Żołnierz postrzelił migranta na granicy. 3 lata ciągali go po sądach!

Żołnierz postrzelił migranta na granicy. 3 lata ciągali go po sądach!

Żołnierz Wojska Polskiego, który w listopadzie 2023 roku przypadkowo postrzelił nielegalnie przekraczającego granicę obywatela Syrii, został uniewinniony przez Wojskowy Sąd Garnizonowy w Warszawie. Sąd nie dopatrzył się zaniedbań w jego postępowaniu. I choć sprawa zakończyła się dla oficera pomyślnie, pozostaje pytanie znacznie poważniejsze: czy państwo, które wysyła uzbrojonych żołnierzy do ochrony granicy, powinno jednocześnie stawiać ich w sytuacji, w której użycie broni może oznaczać wieloletnie problemy z wymiarem sprawiedliwości?

Do zdarzenia doszło w okolicach Topiła, w południowej części Puszczy Białowieskiej. Żołnierz uczestniczył w pościgu za grupą migrantów, którzy nielegalnie przekroczyli granicę polsko-białoruską. Podczas biegu przez las potknął się i upadł, a z jego broni padł niekontrolowany strzał. Pocisk ranił obywatela Syrii. Żołnierze natychmiast udzielili poszkodowanemu pomocy.

Partnerzy portalu:

Sprawa trafiła do prokuratury po zawiadomieniu złożonym przez pełnomocnika rannego migranta. Oficer usłyszał zarzuty nieostrożnego obchodzenia się z bronią i nieumyślnego spowodowania obrażeń ciała. Prokuratura zaproponowała warunkowe umorzenie postępowania oraz nawiązkę w wysokości 2 tysięcy złotych. Pełnomocnik Syryjczyka domagał się 50 tysięcy złotych. Obrona żołnierza nie zgodziła się na takie rozwiązanie i konsekwentnie żądała uniewinnienia.

Ostatecznie 21 października 2026 roku zapadł wyrok uniewinniający. Sąd uznał, że nie udowodniono żołnierzowi zaniedbań, a do wystrzału mogło dojść samoczynnie. I na tym można byłoby zakończyć tę historię. Tyle że najważniejszy problem wcale nie dotyczy tego jednego wystrzału.

Żołnierz ma bronić granicy, a nie analizować kodeks karny

Spróbujmy na chwilę przyjąć niewygodny punkt widzenia. Państwo wysyła człowieka z bronią do lasu, na granicę będącą od lat miejscem zorganizowanej presji migracyjnej ze strony Białorusi. Każe mu ścigać ludzi, zatrzymywać ich, reagować na zagrożenia i wykonywać rozkazy. Jednocześnie oczekuje, że w ułamku sekundy będzie potrafił dokonać bezbłędnej oceny prawnej każdej sytuacji.

Czy może dobyć broni? Czy wolno mu oddać strzał ostrzegawczy? Czy zagrożenie jest już wystarczająco poważne? Czy użycie broni będzie proporcjonalne? A co, jeśli podczas pościgu przewróci się, broń przypadkowo wystrzeli i ktoś zostanie ranny? Czy za kilka lat będzie musiał tłumaczyć się przed sądem?

Z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Broń palna nie jest zabawką, a życie człowieka podlega ochronie bez względu na to, czy przekroczył granicę legalnie, czy nielegalnie. Żołnierz również musi przestrzegać przepisów. Nikt rozsądny nie powinien postulować prawa do bezkarnego strzelania do uciekających ludzi.

Tylko że z punktu widzenia żołnierza biegnącego nocą przez las teoria wygląda już zupełnie inaczej. Nie ma tam czasu na konsultację z prawnikiem, analizowanie orzecznictwa ani rozważanie, jak konkretne zachowanie zostanie ocenione za trzy lata przez sąd. Jest ciemność, stres, pościg, nieprzewidywalne zachowanie drugiego człowieka i broń, którą żołnierz dostał właśnie dlatego, że państwo uznało sytuację za wymagającą obecności wojska.

Żołnierz nie powinien zastanawiać się, czy za prawidłowe wykonanie zadania zostanie kiedyś oskarżony. Powinien wiedzieć, kiedy wolno mu użyć broni, i mieć pewność, że jeśli działa zgodnie z prawem, państwo stanie za nim murem.

Granica nie może być poligonem dla prokuratorów

Oczywiście można odpowiedzieć, że przecież wszystko zadziałało prawidłowo. Był człowiek ranny, więc sprawę zbadano. Prokuratura postawiła zarzuty, obrona przedstawiła argumenty, a niezawisły sąd uniewinnił oskarżonego. Tak właśnie powinno funkcjonować demokratyczne państwo. Formalnie trudno temu rozumowaniu cokolwiek zarzucić. Ale spróbujmy zadać inne pytanie. Czy naprawdę musiały minąć niemal trzy lata, aby żołnierz dowiedział się, że nie ponosi odpowiedzialności karnej za przypadkowy wystrzał podczas wykonywania obowiązków służbowych?

Przez ten czas nad oficerem wisiała perspektywa odpowiedzialności karnej. I nie chodzi wyłącznie o niego. Każdy inny żołnierz pełniący służbę na granicy może wyciągnąć z tej historii własne wnioski. Niekoniecznie takie, jakich oczekiwaliby dowódcy. Bo jeżeli za nieszczęśliwy wypadek podczas pościgu można przez lata odpowiadać przed wymiarem sprawiedliwości, to być może następnym razem bezpieczniej będzie zrezygnować z pościgu? Nie podejmować ryzyka? Nie angażować się ponad niezbędne minimum?

To właśnie ten mechanizm powinien nas niepokoić. Państwo nie może wymagać od żołnierzy zdecydowania i odwagi, a jednocześnie pozostawiać ich w niepewności, czy za działania podjęte w dobrej wierze i zgodnie z obowiązującymi zasadami nie zapłacą własną karierą.

Nie chodzi o prawo do strzelania do migrantów

Warto wyraźnie oddzielić dwie rzeczy, które w politycznych sporach są często celowo mieszane. Nielegalne przekroczenie granicy samo w sobie nie daje nikomu prawa do strzelania do człowieka. Ale też przypadkowe zranienie człowieka nie oznacza automatycznie, że żołnierz popełnił przestępstwo. Między tymi skrajnościami istnieje ogromna przestrzeń, w której państwo musi umieć odróżnić rzeczywiste nadużycie od nieszczęśliwego wypadku, nieostrożność od zdarzenia niemożliwego do uniknięcia, a świadome przekroczenie uprawnień od działania w warunkach szczególnego ryzyka.

W tej konkretnej sprawie sąd nie stwierdził winy oficera. To jednak nie przesądza, że samo wszczęcie postępowania było bezpodstawne. Przesądza natomiast coś innego: żołnierz, któremu ostatecznie nie udowodniono zaniedbań, musiał przez blisko trzy lata mierzyć się z zarzutami karnymi. Nie twórzmy przy tym fikcji, że ochronę polsko-białoruskiej granicy można prowadzić bez żadnego ryzyka. Ludzie z bronią, poruszający się w trudnym terenie, uczestniczący w pościgach i działający pod presją, mogą popełniać błędy. Mogą też uczestniczyć w wypadkach, którym nie sposób było zapobiec. To rzeczywistość służby, a nie dowód, że każdy taki przypadek musi kończyć się poszukiwaniem winnego.

Najbardziej absurdalna byłaby sytuacja, w której żołnierz zaczyna bać się nie przeciwnika, lecz własnego państwa. Dlatego z uniewinnienia podporucznika należałoby wyciągnąć znacznie szerszy wniosek. Nie potrzebujemy żołnierzy z nieograniczonym prawem do używania broni. Potrzebujemy takich, którzy mają jasne zasady, są dobrze wyszkoleni i nie muszą obawiać się odpowiedzialności karnej za zdarzenia, których nie zawinili.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.