Decyzja radnych Białegostoku o zakazie wjazdu rowerów na Rynek Kościuszki i Plac Jana Pawła II to przykład administracyjnej krótkowzroczności w najczystszej postaci. I trudno to nazwać inaczej niż kompromitacją. Miasto od lat szczyciło się tym, że jest przyjazne dla rowerzystów. Liczba ścieżek rowerowych jest imponująca. Tymczasem jednym ruchem ręki radni wykreślają z mapy jedną z kluczowych tras rowerowych w centrum. Bez realnego zrozumienia, jak to miejsce działa w praktyce.
Bo Rynek Kościuszki to nie jest tylko „deptak”. To realny węzeł komunikacyjny. Codziennie rano przejeżdżają tamtędy ludzie jadący do pracy, szkoły, na uczelnie. Nie dlatego, że „tak im się podoba”, tylko dlatego, że nie mają sensownej alternatywy. Ulice takie jak Sienkiewicza czy częściowo Legionowa od lat są dla rowerzystów przestrzenią wrogą – niebezpieczną i niedostosowaną. Rynek był naturalnym obejściem tego problemu. Był – bo właśnie przestał nim być.
Najbardziej absurdalny w tej decyzji jest jednak detal, który mówi wszystko o jakości tego procesu: stacja roweru miejskiego BiKeR znajdująca się w obrębie objętym zakazem. W praktyce oznacza to, że użytkownik może wypożyczyć rower… ale nie może nim legalnie wyjechać. Trudno o bardziej symboliczny przykład oderwania od rzeczywistości. System działa, infrastruktura będzie stała, użytkownicy będą – tylko regulamin został napisany tak, jakby nikt nie pomyślał.
To nie jest kwestia „różnicy zdań” między radnymi a rowerzystami. To jest błąd. Jeżeli miasto chce ograniczać ruch rowerowy w takim miejscu, to najpierw musi stworzyć alternatywę. Spójny ciąg komunikacyjny. Drogę, która realnie przejmie ten ruch. Bez tego zakaz nie porządkuje przestrzeni – tylko przenosi problem gdzie indziej albo go eskaluje. Tak czy inaczej zakaz jest po prostu głupi. Bo Rynek nie jest przestrzenią wyjętą z życia miasta. To jego centrum – miejsce, gdzie różne funkcje się przenikają. Próba wycięcia jednej z nich bez przemyślenia konsekwencji prowadzi do chaosu, a nie do ładu.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: tryb podejmowania takich decyzji. Brak analiz, brak odniesienia do realnych potoków ruchu, brak konsultacji, które miałyby jakiekolwiek znaczenie. Zrobiono to na zasadzie „wrzutki”. Dopiero po fakcie pojawia się narracja: „jeśli będą sygnały, przeanalizujemy”. Tu nie ma co analizować, tu trzeba odkręcać głupotę.
Dziś środowiska rowerowe mówią wprost: to jeden z najbardziej absurdalnych zakazów w Polsce. I trudno się z tym nie zgodzić. Bo nie chodzi tu o ideologię, tylko o elementarną spójność decyzji. Jeżeli miasto inwestuje w system roweru miejskiego, promuje ekologiczny transport i jednocześnie blokuje jego podstawowe ciągi komunikacyjne – to znaczy, że ktoś przestał nad tym panować.
Radni mają jeszcze czas, żeby tę decyzję odwrócić. Ale problem jest głębszy niż jeden zapis w regulaminie. To test kompetencji i odpowiedzialności za miasto. Bo Białystok nie potrzebuje kolejnych deklaracji o nowoczesności. Potrzebuje decyzji, które mają sens.


