W mediach społecznościowych coraz częściej pojawiają się filmiki przedstawiające województwo podlaskie jako niemal opuszczoną krainę. Wsie świecą pustkami, domy stoją porzucone, a całe siedliska można podobno kupić za grosze. Co więcej, nikt nie chce tych nieruchomości, więc ceny mają być wręcz absurdalnie niskie. Dla mieszkańca Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, który za kawalerkę musi zapłacić kilkaset tysięcy złotych, brzmi to jak odkrycie życiowej okazji. Wystarczy sprzedać mieszkanie, kupić wiejski dom, wyremontować go i rozpocząć nowe życie wśród lasów, łąk i śpiewu ptaków. Jest tylko jeden problem. Rzeczywistość może okazać się wyjątkowo brutalna.
Zacznijmy od tego, że województwo podlaskie składa się ze 119 gmin. Nie jest jednym wielkim skansenem, w którym ostatni mieszkaniec zgasił światło i wyjechał do Warszawy. Owszem, problem wyludniania jest poważny i nie ma sensu mu zaprzeczać. Liczba mieszkańców spada w zdecydowanej większości podlaskich samorządów. Ale czym innym jest stopniowy ubytek ludności, a czym innym dramatyczna depopulacja, w wyniku której całe miejscowości tracą swoją dotychczasową funkcję.
Partnerzy portalu:
Według rankingu czasopisma samorządowego „Wspólnota” pięć podlaskich gmin wiejskich straciło w latach 2009–2024 ponad jedną czwartą mieszkańców, a osiem kolejnych co najmniej 20 procent. Najtrudniejsza sytuacja występuje między innymi w gminach Czyże, Dubicze Cerkiewne, Czeremcha, Milejczyce i Orla. Tymczasem w tym samym województwie są miejscowości, które dynamicznie się rozwijają. Wasilków zwiększył w analizowanym okresie liczbę mieszkańców o ponad połowę. Rosną również inne gminy w otoczeniu Białegostoku.
Internetowe filmiki najczęściej pomijają te proporcje. Wystarczy pokazać kilka opuszczonych gospodarstw, dorzucić melancholijną muzykę i opowiedzieć o regionie, z którego wszyscy uciekają. Tym sposobem z lokalnego problemu powstaje obraz całego województwa. A przecież Podlaskie jest bardzo zróżnicowane. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja nieruchomości pod Białymstokiem, a inaczej w niewielkiej miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od większego miasta.
Jeszcze ciekawsza jest jednak druga część tej internetowej opowieści. Siedliska za grosze. Stary drewniany dom, kawałek ziemi, kilka drzew, cisza, spokój i cena, za którą w dużym mieście trudno byłoby kupić miejsce parkingowe. W komentarzach natychmiast pojawiają się zachwyty. Jak to możliwe, że takie nieruchomości są tak tanie? Dlaczego nikt ich jeszcze nie kupi
A może właśnie dlatego, że wcale nie są tanie?
Cena zakupu nieruchomości to tylko jedna z pozycji w rachunku. I często najmniej przerażająca. Za kilkadziesiąt tysięcy złotych rzeczywiście można znaleźć na Podlasiu stare gospodarstwo. Tyle że słowo „dom” bywa w takich przypadkach mocno umowne. Dach może wymagać wymiany, fundamenty naprawy, instalacja elektryczna wykonania od podstaw, a ogrzewanie całkowitej przebudowy. Do tego dochodzi wilgoć, przegniłe elementy konstrukcyjne, nieszczelne okna czy brak kanalizacji. W pewnym momencie może się okazać, że taniej byłoby wszystko rozebrać i wybudować od nowa.
A przecież budynek to dopiero początek. Działka może mieć nieuregulowany dostęp do drogi publicznej, dojazd może prowadzić przez błoto, a doprowadzenie mediów kosztować fortunę. Czasem problemem okazują się granice nieruchomości, współwłasność, stan prawny zabudowań albo ograniczenia dotyczące możliwości przebudowy. Nagle okazuje się, że wymarzony azyl w środku natury jest miejscem, w którym nawet zwykłe zamówienie ekipy remontowej staje się operacją logistyczną.
I właśnie tutaj warto przypomnieć znakomitą amerykańską komedię z 1986 roku pod tytułem „Skarbonka”, z Tomem Hanksem i Shelley Long w rolach głównych. Bohaterowie kupują piękną willę za niezwykle atrakcyjną cenę. Wydaje im się, że trafili na okazję życia. Dopiero później odkrywają, że dom dosłownie rozpada się na ich oczach. Każda kolejna naprawa ujawnia następny problem, wydatki rosną w absurdalnym tempie, a wymarzona nieruchomość zamienia się w finansową katastrofę.
Film jest komedią, więc możemy śmiać się z rozpadających schodów, zapadającej się podłogi czy kolejnych remontowych nieszczęść. Tyle że dla człowieka, który wydał oszczędności życia na podobną nieruchomość, takie sytuacje przestają być zabawne.
Nie ma co wierzyć w cuda
To właśnie największa pułapka internetowych opowieści o tanich podlaskich siedliskach. Pokazują cenę zakupu, ale nie pokazują ceny doprowadzenia nieruchomości do stanu, w którym da się normalnie mieszkać. Pokazują piękną przyrodę, ale nie pokazują zimowego dojazdu. Pokazują ciszę, ale nie wspominają, że do lekarza, szkoły czy większego sklepu trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów. Pokazują romantyczne życie na wsi, ale nie jego codzienne koszty.
Oczywiście, można znaleźć prawdziwą okazję. Są ludzie, którzy kupują stare domy, przywracają im świetność i tworzą wspaniałe miejsca do życia. Tyle że często dysponują odpowiednim kapitałem, doświadczeniem, umiejętnościami budowlanymi albo po prostu czasem, którego większość pracujących ludzi nie ma. Dla nich zaniedbane siedlisko może być inwestycją. Dla kogoś, kto całe życie mieszkał w bloku i nigdy nie musiał samodzielnie naprawiać przeciekającego dachu, może okazać się katastrofą.
Warto też zadać sobie jedno proste pytanie. Skoro te nieruchomości są tak niewiarygodnie atrakcyjne, dlaczego nie zostały już dawno wykupione? Przecież Podlasie nie jest ukrytą wyspą na Pacyfiku, o której istnieniu dowiedzieliśmy się dopiero dzięki TikTokowi. Są tu agenci nieruchomości, inwestorzy, przedsiębiorcy budowlani i ludzie szukający domów na weekend. Wiele osób od lat interesuje się zakupem ziemi i gospodarstw w regionie. Trudno uwierzyć, że wszyscy oni przeoczyli gigantyczną okazję, którą przypadkowo odkrył autor trzydziestosekundowego filmiku.
Rynek oczywiście nie jest nieomylny. Zdarzają się niedoszacowane nieruchomości, pilne sprzedaże czy sprzedający, którzy po prostu chcą szybko pozbyć się majątku. Jednak kiedy jakaś oferta przez długi czas nie znajduje nabywcy, należy przede wszystkim zastanowić się, dlaczego tak się dzieje. Być może nie jest to żaden ukryty skarb. Być może cena doskonale odzwierciedla stan nieruchomości, jej lokalizację i ryzyko, które trzeba wziąć na siebie.
Czego nie widać?
Największym absurdem całej tej historii jest jednak przekonanie, że niska cena automatycznie oznacza okazję. Tymczasem nieruchomość jest warta tyle, ile ktoś chce i może za nią zapłacić. Dom stojący daleko od miejsc pracy, z fatalnym dojazdem i koniecznością kosztownego remontu może być wart znacznie mniej, niż sugeruje jego powierzchnia czy wielkość działki. A jego późniejsza sprzedaż może być jeszcze trudniejsza niż zakup.
Dlatego zamiast zachwycać się kolejnym filmikiem o podlaskich siedliskach za grosze, warto zainteresować się tym, czego autor nie pokazał. Stanem technicznym, dokumentami, dojazdem, mediami, kosztami remontu i rzeczywistą możliwością późniejszej odsprzedaży. Bo prawda jest taka, że na Podlasiu można znaleźć piękne miejsca do życia. Można również znaleźć nieruchomości, których zakup będzie jedną z najgorszych decyzji finansowych w życiu.
A jeżeli ktoś naprawdę wierzy, że odkrył dom marzeń za ułamek jego wartości, powinien najpierw obejrzeć „Skarbonkę”. Najlepiej dwa razy. Za pierwszym razem można się pośmiać. Za drugim warto już potraktować ją jak film instruktażowy.



