nie mieli łatwego życia. Personel sprawiał więcej kłopotów niż można się tego spodziewać. Gdy pracownicy przekraczali pewną granicę lądowali na ulicy. Żyli głównie wtedy chęcią zemsty.

 

Tak też było z numerowym z hotelu Palsat. Ciągle prosił o podwyżkę, lecz szalejąca inflacja robiła swoje. Przez lata jego zarobki stały w miejscu. Gości też hotelowi nie przybywało, gdyż do najtańszych, delikatnie mówiąc, nie należał. Wkrótce sytuacja tak się pogorszyła, że został zwolniony. Nie mógł się pogodzić z tym faktem więc wpadł na szalony pomysł. Postanowił rozpalić w jednym z pokoi…ognisko. Szybkość zajmowania się pomieszczenia zaskoczyła numerowego więc postanowił wyskoczyć przez okno. Los chciał, że wtedy ulicą przechodził pracownik wydziału śledczego. Próba zemsty skończyła się czterema latami w więzieniu.



 

Inny konflikt między pracodawcą a pracownikiem skończył się bardziej tragicznie. Początki współpracy niczego jednak nie zwiastowały. Z usług kelnera restauracji Savoy zadowoleni byli wszyscy, od klientów po szefostwo. Z czasem sytuacja się pogarszała. Życzliwy pracownik z dnia na dzień stał się gburem. Ukradł nawet 2 butelki wódki. Podejrzewano go również o romans z żoną szefa. Tego było już za wiele. Właściciel restauracji postanowił podziękować mu za współpracę. Ten jednak nie dawał za wygraną. Pewnego dnia nie wytrzymał i zadał byłemu już szefowi cios nożem prosto w brzuch. Rannego przewieziono do szpitala. Mężczyznę obezwładniono a następnie osądzono na 5 lat więzienia.



W połowie lat 30. szalał kryzys ekonomiczny. Liczyła się dosłownie każda złotówka. Dlatego też zaczęto podrabiać bilon. W mieście pojawiało się coraz więcej fałszywych monet. Zwróciło to uwagę Urzędu Śledczego. Początkowo ciężko było ustalić skąd się bierze trefny bilon.

Znajdowano go u dorożkarzy czy kelnerów, których po przesłuchiwaniu jednak zwalniano. Nie mieli bowiem pojęcia, że są właścicielami fałszywek. Dostali je po prostu od klientów. Policyjni informatorzy wskazali na nijakiego Zygfryda Osińskiego, który organizował gry uliczne. Kasyno po chmurką znajdowało się na łączce przy ulicy Poleskiej. W lipcowy słoneczny dzień Osiński wraz ze swym wspólnikiem prowadzili kolejną rozgrywkę w oczko. Grę trzeba było jednak przerwać, gdyż fałszerze dostrzegli zbliżającego się funkcjonariusza.



Przestępcy uciekli w popłochu zabierając część monet. Policjant zauważył, że część tych pozostawionych wygląda na zupełnie nowe. Zawiadomił więc szybko Wydział Śledczy. W mieszkaniu Osińskiego znaleziono cały zestaw do produkcji lewych monet. Warsztat był w pełni profesjonalny. Jako że pracował w hucie szkła posiadał dużą wiedzę na temat odlewów. Z kolei u matki przestępcy, a dokładniej w jej łóżku odkryto tysiące podrobionych złotówek. Osiński trafił do więzienia na 2 lata.



Nietypowa instalacja znajduje się na drodze wylotowej do Warszawy i Ełku. Umiejscowienie dzieła nie było przypadkiem. Ma ono związek  z centralnymi dożynkami, które odbyły się w stolicy Podlasia we wrześniu 1973 r. Miasto przygotowało się do wielkiego wydarzenia, w którym uczestniczył premier Piotr Jaroszewicz, oraz I sekretarz KC PZPR Edward Gierek.

 

Na skarpie pod rzeźbą był jeszcze umieszczony herb Białegostoku oraz przestrzenny napis ”Witamy”. Wszystko to z myślą o dożynkowych gościach. Dziś rzecz jasna po tych elementach nie ma już śladu. Przekaz symboliczny rzeźby wydaje się być prosty w odbiorze. Dwa lecące ptaki opowiadają historię o wolności, braterstwie i wzajemnej miłości.



 

Ptaki, określona przez wielu jako ”Żurawie” są dziełem białostockiego  rzeźbiarza Albin Sokołowskiego. Szczyt jego aktywności twórczej przypadł na przełom lat 70 i 80. Zajmował się rzeźbą w drewnie oraz metalu. Innym znanym dziełem artysty jest ”Kompozycja”, znajdująca się na Placu Niepodległości.



Coraz częściej do obrotu trafiają produkowane bez nadzoru produkty regionalne. Tak jest chociażby z podlaskim serem korycińskim czy pierekaczewnikiem. Klienci nie zawsze zwracają uwagę na certyfikat, co ułatwia podrabiańcom rozwój procederu.

 

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych może kontrolować co do jakości tylko tych producentów, którzy taki certyfikat mają. Ci którzy wytwarzają ”na lewo” są więc w praktyce poza kontrolą. Jedynym rozwiązaniem jest donos na policję. Sery można kupić dosłownie wszędzie, a w rzeczywistości odpowiednie zezwolenie na produkcję ma garstka osób.



 

Podróbki zwykle są tańsze, choć reguły to nie stanowi. Jeśli chodzi o smak, różnica jest kolosalna. Właśnie to najbardziej boli producentów oryginałów. Mniejsze zyski to jedno, ale zawód turysty to poważna sprawa. Jak bowiem wytłumaczyć gościowi z Polski południowej, że towar, dla którego przyjechał, nie spełnia jego oczekiwań smakowych. Zła wieść się rozniesie i po turystach.

 

Produkt z certyfikatem musi spełniać wiele warunków – dotyczących zarówno smaku, jak i procesu produkcji. Tylko kupując towary opatrzone napisem mamy gwarancję zadowolenia. 



8 maja 1956 r. został oficjalnie otwarty pierwszy sklep samoobsługowy w Białymstoku. Pierwotnie miał zostać uruchomiony symbolicznie w święto pracy, ale ku niezadowoleniu władz, nie udało się wówczas zapiąć wszystkiego na ostatni guzik. Lokal miał być wzorowany na na już istniejących chociażby w Czechosłowacji.

 

W sklepie mogło przebywać maksymalnie 20 klientów równocześnie. Tyle też przygotowano wiklinowych koszyczków. Właściciele obawiali się bowiem zamieszania. Klienci zastanawiali się co robić, jeśli do lokalu weszło się z zakupami zrobionymi gdzie indziej. Bali się po prostu posądzenia o kradzież. Były to jednak niepotrzebne obawy. Wszystkie towary posiadały odpowiedni stempel. Sklep wzbudził zachwyt wśród mieszkańców Białegostoku. Szczególnie podobała im się ogólna czystość, jaka panowała w jego wnętrzach.

 

Dziennie sklep odwiedzało ponad 1000 osób. W kasie zostawiali blisko 18 tys. zł. Po miesiącu zaczęły się pojawiać pierwsze problemy. Jednorazowy brak porannej dostawy pieczywa wywołał ostrą krytykę. To jednak jeszcze nic. W kasie sklepu brakowało pieniędzy. Obwiniono zarówno personel, jak i klientów. Ci młodociani kradli przede wszystkim słodycze z chałwą na czele. Zaczęto publicznie z imienia, nazwiska i dokładnego adresu wymieniać złapanych na kradzieży zuchwałych klientów. Kierownik został ostatecznie zwolniony. Jego następca jesienią wprowadził udogodnienia dla personelu w postaci przerwy obiadowej. O godzinie 11 sklep był więc zamykany na cztery spusty.



Na ulicy Żydowskiej 2 w Białymstoku istniał nietypowy hotel. Goście przybywali do niego nie by odpocząć, ale się zabić. Obiekt nazywał się ”Wiktoria” co jeszcze dodaje pikanterii.

 

Właścicielem hotelu był Samuel Fejgin. Na parterze znajdowały się tam lokale usługowe. Można było tam zaopatrzyć się chociażby w tytoń czy buty. Na piętrze co raz miały miejsce przerażające zdarzenia. Jedno z nich miało miejsce w 1923 r. Nieszczęśliwie zakochana para postanowiła skrócić swe cierpienia. Ojciec dziewczyny nie godził się na związek, więc młodzi podjęli desperackie kroki. W pokoju nr 7 wachmistrz Stanisław Podsiadło z Kielc najpierw zastrzelił swą narzeczoną Eugenię Truskolawską  a potem sam odebrał sobie życie. Cały pokój zbryzgany był krwią. Portier zastawszy martwe ciała zemdlał z wrażenia. Cóż…nie jest to codzienny widok.

 

Podobne zdarzenia mnożyły się na potęgę. Czyżby w hotelu istniała jakaś niewidzialna siła, która skłaniała gości do samobójstwa. Tego już się nie dowiemy. Zagadka ”Wiktorii” pozostanie nierozwiązana.

Na początku XIX nad Augustów napłynęło morowe powietrze. Ludność uciekała jak najdalej w głębokie rejony Puszczy, lecz i tam dosięgała ich zaraza. Zwłoki można było napotkać wszędzie. Ciała trzeba było godnie pochować, lecz większość obawiała się o swe życie. Na ochotnika zgłosił się niejaki podstarzały Cimoch. Podobno kopał groby własnymi rękoma. Chorych natomiast dźwigał na barkach do szpitala.

 

Tam też wymyślił lekarstwo. Kuracja była dosyć nietypowa – gorzałka z pieprzem i czołganie się na twardych deskach. Cimoch wywarł ogromny wpływ na pozostałych. Ludność po prostu przestała się bać choroby, co spowodowało stworzenie systemu opieki nad cierpiącymi. Gdy epidemię udało się powstrzymać, Cimoch osiedlił się w drewnianej budce pod miastem. W środku ktoś umieścił w niej modrzewiową figurkę Chrystusa.

 

Przez kilka lat zbierał pieniądze na budowę kaplicy. Wraz z towarzysze, wędrownikiem Szczerbińskim, tułali się po świecie zbierając datki. Po powrocie miejsce obsadził topolami i zbudował parkan. Na kilka dni przed śmiercią po raz pierwszy i ostatni zachorował. Twierdził, że 150 lat to i tak wystarczająco dużo. W rzeczywistości był jednak nieco młodszy. Według danych urzędniczych było ok. 40 lat młodszy. Tak czy siak dożył imponującego wieku.

 

Po Cimochu zostały wspomnienia i kapliczka, przy której po wojnie założono budkę z piwem. Podobno nie ma było dnia bez ”ogonka”. Kolejki po trunek stały się normą. Każdy rolnik po powrocie z pola chciał bowiem ugasić pragnienie.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie wyobrażał sobie końca żniw na Podlasiu bez tego rytuału. Mowa tu o tzw. przepiórce. Na polu zostawiano garść zboża, a dwa końce kłosów związywano słomą . Przepiórkę wiązano najczęściej przy drodze, w miejscu dobrze widocznym, aby wszystkie przechodzące czy przejeżdżające osoby wiedziały, że na tym zagonie żniwa zostały zakończone.

 

Między poszczególnymi grupami żniwiarzy istniała swego rodzaju konkurencja, kto ładniej przystroi swoją przepiórkę. Przepiórkę starano się więc udekorować w odpowiedni sposób. Główną ozdobę stanowiły kwiaty, gałązki i owoce. Na koniec pozostawiano zwyczaj ”oborania”. Chwytano dziewczęta pod pachy i trzykrotnie ciągano je po ziemi wokół przepiórki. Panny ”orały” więc tylko nogami.

 

Ściernisko wokół przepiórki dokładnie oczyszczano, co miało zapobiec wzrostowi chwastów w zbożu w następnym roku. Gdzieniegdzie w czasie opielania wyrzucano jak najwyżej obcięte resztki słomy ze ścierniska. Miało to spowodować wyrośnięcie wysokiego zboża w przyszłym roku. Po ukończeniu pielenia, układano wokół przepiórki krąg lub rzadziej dwa kręgi z kamieni polnych. Starano się, aby liczba kamieni w kręgu była jak największa, ponieważ miało to wpływać na przyszłe zbiory – ile kamieni ułożono, tyle będzie kop żyta w przyszłych zbiorach.

 

 

Napis ten na stałe wpisał się w krajobraz centrum Białegostoku. ”X lat KPN” umiejscowiony na jednym z budynków na ul. M.C. Skłodowskiej to prawdopodobnie pierwsze graffiti w mieście. Chociaż cechuje się prostotą, ma swój wyjątkowy klimat.

Napis powstał z okazji dziesiątej rocznicę powstania KPN. Owy skrót oznacza Konfederację Polski Niepodległej.-partię polityczną założoną w 1979 roku. Nawiązywała ona do tradycji piłsudczykowskich. Jako pierwsze w tej części Europy posiadała antykomunistyczny charakter. Od początku swej działalności posługiwała się barwami biało-czerwonymi. Godłem KPN był Orzeł Biały w złotej koronie ze znakiem Polski Walczącej na piersi, a hasłem „Wolność i Niepodległość”. 

Napis na białostockim budynku trwa od ponad 30 lat. Każdy kto go zauważy, zwykle nie ma pojęcia, co autor miał na myśli. Przekaz był prosty i jasny. Miał na celu przypomnienie oraz zwrócenie uwagi mieszkańców na istnienie KPN.

Największy przedwojenny dom publiczny w Białymstoku istniał na ulicy Krakowskiej, z pozoru cichej i niepozornej. W budynku Hotelu Metropol swoje żądze zaspokajało setki mężczyzn. ”Ćmy nocne”, jak określano prostytutki, zawładnęły zmysłami, zarówno inteligentów, jak i zwykłych meneli.

 

Nad przybytkiem czuwała Chinka Ginzburg, wdowa po kupcu Szeftelu. Działał on z licznymi przerwami, które wynikały głównie z policyjnych interwencji. W następnych okresach istniały tam  kawiarnia, herbaciarnia a także gabinet ginekologiczny prowadzony przez Karola Ginzburga, dziedzica obiektu.

 

W hotelu Metropol działało coraz więcej młodocianych prostytutek . Grupą przewodziła 14-latka, która trudniła się fachem złodzieja.  Dane magistratu mówią, że w 1925 roku zarejestrowane były w mieście 233 ”córki Koryntu”. Tych zawodowych stwierdzono 84, a dorabiających – 149. Skąd te statystyki?

 

Otóż w powojennej Polsce prostytucja była legalna. Wszystko zmieniło się w czasach carskich. Pierwsze przybytki zamknięto w 1910, ale na szczęście dla klienteli szybko się odradzały. Prostytutki były nadzorowane przez komisje sanitarno – obyczajowe. Te, które uchylały się od rejestracji były ścigane przez specjalnych agentów. Zawodowe otrzymywały specjalne książeczki zdrowia.

 

 

Nad jeziorem Studzienicznym w Augustowie zlokalizowane jest znane w całym kraju Sanktuarium Maryjne. Prowadzi do niego grobla połączona z lądem. Okoliczna wieś o tej samej nazwie co jezioro, powstała w drugiej połowie XVIII w. i do dziś stanowi ważne miejsce odpustowe, zwłaszcza w Zielone Światki. Świętość tego miejsca wiąże się jeszcze z czasami pogańskimi.

 

Początki kultu maryjnego sięgają niezwykłych zdarzeń, które w chwili klęsk żywiołowych, uznane były za cudowne. Pobliska rzeczka zmieniała bowiem kierunek swego prądu, a na drzewie ukazała się Matka Boska. Pod koniec XIX w. wybudowano kaplicę w stylu neoklasycystycznym. Wewnątrz niej mieści się cudowny obraz Matki Bożej Studzieniczańskiej, ukoronowany złotem papieskim w 1995 roku.

 

Jest to XVIII-wieczna kopia dzieła z Częstochowy, a jej autor do dziś pozostaje nieznany. Za jego wstawiennictwem dokonało się wiele uzdrowień fizycznych i duchowych. 9 czerwca 1999 r. Sanktuarium odwiedził szczególny gość – papież Jan Paweł II. Do Studzienicznej przypłynął ON łodzią w dniu wolnym od apostolskiego trudu. Na cześć tego wydarzenia wybudowano pomnik, przedstawiający pielgrzyma z laską i różańcem. Umieszczono na nim pamiętne słowa: ” Byłem tu wiele razy, ale jako papież po raz pierwszy i chyba ostatni”.

Niepokojące zjawisko ma miejsce ostatnimi czasy w Hajnówce. Na ulicach coraz częściej znajdowane są martwe dorosłe ptaki. Jest ich tak dużo, że nieraz ciężko zrobić krok. Trawniki czy skwery pełne są nadgryzionych ciał. Czy mieszkańcy mają się czego obawiać?

 

Władze uspokajają. O epidemii ptasiej grypy nie ma mowy. Jej ostatnie ognisko wykryto bowiem zimą na Śląsku. Od tej pory nie wykryto przypadków zachorowań. Na ptasią grypę zapadają głównie łabędzie, kaczki czy dzikie gęsie. Przez Hajnówkę przebiega rzeka Leśna, nad którą bez trudu można spotkać te gatunki. Martwych przedstawicieli nad nią jednak nie stwierdzono.

 

Jak do tej pory nie odkryto przyczyny masowej śmierci ptaków. Podejrzewa się, że gdzieś w okolicy musi być źródło skażonej wody. Czy to prawda? Wiadomo tyle, że istną wyżerkę mają dzikie zwierzęta, czyli bezpańskie psy i koty. Trzeba też pilnować pupilów podczas spaceru. W każdej chwili do pyszczka może trafić ptasie skrzydełko.

Białystok w okresie międzywojennym nie był łatwym miejscem do życia. Miasto, prócz problemów z zaopatrzeniem borykało się również z problemem przestępczości. Najgorszy okazał się rok 1923. Wówczas to nastąpiła prawdziwa plaga włamań do mieszkań. Takich rabusiów określano jako szniferów.

 

Musieli mieć oni dobrą kondycję fizyczną. W końcu jakoś się wspiąć po krzywych ścianach budynków, gzymsach czy balkonach. Większość z nich wyglądała niepozornie, czasem wręcz nieporadni. Gdy jednak nadchodziła noc zmieniali się nie do poznania. Pewnym krokiem szli po swej łupy, poruszając się ze zwinnością pantery.

 

Nie raz mieli jednak ułatwione zadanie. Latem Białostoczanie zostawiali otwarte okna. Dla złodzieja stanowił wyraźny sygnał do akcji. Wewnątrz mieszkania sznifer musiał poruszać się bezszelestnie, co było nie lada wyzwaniem. Obudzenie domowników nie było mu w końcu na rękę.

 

Jako że szniferzy pracowali głównie w lato, ich pracę można określić jako sezonową. Na pokonanie okien mieli własne patenty. Wyposażeni byli w dłuto, diament do cięcia szkła, a także czyli fachową gumową uszczelka do usuwania fragmentów nadrysowanej szyby. Nazywano ją plastrem złodziejskim.

 

Rabusie ”wpadali” do mieszkań około 2, 3 nad ranem. Sen wtedy bowiem jest najtwardszy. Ich łupami padało wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Nie gardzili ubraniami, ale najcenniejszą zdobyczą była biżuteria i gotówką. Z szafek nocnych znikały nie raz całe majątki. 

Na Podlasiu pobito wiele rekordów Guinnessa. Pora przypomnieć jeden z nich. Owa próba nastąpiła w 2012 r. w Goniądzu nad rzeką Biebrzą i dotyczyła…ptaka.

 

Akcję zorganizował Klub Ptaków Polskich, skupiający rodziny o ptasich nazwiskach. Wraz z przyjaciółmi ułożyli sylwetkę orlika grubodziobego. W wydarzenie zaangażowało się w sumie ponad 2, 5 tys. osób przebranych w brązowe, białe i czarne koszulki

 

Miejsce oczywiście nie było przypadkowe. Biebrzański Park Narodowy to już ostatni bastion w Polsce, gdzie można zobaczyć orlika. W zabawie chodziło więc nie tyle o bicie rekordów, co o zwrócenie uwagi na jego ochronę. Ptak wymaga wilgotnych siedlisk, więc koniecznością jest dbanie o odpowiedni poziom wody, m.in. poprzez regularne koszenie łąk.

Na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego doszło do prawdziwej makabry. Takiego ataku wilków na taką skalę nie notowano na Suwalszczyźnie od lat. Drapieżniki poważnie przetrzebiły stado owiec pasące się w Jeglińcu na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego.

 

Śmierć poniosło blisko 20 zwierząt, a drugie tyle zostało rannych. Obecnie trwa szacowanie strat co nie będzie wcale łatwym zadaniem. Owce po ataku są bardzo nie ufne i nie pozwalają zbliżyć się na krok. Regionalna Dyrekcja Środowiska stara się jednak jak może aby spisać protokół niezbędny do wypłaty odszkodowania.

 

Właściciel stada nie może spać spokojnie. Istnieją bowiem obawy, że wilki powrócą. Wiedzą już przecież, gdzie znajdą swoje ofiary. Na razie nie wiadomo dlaczego doszło do ataku na tak dużą skalę. Uważa się, że jeśli zginie jeden rodzic młodego wilka, drugi idzie na łatwiznę w zdobywaniu pożywienia. Tak też mogło być i w tym przypadku. Obecnie na terenie Wigierskiego Parku Narodowego żyje około 20 wilków. Na terenach tych pojawiają się jednak inne watahy z dalszych stron.

Dekomunizacja trwa w najlepsze. Znikają nazwy ulic związane z okresem Polski Ludowej. W Bielsku Podlaskim zmiany idą jednak opornie.  Ulica 30 Lipca, która zdaniem IPN-u upamiętniała wyzwolenie Bielska Podlaskiego przez Armię Czerwoną nowej nazwy nie dostanie.

 

Większość jej mieszkańców jest przeciwna jakimkolwiek zmianom. Zdanie obywateli wzięto pod uwagę. Na sesji rady miasta odbyło się głosowanie  w tej sprawie. Argumentem za pozostawieniem starej nazwy było to, że 30 lipca zakończyła się w Bielsku Podlaskim okupacja niemiecka.

 

Burmistrz miał jednak inną wizję.  Jego zamysłem było nazwanie ulicy imieniem pierwszego burmistrza Bielska Podlaskiego Wojtkowskiego. To on przez dwa lata po odzyskaniu niepodległości, po pierwszej wojnie światowej sprawował ten urząd. Tę nazwę proponowało również Towarzystwo Ziemi Bielskiej, ale przepadła ona w głosowaniu radnych. Czy stara nazwa zostanie zaakceptowana przez IPN?

Nad rzeką Rospuda przepływającą przez Puszczę Augustowską odnajdziemy owiane tajemnicą ”święte miejsce”. Jego sława sięga jeszcze czasów pogańskich. Ze wzgórza porośniętego lasem iglastym wypływa źródełko o magicznych właściwościach. Na tle świerków nie sposób nie zauważyć drewnianych i kamiennych krzyży. Jeden z nich jest wyraźnie nadpalony, a w miejscu spękań wetknięto monety.

 

Początki ”świętego miejsca” wiążą się z objawieniem świętego Jana. W pewien wiosenny dzień ukazał się on staruszce gdy ta przyprowadziła krowy na łąkę. Cała okolica rozbłysła a wielki dąb runął na ziemię. Wystraszona uciekła i opowiedziała o wszystkim proboszczowi. Wraz z innymi mieszkańcami udali się wszyscy razem z powrotem na polanę. Tam odnaleziono drewnianą figurkę świętego. Z obalonego dębu zrobiono krzyż, który stał się przedmiotem kultu.

 

Od tej pory na dzień św. Jana z odległych zakątków przybywały głównie osoby cierpiące i schorowane. Woda w strumyku miała również zapobiegać przyszłym nieszczęściom. Dzieci kąpały się w rzece a potem zostawiały w niej koszule. Choroba odpływała razem z wodą. Z kolei osoby skarżące się na ból gardła obwiązywali do dolnej krzyża umoczoną chustę. W ten sposób dosłownie zostawiali chorobę.

 

Za carskiego panowania również miało miejsce nietypowe wydarzenie. W miejscowości Kuriany, położonej w sąsiedztwie polany, mieszkał Rosjanin. Zawsze gdy przechodził obok krzyży doznawał ataku szału. Raz nie wytrzymał, nakazując swym pracownikom ściąć je i wyrzucić do rzeki. Te jednak nie chciały płynąć z prądem. Wyglądało to jakby magicznie były połączone z ziemią. Krzyże nadal trzymały się świętego miejsca, więc Rosjanin musiał porzucić swe zamiary na zawsze.

Chaim Sofer założył swą fabrykę czekolady w 1905 r. Nazywany białostockim Wedlem szybko zdobył uznanie wśród lokalnych łasuchów. Przez wiele lat jego lokal znajdujący się na ulicy Sosnowej funkcjonował jako ”Wiedeński”. Firma mogła sobie pozwolić na liczne reklamy w prasie, w których to zapewniano o jakości, świeżości i niskich cenach słodyczy, takich jak karmelki czy chałwa.

 

Największy ruch panował tradycyjnie przed świętami. Na ten okres Chaim Sofer przygotowywał specjalną ofertę. Sprzedawano jaja, zające, kurczątka i baranki czekoladowe. Nie każdego było jednak stać na taki wydatek. W mieście powstał więc czarny rynek. Ktoś w mieście puścił plotkę, że rarytasy z ulicy zawierają truciznę. Cóż…Każdy chciał mieć dla siebie jak największy kawałek…tortu.

 

Centrum miasta pełne było krzykliwych handlarzy. “Paluszki czekoladoweeee! Reklamoweeee! Trzy sztuki za 10 groszyyy!”. Takie o to wołania budziły mieszkańców lokalnych kamienic. Uliczne słodycze najczęściej stanowiły wytwór podziemnych fabryk. Jedna z nich działała na obecnej ulicy Malmeda. Jej właściciel, nijaki Hirsz Ejger ”Czekoladnik” trafił do więzienia. Wcześniej wzbogacił się o niemałą sumkę. Kusił niską ceną i podrabiał etykiety znanych firm. Proste i genialne. Do czasu.

Historia produkcji miodów pitnych na obszarze woj. podlaskiego sięga XIV wieku, kiedy to kronikarz województwa napisał: ”Bielsku karczm miodowych 5, w Narwi karczm miodowych 2, w miasteczku Kleszczele karczm miodowych i piwnych 32”. Miód pitny podlaski wytwarzany jest według tradycyjnych receptur i metod produkcji, co gwarantuje pełną naturalność wyrobu i niezmienny od wieków smak oraz dobroczynne działanie dla ducha i ciała.

 

Podstawowym składnikiem miodu pitnego podlaskiego jest miód pszczeli naturalny oraz soki owocowe, pochodzące z własnej pasieki i certyfikowanych ekologicznych upraw sadowniczych zlokalizowanych w gospodarstwie w miejscu produkcji. To klarowny, słodki napój alkoholowy, wyróżniający się charakterystycznym miodowym aromatem i smakiem, z ewentualnym dodatkiem przypraw ziołowo-korzennych, soków owocowych lub chmielu.

 

Przybiera barwę od złocistej do bursztynowo-rubinowej. Co ważne, zawartość alkoholu waha się od 9% do 18%. Fermentacja trwa ok. czterech tygodni, a leżakowanie od roku do kilku lat. Gdy miód pity stanie się w pełni klarowny i gdy osiągnie wymagane cechy organoleptyczne, jest rozlewany do butelek szklanych lub ceramicznych.

Wcale nie trzeba jechać nad morze aby zobaczyć wydmy. Wystarczy udać się do powiatu zambrowskiego, w okolice wsi Grądów – Woniecko. Wędrujące wydmy stanowią cenny zabytek archeologiczny. Pozostawił je wycofujący się lądolód.

 

Wydmy były zasiedlane przez już w epoce kamienia. Ślady po przodkach odnajdziemy do dziś.  W piasku dostrzeżemy kręgi po paleniskach, ale także części ceramicznych naczyń i niewielkich narzędzi z krzemienia. Najstarsze z nich pochodzą z epoki mezolitu, a znaczy to, że powstały około 8 – 5 tys. lat p.n.e. Odnaleziono ponadto pozostałości po późniejszym osadnictwie, przypadającym na okres kultury łużyckiej, czyli wczesnej epoki żelaza.

 

Charakterystycznym elementem krajobrazu nadrzecznych wydm są różne gatunki traw, które niwelują małą stabilność podłoża. Ekosystem wydm jest jednak zagrożony przez różnego rodzaju zaburzenia. Regeneracja uszkodzonej czy zadeptywanej roślinności jest niezwykle powolna.

Piernik to twarde, ciemnobrązowe ciasto, w którego skład wchodzi m.in. mieszanka mąki pszennej i żytniej, jaja, karmelizowany cukier, miód oraz przede wszystkim przyprawy korzenne, jak pieprz. Nazwa wywodzi się wiec od staropolskiego słowa ”pierny”, czyli pieprzny. Zazwyczaj kojarzą się nam z Toruniem, ale Podlasie też może mieć swoje własne i to w stylu eko.

 

Wytwarzane byłyby z popularnej ostatnimi czasy mąki żołędziowej, która już jest produktem regionalnym. Można ją przygotować w domowym zaciszu. Cały proces trwa tylko pół godziny więc raczej nie spędzimy całego wieczoru w kuchni. Najpierw żołędzie należy jednak moczyć kilka godzin w ciepłej wodzie. Potem trzeba pozbyć się garbników. Wówczas żołędzie przestaną być gorzkie. Dopiero wtedy przystępujemy do suszenia. Po nim oddzielamy skorupkę i prażymy wnętrze żołędzi. Gdzie to zrobimy zależy już od nas samych – na patelni lub w piecu . Pozostało tylko wszystko doprawić.

 

Do tej pory pierniczki żołędziowe często gościły na okolicznościowych stołach. Wykorzystywano je również jako ozdobę świątecznych choinek. Czy pierniczki z mąki żołędziowej mają szansę stać się regionalnym przysmakiem?

Przeszukując czeluście internetów natrafiamy często na próby bicia rekordów Guinnessa przez mieszkańców Podlasia. Jedna z nich miała miejsce 2 lata temu. Konkurencja brzmiała następująco: ”Największy obszar łąki skoszony zestawem 3 kosiarek dyskowych w 8 godzin”.

 

Białostocki producent kosiarek przygotowywał się do próby przez miesiące. Przede wszystkim trzeba było spełnić warunki nałożone przez kapitułę i odszukać łąkę o powierzchni około 140 ha w jednym kawałku.  Odnalazła się ona na terenach łąk torfowych w Goślubiu, a więc w województwie łódzkim. Trochę daleko od Podlasia ale cóż…

 

Na kwadrans przed regulaminowym zakończeniem czasu ze względu na bardzo dużą nierówność terenu ciągnik ”zaliczył dziurę”  pikując kosiarką głęboko w ziemię. Po błyskawicznej reakcji naszych serwisantów listwa została oczyszczona z ziemi i trawy, po czym maszyna ruszyła do dalszej pracy. Ostatecznie doczekano happy end. Maszyny pobiła rekord dzięki czemu pewnie jej sprzedaż znacząco wzrosła

W międzywojennym Białymstoku żaden mężczyzna nie miał problemu ze znalezieniem domów rozkoszy. Wystarczyło spytać dorożkarza, recepcjonistę czy nawet bufetową, aby otrzymać konkretne namiary. Większość przybytków zlokalizowana była w najuboższej dzielnicy, Chanajkach.

 

Duża przestępczość okolicy nikomu nie przeszkadzała. Policja i urząd sanitarny co rusz zamykały rozpustne lokale, ale po kilku tygodniach powstawały nowe. Sutenerzy znaleźli również sposób na obławy. Gejszom, gdyż nazywała ich lokalna prasa, załatwiano legalne zameldowanie, więc mogły przyjmować kogo tylko chciały.

 

Jedną z najbardziej znanych gejsz w Białymstoku była nijaka Dejla Jewrejska, znana ze swego ognistego temperamentu. Panowie w wyniku intymnych spotkań oprócz pieniędzy tracili również zdrowie. Upodobała sobie również plakaty filmowe z kina Modern. Wieszała je w swym pokoju, aby klienci mieli porównanie, że obcują z naprawdę piękną kobieta, która niczym nie różni się od gwiazd z ekranu. Pracownicy kina myśleli zaś wcześniej, że fotosy kradnie im konkurencja. Jakież musiało być ich zdziwienie.

 

Gejszą nie zostawało się ze zwykłej zachcianki. Nieraz była to jedyna szansa na zarobek. Zerwanie z procederem natomiast było trudniejsze niż się wydaje. Przekonała się o tym Sara Siedlecka, która poślubiła, na pozór wspaniałego Berela Robotnika. Teściowa, niedługo po ślubie młodych zapragnęła otworzyć spelunkę. Sara zaś musiała spełniać wszystkie zachcianki gości. Gdy się nie godziła była dotkliwie bita przez kochaną teściową i swego męża. Dziewczyna nie wyobrażała sobie takiego dalszego życia i postanowiła opuścić miasto na zawsze.

Cerkiewne dzwonienie jest ginącą na ziemiach polskich tradycją, polegającą na tworzeniu kompozycji wygrywanych na tych instrumentach. Aby ocalić zjawisko od czarnego scenariusza Muzeum Ikon w Supraślu Międzynarodowy Festiwal Cerkiewnego Dzwonienia “Obwieszcza, wychwala, nawołuje”.

 

W prawosławnej tradycji dźwięk z dzwonu wydobywa się poruszając jego sercem. Dzwonnik pociąga za sznury, ale to już od siły i precyzji uderzenia zależy brzmienie. W prawosławiu dzwony wzywają na nabożeństwa, brzmią zależnie od okresu liturgicznego: na Wielkanoc radośnie, a w Wielkim Poście spokojnie.

 

Dzwonienie to sztuka, w której liczy się nie tylko umiejętność skomponowania melodii, ale i zdolności manualne.  W ciągu 15-u minut zawodnicy mają szansę zaprezentować swe zdolności. Niektórzy chronią słuch nausznikami, innym wystarcza wata w uchu. Festiwal odbywa się co dwa lata. Organizatorzy dbają bowiem o zachowanie wysokiego poziomu i atrakcyjności festiwalu, aby po prostu się nie znudził.

 

 

W okresie PRL-u 22 lipca był najważniejszym dniem w kalendarzu. Dla przeciętnego człowieka to tylko jeden z nielicznych dni wolnych. Rocznicę ogłoszenia w 1944 roku Manifestu Lubelskiego PKWN uważano za Narodowe Święto Odrodzenia Polski. Z tego powodu jego nazwę nadawano zakładom pracy i ulicom. Tak też było i w Białymstoku.

 

30 maja 1947 r. rada narodowa tak właśnie przekształciła ulicę” Św. Rocha. Według nich poprzednia nazwa nie miała żadnego związku z rzeczywistością. Kościoła więc nie zauważyli…Do starej nazwy na szczęście wrócono po zmianie ustroju. 

 

Dla Kowalskiego data ta kojarzyła się głównie z lepszym niż w inne dni zaopatrzeniem sklepów. Na kiermaszach pojawiały się bowiem takie towary deficytowe jak…papier toaletowy. Najlepszym robotnikom nadawano medale, lecz otrzymywali też talony i przydziały na dobra określane jako luksusowe.

 

Rok obrzędowy na Podlasiu wyznaczony był na przełomie XIX i XX w. wyznaczony przez kalendarz liturgiczny. Wiele zwyczajów na pewno znacie, ale jeśli nie mieszkacie na wsi, o niektórych raczej nie słyszeliście. Tak być może z dniem świętej Tekli.

 

Czci się ją 23 września, kiedy to należy rozpocząć kopanie ziemniaków. Czasu rolnicy mają niemało, bo aż do 15 października. Do dziś w małych miejscowościach można usłyszeć powiedzenie ” W dzień świętej Tekli, ziemniaki będziem jedli”. Czy wcześniejsze wykopki mogły przynieść pecha. Należy w to wątpić, ale tradycja musiała być podtrzymana. 

 

Kim była św. Tekla? Wyznawcy prawosławia uważają ją za pierwszą męczennicę. Wiążą się z nią liczne niezwykłe opowieści. Wielokrotnie cudem unikała śmierci. Miała zostać spalona na stosie za zerwanie zaręczyn, lecz egzekucję przerwał deszcz. W Rzymie natomiast, rzucona na pożarcie lwom, wyszła z opresji bez szwanku. Zwierzęta bowiem nie były głodne. Uciekając przed cesarskimi  prześladowcami, natrafiła na wielki blok skalny. Dzięki modlitwom ten się rozstąpił, tworząc wąwóz. 

Tak, to nie żaden fake news. Afrykański pomór świń nadal szaleje na Podlasiu. Przenoszona przez białoruskie dziki zaraza spędza sen z powiek podlaskim gospodarzom. Lokalni działacze wystosowali wcześniej pismo do pani premier Beaty Szydło w celu utworzenia specjalnej grupy do walk z dzikami. 

 

Teraz pojawiła się propozycja użycia Wojsk Obrony Terytorialnej. W końcu chrzest bojowy nowych oddziałów utworzonych przez Antoniego Macierewicza musi kiedyś nastąpić. Ich zadaniem miałby być odstrzał dzików. W niektórych miejscach konieczny jest nawet całkowite usunięcie populacji tych zwierząt. Aż przypominają się słowa piosenki z dzieciństwa ”Dzik jest dziki, dzik jest zły”. 

 

Na razie wszyscy oczekują na decyzję Ministra Obrony Narodowej. Rolnicy i nie tylko twierdzą, że innego wyjścia po prostu nie ma. Nie chcą już dłużej być zdania na pastwę losu. Dziki nie są bowiem ”świętymi krowami”.

Czarna Hańcza to malownicza rzeka przepływająca przez Suwalszczyznę. W zeszłym roku zdobyła w prestiżowym konkursie miano rzeki roku. Skąd się wzięła jej nazwa?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z plemieniem Mazowszan. Nad brzegiem rzeki toczono niezwykle zacięte boje.  Krew mogłaby wypełnić do pełna jego koryta. Armia litewska popadła w tarapaty. Jeden po drugim padał od celnych strzałów z łuku. Wielki Książę Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Oznaczają one ”dosyć tutaj”.

 

Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze”powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Ci trochę je zniekształcili przez swój nieco twardszy język. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia.

 

W międzywojennej Polsce odskocznią od szarej codzienności były używki, w tym narkotyki. Najwięcej ich miłośników było rzecz jasna w Warszawie. Kokainę i morfinę kupowali głównie artyści, ale także arystokraci i wojskowi. Również w Białymstoku chętnych nie brakowało. Z tego też powodu w 1922 r. wprowadzono zakaz sprzedaży owych specyfików bez recepty. Spowodowało to powstanie czarnego rynku. Za gram kokainy trzeba było zapłacić 10 zł.

 

Pojawiły się również próby fałszowania recept. Liczna uzależnionych lawinowo rosła. 3 lata przed II Wojną Światową w mieście wybuchła afera. Naczelny Lekarz Ubezpieczalni Społecznej wypisywał według śledczych recepty na lewo i prawo. Okazało się, że on i jego sekretarka, która realizowała recepty byli narkomanami.

 

Z kolei właściciel apteki w Wasilkowie prowadził w domowym zaciszu własną wytwórnię używek. W nielegalnym laboratorium odnaleziono głównie środki odurzające i przeciwbólowe. Chociaż postawiono mu wiele zarzutów, m.in. za dilerkę, skończyło się grzywną w wysokości 500 zł za…brak księgi rozchodów.

 

Popyt na narkotyki nie mógł uciec uwadze przemytnikom. Farmaceutyki sprowadzano głównie z Niemiec. Jednym z punktów składu była Łomża. Tam na czele kontrabandy stał właściciel składu aptecznego. W czasie nalotu na jego mieszkanie odkryto ogromną ilość środków nasennych i torebek kokainy. W gotówce miał ponad 200 tys. zł.

Ulica Grunwaldzka w Białymstoku uformowała się na przełomie XVIII i XIX wieku, czyli w tym samym czasie co sąsiadująca z nią dzielnica biedy – Chanajki. Nie mieszkali w niej jednak sami Żydzi, a skład narodowościowy był bardzo zróżnicowany.

 

Wcześniej nazywała się Kaflową, prawdopodobnie od powstałej w 1847 r. fabryki kafli Jana Kucharskiego. W swej ofercie, jeśli wierzyć dawnym ogłoszeniom, miał również stawienie pieców i kominków. Firma ta prężnie się rozwijała, ale wszystko zniweczył wybuch wojny. Po zakończeniu konfliktu synowie Jana doprowadzili przedsiębiorstwo do rozkwitu.

 

Zajęcie w fabryce znalazło ponad 80 osób, a produkty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem w całym kraju. Kucharscy dbali o swoich pracowników. Utworzyli chociażby świetlicę, w której to organizowano warsztaty i przedstawienia teatralne. Powstał również żłobek, przedszkole, biblioteka i łaźnia.

 

Oprócz kaflarni na Grunwaldzkiej działały również inne przedsiębiorstwa. Odnaleźć tam można było fabrykę sukna, gwoździ, a także tkalnię. Nie brakowało lokali usługowych. Dzięki masarni czy sklepie z alkoholem ulica tętniła życiem. Nie każdemu jednak wiodło się dobrze. Piękne domy przeplatały się z zaniedbanymi czynszówkami, w których to mieszkali też złodzieje.

W Białymstoku spośród tysięcy budynków, ten zasługuje na szczególnie uznanie. Jest bowiem jedyny w mieście. Na dom z gliny i słomy zdecydowała się 3 lata temu jedna rodzina.

 

Na budowie oczywiście cegieł musiało zabraknąć. Bez piasku jednak ani rusz. Potrzebny był on w ilości 9 ton. Do tego 3 razy mniej gliny, sprasowana słoma i można było działać. Naturalne zdrowe materiały stanowią gwarancję ciepła. Zapomnieć można o przykrościach związanych z wilgocią i grzybami, gdyż ściany doskonale przepuszczają powietrze. Całkowity koszt budowy jest ponad 2 razy mniejszy niż przy standardowych budowach.

 

Ekonomia jednak nie przemawia do innych ludzi. Największe obawy wzbudza kwestia łatwopalności słomy. Tak naprawdę w postaci skompresowanej nie powoduje większego zagrożenia. Zachowuje się bowiem jak drewno klejone. Bez stałego źródła ognia sama się wygasza.

 

 

Jednym z najpopularniejszych kierunków obieranych przez białostockich urlopowiczów w latach 30. była Gdynia. Eskapady do portu były organizowane przez lokalny oddział Orbisu, mieszczący się wówczas na ulicy Sienkiewicza. Swoją cegiełkę dokładały również władze PKP.

 

To dzięki nim można było się przejechać pociągami dancing-bridge, które zapewniały, jak sama nazwa wskazuje, liczne rozrywki nie konieczne związane z samą turystyką. Oferta przez kilka miesięcy była reklamowana w lokalnych mediach. Klientów wabiono orkiestrą i obietnicą taniego bufetu z barem. Na dziewiczą przejażdżkę zgłosiło się ponad 400 chętnych. Konieczne było dostawienie dodatkowych dwóch wagonów. Ile kosztowały uciechy? Koszt przejazdu II klasą wynosił 31 zł, a III – 20,50 zł. Jak na tamte czasy, ceny nie należały do wywindowanych.

 

Pierwszy kurs ruszył przez Warszawę do Gdyni 3 czerwca 1933 r. Wraz z ruszeniem lokomotywy rozpoczęła się prawdziwa impreza. Śmiechom nie było końca. Cytując Mickiewicza były tam ”tańce, hulanki, swawola”. Po kilkudniowym zwiedzaniu atrakcji portu rozbawione towarzystwo wróciło do stolicy Podlasia 6 czerwca.

 

Rok później zorganizowano kolejną edycję pociągu-śmiechu. Tym razem bilety można było nabyć także na białostockim dworcu. W dodatku do pociągu miał być dołączony ekskluzywny wagon restauracyjny z  potrawami w bardzo korzystnych cenach. Kieliszek wódki miał kosztować 30 gr, zaś kanapka – 15. Impreza w pociągu nie była jednak tak udana jak sprzed roku.  Podczas trwania wycieczki nadeszła wiadomość o śmiertelnym zamachu w Warszawie na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Powaga w takiej chwili była koniecznością.

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nałożyło na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies. Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez podlaskie.tv, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW. Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono AAOO.pl Kamil Gopaniuk z siedzibą w Białymstoku, 15-875 Białystok, ul. Kalinowskiego 8/51 Cele przetwarzania danych 1.profilowanie i cele analityczne 2.świadczenie usług drogą elektroniczną 3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań 4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach 5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług Podstawy przetwarzania danych 1.profilowanie oraz cele analityczne – zgoda 2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi 3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych Odbiorcy danych Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa. Prawa osoby, której dane dotyczą Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą. Informacje dodatkowe Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności" Polityka prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close