Jeden zasłynął z tego, że był uznany za sprawcę przestępstwa urzędniczego, drugi — że mu policja zrzucała konfetti z helikoptera. Dwaj byli nauczyciele, którzy w pewnym momencie życia przytulili się do PiS, postanowili w swojej najnowszej aktywności politycznej spróbować czegoś nowego. Chyba po to, by zobaczyć, „jak to jest”. Fakt, że nie mają o tym zielonego pojęcia, w niczym im nie przeszkadzał. Dwaj panowie, niczym rycerze z kronik dawno minionych czasów, wyskoczyli jak przysłowiowe filipy z konopi: Dariusz Piontkowski — kiedyś geograf, potem minister edukacji, czyli człowiek, który wie, gdzie leży Kraków i co to są stalaktyty i stalagmity, oraz Jarosław Zieliński — niegdyś nauczyciel, później wiceminister od mundurów.
Wyglądało to mniej więcej tak, jakby dwóch wodzirejów od apeli szkolnych z dawnych lat postanowiło rozwiązać kryzys publicznego transportu. Bo — nie oszukujmy się — specjaliści od transportu to oni może są, ale tylko tego politycznego, polegającego na przesiadkach z ław rządowych do opozycyjnych.
Największym hitem w ich wykonaniu była jednak troska o… zadłużenie. Chodzi o 9 milionów złotych, które nie wzięło się z mgły o poranku ani z tajemniczego pyłu na podlaskich szosach, tylko z wieloletniego politycznego sterowania PKS-em niczym żaglowcem bez interesowania się wiatrem. W czym udział również brała partia PiS. Piontkowski nawet był marszałkiem województwa, gdy jeszcze PKS Nova nie istniała — tylko PKS Białystok, PKS Łomża, PKS Suwałki, PKS Siemiatycze i PKS Zambrów. I było z tymi firmami tak kolorowo, że w końcu je zlikwidowano na rzecz jednego podmiotu. I teraz ci sami panowie, którzy te koła sterowe kiedyś dotykali i mieli na nie ogromny polityczny wpływ, dziś z wielkim zapałem są oburzeni, że „tam są długi”.
Może to jednak jakaś nowa szkoła zarządzania? Taka, w której doświadczenie w edukacji daje prawo do oceniania firm przewozowych, a epizod w MSWiA nadaje kompetencje do analizowania rentowności kursów autobusowych. Gdyby jutro otworzyli debatę o budowie rakiety kosmicznej z kartonu i taśmy pakowej, też byśmy się nie zdziwili. W końcu obserwacja polityki nauczyła nas jednego: im mniej wiesz, tym głośniej możesz mówić.
A rozwiązanie problemu z pieniędzmi dla PKS jest ciągle to samo i wcale nie magiczne. Albo to jest firma działająca według praw rynku — tak jak teraz, czyli jeździ tam, gdzie się opłaca — albo mówimy wprost, że wynik ekonomiczny nas nie interesuje, PKS staje się departamentem w Urzędzie Marszałkowskim, a nie spółką prawa handlowego, i wtedy możemy robić nawet po 10 kursów dziennie do Rudaków. Jedno albo drugie — ale wreszcie z odwagą powiedzieć to głośno, zamiast udawać, że da się być jednocześnie przedsiębiorstwem i misją społeczną z kieszeni podatników „tak po trochu”.



