Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.

WOJNA, KTÓRA ZGASIŁA MASZYNY — 1914–1918

Latem 1914 roku na europejskich dworach i w sztabach wojskowych zapadły decyzje, których skutki dotarły również nad Białą. Wojna światowa przerwała rytm pracy i handlu. Rosyjskie władze wprowadzały nadzwyczajne porządki: mobilizację, aresztowania, wysiedlenia, kontrolę przedsiębiorstw. Zakłady zamykano, później niektóre uruchamiano dla potrzeb armii, lecz to nie był zwykły powrót do interesów. Fabryka potrafiła produkować, a mimo to przedsiębiorca nie mógł decydować, komu sprzeda towar i za ile. Robotnik mógł otrzymać zajęcie, ale żyć coraz gorzej. Wojna z łatwością odbiera ludziom korzyści, które uprzednio obiecywała cywilizacja.

W 1915 roku rosyjskie wojsko opuściło Białystok. Weszli Niemcy, obejmując miasto wojskowym zarządem. Jedna okupacyjna administracja zastąpiła drugą, lecz rachunek zapłacili ci sami mieszkańcy. Konfiskowano majątek, kontrolowano handel, reglamentowano żywność, kierowano ludzi do pracy poza domem. Niedostatek opału i jedzenia nie był tu abstrakcyjnym pojęciem z podręcznika. Oznaczał zimno w mieszkaniu i coraz dłuższe kalkulowanie, czy z oszczędzonych pieniędzy starczy na chleb. Epidemie korzystały z pogarszających się warunków sanitarnych. Niegdyś głośna od produkcji dzielnica przemysłowa słyszała nagle przede wszystkim ciszę przerwanych zmian.

Partnerzy portalu:

Okupanci z czasem poluzowali część restrykcji kulturalnych i dopuścili wznowienie pewnej działalności gospodarczej. Nie stało się to z powodu nagłego wzruszenia nad losem mieszkańców. Armia potrzebowała materiałów, a warsztat pozostawiony bezczynnie nie dostarczał wojsku niczego. Wojenne imperia bywają bardzo praktyczne: ideologia służy im do przemówień, produkcja do prowadzenia wojny. Wśród fabrykantów, z którymi współpracowano, ważną rolę odgrywali przedsiębiorcy żydowscy. Nie usuwało to codziennych napięć ani nie oddawało mieszkańcom utraconej samodzielności.

W pałacu trwał jeszcze przez pewien czas dawny porządek Instytutu Panien Szlacheckich, lecz nawet ta instytucja nie uniknęła konsekwencji wojny. Wychowanki ewakuowano, a z czasem szkoła zakończyła działalność. Kiedyś rosyjska władza zmieniła pałac w placówkę służącą własnej wizji wychowania. Teraz wielka wojna pokazała, że wizje władców są mniej trwałe od murów, w których urządzają swoje gabinety. Uczennice wyjechały, programy nauczania straciły znaczenie, a budowla została jako świadek kolejnego zerwania.

Tak samo niepewne stały się państwowe mapy. Cesarstwa, które wydawały się nieruchome, chyliły się ku upadkowi. W listopadzie 1918 roku Polska zaczęła odzyskiwać niepodległość. W wielu miastach można było mówić o końcu obcej władzy. W Białymstoku sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Choć na świecie kończyła się wojna, lokalni niemieccy żołnierze pozostawali uzbrojeni i nie mieli zamiaru znikać na jedno skinienie. W mieście mieszały się nadzieje i strach, z jednej strony słyszano o Polsce, z drugiej wciąż widziano obce mundury.

Jest w tej chwili historycznej ironia, od której trudno uciec. Wielkie imperia rozpadały się z hukiem, nowe państwa powstawały na mapach, a mieszkaniec Białegostoku mógł wciąż nie wiedzieć, kto nazajutrz będzie kontrolował ulicę. Miał prawo sądzić, że politycy gdzieś daleko zapomnieli o jego mieście. Albo że pamiętali o nim aż nazbyt dobrze i dlatego każdy chciał je mieć pod własnym zarządem. Trzeba było jeszcze kilku miesięcy, zanim można będzie powiedzieć: Białystok znalazł się w niepodległej Polsce.

NIEPODLEGŁOŚĆ SPÓŹNIONA O TRZY MIESIĄCE — 1918–1920

Jedenastego listopada niepodległość była w Białymstoku przede wszystkim nadzieją. Nie brakowało rozmów, ustaleń, deklaracji, chwilowej euforii i nagłych rozczarowań. Lokalni przedstawiciele polskiego życia publicznego próbowali porozumieć się z niemiecką Radą Żołnierską. Mieszkańcy czekali na wycofanie obcych oddziałów. Wieści o przybyciu polskiego wojska raz wzbudzały entuzjazm, a raz kończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Żołnierze pojawiali się i znikali, zaś miasto pozostawało na granicy porządku i chaosu.

W politycznej próżni zdarza się rzecz niebezpieczna: wiele osób naraz zaczyna wierzyć, że to właśnie im przypadło prawo rozstrzygania o losie pozostałych. Był nawet epizod z samozwańczym przedstawicielem białoruskiej państwowości, ogłaszającym przyłączenie miasta do Białorusi. Najbardziej trwałym skutkiem tych zapowiedzi nie była jednak zmiana granicy, lecz kolejny dowód, jak niepewna pozostawała sytuacja. O przynależności Białegostoku decydowano w negocjacjach, przy wojskowych sztabach i na drogach odwrotu.

Dopiero w lutym 1919 roku nastąpił przełom. Niemieckie wojska wyszły, a 19 lutego do miasta wkroczyły oddziały polskie. Kilka dni później mieszkańcy uroczyście je witali przed katedrą. Ta data ma dla Białegostoku znaczenie szczególne. Ogólnopolski kalendarz wskazuje listopad jako symbol powrotu państwa; miejscowa pamięć dopisuje luty jako dzień, w którym zmiana stała się faktem.
Wieloetniczny Białystok nie był przy tym wspólnotą jednej wizji przyszłości. Polacy chcieli miasta w granicach odrodzonej Rzeczypospolitej. W części żydowskiej społeczności żywe pozostawały obawy o stabilność nowego państwa i pomysły autonomiczne, przypominające ideę wolnego miasta. Później, kiedy polskie władze zaczęły wyglądać na bardziej trwałe, nastroje ulegały zmianie. Coraz ważniejsza była współpraca mieszkańców nad sprawami praktycznymi. Państwowość stała się faktem, a fakty — jak zwykle — wymagały urzędników, szkół, budżetu i ludzi gotowych zamiast dyskutować o wielkich koncepcjach, naprawić zwykłą ulicę.

Taką rolę otrzymał Józef Puchalski, tymczasowy gospodarz miasta. Pierwsze uroczystości, organizowanie samorządu, trudne przejście od rządów okupacyjnych do polskiej administracji — wszystko to stanowiło zadania bardziej przyziemne od podniosłych przemówień. Późniejsza kariera polityczna Puchalskiego nie przyniosła mu wielkiej popularności, ale kronika nie powinna mierzyć znaczenia człowieka wyłącznie liczbą głosów zebranych w następnych wyborach. Są urzędy, które obejmuje się w chwili, gdy nie ma jeszcze porządnego biurka, a trzeba już odpowiadać za całe miasto.

Niepodległość nie zdążyła jednak na dobre zadomowić się w Białymstoku, gdy w 1920 roku pojawiła się nowa groźba. W czasie wojny polsko-bolszewickiej miasto stało się miejscem działania Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, podporządkowanego bolszewickiej wizji przyszłości. Zapowiadano zupełnie nowy ustrój, tworzono trybunały i stosowano terror. W sierpniu doszło do walk, a polskie oddziały odbiły miasto. Wyobraźmy sobie mieszkańca, który jeszcze niedawno oglądał polskie wojsko wśród uroczystych powitań, a już musi sprawdzać, jaki rozkaz obowiązuje nazajutrz. Dla takiego człowieka wielka historia nie miała końca rozdziału. Miała zaledwie kolejną przerwę między nieszczęściami.

Dopiero po tych wydarzeniach Białystok mógł zacząć odbudowywać spokojniejsze życie. Nadeszły lata szkół, gazet, restauracji, miejskich kłótni i inwestycji. Przyszły też nowe spory, co świadczyło paradoksalnie o pewnym powodzeniu. Miasto znów miało czas zajmować się sprawami, które nie wymagały ucieczki ani barykadowania drzwi. Jednak odetchnęło przede wszystkim to, które miało mieszkanie i pracę. Drugie, stojące w kolejce po zarobek, od dawna czekało na swoją kolej.

CHANAJKI, CZYLI MIASTO BEZ POCZTÓWKOWEGO UŚMIECHU — LATA DWUDZIESTE

Wystarczyło odejść od reprezentacyjnych kamienic, żeby zobaczyć zupełnie inny Białystok. Chanajki nie były dekoracją do romantycznego filmu o dawnej Polsce. Były plątaniną ulic i uliczek, domów drewnianych oraz murowanych, podwórek gęstych od ludzi, warsztatów i sklepów. Żyli tu przede wszystkim ludzie, którym życie nie rozdawało hojnie. Robotnicy, drobni handlarze, chałupnicy, bezrobotni, całe rodziny utrzymujące się z pracy rozciągniętej od świtu do zmroku. W opisach prasowych pojawiały się brud, smród i przestępczość. Tak widzieli dzielnicę reporterzy, często z pozycji człowieka, który mógł po całym dniu opuścić jej zaułki. Mieszkańcy musieli w nich zostać.

Były tam spelunki i domy publiczne, sutenerzy oraz ludzie zarabiający na cudzej zależności. Głośne nazwiska miejscowego półświatka potrafiły obiegać całe miasto. Jankiel Rozengarten, określany jako król Chanajek, stał się jednym z symboli kryminalnej legendy dzielnicy. Wspominano Taubę Wolfson, znaną prostytutkę, i liczne historie o szantażach, pobiciach czy rozbojach. Łatwo byłoby teraz zrobić z tego smakowitą gawędę o łotrzykach, którzy niejednego kupca przyprawili o drżenie rąk. Ale byłaby to gawęda niewiarygodnie wygodna — dla kogoś, kto nie musiał tam mieszkać. Bo przestępcza sława zwykle przykrywała tysiące ludzi, którzy nie mieli z przestępczością nic wspólnego poza nieszczęściem sąsiedztwa.

Chanajki miały również codzienną gospodarkę: sklepy z suknem, obuwiem, meblami, cementem, warsztaty, apteki i gabinety usługowe. Działała produkcja, którą można było zobaczyć tylko wtedy, kiedy zajrzało się do piwnicy albo na zaplecze. Prasa pisała choćby o małych zakładach wytwarzających lemoniadę i wodę sodową w fatalnych warunkach sanitarnych. Gdy ktoś narzekał, że napój jest podejrzany, skargi nie wynikały więc wyłącznie z kaprysu. Nowoczesne miasto miało własną fabrykę prądu, a równocześnie sprzedawało czasem napoje przygotowywane w warunkach godnych co najwyżej zamknięcia. Postęp nie wchodził do wszystkich drzwi jednocześnie.

A przecież i tu działały interesy, które dostarczały mieszkańcom rzeczy przyjemnych. Chaim Sofer prowadził przy dawnej Sosnowej fabrykę czekolady, na tyle cenioną, że porównywano go do Wedla. To drobny szczegół, a jak wiele mówi o mieście. W tym samym rejonie, który gazeta potrafiła przedstawiać jako siedlisko występku, robiono słodycze kupowane przez ludzi różnych wyznań. Pod tym samym niebem jedni żyli z cudzej słabości, drudzy z uczciwej pracy, a trzeci próbowali zwyczajnie wychować dzieci. Historia dzielnicy zaczyna być ludzka dopiero wtedy, gdy uznamy istnienie wszystkich tych postaci naraz.

Na pograniczu Chanajek stała kamienica przy Krakowskiej 1. W latach międzywojennych budynek Ginzburgów miał szczególnie barwną historię. Hotel Metropol, restauracja, kawiarnie, dancing i dom publiczny funkcjonujący pod pozorami eleganckiej działalności — wszystko to przyciągało klientów, policję oraz moralistów. Prasa oburzała się, obyczajowi strażnicy domagali się porządku, a interesy trwały. W końcu zniknął najbardziej osławiony przybytek, lecz nie zniknęła mieszczańska chęć kontrolowania innych. W tej samej kamienicy później niechęć budził gabinet ginekologiczny prowadzony przez członka rodziny właścicieli. Świat, który tolerował setki rzeczy z punktu widzenia prawa i etyki wątpliwych, potrafił równocześnie rozpętać awanturę o lekarza chcącego badać kobiety.

Nieco dalej całe miasto prezentowało się już inaczej. Elegancka Warszawska miała pałacyki, okazałe kamienice, lekarzy i kupców. Chanajki miały ludzi, którzy z trudem szukali pracy i miejsca dla siebie. Nie był to podział między narodami, bo i tutaj, i tam żyli mieszkańcy rozmaitych wyznań i pochodzenia. Był to także podział majątku. W XIX i XX wieku Białystok wyrósł na gospodarczą potęgę regionu, ale nie nauczył się sprawiedliwie dzielić wszystkimi owocami tego wzrostu. Nie był pod tym względem wyjątkowy. Wyjątkowe stało się później to, jak gwałtownie oba światy — bogaty i biedny — miały zostać rozerwane przez historię.

Warto zapamiętać Chanajki inaczej niż w kronice policyjnej. Zapamiętać chodzących do pracy ludzi, żydowskie szkoły religijne, rodziny przy kuchennych stołach, rzemieślników, dzieci. Gdy za kilkanaście lat opowieść doprowadzi nas do okupacji niemieckiej, wszystkie te codzienne zajęcia przestaną być tylko obyczajowym tłem. Będą konkretnym dowodem istnienia świata, któremu odebrano przyszłość. Tymczasem w latach dwudziestych toczył się on nadal: głośny, niesprawiedliwy, pełen sporów, ale żywy. I właśnie dlatego nie można go sprowadzić do egzotycznej ciekawostki.

GWIAZDA, KTÓRA WYROSŁA Z CMENTARZA — 1926–1936

Na wzgórzu świętego Rocha długo było inne życie, niż to, które znamy z dzisiejszego pejzażu Białegostoku. Była kaplica, był cmentarz, były ścieżki prowadzące do miejsca spoczynku. Gdy miasto rosło, miejsce dawnego pochówku znalazło się pośród ulic coraz bliższych centrum. Z czasem nekropolia przestała pełnić swoją funkcję, lecz pamięć o niej wcale nie musiała zniknąć. Wszystko zmienił pomysł, aby wznieść właśnie tutaj świątynię, której znaczenie wykraczałoby daleko poza potrzeby parafii. Nowa Polska otrzymała niepodległość, a Białystok miał odcisnąć tę radość w architekturze.

Wielkim rzecznikiem budowy był ksiądz Adam Abramowicz. Wyobraźmy sobie jego zadanie: trzeba przekonać ludzi, zdobyć pieniądze, rozstrzygnąć spór o projekt i rozpocząć prace w miejscu mającym własną, trudną historię. Gdyby proboszcz marzył wyłącznie o budynku praktycznym, wybór byłby prostszy. Tymczasem jego zamiarem stała się świątynia-pomnik, mająca jednocześnie służyć wiernym i przypominać, że Polska przetrwała okres niewoli. Tego rodzaju pomysł doskonale nadaje się do przemówienia. Trudniej zamienić go w rachunki za materiały i pracę murarzy.

Projekt Oskara Sosnowskiego wyróżniał się niezwykłą symboliką. Architekt wiązał go z koncepcją kamiennej litanii — zespołu świątyń, w których wezwania maryjne miały przemieniać się w architektoniczne formy. Białostocka świątynia otrzymała ideę „Gwiazdy Zarannej”. Gwiazda miała oznaczać nowy początek, a sam budynek — wyrastający na wyniesieniu ponad miasto — nieco przypominać fortecę. Mury oporowe, baszty, wysoka wieża i rysunek bryły składały się na dzieło, którego nie sposób pomylić z szeregową parafialną zabudową. Do projektu prowadziła droga długa i pełna sporów, bo na stole leżały liczne różne propozycje, a wybrano rozwiązanie ambitne i kosztowne.

Budowę rozpoczęto pod koniec lat dwudziestych. Wymagało to wcześniejszego uporządkowania terenu dawnego cmentarza, ekshumacji i przeniesienia szczątków. W ten sposób dosłownie spotkały się dwie warstwy dziejów: pochówki mieszkańców dawnego miasta i monumentalna świątynia, którą miało oglądać miasto nowe. Nie ma w tym nic łatwego ani wyłącznie malowniczego. Każde takie przedsięwzięcie przypomina, że ziemia w centrum starego miasta nie jest pusta, nawet jeżeli mapy przedstawiają ją jako wolną parcelę.

Budowa posuwała się naprzód mimo kłopotów finansowych. Rosła kopuła, potem wieża. W połowie lat trzydziestych zarys świątyni był już na tyle wyraźny, by można było z daleka zobaczyć, że Białystok otrzymuje nowy punkt odniesienia. Jedni zachwycali się oryginalnością, inni mogli uznać przedsięwzięcie za zbyt śmiałe. Niezależnie od opinii stało się jasne, że miasto, które przez lata rosło głównie dzięki handlowi i przemysłowi, potrafi też nadać wielkiej budowli znaczenie polityczne, religijne i emocjonalne. Nie chodziło już wyłącznie o to, by zmieścić wiernych pod dachem. Chodziło o opowieść, która miała przetrwać pokolenia.

Warto pamiętać również o tym, czego projekt nigdy w pełni nie osiągnął. Sosnowski planował rozwiązania bardziej rozbudowane od ostatecznie wykonanych, zwłaszcza w otoczeniu świątyni. Budowa wielkich symboli najczęściej kończy się kompromisem z budżetem. Nie umniejsza to dziełu, lecz czyni je bardziej ludzkim. Kościół św. Rocha stał się znakiem rozpoznawczym Białegostoku właśnie w niedoskonałym świecie, w którym istnieją faktury, terminy, protesty i pogoda.

Tego samego świata, który wkrótce zamieni marzenia architektów w wojskowe kwatery i plany okupanta. Gdy nadejdzie nowa wojna, świątynia — ledwie wzniesiona — zostanie wciągnięta w wydarzenia, dla których nie została zaprojektowana. A jednak przetrwa. Nie wszystkie wielkie budowle miasta będą miały tyle szczęścia.

FONTANNA, FAJFY I WOJNA O ŻARÓWKĘ — 1927–1935

Jeśli ktoś pragnął poczuć Białystok nie jako fabrykę, lecz jako miasto przyjemności, powinien zajrzeć do centrum w okresie międzywojennym. Eleganckie restauracje, kawiarnie, sale taneczne i miejsca spotkań tworzyły osobny teatr codzienności. W hotelu Ritz odbywały się weekendowe fajfy dla zamożniejszych gości. Było jedzenie, muzyka, stroje, rozmowy i cały społeczny rytuał pokazywania się w odpowiednim towarzystwie. Od czasu do czasu prezentowano mody z Paryża. Dla miasta, które niegdyś liczyło głównie kramy przy błotnistym placu, był to znak wielkomiejskiej pewności siebie. Tyle tylko że do Ritza nie chodził każdy, kto miał ochotę potańczyć.

Przy Kilińskiego można było zjeść w Ermitażu, którego kuchnia sięgała po tradycje rosyjskie i francuskie. Funkcjonowały inne restauracje, a niektóre oferowały nawet dostawę jedzenia poza centrum. Dzisiaj taka usługa nie budzi zdumienia, lecz w mieście bez aplikacji i elektronicznych zamówień była przedsięwzięciem wymagającym znacznie więcej organizacji. Z kolei przy Sienkiewicza podawano w jednej z kawiarni napój zwany buzą, przygotowywany z kaszy jaglanej i dodatków. Przy Rynku można było skosztować dań żydowskich i potraw z różnych stron świata. Gastronomia Białegostoku mówiła wieloma językami równie wymownie jak jego przechodnie.

W restauracjach grano muzykę, czasem występowały orkiestry złożone z młodych kobiet. Były też konflikty konkurencyjne, które trudno zaliczyć do uczciwej przedsiębiorczości. Jeden ze sporów między lokalami skończył się, według przywołanej relacji, podpaleniem konkurenta. Tak oto wykwintne menu i bandyckie metody potrafiły współistnieć w niemal tej samej przestrzeni. Kto chce oglądać przedwojenny Białystok wyłącznie przez okno kawiarnianej witryny, musi pamiętać, że za szkłem nie zawsze siedzieli ludzie o manierach równie eleganckich jak ich garnitury.

Przy fontannie skupiało się inne towarzystwo. Początkowo była ozdobą rynku i miejscem spotkań, lecz w okresie międzywojennym stała się także swoistym punktem zbierania się bezrobotnych. Fotografia, na której siedzą mężczyźni w czapkach i płaszczach, może wyglądać niemal sielsko. Dopiero wiedza o tym, na co czekali, odbiera jej pocztówkową niewinność. Nie każdy bezczynny człowiek w centrum miasta odpoczywał. Niektórzy polowali na najprostszy zarobek, nie wiedząc, czy dzień zakończy się obiadem. I właśnie to miejsce — ozdobione, centralne, otoczone kamienicami — nadawało się do pokazania kontrastów lepiej niż niejeden wykład o nierównościach.

Jeszcze inny konflikt toczył się o elektryczność. Monopolista dostarczający prąd podnosił ceny, a prywatni odbiorcy płacili za energię znacznie więcej niż część innych użytkowników. Mieszkańcy i kupcy buntowali się przeciwko takim warunkom, magistrat się spierał, a z czasem od protestu słownego przechodzono do czynów. Na początku lat trzydziestych urządzano strajki elektryczne. Sklepy i mieszkania rezygnowały z oświetlenia, by pokazać, że dostawca bez odbiorców nie zarabia. Miasto, które niedawno z dumą przyjęło nowoczesną elektrownię, zaczęło ostentacyjnie korzystać z nafty.

Była w tej akcji niezwykła siła wspólnego działania. Człowiek sam nie miał wielkich możliwości negocjacyjnych wobec przedsiębiorstwa dysponującego wyłącznym prawem dostaw. Ale gdy podobną decyzję podejmowały setki i tysiące odbiorców, rachunek ekonomiczny zaczynał się zmieniać. Długotrwały protest doprowadził ostatecznie do porozumienia i obniżek. Białostoczanie pokazali, że potrafią współpracować nie tylko w chwilach państwowych uroczystości, lecz także przy sprawie bardzo przyziemnej: ile kosztuje światło nad własnym stołem.

Tymczasem w centrum wrzała jeszcze jedna debata, dziś brzmiąca niemal niewiarygodnie. Niektórzy publicyści zaczęli domagać się wyburzenia ratusza. Budowla była stara, ciasna, nieporządna, a rynek — przepełniony. Pojawiały się pomysły urządzenia w tym miejscu wygodniejszej przestrzeni komunikacyjnej, nawet dworca autobusowego. Z dzisiejszego punktu widzenia łatwo osądzić te głosy jako zamach na symbol miasta. Z punktu widzenia mieszkańca ówczesnego Białegostoku był to jednak także spór o brud, tłok i użyteczność centrum. Historia urbanistyki uwielbia takie przewrotne sceny: jedni proszą o ratowanie tradycji, inni chcą wreszcie móc przejść przez plac bez uważania na każdy krok.

Wszystko to działo się obok siebie — fajfy w Ritzu, poszukiwanie zatrudnienia przy fontannie, strajk przeciwko cenom prądu i publiczne pomysły usunięcia ratusza. Miasto nie układało tych historii w osobne rozdziały. Tego samego dnia jedni tańczyli, inni czekali na pracę, a ktoś w redakcji pisał, że centrum trzeba gruntownie przewietrzyć. Na tym polega urok i okrucieństwo kroniki: każdy człowiek przeżywał swoje życie jako najważniejsze, nie wiedząc, że po latach znajdzie się w zbiorowym portrecie pod jednym tytułem.

Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część III.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.