GDY RYNEK BYŁ WAŻNIEJSZY OD RATUSZA — XVII I XVIII WIEK
Zanim Białystok otrzymał wielkomiejskie ambicje, był miejscem o wiele skromniejszym. W okolicy większe znaczenie miały Suraż, Tykocin i Grodno. Nad Białą zaś życie toczyło się wśród drewnianej zabudowy, przy drogach, którymi jechało się do sąsiednich osad. Stary kościół, którego dzieje sięgają pierwszej połowy siedemnastego wieku, stanowił jeden ze stałych punktów krajobrazu. Wśród świątyń, kaplic i cmentarzy zaczynała się historia ludzi, nie tylko architektury. Najpierw było miejsce do życia i umierania, dopiero potem miejsce do pokazywania gościom.
W osiemnastym stuleciu sytuacja zmieniła się zasadniczo. Jan Klemens Branicki, człowiek o odpowiednich wpływach, środkach i ambicjach, zadbał o rozwój swego ośrodka. Przywilej miejski z 1749 roku porządkował formalnie coś, co w pewnej mierze już istniało: miasteczko od dawna miało miejskie obyczaje. Kupcy przyjeżdżali z towarem, rzemieślnicy mieli swoje zajęcia, a drogi przecinające osadę coraz wyraźniej układały się w gospodarczy kręgosłup. Pożar z 1753 roku — nieszczęście dla mieszkańców — stworzył zarazem konieczność przebudowy centrum. Niejedno miasto dostało swój porządek urbanistyczny dopiero wtedy, gdy żywioł brutalnie przypomniał, jak łatwo płoną drewniane domy.
Partnerzy portalu:
Rynek był przecięciem traktów z kierunku Choroszczy, Suraża i Wasilkowa. Tu skupiała się praktyczna mądrość miasta: jeśli ktoś chce kupić, trzeba go spotkać; jeśli ktoś chce sprzedać, lepiej stanąć tam, gdzie przechodzi najwięcej ludzi. Wzniesiono więc budowlę, którą z czasem zaczęto nazywać ratuszem, choć urząd miasta nigdy nie uczynił z niej swojej właściwej siedziby. Był to w istocie dom handlowy, z kramami i pawilonami, rozbudowywany stopniowo. Z biegiem lat przybywały sklepy, pojawiała się wieża, a kupcy — w dużej mierze żydowscy — dokładali swoje cegły do handlowego serca Białegostoku.
Z ratuszem wiązała się osobliwa sprzeczność. Z wyglądu symbol władzy miejskiej, z przeznaczenia przede wszystkim symbol handlu. A jednak obok towarów znalazło się miejsce również dla spraw sądowych i aresztu. Kto nazbyt energicznie negocjował cudzą własność, mógł więc w tej samej okolicy stracić swobodę, którą rano tak ochoczo wykorzystywał. Na rynku stanęła figura świętego Floriana, patrona strażaków. Były pompy wodne, była i rzeźba Temidy, jakby miasto chciało zapewnić przechodniów, że ogień i bezprawie zostaną tutaj przynajmniej symbolicznie otoczone opieką. W praktyce gwarancje te miały różną skuteczność.
Nieodłącznym sąsiadem wzrostu ludności była śmierć. Pierwsze cmentarze powstawały przy kościołach i kaplicach, ale wraz z rozrastaniem się miasta obszary dawniej leżące poza jego granicami zaczęły znajdować się w samym środku. Stare nekropolie katolickie, żydowskie, ewangelickie i prawosławne opowiadały o wielości wyznań na długo przed tym, nim zaczęto używać modnego słowa „wielokulturowość”. Dla mieszkańców nie była to żadna reklamowa etykieta. Było to pytanie o ślub, szkołę, święto, sposób pochówku i miejsce, w którym wolno postawić nagrobek.
Przy starej farze powstał również przytułek związany z dobroczynną działalnością Branickiego. Miał opiekować się ludźmi starszymi i potrzebującymi. Warto o nim pamiętać właśnie teraz, kiedy łatwo sprowadzić epokę magnacką do pałacowych sal. Za zdobionymi ścianami kryło się bowiem miasto mniej reprezentacyjne: chore, zmęczone, zależne od dobroczynności. Budynek przy farze przeżyje później zdumiewające przemiany. Będzie mieścił handel, druk, występy, kino i rozprawy polityczne. Niektóre mury mają dłuższą pamięć od całych rodów.
Oto zatem początki: drogi, rynek, handel, dawne wyznania, dym po pożarze i budowle, które jeszcze nie wiedziały, do ilu różnych światów przyjdzie im należeć. Białystok dopiero zaczynał się rozglądać po Europie. Europa natomiast szykowała mu pierwszy wielki żart, choć śmiać się nie było z czego: postanowiła zmienić mu państwo bez pytania mieszkańców o zdanie.
PRUSKI URZĘDNIK, ROSYJSKI CAR I PAŁAC BEZ HETMANA — 1795–1841

Rok 1795 nie był zwyczajną zmianą szyldu na urzędzie. Trzeci rozbiór Polski sprawił, że Białystok trafił pod panowanie pruskie. Władza, która dotąd wynikała z układu dawnej Rzeczypospolitej i prywatnych posiadłości, musiała odnaleźć się w nowym porządku. Przyszli urzędnicy, wojskowi, rzemieślnicy z rodzinami; przybyły zasady i pieczęcie. Białystok stał się ośrodkiem administracji Prus Nowowschodnich. Dla monarchy nowe terytorium było elementem mapy. Dla człowieka mieszkającego pod tą mapą wszystko sprowadzało się do podatku, zgody na handel, prawa do własności i tego, w jakim języku przemawia władza.
Pruski rozdział okazał się krótki. W 1807 roku po traktacie tylżyckim miasto znalazło się w granicach Imperium Rosyjskiego. Zmiana była tak gwałtowna, że mieszkańcy mogli dopiero nauczyć się nowych formularzy, a już trzeba było poznawać następne. Rosyjskie rządy przyniosły miastu nową rolę administracyjną, ale także wieloletnią presję polityczną i kulturową. Rozwój miasta i ograniczanie wolności wcale nie musiały się wykluczać. Historia zna mnóstwo miejsc, w których jedną ręką budowano fabrykę, a drugą pilnowano, żeby robotnik nie wyobrażał sobie zbyt wiele.
Najlepszą ilustracją tych ambicji jest Pałac Branickich. Monumentalna siedziba dawnego właściciela miasta była dla zaborcy zbyt znacząca, by po prostu ją pozostawić. Planowano wykorzystać ją jako rezydencję carską. Rozpoczęto prace, zmieniano wnętrza i wygląd, próbowano dostosować budowlę do nowej władzy. Później koncepcję porzucono. Pałac, jak dworzanin, któremu co chwilę każą przebierać się do nowej uroczystości, przeszedł od roli magnackiej siedziby ku roli państwowej instytucji.
Ostatecznie za czasów Mikołaja I podjęto decyzję o urządzeniu w nim Instytutu Panien Szlacheckich. Zniknęła część dawnych ozdób, przekształcono dach, pomieszczenia podporządkowano szkolnym potrzebom. W miejscu związanym z reprezentacją hetmana pojawiły się klasy, pokoje wychowawczyń, pomieszczenia mieszkalne i gospodarcze, kaplice, szwalnia, kuchnia. Było w tym coś z surowej lekcji historii: rezydencję nie tyle zburzono, ile nauczono ją mówić cudzym językiem.
Instytut otwarto w 1841 roku. Miał służyć wychowaniu dziewcząt z rodzin uprzywilejowanych. Nauka obejmowała języki, religię, matematykę, historię, muzykę, rysunek i inne przedmioty, lecz sam program nie oddaje najważniejszej rzeczy. Kształcenie było jednocześnie narzędziem porządkowania społeczeństwa. Dziewczęta miały wyrastać na osoby wykształcone, a zarazem na przyszłe obywatelki pożądanego przez władzę świata. Przez pewien czas w instytucie uczono także języka polskiego. Gdy patrzy się na historię tej szkoły z perspektywy całego stulecia, widać nieustanne przeciąganie liny między lokalną pamięcią a imperialnym zamiarem.
Nie wszyscy mieli jednak szczęście uczyć się w pałacu. W 1831 roku miasto dotknęła epidemia cholery, która zabrała wielu mieszkańców. Choroba nie pytała o pochodzenie, ale bieda i warunki sanitarne decydowały, gdzie mogła uderzyć szczególnie mocno. Powstawały nowe miejsca pochówku, a dawne cmentarze coraz częściej przestawały wystarczać. Tam, gdzie urzędnicy rozważali wygląd państwowych gmachów, zwyczajni ludzie szukali miejsca dla zmarłych i czystej wody dla żywych.
Tak budowała się pierwsza wielka sprzeczność nowego Białegostoku. Z jednej strony władza, która chciała nadać mu przewidzianą rolę w imperium. Z drugiej społeczność składająca się z wielu grup, znacznie mniej skłonna podporządkować swoje codzienne życie jednolitej wizji. Miasto było jak rzeka: można było wyprostować jej brzegi na mapie, lecz nurt wciąż płynął własnym sposobem. A nurt ten wkrótce przyspieszył. Nadeszła epoka, w której o znaczeniu Białegostoku miały rozstrzygać nie komnaty, lecz maszyny i kolejowe rozkłady.
MANCHESTER NAD BIAŁĄ — 1834–1889

W pewnym momencie XIX wieku Białystok przestał być tylko miastem, do którego przyjeżdżało się z okolicy po towar. Zaczął być miejscem, do którego warto było przyjechać po przyszłość. Przemysł włókienniczy rósł, a fabrykantów przyciągały warunki handlu z rosyjskim imperium. Granice celne i gospodarcze, narzucane przez odległe stolice, wytworzyły lokalną korzyść: bardziej opłacało się inwestować po tej stronie niż w części ziem polskich objętej innymi zasadami. Co dla człowieka z fabrykanckiej Łodzi było kłopotem politycznym, dla przedsiębiorcy w Białymstoku mogło okazać się rachunkiem zysków. Stąd brały się fabryki, magazyny, warsztaty i kolejne ulice zamieszkane przez ludzi zarabiających na produkcji.
W 1862 roku miasto zyskało połączenie kolejowe na trasie warszawsko-petersburskiej. Nie trzeba było szczególnej wyobraźni, by dostrzec, co to oznacza. Od tej chwili towary, surowce i ludzie nie musieli poruszać się wyłącznie tempem konnego zaprzęgu. Kolej była arterią, dzięki której Białystok mógł zasysać pracowników i wysyłać własne wyroby daleko poza region. Kominy wyrastały tam, gdzie wcześniej dominowały dachy domów. Ulice zapełniały się ludźmi mówiącymi odmiennymi językami, ale doskonale rozumiejącymi słowo „zarobek”.
Mówiono o Białymstoku „Manchester Północy”. Przydomek działał na ambicję: stawiał prowincjonalny niegdyś ośrodek obok przemysłowego symbolu Europy. Brzmiał godnie, prawie dumnie. Należało tylko pamiętać, że Manchester to nie jedynie maszyny i sukces przemysłu. To również hałas pracy, twarde warunki zatrudnienia, nierówności i ludzie, dla których bogactwo miasta oznaczało głównie większe zmęczenie po powrocie do domu. Przemysł budował pałacyki tym, którzy posiadali fabryki, i przepełnione podwórka tym, którzy w fabrykach pracowali. Oba światy rosły obok siebie, nieustannie złączone, choć rzadko sobie równe.
Wielką rolę w tej przemianie odgrywała żydowska społeczność Białegostoku: kupcy, rzemieślnicy, przedsiębiorcy, robotnicy. Łatwo popełnić tu błąd, traktując ją jak jedną grupę o jednakowej pozycji. Między zamożnym fabrykantem a ubogim mieszkańcem Chanajek rozciągała się niemal cała drabina społeczna. Tak samo między żydowską rodziną prowadzącą duży handel a żydowską rodziną, która z trudem opłacała skromne mieszkanie. Wielokulturowość nie oznaczała automatycznie wspólnoty losów ani zamożności; częściej oznaczała tłum odmiennych biografii na jednej ulicy.
Równolegle miasto powiększało swoje nekropolie. Stary porządek cmentarzy położonych przy centrum przestał odpowiadać potrzebom szybko rosnącej ludności. W drugiej połowie wieku wytyczano nowe miejsca pochówku poza gęstą zabudową. Świadczyło to o wzroście miasta tak samo dobitnie jak fabryczny komin. Budowniczy mógł liczyć nowe piętra; lekarz i urzędnik musieli myśleć o epidemiach, higienie oraz zmarłych. Miasto żywych przesuwało swoje granice, pozostawiając za sobą miasto zmarłych.
Wraz z bogactwem rosły ambicje reprezentacyjne. Dzisiejsza Warszawska, znana w przeszłości pod innymi nazwami, kojarzyła się z lepiej sytuowanymi mieszkańcami. Lekarze, prawnicy, kupcy, fabrykanci wybierali okolice, w których elegancka fasada i względny spokój były częścią codzienności. Tu mniej miejsca pozostawało dla ciasnoty i hałaśliwych rozrywek; tu pokazywano, że Białystok nie musi wyglądać jak osada przy fabryce. Jednocześnie właśnie w tej dzielnicy widać było, jak mocno przedsiębiorczy sukces zależy od ryzyka, rodzinnych umów i kredytu. Wielkie pieniądze wcale nie chroniły przed długami.
Na parceli związanej z rodziną Bulkowsteinów wyrósł pałacyk Tryllingów, zachowany do naszych czasów. Za efektowną architekturą stały rodzinne transakcje, powiązania przemysłowe i nie zawsze szczęśliwe koleje losu. Można było posiadać tkalnie, budować rezydencję i nadal nie mieć pewności, komu ostatecznie przypadną mury. Śmierć właściciela, należności podatkowe, konieczność sprzedaży — wszystko to mieszało się z marzeniem o domu, który zostanie na pokolenia. I oto paradoks: po rodzinach mógł nie pozostać wielki majątek, a pałacyk trwał dalej, przyjmując kolejnych gospodarzy.
W tym czasie Białystok stawał się naprawdę wielki na swój regionalny sposób. Nie wielkością cesarskiego miasta, lecz nagromadzeniem przedsiębiorczości, ludzi i sprzeczności. Kto patrzył z zewnątrz, widział rozwój. Kto stał przy maszynie, widział cenę rozwoju. Kto przyjeżdżał pociągiem z marzeniem o pracy, widział nadzieję. Kto już od lat mieszkał w ciasnym domu, słyszał, jak nadzieja stuka za ścianą coraz głośniej. Z tego właśnie hałasu rodzi się następny rozdział.
PIĘKNA FASADA, CIEMNE PODWÓRZE — 1890–1904

Kto chciał zobaczyć białostocką ambicję w kamieniu, mógł stanąć u zbiegu Krakowskiej i Lipowej. Tam pod koniec XIX wieku wyrastała kamienica Ginzburgów — obiekt, który ze strony reprezentacyjnej prezentował się tak, jakby jego twórca koniecznie chciał przekonać przechodniów, że zna europejskie mody. Historia parceli była jednak daleka od bajki o człowieku, który znalazł pieniądze, zatrudnił architekta i szczęśliwie zamieszkał w marmurowych salonach. W 1886 roku stały tam jeszcze drewniane domy. Ich właściciele, zadłużeni Nowińscy, utracili nieruchomość. Kupił ją Josel Ginzburg, a po jego śmierci odziedziczył syn Szeftel. Kamienicę wzniesiono w ostatnich latach stulecia — akurat wtedy, kiedy miejscowy rynek budowlany przechodził trudny czas. Udało się ją ukończyć, lecz kredyt nie przestał ciążyć na właścicielach.
Ten budynek był podręcznikiem białostockiej rzeczywistości napisanym na murze. Od ulicy — elegancja, styl, rozmach. Od oficyn — zwyczajna funkcja i znacznie skromniejsza uroda. Od frontu widać było aspiracje. Na zapleczu życie odsłaniało rachunki. Miasto właśnie tak działa: fasadę pokazuje gościom, podwórze zostawia mieszkańcom. Jedno podkreśla prestiż, drugie sprawdza, czy prestiż da się ogrzać zimą.
Podobne przeciwieństwa ukazywał sam Rynek Kościuszki. Kramy, sklepy i ciągły ruch nie czyniły go miejscem czystym ani uporządkowanym. Ratusz można było oglądać jako symbol miasta, lecz w codziennym życiu był miejscem tłoku, targowania i interesów. Na placu działała fontanna, uruchomiona pod koniec XIX wieku, która początkowo cieszyła mieszkańców tylko przez ograniczony czas, w świąteczne dni. Z biegiem dekad będzie zmieniała położenie i rolę w zbiorowej pamięci. Niektóre miejskie ozdoby są jak aktorzy: mają własne wejścia, wyjścia i nieoczekiwane drugie życie.
Rynek przyciągał także tych, którzy cudze pieniądze woleli zdobywać bez uczciwej wymiany. Kieszonkowcy, oszuści i wymuszający haracze korzystali z tego samego prawa, które sprzyjało kupcom: gdzie jest tłum, tam jest okazja. W historii placu pojawiała się Czarna Ręka, grupa kojarzona z wymuszaniem opłat za „ochronę”. Gdy handlowiec musi płacić za ochronę temu, przed kim potrzebuje ochrony, logika przestępstwa staje się zaskakująco prosta. Tylko dla ofiary mało zabawna.
W ratuszu zdążyła też zagościć starość, której żadna nazwa zabytku nie potrafi oszukać. Budowla szarzała, przestrzeń targowa gęstniała. Przybywało głosów, że centrum należy uporządkować, oczyścić, może nawet gruntownie przerobić. Była to sprzeczka miasta, które dorosło do własnych rozmiarów i zaczęło się denerwować, że buty przestały na nie pasować.
Za ulicami reprezentacyjnymi rozciągały się obszary dużo mniej pocztówkowe. Stare drewniane domy, podwórka, warsztaty, małe sklepy, robotnicze mieszkania: całe osobne dzielnice, bez których wielkie zakłady nie miałyby rąk do pracy. Niedługo światło reflektorów miejskiej kroniki padnie na najbardziej niespokojną z nich — Chanajki. Ale zanim to nastąpi, trzeba przypomnieć, że miasto fabryk stawało się też miastem złości. Przemysłowe bogactwo nie likwidowało nędzy, a nierówność wciąż znajdowała nowych świadków. W początku nowego wieku zabrzmi to z siłą, której nie da się już zagłuszyć stukotem maszyn.
NOWY WIEK, STARE KRZYWDY — 1905–1913

Początek XX wieku wszedł do Białegostoku nie jak elegancki gość, któremu należy podać herbatę, lecz jak tłum pod fabryczną bramą. Miasto było bogatsze i większe niż sto lat wcześniej, lecz nie stało się przez to spokojniejsze. Narastały konflikty społeczne, robotnicy domagali się zmian, a władza rosyjska odpowiadała przemocą. Rewolucja 1905 roku i represje stały się częścią miejskiej codzienności. Zdarzenia, o których z perspektywy gabinetów władzy można było mówić jako o „przywracaniu porządku”, z perspektywy ulic oznaczały niepewność i śmierć. Kilka lat później na starych fotografiach znowu zobaczymy ludzi w odświętnych płaszczach. Trudno jednak uważać, że odświętny płaszcz dowodzi istnienia spokojnego świata.
W tym samym czasie społeczność żydowska doświadczyła antysemickiej przemocy. Pogromy, obecne w politycznym krajobrazie Imperium Rosyjskiego także wcześniej, rozbijały poczucie bezpieczeństwa i popychały rodziny do wyjazdu. Właśnie tu bierze początek ważny, choć na białostockiej ulicy słabo widoczny wątek: miasto zaczęło istnieć również daleko od siebie. Emigranci przenosili za ocean nazwy, wspomnienia, smaki, język i tę trudną do opisania mieszaninę dumy oraz żalu, która zostaje po opuszczeniu domu. Z czasem Białystok odnajdzie się w nowojorskiej pamięci jako miejsce niemal mityczne, być może piękniejsze niż kiedykolwiek był w rzeczywistości.
Nie znaczyło to jednak, że miasto stanęło. Przemysł wymagał inwestycji. Żeby maszyny pracowały sprawniej, a wieczorna ulica nie zdawała się wyłącznie na lampy naftowe, potrzebny był prąd. W 1908 roku miasto zawarło porozumienie z niemieckim przedsiębiorstwem elektrycznym, które zobowiązało się wznieść elektrownię. Umowa miała wielką zaletę: inwestycję. I poważną wadę: monopol na długie lata. Trudno zresztą oczekiwać, by prywatny przedsiębiorca zechciał budować kosztowny zakład dla samej przyjemności patrzenia, jak jego przyszli konkurenci sprzedają energię taniej. Białystok dostał zatem nie tylko elektryczność, ale również zalążek przyszłego sporu o rachunki.
W 1913 roku elektrownia przy dzisiejszej Elektrycznej rozpoczęła pracę. Fabryki, przedsiębiorcy, prywatni odbiorcy — wszyscy mieli powody, by interesować się nową techniką. Lecz niemal od pierwszych lat elektryczne światło miało swoją drugą twarz: koszt. Każda innowacja obiecuje postęp, a potem przychodzi rachunek, żeby sprawdzić, ilu ludzi naprawdę na ten postęp stać. Ten rachunek powróci w naszej kronice z taką siłą, że białostoczanie na pewien czas dobrowolnie wrócą do nafty. Na razie jednak miasto patrzyło naprzód, ku dwudziestemu stuleciu, które zdawało się otwierać przed nim drzwi.
To był także świat hotelu Metropol w kamienicy przy Krakowskiej. Budynek Ginzburgów nie tylko dostarczał mieszkaniom reprezentacyjnej oprawy. Z czasem pojawiły się tam usługi, restauracja, kawiarnie, miejsca rozrywki i interesy mniej oficjalne. Kamienica, która z ulicy wyglądała jak pochwała wielkomiejskiej elegancji, okazała się sceną ludzkich ambicji o bardzo różnym charakterze. Niejedna inwestycja potrzebowała reklamy; niejedna — dyskrecji. Zabawne, jak często te dwie potrzeby spotykały się pod jednym dachem.
W nowy wiek Białystok wchodził więc w stanie niezwykłego napięcia. Posiadał kolej, kominy fabryczne, coraz śmielsze budownictwo i elektryczność. Posiadał również robotniczą biedę, lęk przed przemocą i całe społeczności, które zadawały sobie pytanie, czy przyszłość należy budować tutaj, czy raczej gdzieś po drugiej stronie oceanu. Żadne miasto nie bywa tylko sumą dobrych wiadomości. A to, które nazywało się Manchesterem Północy, nie miało zostać wyjątkiem.
Wielka Kronika Białegostoku – miasta, którego już nie ma. Część II.



