Mieszkańcy przygranicznych miejscowości w województwie podlaskim od dawna żyją z problemami, których nie widać z perspektywy dużych miast. Jednym z nich jest zasięg telefonii komórkowej. A dokładniej sytuacja, w której telefon, mimo że znajduje się po polskiej stronie granicy, automatycznie loguje się do sieci białoruskiego operatora.
To nie jest drobna niedogodność technologiczna. To sygnał, że po drugiej stronie granicy nadajnik potrafi być silniejszy niż infrastruktura działająca po naszej stronie. Dla mieszkańców oznacza to konkretne problemy: dodatkowe koszty, ryzyko przypadkowego roamingu, a przede wszystkim niepewność w sytuacjach nagłych.
Pierwszy problem jest finansowy. Telefon może samoczynnie przełączyć się na sieć zagraniczną, a użytkownik nie zawsze od razu to zauważy. Wystarczy rozmowa, transmisja danych, pobranie wiadomości, automatyczna synchronizacja aplikacji albo korzystanie z internetu, by pojawiło się ryzyko naliczenia opłat roamingowych. Dla kogoś, kto nie przekraczał granicy, lecz zwyczajnie przebywał w swojej miejscowości, taki rachunek jest czymś absurdalnym.
Drugi problem jest jednak znacznie poważniejszy. Chodzi o bezpieczeństwo. Jeżeli telefon znajduje się w białoruskiej sieci, pojawia się pytanie, czy w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia mieszkaniec będzie mógł skutecznie połączyć się z polskim numerem alarmowym 112. Dla osób mieszkających przy granicy to nie jest teoretyczna dyskusja. To pytanie o to, czy w chwili wypadku, pożaru, zasłabnięcia albo innego nagłego zdarzenia pomoc zostanie wezwana szybko i we właściwe miejsce.
W normalnym państwie obywatel nie powinien zastanawiać się, do jakiej sieci zalogował się jego telefon, zanim zadzwoni po karetkę, policję albo straż pożarną. Nie powinien sprawdzać, czy na ekranie widzi polskiego operatora, czy nazwę zagranicznej sieci. W sytuacji kryzysowej liczą się sekundy, a nie szukanie operatora w ustawieniach telefonu albo fizyczna zmiana lokalizacji, by go złapać.
Problem przygranicznego zasięgu pokazuje też szerszą sprawę. Miejscowości położone przy granicy nie mogą być traktowane jak techniczny margines kraju. To są normalne polskie wsie i miasteczka, w których ludzie mieszkają, pracują, prowadzą gospodarstwa, firmy, wychowują dzieci i opiekują się seniorami. Mają prawo do stabilnego sygnału polskich sieci komórkowych, tak samo jak mieszkańcy Białegostoku, Warszawy czy Gdańska.
Jeżeli po polskiej stronie granicy telefon częściej „łapie” sieć białoruską niż polską, to nie jest wina mieszkańca. To problem infrastrukturalny, który powinien zostać potraktowany poważnie przez operatorów, Urząd Komunikacji Elektronicznej, administrację rządową i samorządy. Potrzebne są pomiary zasięgu, wskazanie miejsc szczególnie problematycznych oraz konkretne działania wzmacniające polską infrastrukturę telekomunikacyjną.
Nie chodzi tu wyłącznie o wygodę rozmów telefonicznych czy komfort korzystania z internetu. Chodzi o bezpieczeństwo obywateli na terenie Polski. O to, by mieszkaniec przygranicznej miejscowości nie musiał płacić za przypadkowy roaming, choć nigdzie nie wyjechał. I o to, by w razie zagrożenia mógł bez wahania zadzwonić pod 112, mając pewność, że połączenie zostanie obsłużone przez polski system alarmowy.
Granica państwa nie powinna być miejscem, w którym kończy się odpowiedzialność operatorów i instytucji. Przeciwnie — właśnie tam ta odpowiedzialność powinna być szczególnie widoczna. Bo silny polski zasięg przy granicy to nie luksus. To element bezpieczeństwa.


