Siemianówka w obecnym kształcie nie ma przyszłości. To nie jest zbiornik, którym wystarczy jeszcze trochę „lepiej zarządzać”, żeby wszystko wróciło do normy. Normy już nie ma. Warunki klimatyczne, dla których projektowano ten gigantyczny, płytki akwen, przestały istnieć. Śnieżne zimy, regularne roztopy i wysokie wiosenne przepływy, które miały zasilać zbiornik, znikają. Zamiast nich mamy długie okresy suszy, coraz wyższe temperatury i coraz mniejsze dopływy. Jeżeli będziemy próbować za wszelką cenę utrzymać Siemianówkę taką jak dziś, rezultat będzie jeden: stracimy i zbiornik, i Narew.
Najczarniejszy scenariusz nie jest dziś straszeniem ekologów. To logiczna konsekwencja tego, co już obserwujemy. Zbiornik zwyczajnie „rozpada się w oczach”. Przegrzewa się, kwitną w nim sinice i spada poziom wody. Narew poniżej zapory straciła wezbrania, boczne koryta i rozlewiska. Cały system działa fatalnie, a kolejne suche sezony tylko zabijają Narew i Siemianówkę. Jeśli nic nie zmienimy, około 2037 roku Siemianówka prawdopodobnie zniknie, zarośnie. A my pozostaniemy ze śmierdzącym od rozkładających się ryb bagnem. Górna Narew będzie okazjonalnie widocznym strumykiem, która zachowa już tylko nazwę.
Partnerzy portalu:
To nie jest już problem do „monitorowania”. To problem do naprawienia. Najgorsze, co możemy dziś zrobić, to bronić obecnego stanu tylko dlatego, że przyzwyczailiśmy się do widoku wielkiej tafli wody. Ta tafla nie jest żadnym dowodem bezpieczeństwa hydrologicznego. Jest gigantyczną, płytką powierzchnią, która latem nagrzewa się jak patelnia i oddaje do atmosfery miliardy litrów wody. W czasie suszy wygląda to wręcz groteskowo: brakuje wody w Narwi, brakuje jej w starorzeczach i mokradłach, a my trzymamy ją w miejscu, gdzie część po prostu wyparowuje.
Przy obecnej powierzchni Siemianówki straty przez parowanie mogą wynosić około 12 miliardów litrów rocznie. To ogromna ilość, której potem zwyczajnie nie ma ani w rzece, ani w dolinie. Oczywiście część wody wyparowałaby również z naturalnych mokradeł, ale różnica jest zasadnicza. W naturalnej dolinie woda najpierw zasila glebę, torfowiska, starorzecza i wody gruntowe, a dopiero później wraca do atmosfery. W Siemianówce znaczna część leży na rozgrzanej, płytkiej tafli i znika bez żadnej korzyści dla całego systemu rzecznego poniżej zapory.
Tymczasem Narew nie potrzebuje „minimum egzystencjalnego”, które pozwoli jej tylko jakoś płynąć jednym korytem. Potrzebuje wezbrań. Potrzebuje momentów, kiedy wody jest na tyle dużo, żeby wejść w boczne ramiona, starorzecza i rozlewiska. Bez tego wielokorytowa rzeka po prostu przestaje być wielokorytowa. To już się dzieje. Kolejne odnogi zarastają, część z nich traci kontakt z głównym nurtem, a mokradła wysychają. Narwiański Park Narodowy może zachować granice administracyjne, ale bez wody będzie już tylko Muzeum Narwiańskiego Parku Narodowego.
Potrzeba 15 zrzutów rocznie
Dlatego pierwsze działanie powinno rozpocząć się od najbliższej wiosny. Od kwietnia do lipca powinny rozpocząć się regularne, kontrolowane zrzuty imitujące naturalne wezbrania. Około 15 takich okresów, z przepływem rzędu 6 m³/s, pozwoliłoby Narwi przestać funkcjonować na kroplówce i zacząć znowu pracować jak rzeka. Nie chodzi o „spuszczenie Siemianówki jak w toalecie”, jak lubią to przedstawiać przeciwnicy zmian. Zbiornik ma nadal się napełniać. Ma gromadzić wodę, kiedy jest jej więcej, a potem oddawać ją wtedy, kiedy rzeka naprawdę jej potrzebuje. Tyle że dziś robimy odwrotnie: bronimy wielkiej tafli wody jak świętości, a Narwi dajemy resztki. To nie jest retencja. To jest konserwowanie złego systemu.
Jeżeli takie wezbrania ruszą od 2027 roku i kolejne sezony nie będą katastrofalnie suche, Narew zacznie reagować bardzo szybko. Woda wróci do bocznych koryt, część starorzeczy odzyska kontakt z rzeką, a mokradła przestaną wysychać tak gwałtownie. Pierwsze efekty będzie można zobaczyć po jednym sezonie. Po kilku latach regularnego zasilania dolina zacznie odzyskiwać zdolność do zatrzymywania wody. To właśnie wtedy zacznie się prawdziwa odbudowa.
Koniec wielkiego jeziora
Rok 2029 powinien być końcem starego modelu gospodarowania Siemianówką. Wtedy wygasa obecna instrukcja i nowa nie może być kolejnym dokumentem napisanym tak, żeby przede wszystkim utrzymać jak największe jezioro. Priorytet musi się odwrócić. Jeżeli nie ma realnego zagrożenia powodziowego, woda ma służyć Narwi. Zbiornik ma być narzędziem, a nie celem samym w sobie.
Równocześnie trzeba zacząć trwałe zmniejszanie Siemianówki. Najbardziej oczywisty pierwszy etap to część za nasypem kolejowym, w stronę granicy z Białorusią. To około jednej szóstej obecnego akwenu. Jeżeli decyzje zapadną w 2027 roku, około 2030 roku ten fragment powinien już przestać być płytkim jeziorem i zacząć wracać do natury. Nie jako pustynia, tylko jako mokradła, trzcinowiska, płytkie rozlewiska i nowe koryta Narwi.
I nie ma sensu udawać, że jedna szósta wystarczy. Nie wystarczy. To będzie dopiero symboliczny początek. Przy dzisiejszych stratach przez parowanie i przy objętości wody potrzebnej do prawdziwych wezbrań docelowa redukcja musi być dużo większa. Matematycznie wychodzi, że otwarte lustro powinno zostać ograniczone nawet o około 65 procent. To oznacza, że mniej więcej jedna trzecia obecnej Siemianówki mogłaby pozostać jako mniejszy, głębszy i bardziej stabilny zbiornik, a reszta powinna wrócić do Narwi i mokradeł.
To właśnie taka Siemianówka ma szansę przetrwać. Mniejsza, głębsza i mniej podatna na przegrzewanie. Nadal z rybami, rekreacją i turystyką, ale bez absurdalnego obowiązku utrzymywania gigantycznej, płytkiej tafli wody w warunkach, w których zwyczajnie brakuje jej w całej zlewni. Pozostałe tereny nie będą żadną „stratą”. Mogą stać się jednym z najcenniejszych obszarów przyrodniczych północno-wschodniej Polski. Rozległe mokradła, trzcinowiska, wyspy, naturalne koryta, wieże obserwacyjne, kładki i szlaki kajakowe mogą stworzyć coś znacznie bardziej wartościowego niż zbiornik, który przez pół roku walczy z sinicami, parowaniem i spadającym poziomem.
2037 to rok, gdy może zniknąć Siemianówka… razem z Narwią
Jeżeli tego nie zrobimy, 2037 rok nie będzie żadnym „ostrzeżeniem”. Będzie rachunkiem. Siemianówka będzie najwyżej do kostek, zarośnięta i niezdatna do niczego. Problem w tym, że ucierpi też Górna Narew, która będzie coraz bardziej przypominała sezonowy ciek niż rzekę, dla której powstał park narodowy. Wtedy nie będziemy już decydować, czy zmniejszyć Siemianówkę. Natura zrobi to za nas. Tyle że zrobi to chaotycznie, bez planu, bez ochrony turystyki, bez rezerwatu i bez pomocy Narwi. Zostaniemy z błotem, rozkładającą się materią, cofniętą linią brzegową i rzeką, która może pozostać wspomnieniem.
Dlatego wybór jest prosty. Albo zaczynamy w 2027 roku, odwracamy zasady gospodarowania wodą w 2029, zmniejszamy zbiornik od około 2030 i przez kolejne lata odbudowujemy całą dolinę, albo za dekadę będziemy patrzeć na efekt własnej bezczynności. Siemianówka w obecnym kształcie umrze. Proszę przyjąć to wreszcie do wiadomości. Nie musimy przez to zabijać Narwi bezczynnością.


