Podlaskie coraz częściej staje się miejscem sporów, które z pozoru wyglądają bardzo prosto: są ludzie, którzy chcą coś robić, budować, wydobywać, pływać, gospodarować albo inwestować — i są przyrodnicy, którzy rzekomo wszystkiego zabraniają. W takiej opowieści łatwo zrobić z ekologów wygodnego wroga. Bo przecież „bronią ptaków”, „blokują rozwój”, „stawiają żubra ponad człowiekiem”, „nie pozwalają pływać”, „utrudniają rolnikom życie”.
Tylko że to jest bardzo wygodne uproszczenie. I bardzo niebezpieczne.
Bo prawda jest taka, że Podlasie przez dekady było drenowane z zasobów. Ziemię kopano, rzeki prostowano, bagna osuszano, jeziora traktowano jak tor wodny, lasy jak magazyn drewna, a przyrodę jak przeszkodę, którą trzeba jakoś obejść. Przez lata zawsze znajdowało się uzasadnienie: rozwój, potrzeby ludzi, miejsca pracy, produkcja rolna, wygoda, inwestycje. Tyle że każde „jeszcze trochę” w końcu prowadzi do momentu, w którym ktoś musi powiedzieć: stop.
Partnerzy portalu:
I właśnie ten moment coraz częściej widzimy w Podlaskiem.
Ziemia sokólska, jedna z najpiękniejszych części regionu, coraz bardziej przypomina wielką kopalnię żwiru. Tam, gdzie powinny być zielone wzgórza, przestrzeń, krajobraz i cisza, pojawiają się hałdy piachu, wyrobiska i ciężki transport. Oczywiście, żwir jest potrzebny. Drogi same się nie zbudują. Tylko że pytanie brzmi: ile jeszcze? Czy naprawdę każdy piękny pagórek, każde pole, każdy fragment krajobrazu ma być potraktowany wyłącznie jako surowiec? Czy Podlasie ma być regionem, który najpierw sam siebie rozkopie, a potem będzie się dziwił, że stracił to, co czyniło go wyjątkowym?
Podobny dramat rozgrywa się wokół wody. Przez lata melioracja była słowem niemal świętym. Osuszano, prostowano, odprowadzano wodę jak najszybciej, bo kiedyś miało to sens. Po wojnie Polska była krajem biednym, głodnym, odbudowującym się. Potrzebne były pola, plony, żywność. Tyle że czasy się zmieniły, a my dalej często myślimy kategoriami sprzed kilkudziesięciu lat. Dziś problemem nie jest nadmiar wody, lecz jej brak. Coraz częściej widzimy suszę, niskie stany rzek, wysychające mokradła, ginące siedliska.
Najbardziej bolesnym symbolem jest Narew i Narwiański Park Narodowy. Siemianówka przez lata miała dawać korzyści, ale dziś coraz wyraźniej widać, że system wodny został naruszony. Rzeka, która powinna żyć swoim rytmem, została podporządkowana ludzkiej kontroli. A kiedy umiera dolina Narwi, nie umiera tylko „jakiś teren przyrodniczy”. Umiera jedno z najważniejszych miejsc na mapie Podlasia. Miejsce, które powinno być dumą regionu, jego wizytówką i naturalnym skarbem.
To samo dotyczy mniejszych rzek, rowów, łąk i bagien. Przez dekady powtarzano, że trzeba „uporządkować” wodę. Tyle że natura nie jest bałaganem. Bagno nie jest nieużytkiem. Meandrująca rzeka nie jest wadą krajobrazu. Mokradło nie jest przeszkodą w rozwoju. To są systemy, które magazynują wodę, chłodzą otoczenie, chronią przed suszą, dają życie tysiącom gatunków. Kiedy je niszczymy, nie wygrywamy z naturą. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy.
Kolejny spór to jeziora augustowskie i konflikt między przyrodnikami a motorowodniakami. Z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą korzystać z wody, pływać, odpoczywać, rozwijać turystykę. Z drugiej — tych, którzy mówią, że dzikie jeziora, Rospuda, cisza i kajakarze też mają prawo istnieć. I znowu: najłatwiej powiedzieć, że ekolodzy przesadzają. Ale każdy, kto próbował spokojnie płynąć kajakiem, gdy obok przelatuje motorówka, wie, że to nie jest drobna niedogodność. To hałas, spaliny, fale, stres dla ludzi i zwierząt. To zmiana charakteru miejsca.
Nie każde jezioro musi być akwenem do szybkiego pływania. Nie każda rzeka musi być dostępna dla motorowego sprzętu. Nie każde dzikie miejsce musi zostać podporządkowane rekreacji rozumianej jako hałas i prędkość.
Podlasie nie wygra tym, że stanie się kopią Mazur z największych wakacyjnych koszmarów. Wygra wtedy, gdy zachowa to, czego gdzie indziej już prawie nie ma: ciszę, dzikość, przestrzeń i naturę, która nie została całkowicie skomercjalizowana.
Są też konflikty najbardziej emocjonalne, bo dotyczą bezpośrednio ludzi. Żubry wchodzą zimą na pola, niszczą uprawy, zadeptują teren. Wilki zagryzają bydło pozostawione na pastwiskach. Rolnicy czują się bezradni i trudno się temu dziwić. Dla kogoś z miasta żubr może być symbolem pięknej przyrody, a wilk znakiem dzikości. Dla gospodarza to czasem realna strata, stres i poczucie, że państwo chroni zwierzęta, ale człowieka zostawia samego z problemem.
Tego nie wolno lekceważyć. Ochrona przyrody nie może polegać na tym, że mieszkańcom wsi mówi się z wyższością: „macie się cieszyć, bo to cenny gatunek”. Jeżeli państwo obejmuje gatunki ścisłą ochroną, musi też uczciwie i szybko rekompensować szkody, pomagać w zabezpieczeniach i rozwiązywać konflikty. Ale z drugiej strony nie można udawać, że rozwiązaniem jest powrót do czasów, w których wszystko, co przeszkadza człowiekowi, można było po prostu odstrzelić, przepłoszyć albo zniszczyć. Żubr i wilk nie są intruzami w Podlaskiem. One były tu przed naszymi ogrodzeniami i mapami działek.
Podobnie jest z ptakami. Dziś każda większa inwestycja musi brać pod uwagę okresy lęgowe, siedliska i gatunki chronione. Dla części mieszkańców brzmi to jak absurd: „znowu jakieś ptaki blokują robotę”. Ostatnio w Juszkowym Grodzie prace zostały wstrzymane ze względu na ptaki właśnie. Jednak w emocjach łatwiej było obwinić przyrodników, a nie tego kto powinien uwzględnić okres lęgu w harmonogramie prac. To pokazuje szerszy problem. Kiedy inwestycja jest źle przygotowana, winni rzadko są ci, którzy popełnili błąd. Najłatwiej wskazać „ekologów”, bo oni w tej opowieści od dawna pełnią rolę czarnego charakteru.
Tymczasem ochrona ptaków w okresie lęgowym nie jest fanaberią. To element cywilizowanego planowania. Prace można prowadzić, inwestycje można realizować, drogi można budować, remonty można wykonywać. Trzeba tylko robić to z głową.
W tle tych wszystkich sporów jest jedno zasadnicze pytanie: czy Podlasie ma być regionem, który zachowa swoje najcenniejsze zasoby, czy miejscem, które sprzeda je kawałek po kawałku, a potem będzie organizować konferencje o „ratowaniu dziedzictwa przyrodniczego”?
Bo łatwo jest mówić o rozwoju. Trudniej zapytać, jaki to ma być rozwój. Czy taki, po którym zostają dziury po żwirowniach, wyschnięte rzeki, hałaśliwe jeziora, zniszczone siedliska i mieszkańcy skłóceni z przyrodą? Czy taki, który rozumie, że natura nie jest luksusem dla bogatych ani przeszkodą dla inwestycji, lecz podstawą życia, turystyki, rolnictwa, zdrowia i lokalnej tożsamości?
Przyrodnicy nie są całym złem tego świata. Nie są też nieomylni i nie powinni być zwolnieni z rozmowy z mieszkańcami. Ale w wielu przypadkach to właśnie oni mówią dziś rzeczy, których inni nie chcą słyszeć. Że nie można bez końca kopać, osuszać, hałasować, betonować, regulować i eksploatować. Że przyroda ma granice wytrzymałości. Że Podlasie nie jest niewyczerpalnym magazynem surowców, wody, przestrzeni i ciszy.
Największy paradoks polega na tym, że ci, którzy dziś krzyczą, że przyrodnicy blokują rozwój regionu, często bronią modelu, który ten region po cichu niszczył przez dekady. A potem, kiedy zostaną suche rzeki, rozkopane wzgórza i jeziora bez spokoju, będzie już za późno na zdziwienie.
Podlasie nie potrzebuje wojny ludzi z przyrodą. Potrzebuje uczciwej rozmowy o granicach. O tym, że rolnik ma prawo do ochrony swoich upraw, ale rzeka ma prawo płynąć. Że inwestycje są potrzebne, ale nie mogą być prowadzone byle jak. Że turystyka jest ważna, ale nie każda forma rekreacji pasuje do każdego miejsca. Że żwir, pola, jeziora i lasy mają wartość ekonomiczną, ale ich wartość nie kończy się na tym, ile można z nich natychmiast wyciągnąć.
Bo jeżeli dziś nikt nie powie „stop”, jutro możemy obudzić się w regionie, który nadal będzie nazywał się Podlasiem, ale z tego, za co naprawdę je kochamy, zostaną już tylko zdjęcia, foldery promocyjne i wspomnienia.


