Białostocka policja może wreszcie pochwalić się sukcesem w sprawie płonących drewnianych domów. Zatrzymano czworo nastolatków podejrzewanych o podpalenie pustostanu przy ulicy Poleskiej. Tyle że trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem śledczy dostali sprawę niemal na tacy. Pożar wybuchł w biały dzień, byli świadkowie, którzy widzieli młodych ludzi wchodzących do budynku, a następnie z niego uciekających. Chwilę później pojawił się ogień. Pozostało ustalić tożsamość podejrzewanych i ich zatrzymać. I rzeczywiście, policjanci sobie poradzili. Brawo. Tylko co z pozostałymi pożarami, przy których nikt nie zostawił policji tak wygodnych wskazówek?
13 października po południu zapalił się stary drewniany budynek przy ulicy Poleskiej. Ogień był na tyle duży, że dym rozprzestrzenił się na sąsiednie ulice. Na miejsce przyjechały służby, a policjanci rozpoczęli ustalanie przyczyn zdarzenia. Szybko okazało się, że tuż przed pożarem w pustostanie przebywała grupa nieletnich. Trzech chłopaków weszło do środka, dziewczyna została na zewnątrz. Kiedy wszyscy uciekli, budynek zaczął płonąć. Zatrzymano czworo podejrzewanych w wieku od 12 do 14 lat. Straty oszacowano na około 800 tysięcy złotych. Sprawą zajmie się sąd rodzinny.
Partnerzy portalu:
Oczywiście zatrzymanie podejrzewanych jest dobrą wiadomością. Tyle że w Białymstoku drewniane domy płoną od lat. Nierzadko nocą, kiedy ulice są puste, świadków brakuje, a ewentualni sprawcy mogą spokojnie zniknąć. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca śledcza. Taka, której efektów mieszkańcy Białegostoku od dawna mają prawo się domagać.
A efektów nie widać
Nie jest przecież tajemnicą, że problem pozostaje nierozwiązany od wielu lat. Już w 2017 roku Radio Białystok informowało o umorzeniu postępowań dotyczących pożarów drewnianych domów przy ulicach Stołecznej, Ostrowieckiej i Angielskiej. Powód? Przede wszystkim niewykrycie sprawców ewentualnych podpaleń. Minęło dziewięć lat, kolejne budynki znikały z krajobrazu miasta, a mieszkańcy wciąż słyszą o następnych pożarach.
I tu dochodzimy do zasadniczego pytania. Czy białostocka policja traktuje te sprawy jak pojedyncze, niezwiązane ze sobą zdarzenia, czy ktoś wreszcie analizuje je jako szersze zjawisko? Czy sprawdzane są możliwe powiązania pomiędzy pożarami, historią nieruchomości, ich właścicielami, potencjalnymi motywami i osobami pojawiającymi się w pobliżu? Czy ktoś próbuje ustalić, komu zniknięcie konkretnego budynku mogłoby przynieść korzyść? Nie dlatego, że każdy pożar musi być wynikiem przestępczego spisku, lecz dlatego, że wykluczanie takich hipotez również należy do obowiązków śledczych. Nic nie wskazuje na to, by policja tak robiła.
Policja dysponuje przecież znacznie szerszym arsenałem niż przesłuchiwanie świadków i przeglądanie monitoringu. Istnieją czynności operacyjno-rozpoznawcze, obserwacja, praca z osobowymi źródłami informacji, analiza powiązań, a w określonych prawem przypadkach również kontrola operacyjna, w tym podsłuchy wymagające odpowiednich zgód. To narzędzia znane ze spraw dotyczących poważnej przestępczości. I nie ma powodu, aby z góry zakładać, że umyślne wywoływanie groźnych pożarów nie zasługuje na równie poważne potraktowanie. Brak świadka nie powinien automatycznie oznaczać końca możliwości śledczych.
Zatrważająco marne rezultaty śledztw
Bo jeśli ktoś celowo podpala drewniany dom w zwartej zabudowie miasta, nie niszczy wyłącznie cudzej nieruchomości. Stwarza zagrożenie dla sąsiadów, przechodniów i strażaków. Ogień nie sprawdza przecież w księdze wieczystej, gdzie kończy się działka właściciela pustostanu. Może przenieść się na sąsiedni budynek, w którym śpią ludzie. Dlatego sprowadzenie takiego pożaru do kategorii kolejnego spalonego pustostanu byłoby niebezpiecznym lekceważeniem problemu.
Nie wiemy, jakie niejawne czynności policja rzeczywiście prowadziła przy wcześniejszych pożarach. I właśnie dlatego nie można uczciwie stwierdzić, że nie robiła nic. Można natomiast oceniać rezultaty. A te, przynajmniej w części historycznych spraw, były zatrważająco marne. Jeżeli pożary powtarzają się przez lata, a kolejne postępowania kończą się niewykryciem sprawców, to mieszkańcy mają pełne prawo pytać o skuteczność służb i nadzorujących je prokuratorów.
Zatrzymanie czworga nastolatków przy Poleskiej nie rozwiązuje problemu białostockich pożarów. To jedna sprawa, w której policjantom pomogli świadkowie. Nadal pozostaje natomiast pytanie, kto odpowiada za inne pożary i dlaczego tak trudno ustalić ich przyczyny oraz ewentualnych sprawców. Bo chyba dla wszystkich jest jasne, że to nie te same nastolatki.
Białystok nie potrzebuje policji skutecznej wyłącznie wtedy, gdy przestępstwo odbywa się w biały dzień, a świadkowie niemal wskazują palcem podejrzewanych. Potrzebuje śledczych, którzy potrafią rozwiązywać również trudne sprawy, wymagające miesięcy pracy, kojarzenia faktów i prowadzenia działań operacyjnych.



