Opera tylko dla bogatych? Dla kogo właściwie ją wybudowano?

Opera tylko dla bogatych? Dla kogo właściwie ją wybudowano?

Chciałem pójść z żoną do naszej podlaskiej Opery. A okazja była wyjątkowa, bo można tam obejrzeć niesamowity, przepiękny klasyk – „Jezioro łabędzie”. Niestety cena biletu dla dwóch osób zwaliła mnie z nóg – 500 zł za możliwość oglądania tego widowiska z drugiego rzędu. Czyli dla takich jak ja, którzy nie mają sokolego wzroku. Dałem sobie spokój, ale od razu nasunęło mi się pytanie. Dla kogo wybudowano Operę? Bo chyba tylko dla snobów.

I nie chodzi o to, że chciałbym wejść za darmo. Nie chodzi nawet o to, że artyści powinni pracować za uśmiech publiczności i kanapkę z serem. Doskonale rozumiem, że kultura kosztuje. Że trzeba zapłacić tancerzom, muzykom, technikom, organizatorom i całej armii ludzi, dzięki którym na scenie dzieje się magia. Tylko zastanawiam się, w którym momencie uznaliśmy, że wieczór z kulturą wysoką powinien być wydatkiem, który trzeba wcześniej omówić przy rodzinnym stole. Najlepiej z kalkulatorem albo doradcą kredytowym.

Partnerzy portalu:

Bo 500 złotych to nie jest drobna kwota. Dla wielu podlaskich rodzin to pieniądze, za które trzeba zrobić zakupy spożywcze na dobrych kilka dni. Dla innych – spora część domowego budżetu na przyjemności. A dla niektórych to po prostu wydatek nie do udźwignięcia. Oczywiście można powiedzieć, że są tańsze miejsca. Można usiąść dalej, wyżej, bardziej z boku. Najlepiej gdzieś pod sufitem, skąd łabędzie będą przypominały białe przecinki poruszające się po scenie. Można też przecież nie iść wcale. I właśnie z tej ostatniej możliwości skorzystałem.

Tyle że nie daje mi spokoju pewna sprzeczność. W Białymstoku wybudowaliśmy imponujący gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej. Budynek, którym możemy się chwalić, który miał być symbolem ambicji całego regionu. Miejscem, gdzie mieszkańcy Podlasia spotykają się ze sztuką przez wielkie „S”. I słusznie. Bo dlaczego wielka kultura miałaby być zarezerwowana dla Warszawy, Krakowa czy Wiednia?

Ale czy sam fakt, że mamy piękną Operę, oznacza już, że kultura stała się dostępna? Możemy przecież postawić na Podlasiu najbardziej imponujący stadion świata, ale jeśli przeciętny mieszkaniec nie będzie mógł pozwolić sobie na bilet, to pozostanie mu podziwianie stadionu z chodnika. I fotografowanie elewacji. Najlepiej wieczorem, bo wtedy ładnie świeci.

W przypadku Opery zaczynam odnosić podobne wrażenie. Budynek jest dla wszystkich. Widownia już niekoniecznie.

Nie rozmawiamy o tym, czy można znaleźć w repertuarze cokolwiek za kilkadziesiąt złotych. Rozmawiamy o tym, czy przeciętny mieszkaniec naszego województwa ma rzeczywistą możliwość uczestniczenia w najciekawszych wydarzeniach kulturalnych. Bez poczucia, że właśnie zdecydował się na finansową ekstrawagancję. Ktoś powie: przecież nikt nie każe kupować miejsc w drugim rzędzie. To prawda. Podobnie jak nikt nie każe kupować lepszego mięsa, jeździć na wakacje czy chodzić do restauracji. Można przez całe życie wybierać wyłącznie najtańsze rozwiązania. Tylko po co w takim razie opowiadamy o powszechnym dostępie do kultury?

Zresztą najbardziej zastanawia mnie jeszcze coś innego. Od lat słyszymy, że Polacy za mało uczestniczą w kulturze. Że wolą telewizję, internet, seriale i rozrywkę niewymagającą większego wysiłku intelektualnego. Że trzeba wychowywać nowe pokolenia melomanów, miłośników teatru i baletu. No to wyobraźmy sobie zwyczajną rodzinę z dwójką dzieci. Rodzice chcieliby pokazać swoim pociechom coś więcej niż kolejny film na platformie streamingowej. Zabierają je na „Jezioro łabędzie”. Przy cenie 250 zł za miejsce czteroosobowe wyjście kosztowałoby tysiąc złotych. Do tego dojazd, może coś do zjedzenia. I później jesteśmy zdziwieni, że dzieci wychowują się na TikToku.

Nie twierdzę, że należy administracyjnie nakazać sprzedaż wszystkich biletów po 30 złotych. To byłby absurd. Nie oczekuję też, że prywatny organizator przyjedzie do Białegostoku i będzie finansował nam rozrywkę z własnej kieszeni. Oczekiwałbym jednak, że wielka publiczna instytucja kultury będzie konsekwentnie szukała sposobów, aby wyjątkowe wydarzenia nie były wyłącznie przywilejem ludzi z grubszym portfelem. Może poprzez specjalne pule tańszych biletów, tak jak mamy bony turystyczne?

Bo przecież misją publicznej kultury nie powinno być wyłącznie prezentowanie sztuki. Powinno być nią również usuwanie barier, które oddzielają sztukę od ludzi. I nie, nie jestem obrażony na Operę. Nie zamierzam protestować pod jej drzwiami ani organizować pikiety z transparentem „Łabędzie dla ludu!”.

Ale na koniec wracam do pytania dla kogo wybudowano naszą Operę? Bo jeśli odpowiedź brzmi „dla wszystkich mieszkańców Podlasia”, to wypadałoby zadbać, żeby niektórzy mogli podziwiać w niej coś więcej niż tylko architekturę. W przeciwnym razie pozostanie nam najdroższa galeria sztuki w regionie. Taka, w której głównym eksponatem dostępnym dla każdego jest sam budynek.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.