Home / Posts Tagged "ID03"


W dawnym Białymstoku była taka dzielnica, którą można porównać do Nowojorskiej Tribeci. Ta w USA od zawsze aż do dziś była bardzo prestiżowa. Nasza białostocka niestety obecnie nie zachwyca i to jest delikatnie powiedziane. Przed II Wojną Światową była kompletnym przeciwieństwem dzielnicy Chanajki. Na ul. Aleksandrowskiej, a później Pierackiego mieszkali prawnicy, lekarze czy kupcy. Nie brakowało też fabrykantów, którzy woleli Białystok od Łodzi tworząc u nas Manchester Północy. Przyjezdni osiadali się także rejonach Aleksandrowskiej. Generalnie mieszkali tam tylko zamożni. Także tam znajdowała się większość placówek związanych z organami ścigania, stąd też było tam względnie bezpiecznie. Nawet prostytutki nie chciały się tam zapuszczać, gdyż w luksusowej dzielnicy brakowało lokali rozrywkowych czy hoteli.

 

Dzisiaj te miejsce to ul. Warszawska – gdzie mamy popularny klub, restauracje, puby, pizzerię, a także wiele sklepów. Z dawnych czasów zachowało się bardzo wiele zabytków. Pamiątką po dawnej ekskluzywnej dzielnicy Białegostoku jest chociażby Pałac Tryllingów (dzięki obojętności obecnego prezydenta – niszczejącą). W 1871 roku Elżbieta Pilcicka za 2600 rubli sprzedała parcelę, dom murowany, oficynę, stajnię i chlew przy małżeństwu Rozalii i Izraela Bulkowsteinów. To za ich sprawą na działce powstał przepiękny budynek. Pierwsze lata Bulkowsteinowie wynajmowali posiadłość różnym lokatorom.

 

 

W Białymstoku najbogatszymi fabrykantami była rodzina Tryllingów. Mieli tkalnię przy ul. Nowy Świat oraz fabrykę sukna przy ul. Lipowej. Tym drugim zakładem zarządzał Chaim Abram Trylling – syn Izraela. Pod koniec XIX wieku córka małżeństwa Bulkowsteinów – Helena wyszła za mąż za Chaima Tryllinga. Świeżo upieczony małżonek od swoich teściów odkupił posiadłość przy Aleksandrowskiej za 1500 rubli oraz w zamian za uregulowanie długów posiadłości. W miejsce starych budynków zaczął wznosić cudo, które stoi do dziś – przepiękny pałacyk. Niestety Pan młody jeszcze w czasie budowy rezydencji zmarł. Spadkobierczynią została oczywiście Helena oraz jej syn Anatol. Posiadłość była obciążona kolejnymi długami z tytułu niezapłaconych podatków. Helena już w międzywojniu przebywała często w Berlinie. Syn zaś postanowił posiadłość spieniężyć. Okazały pałacyk trafił w ręce Jana Lgockiego – wysokiego urzędnika państwowego oraz Feliksa Serwantowicza. Po II Wojnie Światowej budynek przeszedł na własność Skarbu Państwa.

 

Dziś przy ul. Warszawskiej oprócz niszczejącego Pałacu Tryllingów przy Warszawskiej znajdują się kamienice, dawny Szpital Żydowski, Pałacyk Cytronów (siedziba Muzeum Historycznego), kościół ewangelicko-augsburski (dziś kościół katolicki św. Wojeciecha) i wiele innych zabytków. Aż dziw bierze dlaczego ulica ta jest obecnie tak niespójna architektonicznie oraz tak zaniedbana. Gdyby prezydentowi zależało – Warszawska byłaby dziś miejscem niezwykłym i atrakcyjnym. A tak mamy okropny misz-masz. Już nie wspominając o wielu zapuszczonych budynkach.

 

fotografie ze zbiorów Jana Murawiejskiego

Przed nami rok wyborczy. Niestety nie wszystkie głosy da się załatwić pieniędzmi z 500 plus. Istnieje bowiem taka grupa, która ma pieniądze, bo przez lata otrzymała potężne sumy z dotacji unijnych. To rolnicy. Dlatego jeżeli rządzący chcą coś ugrać na wsi, to w inny sposób. W jaki? Wybijając dziki. Praktycznie wszystkie jakie są. Skalą przedsięwzięcia są nawet zszokowani myśliwi, którzy zabijać będą zwierzęta. Mają strzelać nawet do loch będących w ciąży! Mimo, że naukowcy alarmują, że to nie ma żadnego sensu. Owszem jest – dziki znikną z oczu rolników, a oni wtedy zagłosują na rządzących. Skalą przedsięwzięcia są nawet zszokowani myśliwi, którzy zabijać będą zwierzęta. Mają strzelać nawet do loch będących w ciąży!

Dlaczego dziki przeszkadzają rolnikom?

Odpowiedź jest bardzo prosta – dziki niszczą uprawy. Locha by w spokoju wychować młode uwija sobie miejsce gdzieś ukryte w polu właśnie ryjąc przy okazji. Drugim problemem jest wirus ASF, który nie jest żadnym zagrożeniem dla człowieka, ale dla świni owszem. Stąd też producenci trzody chlewnej ponoszą gigantyczne straty. Przyjmuje się, że nosicielami tegoż wirusa są dziki. 

Dlaczego masakra dzików nie ma sensu?

Przede wszystkim w walce z ASF nic nie poskutkuje wybicie dzików. Wirus występuje na terenach w pobliżu z Białorusią, Ukrainą oraz Obwodem Kaliningradzkim. Oznacza to, że nawet po wybiciu wszystkich dzików w Polsce – te będą migrować dalej. Nie bez powodu były minister rolnictwa chciał stawiać siatki ochronne na granicy. Abstrahując od absurdalności tego rozwiązania, to jego myślenie było słuszne – nie o wybijanie tu chodzi lecz o powstrzymanie migracji zwierząt ze wschodu. Ponadto naukowcy podnoszą, że masowe wybijanie dzików spowoduje, że przestraszone dziki zaczną jeszcze bardziej migrować rozprzestrzeniając wirusa ASF.

 

ASF rozprzestrzeniany jest także przez rolników – np poprzez buty czy odzież. Jeżeli myśliwi wkroczą do lasów – to oni i ich psy będą kolejnym osobami, które rozprzestrzeniają wirusa. Zamiast tego w w ramach walki z ASF należałoby utworzyć kordon sanitarny.

Po co są dziki?

Dzik to bardzo pożyteczne zwierzę. Ryjąc glebę jednocześnie spulchniają ją i mieszają ze ściółką. Ponadto żywią się larwami i owadami, które zagrażają drzewom. Żywią się też chorymi ssakami i ptakami ograniczając rozprzestrzenianie się innych chorób. Dlatego też wybijając je rządzący poczynią głębokie szkody w naturze. Tylko po to by przed wyborami zrobić dobrze rolnikom.

Czy interes rolników i mieszkańców się nie liczy?

Zarówno w tej spawie jak i w wielu innych gdzie mieszkańcy wsi koegzystują ze środowiskiem naturalnym zawsze powstają konflikty. W ostatnich latach na przykład mieliśmy do czynienia na przykład z wycinką bardzo starych drzew na rzecz bezpieczeństwa lub inwestycji, budowa asfaltowej drogi w puszczy, zagryzanie krów przez wilki oraz wirus ASF właśnie. Sam fakt że Ministerstwo Ochrony Środowiska zmieniło nazwę na Ministerstwo Środowiska już o czymś świadczy. Ponadto warto się zastanowić czy za środowisko i rolnictwo nie powinna odpowiadać jeden a nie dwaj ministrowie. Wtedy zawsze należałoby poszukiwać kompromisu. A ten we wszystkich problemach na styku rolnictwa i ochrony przyrody jest zawsze potrzebny. Wszelka ingerencja w naturę powinna być minimalna jak tylko się da. Tylko wyjątkowe okoliczności powinny sprawiać, że będziemy w nią ingerować. Z drugiej strony nie należy zwyczajnie dziadować. Najczęściej zbyt mocna i krzywdząca ingerencja w naturę wynika z chęci przeprowadzenia jakiejś inwestycji tanio. Lepiej jednak zrobić coś drożej, lecz w taki sposób, by straty dla środowiska były minimalne.

W Polsce religia prawosławna w zdecydowanej większości dominuje na Podlasiu. Nie jest to raczej nic odkrywczego. Według różnych źródeł w Polsce jest od 0,5 do 1 mln wiernych. Mało kto wie, że prawosławie na ziemiach Polskich obecne jest od tysiąca lat. A dokładnie od 988 roku, kiedy miała miejsce chrystianizacji Rusi. Dlaczego prawosławni są akurat na Podlasiu i jaka jest ich tożsamość? Odpowiedź znajdziecie w tym artykule. Odpowiedź na to pierwsze pytanie znajduje się w historii. Na to drugie w tożsamości narodowej.

Dlaczego akurat na Podlasiu?

Zacznijmy od cofnięcia się do czasu, gdy Polska odzyskała niepodległość i miała inne granice niż obecnie. W 1931 roku przeprowadzono spis ludności. Poniżej mapa (po lewej), na której możemy zobaczyć jakie deklaracje narodowościowe przekazywali ówcześni mieszkańcy. Tereny dzisiejszego województwa podlaskiego – jak widać były mieszanką ludności polskiej, polsko-białoruskiej, białoruskiej, zaś lubelskie i podkarpackie ludności ukraińskiej. Natomiast mapa po prawej pokazuje, gdzie zamieszkują obecnie osoby prawosławne w ostatnich latach.

 

Mapa pokazuje, że religia prawosławna nierozerwalnie łączy się z narodowościami białoruską oraz ukraińską. Czy istnieją też prawosławni Polacy (Polacy w sensie tożsamości narodowej, nie obywatelskim)? Odpowiedź na to pytanie za chwilę ponieważ łączy się z drugim pytaniem, które zadaliśmy pytając o współczesne prawosławie w Polsce. Jak widać w porównaniu pierwszej mapy z drugą – na południu Polski byli Ukraińcy, zaś obecnie nie ma tam osób prawosławnych. Ma to związek z komunistyczną, wojskową akcją “Wisła” w latach 1947-1950, która polegała na wypędzeniu i rozproszeniu praktycznie całej ludności ukraińskiej z zamieszkiwanych terenów w ramach walki z Ukraińską Powstańczą Armią oraz Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, które dążyły do oderwania od Polski części jej południowych terenów. Podczas akcji polskich komunistów nie miały znaczenia fakty czy dany Ukrainiec sympatyzuje z Polską, Ukrainą czy jest obojętny. Nie miał też znaczenia fakt jakie obywatelstwo dana osoba posiada. Dlatego też jednym z czynników decydujących o nakazie wyjazdu był fakt bycia prawosławnym. Akcja “Wisła” została potępiona wielokrotnie przez współczesnych polityków. Jednak jej skutek był nieodwracalny. Stąd też prawosławni zostali jedynie na Podlasiu.

Kim są prawosławni?

Teraz możemy odpowiedzieć kim jest współczesny prawosławny. Wyznawcy tej religii przede wszystkim mają obywatelstwo Polskie. Pytając jednak kim są prawosławni mamy na myśli ich tożsamość narodową. Trzonem tej grupy są etniczni Białorusini, którzy oczywiście posiadają obywatelstwo polskie, jednak identyfikują się jako Białorusini. Jedni należą do grupy opierającej się o obecną Republikę Białoruś (związaną z Rosją) oraz sceptyczną w sprawie jakiejkolwiek ingerencji w wewnętrzne sprawy Białorusi. Druga grupa zaś opiera swój fundament o brak suwerenności państwa białoruskiego oraz wsparcie do takowego poprzez podtrzymywanie języka białoruskiego (który na Białorusi wymiera) oraz historii czy kultury. Osoby te albo nie czują się obywatelami Republiki Białorusi lecz w pełni Polakami, zaś ich ojczyzna to Polska lub wręcz przeciwnie – czują się obywatelami Republiki Białorusi lecz stoją w opozycji do Aleksandra Łukaszenki i braku suwerenności Białorusi. Trzecia grupa to “prawosławni Polacy” – tu również nie ma znaczenia obywatelstwo polskie lecz identyfikacja tożsamości narodowej. Są to osoby, które nie tylko czują się w pełni Polakami a ich ojczyzna to Polska. Dodatkowo osoby te nie mają nic wspólnego z kulturą Białorusi.

 

Na Podlasiu oprócz katolików, prawosławnych mieszkają także polscy muzułmanie czyli Tatarzy. Przed II Wojną Światową mieszkańcy całego regionu w większości byli Żydami. 

Dzisiejszy kościół św. Rocha ma nie tylko niesamowity i unikalny wygląd, ma też wyjątkową historię powstania. Na projekt doniosłego budynku u zbiegu Krakowskiej, Lipowej, Św. Rocha, Abramowicza oraz Dąbrowskiego wpłynęła historia kościoła będącego dzisiaj katedrą. Jak zapewne wiele osób wie – dzisiejsza neogotycka bazylika miała być tylko dobudówką do małego kościółka, choć sądząc po rozmiarach może się wydawać zupełnie odwrotnie. Pierwotnie jednak Fara miała stanąć na wzgórzu św. Rocha. Przez zakaz “dobudowano” ją właśnie do jedynego kościoła w mieście.

Zanim powstał kościół

W 1749 roku Białystok dzięki staraniom Jana Klemensa Branickiego uzyskał przywilej miejski. Dokument potwierdził stan faktyczny, gdyż od co najmniej od 50 lat Białystok miał miejski charakter. Przez gród nad rzeką Białą przewinęła się niesamowita ilość osób różnych narodowości, kultur i wyznań. Wiele tu osób osiadało na dłużej, a także umierało. Z tego też względu w okolicach granic miasta (dziś centrum) było aż 5 cmentarzy! Dwa katolickie, dwa żydowskie, prawosławny i ewangelicki. Jeden katolicki zorganizowany był wokół jedynej parafii w mieście – przy dzisiejszej katedrze. Drugi cmentarz zaś przy kapliczce na wzgórzu św. Rocha. Nekropolia ta funkcjonowała mniej więcej od 1750 roku. W 10 lat jednak została całkowicie zapełniona. Dlatego też cmentarz został zamknięty i tak pozostał przez 167 lat!

 

Projekt kościoła

W pracowni Józefa Piusa Dziekońskiego zatrudniono zdolnego projektanta – Oskara Sosnowskiego, później już najwybitniejszego polskiego architekta. To jemu przyszło realizować projekt Świątyni Niepodległości na wzgórzu św. Rocha. Podczas I Wojny Światowej, architekt na froncie rozmyślał, modlił się. Doznał wtedy olśnienia, w którym poszczególne nazwania i tytuły przybierać zaczęły kształty architektoniczne – “Arka Przymierz”, “Brama Niebieska”, “Dom Złoty”, “Wieża z Kości Słoniowej”, Stolica Mądrości”, “Zwierciadło Sprawiedliwości”, “Gwiazda Zaranna”, “Pocieszycielka Strapionych”, Uzdrowienie Chorych”, “Róża Duchowna”, “Matka Dobrej Rady”, “Święta Panna nad Pannami”, “Królowa Korony Polskiej”. Każde z tych nazwań to osobny kościół, klasztor, ale też szpitale, przytułki, uczelnie i inne budynki publiczne. Każdy kościół – miał być kamienną litanią znajdującą się na granicach Polski. Wszystko z żelazobetonu, szkła i innych materiałów. Taka “twierdza mistyczna” w oczach architekta nie tylko miała być zgodna z duchem czasu, ale też dodać miała odrodzonej Rzeczypospolitej mocy nie do złamania.

 

Oskar Sosnowski o swoim pomyśle (ukazując szkice) opowiedział pewnemu malarzowi. Ten przebywając w Rzymie napotkał dyrektora banku Józefa Karpowicza, z którym się podzielił wielką wizją architekta. Ten część swego majątku przeznaczył na budowę pierwszego kościoła z Litanii Kamiennej w rodzinnym mieście – czyli Białymstoku. W planach były też kolejne świątynie, lecz dyrektor Karpowicz zmarł, zaś wielkie przedsięwzięcie stanęło. Udało się tylko wybudować z litanii “Gwiazdę Zaranną” czyli dzisiejszy kościół św. Rocha w Białymstoku. “Gwiazda Zaranna” miała zwiastować wschód Niepodległości Polski. Dlatego też w projekcie architekt posłużył się planem gwiazdy. Symbol ten znajdziemy również w dekoracji czy stropach. Uwieńczeniem całej bryły jest postać Matki Boskiej stąpającej na koronie wzorowaną na tej wawelskiej króla Kazimierza Wielkiego. W ten sposób Sosnowski przeszedł od wezwania “Gwiazdy Zarannej” do nowo dodanego w litanii wezwania “Królowej Korony Polskiej”.

 

Sosnowski w projekcie wziął także pod uwagę białostocką urbanistykę. “Gwiazda Zaranna” zastąpić miała znajdującą się wcześniej kaplicę “Św. Rocha”. Wieżę świątyni ustawiono tak, by nie zasłoniła widoku nawy. Projekt nawiązywał też do Powstania Styczniowego. Białystok nim w 1919 stał się częścią niepodległej Polski – należał do guberni Grodzieńskiej – Imperium Rosyjskiego. W 1864 r. w ramach represji za walki powstańcze w ciągu jednej nocy wykopano w Białymstoku 200 krzyży profanując ówczesny cmentarz. “Gwiazda Zaranna” wyrastała z grobów tych, których największym marzeniem była niepodległa Polska.

 

Projekt Sosnowskiego miał być też elementem zgodnym z naturą. Stąd też “Gwiazda Zaranna” miała być niczym skała dominująca nad krajobrazem. Tak też wygląda kościół patrząc na niego z dołu. Niczym skała właśnie. Cała budowla została otoczona “Wałami”. Znajdują się też 4 baszty. To wszystko nawiązuje do architektury gotyckich świątyń w Wilnie, ale też barokowej w Jasnej Górze. “Wały” miały symbolizować silne fortyfikacje. Projekt przewidywał aż 2 kondygnacje tych wałów, jednak nie udało się tego zrealizować właśnie w takiej formie. Najbardziej charakterystyczna jest oczywiście wieża, która ma triumfalny charakter, na której szczycie stoi 3-metrowa figura Matki Boskiej.

Budowa kościoła

Kościół św. Rocha mógł wyglądać jednak zupełnie inaczej. To co opisaliśmy było… tylko projektem, jednym z 75! Proboszcz parafii ks. Adam Abramowicz wybrał właśnie ten, co wzbudziło wiele kontrowersji. Projekt był trudny do zrealizowania ze względu na koszty, a budowa drugiej parafii w Białymstoku była zadaniem numer 1 księdza Abramowicza. Otrzymał on od poprzednika zebrane datki od wiernych, otrzymał też pozwolenie na rozebranie kaplicy na nieczynnym od lat cmentarzu. W 1926 roku powstała kaplica tymczasowa. Ogłoszono też na łamach czasopisma “Architektura i budownictwo” konkurs na projekt świątyni. Jury przyznało nagrodę projektowi, który przedstawiał modernistyczną świątynię. Nastąpił jednak drugi etap konkursu, w którym właśnie ks. Abramowicz wybrał właśnie projekt Sosnowskiego. Proboszczowi spodobała się koncepcja “Gwiazdy Zarannej” będącej jednocześnie pomnikiem wdzięczności za odzyskaną niepodległość.

 

 

W 1927 roku przystąpiono do budowy. Zanim jednak wylano fundamenty należało coś zrobić z dawnym cmentarzem. Stąd też wpierw przeprowadzono ekshumację grobów, zaś szczątki przeniesiono wraz z kaplicą na cmentarz znajdujący się dzisiaj na Wysokim Stoczku. Chociaż na kościół brakowało pieniędzy, to upór ks. Abramowicza doprowadził do tego, że w 1935 roku była gotowa już kopuła nad nawą centralną. W 1936 roku ukończono budowę 76-metrowej wieży. W 1939 roku do miasta wkroczyli Niemcy. Kościół zaczął pełnić funkcję wojskowych koszar. Później wkroczył kolejny okupant – Rosjanie, którzy chcieli w kościele urządzić cyrk. Mimo trwającej okupacji w 1941 roku w kościele rozpoczęto odprawiać nabożeństwa. W 1945 roku była gotowa galeria otaczająca świątynię, nad “Ostrą Bramą” stanęła wielka rzeźba Chrystusa Dobrego Pasterza, której autorem był Stanisław Horno-Popławski. W 1945 roku ukończono także ołtarz. W 1946 roku dokonano poświęcenia kościoła, zaś prace wykończeniowe trwały jeszcze do 1966 roku.

Tajemnicze tunele i dziwne zjawiska

Na temat kościoła Św. Rocha istnieją także fakty zapomniane lub mało znane. Niewiele osób wie, że kościół św. Rocha posiada podziemne tunele! Jeszcze w latach 60 i 70 ubiegłego wieku istniały całkiem dobrze zachowane wejścia. Co prawda zamurowane, ale widoczne. Obecnie tunele znajdują się pod chodnikiem. Tunele prowadzą dookoła górki. Miejmy nadzieję, że kiedyś zostaną odkopane i będą stanowić wspaniałą atrakcję turystyczną. Do końca nie jest znane ich przeznaczenie, być może miał być to schron? Warto też wspomnieć zdarzenie sprzed wielu lat. Kościół to nie tylko świątynia, ale też pomnik niepodległości. W rocznicę jej odzyskania przez Białystok – 19 lutego 2002 roku – w 3-metrową figurkę Matki Boskiej uderzył piorun! Ta nie spadła jednak, lecz wbiła się w kopułę dachu wieży. Przez jakiś czas na samym szczycie było pusto… 

fot główne: Muzeum Historyczne w Białymstoku

Choć ogród Branickich nie będzie już nigdy taki wspaniały jak w oryginale, to powolne jego odtwarzanie daje efekty. Raz na jakiś czas przychodząc tam na spacer napotkać możemy coś nowego. Nawet zimą. Tak też i było tym razem. Od niedawna można podziwiać nowe rzeźby takich znaków zodiaków jak Baran, Byk czy Bliźnięta. Do tego jest jeszcze rzeźba przedstawiająca żywioł wody. Łącznie można oglądać rzeźby 12 znaków zodiaku i 4 żywiołów.   Autorem rzeźb i postumentów, które zostały ustawione w ogrodzie Branickich, jest artysta-rzeźbiarz Grzegorz Kwapisiewicz z Suchedniowa. 

 

Nie ma co liczyć jednak, by ogród został kiedykolwiek powiększony do oryginalnych rozmiarów. Raczej niewiele jest szans, by odtworzyć w tym ogrodzie wspaniałą komedialnię-teatr, ani też raczej nie będzie można napotkać tam danieli. W pierwszej kolejności są remonty, a Wersal Podlaski to studnia bez dna. Przez wiele lat udało się przywrócić go do stanu świetności. Podczas II Wojny Światowej Niemcy zniszczyli naszą perłę architektoniczną. Dopiero w ostatnich latach cały obiekt przeszedł wiele zmian. Naprawdę dużo odtworzono. Niestety spacerując po kompleksie widać, że jeszcze nie jeden remont tam jest potrzebny. Trzymamy kciuki za rozwój tego wspaniałego miejsca. Pałac Branickich to w końcu chluba Białegostoku.

 

fot. Marcin Jakowiak – Urząd Miejski w Białymstoku

Niewiele jest filmów o Podlasiu, więc o wszystkich trzeba mówić wszędzie gdzie się da – bowiem to niezaprzeczalne dowody na magię naszego regionu. Jednym z takich niesamowitych i klimatycznych filmów jest “Moje Podlasie” Marka Waskiela – fotografika i dziennikarza. Autor poskładał zdjęcia robione metodą “timelapse” tworząc animację, a także ukazał wiele swoich innych pojedynczych zdjęć. Wszystko to dało efekt końcowy, który można oglądać i oglądać.

 

To właśnie dzięki takim filmom ukazywane jest Podlasie jako miejsce wyjątkowe i magiczne, w podobny sposób jak myślimy o Bieszczadach. Czyli jak o miejscu, gdzie można wyjechać i “schować się” przed całym światem. Takie samo jest także Podlasie a kadry z powyższego filmu właśnie to potwierdzają. Miłego seansu!

W ostatnich latach bardzo modne było rzucanie pracy w dużej korporacji na rzecz realizowania własnych pasji na przykład w Bieszczadach. Powstał nawet na ten temat ciekawy dokument Discovery – Przystanek Bieszczady. Pokazano w nim ludzi na co dzień mieszkających w tych przepięknych górach, które rokrocznie przyciągają wielu marzycieli nucących Bieszczadzkie Anioły i roztaczających wizje nad małym, niszowym biznesikiem w otoczeniu przepięknych gór. Od razu uprzedzimy – nie namawiamy do takich ruchów, bo mogą skończyć się bardzo źle. Jednak czasem pomysł na niszowy biznes w małym miasteczku może okazać się strzałem w dziesiątkę. Dlatego czysto hipotetycznie, postanowiliśmy roztoczyć wizję rzucenia pracy w korporacji i zamieszkania na Podlasiu… na przykład w Hajnówce.

 

Hajnówka to bardzo urokliwe miejsce tuż przy samej Puszczy Białowieskiej. Wydaje się “eko”? Nic bardziej mylnego – Hajnówka to najbardziej zanieczyszczone miasto w całym województwie. Stężenie smogu (dane z 2017 r.) jest tu najwyższe. Pozom zalecany przez WHO to 20µg/m3. Przy Puszczy średnioroczne stężenie to 27,5, zaś liczba dni z przekroczeniami wynosi 30. Oczywiście nie ma tu co porównywać z Krakowem, ale miasteczko, które powinno kojarzyć się z najbardziej czystym powietrzem na Podlasiu – ma je najbardziej zanieczyszczone.

 

 

Na plus można zaliczyć dla Hajnówki brak problemu bezrobocia. Wskaźnik ten w październiku 2018 wynosił tylko 7,4 proc. dla całego powiatu. Oznacza to, że każdy kto chce – pracuje. Zejście do zera nie jest możliwe, zaś bezrobocie poniżej 7 proc. jest uznawane za naturalne. Wiadomo nie od dziś, że nie każdy chce pracować. Niektórym wygodnie na zasiłkach. Dlatego jeżeli nie wypali pomysł z własnym biznesem, ale małe podlaskie miasteczko przypadnie do gustu – pracy tu nie braknie. W 2019 roku minimalna krajowa wyniesie 2250 zł brutto. Przy umowie o pracę jest to 1634 zł na rękę. Czy za taką kwotę można wyżyć w Hajnówce? To zależy co nazywamy życiem. Jeżeli wynajmowanie mieszkania i kupowanie jedzenia i innych artykułów domowych to zdecydowanie tak. Wynajem pokoju lub całego mieszkania to koszt kilkuset złotych miesięcznie. 

 

 

Hajnówka i jej okolice są typowo turystyczne. Każdy, kto się pojawi w tych okolicach nie powinien sobie odmówić zwiedzenia Puszczy Białowieskiej oraz oglądania żubrów. Dodatkową atrakcją jest kolejka wąskotorowa i drezyny, którymi można zwiedzić Puszczę. Ostatnim ważnym elementem całej układanki jest Kraina Otwartych Okiennic. W zasadzie jeżeli mamy pomysł na biznes, to powinien być z tym związany jeżeli liczymy na duże szanse jego powodzenia. Wszystkie te tereny zachwycają zarówno latem jak i zimą. W cieplejsze dni warto pojeździć tamtędy rowerem, zimą zaś warto spróbować nart biegówek lub kuligu. Dla odważniejszych jest także możliwość przejażdżki na koniu.

 

Hajnówka, Białowieża oraz okolice

 

Niestety transportowo Hajnówka i okolice mają się średnio. Dojazd jest możliwy tylko samochodem lub autobusami. Dojazd w tamte rejony pociągiem to póki co katorga. Można dojechać tylko z Czeremchy lub Siedlec. Z Białegostoku, Warszawy, Suwałk czy Olsztyna bezpośrednio póki co nie. W przyszłości prawdopodobnie będzie to możliwe. Po remontach prawdopodobnie pojawi się weekendowe połączenie z Warszawy aż do Białowieży.

 

Czy mieszkając w tamtych okolicach na co dzień jest co robić? I tak i nie. Jeżeli interesuje nas coś więcej niż chodzenie do małej galerii handlowej w Hajnówce czy do kilku lokali gastronomicznych to do wyboru jest tylko basen. Sama Białowieża to wieś jak każda inna. Dlatego też – jeżeli myślicie o rzuceniu pracy w korporacji i zamieszkaniu w Hajnówce, by poczuć “slow life”, zamiast życia w pędzie, to jest to dobre miejsce. Nie wiemy jednak czy na pewno na całe życie. Jeśli ktoś szuka nocnego, miejskiego życia, imprez, szerokiej oferty kulturalnej – to lepiej o tym mieście w ogóle zapomnieć. Wszyscy, którzy wstają wcześnie rano, kochają piękne widoki, leśne wycieczki oraz aktywny tryb życia, a także chcą żyć z żubrami jak z sąsiadami, to Hajnówka będzie dobrym wyborem.

 

Wiele serwisów internetowych, szczególnie tych z siedzibą w Warszawie ukazując Podlasie i jego magię skupia się na tych samych miejscach – Tykocin, Drohiczyn, Supraśl. Do zjedzenia proponują babkę i kartacze. Zaś do podglądania żubry czy łosie. Nie ukrywamy, że sami też czasem ulegamy pokusie, by w ten sposób ukazywać Podlasie. Reakcje nie kłamią – prezentowanie wyżej wymienionych na 100 różnych sposobów to przykład na sukces. Ten sposób narracji upodobał sobie szczególnie jeden z popularnych blogów traktujących o Białymstoku i Podlasiu właśnie. Tymczasem Podlasie jest magiczne nie tylko dlatego, że przedstawiane jest niczym kraina z baśni. To miejsce, w którym naocznie możemy poczuć magię. Po prostu stojąc i patrząc. Dlatego też wybraliśmy dla Was 9 fotografii, których wskazanie na mapie niewiele by wniosło. Jednak wszystkie te zdjęcia będą odpowiedzią jak na własne oczy ujrzeć magię Podlasia.

 

Fenomenem baśniowej krainy, Podlasia, gdzie można spotkać łosia i żubra, gdzie można zjeść babkę i kartacze, gdzie można napawać się niesamowitością Tykocina, Drohiczyna i Supraśla, jest niezliczona ilość miejsc, które są zupełnie anonimowe, opustoszałe, dzikie, a jednocześnie znajdują się zupełnie obok miast, miasteczek i wsi, tuż obok ludzi. Wystarczy pójść o krok dalej, wyjrzeć za zakręt, ruszyć a horyzont.

 

Magia Podlasia uchwycona na zdjęciach

 

Jak więc ujrzeć magię Podlasia? Teoretycznie w bardzo prosty sposób, w praktyce bardzo trudny. Przede wszystkim trzeba albo wyruszyć jeszcze w nocy, albo być na miejscu o świcie. To właśnie wtedy wszystko ma niesamowitą aurę. Budzący się dzień, lekkie światło, pierwsi ludzie na ulicach, dzikie zwierzęta poza lasem. Do tego mgły i słońce. Warto dodać, że jeżeli ktoś lubi pospać, to po południu, przed zachodem słońca robi się równie pięknie. Wtedy jednak już nie ma mgieł, które napawają wszystkie miejsca mistycyzmem.

 

Dlatego też nie wybierajcie konkretnego miejsca. Po prostu wyruszcie z miasta A do miasta B na Podlasiu, a gdy zacznie wschodzić słońce – zjeździcie z głównej drogi jadąc przez wsie czy lasy. Jeżeli chcecie – fotografujcie, jeżeli nie chcecie – po prostu oglądajcie. Zachwyt będzie gwarantowany.

Czy powstanie węzeł intermodalny przy dworcu PKP i PKS? W planach jest budowa centrum przesiadkowego zamiast Centrum Park przy dworcu PKS. Problem w tym, że nie mamy pieniędzy i nie wiadomo kiedy inwestycja miałaby zostać zrealizowana. Na razie wiadome jest jedno, że miasto nie ma wystarczająco dużo pieniędzy, by zrealizować swoich wizji.  Jedną z nich miał być tunel pod torami łączący Św. Rocha i Zwycięstwa. Byłby to przesmyk tylko dla autobusów, by nie musiały krążyć między Poleską i wiaduktem Dąbrowskiego. Ostatecznie będzie po staremu. Na tego typu inwestycję nie ma pieniędzy. Za drogo.

 

Być może jakieś prace zaczną się w przyszłym roku na ul. Bohaterów Monte Cassino. Przypomnijmy, że ulica ta została poszerzona przy “Galeriowcu” aż do sklepu Kaufland. W przeszłości te miejsce było często zakorkowane, teraz usprawniono wjazd i wyjazd autobusów na dworzec. W dalszej części inwestycji w 2019 roku urzędnicy chcieliby puścić nową drogę poprzez dzisiejsze tereny nieużytkowe, gdzieś między złomowiskiem a osiedlem domów jednorodzinnych oraz terenami kolejowymi. Droga łączyłaby się z ul. Kopernika jeszcze przed tunelem. W efekcie codziennie zatkana Łomżyńska by odetchnęła. Z tych wszystkich “wizji” ta jest najsensowniejsza. Niestety i tu trzeba położyć nacisk na “może powstanie”. Tak jak wyżej napisalibyśmy – urzędnicy chcieliby ruszyć z inwestycją w 2019 roku, ale nie jest to takie oczywiste. Przypomnijmy, że najwyższy priorytet ma inwestycja w zupełnie innym miejscu. Jest to wylot na Warszawę. Miało być tam skrzyżowanie bezkolizyjne, okazuje się że z braku kasy będzie coś mniejszego. Może być i taka sytuacja, że skupiając się na tej inwestycji, urzędnicy ostrożnie będą podchodzić do innych – by starczyło pieniędzy. A warto wiedzieć, że przy budowie dróg wiele się zmienia – koszty pracy, koszty materiałów. Teoretycznie firma, która wygra przetarg musi zrealizować inwestycję po cenach, jakie zadeklarowała. W praktyce jednak firmom opłaca się porzucać place budowy i płacić kary aniżeli dokończyć inwestycję. Wtedy miasto rozpisuje nowy przetarg i się okazuje, że realizacja kosztować będzie dużo więcej niż pierwotnie planowano. 

 

W planach miasta jest również modernizacja ulic Zwycięstwa, Kolejowej, Wyszyńskiego, Kopernika i Łomżyńskiej. Jednak nie wiadomo kiedy miałoby to nastąpić i czy w ogóle nastąpi. Plany budowy dróg już są, ale ostatecznie może być tak, że niczego nie będzie. Brzmi znajomo?

 

Pałac Branickich to prawdziwa perła. Sam budynek jak i ogród zachwycają chyba wszystkich. Warto jednak dodać, że to nie wszystko co ma do zaoferowania te miejsce. Budynek Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku składa się również z dwóch muzeów. Zarówno jedno jak i drugie jest niezwykle klimatyczne, a także ciekawe.

 

Pierwsze z nich to Muzeum Historii Medycyny i Farmacji. W zabytkowych wnętrzach dawnego Pałacu Branickich można poznać tajniki medycyny, proces kształtowania się przez stulecia tradycji leczniczych, poczuć zapach i atmosferę apteki z przełomu XIX i XX wieku. Można obejrzeć ekspozycję poświęconą dawnemu aptekarstwu z terenu Podlasia. Druga ekspozycja to “Kamienie milowe białostockiego szpitalnictwa”. Muzeum zajmuje pomieszczenia na parterze prawej oficyny pałacowej. Według źródeł historycznych, w XVIII i na początku XIX wieku lewa część tej oficyny pałacowej służyła celom mieszkalnym. Kwaterowano tu gości przybyłych do Branickich, oficjalistów. Po 1771 roku tj. po śmierci Jana Klemensa Branickiego, pomieszczenia te w miesiącach zimowych zamieszkiwała wdowa po hetmanie – Izabela z Poniatowskich Branicka. Prawa, niższa część oficyny, posiada cechy architektoniczne świadczące o dłuższej historii. W XVIII wieku, parter tej części oficyny służył jako stajnia. Do dziś zachowały się oryginalne, kamienne żłoby końskie, pochodzące z tego okresu.

 

fot. Muzeum Historii Medycyny i Farmacji

 

Drugie Muzeum znajduje się w piwnicach, które zostały specjalnie wyremontowane. Pomieszczenie nie przypomina tradycyjnego muzeum. Historia pokazana jest w nim w sposób nowoczesny z zastosowaniem obecnych technologii. Jest multimedialnie. Żeby wybrać się na spacer po podziemiach, trzeba najpierw zadzwonić do muzeum od numer 85 748 54 05.

Na pewno bardzo wiele razy spotkaliście się z takim twierdzeniem, że Podlasie jest wielokulturowe. Idąc jednak przez Białystok – obecną stolicę województwa podlaskiego ta wielokulturowość nie jest specjalnie rzucająca się w oczy. I nie ma prawa, gdyż istnieje ona jedynie w świadomości i historii miasta. Czy jest jednak miejsce na Podlasiu, które jest niemalże ikoną wielokulturowości? Tak to Orla – wieś ukryta głęboko na podlaskiej ziemi.

 

Zacznijmy najpierw od definicji – czym jest ta cała wielokulturowość? Skąd się bierze jej różnorodność? Odpowiedź nie jest prosta, ale możliwa do ustalenia. Przede wszystkim gdy mówimy o tym, że Podlasie jest wielokulturowe, to mamy na myśli, że koegzystują tutaj ze sobą różne religie. Zmaterializowanie tego wyobrażenia dokonało się własnie w Orli. W tej małej wsi, głęboko ukrytej na Podlasiu jest prawdziwa mozaika różnorodności. Stoją tam kościół, cerkiew i synagoga. Swego czasu można było tam także odwiedzić szeptuchę, która według naprawdę wielu deklaracji miała cudowną moc uzdrawiania. Osobiście jej nie odwiedziliśmy, ale jednym ze znanych obrządków uzdrawiających, które wykonują szeptuchy jest palenie lnu nad głową oraz plucie, co przez kościół uznane jest za pogańskie obrządki. Orla to także miejsce, w którym znaki drogowe są pisane alfabetem łacińskim jak i cyrylicą. Dodatkowo w urzędzie gminy można załatwić sprawy po polsku oraz po białorusku. Wszystko dlatego, by bardziej zaakcentować istnienie różnych kultur w jednym miejscu.

 

 

Mała wieś na Podlasiu ma bogatą historię. Istnieje od XVI wieku. Dziś mieszka tam zdecydowana większość osób deklarujących narodowość białoruską lub ukraińską. Przed II Wojną Światową połowa mieszkańców Orli to byli Żydzi. Jeżeli ktoś jeszcze nie był w Orli, to naprawdę warto tam się wybrać, by nie tylko pospacerować ale też przede wszystkim po to by porozmawiać z ludźmi. Zobaczyć jak żyją. Może nas to do czegoś zainspiruje? Skłoni do zmiany?

Kiedy za oknem widać śnieg to od razu myślimy o aktywnościach z nim związanych. Czasy mamy takie, że zimą biało jest już nie zawsze. Przymrozki też już nie są tak intensywne i długotrwałe jak kiedyś. Oto nasze propozycje do spędzenia czasu na zimowych aktywnościach:

Narty i snowboard

fot. WOSiR Szelment

fot. WOSiR Szelment

 

Dla miłośników jeżdżenia na nartach lub snowboardzie mamy dobrą wiadomość. Nie trzeba wyjeżdżać zbyt daleko. Niektórzy mają takie miejsca na zimowy sport praktycznie na miejscu. W Podlaskim 3 takie miejsca.

WOSiR Szelment

Fantastyczny ośrodek na Suwalszczyźnie, który działa cały rok. Latem – wyciąg nart wodnych i plaża, zimą wyciąg narciarski i możliwość zjeżdżania różnymi trasami. Do tego baza hotelowa i restauracja z bardzo dobrym jedzeniem. Od razu należy zaznaczyć, chętnych jest tak wielu, że jeżeli chcecie nocować na miejscu, to nie planujcie wyjazdu spontanicznie tylko z wyprzedzeniem. Z dojazdem łatwo się pomylić, gdyż jest miejscowość Szelment oraz Jezioro Szelment. Wpisywanie w nawigację pokaże nam miejscowość. Dlatego należy wpisać “WOSIR SZELMENT”. Tak czy inaczej na miejsce dojedziemy kierując się z Suwałk na granicę z Litwą. Gdy miniemy Żubryn, to 2 km dalej będzie skrzyżowanie. Wtedy jedziemy w lewo i już nie powinniśmy się dalej zgubić. Gdy pogoda będzie kapryśna w Szelmencie dośnieżają stok. Oczywiści na miejscu wypożyczymy sprzęt, a także będziemy mogli skorzystać z serwisu – gdy mamy własny. Atrakcje jakie oferuje WOSiR Szelment to Narty, snowboard, snowtubing (zjeżdżanie na dmuchanych kołach), a także sauna.

Dąbrówka

Kolejnym miejscem na narciarskie i snowboardowe szaleństwa jest podsuwalska Dąbrówka nad jeziorem o takiej nazwie. Ośrodek ten znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Wigierskiego Parku Narodowego. Latem organizowane są tam spływy kajakowe czy wyprawy rowerowe, a także regaty jazda konna, paintball i inne. Zimą zaś można zjeżdżać z 300 metrowej trasy. Stok tak jak w Szelmencie jest sztucznie dośnieżany. Jest też wyciąg o przepustowości 900 osób na godzinę. Na miejscu wypożyczymy sprzęt narciarski, snowboardowy, skorzystamy też z baru i sauny.

Rybno

Podłomżyńska miejscowość oferuje warunki do uprawiania białego szaleństwa dla całej rodziny. Tak jak w powyższych przypadkach w razie kiepskiej pogody dośnieżane jest wszystko sztucznie. Trasy narciarskie mają łączną długość 2300 metrów. Wszystkie są łatwe i sprzyjają narciarstwu rodzinnemu. Na miejscu dostępne są trzy wyciągi, wypożyczalnia sprzętu, a także instruktorzy jazdy na nartach. Nie brakuje oczywiście baru i… pięknych widoków na dolinę Narwi. Zimą jest tak jak w bajce!

Piesze wycieczki

 

Dla tych, co wolą za narty się nie brać to proponujemy zimowe wycieczki. W tym przypadku również w góry nie trzeba wyjeżdżać, gdyż Podlaskie ma własne. Co prawda mniejsze, ale na całodzienne spacery w zupełności wystarczy.

Góry Krzemienne

W Puszczy Knyszyńskiej pod Supraślem znajduje się wspaniały szlak, a w nim Góry Krzemienne. Trasa jest przede wszystkim ciekawa krajobrazowo. Szlak rozpoczyna się w Grabówce i wiedzie przez najciekawsze fragmenty Puszczy Knyszyńskiej, przez Supraśl – centrum turystyczne Puszczy Knyszyńskiej i skupisko zabytków XVII-XIX- wiecznych, a kończy się w Kopnej Górze, gdzie dodatkową atrakcją jest możliwość obejrzenia arboretum. Z uwagi na fakt, że jest on stosunkowo łatwy do przebycia (więcej trudności może sprawić jedynie pokonanie Krzemiennych Gór) mogą go przemierzać turyści zarówno zaawansowani jak i początkujący. Piękne bory w dorzeczu Supraśli oraz mocno pofałdowany teren w okolicach Krzemiennego to największe atuty tego szlaku.

Wzgórza świętojańskie

W małej, zapomnianej wsi Kołodno (gdzie kończy się droga) można wspiąć się na najwyższy szczyt w województwie podlaskim. Mówimy tutaj dokładnie o Wzgórzach Świętojańskich składających się z Góry Kopnej, Góry Św. Jana oraz Góry Św. Anny. Ta druga jest najwyższa, bo znajduje się 209 metrów n.p.m. Ostatnia góra jest 7 metrów niższa. Trafić na górę jest bardzo łatwo. Można to zrobić aż trzema drogami. Pierwsza znajduje się jeszcze w Królowym Moście, a w zasadzie na jego granicy. Idziemy szeroką drogą, a w pewnym momencie w lewo wydeptaną ścieżką zaczynamy się wspinać w górę. Druga droga znajduje się w Kołodnie i prowadzi prosto na górę Św. Anny, do mogiły Powstańców. Stamtąd już blisko do wieży widokowej. Trzecie wejście jest lepsze jako zejście – gdyż prowadzi leśną drogą do asfaltowej ulicy. Niestety jest ona kręta i idąc pod górę łatwiej się zgubić. Na pierwszy raz warto wybrać wejście w Kołodnie. Widoki z dwupiętrowej wieży są piękne przez cały rok.

Siemiatycze-Mielnik

Ostatnią propozycją jest wędrówka trasą Siemiatycze – Grabarka – Mielnik. Po drodze miniemy górzyste tereny, będziemy mogli podziwiać przepiękne widoki na Bug z góry zamkowej, klasztor przyciągający pielgrzymów z całej Polski, a także inne osobliwe miejsca jak miejscowość Końskie Góry. Cała trasa to lekko ponad 30 km – czeka nas cały dzień drogi, ale dla tych widoków warto!

Lodowiska

Należy pamiętać także o możliwości jazdy na Łyżwach. Lodowiska dostępne są w Białymstoku, Suwałkach i Łomży. Wszystkie obiekty są zadaszone i mają wypożyczalnie. Tylko korzystać! Warto pamiętać, by lepiej nie ryzykować i nie wchodzić na tafle jezior i innych zbiorników wodnych. Lód bywa zdradliwy, a wypadków i tragedii co nie miara. 

Być może wiele osób, które przechodzi przez park zwierzyniecki zastanawia się skąd tam pomnik żołnierzy 42 Pułku Piechoty. Warto przypomnieć, że 12 lipca w Białymstoku obchodzimy święto tegoż pułku, a poległym żołnierzom oddawany jest hołd.

 

W okresie międzywojennym, pułk stacjonował w Twierdzy Osowiec, a następnie przeniesiony zostałdo Białegostoku. Koszary znajdowały się przy ul. Traugutta. Tutaj każdego roku w batalionie pojawiało się około 600 rekrutów. Pułk sprawnie się rozwijał.

 

Warto przypomnieć, że Pułk zasłużył się także dla rozwoju miasta. W 1920 roku powstał Wojskowy Klub Sportowy 42 Pułku PIechoty Białystok. Był to protoplasta dzisiejszej Jagiellonii Białystok, która to pod swoją nazwą występuje od 1932 roku.

 

Supraśl to fantastyczne miasteczko pod Białymstokiem, do którego ciągle przyjeżdża bardzo wiele turystów, kręcono tu filmy i seriale, zbudowano hotele pod uzdrowiska. Wkrótce wszyscy przyjezdni będą mogli spędzić czas w zrewitalizowanym XVIII-wiecznym ogrodzie Saskim.

 

Odrestaurowany park ma zostać kolejną atrakcją miasteczka. Przypomnijmy, że ów park został w ubiegłym roku zniszczony przez wichurę. Cóż wyjątkowego będzie w parku? Na pewno będzie odtworzona jego oryginalna wielkość – gdyż archeolodzy przy użyciu georadaru sprawdzą jaka była wielkość ogrodu saskiego.

 

Naukowcy będą też próbowali odtworzyć roślinność, która występowała 3 wieki temu. Konkretny projekt nowego-starego ogrodu prawdopodobnie ujrzymy w przyszłym roku. Być może będzie to kolejne miejsce, gdzie filmowcy chętnie będą kręcić filmy?

 

fot. Chrumps / Wikipedia

Na Podlasiu bije się wiele rekordów. Bez znaczenia jest pora roku. Czy to żar leje się z nieba, czy to zamieć, w czymś trzeba przodować. Tym razem chodzi nam o rekord Guinnessa pobity przed dwoma laty przez tzw. morsów pluskających się w rzece Supraśl w Wasilkowie. Bicie rekordu nie spoczywało jednak tylko na ich barkach.

 

Tym razem musiała być to praca na większą skalę. Kategoria brzmiała bowiem następująco: ”Największa ilość kąpiących się równocześnie Morsów w przynajmniej dziesięciu miejscach”. Jednym z nich był właśnie Wasilków. Dotychczasowy rekord wynosił 1799 osób. Żeby go pokonać morsy musiały zgromadzić ponad 1800 osób w minimum 10 punktach w kraju. Sama zaś kąpiel musiała trwać co najmniej trzy minuty. Woda tego grudniowego dnia zalewie miała kilka stopni Celsjusza, co dla wielu morsów, okazało się czymś mało wyzywającym. Ostatecznie misja skończyła się pełnym sukcesem. Kolektywizm górą!

 

Rok wcześniej w Kołobrzegu nieoficjalnie został pobity rekord Guinnessa w najdłuższej kąpieli w lodzie. Dokonał tego Zbigniew Falkowski z Podlaskiego Klubu Morsów, który wytrzymał w ekstremalnych warunkach 2 godziny i 2 minuty. Przez ten czas przebywał w specjalnie przygotowanym akwarium, pełnym lodu. 

Czy Augustów przez kilka dni był swego rodzaju miastem olimpijskim? Coś jest na rzeczy. Na niemieckim medalu z 1915 r. można odnaleźć nazwę kurortu, laur olimpijski, a także napis ”Dem Sieger Im Olympia Prufungskampf”.  Pozyskanie konkretnych informacji na jego temat nie jest rzeczą łatwą. Pewne jest tylko to, że chodziło tu o zawody wojskowe zorganizowane przez Niemców. Dlatego też należałoby przeszukać archiwa niemieckiej prasy aby dowiedzieć się czegoś więcej.

 

Jakie konkurencje można było rozgrywać w kurorcie? Z pewnością takie związane z wodą, a więc kajakarstwo czy wioślarstwo. Dowodów jednak nie ma. W augustowskim muzeum znajdują się zdjęcia z zawodów, ale dostrzeżemy na nich jedynie najwyższych stopniem dowódców stojących na specjalnie skonstruowanym podium. Podczas uroczystości prawdopodobnie obecny był Hindenburg.

 

Augustów nie był jednak jedynym miastem w Polsce gdzie rozgrywano taką wojskową olimpiadę. Podobne sportowe zmagania organizowano też w innych miastach. Wzór medalu pozostawał stały, zmieniała się jedynie wygrawerowana na nim nazwa miejscowości. 

 

Gdzie znajduje się najstarsza lokomobila w Polsce? Oczywiście, że na Podlasiu, a dokładniej w Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Maszyna ma już ponad 100 lat. Aby ruszyła z miejsca potrzeba jedynie dwóch godzinnych przygotowań. Wystarczy tysiąc litrów wody, rozpalone drewno pod kotłem i ku przygodzie.

 

Wiatru we włosach w czasie przejażdżki raczej nie odczujemy. 10 km/h zawrotną prędkością nie jest. Czego jednak można wymagać od parowego kocioła na drogach. Na początku XX w. był jednak obiektem westchnień rolników. Przemieszczano nią głównie wozy gospodarcze.

 

Pojazd prowadzi się bardzo łatwo. Jest przy tym wyjątkowo cichy. Jedyną jego wadą jest to, że brakuje mu hamulców. Trzeba więc zachować ostrożność w czasie ewentualnych eskapad. Aby maszyna była w tak dobrym stanie, specjaliści od zabytkowych samochodów musieli rozłożyć ją na części, oczyścić i naprawić. Prace trwały niespełna rok. Kupno i odrestaurowanie najstarszej w kraju lokomobili kosztowało ponad dwieście tysięcy złotych. Pieniądze ofiarowal minister kultury i marszałek województwa podlaskiego.

Rok 1880. Na ulicy Kilińskiego pod numerem osiemnastym rozpoczyna swą działalność pierwsza tej klasy restauracja w mieście. Ermitraż kusił zawsze świeżymi produktami w atrakcyjnych cenach. Serwował kuchnię francuską i…ruską, a dania były podawane przez przystojnych kelnerów. Dużym zainteresowaniem cieszył się starannie urządzony przestronny balkon, na którym wieczorami grała orkiestra.

 

Po drugiej stronie ulicy powstała konkurencja. W pałacyku gościnnym należącym do niemieckiego przemysłowca Litterera urządzono restaurację Renaissance. Jej szefem był A. Wiśniewski. Goście mogli cieszyć się niespotykanym komfortem. Powstały oddzielnie pomieszczenia dla całych rodzin i miejsca, gdzie panowie mogli się…zabawić. Jak nie trudno się domyśleć ”gabinety rozkoszy” były oblegane. I w tym lokalu nie zabrakło muzyki. Orkiestra smyczkowa składała się z samych urodziwych dziewcząt. Choć wejście było bezpłatne, w środku panowała drożyzna. Z tego też powodu większość Białostoczan wybierała Ermitraż.

 

A. Wiśniewski znany ze swego wybuchowego charakteru postanowił działać. Wraz ze swoim szwagrem zdecydowali się na desperacki krok. Nie zważając na konsekwencje postanowili podpalić Ermitraż. W październiku 1913 r. lokal Renaissance miał hucznie obchodzić swoje urodziny.  Zamiast balu odbyła się jednak sądowa rozprawa. Jej wyniki zaskoczył wszystkich, być może nawet samych podpalaczy. Zostali uznani za niewinnych. Ermitraż już nigdy nie powstał z popiołów. 

 

Wojna zniszczyła marzenia wielu ludziom. Nie inaczej było w przypadku rodziny Oksiutów. Od połowy lat 30. mieszkała ona w podbiałostockich wówczas Pietraszach. Życie w strachu sprawiło, że głowa rodziny, Karol poważnie zachorował na żołądek. Objawy mogło złagodzić tylko mleko. Dlatego więc wszystkie pieniądze, jakie odkładali na dom, przeznaczyli na zakup krowy.

 

Mućkę sprowadziła żona z sąsiedniej wsi. Aby nie narazić się Niemcom musiała przebrać się za chłopkę. Zwierzę ostatecznie udało się przetransportować i ulokowano je w nieskończonej przybudówce. Regularne spożywanie białego trunku przyniosło spodziewane rezultaty. Głowa rodziny została uratowana od śmierci.

 

Karol widząc, co się święci na froncie zbudował schron, wyłożony od wewnątrz słomą. Prowadziły do niego dwa tajne wejścia – z kartofliska i przybudówki. Kryjówka przydała się jednak nie tylko na czas zbrojnych działań. Ktoś życzliwy doniósł, że pan Karol pędzi bimber. Milicjanci nie zdołali odszukać gospodarza i jego zapasów. Ten zdążył schować się na czas.  W czasie poszukiwań cała rodzina modliła się do obrazu Matki Boskiej. Księżycówka cudownie więc ocalała.

W okresie międzywojennym białostoccy właściciele hoteli czy restauracji nie mieli łatwego życia. Personel sprawiał więcej kłopotów niż można się tego spodziewać. Gdy pracownicy przekraczali pewną granicę lądowali na ulicy. Żyli głównie wtedy chęcią zemsty.

 

Tak też było z numerowym z hotelu Palsat. Ciągle prosił o podwyżkę, lecz szalejąca inflacja robiła swoje. Przez lata jego zarobki stały w miejscu. Gości też hotelowi nie przybywało, gdyż do najtańszych, delikatnie mówiąc, nie należał. Wkrótce sytuacja tak się pogorszyła, że został zwolniony. Nie mógł się pogodzić z tym faktem więc wpadł na szalony pomysł. Postanowił rozpalić w jednym z pokoi…ognisko. Szybkość zajmowania się pomieszczenia zaskoczyła numerowego więc postanowił wyskoczyć przez okno. Los chciał, że wtedy ulicą przechodził pracownik wydziału śledczego. Próba zemsty skończyła się czterema latami w więzieniu.

 

Inny konflikt między pracodawcą a pracownikiem skończył się bardziej tragicznie. Początki współpracy niczego jednak nie zwiastowały. Z usług kelnera restauracji Savoy zadowoleni byli wszyscy, od klientów po szefostwo. Z czasem sytuacja się pogarszała. Życzliwy pracownik z dnia na dzień stał się gburem. Ukradł nawet 2 butelki wódki. Podejrzewano go również o romans z żoną szefa. Tego było już za wiele. Właściciel restauracji postanowił podziękować mu za współpracę. Ten jednak nie dawał za wygraną. Pewnego dnia nie wytrzymał i zadał byłemu już szefowi cios nożem prosto w brzuch. Rannego przewieziono do szpitala. Mężczyznę obezwładniono a następnie osądzono na 5 lat więzienia.

W połowie lat 30. szalał kryzys ekonomiczny. Liczyła się dosłownie każda złotówka. Dlatego też zaczęto podrabiać bilon. W mieście pojawiało się coraz więcej fałszywych monet. Zwróciło to uwagę Urzędu Śledczego. Początkowo ciężko było ustalić skąd się bierze trefny bilon.

Znajdowano go u dorożkarzy czy kelnerów, których po przesłuchiwaniu jednak zwalniano. Nie mieli bowiem pojęcia, że są właścicielami fałszywek. Dostali je po prostu od klientów. Policyjni informatorzy wskazali na nijakiego Zygfryda Osińskiego, który organizował gry uliczne. Kasyno po chmurką znajdowało się na łączce przy ulicy Poleskiej. W lipcowy słoneczny dzień Osiński wraz ze swym wspólnikiem prowadzili kolejną rozgrywkę w oczko. Grę trzeba było jednak przerwać, gdyż fałszerze dostrzegli zbliżającego się funkcjonariusza.

Przestępcy uciekli w popłochu zabierając część monet. Policjant zauważył, że część tych pozostawionych wygląda na zupełnie nowe. Zawiadomił więc szybko Wydział Śledczy. W mieszkaniu Osińskiego znaleziono cały zestaw do produkcji lewych monet. Warsztat był w pełni profesjonalny. Jako że pracował w hucie szkła posiadał dużą wiedzę na temat odlewów. Z kolei u matki przestępcy, a dokładniej w jej łóżku odkryto tysiące podrobionych złotówek. Osiński trafił do więzienia na 2 lata.

Nietypowa instalacja znajduje się na drodze wylotowej do Warszawy i Ełku. Umiejscowienie dzieła nie było przypadkiem. Ma ono związek  z centralnymi dożynkami, które odbyły się w stolicy Podlasia we wrześniu 1973 r. Miasto przygotowało się do wielkiego wydarzenia, w którym uczestniczył premier Piotr Jaroszewicz, oraz I sekretarz KC PZPR Edward Gierek.

 

Na skarpie pod rzeźbą był jeszcze umieszczony herb Białegostoku oraz przestrzenny napis ”Witamy”. Wszystko to z myślą o dożynkowych gościach. Dziś rzecz jasna po tych elementach nie ma już śladu. Przekaz symboliczny rzeźby wydaje się być prosty w odbiorze. Dwa lecące ptaki opowiadają historię o wolności, braterstwie i wzajemnej miłości.

 

Ptaki, określona przez wielu jako ”Żurawie” są dziełem białostockiego  rzeźbiarza Albin Sokołowskiego. Szczyt jego aktywności twórczej przypadł na przełom lat 70 i 80. Zajmował się rzeźbą w drewnie oraz metalu. Innym znanym dziełem artysty jest ”Kompozycja”, znajdująca się na Placu Niepodległości.

Coraz częściej do obrotu trafiają produkowane bez nadzoru produkty regionalne. Tak jest chociażby z podlaskim serem korycińskim czy pierekaczewnikiem. Klienci nie zawsze zwracają uwagę na certyfikat, co ułatwia podrabiańcom rozwój procederu.

 

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych może kontrolować co do jakości tylko tych producentów, którzy taki certyfikat mają. Ci którzy wytwarzają ”na lewo” są więc w praktyce poza kontrolą. Jedynym rozwiązaniem jest donos na policję. Sery można kupić dosłownie wszędzie, a w rzeczywistości odpowiednie zezwolenie na produkcję ma garstka osób.

 

Podróbki zwykle są tańsze, choć reguły to nie stanowi. Jeśli chodzi o smak, różnica jest kolosalna. Właśnie to najbardziej boli producentów oryginałów. Mniejsze zyski to jedno, ale zawód turysty to poważna sprawa. Jak bowiem wytłumaczyć gościowi z Polski południowej, że towar, dla którego przyjechał, nie spełnia jego oczekiwań smakowych. Zła wieść się rozniesie i po turystach.

 

Produkt z certyfikatem musi spełniać wiele warunków – dotyczących zarówno smaku, jak i procesu produkcji. Tylko kupując towary opatrzone napisem mamy gwarancję zadowolenia. 

8 maja 1956 r. został oficjalnie otwarty pierwszy sklep samoobsługowy w Białymstoku. Pierwotnie miał zostać uruchomiony symbolicznie w święto pracy, ale ku niezadowoleniu władz, nie udało się wówczas zapiąć wszystkiego na ostatni guzik. Lokal miał być wzorowany na na już istniejących chociażby w Czechosłowacji.

 

W sklepie mogło przebywać maksymalnie 20 klientów równocześnie. Tyle też przygotowano wiklinowych koszyczków. Właściciele obawiali się bowiem zamieszania. Klienci zastanawiali się co robić, jeśli do lokalu weszło się z zakupami zrobionymi gdzie indziej. Bali się po prostu posądzenia o kradzież. Były to jednak niepotrzebne obawy. Wszystkie towary posiadały odpowiedni stempel. Sklep wzbudził zachwyt wśród mieszkańców Białegostoku. Szczególnie podobała im się ogólna czystość, jaka panowała w jego wnętrzach.

 

Dziennie sklep odwiedzało ponad 1000 osób. W kasie zostawiali blisko 18 tys. zł. Po miesiącu zaczęły się pojawiać pierwsze problemy. Jednorazowy brak porannej dostawy pieczywa wywołał ostrą krytykę. To jednak jeszcze nic. W kasie sklepu brakowało pieniędzy. Obwiniono zarówno personel, jak i klientów. Ci młodociani kradli przede wszystkim słodycze z chałwą na czele. Zaczęto publicznie z imienia, nazwiska i dokładnego adresu wymieniać złapanych na kradzieży zuchwałych klientów. Kierownik został ostatecznie zwolniony. Jego następca jesienią wprowadził udogodnienia dla personelu w postaci przerwy obiadowej. O godzinie 11 sklep był więc zamykany na cztery spusty.

Na ulicy Żydowskiej 2 w Białymstoku istniał nietypowy hotel. Goście przybywali do niego nie by odpocząć, ale się zabić. Obiekt nazywał się ”Wiktoria” co jeszcze dodaje pikanterii.

 

Właścicielem hotelu był Samuel Fejgin. Na parterze znajdowały się tam lokale usługowe. Można było tam zaopatrzyć się chociażby w tytoń czy buty. Na piętrze co raz miały miejsce przerażające zdarzenia. Jedno z nich miało miejsce w 1923 r. Nieszczęśliwie zakochana para postanowiła skrócić swe cierpienia. Ojciec dziewczyny nie godził się na związek, więc młodzi podjęli desperackie kroki. W pokoju nr 7 wachmistrz Stanisław Podsiadło z Kielc najpierw zastrzelił swą narzeczoną Eugenię Truskolawską  a potem sam odebrał sobie życie. Cały pokój zbryzgany był krwią. Portier zastawszy martwe ciała zemdlał z wrażenia. Cóż…nie jest to codzienny widok.

 

Podobne zdarzenia mnożyły się na potęgę. Czyżby w hotelu istniała jakaś niewidzialna siła, która skłaniała gości do samobójstwa. Tego już się nie dowiemy. Zagadka ”Wiktorii” pozostanie nierozwiązana.

Na początku XIX nad Augustów napłynęło morowe powietrze. Ludność uciekała jak najdalej w głębokie rejony Puszczy, lecz i tam dosięgała ich zaraza. Zwłoki można było napotkać wszędzie. Ciała trzeba było godnie pochować, lecz większość obawiała się o swe życie. Na ochotnika zgłosił się niejaki podstarzały Cimoch. Podobno kopał groby własnymi rękoma. Chorych natomiast dźwigał na barkach do szpitala.

 

Tam też wymyślił lekarstwo. Kuracja była dosyć nietypowa – gorzałka z pieprzem i czołganie się na twardych deskach. Cimoch wywarł ogromny wpływ na pozostałych. Ludność po prostu przestała się bać choroby, co spowodowało stworzenie systemu opieki nad cierpiącymi. Gdy epidemię udało się powstrzymać, Cimoch osiedlił się w drewnianej budce pod miastem. W środku ktoś umieścił w niej modrzewiową figurkę Chrystusa.

 

Przez kilka lat zbierał pieniądze na budowę kaplicy. Wraz z towarzysze, wędrownikiem Szczerbińskim, tułali się po świecie zbierając datki. Po powrocie miejsce obsadził topolami i zbudował parkan. Na kilka dni przed śmiercią po raz pierwszy i ostatni zachorował. Twierdził, że 150 lat to i tak wystarczająco dużo. W rzeczywistości był jednak nieco młodszy. Według danych urzędniczych było ok. 40 lat młodszy. Tak czy siak dożył imponującego wieku.

 

Po Cimochu zostały wspomnienia i kapliczka, przy której po wojnie założono budkę z piwem. Podobno nie ma było dnia bez ”ogonka”. Kolejki po trunek stały się normą. Każdy rolnik po powrocie z pola chciał bowiem ugasić pragnienie.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie wyobrażał sobie końca żniw na Podlasiu bez tego rytuału. Mowa tu o tzw. przepiórce. Na polu zostawiano garść zboża, a dwa końce kłosów związywano słomą . Przepiórkę wiązano najczęściej przy drodze, w miejscu dobrze widocznym, aby wszystkie przechodzące czy przejeżdżające osoby wiedziały, że na tym zagonie żniwa zostały zakończone.

 

Między poszczególnymi grupami żniwiarzy istniała swego rodzaju konkurencja, kto ładniej przystroi swoją przepiórkę. Przepiórkę starano się więc udekorować w odpowiedni sposób. Główną ozdobę stanowiły kwiaty, gałązki i owoce. Na koniec pozostawiano zwyczaj ”oborania”. Chwytano dziewczęta pod pachy i trzykrotnie ciągano je po ziemi wokół przepiórki. Panny ”orały” więc tylko nogami.

 

Ściernisko wokół przepiórki dokładnie oczyszczano, co miało zapobiec wzrostowi chwastów w zbożu w następnym roku. Gdzieniegdzie w czasie opielania wyrzucano jak najwyżej obcięte resztki słomy ze ścierniska. Miało to spowodować wyrośnięcie wysokiego zboża w przyszłym roku. Po ukończeniu pielenia, układano wokół przepiórki krąg lub rzadziej dwa kręgi z kamieni polnych. Starano się, aby liczba kamieni w kręgu była jak największa, ponieważ miało to wpływać na przyszłe zbiory – ile kamieni ułożono, tyle będzie kop żyta w przyszłych zbiorach.

 

 

Napis ten na stałe wpisał się w krajobraz centrum Białegostoku. ”X lat KPN” umiejscowiony na jednym z budynków na ul. M.C. Skłodowskiej to prawdopodobnie pierwsze graffiti w mieście. Chociaż cechuje się prostotą, ma swój wyjątkowy klimat.

Napis powstał z okazji dziesiątej rocznicę powstania KPN. Owy skrót oznacza Konfederację Polski Niepodległej.-partię polityczną założoną w 1979 roku. Nawiązywała ona do tradycji piłsudczykowskich. Jako pierwsze w tej części Europy posiadała antykomunistyczny charakter. Od początku swej działalności posługiwała się barwami biało-czerwonymi. Godłem KPN był Orzeł Biały w złotej koronie ze znakiem Polski Walczącej na piersi, a hasłem „Wolność i Niepodległość”. 

Napis na białostockim budynku trwa od ponad 30 lat. Każdy kto go zauważy, zwykle nie ma pojęcia, co autor miał na myśli. Przekaz był prosty i jasny. Miał na celu przypomnienie oraz zwrócenie uwagi mieszkańców na istnienie KPN.

Największy przedwojenny dom publiczny w Białymstoku istniał na ulicy Krakowskiej, z pozoru cichej i niepozornej. W budynku Hotelu Metropol swoje żądze zaspokajało setki mężczyzn. ”Ćmy nocne”, jak określano prostytutki, zawładnęły zmysłami, zarówno inteligentów, jak i zwykłych meneli.

 

Nad przybytkiem czuwała Chinka Ginzburg, wdowa po kupcu Szeftelu. Działał on z licznymi przerwami, które wynikały głównie z policyjnych interwencji. W następnych okresach istniały tam  kawiarnia, herbaciarnia a także gabinet ginekologiczny prowadzony przez Karola Ginzburga, dziedzica obiektu.

 

W hotelu Metropol działało coraz więcej młodocianych prostytutek . Grupą przewodziła 14-latka, która trudniła się fachem złodzieja.  Dane magistratu mówią, że w 1925 roku zarejestrowane były w mieście 233 ”córki Koryntu”. Tych zawodowych stwierdzono 84, a dorabiających – 149. Skąd te statystyki?

 

Otóż w powojennej Polsce prostytucja była legalna. Wszystko zmieniło się w czasach carskich. Pierwsze przybytki zamknięto w 1910, ale na szczęście dla klienteli szybko się odradzały. Prostytutki były nadzorowane przez komisje sanitarno – obyczajowe. Te, które uchylały się od rejestracji były ścigane przez specjalnych agentów. Zawodowe otrzymywały specjalne książeczki zdrowia.

 

 

Nad jeziorem Studzienicznym w Augustowie zlokalizowane jest znane w całym kraju Sanktuarium Maryjne. Prowadzi do niego grobla połączona z lądem. Okoliczna wieś o tej samej nazwie co jezioro, powstała w drugiej połowie XVIII w. i do dziś stanowi ważne miejsce odpustowe, zwłaszcza w Zielone Światki. Świętość tego miejsca wiąże się jeszcze z czasami pogańskimi.

 

Początki kultu maryjnego sięgają niezwykłych zdarzeń, które w chwili klęsk żywiołowych, uznane były za cudowne. Pobliska rzeczka zmieniała bowiem kierunek swego prądu, a na drzewie ukazała się Matka Boska. Pod koniec XIX w. wybudowano kaplicę w stylu neoklasycystycznym. Wewnątrz niej mieści się cudowny obraz Matki Bożej Studzieniczańskiej, ukoronowany złotem papieskim w 1995 roku.

 

Jest to XVIII-wieczna kopia dzieła z Częstochowy, a jej autor do dziś pozostaje nieznany. Za jego wstawiennictwem dokonało się wiele uzdrowień fizycznych i duchowych. 9 czerwca 1999 r. Sanktuarium odwiedził szczególny gość – papież Jan Paweł II. Do Studzienicznej przypłynął ON łodzią w dniu wolnym od apostolskiego trudu. Na cześć tego wydarzenia wybudowano pomnik, przedstawiający pielgrzyma z laską i różańcem. Umieszczono na nim pamiętne słowa: ” Byłem tu wiele razy, ale jako papież po raz pierwszy i chyba ostatni”.

Niepokojące zjawisko ma miejsce ostatnimi czasy w Hajnówce. Na ulicach coraz częściej znajdowane są martwe dorosłe ptaki. Jest ich tak dużo, że nieraz ciężko zrobić krok. Trawniki czy skwery pełne są nadgryzionych ciał. Czy mieszkańcy mają się czego obawiać?

 

Władze uspokajają. O epidemii ptasiej grypy nie ma mowy. Jej ostatnie ognisko wykryto bowiem zimą na Śląsku. Od tej pory nie wykryto przypadków zachorowań. Na ptasią grypę zapadają głównie łabędzie, kaczki czy dzikie gęsie. Przez Hajnówkę przebiega rzeka Leśna, nad którą bez trudu można spotkać te gatunki. Martwych przedstawicieli nad nią jednak nie stwierdzono.

 

Jak do tej pory nie odkryto przyczyny masowej śmierci ptaków. Podejrzewa się, że gdzieś w okolicy musi być źródło skażonej wody. Czy to prawda? Wiadomo tyle, że istną wyżerkę mają dzikie zwierzęta, czyli bezpańskie psy i koty. Trzeba też pilnować pupilów podczas spaceru. W każdej chwili do pyszczka może trafić ptasie skrzydełko.

Białystok w okresie międzywojennym nie był łatwym miejscem do życia. Miasto, prócz problemów z zaopatrzeniem borykało się również z problemem przestępczości. Najgorszy okazał się rok 1923. Wówczas to nastąpiła prawdziwa plaga włamań do mieszkań. Takich rabusiów określano jako szniferów.

 

Musieli mieć oni dobrą kondycję fizyczną. W końcu jakoś się wspiąć po krzywych ścianach budynków, gzymsach czy balkonach. Większość z nich wyglądała niepozornie, czasem wręcz nieporadni. Gdy jednak nadchodziła noc zmieniali się nie do poznania. Pewnym krokiem szli po swej łupy, poruszając się ze zwinnością pantery.

 

Nie raz mieli jednak ułatwione zadanie. Latem Białostoczanie zostawiali otwarte okna. Dla złodzieja stanowił wyraźny sygnał do akcji. Wewnątrz mieszkania sznifer musiał poruszać się bezszelestnie, co było nie lada wyzwaniem. Obudzenie domowników nie było mu w końcu na rękę.

 

Jako że szniferzy pracowali głównie w lato, ich pracę można określić jako sezonową. Na pokonanie okien mieli własne patenty. Wyposażeni byli w dłuto, diament do cięcia szkła, a także czyli fachową gumową uszczelka do usuwania fragmentów nadrysowanej szyby. Nazywano ją plastrem złodziejskim.

 

Rabusie ”wpadali” do mieszkań około 2, 3 nad ranem. Sen wtedy bowiem jest najtwardszy. Ich łupami padało wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Nie gardzili ubraniami, ale najcenniejszą zdobyczą była biżuteria i gotówką. Z szafek nocnych znikały nie raz całe majątki. 

Na Podlasiu pobito wiele rekordów Guinnessa. Pora przypomnieć jeden z nich. Owa próba nastąpiła w 2012 r. w Goniądzu nad rzeką Biebrzą i dotyczyła…ptaka.

 

Akcję zorganizował Klub Ptaków Polskich, skupiający rodziny o ptasich nazwiskach. Wraz z przyjaciółmi ułożyli sylwetkę orlika grubodziobego. W wydarzenie zaangażowało się w sumie ponad 2, 5 tys. osób przebranych w brązowe, białe i czarne koszulki

 

Miejsce oczywiście nie było przypadkowe. Biebrzański Park Narodowy to już ostatni bastion w Polsce, gdzie można zobaczyć orlika. W zabawie chodziło więc nie tyle o bicie rekordów, co o zwrócenie uwagi na jego ochronę. Ptak wymaga wilgotnych siedlisk, więc koniecznością jest dbanie o odpowiedni poziom wody, m.in. poprzez regularne koszenie łąk.

Na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego doszło do prawdziwej makabry. Takiego ataku wilków na taką skalę nie notowano na Suwalszczyźnie od lat. Drapieżniki poważnie przetrzebiły stado owiec pasące się w Jeglińcu na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego.

 

Śmierć poniosło blisko 20 zwierząt, a drugie tyle zostało rannych. Obecnie trwa szacowanie strat co nie będzie wcale łatwym zadaniem. Owce po ataku są bardzo nie ufne i nie pozwalają zbliżyć się na krok. Regionalna Dyrekcja Środowiska stara się jednak jak może aby spisać protokół niezbędny do wypłaty odszkodowania.

 

Właściciel stada nie może spać spokojnie. Istnieją bowiem obawy, że wilki powrócą. Wiedzą już przecież, gdzie znajdą swoje ofiary. Na razie nie wiadomo dlaczego doszło do ataku na tak dużą skalę. Uważa się, że jeśli zginie jeden rodzic młodego wilka, drugi idzie na łatwiznę w zdobywaniu pożywienia. Tak też mogło być i w tym przypadku. Obecnie na terenie Wigierskiego Parku Narodowego żyje około 20 wilków. Na terenach tych pojawiają się jednak inne watahy z dalszych stron.

Dekomunizacja trwa w najlepsze. Znikają nazwy ulic związane z okresem Polski Ludowej. W Bielsku Podlaskim zmiany idą jednak opornie.  Ulica 30 Lipca, która zdaniem IPN-u upamiętniała wyzwolenie Bielska Podlaskiego przez Armię Czerwoną nowej nazwy nie dostanie.

 

Większość jej mieszkańców jest przeciwna jakimkolwiek zmianom. Zdanie obywateli wzięto pod uwagę. Na sesji rady miasta odbyło się głosowanie  w tej sprawie. Argumentem za pozostawieniem starej nazwy było to, że 30 lipca zakończyła się w Bielsku Podlaskim okupacja niemiecka.

 

Burmistrz miał jednak inną wizję.  Jego zamysłem było nazwanie ulicy imieniem pierwszego burmistrza Bielska Podlaskiego Wojtkowskiego. To on przez dwa lata po odzyskaniu niepodległości, po pierwszej wojnie światowej sprawował ten urząd. Tę nazwę proponowało również Towarzystwo Ziemi Bielskiej, ale przepadła ona w głosowaniu radnych. Czy stara nazwa zostanie zaakceptowana przez IPN?

Nad rzeką Rospuda przepływającą przez Puszczę Augustowską odnajdziemy owiane tajemnicą ”święte miejsce”. Jego sława sięga jeszcze czasów pogańskich. Ze wzgórza porośniętego lasem iglastym wypływa źródełko o magicznych właściwościach. Na tle świerków nie sposób nie zauważyć drewnianych i kamiennych krzyży. Jeden z nich jest wyraźnie nadpalony, a w miejscu spękań wetknięto monety.

 

Początki ”świętego miejsca” wiążą się z objawieniem świętego Jana. W pewien wiosenny dzień ukazał się on staruszce gdy ta przyprowadziła krowy na łąkę. Cała okolica rozbłysła a wielki dąb runął na ziemię. Wystraszona uciekła i opowiedziała o wszystkim proboszczowi. Wraz z innymi mieszkańcami udali się wszyscy razem z powrotem na polanę. Tam odnaleziono drewnianą figurkę świętego. Z obalonego dębu zrobiono krzyż, który stał się przedmiotem kultu.

 

Od tej pory na dzień św. Jana z odległych zakątków przybywały głównie osoby cierpiące i schorowane. Woda w strumyku miała również zapobiegać przyszłym nieszczęściom. Dzieci kąpały się w rzece a potem zostawiały w niej koszule. Choroba odpływała razem z wodą. Z kolei osoby skarżące się na ból gardła obwiązywali do dolnej krzyża umoczoną chustę. W ten sposób dosłownie zostawiali chorobę.

 

Za carskiego panowania również miało miejsce nietypowe wydarzenie. W miejscowości Kuriany, położonej w sąsiedztwie polany, mieszkał Rosjanin. Zawsze gdy przechodził obok krzyży doznawał ataku szału. Raz nie wytrzymał, nakazując swym pracownikom ściąć je i wyrzucić do rzeki. Te jednak nie chciały płynąć z prądem. Wyglądało to jakby magicznie były połączone z ziemią. Krzyże nadal trzymały się świętego miejsca, więc Rosjanin musiał porzucić swe zamiary na zawsze.

Chaim Sofer założył swą fabrykę czekolady w 1905 r. Nazywany białostockim Wedlem szybko zdobył uznanie wśród lokalnych łasuchów. Przez wiele lat jego lokal znajdujący się na ulicy Sosnowej funkcjonował jako ”Wiedeński”. Firma mogła sobie pozwolić na liczne reklamy w prasie, w których to zapewniano o jakości, świeżości i niskich cenach słodyczy, takich jak karmelki czy chałwa.

 

Największy ruch panował tradycyjnie przed świętami. Na ten okres Chaim Sofer przygotowywał specjalną ofertę. Sprzedawano jaja, zające, kurczątka i baranki czekoladowe. Nie każdego było jednak stać na taki wydatek. W mieście powstał więc czarny rynek. Ktoś w mieście puścił plotkę, że rarytasy z ulicy zawierają truciznę. Cóż…Każdy chciał mieć dla siebie jak największy kawałek…tortu.

 

Centrum miasta pełne było krzykliwych handlarzy. “Paluszki czekoladoweeee! Reklamoweeee! Trzy sztuki za 10 groszyyy!”. Takie o to wołania budziły mieszkańców lokalnych kamienic. Uliczne słodycze najczęściej stanowiły wytwór podziemnych fabryk. Jedna z nich działała na obecnej ulicy Malmeda. Jej właściciel, nijaki Hirsz Ejger ”Czekoladnik” trafił do więzienia. Wcześniej wzbogacił się o niemałą sumkę. Kusił niską ceną i podrabiał etykiety znanych firm. Proste i genialne. Do czasu.

Historia produkcji miodów pitnych na obszarze woj. podlaskiego sięga XIV wieku, kiedy to kronikarz województwa napisał: ”Bielsku karczm miodowych 5, w Narwi karczm miodowych 2, w miasteczku Kleszczele karczm miodowych i piwnych 32”. Miód pitny podlaski wytwarzany jest według tradycyjnych receptur i metod produkcji, co gwarantuje pełną naturalność wyrobu i niezmienny od wieków smak oraz dobroczynne działanie dla ducha i ciała.

 

Podstawowym składnikiem miodu pitnego podlaskiego jest miód pszczeli naturalny oraz soki owocowe, pochodzące z własnej pasieki i certyfikowanych ekologicznych upraw sadowniczych zlokalizowanych w gospodarstwie w miejscu produkcji. To klarowny, słodki napój alkoholowy, wyróżniający się charakterystycznym miodowym aromatem i smakiem, z ewentualnym dodatkiem przypraw ziołowo-korzennych, soków owocowych lub chmielu.

 

Przybiera barwę od złocistej do bursztynowo-rubinowej. Co ważne, zawartość alkoholu waha się od 9% do 18%. Fermentacja trwa ok. czterech tygodni, a leżakowanie od roku do kilku lat. Gdy miód pity stanie się w pełni klarowny i gdy osiągnie wymagane cechy organoleptyczne, jest rozlewany do butelek szklanych lub ceramicznych.

Wcale nie trzeba jechać nad morze aby zobaczyć wydmy. Wystarczy udać się do powiatu zambrowskiego, w okolice wsi Grądów – Woniecko. Wędrujące wydmy stanowią cenny zabytek archeologiczny. Pozostawił je wycofujący się lądolód.

 

Wydmy były zasiedlane przez już w epoce kamienia. Ślady po przodkach odnajdziemy do dziś.  W piasku dostrzeżemy kręgi po paleniskach, ale także części ceramicznych naczyń i niewielkich narzędzi z krzemienia. Najstarsze z nich pochodzą z epoki mezolitu, a znaczy to, że powstały około 8 – 5 tys. lat p.n.e. Odnaleziono ponadto pozostałości po późniejszym osadnictwie, przypadającym na okres kultury łużyckiej, czyli wczesnej epoki żelaza.

 

Charakterystycznym elementem krajobrazu nadrzecznych wydm są różne gatunki traw, które niwelują małą stabilność podłoża. Ekosystem wydm jest jednak zagrożony przez różnego rodzaju zaburzenia. Regeneracja uszkodzonej czy zadeptywanej roślinności jest niezwykle powolna.

Piernik to twarde, ciemnobrązowe ciasto, w którego skład wchodzi m.in. mieszanka mąki pszennej i żytniej, jaja, karmelizowany cukier, miód oraz przede wszystkim przyprawy korzenne, jak pieprz. Nazwa wywodzi się wiec od staropolskiego słowa ”pierny”, czyli pieprzny. Zazwyczaj kojarzą się nam z Toruniem, ale Podlasie też może mieć swoje własne i to w stylu eko.

 

Wytwarzane byłyby z popularnej ostatnimi czasy mąki żołędziowej, która już jest produktem regionalnym. Można ją przygotować w domowym zaciszu. Cały proces trwa tylko pół godziny więc raczej nie spędzimy całego wieczoru w kuchni. Najpierw żołędzie należy jednak moczyć kilka godzin w ciepłej wodzie. Potem trzeba pozbyć się garbników. Wówczas żołędzie przestaną być gorzkie. Dopiero wtedy przystępujemy do suszenia. Po nim oddzielamy skorupkę i prażymy wnętrze żołędzi. Gdzie to zrobimy zależy już od nas samych – na patelni lub w piecu . Pozostało tylko wszystko doprawić.

 

Do tej pory pierniczki żołędziowe często gościły na okolicznościowych stołach. Wykorzystywano je również jako ozdobę świątecznych choinek. Czy pierniczki z mąki żołędziowej mają szansę stać się regionalnym przysmakiem?

Przeszukując czeluście internetów natrafiamy często na próby bicia rekordów Guinnessa przez mieszkańców Podlasia. Jedna z nich miała miejsce 2 lata temu. Konkurencja brzmiała następująco: ”Największy obszar łąki skoszony zestawem 3 kosiarek dyskowych w 8 godzin”.

 

Białostocki producent kosiarek przygotowywał się do próby przez miesiące. Przede wszystkim trzeba było spełnić warunki nałożone przez kapitułę i odszukać łąkę o powierzchni około 140 ha w jednym kawałku.  Odnalazła się ona na terenach łąk torfowych w Goślubiu, a więc w województwie łódzkim. Trochę daleko od Podlasia ale cóż…

 

Na kwadrans przed regulaminowym zakończeniem czasu ze względu na bardzo dużą nierówność terenu ciągnik ”zaliczył dziurę”  pikując kosiarką głęboko w ziemię. Po błyskawicznej reakcji naszych serwisantów listwa została oczyszczona z ziemi i trawy, po czym maszyna ruszyła do dalszej pracy. Ostatecznie doczekano happy end. Maszyny pobiła rekord dzięki czemu pewnie jej sprzedaż znacząco wzrosła

W międzywojennym Białymstoku żaden mężczyzna nie miał problemu ze znalezieniem domów rozkoszy. Wystarczyło spytać dorożkarza, recepcjonistę czy nawet bufetową, aby otrzymać konkretne namiary. Większość przybytków zlokalizowana była w najuboższej dzielnicy, Chanajkach.

 

Duża przestępczość okolicy nikomu nie przeszkadzała. Policja i urząd sanitarny co rusz zamykały rozpustne lokale, ale po kilku tygodniach powstawały nowe. Sutenerzy znaleźli również sposób na obławy. Gejszom, gdyż nazywała ich lokalna prasa, załatwiano legalne zameldowanie, więc mogły przyjmować kogo tylko chciały.

 

Jedną z najbardziej znanych gejsz w Białymstoku była nijaka Dejla Jewrejska, znana ze swego ognistego temperamentu. Panowie w wyniku intymnych spotkań oprócz pieniędzy tracili również zdrowie. Upodobała sobie również plakaty filmowe z kina Modern. Wieszała je w swym pokoju, aby klienci mieli porównanie, że obcują z naprawdę piękną kobieta, która niczym nie różni się od gwiazd z ekranu. Pracownicy kina myśleli zaś wcześniej, że fotosy kradnie im konkurencja. Jakież musiało być ich zdziwienie.

 

Gejszą nie zostawało się ze zwykłej zachcianki. Nieraz była to jedyna szansa na zarobek. Zerwanie z procederem natomiast było trudniejsze niż się wydaje. Przekonała się o tym Sara Siedlecka, która poślubiła, na pozór wspaniałego Berela Robotnika. Teściowa, niedługo po ślubie młodych zapragnęła otworzyć spelunkę. Sara zaś musiała spełniać wszystkie zachcianki gości. Gdy się nie godziła była dotkliwie bita przez kochaną teściową i swego męża. Dziewczyna nie wyobrażała sobie takiego dalszego życia i postanowiła opuścić miasto na zawsze.

Cerkiewne dzwonienie jest ginącą na ziemiach polskich tradycją, polegającą na tworzeniu kompozycji wygrywanych na tych instrumentach. Aby ocalić zjawisko od czarnego scenariusza Muzeum Ikon w Supraślu Międzynarodowy Festiwal Cerkiewnego Dzwonienia “Obwieszcza, wychwala, nawołuje”.

 

W prawosławnej tradycji dźwięk z dzwonu wydobywa się poruszając jego sercem. Dzwonnik pociąga za sznury, ale to już od siły i precyzji uderzenia zależy brzmienie. W prawosławiu dzwony wzywają na nabożeństwa, brzmią zależnie od okresu liturgicznego: na Wielkanoc radośnie, a w Wielkim Poście spokojnie.

 

Dzwonienie to sztuka, w której liczy się nie tylko umiejętność skomponowania melodii, ale i zdolności manualne.  W ciągu 15-u minut zawodnicy mają szansę zaprezentować swe zdolności. Niektórzy chronią słuch nausznikami, innym wystarcza wata w uchu. Festiwal odbywa się co dwa lata. Organizatorzy dbają bowiem o zachowanie wysokiego poziomu i atrakcyjności festiwalu, aby po prostu się nie znudził.

 

 

W okresie PRL-u 22 lipca był najważniejszym dniem w kalendarzu. Dla przeciętnego człowieka to tylko jeden z nielicznych dni wolnych. Rocznicę ogłoszenia w 1944 roku Manifestu Lubelskiego PKWN uważano za Narodowe Święto Odrodzenia Polski. Z tego powodu jego nazwę nadawano zakładom pracy i ulicom. Tak też było i w Białymstoku.

 

30 maja 1947 r. rada narodowa tak właśnie przekształciła ulicę” Św. Rocha. Według nich poprzednia nazwa nie miała żadnego związku z rzeczywistością. Kościoła więc nie zauważyli…Do starej nazwy na szczęście wrócono po zmianie ustroju. 

 

Dla Kowalskiego data ta kojarzyła się głównie z lepszym niż w inne dni zaopatrzeniem sklepów. Na kiermaszach pojawiały się bowiem takie towary deficytowe jak…papier toaletowy. Najlepszym robotnikom nadawano medale, lecz otrzymywali też talony i przydziały na dobra określane jako luksusowe.

 

Rok obrzędowy na Podlasiu wyznaczony był na przełomie XIX i XX w. wyznaczony przez kalendarz liturgiczny. Wiele zwyczajów na pewno znacie, ale jeśli nie mieszkacie na wsi, o niektórych raczej nie słyszeliście. Tak być może z dniem świętej Tekli.

 

Czci się ją 23 września, kiedy to należy rozpocząć kopanie ziemniaków. Czasu rolnicy mają niemało, bo aż do 15 października. Do dziś w małych miejscowościach można usłyszeć powiedzenie ” W dzień świętej Tekli, ziemniaki będziem jedli”. Czy wcześniejsze wykopki mogły przynieść pecha. Należy w to wątpić, ale tradycja musiała być podtrzymana. 

 

Kim była św. Tekla? Wyznawcy prawosławia uważają ją za pierwszą męczennicę. Wiążą się z nią liczne niezwykłe opowieści. Wielokrotnie cudem unikała śmierci. Miała zostać spalona na stosie za zerwanie zaręczyn, lecz egzekucję przerwał deszcz. W Rzymie natomiast, rzucona na pożarcie lwom, wyszła z opresji bez szwanku. Zwierzęta bowiem nie były głodne. Uciekając przed cesarskimi  prześladowcami, natrafiła na wielki blok skalny. Dzięki modlitwom ten się rozstąpił, tworząc wąwóz. 

Tak, to nie żaden fake news. Afrykański pomór świń nadal szaleje na Podlasiu. Przenoszona przez białoruskie dziki zaraza spędza sen z powiek podlaskim gospodarzom. Lokalni działacze wystosowali wcześniej pismo do pani premier Beaty Szydło w celu utworzenia specjalnej grupy do walk z dzikami. 

 

Teraz pojawiła się propozycja użycia Wojsk Obrony Terytorialnej. W końcu chrzest bojowy nowych oddziałów utworzonych przez Antoniego Macierewicza musi kiedyś nastąpić. Ich zadaniem miałby być odstrzał dzików. W niektórych miejscach konieczny jest nawet całkowite usunięcie populacji tych zwierząt. Aż przypominają się słowa piosenki z dzieciństwa ”Dzik jest dziki, dzik jest zły”. 

 

Na razie wszyscy oczekują na decyzję Ministra Obrony Narodowej. Rolnicy i nie tylko twierdzą, że innego wyjścia po prostu nie ma. Nie chcą już dłużej być zdania na pastwę losu. Dziki nie są bowiem ”świętymi krowami”.

Czarna Hańcza to malownicza rzeka przepływająca przez Suwalszczyznę. W zeszłym roku zdobyła w prestiżowym konkursie miano rzeki roku. Skąd się wzięła jej nazwa?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przenieść się do XIII w. Były to czasy walk Litwinów z plemieniem Mazowszan. Nad brzegiem rzeki toczono niezwykle zacięte boje.  Krew mogłaby wypełnić do pełna jego koryta. Armia litewska popadła w tarapaty. Jeden po drugim padał od celnych strzałów z łuku. Wielki Książę Trojden już miał w planach odwrót wojsk, lecz niesiony honorem wypowiedział głośno słowa ”Gana cze”. Oznaczają one ”dosyć tutaj”.

 

Niesione echem powtarzane były przez gęste lasy. Los zaczął od tej chwili sprzyjać dla wojownika. Choć bitwa nie została rozstrzygnięta, uratował on wielu swoich towarzyszy. Od tej pory ”Gane cze”powtarzane było z trwogą pośród Mazowszan. Ci trochę je zniekształcili przez swój nieco twardszy język. Po jakimś czasie wykształciło się określenie ”Hane cze”, a potem ”Hancze”. Tak też nazwano rzekę, która była niemym świadkiem odezwy księcia.

 

W międzywojennej Polsce odskocznią od szarej codzienności były używki, w tym narkotyki. Najwięcej ich miłośników było rzecz jasna w Warszawie. Kokainę i morfinę kupowali głównie artyści, ale także arystokraci i wojskowi. Również w Białymstoku chętnych nie brakowało. Z tego też powodu w 1922 r. wprowadzono zakaz sprzedaży owych specyfików bez recepty. Spowodowało to powstanie czarnego rynku. Za gram kokainy trzeba było zapłacić 10 zł.

 

Pojawiły się również próby fałszowania recept. Liczna uzależnionych lawinowo rosła. 3 lata przed II Wojną Światową w mieście wybuchła afera. Naczelny Lekarz Ubezpieczalni Społecznej wypisywał według śledczych recepty na lewo i prawo. Okazało się, że on i jego sekretarka, która realizowała recepty byli narkomanami.

 

Z kolei właściciel apteki w Wasilkowie prowadził w domowym zaciszu własną wytwórnię używek. W nielegalnym laboratorium odnaleziono głównie środki odurzające i przeciwbólowe. Chociaż postawiono mu wiele zarzutów, m.in. za dilerkę, skończyło się grzywną w wysokości 500 zł za…brak księgi rozchodów.

 

Popyt na narkotyki nie mógł uciec uwadze przemytnikom. Farmaceutyki sprowadzano głównie z Niemiec. Jednym z punktów składu była Łomża. Tam na czele kontrabandy stał właściciel składu aptecznego. W czasie nalotu na jego mieszkanie odkryto ogromną ilość środków nasennych i torebek kokainy. W gotówce miał ponad 200 tys. zł.

Ulica Grunwaldzka w Białymstoku uformowała się na przełomie XVIII i XIX wieku, czyli w tym samym czasie co sąsiadująca z nią dzielnica biedy – Chanajki. Nie mieszkali w niej jednak sami Żydzi, a skład narodowościowy był bardzo zróżnicowany.

 

Wcześniej nazywała się Kaflową, prawdopodobnie od powstałej w 1847 r. fabryki kafli Jana Kucharskiego. W swej ofercie, jeśli wierzyć dawnym ogłoszeniom, miał również stawienie pieców i kominków. Firma ta prężnie się rozwijała, ale wszystko zniweczył wybuch wojny. Po zakończeniu konfliktu synowie Jana doprowadzili przedsiębiorstwo do rozkwitu.

 

Zajęcie w fabryce znalazło ponad 80 osób, a produkty cieszyły się ogromnym zainteresowaniem w całym kraju. Kucharscy dbali o swoich pracowników. Utworzyli chociażby świetlicę, w której to organizowano warsztaty i przedstawienia teatralne. Powstał również żłobek, przedszkole, biblioteka i łaźnia.

 

Oprócz kaflarni na Grunwaldzkiej działały również inne przedsiębiorstwa. Odnaleźć tam można było fabrykę sukna, gwoździ, a także tkalnię. Nie brakowało lokali usługowych. Dzięki masarni czy sklepie z alkoholem ulica tętniła życiem. Nie każdemu jednak wiodło się dobrze. Piękne domy przeplatały się z zaniedbanymi czynszówkami, w których to mieszkali też złodzieje.

W Białymstoku spośród tysięcy budynków, ten zasługuje na szczególnie uznanie. Jest bowiem jedyny w mieście. Na dom z gliny i słomy zdecydowała się 3 lata temu jedna rodzina.

 

Na budowie oczywiście cegieł musiało zabraknąć. Bez piasku jednak ani rusz. Potrzebny był on w ilości 9 ton. Do tego 3 razy mniej gliny, sprasowana słoma i można było działać. Naturalne zdrowe materiały stanowią gwarancję ciepła. Zapomnieć można o przykrościach związanych z wilgocią i grzybami, gdyż ściany doskonale przepuszczają powietrze. Całkowity koszt budowy jest ponad 2 razy mniejszy niż przy standardowych budowach.

 

Ekonomia jednak nie przemawia do innych ludzi. Największe obawy wzbudza kwestia łatwopalności słomy. Tak naprawdę w postaci skompresowanej nie powoduje większego zagrożenia. Zachowuje się bowiem jak drewno klejone. Bez stałego źródła ognia sama się wygasza.

 

 

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nałożyło na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies. Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez podlaskie.tv, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW. Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono AAOO.pl Kamil Gopaniuk z siedzibą w Białymstoku, 15-875 Białystok, ul. Kalinowskiego 8/51 Cele przetwarzania danych 1.profilowanie i cele analityczne 2.świadczenie usług drogą elektroniczną 3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań 4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach 5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług Podstawy przetwarzania danych 1.profilowanie oraz cele analityczne – zgoda 2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi 3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych Odbiorcy danych Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa. Prawa osoby, której dane dotyczą Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą. Informacje dodatkowe Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności" Polityka prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close