Ul.Św.Rocha 9

OD ŚRODY 26-06-2019 SOBOTY 29-06-2019 (WŁĄCZNIE) ROZPOCZYNAMY WYPRZEDAŻ ASORTYMENTU NA MASOWĄ SKALĘ , NAWET 50% UPUSTU NA WYBRANY ASORTYMENT:-)

OD LIPCA SKLEP ZAMKNIĘTY.

O naszych dalszych losach po wyprowadzce ze Św. Rocha: Drodzy przyjaciele, sympatycy i podglądacze  nie rezygnujemy całkowicie z działalności. Generalnie przeniesiemy się do Internetu i na giełdy staroci i antyków. Sklep internetowy jest już postawiony, ale na razie ma puste półki – brak motywacji do zdjęć i opisów. Po całym zamieszaniu z wyprowadzką i reorganizacją profilu działalności nastąpią spore zmiany. W związku z tym zachęcam do dalszego śledzenia fanpage’u, gdyż właśnie tu poznacie Państwo jego adres i odkryjecie nas na nowo.

TYMCZASEM CHCIAŁBYM PROSIĆ O UDOSTĘPNIANIE TEGO POSTU NA SWOICH PROFILACH.

Zasady i „złote rady” obowiązujące na wyprzedaży:

– po pierwsze proponujesz swoje ceny i targujesz się w sposób kulturalny, pamiętając o naszych słabych sercach 

– jeśli coś się Ci podoba zaproponuj cenę ( sam ze sobą nie będę się targował mimo tego, że jestem gadułą )

– proszę wierzyć, że jesteśmy skorzy do ustępstw. Zawsze lepiej rzeczy pakować zacnym i miłym ludziom niż do swego magazynu.

Wcale nie tak dawno

Oto zdjęcia z niedalekiej przeszłości…

 

Tramwaje konne w Białymstoku

Tramwaje konne w Białymstoku

 

 

 

   Zdjęcie przedstawia widok, który także wielu współczesnym białostoczanom może sprawić nie lada problem identyfikacyjny – widzimy na nim parterowe, murowane garaże i piętrowy dom mieszkalny, otoczone drewnianym płotem, które zostały podpisane „Zajezdnia konno-żelaznej drogi”.
  To położona dawniej na obrzeżach miasta, a dziś przy zbiegu ul. Świętojańskiej i M. Skłodowskiej-Curie, zajezdnia tramwajów konnych, które zaczęły kursować w naszym mieście zaledwie rok przed tym, jak zawitał tu car Mikołaj II.
  Można przyjąć, że to przypadek, ale wydaje się bardziej prawdopodobne, że Sołowiejczyk intencjonalnie niemal na każdym zdjęciu uwiecznił jadący tramwaj konny – od nowego wiaduktu, przez ul. Lipową, Plac Bazarny i ul. Mikołajewską wszędzie widzimy wagoniki najnowszego urządzenia komunalnego miasta, które uplasowało Białystok w gronie dużych metropolii w Cesarstwie Rosyjskim zaopatrzonych w komunikację publiczną.
  Budowa konki wpisuje się w kluczowy etap rozwoju infrastruktury komunalnej Białegostoku. W okresie trzech dekad wyznaczonych latami 1879- 1915 podjęto prace wokół budowy wodociągów i oświetlenia gazowego (1879-1886), otwarto nowe cmentarze zamiejskie (1886 – ewangelicki, 1887 – katolicki i prawosławny; 1890 – żydowski); założono telefon i rozpoczęto starania o budowę rzeźni miejskiej (1891), utworzono miejski park (1890-1891), uruchomiono wodociągi (1892), przystąpiono do prac przy budowie stałego oświetlenia Białegostoku i rozbudowy parku miejskiego poprzez zasypanie starego stawu pałacowego (1897), wreszcie uruchomiono elektrownię (1910) i nowoczesną rzeźnię miejską (1914).
  W ten właśnie kontekst wpisują się prace w latach 1893-1895 nad budową tramwaju konnego oraz jego uruchomienie w 1896 r. Każde z działań,poprzedzone długimi przygotowaniami i często niepowodzeniami, podnosiło standard życia w Białymstoku, czyniło je bardziej wielkomiejskim i przyjaznym.
  Ogólnym problemem związanym z inwestycjami komunalnymi był ich duży koszt, którego budżet ówczesnego miastanie był w stanie udźwignąć, stąd realizacje najczęściej przeciągały się mocno w czasie, zanim uwieńczone zostały sukcesem.
  Nie dotyczyło to wyłącznie wielkich przedsięwzięć, ale także drobnych działań władz miasta. W przypadku dużych inwestycji normalną praktyką było oddawanie ich w ręce prywatnych przedsiębiorców na zasadzie koncesji – tak się stało z wodociągami, elektrownią i tramwajami.
 

  W 1893 r. Franciszek Gliński komentował na łamach „Kraju”, że „miasto nasze, pod pewnym względem, ma wielkie podobieństwo do starzejącej się panny. Im więcej śladów pozostawia na jej przekwitających wdziękach ząb czasu, im więcej przybywa jej zmarszczeki bliższą jest ruina dawnej piękności, tem więcej się mizdrzy, kryguje, stroi, braki wszelkie pokryć usiłuje sztuką.
  Tak też jest i z Białymstokiem. Rozchody rosną nad miarę, dochody nie zwiększają się wcale, w kasie miejskiej wieczne pustki, miastu grozi bankructwo, a tymczasem miasto się rozszerza, upiększa, pozyskuje wiele rzeczy, których mu brakło oddawna, a których wszakże dawniejszy gospodarz miasta, ze względu na znaną maksymę o zgodzie rozchodu z przychodem, wprowadzać nie ryzykował.
  Dziś zaś odbywa się tu u nas istny taniec na wulkanie”. Najnowszym przykładem tego stanu było zawarcie kontraktu z Lwem Feldzerem na urządzenie w Białymstoku tramwajów, które według wstępnych ustaleń miały być poruszane za pomocą elektryczności, ale ostatecznie w 1896 r. na białostockie ulice wyjechały tramwaje konne.
  W krótkiej notce opublikowanej w „Kurierze Warszawskim” z lipca 1893 r. odnotowano, że projekt budowy kolei konnej w Białymstoku był od dawna poruszany, zapewne więc swoją ofertę Feldzer złożył w ramach szerszej akcji poszukiwania inwestora.
  Musiało to nastąpić przed czerwcem 1893 r., gdy Rada Miasta na posiedzeniu 14 czerwca uchwałą nr 65 zgodziła się na zawarcie z nim umowy na budowę miejskich linii tramwajowych. Zapewne fakt ten poprzedziły długie negocjacje i proces konstruowania szczegółowej  umowy.
  Ostatecznie 4 sierpnia 1893 r. w Białymstoku pełnomocnik Rady Miasta prezydent Aleksander Prawiednikow oraz miejscowy inżynier Jerzy Mowszenson, pełnomocnik mieszkającego w Odessie Feldzera, złożyli swoje podpisy na umowie określającej warunki budowy białostockich tramwajów oraz prawa i obowiązki inwestora.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka
w Białymstoku

 
Konkurenci mennicy państwowej

Konkurenci mennicy państwowej

 

   Kiedy wiosną 1924 roku ówczesny premier rządu II RP Władysław Grabski, będący jednocześnie ministrem
skarbu, wprowadził w życie swoją reformę walutową, w rękach Polaków pojawiły się nie tylko nowe banknoty, ale również srebrny bilon – 1, 2, 5, i 10 złotówki.
  W całym kraju od razu do dzieła przystąpili amatorzy podrabiania błyszczących pieniędzy. W przedwojennym Białymstoku owi domorośli mincerze stali się istnym utrapieniem miejscowych stróżów prawa.
  W sklepikach i na bazarach co i rusz pojawiły się fałszywe monety,zwłaszcza te o niższych nominałach. Wyrabiane zwykle chałupniczym sposobem, nawet udane, trafiały do obiegu i psuły handlową atmosferę.
Nic dziwnego, że policja nadzwyczaj pilnie poszukiwaławszystkich nielegalnych konkurentów państwowego monopolu.
  W drugiej połowie lat 20. znanym fałszerzom złotówek był na bruku białostockim niejaki Czesław Bruzdo. Kierował on kilkuosobową szajką, która do perfekcji doprowadziła kolportowanie podrobionych pieniędzy. W tłoczne dni targowe kupowano w wybranym sklepiku jakąś drobną rzecz, płacono fałszywką,  a resztę dostawano prawdziwymi grosikami.
 Jednak kupcy, zwłaszcza żydowscy, stali się z biegiem czasu bardziej czujni, oglądali podawane sobie monety z każdej strony i rozpoznawali trefne pieniądze. W końcu Bruzdo wpadłi poszedł na odsiadkę do więzienia przy Szosie Baranowickiej.
  W 1932 rok białostocki wydział śledczy, mieszczący się przy ul. Warszawskiej 5, zaczął przyjmować częste
zgłoszenia o pojawieniu się w różnych punktach miasta dobrze podrobionych 1-złotówek. Posługiwali się nimi handlarze na Rybnym Rynku, trafiały się u dorożkarzy z postoju przy Rynku Kościuszki czy ul. Świętego Rocha, wydał nimi resztę nawet kelner od Ritza.
  Agenci ustalili także, że fałszywki kursują nagminne wśród graczy odwiedzających nielegalne kasyna. Właśnie nalot na taki przybytek mieszczący się przy ul. Polskiej dał pożądany rezultat. Zatrzymano tam Zygmunta Osińskiego z ul. Łąkowej, robotnika z huty szkła i znaleziono przy nim garść podejrzanych monet. Osiński został aresztowany.
  W kartotece policyjnej miał juz kilka spraw karnych. Rewizja w jego mieszkaniu ujawniła całkiem zgrabny warsztacik odlewniczy, zaś jego matka trzymała na przechowaniu woreczek z 60 sztukami fałszywego bilonu. Z wyroku Sądu Okręgowego Zygmunt Osiński trafił na dwa lata do więziennej celi.
  W marcu został zatrzymany przez policję drobny złodziejaszek białostocki Jakub Ostropowicz. Rewizja jego zimowego palta wykazała obecność jedno – i dwuzłotowych monet wyraźnie sfałszowanych. Ostropowicz twierdził,
że znalazł je na Rynku Kościuszki, gdzie jako dozorca trudnił się zamiataniem okolic domu nr 30. Policjanci
oczywiście nie dali wiary.
  I słusznie!. W domu delikwenta przy ul. Śledziowej wykryli kompletny warsztacik do wyrobu złotówek. Wtedy opryszek pękł i wszystko opowiedział. Okazał się, że Ostropowicz został pomagierem dwóch znanych hochsztaplerów białostockich – Józefa Urbanowicza i Władysława Malinowskiego, którym odnajmował do ich procederu swoje mieszkanie. Ci ostatni specjalizowali się w naciąganiu naiwnych ludzi na rozmaite kantmaszynki.
  Tymrazem była to „mennica” do produkcji srebrnego bilonu. Oszuści szukali frajerów, zaś ich gospodarz skorzystał z okazji i sam wyprodukował parę monet i fatalnie się zasypał.
  Rozprawa całej trójki odbyła się w sierpniu 19 37 r. przed Sądem okręgowym przy ul. Mickiewicza 5. Ostatecznie Urbanowicz i Malinowski dostali po 3 lata, zaś Ostropowicz o rok mniej. Zdziwiony był zwłaszcza
Urbanowicz, który już wcześniej ze podobne kanty zostałskazany przez sąd warszawski na 1,5 roku więzienia.
Temida białostocka okazała się surowsza. Cóż recydywa.

Włodzimierz Jarmolik

Z fałszywym paszportem do amerykańskiego sądu

 

    W przedwojennym województwie białostockim, tak samo zresztą jak w całej II RP, panowało ogromne zainteresowanie wyjazdami do mitycznej Ameryki.
  Kusiły nie tylko Stany Zjednoczone, ale też Brazylia, Argentyna, Kanada, a nawet Kuba. Emigranci zarobkowi liczyli na lepszy los dla siebie i swoichrodzin. Za granicą chcieli skryć się poszukiwani przestępcy i dezerterzy z wojska, a prześladowanych Żydów nęciła nie tylko Palestyna.
  Nie wszyscy ci uchodźcy mogli i potrafili zdobyć niezbędną wizę. Tutaj pojawiali się zwykle usłużni osobnicy proponujący fałszywe dokumenty i gwarancję dostaniasię ma statek w Gdańsku czy Hamburgu. Koszt takiej operacji wynosił zazwyczaj od 100 do 500 dolarów.
  Chętnych na lipne paszporty nigdy nie brakowało. Centrum działalności różnej maści kombinatorów i fałszerzy dokumentów stanowił na naszym terenie oczywiście Białystok, choć zorganizowane szajki parające się przerzutem ludzi za granicę grasowały również w Łomży, Ostrołęce, Sokółce, Grajewie czy Ciechanowcu.
  W 1924 roku „Dziennik Białostocki” donosił: „Policja wpadła na ślad szajki pośredników uprawiających
nielegalny szmugiel pasażerów Stanów Zjednoczonych. Na razie aresztowano trzy osoby: Nissena i Rozę
Jungelców oraz Gienię Chwałkowską z ul. Syjońskiej. Są poszlaki wskazujące na duże rozgałęzienie tej organizacji, daleko poza granice Białegostoku”.
  Szczególną obrotnością w przemytniczym procederze wykazali się w latach 1926-1927 dwaj młodzi pracownicy białostockiego oddziału towarzystwa okrętowego Loyd: Chaim Rabinowicz i Tejchel Owsiejewicz. Wyprawiali oni w tym czasie nielegalnie do Stanów Zjednoczonych co najmniej kilkadziesiąt osób. Sposób był całkiem prosty. Dzięki znajomościom w szemranych kręgach miasta pomysłowi młodzieńczy najęli złodzieje, który wykradł dla nich w jednym z urzędów państwowych plik czystych blankietów paszportowych. Znajomy fałszerz sporządził odpowiednie pieczątki oraz wzory podpisów, no i produkcja ruszyła.
  Chętni emigranci za jeden paszport musieli się wykosztować,ale towar był gwarantowany. Konsulat amerykański w Warszawie na dokument z firmy „Rabinowicz i spółka” bez zastrzeżeń wydawał wizy. Ponieważ zapotrzebowanie rosło, a naszym spryciarzom kończyły się oryginalne blankiety paszportowe (z dostawą nowej partii były kłopoty, gdyż różnie odpowiednie urzędy coraz lepiej zabezpieczały reglamentowane dokumenty), postanowiono całkowicie przestawić się na tzw. lipę. Do spreparowanego dokumentu dodawano także własnej produkcji wizę.
  Był to zabieg jednak bardzo ryzykowny, gdyż służby graniczne szybciej nabierały podejrzeń do kontrolowanych osób. I rzeczywiście, na pierwszą wpadkę nie trzeba było długo czekać.
 

W marcu 1927 roku policja gdańska aresztowała Cylę Skalską z Białegostoku i Rubina Chazena z miejscowości Narew w powiecie bielskim oboje chcieli dostać się z Wolnego Miasta Gdańsk do Niemiec na podstawie fałszywych paszportów.
  Ponieważ dokumenty pochodziły z Białegostoku, prezydium policji miasta Gdańska zawiadomiło o sprawie białostocki Urząd Śledczy. Po kilku dniach przysłano także oboje niefortunnych
amatorów amerykańskiego raju.
  Na początku kwietnia 1927 roku władze policyjne w Białymstoku wiedziały juz na pewno, że emigrantów w „lewe papiery” zaopatruje ktoś z miejscowej ekspozytury „Lloyda”. Wszystkich pracowników poddano obserwacji. Gdy pewnego razu Rabinowicz z koleżką udali się do Warszawy po fałszywe książeczki paszportowe, mieli za sobą „ogon” w postaci dwóch agentów policyjnych. Zostali zatrzymani podczas targu ze stołecznym fałszerzem.   Niebawem trafili do więzienia w rodzinnym mieście. Sąd Okręgowy przy ulicy Warszawskiej 63 wycenił usługi dla ludności oferowane przez Rabinowicza i Owsiejewicza na dwa lata pobytu za kratkami.

Włodzimierz Jarmolik

Początki białostockiego sukiennictwa

 

   Wiemy już, że widoczna na zdjęciu Józefa Sołowiejczyka z 1897 r. fabryk „Hendrichsa i Izenbecka” należała do Ernesta Hendrichsa na mocy aktu kupna-sprzedaży zawartego z Hermanem Commichau, nestorem białostockiego włókiennictwa i jedną z najważniejszych postaci miejscowego przemysłu.

Stosowny dokument spisano w 1889 r., gdy Commichau – z racji sędziwego wieku – porządkował sprawy związane z posiadanym majątkiem, którego niektóre elementy składowe w tym czasie wyprzedawał. Wśród nich była omawiana fabryka, stanowiąca jeden z trzech głównych zakładów produkcyjnych Hermana (główny na Antoniuku, drugi przy ul. Aleksandrowskiej, tj. przy ul. Warszawskiej 59). Herman Commichau nabył ją w 1871 r. od Owsieja Michela Zabłudowskiego.

Kluczem do historii omawianego miejsca jest nazwisko Zabłudowskich. Owsiej Michel był synem Izaaka, postaci zapisanej w sposób bardzo wyraźny w dziejach Białegostoku. Był twórcą majątkowej i społecznej pozycji rodu. Dorobił się ogromnego majątku na handlu drewnem, dzięki czemu zdołał zgromadzić pokaźny majątek, w tym liczne nieruchomości na terenie Białegostoku: m.in. posesję na rogu ul. Wasilkowskiej i Rynku, gdzie zbudował duży dom, synagogę przy ul. Zielonej, kilka działek przy Rynku, ul. Niemieckiej (Kilińskiego) i Bojarskiej (Warszawskiej). Miał czterech synów: Markusa, Mejera, Dawida i wspomnianego Owsieja Michela oraz trzy córki: Chaję Frumę, żonę Nochuma Minca (właściciel posesji przy ul. Kilińskiego 6, gdzie założył fabrykę włókienniczą), Małkę Rejzlę, żonę Sendera Blocha i Fejgę, żonę Eliezera Halbersztrama. Izaak zmarł 29 marca 1865 r. i został pochowany na białostockim cmentarzu, gdzie dzieci wystawiły mu okazały grobowiec, który przetrwał do II wojny światowej. W kontekście historii omawianej fabryki istotne znaczenie ma nie tyle Owsiej Michel, ale jego siostra – Małka Rejzla. Trudno jednak dziś wskazać dokładnie, w jakich okolicznościach przejął on majątek siostry.

Sender (Aleksander) i Małka Rejzla Blochowie to postacie, które osobom dobrze znającym dzieje Białegostoku powinny od razu skojarzyć się z historią początków białostockiego przemysłu włókienniczego. Sender Bloch, bogaty mieszczanin wileński, po ślubie z Małką założył w 1841 r. jedną z pierwszych w Białymstoku fabrykę włókienniczą. Początkowo działała ona chyba w innej lokalizacji i dopiero w 1848 r. Sender zwrócił się do władz gubernialnych w Grodnie z prośbą o uruchomienie produkcji tekstylnej w zakładzie posadowionym na pustej dotychczas parceli przy drodze do Bielska. Do prośby dołączył także projekty budynków fabrycznych. Dzięki nim wiemy, że fabryka Blocha na uroczysku Nowe składała się w początkach istnienia z dwóch drewnianych domów przeznaczonych na mieszkania dla majstrów oraz trzech obiektów produkcyjnych: tkalni, suszarni i postrzygalni wełny. Tkalnia miała dwie kondygnacje, z których dolna była szersza od górnej, a wnętrze całego budynku oświetlały wysokie, prostokątne okna – patrząc na zdjęcie Józefa Sołowiejczyka wydaje się, że gmach ten istniał jeszcze nadal w 1897 r., chociaż w międzyczasie został znacznie rozszerzony.

Sender Bloch zmarł młodo w 1849 r., pozostawiając wdowę Małkę Rejzlę i trzynaścioro niepełnoletnich dzieci. Małka Rejzla przejęła rolę głowy rodziny oraz jednocześnie szefa świeżo uruchomionej fabryki, w czym niewątpliwie pomagali jej pozostali członkowie rodu Zabłudowskich, silnie zaangażowanych w tym czasie w organizację i rozwój własnych zakładów włókienniczych. Jeszcze w opisie miasta z 1863 r. wskazywano, że fabryka Małki Rejzli Bloch zlokalizowana była „przy bielskiej drodze”. W tym czasie oficjalne statystyki odnotowały, że firma Blochowej miała największe zatrudnienie (130 osób) i najwyższą wartość rocznej produkcji (170 tys. rubli) ze wszystkich fabryk działających w Białymstoku. Wkrótce powstały także oddziały firmy w Zelwie i Brodziszewie. Rozwój przedsiębiorstwa znaczony był także kolejnymi inwestycjami budowlanymi, m.in. budową domów przeznaczonych dla majstrów oraz nowych gmachów produkcyjnych. Kluczowe znaczenie miała mechanizacja zakładu przy użyciu maszyny parowej.

Małka Rejzla Bloch zmarła przed 1871 r., i jak wspomniałem, zakład produkcyjny przejął jej brat Owsiej Michel, który sprzedał go Hermanowi Commichau. Nie znamy okoliczności przejęcia oraz treści sporządzonego wówczas aktu, trudno więc powiedzieć, które z budynków widocznych na zdjęciu z 1897 r. jest efektem działalności Małki Rejzli Bloch, które powstały w latach 1871-1889 z inwestycji Hermana Commichau, a które wreszcie zrealizowali wspólnicy Hendrichs i Izenbeck.

W każdym razie w 1897 r. fabryka założona niespełna pół wieku wcześniej, została uwieczniona w swoim największym rozkwicie. Widzimy tu kilka drewnianych domów dla tkaczy, położonych od strony ul. Mickiewicza, dwa główne budynki produkcyjne, pomieszczenie maszyny i kotła parowego wraz z kominem oraz kilkanaście różnego typu budynków pomocniczych i gospodarczych.

Historia posesji, sięgająca 1848 r. i początków białostockiego sukiennictwa, wydaje się być więc główną przyczyną, dla której to właśnie ten zakład znalazł się w albumie ofiarowanym carowi Mikołajowi II. Ciekawe, czy postać widoczna na zdjęciu to przypadkowy spacerowicz, czy raczej ówczesny właściciel zakładu – Ernest Hendrichs? Biorąc pod uwagę jego centralną pozycję na fotografii, druga możliwość wydaje się bardzo prawdopodobna.

O losach fabryki Hendrichsa po 1889 r. i w okresie międzywojennym opowiem w kolejnych częściach.

Wiesław Wróbel

Ciemna strona miasta. Stróże prawa nie zawsze byli w porządku

 

   Karol Hepner, szef policji kryminalnej, okazał się byłym współpracownikiem wywiadu i ochrony carskiej.
Polska olicja pojawiła się w Białymstoku już w lutym 1919 roku zaraz po wycofaniu się Niemców. Chaos panował wówczas ogromny. W blisko 80-tysięcznym, powojennym mieście znalazły się tłumy napływających ze wschodu uchodźców. Był to raj dla różnej maści złodziejaszków, oszustów i szulerów. Rozpanoszył się czarny rynek, a bandytyzm szerzył się nie tylko w nocy, ale w biały dzień. Nowa władza miała pełne ręce roboty. A przecież sama się kształtowała.

Widocznym symbolem nowych czasów stał się polski posterunkowy, w niczym nie przypominający carskiego stójkowego. Tak w maju 1919 roku opisywał go reporter „Dziennika Białostockiego”: Każdego, kto po raz pierwszy wjeżdża na ulice Białegostoku uderza widok nadzwyczajny, widok człowieka źle odzianego, w ubraniu zazwyczaj podartym i z karabinem na ramieniu. Orzełek biały na czapce, to zapewne przedstawiciel władzy polskiej. Człowiek ten stoi kilka godzin wśród zawieruchy, to znowu wśród deszczu i upału, i czuwa na spokojem publicznym”. Głodowe uposażenie (250 marek), wypłacane nieregularnie, nie zachęcało do gorliwej służby. Nieco lepiej powodziło się policjantom ze służby kryminalnej, którzy mogli przynajmniej zarekwirować coś zatrzymanym przemytnikom czy paskarzom.

W lipcu 1919 rok Sejm uchwalił ustawę o Policji Państwowej. Na jej podstawie utworzone w kraju 6 okręgów policyjnych. Okreg 5 obejmował województwo białostockie. Komenda Główna mieszcząca się w Warszawie, zaczęła czyścic własne szeregi. W Białymstoku polecono zwolnić wszystkich posterunkowych źle mówiących po polsku i nie mających kwalifikacji. Została zorganizowana szkoła policyjna, w której co roku miało kształcić się 70 adeptów. Mieli uczyć się fachowych przedmiotów, słuchać wykładów z prawa i procedury karnej, poznawać historię Polski. Nowym komendantem wojewódzkim został dr Henryk Jasiński, zaś komendę miejska i powiatową objął Leon Gallas. Dotychczasowy szef policji miejskiej, były pułkownik rosyjski Konstanty Songajłło poszedł w odstawkę. Karol Hepner, kierownik policji kryminalnej, został oddany w ręce prokuratura.

Okazało się, że Hepner, którego w Białymstoku zainstalowały jeszcze władze niemieckie, nie tylko w czasie wojny współpracował z Geheimpolizei, lecz był również agentem osławionej carskiej ochrany. Po aresztowaniu Hepner trafił do więzienia na warszawskim Mokotowie. Wyszedł szybko za poręczeniem danym przez włodarzy Mińska Mazowieckiego, gdzie wcześniej mieszkał. Do pracy w białostockiej policji już nie wrócił. Nie dość tego, wkrótce znowu poszedł za kratki. A to za sprawą nadużyć popełnionych w spółce akcyjnej handlującej artykułami skórzanymi . Kilka lat później kłopoty z prawem stały się udziałem Mieczysława Banneta, zastępcy kierownika białostockiej Ekspozytury Urzędu Śledczego. 11 kwietnia 1927 r. przed Sądem Okręgowym przy ul. Warszawskiej 63 odbyła się jego rozprawa. Akt oskarżenia zarzucał mu sfałszowanie świadectwa szkolnego, które stwierdzało ukończenie szkoły w Wiedniu. Tymczasem Bannet ukończył tylko trzy klasy. Poza tym, oskarżony napisał w swoim życiorysie, że jest katolikiem, urodzonym w Szwecji, gdy tymczasem był wyznania mojżeszowego i przyszedł na świat w małej mieścinie na południu Polski.

Zarzuty wydawały się dość błahe, ale nie wobec wysokiego funkcjonariusza policji. Początkowo sąd miał zamiar potraktować fałszerza z pełną surowością. Uwzględnił jednak jego bohaterską, wojenną kartę i nienaganną służbę i skazał na rok więzienia. Wyrok wypełnił w całości areszt prewencyjny, więc Bannet szybko odzyskał wolność.

Włodzimierz Jarmolik

Historia szpitala ul.Warszawska 15

 

23 września 1921roku. Tego dnia, przy ul. Warszawskiej 15, w Białymstoku, odbyło się -jak pisały ówczesne gazety: „..solenne poświecenie i otwarcie szpitala żydowskiego”. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele rabinatu, władz komunalnych oraz wiceprezydent Rady Miejskiej Witold Łaszewski. Tak naprawdę na Warszawskiej szpital żydowski istniał już wcześniej, kiedy to w 1862 roku Izaak Zabłudowski podarował gminie żydowskiej mieszczący się tam dom z placem. Dziesięć lat później wyznawcy mojżeszowi wybudowali w tym miejscu nowoczesny dwupiętrowy budynek. W nim to siedzibę znalazł szpital, oficjalnie nazywany żydowskim. W tamtych czasach liczył 48 łóżek..Wię­kszą liczbę chorych mógł przyjąć dopiero w 1882 roku, kiedy z dotacji niejakiego Wołkowyckiego dobudowano obok kolejny budynek, a liczbę łóżek zwiększono do 86. Jeszcze przed końcem XIX w. Szpital, miał oddzielne sale do leczenia chirurgicznego i internistycznego. Jednak prawdziwą sławę zyskał w okresie międzywojennym. Po I wojnie i Białystok, i szpital rozpoczęły wręcz swoje „drugie” życie – uroczyste otwarcie w 1921 roku było tego niejako dowodem.
 

Do czasu, uruchomienia szpitala w Choroszczy pomoc mogli uzyskać tu też nerwowo i psychicznie chorzy, których po I wojnie przybyło w Białymstoku i całej Polsce. Podobno też niektóre operacje wątroby wykonywano tylko w nim i jeszcze w dalekiej Japonii, zaś jego wysoki poziom zaskoczył lekarzy niemieckich, którzy szpital zajęli w czasie wojny. Druga wojna światowa, niestety, nie pozostawiła śladu po świetnie wyszkolonym personelu szpitala.
Szczególna rola w zabezpieczaniu ochrony zdrowia społeczeństwa województwa białostockiego przypada Wojewódzkiemu Szpitalowi Zespolonemu.
Powstanie i rozwój Szpitala wiąże się z organizacją i rozwojem chirurgii, bowiem jeszcze w okresie międzywojennym odczuwano niedobór tego rodzaju usług.
W 1931 roku zbudowano i oddano do użytku wielooddziałowy na 240 miejsc, Szpital Miejski nazywany św. Rocha, w którym mieścił się 60-łóżkowy oddział chirurgiczny. Dyrektorem Szpitala a zarazem ordynatorem oddziału chirurgicznego został, przybyły z Kliniki Chirurgicznej Uniwersytetu w Astrachaniu, profesor Konrad Fiedorowicz. W zasadzie Profesorowi przypisuje się rozwój i umocnienie białostockiej chirurgii.

W czasie II wojny światowej, kolejni okupanci zmieniali nazwy i przeznaczenie istniejących przed wojną szpitali.
Po wkroczeniu w 1941 r. do Białegostoku, komendantura niemiecka nakazała opuszczenie szpitala św. Rocha personelowi z pacjentami, bez prawa naruszenia jakiegokolwiek wyposażenia. Personel medyczny z pacjentami chirurgicznymi znalazł miejsce w byłym radzieckim szpitalu wojskowym przy ul. Mickiewicza 2 (przed wojną mieściło się Gimnazjum Nauczycielskie), gdzie byli leczeni żołnierze polscy i rosyjscy.

Zorganizowane oddziały chirurgiczne w Szpitalu przy ul. Warszawskiej 15 i 29 przeznaczono na leczenie chorych cywilnych.
W 1942 r. przybyły z Berlina niemiecki lekarz objął dyrekturę wszystkich szpitali w Białymstoku i ordynaturę 50-łóżkowego oddziału chirurgicznego w Szpitalu “Żydowskim”przy ul. Warszawskiej 15, natomiast wszyscy lekarze Żydzi umieszczeni zostali w getcie. Część lekarzy polskich zatrudnił u siebie, profesorowi Fiedorowiczowi polecił prowadzenie 40-łóżkowego oddziału chirurgicznego przy ul. Warszawskiej 29.
Ponowne działania wojenne niemiecko-radzieckie, jakie przeszły przez Białystok, bardzo poważnie nadwyrężyły istniejące szpitale. Szpital św. Rocha został spalony. W trudnej sytuacji znalazła się chirurgia . Pozostały dwa małe oddziały przy Szpitalu PCK ul. Warszawska 29 i ul. Warszawska 15. Czynne były dwie sala operacyjne, brakowało jednak dostatecznego wyposażenia i narzędzi, a posiadane wypożyczano na czas operacji z jednej do drugiej sali.
W miejscu dawnego Szpitala św. Rocha wybudowano i oddano w 1948 r. do użytku nowy na 180 miejsc budynek przy ul. Piwnej (obecnie M. C. Skłodowskiej). Otrzymał nazwę Państwowego Szpitala Chirurgicznego. Posiadał trzy sale operacyjne, aparaturę diagnostyczno-radiologiczną i własne zaplecze gospodarcze, które w całości otrzymał z darów UNRRA (jak wiele innych szpitali). Obsadę ordynatorską stanowili lekarze z dawnych oddziałów chirurgicznych. W początkowym okresie ordynatorzy stanowili jednoosobową lekarską obsadę oddziałów. Operowano tu chorych z zakresu otolaryngologii, urologii, ortopedii, okulistyki oraz dzieci. Z chwilą oddania Szpitala Chirurgicznego zlikwidowano jednocześnie takie oddziały przy ul. Warszawskiej 15 i 29. Również w tym czasie rozpoczęto budowę szkoły pielęgniarskiej na placu po przeciwnej stronie chirurgii, jednak w niedługim czasie zmieniono plany i po modernizacji pierwotnego projektu wybudowano obiekt z przeznaczeniem na oddziały chorób wewnętrznych. Oddany do użytku w 1950 r. jako Miejski Szpital Wewnętrzny (obecnie ul. M. C. Słodowskiej 25) z oddziałami chorób wewnętrznych i neurologicznych.

Po odzyskaniu niepodległości, w związku z szerzeniem się chorób zakaźnych i wielkiej epidemii wśród dzieci choroby Hainego i Medina, odczuwano ogromny brak możliwości hospitalizacji tych pacjentów w Białymstoku. Ministerstwo Zdrowia w 1952 r. przyznało specjalny kredyt na budowę i wyposażenie oddziału dla dzieci chorych na tę chorobę. Przy wielkiej inicjatywie dr Ireny Białówny w ciągu dziewięciu miesięcy wybudowano i wyposażono pawilon z przeznaczeniem leczenia dzieci obserwacyjno-zakaźnych oraz budynek z przeznaczeniem, w okresie nieepidemicznym, na oddział wewnętrzny i chirurgiczny. Lokalizacja tych pawilonów była na placu za budynkiem Chirurgii (obecnie wewnątrz placu kompleksu budynków Wojewódzkiego Szpitala).
W związku z powołaniem Akademii Medycznej w Białymstoku zachodziła konieczność zorganizowania bazy szkoleniowej. Na wniosek ówczesnego Lekarza Wojewódzkiego i Rektora Akademii Medycznej, został powołany uchwałą Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej z dniem 1 stycznia 1953 r. Wojewódzki Szpital Zespolony im. J. śniadeckiego. Nastąpiło połączenie Miejskiego Szpitala Chorób Wewnętrznych, dwóch pawilonów dziecięcych z Państwowym Szpitalem Chirurgicznym w jeden kompleks administracyjny. Na dyrektora nowej placówki powołano dr Adama Dowgirda, który pełnił jednocześnie obowiązki ordynatora oddziału chirurgii ogólnej (funkcje te sprawował do chwili odejścia na emeryturę w 1981 r.).
Ciągłe braki szpitalnych miejsc specjalistycznych powodowały konieczność stałej rozbudowy Szpitala. W 1957 r. Dyrektor zorganizował przy Szpitalu własny Zakład Remontowo – Budowlany. Od tego okresu następuje intensywny rozwój Wojewódzkiego Szpitala, a jego Dyrektor otrzymuje przydomek “budowniczego”.
W 1955 r. przy ul. Wołodyjowskiego 3 wybudowano nowy na 60-łóżek pawilon z przeznaczeniem na chirurgię dziecięcą, który w 1969 r. rozbudowano i zmodernizowano umieszczając 135 łóżek dla małych pacjentów. Oddziały dysponowały 3 salami operacyjnymi, wydzieloną izbą przyjęć, a od 1972 r. przychodnią Chirurgiczną i Dziecięcym Pogotowiem Ratunkowym.
W 1964 r. zmodernizowano pawilon odserwacyjno-zakaźny, pierwotnie budowany na potrzeby hospitalizacji dzieci z chorobą Hainego i Medina.
W tym okresie wybudowany został budynek, w którym umieszczono zakład diagnostyki laboratoryjnej i laboratorium bakteriologiczne, a także dokonano modernizacji budynku administracji (w którym pierwotnie mieścił się oddział dla dzieci chorych na gruźlicę, następnie oddział dla dorosłych z chorobami płuc) oraz oddziałów laryngologii i okulistyki.
Rozbudowywane i modernizowane specjalistyczne oddziały były jednocześnie bazą 10 klinik i 2-ch zakładów Białostockiej Akademii Medycznej.
Szpital stał się placówką służby zdrowia świadczącą usługi przez wysoko kwalifikowaną kadrę medyczną dla mieszkańców województwa białostockiego i sąsiednich.
Usytuowanie klinik i zakładów akademickich w budynkach szpitalnych, uszczupliło nieco miejsca dla pacjentów, a jednocześnie mogło stwarzać trudności we współpracy (“dwóch panów na jednym podwórku”). Przyjęto więc zasadę, że kierownik kliniki lub zakładu, będzie równocześnie etatowym ordynatorem oddziału podległym Dyrektorowi Szpitala.
Oddanie do użytku w 1962 r. Państwowego Szpitala Klinicznego i przejście części klinik, oprócz pediatrycznych, odciążyło w znacznym stopniu Szpital od działalności dydaktycznych. Pacjenci uzyskali lepsze warunki hospitalizacji, personel medyczny lepsze warunki pracy. Głównym zadaniem Szpitala było leczenie mieszkańców Białegostoku i województwa, pomoc specjalistyczna szpitalom powiatowym oraz szkolenie kadry specjalistów.
W roku 1973 do Wojewódzkiego Szpitala włączono pogotowie ratunkowe przekształcając w oddziały pomocy doraźnej. Zespoły karetek reanimacyjnych dla dorosłych “R”i dla niemowląt “N”udzielały wyspecjalizowanej pomocy chorym na terenie całego województwa.
Po wprowadzeniu podziału administracyjnego Kraju, Szpital Wojewódzki uzyskał status Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. J. śniadeckiego, w skład którego włączono Zespół Wojewódzkich Przychodni Specjalistycznych.
Na mocy aktów prawnych Szpital otrzymał nowe zadanie w zakresie nadzoru specjalistycznego oraz działalności metodyczno-organizacyjnej nad wszystkimi placówkami służby zdrowia w nowym województwie białostockim. Jednocześnie w bardzo szerokim zakresie pomagał nowopowstałym, słabym pod względem wyposażenia i kadry, województwom: łomżyńskiemu i suwalskiemu.
Nie zmniejszała się liczba pacjentów wymagających leczenia lecz obserwowano stały wzrost zachorowań na choroby serca, pokarmowe i nerwowe. Występowały ciągłe braki liczby łóżek. Wprowadzono jako metodę leczenia tzw. “hospitalizację domową”. Pacjentów po zdiagnozowaniu i ustaleniu leczenia lub po przeprowadzonym zabiegu wypisywano do domu gdzie dalej byli leczeni pod opieką personelu z oddziału.
W dalszym ciągu prowadzono rozbudowę. W latach 1979-1981 przeprowadzono przebudowę budynku, w którym mieściły się oddziały wewnętrzne, dobudowując nowe piętra i skrzydła.
W nowych pomieszczeniach usytuowano oddziały: kardiologiczny, gastrologiczny, reumatologiczny, dwa oddziały chorób wewnętrznych i dwa oddziały chorób neurologicznych.
W styczniu 1985 r. rozpoczął działalność zakład tomografii komputerowej, angiografii i ultrasonografii. W dobudowanym skrzydle “Rotunda”w 1992 r. zorganizowano dział rehabilitacji leczniczej z działem hydroterapii, obok istniejącego oddziału rehabilitacji leczniczej, który jest pierwszym w Kraju specjalistycznym oddziałem funkcjonującym w szpitalu stopnia wojewódzkiego i zarazem pierwszym powstałym w regionie północno-wschodniej Polski.
Na podstawie Zarządzenia Wojewody Białostockiego w skład Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego z dniem 1 stycznia 1992 r. włączono Specjalistyczny Zespół Opieki Zdrowotnej nad Matką Dzieckiem i Młodzieżą w Białymstoku, jako Wojewódzka Przychodnia Matki Dziecka i Młodzieży, a z dniem 1 stycznia 1993 r. został przyłączony Wojewódzki Szpital Specjalistyczny im. M. C. Skłodowskiej przy ul. Warszawskiej 15, uzyskując nazwę Szpitala nr 2 (z działu onkologii został utworzony Regionalny Ośrodek Onkologiczny jako jednostka samodzielna).
 
W końcu 1993 r. szpital dysponował 1240 łóżkami w 34 oddziałach i zatrudniał 2186 pracowników pełnoetatowych, w tym 346 lekarzy i 850 pielęgniarek i położnych. Stał się największą jednostką służby zdrowia w województwie i jednocześnie bardzo znaczącą placówką dydaktyczno-szkoleniową. Prowadzone jest nauczanie przeddyplomowe studentów wszystkich wydziałów Akademii Medycznej, nauczanie praktyczne uczniów średniego szkolnictwa medycznego oraz doskonalenie podyplomowe wszystkich zawodów medycznych w poszczególnych specjalnościach. Personel medyczny prowadzi ciągłe dokształcanie uczestnicząc w szkoleniach ośrodków medycznych w kraju i zagranicą. Prezentuje własne osiągnięcia na zjazdach naukowych oraz w czasopismach medycznych. Ciągle doskonalone i stosowane są nowoczesne metody leczenia (np.: leczenie kamicy żółciowej metodą laparaskopową itp.), diagnostyka prowadzona jest aparaturą najnowszej generacji. Prowadzono współpracę na zasadzie wymiany i szkolenia pracowników ze Szpitalem w Kownie.
W latach 1977-1984 Szpital Wojewódzki zorganizował i prowadził Szpital w Zliten w Libii.
Na terenie Szpitala prowadzą działalność medyczne towarzystwa naukowe.

Ulica Mickiewicza i przedmieście Nowe aż do granic Lasu Zwierzynieckiego

 

   Przewracając kolejną kartę albumu „Widoki miasta Białegostoku”, wykonanego w 1897 r. przez Józefa Sołowiejczyka na zlecenie Rady Miasta i ofiarowanego carowi Mikołajowi II w czasie jego wizyty w Białymstoku, natrafiamy na zdjęcie przedstawiające zabudowania fabryczne, opisane u dołu jako „Fabryka Hendrichsa i Isenbecka”.
  To z pewnością jedno z tych zdjęć, które u współczesnych Białostoczan wywołują ogromne zaciekawienie, ale i wprowadzają w zakłopotanie, ponieważ uwieczniony na nim widok współcześnie nie istnieje, próżno dziś szukać pozostałości fabryki, z pewnością też niewiele osób zna odnotowane na zdjęciu nazwiska właścicieli zakładu. Podstawowe pytania, które należałoby zadać patrząc na fotografię, to po pierwsze – gdzie mieścił sięów zakład i kim byli jego właściciele, po drugie zaś – dlaczego właśnie tą białostocką fabrykęzdecydował się uwiecznić Sołowiejczyk, a wykonane przez
niego zdjęcie trafiło do pamiątkowego albumu. Aby ustalić lokalizację sfotografowanego zakładu zaglądamy do opisującej miasto książki adresowej Białegostoku z 1897 r., także przygotowanej jako pamiątka wizyty cara Mikołaja II. Notabene jest to pierwszy tak szczegółowy spis miejscowych adresów, stanowiący dziś nieocenione źródło informacji o XIX-wiecznym mieście.
  Wspólników Hendrichsa i Isen becka znajdujemy na stronie 94, wśród miejscowych fabryk sukienno-kortowych. Tam też odnotowano enigmatyczną lokalizację – Nowe.
  Nazwa ta kojarzy się dzisiaj bardziej z dzielnicą Nowe Miasto niż z XIX-wiecznym przedmieściem Nowe. W 1897 r. „Nowym” nazywano obszar położony dzisiaj wzdłuż ul. A. Mickiewicza, który rozciągał się między rzeką Białą a granicą Lasu Zwierzynieckiego, wyznaczoną wówczas przebiegiem drogi przekształconej później w ul. Podleśną.
  Na tej drodze od strony Lasu Zwierzynieckiego stanął latem 1897 r. Józef Sołowiejczyk i skierował swój aparat w stronę fabryki Hendrichsa i Isenbecka, rozlokowanej na posesji przy ówczesnej ul. Brzeskiej, a dzisiejszej ul. A. Mickiewicza.
  Czy w 1897 r. „Nowe” było rzeczywiście nowe? Geneza nazwy tego obszaru sięga 2 poł. XVIII w. W tym czasie ciąg komunikacyjny dzisiejszych ulic Mickiewicza i Świętojańskiej stanowił część starego traktu z Warszawy do Grodna oraz służył jako droga pocztowa łącząca Białystok z Bielskiem. Przy trakcie tym, tuż przed granicami barokowego miasteczka, Jan Klemens Branicki nakazał wykopać dwa duże stawy zasilane wodą z rzeczki mającej swoje źródła w Lesie Zwierzynieckim i wpadającej do rzeki Białej.
  Stawy te zachowały się do dziś po obu stronach ul. A. Mickiewicza. Przezwiele lat służyły jako źródło wody do położonych w sąsiedztwie fabryk włókienniczych, a dziś stanowią część terenów rekreacyjnych. Obok stawów Branicki wzniósł przed 1771 r. karczmę i to właśnie od jej nazwy „Nowa” została urobiona nazwa całego przedmieścia, a później dzielnicy miasta.
  Od XVIII w. wokół traktu pocztowego do Bielska, przemianowanego później na ul. Prudską, a następnie Brzeską, znajdowały się w głównej mierze grunty orne mieszczan białostockich, wytyczone w czasie organizacji miasteczka jeszcze pod koniec XVII w. Wiek XIX przyniósł całkowite przekształcenie tego obszaru, gdzie pola i łąki w ciągu kilku dekad uległy urbanizacji, zostały wyprzedane, podzielone lub scalone i przekształcone albo na place przeznaczone pod zabudowę mieszkalną, albo pod zakłady fabryczne.
  Nieprzypadkowo to właśnie na obszarze przedmieścia Nowe w latach 40. XIX w. pojawiły się najstarsze białostockie fabryki włókiennicze. Było to podyktowane z jednej strony bliskością źródeł bieżącej wody, niezbędnej do produkcji i napędzania silników parowych, z drugiej zaś niższymi podatkami, płaconymi od gruntów położonych poza granicą zabudowy Białegostoku.
  W rezultacie to tu ulokowano najstarsze białostockie fabryki włókiennicze Sendera
i Małki Błochów oraz Chaima Nowika (uruchomione w 1848 r.), do których później dołączył Karol Krauze. Z czasem wzdłuż ul. A. Mickiewicza powstały następne zakłady należące do Franciszka Richtera, Henryka Weltera, wspólników Szapiro i Nie wiaż skiego, Frydrycha Hermana Philippa czy Eugeniusza Beckera. W gronie tym pod koniec XIX w. była także sfotografowana przez Sołowiejczyka duża fabryka Hendrichsa i Isenbecka.
  Okazuje się, że obaj wspólnicy byli w tym czasie tylko kolejnymi właścicielami starego zakładu fabrycznego, którego początki sięgają lat 40. XIX w. Czyżby więc fotograf i zlecająca wykonanie zdjęć Rada Miejska  wybierając ten właśnie obiekt mieli świadomość, że związane są z nim początki białostockiego przemysłu włókienniczego?
  Na to pytanie spróbuję odpowiedzieć za tydzień przed stawiając dzieje fabryki należącej w 1897 r. do Hendrichsa i Isenbecka.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka
w Białymstoku

Domy Baraszów, Aszów i Józefa Ordy

   

   Dziś kończymy naszą wędrówkę w przeszłość ul. Mikołajewskiej (Sienkiewicza), uwiecznionej na zdjęciach Józefa Sołowiejczyka, wykonanych w 1897 r. z okazji przyjazdu do Białegostoku cara Mikołaja II.
  Przez ostatnie tygodnie śledziliśmy dzieje posesji rozciągającej się między ul. Warszawską, Sienkiewicza i Ogrodową, gdzie od początku XVIII w. aż do 1895 r. znajdowała się własność białostockiej parafii, oddawana w dzierżawę kolejnym osobom.
Jak już wiemy, w 1895 r., ówczesny właściciel zabudowań stojących na tej działce, Izaak Barasz, wykupił od parafii dzierżawiony grunt.
  Jednocześnie w latach 1892-1896 od strony ul. Mikołajewskiej powstały dwa duże, piętrowe domy mieszkalne, wzniesione przy użyciu żółtej i czerwonej cegły. Dzięki wykupieniu praw własności do ziemi pod tymi budynkami, Barasz mógł swobodnie rozporządzać nieruchomością, dlatego już w 1900 r. odsprzedał narożnik posesji od strony ul. Aleksandrowskiej (Warszawskiej) na rzecz Prywatnego Wileńskiego Banku Handlowego, który zapewne jeszcze tego samego roku rozpoczął budowę zachowanego do dziś gmachu bankowego (ul. Sienkiewicza 40).
  Również w 1900 r., kilka dni po zawarciu transakcji z wileńskim bankiem, Izaak Barasz zdecydował się odsprzedać przeciwległy kraniec swojej nieruchomości, położony od strony ul. Policyjnej (Ogrodowej), na którym stał jeden z dwóch murowanych, piętrowych domów, widocznych na zdjęciu z 1897 r.
  W ten sposób została wydzielona posesja, po 1919 r. przyporządkowana do adresu ul. Sienkiewicza 44. Właścicielami tej nieruchomości zostali Wiktor i Cywa Aszowie. Co o nich wiemy? Była to rodzina zasymilowanych Żydów.
  Wiktor musiał być postacią zasłużoną miastu, gdyż jako jeden z nielicznych mieszkańców mógł poszczycić się specjalnym tytułem „dziedzicznego honorowego obywatela”, nadawanym przez Radę Miasta osobom,które w sposób szczególny przyczyniły się do rozwoju miasta (tego typu tytuł posiadał m.in.wieloletni prezydent miasta Franciszek Malino wski, członkowierodu Zabłu dowskich, wywodzący się od Izaaka i Chaima, członkowie rodu Halpernów wywodzący się do Kopela, rodziny Ratnerów, Ozimkowiczów, Różano wiczów, Wołkowyskich i inni). Z tytułem tym wiązały się chociażby różne przywileje podatkowe.
  Wiktor był synem Hirsza. Uzyskał wykształcenie medyczne i pracował w Białymstoku jako wolnopraktykujący lekarz, co zapewne było głównym powodem otrzymaniadzie dzicznego tytułu. Nie wiemy, kiedy Wiktor i Cywa pobrali się ani kiedy przybyli do Białegostoku.
  Cywa była córką Eliasza Mejłacha, miejscowego kupca, właściciela różnych zakładów produkcyjnych, m.in. niewielkiej tkalni, kaflarni oraz młyna walcowego. Małżonkowie mieszkali w Białymstoku przed 1895 r. w domu Czaczkowskiego przy ul. Mikołajewskiej. Tego roku na świat przyszła ich córka Zofia, następnie w 1898 r. urodził się Jerzy (zmarłjednak rok później), a w 1900 r. Borys. Przed 1905 r. Aszowie wznieśli na swojej posesji nową, trójkondygnacyjną kamienicę, która wypełniła pusty dotychczas narożnik ul. Mikołajewskiej i Policyjnej. Na temat życia i działalności Aszów wiadomo niewiele więcej.
  Wiktor Aszmie szkał w swoim domu przy ul. Mikołajewskiej jeszcze w 1914/1915 r. Z 1913 r. pochodzą pierwsze informacje o lokatorach domu Aszów. Warto zwrócić uwagę na działającą tu pierwszą narodową dwuklasową szkołę żydowską, którą prowadził Samuel Goldberg, a zarządzał Lew Babicki (mieszkający u Aszów). Babicki był na co dzień agentem Towarzystwa Ubezpieczeń „Rosja”, a także członkiem zarządu Taniej Kuchni Żydowskiej przy ul. Cmentarnej (dziś ul. Sosnowa). Według informacji z 1913 r., w domu Aszów działała także pracownia sukien damskich Wiktorii z Godyńskich Lenczewskiej, u której przed 1915 r. ukrywał się Józef Piłsudski.
  W 1905 r. środkową część swojej posesji, z trzema domami: nowym trzypiętrowym, starym piętrowym oraz parterowym, Aszowie sprzedali Józefowi Ordzie, pozostając właścicielami domu u zbiegu ul. Mikołajew skiej i Policyjnej,który później przyporządkowano do ul. Sienkiewicza 46. Józef Orda był właścicielem posesji przy ul. Sienkiewicza 44 do 1927 r. Po jego śmierci dom przypadł spadkobiercom: Zofia Prądzyńskiej, Marii Błażejewiczowej, Kamilli Broniewiczowej oraz Karolowi i Marcie Zofii Wolischom.
  W 1937 r. sprzedali oni omawiany majątek Józefowi i Salomei Kerszmanom oraz dr Ciprze Szylmanowej. Przed 1939 r. pod tym adresem mieściła się siedziba i skład dużej fabryki włókienniczej Abrama Sokoła i Judela Zilberfeniga. Posesja przy ul. Sienkiewicza 42 pozostała w rękach Baraszów do II wojny światowej. W okresie międzywojennym działały tu m.in.: wyrób sukna i przędzy Szapiro i Łuńskiego, wyrób i sprzedaż farb oraz chemikaliów braci Szapiro oraz cukiernia Pereli Bajder. Mieszkał tu także jeden z największych międzywojennych fabrykantów, Izrael Szpiro.
 Dom przy ul. Sienkiewicza 42 przetrwał II wojnę światową, ale w latach 50. XX w. został rozebrany, a jego miejsce zajął nowy budynek. Mniej szczęścia miały domy przy ul.
Sienkiewicza 44 i 46. Dziś w tym miejscu stoi blok mieszkalny.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka
w Białymstoku

Śmiertelny strzał i śmiertelne konsekwencje

 

    W pierwszej połowielat 20. minionego wieku okolice Białegostoku roiły sięod rozmaitychopryszków i rzezimieszków.Najbardziej niebezpiecznedrogi łączyły Białystok z Bielskiem Podlaskim, Knyszynem,Gródkiem, Michałowem i Wołkowyskiem.
  Tym ostatnim traktem 1 października 24 roku jechali Lejzor Leśnik i Zełda Berkowicz, mieszkańcy Brzostowicy Wielkiej w powiecie grodzieńskim. Wyjechali z Białegostoku tużprzed zmierzchem, ich furmanka załadowana była różnymipakunkami, a oni czuli się mocno nieswojo. Mieli złe przeczucia.
  I rzeczywiście. Z ciemności wyłonił się jakiś drab z latarką w ręku. Był w wojskowym płaszczu. Obok niego pojawił się drugi. Wystraszony Leśnik chciał popędzić mocniej konie. Nie zdążył. Po krótkim okrzyku „stój” od razu padł strzał.
  Woźnica trafiony w prosto w czoło osunął się z wozu na ziemię. Dalszych strzałów nie było. Bandyci zachowywali się  bardzo dziwnie. Wpakowali trupa z powrotem na wóz i nie przeszukując nawet ładunku polecili drżącej ze strachunkobiecie, aby ruszyła swoją drogą . Berkowiczównie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Na drugi dzień w miejscu zbrodni pojawiła się ekipa dochodzeniowa z Ekspozytury Urzędu Śledczego z komisarzem powiatowym Głuszkiewiczem na czele.
   Rozpoczęły się intensywne poszukiwania, zwłaszcza w pobliskich wsiach Uwagę policji zwróciła trójka braci Warszyckich z Zarzeczan o niezbyt chlubnej reputacji W ich gospodarstwie została przeprowadzona skrupulatna rewizja. Warto było szukać. W chałupie policjanci
znaleźli trencz wojskowy opisany przez Berkewiczówną, a także dwie latarki. Z kolei w pobliskim ogrodzie z podziemnego schowka wydobyto nagan 8-strzałowy z brakującym jednym nabojem.
   W stodole zaś agentów policyjnych spotkała kolejna niespodzianka – karabin wojskowy. Dla policji stało się jasne, że bracia Piotr, Antoni i Siemion są tymi bandytami z szosy wołkowyckiej. Wkrótce podejrzenia te potwierdziła Zełda Berkowicz podczas bezpośredniej konfrontacji odbytej na posterunku w Gródku. Rozpoznała w dwóch braciach prześladowców. Sprawą zajął się w trybie doraźnym białostocki sąd okręgowy. Rozprawa sądowa odbyła się 22 października 1924 roku.
  Na ławie oskarżonych zasiadł Antoni Warszycki, który podczas przesłuchania przyznał się do napadu i zabójstwa Lejzora Leśnika. Jako swojego wspólnika wskazał jednak nie z któregoś z braci,
ale znajomka z tej samej wsi – Józefa Trochimczuka.
  Sędziowie po wysłuchaniu świadków i biegłych sądowych wydali wyrok: Warszycki – kara śmierci, Trochimczuk – uniewinniony. Obrońca skazanego dr. Tillman zwrócił się natychmiast do prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego o łaskę dla swojego 29-letniego klienta.
  Po kilku godzinach oczekiwania z Belwederu przyszła odpowiedź odmowna. Zgodnie z zasadami wyrok Sądu Doraźnego miał być wykonany następnego dnia.
Mglistym rankiem w białostockim więzieniu przy Szosie Baranowickiej zazgrzytała brama. Do środka wpuszczeni zostali przedstawiciele władz, którzy mieli asystować podczas egzekucji Antoniego Warszyckiego. W gabinecie naczelnika więzienia stawili się m.in. prokurator Wolisz, sekretarz Wydziału Karnego Dominas, komendant policji powiatowej Głuszkiewicz i lekarz powiatowy Kozubowski.
  Obecny był tez porucznik z 42. PułkuPiechoty, który miał dowodzić plutonem egzekucyjnym. Płynęły minuty. Wreszcie cele skazańca opuściłksiądz, który go spowiadał, Warszycki w ostatnich minutach życia wyraził skruchępłacząc, żałował swoich czynów.
  Jego jedyną prośbą było wydanie ciała rodzinie. O godzinie 7 eskorta wyprowadziła skazańca na więzienny dziedziniec. Stanął przymocowany do słupka. Padły strzały.

Włodzimierz Jarmolik

Sienkiewicza 40. Prywatny Wileński Bank Handlowy

 

    Gmach stojący przy ul. Sienkiewicza 40 od przeszło stu lat pełni funkcję siedziby kolejnych banków i do tego też celu został zbudowanyna początku XX w.
  Przypomnę, że omawiana posesja rozciągała się pierwotnie na odcinku od ul. Warszawskiej do ul. Ogrodowej i stanowiła własność tutejszej parafii katolickiej.
  Na początku XIX w. posesja została wydzierżawiona przez pruskich urzędników, a przed 1807 r. w narożniku ówczesnych ul. Bojarskiej i Wasilkowskiej (ul. Warszawska i Sienkiewicza) stanął parterowy murowany dom.
  W kolejnych dekadach właścicielami były rodziny de Sempigni, Korybut-Daszkiewiczów, Zende, a od 1877r. Baraszów. Jankiel Barasz swoim testamentem z 1891 r. podarował nieruchomość synowi Ickowi (Izaakowi) Baraszowi. To on w 1895 r. wykupił od parafii prawa własności do dzierżawionego gruntu. Wreszcie w latach 1892-1896 od strony ul. Mikołajewskiej stanęły dwa
duże, piętrowe domy z żółtej i czerwonej cegły, które uwiecznił na zdjęciu latem 1897 r. Józef Sołowiejczyk.
  Najpoważniejsze zmiany w omawianej nieruchomości zaszły w 1900 r. Izaak Barasz zdecydował się na sprzedaż dwóch znaczących fragmentów posesji, a odpowiednie transakcje zawarto 26 stycznia i 1 lutego.
  Pierwsza z nich dotyczyła południowej części działki, na której stał stary murowany parterowy dom zbudowany przez Jana Scholle, a nabywcą był Wileński Prywatny Bank Handlowy.
   Drugą sprzedaż Izaak Barasz przeprowadził z Wiktorem Aszem, zamożnym kupcem dystrybuującym produkty miejscowych fabryk włókienniczych i cieszącym się tytułem honorowego obywatela Białegostoku.
  Przedmiotem transakcji była północna część nieruchomości, obejmująca fragment działki, na której stał jeden z dwóch piętrowych domów (wzniesionyw latach 1894-1896) oraz kilka budynków gospodarczych.
  W efekcie obu aktów sprzedaży z 1900 r. w posiadaniu Baraszów pozostała środkowa część posesji, ze stojącą na niej kamienicąz lat 1896-1897. W ten sposób z dużej posesji zostały wydzielone trzy działki, po 1919 r. przyporządkowane do ul. Sienkiewicza 40, 42 i 44.
  Prywatny Wileński Bank Handlowy powstał 12 marca 1873 r. z inicjatywy hrabiegoAdama Broel-Platera, jako instytucja popierająca interesy polskie na terenie zaboru rosyjskiego.
  Do pierwszych założycieli banku należeli najwięksi fabrykanci ówczesnej Białostocczyzny – August Moes i Wilhelm Zachert. Rozumiejąc znaczenie Białegostoku jako ponadregionalnego ośrodka przemysłu tekstylnego,już 24 marca 1873 r. otworzono w mieście filię banku, na czele której stanął początkowo Dawid Chwoles.
  Po nim zarząd filii przejął szlachcic Starczewski, później zaś Marcin Sawicki. Przed 1887 r.białostocki oddział wileńskiego banku funkcjonował w domuprzy ul. Niemieckiej (ul.Kilińskiego 23) i dopiero w wyniku aktu kupna z 1900 r., razem z agenturą Wileńskiego Banku Ziemskiego, przeniósł się do własnego budynku.
  Akt kupna nieruchomości od Izaaka Barasza potwierdził zarząd banku na posiedzeniu 21 marca 1900 r., toteż budowę nowego gmachu rozpoczęto dopiero po tej dacie. Natomiast w 1908 r. od strony ul. Mikołajewskiej zbudowano zachowaną do dziś,frontową trójkondygnacyjną kamienicę, w której zlokalizowano obszerne, kilkupokojowe lokale mieszkalne dyrektora i pracowników banku.
  Bank przetrwałdo 1915 r., kiedy został razem z dyrektorem Sawickim wywieziony został do Rosji podczas ewakuacji Białegostoku przed ofensywą wojsk niemieckich. Jego działalność w Moskwie przerwała w 1917 r. rewolucja październikowa.
  W 1921 r. opustoszały budynek pod nowym adresem ul. Sienkiewicza 40 nabył założony w 1910 r. Bank Przemysłowy Warszawski, którego miejscowym dyrektorem został Julian Czabłowski, następnie zaś RomualdTylicki. Nowy Oddział Banku Przemysłowego Warszawskiego został zlikwidowany w 1925 r., a budynek przy ul. Sienkiewicza 40 przejął miejscowy oddział Banku Gospodarstwa Krajowego i w jego murach pozostawał do 1939 r. Tuż przed wojną jego zarządcą był dr Stanisław Rutowicz.
  Natomiast sąsiednia kamienica przez cały okres międzywojenny wynajmowana była na mieszkania zarówno pracowników banku, jak i przedstawicieli białostockiej finansjery, przemysłu i inteligencji.    Wśród nich można odnotować fabrykanta Izraela Szpiro, właściciela fabryki wyrobów wełnianych przy ul. Łąkowej 4 i biuro fabryczne w sąsiedniej kamienicy Baraszów przy ul. Sienkiewicza 42.
  Po 1944 r. budynek przeszedł na własność Skarbu Państwa, a ze względu na swoje oryginalne przeznaczenie bardzo szybko zorganizowano w nim agencję PolskiejKasy Oszczędnościowej.
  Dziś, po przeprowadzonej w latach 80. XX w. modernizacji i rozbudowie, nadal jest wykorzystywany w tych samych celach przez aktualnego właściciela – Bank PEKAO SA

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka
w Białymstoku

Poprzerywana kariera wziętego sznifera

 

    W przedwojennym Białymstoku miejscowe bractwo spod znaku łomu i wytrycha uprawiało swój złodziejski procederna różne sposoby. Do mieszkań spokojnych obywateli, jak też lokali użyteczności publicznej dobierali się pospolici włamywacze za pomocą ciężkich narzędzi, bardziej wyrafinowani klawiszownicy preferujący wytrychy, jak też lipkarze, szukający
uchylonych okien.
  Jednak szczególne miejsce wśród tej masy fachmanów zajmowali tzw. szniferzy, czyli złodzieje nocni, którzy przy swojej robocie wykorzystywali głęboki sen okradanych ofiar. Ferajna białostocka miała kilka przednich specjalistów w tej dziedzinie. Jednym z nich był niewątpliwie Karol Gorbik, rocznik 1902.
  Oto jego krótkie, kryminalne dossier. Pierwszy kontakt Gorbika z wymiarem sprawiedliwości przypadł na rok 1921. Wówczas to niespełna 20-letni młodzian stanął prze Sądem Grodzkim i na krótko zagościł w więzieniu przy Szosie Baranowickiej. Do roku 1928 jeszcze pięciokrotnie trafiał w ręce policji i był przekazywany do dyspozycji prokuratora. Za kratki wędrował za różne kradzieże, nie zawsze popełnione na „sznifie”, ale było widać wyraźne, że najbardziej leżały mu właśnie nocne wyprawy
do domów nic nie przeczuwających mieszczuchów.
  Na początku marca 1928 r. Garbik, swoją ulubioną porą, odwiedził mieszkanie Stanisława Huptula przy ul. Modlińskiej 2. Wyniósł z niego różne klamoty na sumę blisko 1 tysiąca zł. Część skradzionych fantów policja znalazł u pasera Jana Ptaszyńskiego.
  W gmachu Sądu Okręgowego przy ul. Warszawskiej 63 i zainkasował kolejny wyrok – 2 lata pobytu w domu poprawy. Jednak wchodząca w życie amnestia skróciła amnestię o jedną trzecią. W więzieniu Gorbik zawarł znajomość z młodszym od siebie o kilka lat Zygmuntem Gryko, również złodziejem mieszkaniowym. Po wyjściu na wolność zaczęli działać razem. Pomagała im siostra Gorbika – Teresa, jako paserka, zaś informacji o bogatych białostoczanach dostarczała Eugenia Łukasiewiczówna, etatowa służąca.
  Ona też latem 1933 roku nadała złodziejom skok na mieszkanie swojego ostatniego pryncypała Hipolita Pragi. Szniferzy pofatygowali się pod wskazany adres w nocy z 8 na 9 lipca i mocno się obłowili. Lista strat przedstawionych policji przez poszkodowanego wyglądała następująco: 2 złote dewizki, 6 złotych pierścionków, 1 bursztynowa cygarnica, 12 platerowych łyżek, 6 belgijskich dukatów, a do tego jeszcze 1600 zł gotówki.
  Jakby tego było mało złodziejska parka jeszcze raz – we wrześniu odwiedziła Pragę. Tym razemstracił on tylko jeden złoty pierścionek i brylantową broszkę. Policja zaniepokojona wzrostem letnich kradzieży w mieście wzmogła czujność. Wiosna 1931 r. na skutek akcji agentów śledczych z ul. Warszawskiej spółka dwóch panów G. musiała ogłosić czasową upadłość. Gorbik i Gryko trafili bowiem do aresztu.
  W perspektywie mieli kolejny pobyt za kratkami. Rozprawa sądowa pracowitych szniferów i ich pomagierek odbyła się 13 czerwca 1931 rok. Sędziowie nie mieli wątpliwości, co do winy oskarżonych. Karol Gorbik skazany został na 4 lata więzienia, a Zygmunt Gryko zainkasował 3-letni wyrok. Obaj też stracili prawa obywatelskie na osiem lat. Z kolei Teresa Gorbikówna i Eugenia Łukaszewiczówna miały zagwarantowany rok paki.
  Dla zgromadzonej na rozprawie publiczności , składającej się głównie z przedstawicieli białostockiego półświatka, Gorbik dał specjalne przedstawienie. Jak zanotował sprawozdawca sądowy „Dziennika Białostockiego”: „dostał ataku konwulsyjnego i padł nieprzytomny”. Sędzia przerwał odczytywanie wyroku i wezwał obecnego na sali lekarza więziennego Andrijewskiego. Ten „udzielił skazanemu pomocy”. Jakby cwany blatniak jej rzeczywiście potrzebował.

Włodzimierz Jarmolik

Strajk generalny z 1895 roku

 

   W 1895 roku w Białymstoku i okolicach miał miejsce strajk generalny. Stanęły wszystkie fabryki. Doszło do starć z kozakami. Tak białostocki strajk opisywała konspiracyjna gazeta wydawana przez PPS, “Przedświt”:

“Białystok. Strajk powszechny przeciwko wprowadzeniu nowych książeczek obrachunkowych. Białystok podług „Kraju” (1894, nr 30) posiadał: 42 fabryki sukna, 55 fabryk towarów wełnianych, 5 fabryk wyrobów jedwabnych i 1 kapeluszy, liczył podówczas ludności 80 000. Przyczyny ruchu według pism partyjnych przedstawiają się, jak następuje:

Przeszło 3 lata temu rząd zaprowadził obowiązkowe dla wszystkich robotników fabrycznych książeczki obrachunkowe. Wywołały one wszędzie protesty robotników, ale żandarmerii udało się opór przełamać dzięki temu, że zaprowadzono je powoli i stopniowo, nie zaś od razu wszędzie, a skutkiem tego robotnicy nasi nie odpierali ich całą masą, zbiorowo. Protest ograniczał się do miejscowych zatargów w każdej pojedynczej fabryce i mógł być łatwo stłumiony. Ale w Białymstoku wszyscy robotnicy od razu zajęli względem książeczek postawę tak stanowczą, że władze tu musiały się chwilowo cofnąć. Dopiero w sierpniu r. b. rozpoczęto na powrót usiłowania, by robotników białostockich zmusić do przyjęcia książeczek. Grodzieńska inspekcja fabryczna zatwierdziła ostatecznie ich wzór, kazała je wydrukować i rozesłać do fabryk, aby wszyscy robotnicy bezwarunkowo zostali w nie zaopatrzeni. Na wiadomość o tym zawrzało wśród robotników w Białymstoku i okolicznych osadach fabrycznych. Jednogłośnie zdecydowano się pod żadnym pozorem książeczek tych nie przyjmować.

Dla wyjaśnienia pobudek, jakie kierowały robotnikami, rozpatrzmy treść książeczek. Najważniejszą ich częścią są rubryki dla zapisywania warunków najmu i regulaminu danej fabryki oraz do notowania wypłat i kar. Najwięcej napsuło krwi robotnikom umieszczanie w książeczkach wyciągów z ustawy fabrycznej. Najbardziej zwracają na siebie uwagę §§ 105 i 106. Pierwszy z nich mówi, że fabrykant ma prawo zerwać umowę już wskutek hardości robotnika, drugi – pozwala robotnikowi żądać zerwania umowy dopiero wskutek pobicia i ciężkich zniewag ze strony fabrykanta. Dalej uderzają w oczy przepisy o karach, które fabrykant może samowolnie nakładać na robotnika. Wreszcie idą wyjątki z kodeksu karnego o karach za takie przestępstwa jak zmowa, strajk, odejście od roboty itd. Robotnicy – widząc pod tym wszystkim podpisy członków komisji fabrycznej, inspektora i największych fabrykantów białostockich, widzieli w ustępie o karach za strajki manewr dla odstraszenia ich od zmów, bardzo częstych w Białymstoku.

Jeżeli można powiedzieć, że książeczki obrachunkowe są faktycznie usankcjonowaniem niewolniczej zależności robotników od kapitalistów, to wszakże pewna część robotników widziała w nich po prostu zapowiedź przywrócenia pańszczyzny w najliteralniejszym tego słowa znaczeniu. Utwierdzało to ich tym bardziej w oporze, a okoliczni chłopi, którzy dawali strajkującym wiele dowodów sympatii i dzielili się z nimi żywnością, podtrzymywali ich w tym mniemaniu. Wielu chłopów zresztą wypowiadało pogląd, że pańszczyzna robotników fabrycznych będzie wstępem do przywrócenia jej i na wsi. We wtorek 20 sierpnia stanęła pierwsza fabryka – Kommichau, zatrudniająca 256 robotników. W sobotę od rana stanęła fabryka kapeluszy Brauneck i Fossa. W ciągu tegoż tygodnia robotnicy wszędzie poodbierali z fabryk paszporty, gdyż rozniosła się pogłoska, że mają je poprzyszywać do książeczek. 25 sierpnia została wydana odezwa Białostockiego Komitetu Robotniczego PPS. W poniedziałek 26 sierpnia stanęły wszystkie fabryki i warsztaty w Białymstoku i okolicy. W niedzielę już przybył gubernator grodzieński wraz z żandarmami i inspekcją fabryczną. Nic nie wskórał. We wtorek rano (27) została rozklejona jego odezwa. W nocy z wtorku na środę nasi porozklejali proklamację tak mocno, że salcesony do 10 rano byli zajęci jej wyskrobywaniem. Dwa słupy latarniane z tego powodu wyciągnięto i zaniesiono do policmajstra. Wrażenie nasza odezwa zrobiła bardzo dobre. Wojska sprowadzają coraz więcej. W paru miejscach kozacy bili strajkujących. Aresztowanych po paru dniach wypuszczono na wolność.

Warto przytoczyć parę szczegółów z działalności władz. Z początku były one dość pewne swego. Do Brauneck i Fossa przyszedł w sobotę 24 sierpnia inspektor fabryczny i kazał rozpalić ogień pod kotłem, zapewniając, że robotników sprowadzi. Przedwczesnej obietnicy nie mógł dotrzymać, ogień musiano zgasić. Gubernator zaraz po przyjeździe rozmawiał z robotnikami, rezultatem „rozmowy” było aresztowanie 2 robotników, których zresztą musiano wkrótce puścić. W poniedziałek 26 sierpnia fabrykant Kommichau wskazał 6 swoich robotników jako hersztów; żandarmi sprowadzili ich do kantoru i zmusili ich do wzięcia książeczek, sądząc, że za „hersztami” pójdzie i reszta; robotnicy ci, którym towarzyszyły i zachęcały do wytrwania ich żony, od razu oświadczyli, że chociaż pod przymusem wezmą książeczki, to jednak do roboty nie pójdą; tak się też i stało. Do fabryki Brauneck i Fossa sprowadzono gwałtem 12 robotników i – kazano im pracować… pod dozorem policji; i to oczywiście pomóc nie mogło, tym bardziej, że zwykle w fabryce tej pracuje 180 ludzi, których policja przy wymuszonej pracy wszystkich już nie byłaby w stanie dopilnować. Po doświadczeniu z pierwszej „rozmowy” z gubernatorem robotnicy w żadne pertraktacje nie chcieli z nim się wdawać, słusznie obawiając się aresztowania „rozmawiających”: dwukrotne zapraszania do „rozmowy” (przed fabrykami Kommichau i Wieczorka) spełzły na niczym. W fabryce Wieczorka, która miała pilny obstalunek dla kolei, władze pozwoliły 60 robotnikom pracować bez książeczek. W ogóle strajk sprawił ogromne wrażenie na władzach. Oficerowie wojsk przyprowadzonych pouciekali ze swych mieszkań prywatnych do koszar. Miejscowy naczelnik żandarmerii w domu prawie nie bywał, nocował niekiedy na dworcu kolei, schudł i zmizerniał do niepoznania.

W Choroszczy, pod Białymstokiem, gdzie strajkowano również powszechnie, robotnikom pomagała ta okoliczność, że ogromna ich większość posiada tam własne domki i ogródki. Zresztą sporo strajkujących poszło tutaj na robotę do chłopów, którzy, jak zaznaczyliśmy, bardzo sympatycznie traktowali ich. Była w tej osadzie i bójka z kozakami – w czasie odwiedzin gubernatora. Wszedł on do jednej z chałup, za nim pewna część tłumu robotniczego z ulicy, po czym – kozacy. Reszta tłumu, widząc kozaków, wywnioskowała, że ci będą bić znajdujących się w chałupie i rzuciła się na kozaków.

Białystok w czasie strajku wyglądał oryginalnie, jak nam pisze jeden z korespondentów. „Miasto zwykle dość ruchliwe, z kominów fabrycznych zawsze unoszą się kłęby dymu, a teraz… pustki, cicho wszędzie, tylko raz po raz rozlega się stuk podków o bruk miejski, to kozackie patrole… Mongolskie, ogorzałe twarze ciekawie oglądają miasto i budynki; jako wojsko nieregularne, jadą uzbrojeni niejednakowo: u jednego w ręku tylko nahajka, u drugiego sterczy ponad głową wysoka pika; jadą jak kto chce, każdy siedzi na siodle inaczej do swego sąsiada i w pozie swobodnej, nie zaś jak wymusztrowany żołdak nowoczesny. Doprawdy, zdaje się, jakby wróciły czasy tatarskich najazdów”.

Już w poprzednim numerze „Przedświtu” zaznaczyliśmy, że proklamacja PPS została przez ludność robotniczą przyjęta bardzo dobrze. Rozpowszechniono ją nader starannie, a oprócz egzemplarzy rozklejonych rozrzucono ją w wielkiej ilości po podwórzach zamieszkanych przez robotników. „Proklamacje” rządowe spotkało inne przyjęcie: w wielu miejscach zrywano je i niszczono. Pierwsza z nich, pochodząca od inspektora fabrycznego, nakazywała powrót do roboty na dzień 26 sierpnia. Druga – gubernatora – datowana z 26 sierpnia – rozkazywała to samo, ale już na dzień 28 sierpnia. Ostatnia straszyła robotników § 273 kodeksu karnego, który brzmi: „Jeżeli kilka osób bez wszelkiego jawnego powstania (sic!) lub oporu władzom ustanowionym przez rząd – zmówi się w celu niewykonywania jakiegokolwiek rozporządzenia tych władz lub uchylania się od spełniania jakiegokolwiek obowiązku państwowego lub społecznej – to za to hersztowie i podżegacze ulegają pozbawieniu pewnych szczególnych praw i przywilejów i więzieniu od roku i 4 miesięcy do 2 lat; inni zaś – więzieniu od 4 miesięcy do roku i 4 miesięcy”.

Komisjonerzy rozesłali do swych odbiorców ogłoszenie gubernatora na dowód, że nie mogą wypełnić zamówienia. Z manewrów odwołano 2 bataliony piechoty, a kilka sotni kozaków rozbiło obóz pod miastem. Olbrzymie rozmiary strejku (w tym czasie liczbę strajkujących podawano na 26 tysięcy) przejęły strachem najeźdźców: oficerowie poopuszczali swe mieszkania w mieście i przenieśli się do koszar, a żandarmi w głos oburzali się na „naczalstwo”, że nie sprowadzono więcej wojska. Wszystkich aresztowanych wypuszczono, a policmajster ogłosił, że robotnicy, jeśli chcą, mogą się zebrać. Zebranie odbyło się 2 września za miastem koło Skorup; przyszło z górą tysiąc robotników, przyjechał też policmajster z inspektorem i zaczęli dowodzić, że w tych książeczkach nic złego nie ma; z tłumu odpowiedziano im, że jeśli tak dobrze, to niechaj pan policmajster sam do roboty idzie.

Fabrykanci ze swej strony też starali się przyciągnąć robotników do roboty różnymi obietnicami. Tak Kommichau obiecywał pozmieniać u siebie niektóre punkty tabeli z karami; Rozental z właściwym sobie sprytem obiecywał spuścić 30 procent (!) z tych książek, a na resztę podpisać się tylko i można nie brać; Charam okazał się jeszcze dowcipniejszym i proponował robotnikom z nim piśmienną umowę u notariusza, że prawa wypisane w książeczce nie będą do nich stosowane (sic!) itd., itd.

Księża, jak zwykle, też nie pozostali w tyle. Proboszcz w Choroszczy przejął się tak mowami gubernatora i inspektora, że tuż za nimi zaczął z zapałem przemawiać do robotników przeciw strajkowi; nie dokończył jednak, gdyż kazano mu pilnować swego kościoła i do strajku się nie mieszać, przy czym posypały się nań przekleństwa, a podobno i coś gorszego. Dziekan białostocki Wilhelm Szwarc w niedzielę (1 września) też wystąpił z kazaniem przeciw strajkującym.

Wszystko to jednak nie skutkowało. Postanowienie robotników było tak silnym, że mógł je złamać jeden tylko wróg – głód. A ten, wobec niemożności przy naszych stosunkach politycznych należytego pieniężnego poparcia strajkujących z innych punktów, nie kazał na siebie długo czekać. Po 2 tygodniach strajku głód zaczął się dotkliwie dawać we znaki rodzinom robotniczym. Przyspieszył go jeszcze rząd, nakazując zamknąć wszystkie lombardy na cały czas strajku. Przy tym zaczęły się na nowo areszty: 2 września aresztowano 5, a 8 – 9 robotników.

W nocy z 7 na 8 września została rozrzucona i rozklejona druga odezwa Białostockiego Komitetu Robotniczego PPS.

Poczynając od poniedziałku 9 września pod naciskiem głodu zaczęto częściowo powracać do pracy. W Choroszczy i kilku innych fabrykach trzymający się jeszcze solidarnie robotnicy chcieli zakończyć strajk uzyskaniem podwyżki płacy.

Wkrótce po strajku wypuszczono wszystkich aresztowanych, lecz następnie aresztowano stolarza Piecha z fabryki Kommichau i włościanina ze wsi Jarówki.

Udział partii, oprócz wydania 2 odezw, wyraził się tym, że CKR, pomimo szczupłości swoich środków, udzielił Komitetowi Białostockiemu subsydium w ilości 125 rb.

Stronę organizacyjną wyjaśniają 2 powyższe wyjątki z listów 2 ówczesnych członków CKR. W pierwszym z dn. 12 IX S. W. pisze:

„»Nasi« w Białymstoku zajęli takie stanowisko: strajk bądź co bądź nie zmusi rządu do ustąpienia z książeczkami, wobec jednak ogólnego podniecenia i gotowości do strejku bezwarunkowo BKR nie mógł pozostać w tyle i musiał podjąć te roboty, które by: 1) wlały w cały ten ruch więcej świadomości politycznej i nienawiści do rządu całego, a nie urzędników tylko (jak to niektórzy z robociarzy myśleli), 2) wskazały na potrzebę stałej walki z rządem w szeregach PPS i pod jej sztandarem. Rozumie się, nie wszystko jeszcze w tym względzie zrobione prawdopodobnie puścimy jeszcze po skończeniu się strajku specjalny flugblat 2-4-stronicowy. Głupio tylko, że powracają do roboty częściowo, a nie wszyscy razem; inne by to wywarło wrażenie na wszystkich i na rząd. Ja pewien czas, wnioskując z zacięcia się robociarzy, myślałem, że strajk może się skończy wyludnieniem się Białegostoku; tak ludziska wynosili się stamtąd; przyjeżdżający z Rosji kupcy z zamówieniami (teraz właśnie zaczyna się sezon), widząc co się dzieje, jechali albo do Łodzi, albo też do Rosji, fabrykanci za łby się z rozpaczy brali, a Kommichau miał się gdzieś wyrazić, że jeżeli strajk potrwa jeszcze tydzień, to Białystok upadnie!”.

Drugi członek CKR (M.-2) pisze dn. 7 IX:

„Nigdyśmy tu nie byli silni. Robota szła słabo, bez dobrego kierownictwa i temperamentu kongresowiaków. No i ciemnota większa. Pomiędzy robotnikami zawsze istniała, jak się nasi wyrażają »ahrynalna partia«, która świadomie wrogo do »kwestii socjalnej« się odnosiła i twierdziła, że przeszkadza ona zdobyczom robotniczym. Przemysł tu półeuropejski, typ miasta małomiasteczkowy… Strajk jest najzupełniej żywiołowym z dodatkiem przesądów, strachów pańszczyźnianych i najzupełniejszego niezrozumienia rzeczy. Nasi robociarze stali na razie przeciwko awanturze, tłumacząc, że książeczki praw nie zmienią, i tylko potem poszli za ruchem. Tłumaczy to zarazem nasze stanowisko: nie mogliśmy ostro wypowiedzieć się »za« i ograniczyć się musimy do tłumaczenia zjawisk”.

(Opr. Edward Horsztyński/

Sienkiewicza 40-44.Majątek rodziny Baraszów

 

  Dziś trzecia część historii obszaru położonego między dzisiejszymi ulicami Warszawską, Sienkiewicza i Ogrodową, który w 1897 r. uwiecznił na zdjęciu Józef Sołowiejczyk, przygotowując album widoków miasta – prezent władz Białegostoku dla cara Mikołaja II w czasie jego wizyty.
  Wiemy już, że początki tego terenu możemy śledzić od początku XVIII w., gdy został on nadany przez Stefana Mikołaja Branickiego miejscowej parafii katolickiej.
  Na początku XIX w. posesję wydzierżawili pruscy urzędnicy Kirhoff i Scholle, z których drugi zbudował w narożniku ówczesnych ulic Bojarskiej i Wasilkowskiej murowany parterowy dom.
  Następnymi właścicielami domu i dzierżawcami placu były rodziny de Sempigni oraz Korybut-Daszkiewiczów, a od 1871 r. supraski kupiec Karol Robert Zende.  Zende traktował majątek w  narożniku ul. Aleksand rows- kiej i Mikołajew skiej jako źródło dochodów.
  Najpierw w 1874 r. wynajął swoją własność fabrykantowi Alfonsowi Altowi, ale jeszcze tego samego roku spisał nowy kontrakt dzierżawny z białostockim kupcem Jankielem Baraszem, któremu ostatecznie 19 stycznia 1877 r. odsprzedał nieruchomość. Według aktu kupna-sprzedaży, na  gruncie dzierżawionym od parafii stał wciąż tylko murowany parterowy dom pamiętający czasy Jana Scholle.
  Nabywca, Jankiel Barasz, był szczególnie zainteresowany tym majątkiem, gdyż w bliżej nieznanym czasie nabył sąsiednią nieruchomość pozostającą w posiadaniu rodziny Bielawskich, scalając obie działki w 1877 r. Baraszowie to jedna z najstarszych i najbogatszych białostockich rodzin żydowskich.
  Już w 1810 r. przy ulicy Małej Gumiennej, czyli przy dzisiejszej ul. Spółdzielczej, nieruchomości posiadali Josel i Bejrach Barasz, zaś w 1825 r. wykaz właścicieli kramów funkcjonujących w tzw. „starych rzędach”, jak określano wówczas lokale handlowe w ratuszu, odnotowuje Szlomę Josela Barasza handlującego skórami oraz Icka Barasza, handlarza drobnymi towarami.
  Interesujący nas w tym momencie Jankiel Barasz był synem Jowela i Sory Baraszów. Jowel zmarł przed 1862 r., tego bowiem roku jego spadkobiercy dokonali podziału między siebie pozostałego po nim spadku.   Z zachowanego aktu podziału możemy wnioskować, że już wówczas rodzina Baraszów dysponowała pokaźnym majątkiem w Białymstoku, w tym dwoma domami – drewnianym i piętrowym murowanym – przy ul. Wasilkowskiej (ul. Sienkiewicza 16), murowanym parterowym domem przy ul. Lipowej oraz sklepem we wspomnianych „starych rzędach” pod  nr 21. W 1862 r.
  Jankiel Barasz określony został jako kupiec 3 gildii, a w wyniku podziału spadku otrzymał na własność murowany piętrowy dom przy ul. Wasilkowskiej. Bracia Jowela, Icko i Mowsza, otrzymali – pierwszy z nich dom przy ul. Lipowej, natomiast drugi drewniany dom przy ul. Wasilkowskiej.
  W kolejnych dekadach Jankiel osiągnął najwyższą pozycję majątkową, znacznie rozbudowując majątek, m.in. o kolejny dom przy ul. Wasilk owskiej oraz nieruchomości w Wasilkowie, gdzie założył fabrykę włókienniczą.
  Do listy zakupionych majątków należy także dodać nabytą w 1877 r. omawianą działkę na  rogu ówczesnych ul. Aleksandrowskiej i Mikołajewskiej.  Jankiel Barasz żonaty był z Bejlą Hindą, z którą miał pięcioro dzieci: Efroima Fiszela (ur. 1840 r.), Gołdę (ur. 1844 r.), Kiwę (ur. 1846 r.) oraz bliźnięta Mowszę i Icka (ur. 1847 r.). Zmarł 3 sierpnia 1891 r. uprzednio zapisując testamentem interesujący nas majątek najmłodszemu synowi, Ickowi (Izaakowi) Baraszowi, pozostały zaś spadek sądownie podzielono między wdowę i resztę potomków.
  W  posiadanie nieruchomości Izaak Barasz został sądowo wprowadzony w lutym 1892 r., a już 3 marca tego roku przekazał ją w dzierżawę niemieckiemu kupcowi Adolfowi Gielichowi na okres 5 lat. W tym czasie na  posesji na rogu ul. Aleksandrowskiej i Mikołajewskiej stał wciąż tylko murowany parterowy dom zbudowany przez Jana Scholle.
  Kontrakt zawarty z Gielichem zakładał, że nowy zarządca będzie mógł wznosić na działce nowe budynki. Zapis ten Gielich wykorzystał bardzo szybko, gdyż już w czerwcu 1892 r. na omawianej nieruchomości
stała nowo zbudowana murowana kamienica, usytuowana w pierzei ul. Mikołajewskiej.
  Kamienica ta położona była bliżej starego domu i skrzyżowania ul. Aleksandrowskiej i Mikołajewskiej. Na początku 1895 r. Barasz zwrócił się do białostockiego dziekana ks. Wilhelma Szwarca z prośbą o zgodę na wykupienie pozostającego wciąż w dzierżawie placu.
  Ustalenia władz duchownych i państwowych trwały do września 1896 r. Stosowny akt kupna-sprzedaży zawarto 23 października 1896 r. Izaak Barasz nabył grunt o powierzchni 506 sążni kw., na którym stały należące do kupującego budynki: murowany parterowy dom stojący frontem do ul. Aleksandrowskiej, dwa murowane budynki piętrowe oraz mniejsze obiekty o charakterze gospodarczym (spichlerz, chlew itp.).   Oznacza to, że pomiędzy 1894 a 1896 r. Barasz wybudował na posesji kolejny piętrowy dom mieszkalny, ustawiony w bezpośrednim sąsie- dztwie wcześniejszego obiektu, również w pierzei ul. Mikołajewskiej.   Stan ten został uwieczniony na wspomnianym zdjęciu Józefa Sołowiejczyka. W  tym czasie w jednym z budynków działał zakład tkacki Izaaka Barasza. Pozostałe domy były wykorzystywane jedynie w celach mieszkalnych. O dalszych losach posesji między ulicami Sienkiewicza, Warszawską i Ogrodową opowiem za tydzień

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku

Sienkiewcza 40-44. Kościelne grunty i pruscy urzędnicy

 

    Dziś ponownie zagłębimy się w historię ul. Mikołajewskiej, ale tym razem naszym „wehikułem czasu” będzie zdjęcie Józefa Sołowiejczyka, znajdujące się na kolejnej karcie albumu „Widoki miasta Białegostoku”, który od dłuższego czasu stanowi punkt wyjścia wędrówki po mieście w chwili przygotowań do wizyty cara Mikołaja II latem 1897 r. 
  Fotografia ta jest dobrze znana, przedrukowywano ją chociażby wielokrotnie na pocztówkach z okresu zaboru rosyjskiego, pojawia się też ona w licznych publikacjach poświęconych przeszłości miasta jako bardzo ciekawy obrazek wyglądu i życia w mieście pod koniec XIX w. Widzimy tu bowiem nową zabudowę z żółtej i czerwonej cegły, starsze budownictwo pamiętające  czasy zaboru pruskiego, bulwary po których przechadzają się białostoczanie, konkę wspinającą się w kierunku dworca poleskiego, wreszcie rynsztoki ze spływającymi do rzeki nieczystościami.
  Z pewnością niejeden oglądający to zdjęcie zadawał sobie pytanie – gdzie znajduje się ów fragment ul. Mikołajewskiej? Spieszę z odpowiedzią: Sołowiejczyk uwiecznił fragment wschodniej pierzei ulicy, na jej odcinku od ul. Aleksandrowskiej (czyli Warszawskiej) do ul. Policyjnej (czyli Ogrodowej).
  Dziś w tym miejscu sa budynki o adresach ul. Sienkiewicza 40-46. Dzieje tego wycinka miasta możemy śledzić od początku XVIII w. Część tego terenu, położona w narożniku dzisiejszych ul. Sienkiewicza i Warszawskiej, należała wówczas do białostockiej parafii rzymskokatolickiej pw. Wniebowzięcia NMP.
  Znajdowały się tu ogrody gospodarzy, posiadających swoje domostwa po przeciwnej stronie ul. Warszawskiej (od strony rzeki), którzy byli poddanymi probostwa i wchodzili w skład tzw. jurydyki. Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie nastąpiło nadanie tychże gruntów. Natomiast wiadomo, że pozostały grunt, ciągnący się od granicy tychże ogrodów w kierunku północnym (w stronę dzisiejszej ul. Ogrodowej), został w 1708 r. przekazany przez właściciela Białegostoku, Stefana Mikołaja Branickiego, na rzecz tutejszej parafii jako rekompensata za inne ziemie, zabrane w czasie rozbudowy młodego miasteczka.
  W rezultacie w XVIII w. obszar widoczny na zdjęciu, jeszcze oczywiście w tym czasie pozbawiony zabudowy, należał do białostockiej parafii.  Sytuacja uległa zmianie w okresie zaboru pruskiego (od 1795 r.). Gdy w 1802 r. spadkobiercy Jana Klemensa Branickiego ostatecznie sprzedali dobra białostockie królowi pruskiemu, rozpoczął się okres ożywionej działalności inwestycyjno-budowlanej nowych władz Białegostoku. Szczególne natężenie prac miało miejsce właśnie przy ówczesnej ul. Bojarskiej (czyli Warszawskiej), gdzie duża część gruntów miała nadal formę ogrodów.
  Posesje po północnowschodniej stronie ulicy scalono i rozmierzono na nowo, wyprzedając je następnie pruskim urzędnikom, którzy w ciągu kilku lat zbudowali tu kilkanaście nowych, murowanych, często dwupiętrowych domów, z których wiele zachowało się do dziś. Interesujący nas narożnik ul. Sienkiewicza i Warszawskiej pozostał jednak wciąż własnością parafii. W tym przypadku sprawę rozwiązano inaczej, gdyż grunty kościele przy ul. Bojarskiej podzielono na cztery odrębne części i oddano w dzierżawę pruskim urzędnikom. 
  Wydzierżawiona została także posesja na rogu ul. Warszawskiej i Sienkiewicza, gdzie dziś stoi znany wszystkim gmach banku (ul. Sienkiewicza 40). Najpierw 3 października 1803 r. kontrakt z białostocką parafią zawarł inspektor budowlany nazwiskiem Kirchoff, a niedługo później, 4 kwietnia 1804 r., grunt wydzierżawił Jan Szolle. To on od strony ul. Bojarskiej w latach 1804-1807 zbudował parterowy murowany dom z poddaszem, nakryty typowym dla czasów pruskich dachem naczółkowym, który – jeśli dobrze przyjrzymy się zdjęciu Sołowiejczyka – stał jeszcze w  1897 r.
  Spis właścicieli nieruchomości na terenie Białegostoku z 1810 r. notuje Jana Szolle wciąż jako posiadacza omawianej działki, oznaczałoby to, że pozostał on w mieście jeszcze jakiś czas po zawarciu traktatu pokojowego w Tylży i przejściu Białostocczyzny pod panowanie carskie.
  Przed 1807 r. ul. Bojarska stała się pewnego rodzaju prestiżową dzielnicą, gdzie mieszkali z rodzinami i często także pracowali urzędnicy pruskiej administracji państwowej. Natomiast po 1807 r. ich miejsce zajęła zupełnie nowa społeczność – wysoko sytuowani, zamożni przedstawiciele lokalnej szlachty, która w zmienionej sytuacji prawno-ustrojowej i ustanowieniu w Białymstoku stolicy Obwodu Białostockie- go, zaczęła odgrywać istotną rolę  w strukturach administracyjnych i sądowych miasta.
  W rezultacie w wielu przypadkach doszło do zmiany dotychczasowych właścicieli domów przy ul. Bojarskiej, w tym narożnika tej ulicy z ul. Wasilkowską (czyli Sienkiewicza). Gdzieś między 1810 a 1825 r. dzierżawcami   gruntu zostali Józef Bonawentura de Sempi- gni z małżonką, Anielą z Sierakowskich.   O dalszych losach nieruchomości opowiem za tydzień.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku
 

Sienkiewicza 17. Biblioteka Fryderyka Wachtlera

 

   Jak zapowiedziałem w zes złym tygodniu, chciałbym poświęcić część dzisiejszego artykułu posesji przy ul. Sienkiewicza 17, która do 1898 r. składała się z dwóch odrębnych działek i przechodziła odrębne koleje losów, zanim została połączona w rękach rodziny Libermanów.
  Ostatnio poznaliśmy historię działki, która w 1897 r. należała do  Chaima Elbauma, teraz przyjrzyjmy się dziejom sąsiedniego majątku. W chwili, gdy Józef Sołowiejczyk zdecydował się uwiecznić tę stronę ul. Mikołajewskiej (Sienkiewicza), stał tu duży, piętrowy dom z poddaszem i okazałą facjatą od frontu.
  Początki posesji nikną w pomroce dziejów, a jej istnienie po raz pierwszy potwierdzone jest w 1771 Stał tu wówczas drewniany budynek „po ojcu pozostały, jeszcze nie skończony, dachówką przez połowę kryty, z kominem jednym na dach wywiedzionym”, należący do Jankiela Pasammonnika i jego żony Cymy. Mieszkali tu wspólnie z córkami: Sarą, Dworką i Rejzlą, a także z Marcinem Czerwińskim żonatym z Katarzyną, który miał syna Józefa i córki Zuzannę oraz Mariannę. Przy budynku mieszkalnym stały stary browar i stajnia.
  W 1799 r. pod tym adresem odnotowano szynkarza Lejba Esrę oraz handlarza solą Abla Mosesa. Siedem lat później mieszkały tu nadal te same osoby, przy czym Abel Moses został określony jako nauczyciel. Doszedł natomiast nowy lokator – Marcus Isaac, także pracujący jako nauczyciel.             Okazuje się, że ten niepozorny na pierwszy rzut oka adres odegrał ważną rolę przede wszystkim w dziejach miejscowego bibliotekarstwa. Jak wiadomo, pierwsza biblioteka publicznie udostępniająca swoje zbiory powstała w Białymstoku w 1804 r., w okresie zaboru pruskiego.
  Po 1795 r., a zwłaszcza po 1802 r., miasto mocno skorzystało na ulokowaniu w nim władz administracyjnych i sądowniczych departamentu białostockiego prowincji Prusy Nowowschodnie. Rozwijał się handel i rzemiosło, nastąpiło znaczne ożywienie w budownictwie, prowadzono liczne prace urban istycznoregulacyjne, w mieście pojawiły się nowe grupy społeczne, w tym przede wszystkim ponad 200 urzędników pruskiego pochodzenia. 
  Zapewne to właśnie na ich potrzeby profesor Gimnazjum Białostockiego, Fryderyk Wachtler, uruchomił w 1804 r. „Bibliotekę i Czytelnię Publi- czną”, w której książki w dużym wyborze wypożyczane były odpłatnie codziennie.
  Jeszcze tego samego roku Wachtler sprzedał bibliotekę spółce dwóch urzędników Kamery Wojny i Domen, Gebhardta i Ehrhardta. W lipcu 1804 r. uruchomili ją ponownie w domu przy ul. Wasilkowskiej nr miejski 23, należącym do Lejby Esry (zapewne tam też bibliotekę założył już Wachtler). 
  Biblioteka działała codziennie w godzinach 10 –15 i 18 – 20, a w niedziele i święta w godzinach 13 – 15. Nie mamy żadnych danych o jej księgozbiorze i sposobach działania, ani też o losach po 1807 r.  Wydaje się, że firma Gebhardta i Ehrhardta miała raczej postać firmy handlującej książkami i czerpiącej równolegle zyski z ich wypożyczeń, tym niemniej Wachtlerowi i jego następcom wypadnie przyznać pierwszeństwo w miejscowym bibliotekarstwie publicznym, chociaż na właściwą bibliotekę publiczną należało poczekać aż do początków XX w.
  W 1810 r. właścicielką była „wdowa Ezerowa”, wdowa po zmarłym przed tym rokiem Lejbie. Odnotowuje ją również inwentarz miasta z 1825 r., ale doprecyzowuje, że „tradycyjnym posesorem” nieruchomości był Josel Moszkowicz Ayzensztal i „dziedzic” Beniamin Peysachowicz, a na posesji stał już wówczas murowany dom, w którym mieszkała praczka wdowa Frydrykowa i stróż imieniem Izaak. Na zapleczu posesji w tym czasie znowu działał browar. Przed 1853 r. nieruchomość przeszła na własność Icka Wysockiego, a tego roku właścicielką była już wdowa po nim. Najprawdopodobniej jeszcze w latach 60. XIX w. doszło do kolejnej zmiany posiadacza.
  W nieznanych bliżej okolicznościach prawa własności nabyli pochodzący z Choroszczy mieszczanie Lejb i Chajcza Libermanowie. Niewiele możemy jednak powiedzieć na temat ich życia i działalności. W każdym razie po ich śmierci nieruchomość w 1892 r. przejęły dzieci. Tego roku odnotowano istniejący na posesji murowany piętrowy dom posiadający drewnianą zewnętrzną klatkę schodową, prowadzącą na poddasze.
  W kwietniu 1898 r. doszło do układu między rodzeństwem, mocą którego wszystkie prawa przeszły na synów Lejba i Chajczy –Chaimowi Ickowiczowi, Joselowi i Dawidowi Herszowi Libermanom. Według aktu notarialnego, na placu stał już nowy frontowy murowany piętrowy dom z poddaszem (ten sam, który uwiecznił na zdjęciu Józef Sołowiejczyk) oraz murowany piętrowy dom z piwnicą, murowany parterowy dom z poddaszem, drewniana przbydówka mieszcząca lokal handlowy oraz murowana chłodnia.   
   Jeszcze tego samego roku Libermanowie odkupili od  Chaim  a Elbauma sąsiednią nieruchomość, która była przedmiotem już mojej opowieści w zeszłym tygodniu, tym samym skupiając w swych rękach spory kwartał w narożniku ul. Mikołajewskiej i Sofijskiej. Na początku XX w. majątek ten przejęli małżonkowie Gryc owie, a po 1919 r. obie nieruchomości przyporządkowano do ul. Sienkiewicza 17.

Wiesław Wróbel
Biblioteka Uniwersytecka w  Białymstoku