Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

W Polsce udała się rzecz zdumiewająca. Części polityków i związanych z nimi środowisk przez lata skutecznie przekonywała ludzi, że ochrona przyrody jest czymś wymierzonym przeciwko zwykłemu człowiekowi. Że ekolog to ktoś, kto chce zamknąć las, zabronić zbierania grzybów, odebrać rolnikowi pole, rybakowi jezioro, a mieszkańcowi możliwość wejścia nad rzekę. Powstało nawet pogardliwe określenie „ekooszołom”, którym można było wygodnie przykleić łatkę każdemu, kto zadawał niewygodne pytania o wycinkę drzew, zabudowę wydm, osuszanie mokradeł czy betonowanie kolejnego kawałka wybrzeża.

Konstytucyjna ochrona

Tymczasem ochrona środowiska nie jest żadnym lewicowym wynalazkiem, fanaberią organizacji pozarządowych ani pomysłem przywiezionym z Brukseli. Jest wpisana wprost do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 5 mówi, że państwo zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju. Artykuł 74 idzie jeszcze dalej: ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych, a polityka państwa ma zapewniać bezpieczeństwo ekologiczne również przyszłym pokoleniom. I warto o tym przypominać szczególnie dziś, kiedy słowo „ochrona” zaczęło się wielu osobom kojarzyć przede wszystkim z zakazami.

Paradoks polega na tym, że część środowiska politycznego, które dzisiaj tak chętnie straszy ludzi „zamykaniem lasów”, sama pokazała już, jak wygląda prawdziwe zamknięcie lasów. W kwietniu 2020 roku, podczas epidemii COVID-19, po rekomendacji rządowego zespołu kryzysowego wprowadzono ogólnopolski zakaz wstępu do lasów. Straż Leśna miała go egzekwować. Zakaz obowiązywał od 3 kwietnia, a dostęp do lasów przywrócono 20 kwietnia. To właśnie był zakaz wstępu.

Ochrona przyrody zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej. Nie polega na ustawieniu szlabanu przed każdym lasem i wypędzeniu z niego człowieka. Najbardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczą szczególnych obszarów i wyjątkowo cennych fragmentów przyrody. W ogromnej części chronionych terenów nadal funkcjonują drogi, szlaki, turystyka, rolnictwo czy lokalne społeczności. Nawet przy obecnym sporze o planowany rezerwat Uroczysko Mszar koło Krasnopola Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska podkreśla, że utworzenie rezerwatu nie musi oznaczać zakazu zbierania grzybów, jagód czy żurawiny. Problem leży gdzie indziej.

Najważniejszą funkcją ochrony przyrody jest dzisiaj często obrona wspólnego dobra przed człowiekiem, który ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby próbować to dobro zamienić we własny biznes. Bo czym właściwie jest piękne jezioro? Dla mieszkańca jest miejscem spaceru, kąpieli, łowienia ryb, krajobrazem i częścią jego małej ojczyzny. Dla inwestora może być przede wszystkim działką, której wartość wzrośnie kilkukrotnie, jeżeli uda się postawić apartamentowiec wystarczająco blisko brzegu.

Czym jest nadmorski las? Dla tysięcy ludzi to wspólna przestrzeń. Dla dewelopera może być „potencjałem inwestycyjnym”. Czym jest widok na góry? Dobrem wspólnym czy produktem premium sprzedawanym za kilkadziesiąt tysięcy złotych za metr? Na tym właśnie polega konflikt, o którym zbyt rzadko mówi się wprost. Nie pomiędzy „ekologiem” i „zwykłym człowiekiem”. Pomiędzy interesem wspólnym a prywatną maksymalizacją zysku. Polska zna już wystarczająco dużo historii pokazujących, do czego prowadzi sytuacja, w której grunt jest wyjątkowo atrakcyjny, a przepisy ochronne zaczynają inwestorowi przeszkadzać.

W Mechelinkach nad Bałtykiem inwestor próbował wykorzystać specjalne przepisy covidowe, aby bez standardowego pozwolenia postawić dziesięć dwukondygnacyjnych domków. Oficjalnym uzasadnieniem miało być przeciwdziałanie COVID-19, możliwość kwarantanny i rekonwalescencji ozdrowieńców. Problem w tym, że inwestycja powstała na terenie objętym zakazem zabudowy, w sąsiedztwie rezerwatu Mechelińskie Łąki i w otulinie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Co więcej, jeszcze przed pandemią ten sam inwestor zabiegał o możliwość budowy w tym miejscu i jej nie uzyskał. Sprawa zakończyła się nakazem rozbiórki zabudowy i przywrócenia terenu do poprzedniego stanu.

W Zakopanem powstała historia niemal groteskowa. Na Bachledzkim Wierchu pojawiły się drewniane obiekty, choć teren objęty był ograniczeniami zabudowy. Inwestor przekonywał początkowo, że chodzi między innymi o „poidło dla koni”. Ostatecznie stanęło pięć domków turystycznych pod wynajem. W sierpniu 2026 roku zapadło prawomocne rozstrzygnięcie nakazujące ich rozebranie i przywrócenie działki do wcześniejszego stanu.

Nad morzem presję inwestycyjną widać jeszcze lepiej. W Dźwirzynie, które należy do gminy Kołobrzeg – a nie do miasta Kołobrzeg, co warto wyraźnie podkreślić – powstaje The Elements Resort. Inwestycja znajduje się około 50 metrów od plaży, w pierwszej linii brzegowej, i ma obejmować około 350 apartamentów. Materiały branżowe reklamują ją właśnie bliskością morza, widokiem i inwestycyjnym modelem zakupu lokali.

Sama legalna inwestycja nie jest oczywiście przestępstwem. Jest jednak świetnym obrazem tego, jak ogromną wartość finansową ma możliwość zabudowania przestrzeni znajdującej się tuż obok czegoś, czego nikt nie wyprodukował: plaży, morza, lasu czy jeziora. A w tej samej gminie pojawił się jeszcze dużo poważniejszy wątek.

We wrześniu 2022 roku CBA zatrzymało ówczesnego wójta gminy Kołobrzeg. Według śledczych chodziło o 300 tys. zł łapówki w zamian za korzystne zmiany w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Sprawa dotyczyła między innymi terenów w Dźwirzynie i inwestycji sanatoryjno-hotelowych. Prokuratura skierowała później akt oskarżenia przeciwko sześciu osobom.

Czy naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego planowanie przestrzenne i ochrona środowiska muszą mieć mocne zabezpieczenia?

Jeżeli zmiana kilku kresek na mapie może zmienić wartość gruntów o miliony złotych, presja zawsze będzie gigantyczna. Najbardziej spektakularnym symbolem tej logiki pozostaje jednak Stobnica. W środku obszaru Natura 2000 wyrósł kilkunastopiętrowy obiekt stylizowany na zamek. Budowa przez lata była przedmiotem sporów administracyjnych, śledztw i postępowań sądowych. W kwietniu 2026 roku Naczelny Sąd Administracyjny zakończył jeden z najważniejszych administracyjnych wątków sprawy, uznając, że nie ma podstaw do wzruszenia zgody na budowę. Jednocześnie nadal toczył się proces karny dotyczący nieprawidłowości przy realizacji inwestycji. I właśnie dlatego ochrona przyrody nie może być uzależniona wyłącznie od tego, kto ma większy kapitał, droższą kancelarię i więcej cierpliwości do prowadzenia postępowań przez kolejne lata.

A teraz wróćmy na Podlaskie rejony. W Krasnopolu mieszkańcy protestują przeciwko utworzeniu rezerwatu Uroczysko Mszar. Argumentują, że od pokoleń chodzą tam po grzyby, jagody czy żurawinę i obawiają się ograniczeń. Gmina wcześniej sprzeciwiała się także utworzeniu innych rezerwatów, a pod jednym z protestów podpisało się prawie tysiąc osób. Te obawy trzeba traktować poważnie. Nie wolno mieszkańców pouczać ani traktować jak ludzi, którzy „nie rozumieją ekologii”.

Ale warto zadać inne pytanie. Kto najbardziej skorzysta na tym, że określony teren nigdy nie dostanie silniejszej ochrony? Czy człowiek chodzący tam dwa razy w roku po grzyby? Czy może ktoś, kto za dziesięć lub dwadzieścia lat kupi odpowiednio położoną działkę? Podobny mechanizm widzimy wokół Siemianówki.

Dyskusja o ograniczeniu zbiornika w celu poprawy sytuacji Narwi wywołuje potężne emocje. Mieszkańcy i przedsiębiorcy związani z turystyką obawiają się utraty źródeł dochodu. Padają argumenty o bankructwach, spadku wartości nieruchomości i zniszczeniu gospodarki stworzonej wokół zbiornika. Przyrodnicy zwracają natomiast uwagę na wpływ wielkiego sztucznego akwenu na hydrologię Narwi i problem parowania ogromnych ilości wody.

I znowu: rozmowa o rekompensatach czy interesie mieszkańców jest potrzebna. Ale rzeka nie jest własnością właściciela pensjonatu stojącego nad zbiornikiem. Tak samo jak jezioro nie jest własnością właściciela działki przy brzegu. Rzeka jest systemem, od którego zależą całe regiony. Jeżeli jej funkcjonowanie zostaje zaburzone, koszty ponoszą ludzie oddaleni od konkretnego biznesu o dziesiątki, a czasem setki kilometrów.

Podlaskie powinno tę lekcję znać najlepiej. Przecież już kiedyś słyszeliśmy, że garstka „ekologów” przeszkadza w rozwoju regionu. Że przez Dolinę Rospudy musi przejść droga. Że protestujący komplikują życie normalnym ludziom. Że kilka roślin, ptaków czy bagien nie może być ważniejszych od inwestycji. Ludzi broniących Doliny Rospudy nazywano oszołomami. Symbolem protestu stały się desperackie próby zatrzymania budowy. Po latach mało kto chciałby już powiedzieć, że zachowanie Rospudy było błędem. To samo może dotyczyć kolejnych miejsc.

Największym sukcesem przeciwników ochrony przyrody było wmówienie zwykłemu człowiekowi, że ekolog stoi po drugiej stronie barykady. Tymczasem bardzo często ekolog stoi dokładnie po tej samej stronie co zwykły mieszkaniec. Po stronie człowieka, który nie ma miliona złotych na działkę nad jeziorem. Który nie kupi apartamentu za dwa miliony przy samej plaży. Który nie będzie miał prywatnego pomostu, zamkniętego osiedla ani tarasu z widokiem na morze.

Ale który chciałby nadal móc przyjechać nad tę plażę, wejść do lasu, popatrzeć na rzekę i pokazać ją swoim dzieciom. Bo kiedy ochrona przyrody przegrywa, przyroda bardzo często wcale nie staje się bardziej dostępna dla „zwykłych ludzi”. Najpierw znika las. Potem pojawia się płot. Za płotem apartamenty. A na końcu reklama:

„Ekskluzywna inwestycja w otoczeniu dziewiczej natury”. I właśnie przed tym przede wszystkim jest nam potrzebna ochrona przyrody.

Featured Video Play Icon

Nietypowe hobby w Podlaskiem. Wystarczy leśna wędrówka.

Podlaskie lasy można przemierzać z wielu powodów. Jedni szukają grzybów, inni fotografują zwierzęta, a jeszcze inni wypatrują czegoś znacznie bardziej niezwykłego – poroża zrzuconego przez jelenie i łosie. Tak zwane zrzuty można znaleźć podczas zwykłej leśnej wędrówki, ale doświadczeni poszukiwacze doskonale wiedzą, że przypadek to tylko część sukcesu. Poroże nie jest tym samym co rogi. Samce jeleniowatych każdego roku pozbywają się starego poroża, a następnie zaczynają budować nowe. Właśnie dlatego zimą i na przedwiośniu w podlaskich lasach można trafić na prawdziwy leśny skarb leżący gdzieś pomiędzy trawami, gałęziami albo w ściółce.

Kiedy najlepiej ruszyć do lasu?

Terminy zależą przede wszystkim od gatunku. Łosie zrzucają poroże wcześniej – zwykle od grudnia do lutego. W przypadku jeleni najważniejszy okres rozpoczyna się na przełomie lutego i marca i może potrwać nawet do końca kwietnia. Starsze i silniejsze jelenie zazwyczaj pozbywają się poroża wcześniej, młodsze mogą nosić je znacznie dłużej. Dlatego osoby marzące o znalezieniu łopaty łosia powinny zainteresować się zimowymi wyprawami, natomiast poszukiwanie zrzutów jelenia najlepiej zaplanować na koniec zimy i początek wiosny. Dodatkową zaletą tego okresu jest niewielka ilość roślinności. Zanim las zazieleni się na dobre, poroże znacznie łatwiej dostrzec na ziemi.

Podlaskie jest pod tym względem wyjątkowo interesujące. Rozległe kompleksy leśne i duża liczba terenów podmokłych tworzą środowisko odpowiednie zarówno dla jeleni, jak i łosi. Te ostatnie szczególnie chętnie przebywają w wilgotnych borach, lasach bagiennych, olsach, brzezinach czy zaroślach wierzbowych.

Jak zwiększyć szansę na znalezienie zrzutu?

Najważniejsza zasada brzmi: nie należy chodzić po lesie całkowicie przypadkowo. Najpierw warto nauczyć się obserwować ślady zwierząt. Wydeptane ścieżki, tropy, miejsca żerowania oraz inne oznaki obecności jeleniowatych mówią znacznie więcej niż mapa. Szczególnie pomocny bywa świeży śnieg. Widoczne na nim tropy pozwalają rozpoznać miejsca regularnie odwiedzane przez zwierzęta. Lasy Państwowe wskazują, że najlepsze warunki do obserwowania tropów występują wcześnie rano po świeżych opadach śniegu.

Warto przyglądać się również miejscom, w których zwierzęta przechodzą pomiędzy lasem a żerowiskiem. Zrzut może spaść podczas chodzenia, gwałtowniejszego ruchu czy potrząśnięcia głową. Dawni i doświadczeni zbieracze zwracają też uwagę na nasłonecznione fragmenty lasu, gdzie zwierzyna chętnie przebywa zimą. Nie należy jednak spodziewać się, że po godzinie spacerowania wrócimy z porożem pod pachą. Poszukiwacze potrafią przemierzyć jednego dnia kilkanaście kilometrów lasu. To hobby dla cierpliwych. Czasem pierwszy zrzut znajduje się po kilku wyprawach, a czasem leży kilka metrów od leśnej drogi.

Warto także patrzeć nie tylko kilka metrów przed siebie. Zrzut jelenia potrafi niemal idealnie zlać się z gałęziami i ściółką. Dobrą metodą jest powolne przemieszczanie się i regularne spoglądanie na boki. Z czasem oko zaczyna automatycznie wychwytywać charakterystyczne kształty.

Znalezione poroże można zabrać, ale są wyjątki

Samo zbieranie naturalnie zrzuconego poroża jest w Polsce legalne. Jeżeli znajdziemy je w lesie gospodarczym, możemy je zabrać i stajemy się jego właścicielem. Nie wolno jednak zbierać zrzutów w parkach narodowych oraz rezerwatach przyrody. Ograniczenia dotyczą również m.in. niektórych ostoi zwierząt, powierzchni doświadczalnych, drzewostanów nasiennych czy upraw leśnych o wysokości do czterech metrów.

Ma to ogromne znaczenie szczególnie w Podlaskiem, gdzie duża część najcenniejszych przyrodniczo terenów objęta jest różnymi formami ochrony. Przed wyprawą warto więc sprawdzić, czy miejsce, które zamierzamy odwiedzić, nie znajduje się w parku narodowym, rezerwacie albo na terenie objętym zakazem wstępu.

Jest jeszcze jedna zasada ważniejsza od wszystkich metod poszukiwania: zrzutów szukamy, a nie „zdobywamy”. Nie wolno przepędzać zwierząt, podchodzić do odpoczywających stad ani próbować zmuszać jelenia lub łosia do zgubienia poroża. Płoszenie zwierzyny zimą powoduje niepotrzebny stres i utratę energii w okresie, kiedy zwierzęta mają najtrudniejszy dostęp do pokarmu. Lasy Państwowe regularnie prowadzą w sezonie akcje przeciwko takim praktykom.

Poszukiwanie zrzutów może być natomiast świetnym pretekstem do wielogodzinnej wędrówki przez podlaskie lasy. Nawet jeśli wrócimy z pustymi rękami, zaczynamy dostrzegać rzeczy, obok których podczas zwykłego spaceru przeszlibyśmy obojętnie: tropy łosia, miejsca żerowania jeleni, ślady dzików czy leśne ścieżki używane przez zwierzęta od wielu lat. A kiedy któregoś dnia spomiędzy suchych liści albo gałęzi wyłoni się pierwsza jelenia tyka czy łopata łosia, zwykły spacer po lesie może przerodzić się w hobby, które będzie przyciągało do podlaskich puszcz każdej kolejnej zimy.

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.
Tarcza Wschód w budowie - fot. gov.pl

Kto zarabia, a kto płaci? Podlasie między młotem a kowadłem.

Na Podlasiu coraz częściej ścierają się dwie wizje przyszłości regionu. Pierwsza zakłada rozwój gospodarczy, nowe inwestycje, modernizację infrastruktury i wykorzystanie lokalnych zasobów. Druga stawia na ochronę krajobrazu, ciszę, przyrodę oraz zachowanie charakteru miejsca, który dla wielu mieszkańców jest największą wartością województwa. Żadnej z tych wizji nie można łatwo uznać za słuszną albo błędną. Problem zaczyna się wtedy, gdy korzyści z inwestycji otrzymują konkretne osoby lub przedsiębiorstwa, natomiast jej koszty ponosi znacznie większa grupa mieszkańców.

Panele zamiast łąk

Dobrym przykładem jest planowana budowa wielkopowierzchniowej elektrowni słonecznej w gminie Zabłudów. Inwestycja miałaby objąć ponad 200 hektarów prywatnych gruntów, z czego około 130 hektarów zostałoby zajętych przez panele. Część mieszkańców okolicznych miejscowości protestuje, wskazując na skalę przedsięwzięcia, bliskość zabudowań oraz możliwy wpływ na krajobraz i działalność gospodarstw agroturystycznych.

Zwolennicy podobnych inwestycji mogą odpowiedzieć, że energia odnawialna jest potrzebna, prywatni właściciele mają prawo korzystać ze swojej ziemi, a gmina nie może pozostawać na uboczu przemian gospodarczych. Podlasie nie powinno być traktowane jak skansen, w którym każda większa inwestycja jest z góry uznawana za zagrożenie. Przeciwnicy pytają jednak, czy rozwój musi oznaczać ustawienie przemysłowej instalacji tuż obok ich domów. Z ich perspektywy nie jest to abstrakcyjny spór o transformację energetyczną, lecz trwała zmiana otoczenia, w którym mieszkają, odpoczywają i niekiedy prowadzą działalność turystyczną.

Panele mogą produkować czystą energię, ale jednocześnie zmieniają krajobraz. To, co dla inwestora jest źródłem dochodu, dla sąsiada może oznaczać utratę widoku, poczucia przestrzeni oraz dotychczasowego charakteru miejscowości. Obie strony patrzą więc na tę samą inwestycję, ale widzą zupełnie inne rzeczy.

Przyroda, bezpieczeństwo i granice wolności

Podobne napięcie pojawia się przy planach związanych z przyrodniczym komponentem Tarczy Wschód. Ministerstwo Obrony Narodowej oraz Ministerstwo Klimatu i Środowiska zapowiedziały zmiany w sposobie gospodarowania lasami przy wschodniej granicy. W debacie pojawiły się określenia stref „no-go” i „slow-go”, których zasadniczym celem ma być utrudnienie przemieszczania się potencjalnych wojsk przeciwnika poprzez odpowiednie kształtowanie terenu i roślinności.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa oraz ochrony przyrody taki projekt może wydawać się korzystny. Ograniczenie wycinki, pozostawianie większej ilości martwego drewna, odtwarzanie mokradeł czy zwiększanie naturalnej retencji mogą służyć zarówno środowisku, jak i obronności. Mieszkańcy terenów przygranicznych mogą jednak obawiać się, że decyzje podejmowane na poziomie centralnym będą coraz mocniej wpływały na ich codzienne życie. Pojawiają się pytania o dostęp do lasów i terenów przygranicznych, możliwość prowadzenia działalności gospodarczej, korzystania z własności oraz rozwijania turystyki.

W tym przypadku konflikt nie przebiega wyłącznie pomiędzy rozwojem a ochroną przyrody. Dotyczy także granicy pomiędzy interesem państwa a swobodą mieszkańców. Przyroda może zyskać, bezpieczeństwo może zostać wzmocnione, ale jednocześnie część ludzi może odczuwać, że traci wpływ na otoczenie, w którym żyje.

Żwirownia daje miejsca pracy, ale zabiera krajobraz

Jeszcze wyraźniej problem widać w przypadku żwirowni działających w okolicach Sokółki. Wzgórza Sokólskie są obszarem cenionym ze względu na urozmaiconą rzeźbę terenu oraz walory przyrodnicze, krajobrazowe, kulturowe i wypoczynkowe. Jednocześnie znajdują się tam złoża, których wydobycie może przynosić przedsiębiorcom znaczne dochody, zapewniać zatrudnienie i dostarczać materiałów potrzebnych między innymi w budownictwie.

Z punktu widzenia właściciela złoża lub przedsiębiorstwa wydobywczego eksploatacja kruszywa jest legalną działalnością gospodarczą. Z punktu widzenia mieszkańców oznacza jednak ciężki transport, hałas, pył, zmianę stosunków wodnych oraz trwałe przekształcenie terenu. Żwir zostaje sprzedany, pieniądze trafiają do przedsiębiorstwa, a powstałe wyrobisko pozostaje na miejscu. Nawet jeżeli teren zostanie później poddany rekultywacji, pierwotny krajobraz może już nigdy nie powrócić.

Właśnie tutaj najlepiej widać nierównowagę pomiędzy prywatnym zyskiem a społecznym kosztem. Korzyść można stosunkowo łatwo policzyć w złotówkach. Znacznie trudniej wycenić utracony krajobraz, pogorszenie komfortu życia albo fakt, że dana okolica przestaje być atrakcyjna turystycznie i mieszkaniowo.

Konfliktu nie da się całkowicie rozwiązać

Takich przykładów można znaleźć znacznie więcej. Budowa drogi w Puszczy poprawia komunikację, ale ingeruje w przyrodę. Elektrownia wiatrowa produkuje energię, ale zmienia panoramę okolicy i wprowadza hałas. Nowe osiedle przynosi podatki i mieszkania, ale zabiera pola oraz tereny zielone. Rezerwat chroni przyrodę, ale może ograniczać działalność gospodarczą.

Nie istnieje rozwiązanie, które jednocześnie zapewni nieograniczony rozwój, pełną ochronę krajobrazu, całkowitą swobodę właścicieli gruntów i brak uciążliwości dla sąsiadów. Te interesy są ze sobą sprzeczne i prawdopodobnie zawsze będą prowadziły do konfliktów. Nie oznacza to jednak, że społeczeństwo powinno bezradnie przyglądać się każdej inwestycji albo automatycznie ją blokować. Najważniejsze pytanie może brzmieć inaczej: kto otrzymuje korzyści, a kto ponosi koszty?

Jeżeli inwestycja przynosi prywatny zysk, ale powoduje mierzalne straty po stronie lokalnej społeczności, rozsądne wydaje się stworzenie mechanizmu rekompensaty. Mogłyby to być dodatkowe opłaty przeznaczone bezpośrednio na rozwój danej miejscowości, fundusze dla mieszkańców, inwestycje w drogi i przestrzeń publiczną, pasy zieleni osłaniające instalacje, ograniczenia dotyczące transportu lub inne rozwiązania uzgodnione ze społecznością.

Rekompensata nie sprawi, że farma fotowoltaiczna zniknie z krajobrazu, żwirownia przestanie być żwirownią, a ograniczenia przy granicy nie będą odczuwalne. Może jednak przywrócić elementarną równowagę. Skoro mieszkańcy mają ponosić część kosztów inwestycji lub decyzji podejmowanej w interesie innych podmiotów, powinni również otrzymać część wynikających z niej korzyści.

Spór pomiędzy rozwojem a spokojem pozostanie nierozwiązywalny, ponieważ obie wartości są potrzebne. Podlasie nie musi wybierać wyłącznie pomiędzy byciem przemysłowym zapleczem a przyrodniczym skansenem. Powinno natomiast wypracować zasadę, zgodnie z którą rozwój nie odbywa się cudzym kosztem bez rozmowy, udziału mieszkańców i uczciwego wyrównania ponoszonych strat.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Podlaskie kupuje pociągi za miliony, ale własnej kolei nadal nie ma.

Władze województwa podlaskiego ogłosiły zakup dwóch pierwszych w regionie hybrydowych zespołów trakcyjnych. Pojazdy wyprodukuje firma NEWAG, a wartość umowy wynosi niemal 118 mln zł. Jeden skład będzie więc kosztował blisko 59 mln zł. Zakup otrzymał 80 mln zł unijnego dofinansowania, natomiast pozostała część zostanie pokryta z budżetu województwa. Nowoczesny tabor jest oczywiście potrzebny. Pasażerowie oczekują komfortowych, dostępnych i niezawodnych pociągów. Problem polega jednak na tym, że województwo podlaskie konsekwentnie inwestuje dziesiątki milionów złotych w pojazdy kolejowe, lecz nadal nie posiada własnego regionalnego przewoźnika.

Samorząd kupuje pociągi, a następnie w przetargu wybiera zewnętrzną firmę, która będzie nimi (ale także swoimi) wozić pasażerów. Obecnie województwo dysponuje sześcioma elektrycznymi i jedenastoma spalinowymi zespołami trakcyjnymi. Wszystkie te pojazdy, stanowiące majątek samorządu, zostały przekazane w dzierżawę Polregio, które otrzymało także kontrakt na realizowanie przewozów w latach 2026–2030. Wartość pięcioletniej umowy wynosi blisko 400 mln zł.

Dolny Śląsk pokazał, że można inaczej

W innych częściach kraju samorządy wybrały zupełnie inną drogę. Najlepszym przykładem są Koleje Dolnośląskie — spółka należąca do samorządu województwa, która samodzielnie organizuje przewozy, rozwija połączenia, zatrudnia pracowników i buduje własną markę. Dzięki temu odpowiedzialność jest jasna. Samorząd posiada tabor, zarządza przewoźnikiem i bezpośrednio odpowiada przed mieszkańcami za jakość połączeń.

W Podlaskiem wygląda to inaczej. Województwo kupuje pociągi za publiczne pieniądze, a następnie płaci kolejnej spółce za ich obsługę. Trudno uznać taki model za najlepszy z możliwych, szczególnie gdy mówimy o inwestycjach liczonych już nie w milionach, ale w setkach milionów złotych.

Historia przetargów na podlaskie przewozy pokazuje ponadto, że wybór operatora nie zawsze przebiegał bez sporów. W jednym z postępowań Polregio odwołało się do Krajowej Izby Odwoławczej, gdy rozstrzygnięcie było dla tej spółki niekorzystne. W kolejnym postępowaniu odwołanie składała Arriva, kwestionując część wyjaśnień dotyczących oferty Polregio. KIO rozpatrywała te sprawy, nakazywała ponowne badanie określonych elementów postępowania albo oddalała zarzuty. Ostatecznie kontrakt na lata 2026–2030 otrzymało Polregio.

Pokazuje to jak skomplikowany i konfliktogenny jest obecny system. Co kilka lat samorząd musi przeprowadzać wielkie postępowanie, rozpatrywane są odwołania, a przyszłość regionalnych połączeń zależy od wyniku rywalizacji zewnętrznych operatorów. Własna spółka kolejowa pozwoliłaby budować stabilny system na dziesięciolecia, a nie tylko od jednego przetargu do następnego.

Hybrydowe pociągi mają sens. Trzeba tylko wiedzieć, dokąd mają jeździć.

Nowe składy będą mogły korzystać zarówno z napędu elektrycznego, jak i spalinowego. To bardzo ważna cecha w województwie, w którym duża część linii kolejowych nadal nie posiada sieci trakcyjnej. Takie pojazdy mogą sprawdzić się między innymi na trasie z Białegostoku przez Sokółkę do Augustowa i Suwałk. Odcinek na północ od Sokółki nie jest zelektryfikowany i obecnie nic nie wskazuje na to, aby sieć trakcyjna pojawiła się tam w najbliższych latach. Hybryda mogłaby więc wyjechać z Białegostoku, korzystając z energii elektrycznej, a następnie kontynuować podróż po niezelektryfikowanej linii bez konieczności zmiany pojazdu.

Ale jest jeszcze jedna trasa, o której niedawno pisaliśmy na Podlaskie.TV. Białystok nadal nie ma normalnego, regularnego i bezpośredniego połączenia kolejowego z Lublinem przez Bielsk Podlaski, Czeremchę, Siedlce, Łuków, Radzyń Podlaski i Parczew. Pasażerowie najczęściej muszą podróżować przez Warszawę, choć wszystkie potrzebne odcinki kolejowe istnieją i są wykorzystywane w ruchu pasażerskim.

Przeszkodą pozostaje brak elektryfikacji znacznej części trasy pomiędzy Białymstokiem a Siedlcami. Tak jak pisaliśmy, nie uniemożliwia to wprowadzenia już teraz połączenia, ale jest przeszkodą. I właśnie tutaj zakup hybrydowych zespołów trakcyjnych nabiera szczególnego znaczenia.

Skoro województwo kupuje pojazdy potrafiące poruszać się zarówno pod siecią trakcyjną, jak i bez niej, to argument o braku elektryfikacji przestaje być wystarczającym usprawiedliwieniem dla braku połączenia Białystok–Lublin. Oczywiście uruchomienie takiej trasy wymaga współpracy trzech województw (bo chyba dla żartu autorzy reformy samorządowej w 1999 roku wcisnęli kawałek Mazowieckiego pomiędzy Podlaskie i Lubelskie), uzgodnienia rozkładu, finansowania i dostępu do infrastruktury. Nie jest to jednak problem technicznie niemożliwy do rozwiązania.

Nowoczesny pociąg nie powinien być jedynie eksponatem prezentowanym podczas konferencji prasowych. Powinien służyć do uruchamiania połączeń, których mieszkańcy rzeczywiście potrzebują.

Marszałku, czas na Koleje Podlaskie

Już wcześniej apelowaliśmy na Podlaskie.TV o utworzenie Kolei Podlaskich. Podtrzymujemy ten apel. Skoro województwo posiada siedemnaście pojazdów, kupuje dwa kolejne za niemal 118 mln zł i rozważa zamówienie następnych czterech, to najwyższy czas zadać podstawowe pytanie: dlaczego cały ten majątek nie może być wykorzystywany przez własną spółkę samorządową?

Koleje Podlaskie nie musiałyby od pierwszego dnia przejmować wszystkich tras. Spółkę można rozwijać stopniowo — rozpocząć od obsługi wybranych połączeń, zbudować zaplecze techniczne, zatrudnić maszynistów i pracowników, a później rozszerzać działalność. Dokładnie tak rozwijały się samorządowe koleje w innych województwach. Własny przewoźnik oznaczałby większą kontrolę nad rozkładem jazdy, standardem obsługi, stanem taboru i informacją dla pasażerów.

Zakup hybrydowych pociągów może być dobrym krokiem. Ale sam zakup taboru nie jest jeszcze polityką transportową. Prawdziwym historycznym wydarzeniem byłoby stworzenie spójnej, odpowiedzialnej i zarządzanej w regionie kolei.

Panie Marszałku, skoro województwo potrafi kupować własne pociągi, powinno również potrafić stworzyć własnego przewoźnika. Czas na Koleje Podlaskie.

Featured Video Play Icon

Motocyklem po Podlasiu. Same piękne widoki!

Podlasie to jeden z tych regionów, które najlepiej poznaje się bez pośpiechu. Motocykl daje tu szczególną swobodę — pozwala zjechać z głównych tras, zatrzymać się przy jeziorze, w środku lasu albo na skraju rozległych bagien i po prostu cieszyć się widokiem.

Podczas podróży w powyższym filmie odwiedzamy Suwałki oraz wyjątkową Suwalszczyznę, której krajobraz został ukształtowany przez lodowiec. Kręte drogi, wzgórza, jeziora i otwarte przestrzenie sprawiają, że jest to jeden z najciekawszych regionów w Polsce dla miłośników jazdy motocyklem. Niedaleko znajduje się jezioro Wigry — otoczone lasami, spokojne i niezwykle malownicze. Kolejnym punktem podróży jest Augustów, kojarzony z jeziorami, Kanałem Augustowskim i Puszczą Augustowską. To miejsce, w którym woda i las niemal cały czas towarzyszą podróżującym. Trasy prowadzące przez okolice Augustowa potrafią zachwycić zarówno rozległymi widokami, jak i zacisznymi drogami biegnącymi wśród drzew.

Na trasie nie mogło zabraknąć Białegostoku — największego miasta regionu i naturalnego punktu wypadowego do wielu podlaskich atrakcji. Stąd można wyruszyć między innymi w stronę Supraśla, niewielkiego uzdrowiska położonego w samym sercu Puszczy Knyszyńskiej. Droga prowadząca do miasteczka, otoczona lasami, już sama w sobie jest częścią podróży.

Podlasie to jednak przede wszystkim niezwykła przyroda. Biebrzański Park Narodowy oferuje bezkresne bagna, podmokłe łąki i otwarte przestrzenie, które ciągną się aż po horyzont. Krajobraz zmienia się tutaj wraz z porami roku, pogodą i poziomem wody. Każdy przejazd może więc wyglądać zupełnie inaczej.

Ciekawym, mniej oczywistym przystankiem jest również Kopalnia Surowców Mineralnych. Jej przemysłowy krajobraz mocno kontrastuje z zielonymi lasami i spokojnymi jeziorami regionu, pokazując zupełnie inne oblicze Podlasia.

Dalsza trasa prowadzi do Białowieży oraz Puszczy Białowieskiej — jednego z najcenniejszych obszarów leśnych w Europie, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na żubry, ale także ze względu na zachowane fragmenty naturalnego lasu, ogromne drzewa i atmosferę, której trudno doświadczyć gdziekolwiek indziej.

Motocyklowa podróż po Podlasiu to połączenie pięknych krajobrazów, spokojnych dróg, dzikiej przyrody i niezwykle różnorodnych miejsc. Od Suwałk i jeziora Wigry, przez Augustów, Białystok, Supraśl i dolinę Biebrzy, aż po Białowieżę — każdy odcinek trasy oferuje coś innego. To region, w którym nie trzeba szukać jednej najważniejszej atrakcji. Największą atrakcją jest sama droga, zmieniające się widoki i możliwość zatrzymania się wszędzie tam, gdzie Podlasie wygląda szczególnie pięknie.

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

Dajcie spokój z tymi syrenami na rocznice. Politycy – znajdźcie sobie inną zabawkę!

W sobotę o godzinie 17.00 w wielu polskich miastach ponownie zawyją syreny. Oficjalnie będzie to symboliczne uczczenie 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Stolica zatrzyma się na minutę w godzinę „W”, a podobne sygnały zostaną uruchomione również w innych częściach kraju. Piękny gest? Owszem. Pod warunkiem że syrena jest dzwonem, hejnałem albo instrumentem w orkiestrze dętej. Tyle że nie jest.

Syrena alarmowa jest urządzeniem służącym do alarmowania (a to ciekawe!) ludzi o niebezpieczeństwie. Jej dźwięk powinien oznaczać mniej więcej tyle: przerwij to, co robisz, sprawdź komunikaty, znajdź schronienie, bo być może za chwilę stanie się coś bardzo złego.

W Polsce oznacza natomiast wszystko

Rocznicę. Ćwiczenia. Test techniczny. Pamięć historyczną. Zagrożenie. Odwołanie zagrożenia. Czasami uroczystość państwową, czasami samorządową, a czasami fakt, że ktoś w urzędzie postanowił sprawdzić, czy przycisk nadal działa. Nie mamy już systemu alarmowania. Mamy narodową trąbkę do obsługi dowolnej okazji. Dziesięć dni temu test. Wczoraj prawdziwe zagrożenie. Jutro rocznica.

21 lipca w całym kraju odbywały się ćwiczenia „ALARM-26”. W godzinach od 7.00 do 19.00 uruchamiano systemy ostrzegania, sprawdzając między innymi procedury, słyszalność syren i działanie infrastruktury. Mieszkańców uprzedzano, że to tylko trening i nie należy się niepokoić. Czyli syrena wyje, ale spokojnie. Nad ranem 30 lipca syreny obudziły mieszkańców Lubelszczyzny. Tym razem nie chodziło o akademię, rekonstrukcję ani test głośników. Alarm uruchomiono w związku z rosyjskim atakiem na Ukrainę, aktywnością lotnictwa przy polskiej granicy i pojawieniem się niezidentyfikowanego obiektu. Czyli syrena wyje i tym razem być może naprawdę należy się bać. A jutro znów zawyje. Ale spokojnie, tym razem czcimy rocznicę.

Jeszcze kilka takich rund i obywatel po usłyszeniu alarmu będzie zastanawiał się nie nad tym, gdzie jest najbliższe bezpieczne miejsce, lecz nad tym, czy przypadkiem nie wypada dziś jakaś bitwa, powstanie, katastrofa albo lokalny jubileusz koła gospodyń wiejskich.

Państwo uczy ludzi ignorowania własnych alarmów

Zjawisko jest banalne i znane każdemu, kto kiedykolwiek miał w samochodzie wadliwy czujnik. Pierwszy sygnał niepokoi. Drugi sprawdzasz. Przy trzecim wzdychasz. Po dziesiątym podgłaśniasz radio. Tak właśnie powstaje zobojętnienie alarmowe. Im częściej sygnał ostrzegawczy pojawia się bez realnego zagrożenia, tym mniejszą wywołuje reakcję. Nie dlatego, że ludzie są głupi, leniwi albo niepatriotyczni. Dlatego, że ich mózg całkiem rozsądnie uczy się, iż ten dźwięk najczęściej niczego od nich nie wymaga.

Państwo prowadzi więc bardzo osobliwy program szkoleniowy: regularnie trenuje obywateli, żeby ignorowali system, który może kiedyś uratować im życie. Najpierw informuje: „usłyszycie syreny, ale nie reagujcie”. Potem: „usłyszeliście syreny, to było prawdziwe zagrożenie”. Następnie: „jutro znów usłyszycie syreny, ale tym razem stańcie na baczność”. Jeszcze brakuje tylko komunikatu: „W środę syreny zostaną użyte do przypomnienia o odbiorze odpadów wielkogabarytowych”.

Pamięć o powstańcach nie wymaga psucia systemu bezpieczeństwa

Krytyka używania syren nie jest krytyką Powstania Warszawskiego ani pamięci o jego uczestnikach. To wygodny chwyt tych, którzy każdą dyskusję chcą zamknąć pytaniem: „Czy przeszkadza panu oddawanie hołdu bohaterom?”. Nie. Przeszkadza mi używanie urządzenia alarmowego do celów ceremonialnych w państwie leżącym przy kraju napadniętym przez Rosję. Powstańców można uczcić minutą ciszy. Zatrzymaniem ruchu. Dzwonami kościelnymi. Hejnałem. Sygnałem emitowanym z miejskich głośników. Komunikatem w radiu i telefonach. Flagami. Uroczystościami. Światłami. Dosłownie setką sposobów, które nie polegają na rozmywaniu znaczenia podstawowego narzędzia obrony cywilnej.

Syrena powinna wyć wtedy, gdy człowiek ma coś zrobić. Nie wtedy, gdy ma coś wspominać. To rozróżnienie naprawdę nie wymaga doktoratu z zarządzania kryzysowego. Halyna, baczność. Albo i nie. Jutro więc znów zawyje. Jedni staną. Inni nagrają film telefonem. Ktoś pomyśli, że są ćwiczenia. Ktoś inny sprawdzi kalendarz. Większość nawet nie oderwie wzroku od ekranu, bo przecież syreny ostatnio wyją regularnie i prawie zawsze po chwili okazuje się, że „nie ma powodów do niepokoju”.

A kiedy pewnego dnia powody naprawdę będą, usłyszymy zapewne zdziwione pytanie: dlaczego ludzie nie zareagowali? Ano dlatego, że wcześniej przez lata tresowano ich, żeby nie reagowali. Bohater mema przynajmniej próbował zachować się patriotycznie. Pomylił powstania, pożegnał się z Halyną, wyszedł oddać hołd i dopiero wtedy zobaczył błysk. My jesteśmy już o etap dalej. Usłyszymy syrenę, przewrócimy się na drugi bok i pomyślimy: „Dajcie spokój. Pewnie znowu jakaś rocznica”.

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

W województwie podlaskim może przybyć niemal 1000 hektarów terenów objętych ochroną rezerwatową. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku rozpoczęła konsultacje społeczne w sprawie utworzenia pięciu nowych rezerwatów przyrody oraz powiększenia trzech już istniejących. Łącznie chodzi o 943,89 ha.

Chodzi o fragmenty lasów, torfowisk, dolin rzecznych, rozlewisk bobrowych i terenów wokół wyjątkowych jezior, które mają zostać zabezpieczone przed zniszczeniem, wycinką, osuszaniem albo zwyczajnym „zagospodarowaniem” w stylu: najpierw wjedzie sprzęt, a potem będziemy się zastanawiać, co właściwie straciliśmy.

Nowe rezerwaty mają powstać między innymi w Puszczy Augustowskiej i Puszczy Knyszyńskiej. Planowane jest utworzenie rezerwatu Uroczysko Mszar w gminie Krasnopol, gdzie chroniona ma być chamedafne północna – rzadka roślina związana z chłodniejszym, borealnym klimatem. W Puszczy Knyszyńskiej proponowane są między innymi Uroczysko Skarbacinka, Dolina Świnobródki oraz Misiowa Chatka. To miejsca ważne dla ptaków, owadów, starych lasów, martwego drewna, bagiennych borów i naturalnych dolin rzecznych.

Sama nazwa „Misiowa Chatka” może brzmieć jak atrakcja dla dzieci, ale chodzi o bardzo poważną sprawę: ochronę leśnych siedlisk, w których przyroda może funkcjonować bez ciągłego poprawiania jej przez człowieka. W takich miejscach martwe drewno nie jest bałaganem, tylko domem dla owadów, grzybów i ptaków. Stare drzewa nie są „surowcem”, tylko elementem ekosystemu, którego nie da się odtworzyć w kilka lat.

Na liście jest też Uroczysko Giedź w Puszczy Augustowskiej, gdzie występują rzadkie porosty uznawane za wskaźniki starych lasów. To ważne, bo porosty nie dają się oszukać. Nie wystarczy postawić tabliczki „las naturalny” i zrobić zdjęcia do folderu promocyjnego. Jeżeli przez dekady prowadzono intensywną gospodarkę, takie gatunki po prostu znikają.

Powiększone mają zostać również trzy istniejące rezerwaty: Koryciny, Dolina Rospudy oraz Jezioro Hańcza. Szczególnie symboliczna jest Rospuda. To miejsce, które lata temu stało się jednym z najgłośniejszych przykładów sporu o to, czy rozwój musi oznaczać niszczenie najcenniejszej przyrody. Dziś część terenów, które kiedyś mogły zostać przecięte inwestycją drogową, ma trafić pod mocniejszą ochronę.

W przypadku Hańczy chodzi nie tylko o samą wodę, ale także o lasy w zlewni jeziora. To ważne, bo jeziora nie da się chronić wyłącznie przy brzegu. To, co dzieje się w otoczeniu, wpływa później na jakość wody. Jeżeli dookoła pozwolimy na degradację, spływy zanieczyszczeń i presję inwestycyjną, to samo jezioro prędzej czy później za to zapłaci.

I tu dochodzimy do sedna. Rezerwaty nie są fanaberią urzędników ani zabawką przyrodników. Są jedną z ostatnich skutecznych form ochrony miejsc, które jeszcze nie zostały zajechane, osuszone, rozkopane albo pocięte drogami. W Podlaskiem przez lata wiele decyzji podejmowano według prostego schematu: przyroda jakoś sobie poradzi. Tyle że coraz częściej widać, że nie zawsze sobie radzi. Wysychające rzeki, zanikające mokradła, presja na lasy i coraz większy apetyt na tereny atrakcyjne inwestycyjnie pokazują, że granica została w wielu miejscach przekroczona.

Oczywiście rezerwat nie rozwiązuje wszystkich problemów. Nie zastąpi rozsądnej polityki wodnej, nie zatrzyma suszy, nie naprawi błędów melioracji i nie sprawi, że nagle wszyscy zaczną traktować przyrodę poważnie. Ale jest jasnym sygnałem: są miejsca, których nie powinniśmy już ruszać. Nie dlatego, że „ekolodzy zabraniają”, tylko dlatego, że bez takich miejsc województwo podlaskie straci dokładnie to, czym tak chętnie chwali się w folderach turystycznych.

Warto też pamiętać, że rezerwat nie zawsze oznacza całkowity zakaz wejścia. Część takich obszarów może być udostępniana turystycznie, edukacyjnie czy nawet do zbioru runa leśnego, jeżeli nie szkodzi to celom ochrony. Kluczowe jest jednak to, by człowiek był tam gościem, a nie właścicielem z koparką, piłą i planem „zagospodarowania potencjału”.

Featured Video Play Icon

Rower, Suwałki i Wigry. Ten kierunek to gotowy przepis na świetny dzień.

Są takie miejsca, które najlepiej ogląda się nie zza szyby samochodu, nie w pośpiechu i nie z telefonem przyklejonym do dłoni. Suwałki i okolice Wigier należą właśnie do tej kategorii. Tu warto przyjechać z rowerem, zwolnić tempo i pozwolić, żeby krajobraz robił swoje. A robi bardzo dużo.

Suwałki często traktowane są jako miasto „po drodze”. Ktoś jedzie na Litwę, ktoś w stronę Sejn, ktoś nad jeziora, ktoś jeszcze dalej na północ. Tymczasem warto się tu zatrzymać choćby na kilka godzin. Miasto ma spokojny rytm, szerokie ulice, ciekawą historię i klimat pogranicza. Można przejechać się przez centrum, zajrzeć w okolice ulicy Chłodnej, odwiedzić park Konstytucji 3 Maja, zatrzymać się przy pomniku Marii Konopnickiej i poczuć, że Suwałki nie są tylko punktem na mapie, ale dobrą bazą wypadową do jednej z najpiękniejszych rowerowych tras w tej części Polski.

Bo prawdziwa przygoda zaczyna się kawałek dalej – przy jeziorze Wigry.

Pętla wokół Wigier to propozycja dla tych, którzy lubią, gdy trasa rowerowa ma wszystko: wodę, las, pagórki, widoki, zabytki, drewniane pomosty, ciche wsie, miejsca na odpoczynek i ten charakterystyczny suwalski krajobraz, który raz jest sielski, raz dziki, a raz wygląda tak, jakby ktoś specjalnie ustawił go pod pocztówkę.

Sama trasa wokół jeziora ma około 48 kilometrów. To dystans, który dla wprawionych rowerzystów będzie przyjemną jednodniową wycieczką, ale nie warto robić go na zasadzie „byle szybciej”. Wokół Wigier co chwilę jest coś, przy czym chce się zejść z roweru. A to widok na jezioro, a to drewniana kładka, a to ścieżka przez las, a to miejsce, w którym cisza jest tak gęsta, że człowiek automatycznie przestaje mówić za głośno.

Jednym z najważniejszych punktów na trasie jest oczywiście pokamedulski klasztor w Wigrach. Położony na półwyspie, górujący nad wodą, jest jednym z tych miejsc, które robią wrażenie nawet na osobach, które deklarują, że „zabytki to nie dla mnie”. Tu historia, architektura i krajobraz sklejają się w jedną całość. Można wejść na teren klasztoru, popatrzeć na jezioro z góry i zrozumieć, dlaczego Wigry od lat przyciągają turystów, fotografów, kajakarzy i rowerzystów.

Kolejny punkt, którego nie warto omijać, to Stary Folwark i Muzeum Wigier. To dobre miejsce, by lepiej zrozumieć, czym właściwie jest Wigierski Park Narodowy, dlaczego ten teren jest tak cenny i co żyje w wodzie, lesie oraz na torfowiskach. Przy okazji Stary Folwark może być też praktycznym miejscem startu dla tych, którzy nie chcą zaczynać całej wyprawy z Suwałk.

Po drodze pojawiają się też punkty widokowe, pomosty, leśne odcinki i fragmenty prowadzące przez spokojne miejscowości. Warto zahaczyć o okolice Bryzgla, skąd rozciągają się piękne widoki na jezioro. Warto też mieć oczy szeroko otwarte w rejonie Krusznika, gdzie krajobraz potrafi wynagrodzić każdy podjazd. Bo tak, trzeba to uczciwie powiedzieć: Suwalszczyzna nie jest płaska. Kto spodziewa się trasy jak po bulwarach, może się zdziwić. Są podjazdy, są zjazdy, są odcinki leśne i drogi, na których rower trekkingowy albo górski sprawdzi się lepiej niż delikatna szosówka.

Ale właśnie w tym tkwi urok tej wyprawy. To nie jest nudna ścieżka rowerowa, na której odlicza się kilometry. To trasa, która zmienia się co kilka chwil. Raz jedzie się przez las, potem obok pól, potem znów pojawia się tafla jeziora, potem jakaś zatoka, wieża widokowa, cichy pomost, droga przez wieś. Wigry mają bardzo urozmaiconą linię brzegową, więc jezioro za każdym razem wygląda trochę inaczej. Nie ma tu jednego widoku. Jest ich kilkadziesiąt.

Na taką wycieczkę najlepiej zaplanować cały dzień. Nie dlatego, że same kilometry są nie do pokonania, ale dlatego, że szkoda byłoby przejechać tę trasę jak trening. Warto zabrać wodę, coś do jedzenia, wygodne ubranie, zapasową dętkę i trochę cierpliwości do postojów, bo tych będzie sporo. Przyda się też naładowany telefon z mapą, choć szlak jest znany i popularny. W parku narodowym trzeba też pamiętać o podstawowej zasadzie: jesteśmy gośćmi. Nie hałasujemy, nie zjeżdżamy tam, gdzie nie wolno, nie zostawiamy śmieci i nie traktujemy lasu jak prywatnego placu zabaw.

Dla mieszkańców Podlasia to świetny pomysł na jednodniowy albo weekendowy wypad. Można zacząć od spokojnego zwiedzania Suwałk, zjeść coś w mieście, a potem ruszyć w stronę Wigier. Można też potraktować Suwałki jako bazę, przenocować i następnego dnia zrobić pętlę wokół jeziora bez pośpiechu. Wersja idealna? Jeden dzień na miasto i okolice, drugi na Wigry. Wtedy nie trzeba wybierać między kawą w Suwałkach, klasztorem w Wigrach, widokiem w Bryzglu a odpoczynkiem nad wodą.

Suwalszczyzna ma to do siebie, że nie krzyczy. Ona nie próbuje być modna na siłę. Nie udaje kurortu, nie świeci neonami i nie obiecuje atrakcji co pięć metrów. Zamiast tego daje przestrzeń, pagórki, jeziora, lasy i poczucie, że naprawdę gdzieś się pojechało. A rower jest tu chyba najlepszym środkiem transportu, bo pozwala zobaczyć więcej niż pieszo i poczuć więcej niż z samochodu.

Dlatego jeżeli szukacie pomysłu na aktywny wyjazd, który nie wymaga wielkiej logistyki, warto spojrzeć na północ województwa. Suwałki i Wigry to duet, który działa znakomicie. Najpierw miasto, potem jezioro. Najpierw spokojne ulice, potem lasy i widoki. Najpierw kawa, potem kilometry.

A na koniec zmęczenie, które naprawdę ma sens.

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.
Marszałek Województwa Podlaskiego - Łukasz Prokorym (po środku), na zdjęciu z Wojciechem Sienickim (po lewej, aktualny prezes PKS Nova), oraz Adamem Byglewskim (po prawej, poprzednim - pełniącym obowiązki prezesa PKS Nova) - fot. podlaskie.eu

Panie Marszałku, dobrze, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Teraz czas na Koleje Podlaskie.

Panie Marszałku, cieszymy się, że nasze postulaty dotyczące PKS Nova przebiły się do realnych decyzji. Nie będziemy udawać fałszywej skromności: w sprawie tej spółki transportowej przez wiele miesięcy pisaliśmy dokładnie o tym, co dziś zaczyna się dziać. Gdy dyskusja publiczna kręciła się wokół nazwisk, prezesów, prokurentów i kolejnych personalnych roszad, my konsekwentnie wskazywaliśmy, że problem PKS Nova nie leży w samym gabinecie prezesa, lecz w modelu działania.

Pisaliśmy, że spółka nie może jednocześnie wykonywać misji społecznej i być rozliczana tak, jakby każda linia miała zarabiać sama na siebie. Pisaliśmy, że transport autobusowy w regionie trzeba potraktować jako usługę publiczną, a nie komercyjny dodatek do życia mieszkańców. Pisaliśmy też, że bez stabilnego finansowania, współpracy samorządów i jasnego powierzenia zadań przewoźnikowi każda kolejna zmiana personalna będzie tylko przesuwaniem krzeseł na pokładzie.

Najpierw były więc teksty o tym, że sama wymiana prezesa niczego nie rozwiąże. Potem była krytyka fikcji, w której od PKS Nova oczekiwano rentowności, a jednocześnie oburzano się na likwidację nierentownych połączeń. Później wskazywaliśmy, że prawdziwym przełomem nie będzie kolejne nazwisko w zarządzie, lecz przekształcenie spółki w narzędzie województwa do realizacji transportu publicznego — z jasnym finansowaniem, planowaniem połączeń i odpowiedzialnością po stronie samorządu.

I co nastąpiło potem?

Władze województwa zaczęły mówić dokładnie tym językiem: o misji społecznej, przeciwdziałaniu wykluczeniu transportowemu, stabilizacji finansowej, modelu in-house, bezpośrednim powierzaniu zadań publicznych oraz zwiększeniu pracy przewozowej z około 9 do około 15 milionów wozokilometrów.

Dlatego tak, Panie Marszałku — cieszymy się, że korzysta Pan z naszych pomysłów. Nie dlatego, że chodzi tu o ambicję redakcji czy przypięcie sobie medalu. Chodzi o coś ważniejszego: skoro diagnoza była trafna przy PKS Nova, to warto pójść za nią dalej. Bo ten sam błąd systemowy, który przez lata niszczył regionalną komunikację autobusową, widać również na kolei. Województwo płaci ogromne pieniądze, pasażerowie oczekują stabilnych połączeń, a odpowiedzialność rozmywa się między urzędem, operatorem, taborem, przeglądami i komunikacją zastępczą. Skoro przy autobusach zaczynamy odchodzić od prowizorki, to czas zrobić kolejny krok: powołać Koleje Podlaskie.

Jeżeli spółka PKS Nova ma stać się podmiotem wewnętrznym województwa, jeżeli ma dostać stabilniejszy model finansowania, jeżeli transport autobusowy ma być wreszcie traktowany jako usługa publiczna, a nie jako zwykły biznes liczony wyłącznie tabelką zysków i strat, to jest to krok w dobrą stronę. Dokładnie o to chodziło. Publiczna komunikacja nie jest luksusem. To część infrastruktury społecznej, tak samo ważna jak szkoła, przychodnia czy droga.

Ale jeśli powiedziało się „A” przy PKS Nova, trzeba powiedzieć „B” przy kolei. Bo największym błędem byłoby teraz zatrzymać się w połowie drogi i uznać, że wystarczy uporządkować autobusy, a kolej nadal może funkcjonować według starego modelu: województwo płaci, Polregio jeździ, a pasażerowie mają nadzieję, że pociąg rzeczywiście wyjedzie. Podlasie potrzebuje własnego regionalnego przewoźnika kolejowego. Potrzebuje Kolei Podlaskich.

PKS Nova pokazuje, że da się zmienić sposób myślenia

W sprawie PKS Nova przez długi czas udawano, że problemem jest prezes. Zmieniano nazwiska, komentowano decyzje personalne, mówiono o restrukturyzacji, samowystarczalności i nowym otwarciu. Tymczasem prawdziwy problem był prostszy i brutalniejszy: od spółki oczekiwano rzeczy sprzecznych. Miała nie przynosić strat, ale nie zamykać nierentownych połączeń. Miała działać jak firma, ale wykonywać misję społeczną. Miała wozić ludzi tam, gdzie autobus jest potrzebny, choć wiele takich tras nigdy nie utrzyma się wyłącznie z biletów.

Dopiero uznanie, że transport autobusowy jest zadaniem publicznym, otwiera drogę do realnej naprawy. Model in-house, bezpośrednie powierzanie zadań, długofalowe planowanie, mniejsze autobusy na mniej obciążone trasy, współpraca z samorządami, lepsza siatka połączeń — to są konkretne narzędzia. Nie gwarantują sukcesu automatycznie, ale przynajmniej porządkują logikę działania.

I właśnie dlatego trzeba pójść dalej. Skoro województwo zaczyna rozumieć, że autobus nie może być pozostawiony wyłącznie rynkowi, to dlaczego kolej regionalna ma być dalej zlecana zewnętrznemu operatorowi, który przez lata pokazywał, że w Podlaskiem nie potrafi zapewnić stabilności na poziomie oczekiwanym przez pasażerów?

Polregio w Podlaskiem miało zbyt wiele momentów, których pasażerowie długo nie zapomną

Nie chodzi o jednorazowe opóźnienie, awarię czy incydent na torach. Każdy przewoźnik może mieć problemy. Kolej to trudny organizm: tabor, przeglądy, infrastruktura, pogoda, wypadki, remonty, braki kadrowe. Ale w Podlaskiem problem z Polregio przez długi czas miał charakter powtarzalny i systemowy.

Wystarczy przypomnieć sytuację, o której pisaliśmy wcześniej: od 24 listopada 2024 roku do 24 stycznia 2025 roku odwołanych zostało 139 kursów pociągów. To nie jest drobna niedogodność. To nie jest „chwilowe utrudnienie”. To jest komunikacyjna wyrwa w życiu ludzi, którzy planują dojazdy do pracy, szkoły, lekarza, urzędu, na uczelnię albo do rodziny. Jeżeli ktoś kupuje bilet na pociąg, to chce jechać pociągiem. Zastępcza komunikacja autobusowa może być rozwiązaniem awaryjnym, ale nie może stać się codzienną protezą systemu kolejowego.

Szczególnie niepokojące było to, że województwo użyczało Polregio 17 pojazdów szynowych, a do pełnej obsługi zaplanowanych kursów potrzeba było 24 pojazdów. Brakujący tabor operator miał uzupełniać we własnym zakresie. Jeżeli jednak przeglądy, naprawy gwarancyjne, naprawy powypadkowe czy modernizacje szynobusów powodują masowe odwołania połączeń, to znaczy, że system jest zbyt kruchy. A pasażera nie interesuje, czy zawinił harmonogram przeglądów, brak rezerwy taborowej, organizacja przewoźnika czy zbyt słaby nadzór zamawiającego. Pasażera interesuje jedno: czy pociąg przyjedzie.

I właśnie dlatego nie wystarczy kara umowna. Nie wystarczy powiedzieć, że przewoźnik nie dostaje pieniędzy za niezrealizowane kursy. To może poprawiać formalny bilans urzędu, ale nie naprawia życia pasażerów. Człowiek, który nie dojechał do pracy, nie odzyska straconego dnia tylko dlatego, że operator zapłacił karę. Uczeń, który nie dotarł na zajęcia, senior, który nie zdążył do lekarza, pracownik, który musiał przesiąść się do samochodu — oni wszyscy płacą za niewydolność systemu realną cenę.

Skoro płacimy setki milionów, powinniśmy budować własny system

Województwo podlaskie podpisało z Polregio umowę na przewozy kolejowe do 2030 roku. Mowa o kwocie bliskiej 400 mln zł. To ogromne publiczne pieniądze. I dlatego trzeba postawić proste pytanie: czy po 2030 roku naprawdę chcemy znów podpisać podobną umowę z zewnętrznym operatorem, czy wreszcie zaczniemy budować własne Koleje Podlaskie?

Bo problem nie polega wyłącznie na tym, kto dziś prowadzi pociąg. Problem polega na tym, kto ma kontrolę nad rozwojem regionalnej kolei. Jeżeli województwo samo organizuje przewozy, posiada tabor, zna potrzeby mieszkańców, planuje rozkład, buduje integrację z autobusami, rozwija połączenia aglomeracyjne i turystyczne, to może tworzyć spójny system. Jeżeli natomiast co kilka lat zleca usługę operatorowi zewnętrznemu, staje się bardziej płatnikiem niż prawdziwym gospodarzem kolei.

A Podlasie potrzebuje gospodarza.

Potrzebuje kogoś, kto będzie myślał nie tylko o tym, żeby „wykonać pracę przewozową”, ale o tym, jak kolej ma zmienić region. Jak połączyć Białystok z Łapami, Wasilkowem, Czarną Białostocką, Sokółką, Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą, Choroszczą, Mońkami, Grajewem, Suwałkami i Łomżą. Jak stworzyć realną kolej aglomeracyjną wokół Białegostoku. Jak zintegrować rozkłady z PKS Nova. Jak zrobić jeden bilet na autobus i pociąg. Jak sprawić, żeby mieszkaniec mniejszej miejscowości nie musiał posiadać samochodu tylko dlatego, że państwo i samorząd nie potrafią zapewnić mu normalnego transportu.

Koleje Dolnośląskie pokazują, że własny przewoźnik może być sukcesem

Nie trzeba wymyślać tego od zera. Wystarczy popatrzeć na Dolny Śląsk. Koleje Dolnośląskie są spółką samorządową województwa dolnośląskiego i dziś można je stawiać jako jeden z najlepszych przykładów regionalnego przewoźnika w Polsce. To nie jest idealny świat bez problemów, bo taki w transporcie nie istnieje. Ale jest to model, który udowodnił, że samorządowa kolej może się rozwijać, przyciągać pasażerów i budować nawyk codziennego korzystania z transportu publicznego.

W styczniu 2024 roku Koleje Dolnośląskie przewiozły prawie 1,9 mln pasażerów, bijąc swój miesięczny rekord. W całym 2024 roku było to ponad 22,5 mln podróżnych. To są liczby, za którymi stoi coś znacznie ważniejszego niż statystyka: zaufanie. Ludzie zaczęli traktować kolej jako normalny środek codziennego transportu. Nie jako awaryjną alternatywę. Nie jako romantyczną wycieczkę raz na rok. Jako realny wybór.

Podlasie też może pójść tą drogą. Oczywiście nie skopiujemy Dolnego Śląska jeden do jednego. Mamy inną gęstość zaludnienia, inne odległości, inną sieć osadniczą, inne potoki pasażerskie i inne problemy. Ale właśnie dlatego potrzebujemy własnego przewoźnika, a nie uniwersalnego modelu obsługi z zewnątrz. Koleje Podlaskie mogłyby być zaprojektowane pod Podlasie: pod Białystok, pod mniejsze miasta, pod ruch szkolny, studencki, pracowniczy, turystyczny, weekendowy, przygraniczny i aglomeracyjny.

Białystok bez kolei miejskiej to komunikacyjny absurd

Największym niewykorzystanym potencjałem jest Białystok i jego otoczenie. Mamy infrastrukturę kolejową, mamy miejscowości satelickie, mamy codzienne dojazdy, mamy zakorkowane ulice, rosnącą liczbę samochodów i parkingi puchnące od aut. A mimo to wciąż nie mamy prawdziwej kolei miejskiej czy aglomeracyjnej.

To powinien być jeden z pierwszych celów Kolei Podlaskich.

Nie chodzi o wielkie hasła, tylko o proste pytania. Czy mieszkaniec Łap powinien mieć możliwość wygodnego, regularnego dojazdu koleją do Białegostoku? Czy Wasilków, Czarna Białostocka, Choroszcz, Sokółka czy Bielsk Podlaski powinny być mocniej wpięte w codzienny rytm stolicy województwa? (Regularne połączenia to nie jest to, co mamy teraz – proszę porównać rozkłady jazdy Ożarów Mazowiecki – Warszawa vs Łapy – Białystok).

Czy uczniowie i studenci powinni móc planować dzień bez lęku, że po południu nie będą mieli czym wrócić? Czy pracownik powinien realnie rozważać pociąg zamiast samochodu? Odpowiedź jest oczywista. Ale oczywiste odpowiedzi wymagają decyzji politycznych.

PKS Nova i Koleje Podlaskie powinny być jednym systemem

Największy błąd polegałby na tym, żeby naprawiać PKS Nova osobno, a kolej osobno. Podlasie potrzebuje jednego organizmu transportowego, w którym autobus i pociąg nie konkurują ze sobą chaotycznie, lecz wzajemnie się uzupełniają.

PKS Nova powinna dowozić do stacji kolejowych. Kolej powinna obsługiwać główne korytarze. Autobusy powinny wypełniać białe plamy tam, gdzie torów nie ma. Rozkłady powinny być układane razem, a nie obok siebie. Bilet powinien być wspólny. Informacja pasażerska powinna być wspólna. A województwo powinno wreszcie przestać patrzeć na transport jak na zbiór oddzielnych problemów, tylko jak na jeden system dostępności.

To jest właśnie prawdziwa walka z wykluczeniem komunikacyjnym. Nie konferencja prasowa. Nie zmiana prezesa. Nie kolejna deklaracja, że „będzie lepiej”. Tylko konkretny układ połączeń, w którym człowiek z mniejszej miejscowości może rano wyjechać, załatwić sprawę i wrócić bez proszenia rodziny o podwózkę.

Panie Marszałku, czas przygotować decyzję na 2030 rok już teraz

Umowa z Polregio obowiązuje do 2030 roku. To może brzmieć jak odległa przyszłość, ale w transporcie publicznym cztery lata to wcale nie jest dużo. Jeżeli Koleje Podlaskie mają naprawdę powstać, nie można obudzić się w 2029 roku z konferencją prasową i pomysłem zapisanym na jednej kartce.

Trzeba działać teraz. Przygotować analizę prawną. Sprawdzić model organizacyjny. Policzyć tabor. Oszacować koszty. Zaplanować zaplecze techniczne. Określić, które linie powinny być priorytetowe. Przygotować integrację z PKS Nova. Rozpocząć rozmowę o kolei aglomeracyjnej wokół Białegostoku. Sprawdzić możliwości finansowania zewnętrznego. Zbudować zespół, który nie będzie myślał kategorią „jak dotrwać do końca umowy”, tylko „jak stworzyć najlepszą regionalną kolej w tej części Polski”.

Bo jeśli województwo już dziś potrafi mówić o PKS Nova jako o narzędziu walki z wykluczeniem transportowym, to dokładnie tym samym językiem powinno mówić o kolei. Nie wystarczy mieć pociągi. Trzeba mieć politykę kolejową. Nie wystarczy płacić operatorowi. Trzeba mieć kontrolę nad systemem. Nie wystarczy karać za niewykonane kursy. Trzeba zbudować przewoźnika, który będzie częścią strategii rozwoju województwa.

Podlasie nie jest skazane na komunikacyjną prowizorkę

Przez lata przyzwyczajano nas do myślenia, że w Podlaskiem „się nie da”. Że jest za mało ludzi. Że za duże odległości. Że za słabe potoki pasażerskie. Że transport publiczny zawsze będzie deficytowy. Że najważniejsze, żeby jakoś przeżyć kolejny rok. To jest mentalność, która prowadzi donikąd.

Transport publiczny nie musi zarabiać jak prywatna firma. Ma działać tak, żeby region nie tracił ludzi, energii i szans rozwojowych. Jeżeli dzięki dobrym połączeniom młody człowiek może dojechać do szkoły, senior do lekarza, pracownik do pracy, turysta do atrakcji, a rodzina może żyć z jednym samochodem zamiast z trzema, to zysk pojawia się gdzie indziej: w gospodarce, edukacji, zdrowiu, rynku pracy i jakości życia.

Dlatego Koleje Podlaskie nie powinny być polityczną fantazją. Powinny być następnym logicznym krokiem po uporządkowaniu PKS Nova. Panie Marszałku, skoro przy autobusach zaczynacie iść w stronę modelu, o którym pisaliśmy od dawna, to prosimy nie zatrzymywać się w połowie drogi. PKS Nova jako spółka wewnętrzna województwa to dobry kierunek. Ale prawdziwa zmiana zacznie się wtedy, gdy Podlasie przestanie tylko kupować usługę kolejową, a zacznie budować własną kolej.

Czas na Koleje Podlaskie. Nie przeciwko komuś. Nie dla ambicji politycznej. Nie po to, żeby wymienić logo na pociągu. Po to, żeby mieszkańcy Podlasia wreszcie mieli transport publiczny, któremu można zaufać.

Featured Video Play Icon

Żar poleje się z nieba. Nawet 40°C! Gdzie na Podlasiu szukać ochłody?

Podlasie szykuje się na pogodę z gatunku: „wyjdę tylko na chwilę po bułki”, po czym człowiek wraca jak pieróg wyjęty z wrzątku. Według prognoz nad region nadciąga fala ekstremalnych upałów, a temperatura miejscami może dobijać nawet do 40 stopni. To już nie jest zwykłe lato. To jest moment, w którym cień pod drzewem staje się dobrem luksusowym, klimatyzacja w sklepie brzmi jak zaproszenie do sanatorium, a człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego koty całymi dniami leżą i niczego od życia nie oczekują.

Dlatego przygotowaliśmy pięć miejscówek, w których można będzie jakoś przetrwać ten żar. Nie obiecujemy, że człowiek od razu poczuje się jak na Alasce, ale przynajmniej nie będzie miał wrażenia, że jest bohaterem filmu Hydrozagadka.

Jezioro Rajgrodzkie

Pierwszy kierunek to Jezioro Rajgrodzkie. I tu nie ma żartów, bo to naprawdę jedna z najlepszych opcji na upalne dni. Woda, przestrzeń, plaże, widoki i ten cudowny moment, gdy człowiek zanurza się po szyję i nagle przypomina sobie, że życie jednak ma sens. Rajgród i okolice to dobry wybór na cały dzień, szczególnie jeśli ktoś chce połączyć kąpiel, odpoczynek i małą ucieczkę od miejskiego betonu.

Uciekaj do lasu

Druga propozycja to Supraśl i Puszcza Knyszyńska. Gdy miasto zamienia się w piekarnik, las robi to, co las robi najlepiej: daje cień, zapach żywicy i złudzenie, że świat jeszcze nie zwariował. Spacer nad rzeką, odpoczynek wśród drzew i powolne tempo to dokładnie to, czego potrzeba, gdy słońce próbuje przeprowadzić na człowieku eksperyment kulinarny.

Perła północy

Trzecia miejscówka to Wigry i okolice Wigierskiego Parku Narodowego. To już trochę dalszy kierunek, ale w zamian dostajemy jezioro, lasy i klimat, który potrafi uratować dzień. Wigry mają w sobie coś z wakacyjnej pocztówki, tylko bez filtra z Instagrama. W upał najlepiej celować tam wcześnie rano albo pod wieczór, bo w południe nawet najpiękniejszy krajobraz nie pomoże, jeśli człowiek zaczyna się topić we własnych sandałach.

Czy znacie Giby?

Czwarta propozycja to Giby i okolice jeziora Gieret. To już kierunek dla tych, którzy naprawdę chcą uciec przed upałem, a nie tylko symbolicznie stanąć w cieniu przystanku. Lasy, jeziora, spokojniejszy klimat i wrażenie, że telefon sam zaczyna mówić ciszej. W największy skwar można tu złapać oddech, schować się pod drzewami i przypomnieć sobie, że lato nie musi oznaczać człowieka przyklejonego do fotela jak ser do zapiekanki.

Wśród starych drzew

Piąte miejsce to Puszcza Białowieska. Stare drzewa, głęboki cień i leśny chłód to zestaw, którego nie da się podrobić żadnym wiatrakiem z marketu. W czasie upałów las jest jak naturalna klimatyzacja, tylko bez pilota, bez rachunku za prąd i bez sąsiada, który narzeka, że mu buczy. Trzeba tylko pamiętać o wodzie, nakryciu głowy i rozsądku, bo nawet w lesie organizm nie działa na zasadzie „jakoś to będzie”.

A skoro już o rozsądku mowa: w największe upały lepiej nie udawać niezniszczalnego. Między 11:00 a 17:00 słońce potrafi być mniej więcej tak delikatne jak urząd skarbowy po terminie. Warto pić dużo wody, unikać alkoholu, zakładać jasne ubrania, chronić głowę i pilnować dzieci, seniorów oraz zwierząt. Samochód zostawiony na słońcu nagrzewa się błyskawicznie, więc nie zostawiamy w nim nikogo „tylko na chwilkę”. Ta chwilka może być bardzo niebezpieczna.

Pewnie zauważyliście, że na naszej liście nie ma Augustowa. Nie dlatego, że przestał być piękny. Wręcz przeciwnie – właśnie dlatego, że podczas takich upałów wpada na ten sam pomysł pół Polski. Efekt? Zamiast relaksu będziecie leżeć na plaży jak sardynki. Tyle że nie na Sardynii, tylko w puszce. Dlatego tym razem postawiliśmy na miejsca trochę mniej oczywiste, gdzie szansa na znalezienie kawałka plaży większego niż ręcznik jest zdecydowanie wyższa.

Podsumowując: będzie gorąco. Bardzo gorąco. Tak gorąco, że nawet komary mogą zacząć latać wolniej. Dlatego zamiast walczyć z upałem na środku rozgrzanego parkingu, lepiej zaplanować ucieczkę nad wodę, do lasu albo w miejsce, gdzie cień nie jest tylko wspomnieniem z dzieciństwa.

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.
fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego

Dobra wiadomość dla podlaskiego transportu. Marszałek rozwiązał problem, który wskazywaliśmy.

To jest jedna z tych informacji, przy których warto na chwilę odłożyć polityczne emocje i powiedzieć wprost: dobrze, że ten kierunek został obrany. Przez ostatnie miesiące wokół PKS Nova narastało wiele pytań, napięć i obaw. Mieszkańcy bali się likwidacji kolejnych połączeń, politycy przerzucali się odpowiedzialnością, a sama spółka tkwiła w modelu, który z góry skazywał ją na konflikt między rachunkiem ekonomicznym a społeczną misją.

Pisaliśmy jakiś czas temu, że największym problemem PKS Nova nie jest konkretne nazwisko na stanowisku prezesa czy prokurenta. Problem był znacznie głębszy. Od spółki oczekiwano, że będzie jednocześnie rentowna i społecznie dostępna. Miała nie przynosić strat, ale też nie zamykać połączeń. Miała obsługiwać trasy potrzebne mieszkańcom, choć wiele z nich z natury rzeczy nie może utrzymać się wyłącznie z biletów. To był układ niemożliwy do utrzymania.

Teraz marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zapowiedział rozwiązanie, które uderza dokładnie w sedno tego problemu. Od 1 stycznia PKS Nova ma stać się podmiotem powierzonym Województwa Podlaskiego i działać w formule in-house. W praktyce oznacza to, że samorząd województwa będzie mógł bezpośrednio powierzać spółce realizację zadań z zakresu publicznego transportu zbiorowego.

To bardzo ważna zmiana. Nie kosmetyczna, nie personalna, nie wizerunkowa, ale systemowa. PKS Nova przestanie być spółką, od której oczekuje się cudów finansowych na nierentownych trasach, a zacznie działać w ramach umowy określającej zakres usług i liczbę kilometrów realizowanych przez autobusy. Innymi słowy: transport publiczny zostanie potraktowany jak transport publiczny, a nie jak zwykła działalność komercyjna, która ma sama się bilansować bez względu na społeczne potrzeby regionu.

Podczas poniedziałkowego spotkania z samorządowcami z powiatów białostockiego i sokólskiego oraz przedstawicielami PKS Nova marszałek przekazał też deklarację, na którą czekało wielu mieszkańców. Zapowiedział, że kilometrów realizowanych przez autobusy będzie więcej niż obecnie. To istotny sygnał szczególnie dla tych miejscowości, które w ostatnich latach coraz mocniej odczuwały wykluczenie komunikacyjne.

Bo o to właśnie chodziło w całej tej sprawie. Autobus w województwie podlaskim nie jest luksusem. Dla wielu osób to jedyny sposób, by dojechać do szkoły średniej, lekarza, urzędu, pracy, na studia albo do większej miejscowości, z której dalej można ruszyć pociągiem. Tam, gdzie znika połączenie, często znika też realna możliwość normalnego funkcjonowania. Szczególnie dla młodzieży, seniorów i osób, które nie mają samochodu.

Nowy model ma dać PKS Nova stabilne i przewidywalne finansowanie. To z kolei powinno pozwolić spółce planować rozwój, zamiast co kilka miesięcy gasić pożary. Władze województwa liczą, że dzięki formule in-house oraz doświadczeniu obecnego kierownictwa PKS Nova w ciągu kilku lat osiągnie pełną stabilność finansową. Ważne jest także to, że nowa organizacja ma ułatwić skuteczniejsze korzystanie ze środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.

Równie istotna jest zapowiedź zmian w siatce połączeń. Nowy system ma być dostosowany do rzeczywistych potrzeb mieszkańców regionu. Autobusy mają w pierwszej kolejności zapewniać sprawną komunikację między miastami powiatowymi, a następnie między miastami powiatowymi i gminami. Brzmi to prosto, ale właśnie tak powinien działać sensowny transport publiczny: nie jako zbiór przypadkowych kursów, lecz jako logiczna sieć, w której można się przesiąść, zaplanować podróż i nie czekać godzinami na kolejny autobus.

Marszałek zwrócił się też do samorządowców o aktywny udział w tworzeniu nowej siatki połączeń. To bardzo ważne, bo bez wiedzy lokalnych władz trudno będzie zaprojektować komunikację odpowiadającą realnym potrzebom mieszkańców. Gminy i powiaty najlepiej wiedzą, gdzie są szkoły, przychodnie, zakłady pracy, urzędy i miejscowości, które dziś mają największy problem z dojazdem.

Warto więc powiedzieć jasno: jeżeli zapowiadany model rzeczywiście zostanie wdrożony konsekwentnie, będzie to dobra wiadomość dla województwa podlaskiego. Nie dlatego, że rozwiąże wszystkie problemy z dnia na dzień. Tego nie zrobi żadna jedna decyzja. Ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna wskazano właściwy kierunek: stabilne finansowanie, jasne zasady, publiczna odpowiedzialność i próba budowy spójnego systemu zamiast doraźnego ratowania pojedynczych kursów.

Wcześniej ostrzegaliśmy, że sama zmiana personalna w PKS Nova niczego nie załatwi, jeśli nie powstanie nowy model organizacyjny i finansowy. Teraz taki model został zapowiedziany. To oznacza, że problem, o którym pisaliśmy, został przynajmniej na poziomie decyzji politycznej zauważony i nazwany. A to w sprawach transportu publicznego jest już duży krok naprzód.

Teraz najważniejsze będzie wykonanie. Mieszkańcy nie ocenią tej zmiany po komunikatach, spotkaniach i deklaracjach. Ocenią ją po tym, czy autobus naprawdę przyjedzie. Czy będzie można nim dojechać do szkoły, lekarza, pracy i powiatowego miasta. Czy rozkład jazdy będzie logiczny. Czy przesiadki będą możliwe. Czy z mniejszych miejscowości da się wydostać nie tylko rano, ale też wrócić po południu.

Jeżeli tak się stanie, województwo podlaskie może zyskać coś więcej niż uratowaną spółkę. Może zyskać fundament nowoczesnego transportu publicznego, który nie udaje, że każda trasa musi być biznesem, lecz rozumie, że komunikacja jest częścią infrastruktury społecznej. Tak samo jak szkoła, droga, przychodnia czy urząd.

I właśnie dlatego ta wiadomość jest dobra. Bo wreszcie nie chodzi tylko o to, kto kieruje PKS Nova. Chodzi o to, na jakich zasadach ta spółka ma działać. A bez jasnych zasad żaden autobus daleko nie zajedzie.

Featured Video Play Icon

Czy wiecie gdzie jest najwyższy szczyt w Podlaskiem?

Województwo podlaskie kojarzy się przede wszystkim z rozległymi lasami, jeziorami i dziką przyrodą. Niewiele osób wie jednak, że właśnie tutaj znajduje się także najwyższy punkt regionu. Jest nim Rowelska Góra położona na Suwalszczyźnie, w pobliżu miejscowości Wiżajny. To miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na swoje położenie, ale również charakterystyczny krajobraz i surowy klimat północno-wschodniej Polski.

Rowelska Góra znajduje się niedaleko drogi wojewódzkiej nr 651, pomiędzy miejscowościami Rowele i Wiżajny. Wzniesienie osiąga około 298 metrów nad poziomem morza i oficjalnie uznawane jest za najwyższy punkt województwa podlaskiego. Choć nazwa może sugerować imponujący szczyt, w rzeczywistości jest to niewielkie wyniesienie terenu charakterystyczne dla polodowcowego krajobrazu Suwalszczyzny.

Okolice Rowelskiej Góry słyną z wyjątkowo chłodnego klimatu. Region ten od lat nazywany jest polskim biegunem zimna. Zimą śnieg utrzymuje się tutaj znacznie dłużej niż w innych częściach kraju, a temperatury należą do najniższych w Polsce. Surowa aura i otwarte przestrzenie sprawiają, że miejsce ma swój niepowtarzalny klimat.

Dotarcie na Rowelską Górę jest stosunkowo proste. Wielu turystów korzysta z nawigacji, wpisując pobliską elektrownię wiatrową znajdującą się niedaleko szczytu. Warto tu jednak dodać, że ze względu na bliskość granicy z Obwodem Królewieckim, systemy GPS mogą nie działać prawidłowo.

Samochód można zostawić przy niewielkim mostku w pobliżu drogi, a następnie udać się pieszo w kierunku widocznych wiatraków. Spacer zajmuje zaledwie kilka minut. W pobliżu jednego z wiatraków znajdują się kamienie oznaczające najwyższy punkt województwa podlaskiego. Współrzędne miejsca to 54.353665, 22.886207.

Dodatkową atrakcją okolicy jest wieża widokowa Rowelska Góra. Obiekt znajduje się niedaleko głównej drogi i pozwala podziwiać rozległe panoramy Suwalszczyzny. Z góry doskonale widać charakterystyczne pagórkowate tereny, pola oraz rozrzucone po okolicy wiatraki. Nawet przy pochmurnej pogodzie widoki potrafią zrobić ogromne wrażenie.

Rowelska Góra to miejsce, które pokazuje inne oblicze Podlasia. Nie ma tutaj tłumów turystów ani rozbudowanej infrastruktury. Jest za to cisza, przestrzeń i krajobrazy, które doskonale oddają charakter północno-wschodniej Polski. Dla osób odwiedzających Suwalszczyznę może być to ciekawy punkt na mapie regionu oraz okazja do zdobycia najwyższego miejsca województwa podlaskiego.

Zaczyna się sezon komunii. Nie kupuj dziecku hulajnogi elektrycznej.

Zaczyna się sezon komunii. Nie kupuj dziecku hulajnogi elektrycznej.

Jeszcze kilka lat temu komunijnym „hitem” był rower. Dziś coraz częściej rodzice, chrzestni i dziadkowie wybierają hulajnogi elektryczne. Problem w tym, że to nie jest zabawka. To pojazd, który potrafi rozpędzić dziecko do prędkości większej niż biegnący człowiek, bez żadnej ochrony, karoserii czy poduszek powietrznych. A lekarze w Podlaskiem coraz częściej mówią wprost: oddziały urazowe zaczynają zapełniać się dziećmi po wypadkach na hulajnogach elektrycznych.

W Uniwersyteckim Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku lekarze alarmują o lawinowym wzroście ciężkich urazów. Tylko w pierwszym półroczu do szpitala trafiło już 26 dzieci z poważnymi obrażeniami po wypadkach na hulajnogach elektrycznych. To nie są otarcia kolan jak po upadku z roweru. Mowa o urazach głowy, krwiakach mózgu, złamaniach twarzoczaszki i pobytach na intensywnej terapii. W jednym z przypadków 15-latek po zderzeniu z autem doznał trzech krwiaków i dużego obrzęku mózgu.

W Augustowie 11-latek jadący hulajnogą próbował wyprzedzić kolegę i zderzył się z samochodem. Trafił do szpitala. Policja podkreślała później, że chłopca przed tragedią uratował kask. W innym przypadku dwóch nastolatków jechało jedną hulajnogą elektryczną. Po awarii koła obaj upadli i trafili do szpitala. Takich historii w regionie jest coraz więcej.

Najbardziej przerażające jest jednak to, że wielu dorosłych kompletnie nie rozumie, czym naprawdę jest zderzenie przy nawet niewielkiej prędkości. Na szkoleniach dotyczących bezpieczeństwa ruchu drogowego instruktorzy często pokazują prostą rzecz: już przy 7 km/h ciało człowieka podczas nagłego zatrzymania doświadcza bardzo gwałtownego przeciążenia. To mniej więcej prędkość szybkiego marszu. Człowiek potrafi wtedy rozbić nos o deskę rozdzielczą albo mocno uderzyć głową.

Przy 20 km/h — czyli typowej prędkości hulajnogi elektrycznej — energia uderzenia robi się ogromna. Upadek bez kasku zaczyna przypominać wyskoczenie z okna pierwszego piętra. Organizm dziecka nie ma żadnej ochrony. Nie ma pasów bezpieczeństwa. Nie ma stref zgniotu. Jest asfalt, krawężnik albo samochód.

A teraz warto przypomnieć sobie jedną rzecz: większość dzieci komunijnych ma 9 lat. Tymczasem zgodnie z przepisami dziecko poniżej 10 roku życia nie może samodzielnie poruszać się hulajnogą elektryczną po drodze publicznej. Starsze dzieci muszą posiadać kartę rowerową lub odpowiednie uprawnienia.

Policjanci i lekarze coraz częściej apelują, by nie traktować hulajnogi jako „fajnego gadżetu”. To pojazd wymagający refleksu, wyobraźni i odpowiedzialności. Problem w tym, że dzieci ich jeszcze po prostu nie mają. Dziecko nie przewidzi, że samochód wyjedzie zza zaparkowanego auta. Nie oceni drogi hamowania. Nie zrozumie, że mokra kostka brukowa zmienia hulajnogę w pocisk bez kontroli.

Rodzice często mówią: „przecież będzie jeździł tylko po osiedlu”. Tyle że większość groźnych wypadków właśnie tam się wydarza. Na chodnikach. Na ścieżkach rowerowych. Pod blokiem. Kilka sekund nieuwagi wystarczy, by zwykły komunijny prezent skończył się karetką, operacją albo tragedią, która zostanie z rodziną na całe życie.

Może więc zamiast elektrycznej hulajnogi lepiej kupić dziecku coś, co daje radość bez ryzyka rozbicia głowy o asfalt.

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Dramatyczny pożar lasu w sąsiednim województwie. Czy jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia u nas?

Ogromny pożar lasów na Lubelszczyźnie po raz kolejny pokazał, jak szybko natura potrafi zamienić się w żywioł nie do zatrzymania. Pożar wybuchł we wtorek w godzinach popołudniowych na terenie Puszczy Solskiej, obszaru, na którym znajdują się rezerwaty przyrody, parki krajobrazowe, obszary sieci Natura 2000, pomniki przyrody czy ochrona gatunkowa roślin i zwierząt. Pożar w bardzo krótkim czasie objął łącznie 250 hektarów lasów.

Należy sobie zadać pytanie już teraz. Czy Podlaskie – region pełen puszcz, bagien i parków narodowych jest przygotowany na długotrwałą suszę i coraz częstsze zagrożenie pożarowe?

Jeszcze kilkanaście lat temu wielu mieszkańców regionu uważało, że Podlaskie jest naturalnie „odporne” na takie zjawiska. W końcu mamy Biebrzę, Narew, ogromne kompleksy leśne i tereny podmokłe. Problem w tym, że klimat zmienia się szybciej niż nasze myślenie o wodzie. Coraz krótsze zimy, brak stabilnej pokrywy śnieżnej i długie okresy bez opadów powodują, że nawet miejsca uznawane kiedyś za wilgotne zaczynają wysychać.

Najbardziej alarmujące sygnały płyną z Biebrzańskiego Parku Narodowego. To właśnie tam regularnie pojawiają się informacje o suszy hydrologicznej i pożarach trzcinowisk oraz łąk. W ostatnich latach ogień wielokrotnie obejmował rozległe obszary parku. W 2025 roku spłonęły kolejne hektary cennych terenów bagiennych i torfowisk.

To szczególnie niebezpieczne dlatego, że torfowiska są naturalnym magazynem wody. Gdy są nawodnione — chronią przed suszą i ograniczają ryzyko pożarów. Gdy wysychają — zamieniają się w łatwopalny materiał, który może tlić się pod ziemią przez wiele dni. Strażacy dobrze pamiętają dramatyczne akcje gaśnicze na Biebrzy, gdzie ogień był trudny do opanowania właśnie przez przesuszone podłoże i niesłabnący wiatr.

Niepokojące sygnały pojawiają się również w Puszczy Białowieskiej. Eksperci zwracają uwagę na zmiany poziomu wód gruntowych oraz pogarszający się stan siedlisk wilgotnych. Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) uznała ostatnio stan ochrony Puszczy Białowieskiej za „krytyczny”. Oczywiście problemów jest tam więcej niż sama susza, ale coraz częściej mówi się o tym, że brak stabilnych zasobów wodnych będzie jednym z największych zagrożeń dla całego ekosystemu.

Podobne obawy dotyczą również Narwiańskiego Parku Narodowego. Dolina Narwi od lat zmaga się z coraz niższymi poziomami wód i coraz krótszym okresem naturalnych rozlewisk. To zmienia cały charakter tych terenów. Łąki wysychają szybciej, zmienia się roślinność, a miejsca dawniej stale mokre zaczynają przypominać zwykłe suche pola. W praktyce oznacza to również większe ryzyko pożarowe.

Coraz częściej o problemie przesuszenia mówi się także w kontekście Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej. To ogromne kompleksy leśne, które przy długotrwałej suszy stają się bardzo podatne na pożary. Wystarczy kilka tygodni bez opadów, wysoka temperatura i silny wiatr, aby nawet niewielkie źródło ognia doprowadziło do katastrofy. Instytut Badawczy Leśnictwa regularnie publikuje mapy zagrożenia pożarowego pokazujące, że ryzyko w polskich lasach rośnie bardzo szybko.

W tym wszystkim wraca również temat zbiornika Siemianówka. Od lat sztuczny zalew zaburza naturalny obieg wody i wpływa na warunki hydrologiczne Narwi. Ogromne ilości wody są tam magazynowane na płytkim akwenie, gdzie podczas upałów następuje intensywne parowanie. Tymczasem rzeka niżej mogłaby być lepiej zasilana naturalnym przepływem.

Dziś, w czasach coraz częstszych susz, pytanie o sens dalszego utrzymywania Siemianówki wraca z nową siłą. Być może zamiast kolejnych kosztownych prób utrzymywania sztucznego zbiornika należałoby rozpocząć dyskusję o jego stopniowej likwidacji i renaturyzacji całego obszaru. Teren ten mógłby stać się jednym z największych rezerwatów przyrody w Polsce — czymś na wzór nowych obszarów ochronnych podobnych charakterem do Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Naturalne bagna, rozlewiska i mokradła działają jak gigantyczna gąbka. Zatrzymują wodę znacznie skuteczniej niż betonowe konstrukcje hydrotechniczne i sztuczne zbiorniki. Co więcej — są odporne na parowanie, wspierają bioróżnorodność i ograniczają skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych. Być może właśnie w tym kierunku powinno iść dziś myślenie o bezpieczeństwie wodnym Podlasia.

Pożary na Lubelszczyźnie pokazują jedno bardzo wyraźnie — Polska wchodzi w epokę, w której susza i wielkie pożary przestają być wyjątkiem. Podlaskie wciąż ma ogromny naturalny potencjał: puszcze, bagna, rzeki i parki narodowe. Ale jeśli nie zaczniemy traktować wody jako najcenniejszego zasobu regionu, nawet najbardziej zielone tereny mogą w przyszłości stanąć w ogniu.

Suwałki: PFRON dołoży prawie 220 tys. zł do projektu „Łazienka bez barier” w DPS „Kalina”

Suwałki: PFRON dołoży prawie 220 tys. zł do projektu „Łazienka bez barier” w DPS „Kalina”

W Suwałkach podpisano umowę na dofinansowanie kolejnego etapu likwidacji barier architektonicznych w Domu Pomocy Społecznej „Kalina”. Ze środków PFRON placówka ma wyremontować i dostosować 12 kolejnych łazienek do potrzeb osób z niepełnosprawnościami.

Wartość tego etapu to 219 997 zł. W informacji miasta podkreślono, że wcześniej dzięki środkom pozyskanym w 2019 roku udało się już wyremontować i dostosować 35 z 68 łazienek znajdujących się w placówce.

Dostosowanie DPS „Kalina” do potrzeb osób z niepełnosprawnościami zostało wskazane jako zadanie priorytetowe. Planowany na 2026 rok kolejny etap ma poprawić codzienne warunki życia mieszkańców domu pomocy społecznej.

Fot. Oficjalny portal miasta Suwałki

Majówka 2026: zmiany w komunikacji w Białymstoku, Suwałkach i na trasie Białystok – Tykocin

Majówka 2026: zmiany w komunikacji w Białymstoku, Suwałkach i na trasie Białystok – Tykocin

Zbiorczo: kilka zmian w komunikacji na najbliższe dni.

Białystok:

1 maja autobusy BKM będą kursować według rozkładu świątecznego z liniami nocnymi, 2 maja według rozkładu sobotniego z liniami nocnymi, a 3 maja znów według rozkładu świątecznego z liniami nocnymi.

Od 1 maja zmianie ulegają też rozkłady jazdy autobusów linii 16, 19, 29, 102, 112 i 132.

Suwałki:

W dniach 1-3 maja wprowadzone zostają zmiany w rozkładzie jazdy komunikacji miejskiej.

PKS Nova:

Od 4 maja 2026 r. zaktualizowany zostaje rozkład jazdy autobusów na linii Białystok – Tykocin – Białystok.

Zdjęcie ilustracyjne

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka 2026 – Co kryje w sobie Północ Podlaskiego

Majówka w północnym regionie Podlaskiego oczywiście musi uwzględniać Augustów, Sejny i Suwałki. Bowiem to gotowy scenariusz na kilka dni pełnych natury, przestrzeni i prawdziwego oddechu od codzienności. To Podlasie w swojej najbardziej surowej i jednocześnie pięknej odsłonie – bez nadmiaru komercji, za to z krajobrazami, które zostają w głowie na długo.

Augustów to naturalny punkt startowy. Miasto żyje wodą – Kanał Augustowski, jeziora i rozbudowana infrastruktura sprawiają, że można tu spędzić cały dzień aktywnie albo… zupełnie nic nie robić, tylko chłonąć klimat. Rejs statkiem przez śluzy to klasyk, który daje zupełnie inną perspektywę na okolicę, a spacery wzdłuż jezior czy wypady rowerowe wokół Necka i Białego pozwalają poczuć, jak bardzo ten region jest „do życia”, nie tylko do zwiedzania.

Warto też wyjechać kawałek poza centrum Augustowa. Puszcza Augustowska to ogromne, zielone morze ciszy, gdzie łatwo zgubić zasięg… i dobrze. Leśne ścieżki, dzikie jeziora i brak tłumów sprawiają, że to idealne miejsce na reset – czy to pieszo, czy na rowerze, czy nawet kajakiem jedną z mniej uczęszczanych tras.

Sejny to zupełnie inny klimat – bardziej spokojny, refleksyjny, z wyraźnym duchem pogranicza. Miasteczko nie narzuca się atrakcjami, ale właśnie w tym tkwi jego siła. Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny robi wrażenie swoją skalą i historią, a Biała Synagoga przypomina o wielokulturowej przeszłości tych ziem. To miejsce, gdzie historia nie jest „opowiedziana”, tylko wciąż obecna.

 

Okolice Sejn to już prawdziwa cisza i przestrzeń. Małe wsie, falujące łąki i jeziora, do których często trafia się przypadkiem, skręcając w boczną drogę. To teren idealny na spokojne rowerowe trasy albo długie spacery bez planu. Jeśli ktoś szuka Podlasia bez filtrów – właśnie tutaj je znajdzie.

Suwałki i Suwalszczyzna zamykają tę trasę mocnym akcentem przyrody. To jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazowo regionów w Polsce – pagórki, jeziora i rozległe przestrzenie tworzą widoki, które bardziej przypominają północ Europy niż centralną część kraju. Suwalski Park Krajobrazowy to obowiązkowy punkt – szczególnie okolice jeziora Hańcza i punktów widokowych, z których widać, jak „pofalowana” jest ta ziemia.

Same Suwałki są dobrym zapleczem wypadowym, ale największe wrażenie robi to, co znajduje się wokół. Cisza, czyste powietrze i brak pośpiechu tworzą klimat, który trudno podrobić. To miejsce dla tych, którzy chcą naprawdę zwolnić – nie przez brak atrakcji, tylko przez ich naturalną harmonię.

W Suwałkach posadzą 1600 dębów na 35-lecie Radia 5

W Suwałkach posadzą 1600 dębów na 35-lecie Radia 5

W Suwałkach powstaje nietypowa pamiątka na 35-lecie Radia 5. Z okazji jubileuszu zostanie posadzonych 1600 dębów, a cały układ ma kształt cyfry pięć i za kilka lat będzie widoczny z lotu ptaka.

W akcji uczestniczyli m.in. prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz, Nadleśnictwo Suwałki oraz uczniowie I Liceum Ogólnokształcącego i Szkoły Podstawowej im. Marii Konopnickiej.

Fot. Suwalki

Majówkowe zmiany w komunikacji miejskiej w Białymstoku i Suwałkach

Majówkowe zmiany w komunikacji miejskiej w Białymstoku i Suwałkach

Zbiorcze komunikaty dla pasażerów na 1-3 maja.

Białystok
Od 1 maja br. zmianie ulegają rozkłady jazdy autobusów linii 16, 19, 29, 102, 112 i 132. Zmiany są widoczne przed datą ich obowiązywania w sekcji „Przyszły rozkład jazdy”, a rozkłady obowiązujące w zakładce „Rozkład jazdy”.

W dniach 1-3 maja br. autobusy będą kursować według następujących rozkładów jazdy:
1 maja – rozkład świąteczny z liniami nocnymi,
2 maja – rozkład sobotni z liniami nocnymi,
3 maja – rozkład świąteczny z liniami nocnymi.

Suwałki
W związku z okresem majowym w dniach 1-3 maja wprowadzone zostają zmiany w rozkładzie jazdy.
1 maja – rozkład jak w niedziele i święta,
2 maja – rozkład sobotni,
3 maja – rozkład jak w niedziele i święta.

Zdjęcie ilustracyjne

Cztery osoby zatrzymane po nielegalnym przekroczeniu granicy w gminie Rutka-Tartak

Cztery osoby zatrzymane po nielegalnym przekroczeniu granicy w gminie Rutka-Tartak

W gminie Rutka-Tartak funkcjonariusze Straży Granicznej zatrzymali cztery osoby po nielegalnym przekroczeniu granicy polsko-litewskiej. Według służb trzech obywateli Pakistanu i jeden obywatel Afganistanu nie mieli dokumentów uprawniających do wjazdu i pobytu w Polsce, dlatego zostali przekazani stronie litewskiej w trybie readmisji uproszczonej.

Od początku 2026 roku Podlaski Oddział Straży Granicznej przekazał w tym trybie już 178 cudzoziemców.

Fot. Podlaski Oddział Straży Granicznej

Featured Video Play Icon

Suwałki to nie tylko biegun zimna. Co jeszcze odkryjesz w tym mieście?

Suwałki mają wizerunek, z którym trudno konkurować – „biegun zimna”, koniec Polski, miejsce bardziej do przetrwania niż do zwiedzania. Problem w tym, że to uproszczenie. Bo kiedy wejdziesz w to miasto głębiej, szybko okazuje się, że Suwałki nie próbują nikogo na siłę zachwycać. One po prostu są – spokojne, konkretne i pełne detali, które zaczynają mieć znaczenie dopiero wtedy, gdy przestajesz patrzeć powierzchownie.

To miasto ma historię, która nie krzyczy, ale zostawia ślad. Spacerem przez Park Konstytucji 3 maja, dalej deptakiem przy ulicy Chłodnej aż do placu Marii Konopnickiej, pozwala złapać pierwszy rytm tego miasta. Nie jest szybki. I właśnie dlatego działa.

Są tu też rzeczy, których nie znajdziesz gdzie indziej. Cmentarz Siedmiu Wyznań – miejsce, które pokazuje, jak bardzo zróżnicowana była kiedyś ta część Polski. Cerkiew Wszystkich Świętych jako kolejny dowód, że Suwałki nie są jednowymiarowe. Nawet były budynek więzienia, dziś wkomponowany w galerię handlową, jest czymś więcej niż ciekawostką – to symbol zmian, jakie przeszło miasto.

Suwałki mają też lekkość, której można się nie spodziewać. Krasnoludki rozsiane po mieście, muzeum Marii Konopnickiej, niewielkie place i zaułki – to wszystko sprawia, że to miejsce zaczyna być bardziej „do przeżycia” niż „do odhaczenia”. Nie chodzi o spektakularne atrakcje. Chodzi o klimat.

I w końcu – okolice. Tu Suwałki pokazują swoją największą siłę. Zalew Arkadia jako szybkie wyjście z miasta, a dalej już tylko więcej przestrzeni. Suwalszczyzna to jeden z najbardziej charakterystycznych krajobrazów w Polsce – pagórki, jeziora, cisza, która nie jest pustką, tylko czymś naturalnym. To nie jest region, który próbuje być modny. On po prostu jest autentyczny. Jeśli patrzysz na to miejsce przez pryzmat temperatury – tracisz połowę obrazu. A druga połowa jest zdecydowanie ciekawsza.

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?
Rzeka Narew w Koźlikach

Marzec był prawie bez deszczu. Temperatura wyższa od średniej. Czeka nas kolejna susza?

Miniony marzec był w Polsce ekstremalnie ciepły i jednocześnie skrajnie suchy. Te dwa zjawiska – choć brzmią abstrakcyjnie – w województwie podlaskim mają bardzo konkretne konsekwencje. I widać je już teraz, w terenie.

Z jednej strony mamy efekt śnieżnej zimy. W wielu miejscach Podlasia wciąż utrzymują się skromne rozlewiska – szczególnie w dolinach rzek, na łąkach i terenach bagiennych. Biebrza, Narew czy mniejsze cieki znów tworzą krajobraz, który jest jednym z największych skarbów regionu. Wielu mieszkańców okolic tych rzek jednak przyznaje, że to nie to co kiedyś. Rozlewiska są skromne.

Marzec był też jednym z najsuchszych w historii pomiarów. W Suwałkach – czyli w samym sercu północnego Podlasia – opady praktycznie nie wystąpiły. To oznacza, że obecne rozlewiska nie są efektem bieżących opadów, tylko „zapasem” po zimie. A ten zapas szybko się kończy.

Ciepło dodatkowo przyspiesza parowanie. W praktyce oznacza to, że woda, która dziś jeszcze utrzymuje się na łąkach i w dolinach rzek, może zniknąć znacznie szybciej niż zwykle. Jeśli kwiecień i maj nie przyniosą wyraźnych opadów, Podlasie może wejść w okres suszy hydrologicznej wcześniej niż zazwyczaj.

To szczególnie groźne dla terenów, które są symbolem regionu. Bagna Biebrzańskie, rozlewiska Narwi czy torfowiska – wszystkie te ekosystemy są uzależnione od stabilnego poziomu wody. Bez niego zaczynają wysychać, a to uruchamia cały łańcuch zmian: zanika roślinność bagienna, spada liczba ptaków, rośnie ryzyko pożarów. Jeśli trend ciepłych i suchych miesięcy się utrzyma, zmiany w przyrodzie regionu będą coraz bardziej widoczne. A to już nie jest kwestia jednego sezonu, tylko kierunku, w jakim zmierza cały krajobraz północno-wschodniej Polski. W pewnym momencie będzie u nas jak w Mongolii – jeden wielki step.

W tej sytuacji rola władz – zarówno regionalnych, jak i państwowych – powinna być jednoznaczna: zatrzymywać wodę tam, gdzie naturalnie występuje. Nie ma czasu już na wielkie inwestycje hydrotechniczne, tylko o odtwarzanie i ochronę tego, co już mamy. Kluczowe jest ograniczenie melioracji odwadniających, renaturyzacja rzek takich jak Narew i jej dopływy, odbudowa małej retencji oraz blokowanie odpływu wody z torfowisk. Częściowo się to już dzieje, ale zbyt wolno i na zbyt małą skalę. Kluczowe jest też zlikwidowanie zalewu Siemianówka, który degraduje Narew. Tu niestety władze postępują w drugą stronę – rozbudowują turystykę wokół zalewu. Jest to ogromny błąd.

Podlaskie nie potrzebuje szybkiego zatrzymania wody. Każdej, która spadnie z nieba. Bez tego nawet najlepsze warunki przyrodnicze regionu zostaną stopniowo zdegradowane. Jak mawiał klasyk „Nie będzie niczego”.

Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Często wyśmiewane, teraz mogą być niezastąpione. Autobusy elektryczne w miastach.

Mimo, że Iran jest tysiące kilometrów od Podlaskiego, to gospodarka naszego regionu jest podłączona do globalnego systemu. Jednym z najważniejszych punktów na mapie tego systemu jest Cieśnina Ormuz – wąskie przejście między Zatoką Perską a Oceanem Indyjskim, przez które przepływa ogromna część światowych dostaw ropy. Gdy pojawiła się tam wojna, natychmiast ceny za paliwo podskoczyły w górę i pojawiły się obawy o zakłócenia transportu surowca. Ta wojna jest problemem dla gospodarek uzależnionych od ropy. Jak na dłoni wychodzi, że Podlaskie jest w tym gronie.

Wystarczy zagrożenie dla jednego szlaku morskiego, aby cały świat zaczął zastanawiać się nad dostępnością benzyny czy oleju napędowego. Jeszcze kilka lat temu auta elektryczne były często wyśmiewane jako ciekawostka dla entuzjastów nowych technologii. Tymczasem pojazd elektryczny nie potrzebuje ropy transportowanej przez tankowce z drugiego końca świata. Wystarczy energia elektryczna, którą można wytwarzać lokalnie – z różnych źródeł, od elektrowni konwencjonalnych po odnawialne.

Szczególnie ciekawie wygląda to w przypadku transportu publicznego. Autobusy elektryczne, które jeszcze niedawno wydawały się kosztownym eksperymentem, mogą być postrzegane jako inwestycja w niezależność energetyczną miast. Samorządy, które rozwijają flotę takich pojazdów, w mniejszym stopniu uzależniają codzienne funkcjonowanie komunikacji miejskiej od cen ropy i sytuacji geopolitycznej na świecie.

Jak widać zalety elektrycznych autobusów to nie tylko brak spalin czy cisza. W czasach niepewności na globalnych rynkach energii okazuje się, że mogą one pełnić jeszcze jedną rolę – stabilizować funkcjonowanie transportu publicznego niezależnie od tego, co dzieje się na świecie handlu, do którego jesteśmy podłączeni. Dlatego też elektryczne autobusy i samochody mogą mieć przed sobą znacznie większą przyszłość, niż wielu jeszcze niedawno przypuszczało.

Featured Video Play Icon

Podlaskie potrzebuje nowego szlaku rowerowego. Green Velo to za mało.

Za rok minie dziesięć lat od momentu uruchomienia szlaku Green Velo. Przez ten czas stał się on jedną z najbardziej rozpoznawalnych tras rowerowych w Polsce i przyciągnął do wschodnich regionów mnóstwo turystów. Wystarczy w letni weekend pojawić się na dowolnym odcinku w Podlaskiem, aby zobaczyć rowerzystów z całej Polski, obładowanych sakwami a coraz częściej. To dowód, że turystyka rowerowa ma ogromny potencjał i że ludzie chcą poznawać region właśnie w ten sposób – spokojnie, z bliska i w rytmie pedałowania.

Paradoks polega jednak na tym, że sam szlak Green Velo w wielu miejscach pozostawia sporo do życzenia. Część odcinków jest dobrze przygotowana, ale są też takie, które obok ruchliwej drogi, gdzie trudno mówić o komforcie. W wielu miejscach infrastruktura jest skromna, a baza noclegowa w mniejszych miejscowościach wciąż nie nadąża za rosnącym zainteresowaniem rowerzystów. Turystów jest dużo – ale potencjał regionu jest znacznie większy niż to, co dziś oferuje główny szlak.

Dlatego coraz częściej pojawia się pytanie: czy Podlaskie nie powinno stworzyć nowej, alternatywnej trasy rowerowej, która wykorzysta najciekawsze miejsca regionu i jednocześnie zachęci do powrotu tych, którzy przejechali już Green Velo, a także tych, którzy chcieliby zaliczyć i jedno i drugie?

Propozycja nowego szlaku przez serce Podlasia

Naturalnym pomysłem byłoby poprowadzenie nowego szlaku z północy regionu przez najbardziej charakterystyczne miejsca Podlasia aż nad Bug. Trasa mogłaby zaczynać się w Rygolu, gdzie łączyłaby się z Green Velo, na skraju Puszczy Augustowskiej – jednego z największych kompleksów leśnych w Polsce. To miejsce idealne na początek wyprawy: dzika przyroda, jeziora, kanał Augustowski i ogromna sieć leśnych dróg.

Dalej szlak mógłby prowadzić przez Lipsk i Nowy Dwór w kierunku Kuźnicy i Krynek. Ten fragment Podlasia ma niezwykły, pograniczny charakter – cichy, spokojny i wciąż mało odkryty przez turystów. W Krynkach warto zatrzymać się choćby przy słynnym okrągłym rynku, który należy do najbardziej charakterystycznych układów urbanistycznych w regionie.

Kolejny odcinek prowadziłby przez Kruszyniany – jedną z najbardziej znanych wsi tatarskich w Polsce. Drewniany meczet i mizar przyciągają turystów z całego kraju, a lokalna kuchnia tatarska od lat jest jedną z wizytówek Podlasia.

Stamtąd trasa mogłaby biec przez Gródek i Michałowo w kierunku Zabłudowa, a następnie przez Krainę Otwartych Okiennic – czyli wyjątkowy fragment Podlasia z drewnianą architekturą i kolorowymi zdobieniami domów w miejscowościach takich jak Trześcianka, Soce czy Puchły. To jeden z najbardziej malowniczych obszarów regionu i miejsce, które doskonale nadaje się do spokojnej turystyki rowerowej.

Dalszy odcinek mógłby prowadzić przez Strablę i Pietkowo do Brańska – jednego z najstarszych miast Podlasia (1493 rok). Następnie przez Ciechanowiec, gdzie znajduje się słynne Muzeum Rolnictwa, a dalej przez Granne w kierunku doliny Bugu.

Ostatni fragment trasy mógłby biec właśnie wzdłuż tej rzeki aż do przeprawy promowej w Mielniku. To jedno z najbardziej malowniczych miejsc nad Bugiem – z kredową górą, pięknymi widokami i spokojnym, niemal wakacyjnym klimatem.

Szansa na turystyczny kręgosłup regionu

Taki szlak miałby ogromną zaletę: prowadziłby przez miejsca autentyczne, ciekawe kulturowo i przyrodniczo, a jednocześnie w dużej części przez spokojne drogi lokalne i tereny o niewielkim ruchu samochodowym. Byłby też naturalnym impulsem do rozwoju małej infrastruktury turystycznej – noclegów, punktów gastronomicznych, wypożyczalni rowerów czy miejsc odpoczynku.

Green Velo pokazał, że rowerzyści potrafią przyjechać setki kilometrów, jeśli mają atrakcyjną trasę. Podlasie ma wszystko, by stać się jednym z najważniejszych regionów turystyki rowerowej w Polsce: przestrzeń, przyrodę, historię i niezwykłą atmosferę pogranicza.

Brakuje tylko jednego – zapału, aby stworzyć szlak, który naprawdę pokaże to, co w regionie najciekawsze.

Nowe połączenie na północy województwa. Czy stanie się niezbędna dla lokalnej społeczności?
fot. PKS NOVA

Nowe połączenie na północy województwa. Czy stanie się niezbędna dla lokalnej społeczności?

Nowe połączenie autobusowe na trasie Suwałki – Sejny przez Szypliszki, Puńsk i Krasnowo uruchomiło PKS NOVA. Dla mieszkańców tej części regionu oznacza to przede wszystkim łatwiejszy dojazd do pracy, szkół, urzędów czy placówek medycznych, bez konieczności korzystania z własnego samochodu. Szczególnie leżące na uboczu, maleńkie Sejny zyskają możliwość częstych i łatwych podróży do większych Suwałk. A w drugą stronę – Sejny oferują niesamowitą, dziką przyrodę na wyciągnięcie ręki, która może być doskonałym miejscem na wypoczynek dla Suwalczan.

Trasę obsługuje nowy autobus elektryczny Automet SmileX. Pojazd wyposażono w klimatyzację, możliwość ładowania telefonów, miejsce dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich oraz systemy zwiększające bezpieczeństwo podróży. Dla pasażerów oznacza to wyższy komfort i dostępność transportu także dla osób z ograniczoną mobilnością czy rodziców z dziećmi.

Autobus został zakupiony ze środków Krajowego Planu Odbudowy w ramach projektu dotyczącego rozwoju zrównoważonego transportu publicznego w województwie podlaskim. W praktyce oznacza to, że do regionu trafiły zewnętrzne środki finansowe, które pozwoliły unowocześnić tabor bez pełnego obciążania lokalnych budżetów. W najbliższym czasie flotę ma zasilić jeszcze 13 autobusów elektrycznych, co z pewnością przełoży się na kolejne nowe trasy lub poprawę jakości już istniejących połączeń.

Rozwój transportu publicznego w północnej części województwa to także kwestia środowiskowa i organizacyjna. Cichsze, bezemisyjne autobusy oznaczają mniej spalin w centrach miejscowości oraz potencjalnie niższe koszty eksploatacji w dłuższej perspektywie.

Dla mieszkańców najważniejsze pozostaje jednak to, czy połączenie będzie regularne, punktualne i dopasowane do realnych potrzeb. Jeśli tak się stanie, nowa linia może stać się istotnym elementem codziennego życia lokalnej społeczności.

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?
Kojle Perty fot. Hubert Stojanowski

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?

W Podlaskiem powstały trzy nowe rezerwaty przyrody: Beretnica, Kojle i Perty oraz Wigrańce. To oznacza, że w całym województwie mamy już 114 rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 26 tysięcy hektarów. Jednocześnie część wcześniej utworzonych obszarów została udostępniona mieszkańcom – można tam spacerować, jeździć rowerem, konno, a w wyznaczonych miejscach także zbierać grzyby i owoce leśne.

Beretnica to niewielki, niecałe 6-hektarowy rezerwat w gminie Gródek. Chroni torfowisko, czyli podmokły teren porośnięty specyficzną roślinnością. Takie miejsca są dziś rzadkie i bardzo cenne, bo magazynują wodę i pomagają łagodzić skutki suszy. W Beretnicy rośnie m.in. przygiełka biała – roślina, której nie spotyka się często nawet w Puszczy Knyszyńskiej. Teren ma charakterystyczny układ: w środku jest najbardziej mokro, a im dalej, tym bardziej przypomina leśne bagno przechodzące w bór.

Rezerwat Kojle i Perty znajduje się w gminie Rutka-Tartak i obejmuje dwa głębokie jeziora oraz otaczające je tereny. Jezioro Kojle ma około 33 metry głębokości, a Perty około 31 metrów – to naprawdę dużo jak na podlaskie warunki. Wokół nich występują rzadkie rośliny i wiele gatunków zwierząt. Co ważne, mimo objęcia ochroną, jeziora nadal będą użytkowane rybacko i pozostaną dostępne dla wędkarzy. Ochrona ma tu iść w parze z rozsądnym korzystaniem z przyrody.

Największy z nowych rezerwatów to Wigrańce w gminie Sejny. Obejmuje fragment Puszczy Augustowskiej ze starymi sosnami, z których część ma nawet blisko 200 lat. To prawdziwy kawał dawnego lasu, który przetrwał w niemal naturalnym stanie. W takich widnych borach rosną rzadkie rośliny, m.in. sasanka otwarta czy mącznica lekarska. Ciekawostką jest to, że sosna odnawia się tu naturalnie, bez sadzenia przez człowieka.

Równocześnie udostępniono trzy inne rezerwaty: Romanówkę, Połomin i Starą Dębinę. Wyznaczono w nich trasy piesze, rowerowe i konne, a także miejsca, gdzie można legalnie zbierać grzyby i owoce runa leśnego. To odpowiedź na postulaty lokalnych mieszkańców, którzy chcą korzystać z lasu, ale w sposób uporządkowany.

W ciągu ostatnich dwóch lat w województwie podlaskim powołano 20 nowych rezerwatów i powiększono trzy istniejące. Łącznie od połowy 2024 roku objęto ochroną prawie 3 tysiące hektarów nowych terenów. Podlasie i tak było jednym z najbardziej zielonych regionów w Polsce, a teraz udział obszarów chronionych jeszcze się zwiększył.

Featured Video Play Icon

Tak urzędnicy trwonią nasze pieniądze. Kolejny „filmik promocyjny” miasta.

Czy po obejrzeniu filmiku w internecie, rzucilibyście wszystko i pojechali do… Suwałk? Na to chyba liczą władze tego miasta, skoro na YouTube możemy oglądać ponad dwuminutowy materiał z lektorem, który przekonuje nas, że tu się żyje „normalnie”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że za ten film płacimy my wszyscy – z podatków. A owo „dzieło” niewiele wnosi do realnej promocji miasta. Dlaczego? Bo promocja to nie pojedynczy filmik, lecz długofalowa strategia z jasno określonym celem i mierzalnym efektem.

Tymczasem dostajemy produkt urzędniczej wyobraźni (konkretnie z Parku Naukowo-Technologicznego w Suwałkach): dwie minuty ogólników, bez konkretu, bez wyraźnego wyróżnika, bez emocji. Film, który równie dobrze mógłby opowiadać o dowolnym powiatowym mieście w Polsce. Wystarczyłoby podmienić planszę z nazwą.

I tu właśnie rodzi się pytanie: skoro miasto posiada formalnie przyjętą strategię promocji, to gdzie w tym materiale widać jej realizację? Gdzie widać jasno zdefiniowaną grupę docelową, spójny przekaz, konsekwencję budowania marki?

Ten filmik to nie tylko słaba produkcja wideo. To sygnał problemu z myśleniem o promocji. A jeszcze to hasło „Normalnie”. To tak, jakby restauracja reklamowała się sloganem: „U nas da się zjeść”. Gratulacje. Nijakie komunikaty, które nikogo nie obrażą, ale też nikogo nie poruszą. Bo łatwiej wyprodukować materiał, odhaczyć projekt i rozliczyć budżet, niż konsekwentnie wdrażać kilkuletnią koncepcję budowy wizerunku opartą na realnych atutach regionu. A tych w Suwałkach naprawdę nie brakuje.

Suwałki mają potencjał. Krajobraz, przestrzeń, bliskość natury, klimat do życia i pracy zdalnej. Ale tego nie da się sprzedać dwuminutowym klipem wrzuconym w internetową próżnię. Potrzebna jest kampania. Stała obecność w mediach. Współpraca z twórcami. Storytelling. Mierzalny efekt. I przede wszystkim cel – kogo chcemy przyciągnąć. Bo jeśli wszystkich, to w praktyce nikogo.

Najbardziej boli brak odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Problemem nie jest sam film. Problemem jest przekonanie, że taki materiał wystarczy, by mówić o skutecznej promocji. Że wystarczy coś nagrać, opłacić lektora i zamknąć temat. Nie, nie wystarczy. Jeśli wydajemy publiczne środki, mamy prawo wymagać nie tylko profesjonalizmu, ale i spójności z przyjętą strategią. Mamy prawo pytać o efekty. Mamy prawo domagać się czegoś więcej niż poprawnej formalnie realizacji dokumentu. Zasługujemy na coś więcej niż urzędnicze minimum.

Wystarczy spojrzeć na inne miasta, które potrafiły przekuć pojedynczy impuls w realny efekt promocyjny. Sandomierz przez lata korzystał z popularności serialu „Ojciec Mateusz” – to nie był przypadek, lecz świadome wykorzystanie rozpoznawalności produkcji do budowania ruchu turystycznego. Wycieczki „śladami serialu”, materiały promocyjne, konsekwentne utrwalanie wizerunku miasta jako miejsca klimatycznego i filmowego – to przełożyło się na konkretne liczby.

Kazimierz Dolny od lat buduje markę miasta artystów i weekendowej ucieczki z Warszawy. Nie jednym filmem, lecz konsekwentnym pozycjonowaniem: galerie, festiwale, obecność w mediach lifestylowych. Krynica-Zdrój od dekad utrwala status uzdrowiska i centrum wydarzeń gospodarczych, wykorzystując Forum Ekonomiczne jako narzędzie promocji wykraczające daleko poza sam event.

Tam widać myślenie kategoriami marki. Widać wykorzystanie atutu i jego multiplikację. A w Suwałkach? Mamy potencjał równie silny – przyrodę, przestrzeń, autentyczność – ale bez wyrazistego, powtarzalnego komunikatu pozostaje on tylko tłem do kolejnych, poprawnych urzędniczo produkcji.

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

To najstarszy park krajobrazowy w Polsce. Od 1976 roku chroni to, co w tej części kraju najcenniejsze – surową przyrodę i krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym.

Suwalski Park Krajobrazowy jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc północno-wschodniej Polski. Tutejszy teren ukształtował lądolód, zostawiając po sobie pagórki, głębokie rynny, jeziora i rozległe doliny. To przestrzeń otwarta, momentami surowa, pełna ciszy. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów poza zabudowania, by poczuć, że natura wciąż gra tu pierwsze skrzypce.

Na obszarze parku znajduje się ponad dwadzieścia jezior, w tym najgłębsze w Polsce – Jezioro Hańcza. Są też punkty widokowe, z których widać falujący krajobraz Suwalszczyzny. To miejsce dla tych, którzy lubią ruch i przestrzeń: piesze wędrówki, rowerowe trasy, motocyklowe przejażdżki po krętych drogach i stromych podjazdach.

Od pięćdziesięciu lat park pozostaje przestrzenią, w której przyroda, lokalna historia i codzienne życie mieszkańców splatają się w jedną opowieść. Z okazji jubileuszu powstał film „W krainie Hańczy. 50 lat SPK” – opowieść o krajobrazie wyrzeźbionym przez lądolód i o miejscu, które od pół wieku zachwyca kolejne pokolenia.

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Wilk w Polsce jest gatunkiem objętym ścisłą ochroną. Oznacza to, że co do zasady nie wolno go zabijać ani niepokoić, a wszelkie działania wobec tych zwierząt wymagają szczególnej, administracyjnej zgody. Tu dodajmy, że w praktyce wydawana jest ona bardzo niechętnie i w ostateczności.

Dlatego w tym przypadku mamy jednak do czynienia z sytuacją wyjątkową, która – zdaniem organów ochrony środowiska – uzasadnia odstępstwo od ogólnej zasady. Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska wyraził zgodę na odstrzał maksymalnie trzech wilków na terenie gminy Krasnopol. Decyzja została wydana w odpowiedzi na wniosek wójta, który od kilku lat otrzymywał od mieszkańców zgłoszenia o obecności tych zwierząt w pobliżu zabudowań oraz o atakach na zwierzęta gospodarskie. Choć wcześniej dopuszczono płoszenie drapieżników, działania te nie przyniosły oczekiwanych efektów.

Warto jednak dodać, że nie przesądził o tym fakt – ataków na zwierzęta gospodarskie i kręcenie się przy zabudowaniach. Zgoda dotyczy wyłącznie osobników wykazujących wyraźne objawy zaawansowanego świerzbu. Według relacji mieszkańców to właśnie chore wilki podchodzą pod domy i zagrody, stanowiąc zagrożenie dla inwentarza, a potencjalnie również dla ludzi. Do urzędu trafiły zdjęcia, nagrania oraz pisemne zgłoszenia dokumentujące obecność chorych zwierząt i przypadki zagryzień. Część szkód została potwierdzona przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, która wskazała, że za zdarzenia może odpowiadać pojedynczy, osłabiony osobnik.

Organ uznał, że w tej konkretnej sytuacji odstrzał może służyć zarówno poprawie bezpieczeństwa mieszkańców, jak i ochronie samej populacji wilka. Zwierzęta dotknięte ciężką chorobą częściej tracą naturalny dystans wobec człowieka, podchodzą bliżej zabudowań i mogą rozprzestrzeniać pasożyta wśród innych osobników.

Decyzja jest ściśle ograniczona. Odstrzelone mogą zostać wyłącznie te wilki, które zostały udokumentowane na zdjęciach i nagraniach oraz mają widoczne objawy choroby. Zadanie wykonają uprawnieni myśliwi z wyznaczonych kół łowieckich: „Łoś” i „Słonka” w Sejnach oraz „Jedynka” w Suwałkach. Każdy przypadek będzie dokładnie udokumentowany fotograficznie, a zwierzę poddane oględzinom z protokołem zawierającym informacje o płci, wieku i miejscu odstrzału. Dopuszczono także możliwość pobrania próbek do badań naukowych. Zezwolenie obowiązuje do końca grudnia 2026 roku.

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!
Likwidacja Siemianówki to szansa na przeżycie dla Narwiańskiego Parku Narodowego (na zdjęciu kładka Waniewo-Śliwno w NPN)

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!

Obecna zima na Podlasiu – ze stałą pokrywą śnieżną i długotrwałymi mrozami – jest zjawiskiem, którego nie obserwowaliśmy od wielu lat. Z punktu widzenia przyrody i gospodarki wodnej to wydarzenie wyjątkowe. Przez ostatnią dekadę Polska doświadczała coraz częstszych susz hydrologicznych, niskich stanów rzek i spadku poziomu wód gruntowych. Brak zim oznaczał brak powolnego, równomiernego zasilania środowiska wodą. Tegoroczna sytuacja tworzy jednak krótkie, ale realne okno szansy.

Śnieg jest naturalnym magazynem wody. W przeciwieństwie do intensywnych opadów deszczu, które szybko spływają powierzchniowo, roztopy zasilają glebę i wody gruntowe stopniowo. Jeśli proces ten zostanie odpowiednio wykorzystany, możliwe jest realne poprawienie bilansu wodnego regionu przynajmniej na jeden, a potencjalnie kilka kolejnych sezonów.

Problem polega na tym, że obecny krajobraz Podlasia nie sprzyja zatrzymywaniu wody. Przez dekady prowadzono intensywne melioracje – prostowano rzeki, osuszano doliny i torfowiska, budowano sieć rowów odprowadzających wodę jak najszybciej do głównych cieków. System ten działa sprawnie, ale jego efektem jest błyskawiczny odpływ wody do Wisły i dalej do morza. W praktyce oznacza to, że nawet po śnieżnej zimie wiosną obserwujemy krótkotrwałe wezbrania, a już latem powrót problemu suszy.

Dodatkowym elementem pogarszającym sytuację jest Siemianówka. Zbiornik ten, ze względu na swoją dużą powierzchnię i niewielką głębokość, powoduje bardzo duże straty wody poprzez parowanie. W okresie letnim z jego lustra znikają miliony metrów sześciennych wody, które mogłyby zasilać rzeki i gleby. W warunkach postępujących susz hydrologicznych taki zbiornik nie pełni funkcji magazynu, lecz działa jak czajnik. Z tego powodu zasadne jest postulowanie jak najszybszego opróżnienia Siemianówki i rezygnacji z jej ponownego napełniania w obecnym modelu gospodarowania wodą.

Pojawia się więc kluczowe pytanie: czy da się coś zrobić szybko, jeszcze w tym sezonie, aby zatrzymać wodę z roztopów? Odpowiedź brzmi: tak, ale w ograniczonym zakresie i bez złudzeń co do skali. Nie ma możliwości przebudowy całego systemu hydrologicznego w kilka miesięcy, jednak istnieją działania, które można wdrożyć bez wieloletnich inwestycji.

Przede wszystkim chodzi o tzw. małą retencję. Obejmuje ona spowalnianie odpływu wody poprzez zamykanie zastawek na rowach melioracyjnych, ograniczanie drożności odpływów oraz czasowe cofanie wody na łąki i tereny zalewowe. Są to rozwiązania technicznie proste i relatywnie tanie, możliwe do wdrożenia lokalnie w ciągu tygodni. Każdy dzień, w którym woda pozostaje w krajobrazie, zwiększa jej infiltrację do gleby i podnosi poziom wód gruntowych.

Drugim istotnym działaniem jest przywracanie – choćby czasowe – naturalnych rozlewisk rzecznych. Doliny rzek pełnią funkcję naturalnych zbiorników retencyjnych. Zatrzymują wodę na dłużej, zmniejszają gwałtowność wezbrań i pozwalają jej wsiąkać w grunt. W wielu miejscach wystarczyłoby nie usuwać przeszkód, które tamują wodę. Tak samo nie należy rutynowo udrażniać i pogłębiać rowów melioracyjnych ani koryt rzek. Wtedy pozwolilibyśmy funkcjonować im zgodnie z naturalnym rytmem.

Wykorzystanie tegorocznych roztopów może przynieść wymierne korzyści. Lepsze uwilgotnienie gleb przełoży się na stabilniejsze warunki dla rolnictwa. Wody gruntowe będą odnawiać się szybciej, co zmniejszy ryzyko wysychania studni. Rzeki dłużej utrzymają przepływ, co ma znaczenie zarówno dla przyrody, jak i dla lokalnych społeczności. Zmniejszy się także podatność krajobrazu na skutki letnich fal upałów.

Obecna zima nie rozwiąże problemu suszy w Polsce. Może jednak stać się punktem zwrotnym w myśleniu o gospodarce wodnej. Jeśli po raz kolejny pozwolimy wodzie szybko odpłynąć, zmarnujemy rzadką szansę, jaką daje ten sezon. Jeśli natomiast podejmiemy nawet ograniczone, ale racjonalne działania, zyskamy czas i konkretne efekty, które będzie można odczuć jeszcze w tym roku.

To nie jest kwestia ideologii ani wielkich haseł. To kwestia prostego wyboru: czy woda ma zostać w krajobrazie, czy – jak przez ostatnie lata – znów bezpowrotnie z niego zniknąć.

To ostatnie dni ferii. Spędźcie je rodzinnie.

To ostatnie dni ferii. Spędźcie je rodzinnie.

Zimowe ferie powoli dobiegają końca, ale to wcale nie oznacza, że trzeba je spędzić w pośpiechu i bez pomysłu. Wręcz przeciwnie – to idealny moment, by wykorzystać to, co w Podlaskiem zimą najcenniejsze: spokój, przyrodę i czas dla siebie oraz bliskich.

Póki jeszcze leży śnieg, warto wybrać się na leśne spacery. Podlaskie lasy zimą mają w sobie coś pierwotnego – skrzypiący pod butami śnieg, cisza przerywana tylko szumem drzew i śladami zwierząt na białych ścieżkach. To także dobry moment na kuligi – te z końmi, kocami i gorącą herbatą, ale też te bardziej spontaniczne, organizowane lokalnie. A jeśli kulig, to najlepiej zakończony ogniskiem – z kiełbaskami, rozmową i prostą radością bycia razem.

Dla tych, którzy wolą bardziej aktywny wypoczynek w mieście, świetnym pomysłem będzie lodowisko. Ostatnie dni ferii to dobra okazja, by jeszcze raz założyć łyżwy – bez presji, bez rywalizacji, po prostu dla zabawy. Alternatywą są baseny i aquaparki (np. w Suwałkach), które pozwalają na chwilę zapomnieć o zimie i rozgrzać się w wodzie, szczególnie gdy za oknem mróz.

Warto też przypomnieć sobie, jak spędzało się czas „kiedyś”. Wspólne wyjście do kina na seans, który naprawdę się ogląda, a nie przewija w telefonie. Albo do teatru – jako małe święto, chwila skupienia i kontaktu z żywym słowem. To proste rzeczy, które dziś znów stają się wyjątkowe.

Ostatnie dni ferii nie muszą być tylko odliczaniem do powrotu do codzienności. Mogą być spokojnym domknięciem zimowego czasu – z ruchem, rozmową, śmiechem i chwilą oddechu. W Podlaskiem nie trzeba daleko jechać, by przeżyć coś wartościowego.

Czas na ferie! Zobacz ile ma do zaoferowania Podlaskie.

Czas na ferie! Zobacz ile ma do zaoferowania Podlaskie.

W ten weekend w województwie podlaskim rozpoczynają się ferie zimowe i potrwają do 1 lutego. To czas długo wyczekiwany przez dzieci, ale także przez dorosłych, którzy planują rodzinne wyjazdy albo szukają pomysłów na atrakcyjne spędzenie wolnych dni na miejscu. Co wyjątkowe, pierwszy raz od lat całe Podlaskie jest skute zimą i na horyzoncie nie widać większych odwilży, co oznacza idealne warunki do aktywności na śniegu przez całe ferie.

Choć wielu mieszkańców ruszy na ferie poza region, równie wielu pozostanie na Podlasiu. W tym roku mogą liczyć na zimę, jaką pamięta się z dzieciństwa, a lista atrakcji na miejscu jest długa i wcale nie gorsza od ofert turystycznych innych części Polski. Wszystko na to wskazuje, że Podlaskie będzie jednym z najciekawszych miejsc w kraju do zimowych rodzinnych aktywności.

Wiele rodzin postawi w tym roku na kuligi – zwłaszcza tam, gdzie zimowe trasy są najpiękniejsze, a śnieg trzyma się na drzewach jak z pocztówki. To jedna z tych atrakcji, które łączą ruch, naturę i klimat dawnych zim, o które coraz trudniej. Z kolei dla miłośników spacerów i krótkich wycieczek znakomitym kierunkiem będzie Puszcza Knyszyńska – zalew w Czarnej Białostockiej o tej porze roku wygląda bajkowo, a rezerwat Krzemianka pozwala zobaczyć, jak zasypane doliny i ścieżki nadają puszczy niemal skandynawski charakter.

Podobnie Puszcza Białowieska – od rezerwatu z żubrami, przez rezerwat ścisły, aż po szlak dębów królewskich – stanowi gotową propozycję na jednodniowe wypady z dziećmi, które często po raz pierwszy mają okazję zobaczyć żubra w zimowej scenerii.

Jeśli ktoś woli bardziej sportowe ferie, wciąż doskonałym wyborem jest narciarski Szelment, który w tym sezonie cieszy się wyjątkowo dobrymi warunkami śniegowymi. Stoki są przyjazne początkującym, a zimowy krajobraz Suwalszczyzny dodaje wrażenia, że ferie odbywają się gdzieś daleko w górach. Podobnie Rybno, gdzie lokalne trasy narciarskie także przyciągają rodziny i amatorów zimowej aktywności, oferując jednocześnie krótszą i łatwiejszą logistykę niż wyjazd na południe kraju.

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Podlaskie to kraina trzech Puszcz, trzech parków narodowych, trzech wielkich rzek i dziesiątek pomniejszych cieków wodnych. To również miejsce, gdzie przyroda wciąż żyje własnym rytmem, a krajobraz – od zielonych łąk po bagienne rozlewiska – zależy od delikatnych bilansów wody. W ostatnich latach zdały się one mocno chwiać. Susze letnie, które jeszcze dekadę temu pojawiały się epizodycznie, dziś stają się niemal regułą, pustosząc łąki i spłycając, a nawet wysuszając rzeki. W tym kontekście śnieg, często postrzegany wyłącznie jako utrapienie kierowców, jest jednym z ostatnich naturalnych mechanizmów regulujących cykl wodny regionu.

Zimą, kiedy Podlasie skuwa mróz, a korony drzew w Puszczy Białowieskiej, Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej uginają się pod ciężarem bieli, przyroda wchodzi w stan spowolnienia. Jednak w bieli kryje się zasób – rezerwa wodna odkładana jest na wiosnę. Wolno topniejąca pokrywa śnieżna pozwala wodzie wsiąkać głęboko w glebę i torfy, odbudowując retencję, bez której latem giną zarówno rośliny, jak i owady, płazy czy migrujące ptaki uzależnione od rozlewisk. W parku narodowym, w Biebrzy śnieg decyduje o przyszłych rozlewiskach; w Wigierskim – o kondycji jezior; w Białowieskim – o żywotności lasu i całych sieci zależności ekologicznych.

Rzeki Podlasia – Narew, Biebrza i Bug – oraz setki mniejszych cieków wodnych są żyłami krwionośnymi krajobrazu. To od śniegu zależy, czy wiosenne wody wypełnią doliny Narwi i rozleją się malowniczym labiryntem, czy Biebrza zyska swoje słynne bagienne zwierciadła, a Bug zachowa głębszy nurt. Brak śniegu zimą nie zawsze oznacza nagłą katastrofę, ale oznacza szybsze, prostsze i bardziej dramatyczne przesuwanie się w stronę letniego przesuszenia. Gleba bez zimowego zasilenia staje się jałowa, owady giną, a ptaki tracą bazę pokarmową. Łosie i jelenie, które zimą korzystają z osłony lasów, latem wędrują coraz dalej w poszukiwaniu wodnych schronień.

Śnieg pełni jeszcze jedno zadanie na Podlasiu – chroni. Pąki drzew przed przemarzaniem, korzenie bylin przed wysychaniem, glebę przed erozją, a torfowiska przed utratą wilgoci. W Puszczy Białowieskiej biała pokrywa zamyka obieg materii organicznej, spowalniając rozkład i pozwalając grzybom oraz mikroorganizmom pracować w tempie, które natura zakładała od tysiącleci. W rozlewiskach Narwi zimowa pokrywa śnieżna amortyzuje gwałtowne zmiany temperatur, umożliwiając przetrwanie jajom płazów ukrytych głębiej w mule, a zimą chroniąc drobne ryby i bezkręgowce.

Podlaskie, choć nadal uchodzi za jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody w Polsce, jest czułe na wahania klimatu. Zimą widać to najsilniej: brak bieli to brak wiosennego zasilania. Jeziora Wigierskiego Parku Narodowego płytko oddychają, bagna Biebrzy schną szybciej, a Białowieski las staje się uboższy pod ziemią, zanim stanie się uboższy nad nią. Śnieg bywa trudny w mieście, ale poza miastem to zasób strategiczny, którego wartość mierzy się nie w centymetrach, a w milimetrach wody i proporcji życia, które może dzięki niej trwać.

W czasach, gdy klimat staje się coraz bardziej niestabilny, warto przypomnieć sobie prostą prawdę: Podlasie żyje dzięki wodzie, a woda wraca dzięki śniegowi. Każda biała zima to inwestycja w zielone lato, w bagienne spektakle Biebrzy, w labirynt Narwi, w potężny spokój Puszcz, w trzepot skrzydeł nad jeziorami Suwalszczyzny i w te niezliczone drobiazgi życia, które milkną, gdy woda znika.

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.
Marszałek Województwa Podlaskiego Łukasz Prokorym / fot. Urząd Marszałka Województwa Podlaskiego

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.

W regionie przyzwyczailiśmy się do tego, że zmiany personalne w spółkach samorządowych mają być symbolem „nowego otwarcia”. W przypadku PKS Nova trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że odwołanie prezesa i powołanie nowej osoby z prokurą samoistną jest nie tyle demonstracją siły, ile wyrazem bezradności. To rodzaj politycznego uniku: skoro nie umiemy rozwiązać problemu strukturalnego, to zmieńmy nazwisko na wizytówce. Tylko że komunikacja publiczna nie jeździ na papierze.

Marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zaprezentował Adama Byglewskiego jako menedżera „największego kalibru”, z bogatym doświadczeniem w transporcie, logistyce i biznesie. To wszystko prawda. Tyle że kompetencje osobiste nie mają tu znaczenia pierwszoplanowego. PKS Nova nie potrzebuje dziś „mocnego człowieka”, lecz jasnych reguł gry – polityki transportowej, systemu współfinansowania, oraz elementarnej odpowiedzialności ze strony samorządów niższego szczebla. Bez tych trzech warstw – merytorycznego, finansowego i administracyjnego fundamentu – każdy kolejny prezes czy prokurent będzie przypominał kierowcę autobusu, któremu kazano wyjechać w trasę bez rozkładu i z resztkami paliwa.

PKS chce być jednocześnie nierentowny i popularny

Najbardziej absurdalny element tej układanki polega na tym, że od PKS Nova oczekuje się dwóch rzeczy wykluczających się nawzajem: ma zarazem nie przynosić strat i nie zamykać połączeń. Dopóki ktoś próbuje utrzymać fikcję, że spółka publiczna może prowadzić deficytowy transport bez dopłat, dopóty każda decyzja zarządu będzie politycznie toksyczna. Jeśli jakikolwiek prezes, cokolwiek likwiduje – jest wrogiem mieszkańców. Jeśli nic nie likwiduje – jest wrogiem finansów. Dopóki marszałek nie rozstrzygnie, które z tych dwóch „złych” ról wybiera, dopóty żadna osoba na stanowisku kierowniczym nie będzie w stanie wykonać sensownej pracy.

To nie jest abstrakcyjna teoria, tylko realny problem. Kiedy odchodzący z końcem miesiąca prezes PKS Nova – Zbigniew Wojno – w obliczu twardych liczb i braku partnerów po stronie gmin i powiatów – zlikwidował blisko sto nierentownych połączeń, na które nikt nie chciał wziąć dopłat z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, otrzymał podziękowanie za współpracę od marszałka. Samorządy powiatowe i gminne miały gotowy instrument finansowy. Pieniądze leżały na stole. PKS Nova proponował pomoc, dokumenty, dane i współpracę. Jedna strona krzyczała, że połączenia są potrzebne, druga udawała, że problem nie istnieje. I tak transport publiczny został rozjechany na skrzyżowaniu bezkolizyjnym: nikt nie miał odwagi nacisnąć hamulca ani dodać gazu.

Samorządy odmówiły współfinansowania. To nie była pomyłka

Fakty są bezlitosne. Powiaty i gminy w Podlaskiem świadomie zignorowały instrument, który w innych regionach uratował dziesiątki linii. Nie było tu chaotycznego poślizgu proceduralnego, lecz czyste zaniechanie, które skutkuje komunikacyjnym wykluczeniem całych miejscowości: od Michałowa i Gródka, przez Łapy i Czarną Białostocką, aż po Dąbrowę, Sejny, Olecko czy Mielnik. To nie prezesi PKS Nova zamykają tym ludziom dostęp do lekarzy, szkół średnich i możliwości dojazdu na studia. To wójtowie i burmistrzowie postanowili, że komunikacja zbiorowa jest kosztem, a nie częścią infrastruktury społecznej.

Na poziomie systemowym jest to fundamentalny problem: PKS Nova nie może być jednocześnie przewoźnikiem społecznej misji i przedsiębiorstwem funkcjonującym według rachunku ekonomicznego, jeżeli lokalne władze nie chcą przejąć swojej części odpowiedzialności. Dopóki nie zostanie to rozstrzygnięte, każdy kolejny prezes będzie miał do wyboru tylko dwa scenariusze: albo zatopić spółkę finansowo, albo zatopić ją politycznie.

Zmiana personalna niczego nie rozwiązuje

W tym sensie powołanie Adama Byglewskiego bardziej przypomina próbę odwrócenia wzroku opinii publicznej od faktycznego problemu. Nie ma żadnego znaczenia, czy stanowisko obejmie menedżer z ADAMPOL-u, były minister, czy kompletny outsider. Nie miałoby też znaczenia, gdyby na stanowisku pozostał Zbigniew Wojno. Dopóki marszałek województwa nie zbuduje klarownego modelu współfinansowania z udziałem powiatów i gmin, PKS Nova będzie żyła w stanie permanentnej niestabilności.

Skoro region (a wcześniej także rząd i samorządy) chciałby mieć publiczny transport autobusowy, to musi wreszcie odpowiedzieć na jedno proste pytanie: czy autobus jest usługą komercyjną, czy usługą publiczną? Dziś próbuje być jednym i drugim. Efektem jest katastrofa – finansowa, logistyczna i społeczna.

Zmiana prezesa nie jest zatem „nowym otwarciem”, lecz symbolicznym potwierdzeniem, że system polityczno-samorządowy nie jest w stanie sam siebie naprawić. I w tym sensie to nie prezes został wymieniony, lecz rola marszałka została zdegradowana do roli komentatora wydarzeń, na które nie ma realnego wpływu. To jest istota bezsilności.

Bardzo dobre warunki zimowe w Podlaskiem. Narty w Biebrzańskim Parku, Supraślu, Szelmencie i Rybnie!

Bardzo dobre warunki zimowe w Podlaskiem. Narty w Biebrzańskim Parku, Supraślu, Szelmencie i Rybnie!

Gruba, stabilna pokrywa śnieżna i utrzymujące się niskie temperatury sprawiają, że to idealny moment, by aktywnie wykorzystać zimę. Jedną z najciekawszych propozycji dla miłośników ruchu na świeżym powietrzu są trasy narciarstwa biegowego wytyczone na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Wyznaczono je w czterech obwodach ochronnych. Najbliżej dostępny jest obwód Osowiec, gdzie wokół Fortu IV poprowadzono pętlę o długości około 4,5 kilometra. W tym miejscu znajduje się również parking, co ułatwia dostęp osobom przyjezdnym. Kolejne trasy zlokalizowane są na ścieżkach edukacyjnych Brzeziny Kapickie oraz na skraju Czerwonego Bagna. Najwięcej odcinków narciarskich przygotowano jednak w basenie środkowym parku, w obwodzie ochronnym Grzędy. Tamtejsza trasa nie ma charakteru pętli – jej pełne pokonanie oznacza wyprawę o długości około 20 kilometrów, licząc w obie strony.

Warto dodać, że białą zimę można wykorzystać także bliżej aglomeracji białostockiej. Trasy do narciarstwa biegowego są przygotowywane również w okolicach Supraśla, który od lat stanowi popularne miejsce rekreacji zimowej. Leśne tereny Puszczy Knyszyńskiej sprzyjają zarówno początkującym, jak i bardziej doświadczonym biegaczom narciarskim.

Dodatkową propozycją dla osób, które chcą w pełni wykorzystać wyjątkowo śnieżną zimę w regionie, jest WOSiR Szelment. Po długim oczekiwaniu sezon zimowy w ośrodku oficjalnie trwa. Sprzyjające warunki pogodowe pozwoliły na uruchomienie stoku oraz pierwszych atrakcji dostępnych dla odwiedzających.

Do dyspozycji gości oddano trasę szkoleniową, przeznaczoną głównie dla osób początkujących oraz dzieci. Do tego są też inne trasy narciarskie dla bardziej doświadczoncyh. Równolegle uruchomiony został snowtubing, czyli zjazdy na pontonach, a także karuzela śnieżna, stanowiąca dodatkową atrakcję rekreacyjną. Docelowo ośrodek oferuje osiem oświetlonych i regularnie ratrakowanych tras narciarskich o zróżnicowanym stopniu trudności. Na miejscu działa wypożyczalnia sprzętu, zaplecze gastronomiczne oraz baza noclegowa o standardzie hotelowym.

Uzupełnieniem zimowej oferty regionu jest również Stacja Narciarska Rybno. Obiekt oferuje trzy trasy zjazdowe oraz pełne zaplecze dla miłośników sportów zimowych, w tym wypożyczalnię sprzętu, możliwość skorzystania z pomocy instruktorów narciarstwa i snowboardu oraz bar, w którym można odpocząć po aktywności na stoku. Oferta skierowana jest zarówno do dzieci i dorosłych rozpoczynających naukę jazdy, jak i do bardziej doświadczonych narciarzy. Obecnie stok czynny jest w dni powszednie w godzinach od 14.00 do 20.00, a w niedziele i święta od 10.00 do 20.00.

Tak śnieżna i stabilna zima w Podlaskiem zdarza się rzadko, dlatego to dobry moment, by skorzystać z naturalnych warunków i odkryć region z zupełnie innej, zimowej perspektywy.

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

W województwie podlaskim z rozkładów jazdy znika blisko sto połączeń autobusowych PKS Nova, bo lokalne samorządy ostentacyjnie odmówiły ich współfinansowania i z pełną świadomością nie sięgnęły po pieniądze, które leżały na stole. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych nie był tajemnicą ani abstrakcyjną obietnicą – był realnym narzędziem ratowania komunikacji. PKS Nova miesiącami biła na alarm, pokazywała liczby, proponowała pomoc w pozyskaniu środków. Odpowiedź? Cisza. Obojętność. Totalne wyparcie odpowiedzialności. Efekt jest prosty: likwidacja połączeń w całym województwie podlaskim. Najwięcej zlikwidowanych połączeń jest między Białymstokiem, a m.in. Łapami, Michałowem, Gródkiem, Czarną Białostocką czy Dąbrową Białostocką.

Nie mamy tu do czynienia z pomyłką ani z trudną decyzją budżetową. To było świadome, zimne zaniechanie władzy lokalnej, które wprost uderza w mieszkańców. Wójtowie i burmistrzowie, którzy nie wykonali absolutnie żadnego ruchu, gdy mogli uratować te połączenia, są dziś bezpośrednio odpowiedzialni za komunikacyjne wykluczenie tysięcy ludzi. To oni zdecydowali, że senior ma być skazany na łaskę innych, gdyby chciał jechać do lekarza. To oni uznali, że młodzież z mniejszych miejscowości musi by prosić rodziców o kosztowne podwózki do szkół ponadpodstawowych. Bardzo kosztowne dla nich będzie też studiowanie czy normalne życie społeczne. To wójtowie skazali wsie na prowincjonalną izolację – bez kina, bez teatru, bez urzędu, bez pracy. To przez nich jeszcze bardziej zapchają się drogi i wyludnią gminy na rzecz dużych polskich miast – i to niekoniecznie Białegostoku.

Nie dlatego, że „system nie pozwalał”. Nie dlatego, że „państwo zawiodło”. Zrobili to, bo im się nie chciało. Bo łatwiej było nic nie zrobić, niż wziąć odpowiedzialność. Pieniądze były. Procedury były. Wsparcie było. Zabrakło tylko jednego: minimalnych kompetencji i elementarnej przyzwoitości. Teraz te środki trafią do innych województw – tam, gdzie samorządowcy rozumieją, że transport publiczny to nie fanaberia, tylko absolutna podstawa funkcjonowania wspólnoty. Podlasie zostaje z niczym, bo jego lokalni włodarze wybrali sabotaż.

Bo nie możemy nazywać tego niekompetencją, bo to słowo nie oddaje w pełni tego co się stało. To jest właśnie administracyjny sabotaż regionu. Cichy, papierowy, przeprowadzony zza biurek, ale skuteczny. Sabotaż, którego konsekwencje mieszkańcy będą odczuwać latami.

Dobrze, że obowiązuje dwukadencyjność dla wójtów i nic nie wskazuje na to, by miała zniknąć. Bo ten poziom pogardy wobec własnych mieszkańców sprawi, że taka lokalna władza, która okupuje stołki od lat wyleci w końcu na polityczny bruk. I słusznie. Samorząd nie może być schronieniem dla nieudaczników, biernych, leniwych i oderwanych od rzeczywistości. Skoro nie potrafili obronić podstawowych interesów swoich gmin, niech przestaną udawać, że kiedykolwiek byli potrzebni.

Lista zlikwidowanych połączeń:

Region Centralny: 

Poniedziałek-piątek

Białystok – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Janów 07:30 08:48

Janów – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Białystok 08:50 10:09

Michałowo – Białystok 13:15 14:10

Białystok – Michałowo 17:00 17:54

Dąbrowa Białostocka – Białystok 05:30 07:18

Białystok – Dąbrowa Białostocka 07:20 09:12

Dąbrowa Białostocka – Białystok 11:10 12:58

Białystok – Dąbrowa B 13:45 15:37

Białystok – Łapy 17:55

Łapy – Białystok 19:00

Białystok – Łapy 19:55

Łapy – Białystok 21:00

Białystok – Łapy 21:55

Grajewo – Ełk 05:40

Ełk – Grajewo 06:20

Grajewo – Ełk 19:15

Ełk – Grajewo 20:00

Grajewo – Rajgród 12:50

Rajgród – Grajewo 13:30

Grajewo – Szczuczyn 16:10

Grajewo – Radziłów 13:05

Ławsk – Radziłów 06:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Grajewo – Radziłów – 13:00

Cyprki – 14:30

Cyprki – 07:00

Grajewo – Wojewodzin – Grajewo – 15:05

Wojewodzin – Grajewo – 08:15

Sobota

Łapy – Białystok 06:30 07:25

Białystok – Łapy 07:25 08:30

Łapy – Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Michałowo– Białystok 05:00 05:55

Białystok – Czarna Białostocka Piłsudskiego 07:30 08:12

Czarna Białostocka Pierekary – Białystok 09:35 10:12

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Dabrowa Białostocka- Sokółka – Zor – Białystok 06:30 08:18

Białystok – Dąbrowa 10:30 12:22

Niedziela

Łapy -Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Michałowo – Białystok 16:20 17:15

Białystok- Mońki 13:15 14:15

Mońki- Białystok 14:20 15:15

Region Południowy 

Łomża – Radziłów o godz. 10:30

Radziłów – Łomża o godz. 12:40

Kolno – Gietki o godz 06:30 i o godz 15:40

Kolno – Lachowo o godz 06:40 i o godz 15:40

Region Północny

Suwałki-Gdańsk, godz. 7:00

Gdańsk-Suwałki, godz. 15:20

Białystok-Suwałki, godz. 5:45

Suwałki-Białystok, godz. 16:30

Olecko-Ełk, godz. 9:30

Ełk-Olecko, godz. 12:55

Ełk-Olecko, godz. 16:00

Suwałki-Sejny, godz. 6:40

Sejny-Suwałki, godz. 14:45

Region Wschodni 

6:30 Wilanowo – Siemiatycze

15:45 Siemiatycze – Wilanowo

8:00 Ciechanowiec – Białystok p. Bielsk Podlaski

16:35 Białystok – Ciechanowiec p. Bielsk Podlaski

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

07:00 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

06:55 Mielnik, szkoła- Mielnik ul. Brzeska 21

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

07:10 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

14:35 Mielnik, szkoła – Mielnik ul. Brzeska 11

Sylwester pod chmurką. Białystok, Łomża i Suwałki organizują skromne imprezy.
fot. materiały UM Białystok

Sylwester pod chmurką. Białystok, Łomża i Suwałki organizują skromne imprezy.

Od lat największe telewizje biją się o widza w sylwestrową noc. W tym wyścigu samorządy nie mają szans, więc z roku na rok jest coraz skromniej, bo gdyby chcieli kontraktować największe gwiazdy, musieliby licytować z telewizjami. Szkoda pieniędzy. Ale z drugiej strony koniec roku to dla wielu osób moment, w którym zamiast domówki chce się po prostu wyjść „do ludzi” – bez biletów, bez rezerwacji i bez zobowiązań. W Podlaskiem tradycyjnie można to zrobić na miejskich sylwestrach. Sprawdziliśmy, gdzie w tym roku będzie można zatańczyć pod chmurką i czego się spodziewać w trzech największych miastach regionu.

W Białymstoku będzie najgłośniej i najbardziej koncertowo, w Łomży bardziej lokalnie i klasycznie, a w Suwałkach tanecznie i bez zbędnych dodatków. Każde z miast oferuje coś innego – warto wybrać to, co najbardziej pasuje do własnego stylu świętowania.

Białystok: Rynek Kościuszki i muzyczny miks stylów

W Białymstoku centrum sylwestrowej zabawy ponownie stanie się Rynek Kościuszki. Start zaplanowano na 31 grudnia o godz. 21:30, więc to propozycja dla tych, którzy nie chcą czekać do północy, by poczuć klimat imprezy. Na początek pojawi się regionalny akcent – duet Maxim & Oliczka, łączący hip-hopowe, miejskie brzmienia z podlaskim białym śpiewem i gwarą. To propozycja raczej nietypowa jak na sylwestra, ale właśnie dzięki temu może przyciągnąć osoby szukające czegoś innego niż standardowa „składanka przebojów”.

Głównym punktem wieczoru będzie koncert Patrycji Markowskiej – rockowo-popowy set z dobrze znanymi utworami, które sprawdzają się na dużej, plenerowej scenie. Po północy i w jej okolicach muzyczną pałeczkę przejmie DJ Brave, stawiający na taneczne klasyki, w tym hity lat 80. Całość ma zostać uzupełniona pokazem laserowym na powitanie Nowego Roku.

To propozycja dla osób, które lubią duże, miejskie wydarzenia i chcą spędzić sylwestra w samym sercu miasta.

Łomża: klasyczny sylwester na Starym Rynku

Łomża pozostaje wierna sprawdzonemu formatowi. Sylwestrowa noc odbędzie się na Starym Rynku, a muzyka zacznie się wcześniej niż w innych miastach – już o godz. 21:00. Line-up opiera się głównie na lokalnych i regionalnych wykonawcach: Mega (21:00), Lovestory (22:00), Julita Kaczyńska z zespołem (23:00), Przemysław Piotrowski z zespołem (ok. 00:10).

Zabawa potrwa do godz. 1:00 w nocy. To sylwester raczej spokojniejszy, bez wielkich nazwisk, ale za to z ciągłością koncertów i wyraźnym tanecznym charakterem. Dobra opcja dla mieszkańców, którzy chcą wyjść na chwilę, spotkać znajomych i wrócić do domu bez zarwanej nocy.

Suwałki: DJ set i taneczna noc na placu Konopnickiej

W Suwałkach sylwester ma bardziej klubowy charakter. Impreza odbędzie się 31 grudnia na placu im. Marii Konopnickiej, a start zaplanowano na godz. 22:00. Za muzykę odpowiada DJ Jurgiel, więc zamiast koncertów można spodziewać się tanecznego seta – rytmy pod zabawę, bez długich przerw i zmian scenicznych. To propozycja dla tych, którzy niekoniecznie przyszli „na gwiazdę”, tylko po to, żeby potańczyć i przywitać Nowy Rok w luźnej atmosferze.

Wstęp jest wolny, a formuła prosta: muzyka, ludzie i wspólne odliczanie do północy.

Kolej ma dobre wiadomości dla naszego regionu. Lepsze trasy i tanie pociągi.

Kolej ma dobre wiadomości dla naszego regionu. Lepsze trasy i tanie pociągi.

Dobre wiadomości dla mieszkańców regionu i wszystkich, którzy odwiedzają Podlaskie. Kolej, która istnieje od XIX wieku, po dekadach zapaści powoli wraca do życia. W ostatnich latach widać to coraz wyraźniej — także w Białymstoku i okolicach. Nie tylko możemy cieszyć się wyremontowanymi dworcami, doczekaliśmy się zadaszenia peronów w Białymstoku i nowoczesnego taboru, ale też coraz śmielej mówi się o kolejnych inwestycjach. Oprócz Rail Baltiki w kierunku Warszawy i włączenia Łomży do sieci kolejowej, szykowana jest nowa inwestycja infrastrukturalna. Do tego dochodzi wyjątkowo atrakcyjna oferta tanich połączeń międzynarodowych. To wyraźny sygnał, że północno-wschodnia Polska staje się coraz ważniejszym punktem na kolejowej mapie kraju i Europy. Pisaliśmy o tym już 6 lat temu. Oczywiście nie przewidzieliśmy wznowienia wojny na Ukrainie, ale…

Dziś, po sześciu latach, widać wyraźnie, że tamte diagnozy były w dużej mierze trafne. Rail Baltica realnie przechodzi z fazy planów i budowy w konkretne odcinki tras. Sporo jeszcze zostało do zrobienia, ale Polska, Litwa, Łotwa i Estonia intensywnie działają w tym kierunku, a pociągi jeżdżą coraz szybciej. Z naszej perspektywy połączenia z Wilnem stają się coraz łatwiejsze i tańsze, a Białystok odzyskuje znaczenie jako punkt wypadowy w stronę północno-wschodniej Europy — dokładnie tak, jak wtedy wskazywaliśmy jako konieczne dla naszego rozwoju.

Jedynym wyjątkiem pozostaje kierunek białoruski i rosyjski. Połączenia do Mińska, Moskwy czy Petersburga zatrzymała sytuacja geopolityczna i wznowienie wojny na Ukrainie, którego wcześniej nikt nie był w stanie przewidzieć. Mimo tego główny scenariusz się spełnia — Białystok przestaje być tylko końcem trasy, a coraz bardziej staje się realną bramą na wschód i do krajów bałtyckich.

Białystok ma jeszcze 6 lat. Potem zaprzepaścimy swoją największą szansę na rozwój gospodarczy.

Z najnowszych dobrych wieści: PKP Polskie Linie Kolejowe planują budowę nowej łącznicy kolejowej w Białymstoku, która połączy linię z Warszawy i Mazur (oraz Łomży i Ostrołęki) z południem Podlaskiego. Nowy, około kilometrowy odcinek toru ma powstać w rejonie dawnego przystanku Białystok Wiadukt, na pograniczu osiedla Nowe Miasto. Dzięki temu pociągi towarowe jadące w stronę Bielska Podlaskiego i Łap będą mogły omijać główny dworzec w centrum Białegostoku. To oznacza sprawniejszy ruch, krótsze czasy przejazdów i mniej składów przejeżdżających przez ścisłe centrum. Dla pasażerów oznacza to również większą przepustowość torów, którą będzie można lepiej wykorzystać. Inwestycja warta 45 mln zł ma zostać zrealizowana w latach 2029–2030, choć na razie przeciągają się formalności środowiskowe.

Równolegle trwają też ogromne inwestycje związane z Rail Baltiką. Odcinek Białystok – Ełk został już rozstrzygnięty przetargowo, a jego budowa ma kosztować ponad 4,5 miliarda złotych. To właśnie ta trasa w przyszłości połączy Podlasie z krajami bałtyckimi nowoczesną, szybką koleją. Choć postępowania środowiskowe jeszcze się wydłużają, kierunek zmian jest jasny — region ma zyskać zupełnie nową jakość połączeń.

Jeszcze lepsze wiadomości płyną dla turystów i osób lubiących szybkie city breaki. PKP Intercity uruchomiło właśnie zwiększoną pulę bardzo tanich biletów do Wilna. Z Białegostoku do stolicy Litwy można teraz pojechać już za 12,90 euro, czyli ponad 40 procent taniej niż zwykle. To jedna z najtańszych międzynarodowych tras kolejowych w Polsce. Promocja obejmuje przejazdy od 15 grudnia 2025 roku aż do 6 czerwca 2026 roku, co daje idealną okazję zarówno na zimowe wypady, jak i wiosenne wycieczki.

To wszystko sprawia, że Białystok i całe Podlasie korzystają podwójnie. Z jednej strony region zyskuje nowe inwestycje, które poprawią płynność ruchu kolejowego i przygotują infrastrukturę pod przyszłe, szybkie połączenia z Europą. Z drugiej — już teraz mieszkańcy i turyści mogą cieszyć się tanimi, wygodnymi podróżami do Wilna. Dla Podlasia to realna szansa na jeszcze większy ruch turystyczny, nowe kontakty biznesowe i umacnianie pozycji regionu jako bramy na Wschód i do krajów bałtyckich.

Featured Video Play Icon

Czy takie zimy jeszcze wrócą na Podlasie?

Prognozy długoterminowe nie zapowiadają, by w tym roku w Podlaskiem spadł śnieg. Poprzednie lata pokazywały, że jak popadało to biały puch leżał tylko przez moment. Ale warto wiedzieć, że w takich miejscach jak Puszcza Knyszyńska, Białowieska czy Augustowska – gdy napada – to leży dłużej niż w mieście. Dlatego jeżeli zaśnieży Białystok, a kolejnego dnia wszystko popłynie, to wcale nie musi być tak samo nieopodal w Czarnej Białostockiej. Tam przy słynnym zalewie możecie dreptać tak, że będzie chrupało wam pod nogami.

Patrząc szerzej na kolejne lata, meteorolodzy są dość zgodni – zimy w Polsce będą coraz krótsze, cieplejsze i bardziej „wahadłowe”. To oznacza, że śnieg będzie pojawiał się rzadziej, ale za to bardziej gwałtownie. Zamiast spokojnych, wielotygodniowych zimowych krajobrazów czekają nas raczej krótkie epizody: dwa, trzy dni bieli i szybki powrót temperatur dodatnich. Największe szanse na opady śniegu przypadać będą nadal na styczeń i luty, choć nawet wtedy nie ma już gwarancji, że śnieg utrzyma się na dłużej niż kilka dni. W prognozach na nadchodzące zimy częściej pojawiają się scenariusze z opadami mieszanymi, deszczem ze śniegiem i gwałtownymi roztopami tuż po większym ochłodzeniu.

Podlaskie jednak od lat rządzi się nieco innymi prawami niż reszta kraju. Geograficznie jesteśmy bliżej wpływów klimatu kontynentalnego niż morskiego, który dominuje na zachodzie Polski. Tu zimy potrafią być ostrzejsze, z większymi spadkami temperatur i dłużej utrzymującym się mrozem przy gruncie. To właśnie dlatego statystycznie mamy więcej dni ze śniegiem niż centralna czy zachodnia Polska. Nawet jeśli ogólnokrajowe prognozy sugerują szybkie roztopy, Podlasie wciąż ma większą szansę na kilka prawdziwie zimowych epizodów w sezonie — szczególnie na obszarach oddalonych od miast, w dolinach, na polanach i w otulinach dużych kompleksów leśnych.

Dlaczego więc w lesie śnieg potrafi leżeć długo, a w mieście znika niemal natychmiast? Wszystko rozbija się o temperaturę podłoża, wilgotność i ingerencję człowieka. W lesie ziemia jest chłodniejsza, osłonięta od wiatru i słońca przez gęste korony drzew. Brak asfaltu, betonu i kostki brukowej sprawia, że podłoże wolniej się nagrzewa, a śnieg topnieje znacznie wolniej. Do tego dochodzi też większa wilgotność powietrza, która sprzyja utrzymywaniu się niskich temperatur przy gruncie.

W mieście działa dokładnie odwrotny mechanizm. Nagrzany asfalt, ciepło oddawane przez budynki, ruch samochodów i systemy ogrzewania powodują tzw. „miejską wyspę ciepła”. Nawet gdy w nocy spadnie kilka centymetrów śniegu, rano często zostaje po nim tylko brudna breja. Sól, piasek i intensywny ruch dodatkowo przyspieszają topnienie.

Dlatego właśnie bywa tak, że w centrum Białegostoku w południe nie ma już po śniegu śladu, a kilkanaście kilometrów dalej, w lesie czy nad zalewem, nadal panuje prawdziwa zima. I choć prawdziwie śnieżne zimy stają się coraz rzadsze, to w podlaskich lasach wciąż można jeszcze czasem znaleźć tę cichą, skrzypiącą pod butami biel – nawet wtedy, gdy miasto o zimie już dawno zapomniało.

Featured Video Play Icon

Przyjeżdża Mikołaj z Laponii. Białystok i Suwałki włączają choinki.

W Białymstoku i Suwałkach rozpoczęło się oczekiwanie na jeden z najbardziej nastrojowych momentów grudnia — uroczyste oświetlenie miejskich choinek. To wydarzenia, które co roku gromadzą mieszkańców i wprowadzają miasta w atmosferę nadchodzących świąt.

W Białymstoku żywa choinka miejska stoi tradycyjnie przy pomniku Józefa Piłsudskiego. Rozbłyśnie już jutro – 6 grudnia, a zgodnie z wieloletnią tradycją towarzyszyć temu będzie przyjazd Mikołaja z Rovaniemi. Gość z Laponii, wspólnie z białostoczanami, około godziny 17 uruchomi świąteczne iluminacje na miejskim drzewku. Atrakcje rozpoczną się wcześniej. Od godziny 15 zaplanowano występy artystyczne i koncerty, a dla uczestników przygotowano konkursy z nagrodami. Już od południa najmłodsi będą mogli porozmawiać telefonicznie z Mikołajem w specjalnie przygotowanej strefie. Przyjazd Mikołaja z Laponii od lat stanowi jedną z największych atrakcji wydarzenia.

Świąteczny klimat zagości również w Suwałkach. O godzinie 17 na Placu Marii Konopnickiej rozpocznie się uroczyste rozświetlenie miejskiej choinki. Wydarzeniu będzie towarzyszyć widowisko muzyczno-taneczne „Magiczny Wieczór”. Na scenie zaprezentują się artyści ze Studia Tańca Radość z Suwalskiego Ośrodka Kultury, zespół Wyszywanka z Związku Ukraińców w Suwałkach oraz zespół Pierwiosnki z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Wspólne występy stworzą wyjątkową, świąteczną atmosferę, która co roku przyciąga mieszkańców w centrum miasta.

Oba wydarzenia, choć odbywają się w różnych miastach, mają wspólny cel — symbolicznie rozpocząć czas świątecznej radości, łącząc mieszkańców we wspólnym przeżywaniu grudniowej tradycji. Podlaskie po raz kolejny udowadnia, że magia świąt zaczyna się od światła, muzyki i wspólnoty.

Ostatnia doba na uratowanie autobusów. Jutro Podlaskie może stracić 39 milionów!

Ostatnia doba na uratowanie autobusów. Jutro Podlaskie może stracić 39 milionów!

Dziś jest 4 grudnia. Termin składania wniosków do Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych mija jutro. To ostatnia doba, by zdecydować, czy mieszkańcy dostaną realny, codzienny transport, czy kolejne miejscowości w Podlaskiem będą dalej znikać z mapy komunikacyjnej.

Prezes PKS Nova opublikował list otwarty, który wprost nazywa rzeczy po imieniu: transport publiczny nie jest luksusem, tylko warunkiem normalnego życia. To autobus dowozi młodzież do szkoły, dorosłych do pracy, a najstarszych do lekarzy i urzędów. Gdy go nie ma — ludzie nie mają jak funkcjonować, a całe wsie popadają w izolację.

W liście pada apel do samorządowców, ale też przypomnienie odpowiedzialności. To gminy i powiaty są organizatorami transportu. To one ustalają, którędy pojedzie autobus i jak często. Operatorzy — PKS Nova i inni regionalni przewoźnicy — deklarują pełną gotowość do realizacji kursów. Flota jest, kierowcy są, doświadczenie jest. Brakuje tylko decyzji samorządów.

Prezes przypomina też o czymś, o czym wielu wójtów woli nie mówić głośno: jeśli Podlaskie nie wykorzysta swoich 39,2 mln zł, pieniądze nie poczekają. Zostaną przesunięte do innych województw — tych, które potrafią mądrze budować sieci połączeń i współpracować między gminami. A wtedy mieszkańcy Podlasia zostaną z niczym.

List podkreśla również to, o czym od początku mówiliśmy: tylko międzygminna współpraca ma sens. Pojedyncza gmina wożąca ludzi „w kółko po swoim terytorium” generuje puste przebiegi. Dopiero wspólna sieć kilku samorządów sprawia, że mieszkańcy faktycznie korzystają z transportu — jadąc do lekarza, szkoły, pracy czy na zajęcia w większym mieście. To w takich układach frekwencja rośnie, a transport zaczyna się „sam napędzać”.

I teraz docieramy do sedna sprawy: jest 4 grudnia. To nie jest moment na analizy i „zastanawianie się”. To jest moment na działanie. Wniosek można złożyć nawet w wersji roboczej — poprawki będzie można wprowadzić później. Jeśli jednak wójt, burmistrz czy starosta tego nie zrobi teraz, jutro o północy będzie za późno. I naprawdę nie będzie co tłumaczyć mieszkańcom. Bo oni wiedzą jedno: jeśli dzieci dalej nie będą miały jak dojechać do szkoły, jeśli starsi nie dostaną się do lekarza, jeśli ludzie będą szukać wśród sąsiadów podwózki licząc na cud — to nie autobus zawinił, tylko samorząd.

Dlatego wybór jest brutalnie prosty: albo teraz, albo potem mieszkańcy mogą wywozić wójta na taczkach. Bo nie da się inaczej nazwać sytuacji, w której gmina z własnej winy traci miliony na transport, a potem tłumaczy ludziom, że „nie było czasu”. Czas jest. Jeszcze kilkanaście godzin. A potem… potem zostaje tylko wstyd.

Featured Video Play Icon

Ogromna szansa, by PKS-y jeździły często po Podlaskiem. Wszystko w rękach wójtów.

Publiczny transport autobusowy w województwie podlaskim stoi dziś przed jedną z największych szans ostatnich lat. Ministerstwo Infrastruktury zabezpieczyło 39,2 mln zł na wsparcie przewozów, a nabór wniosków do Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych na 2026 rok trwa tylko do 5 grudnia 2025 r. To moment decydujący. Od tego, jak gminy wykorzystają dostępne środki, zależy funkcjonowanie połączeń, które dla wielu mieszkańców stanowią jedyną drogę do lekarza, szkoły, pracy, urzędu czy usług w większych ośrodkach. Samo jednak złożenie wniosku to za mało — kluczowe jest jego mądre zaplanowanie, oparte na współpracy, a nie izolacji.

Doświadczenia z poprzednich naborów pokazują, że samodzielne działania pojedynczych gmin, ograniczające się do organizowania połączeń wyłącznie w granicach własnego terytorium, rzadko przynoszą efekty. W takich przypadkach autobusy bardzo często wożą powietrze, bo potrzeby mieszkańców zdecydowanie wykraczają poza układ lokalny. Naturalne kierunki codziennych podróży prowadzą do szpitali powiatowych, szkół średnich, urzędów, centrów handlowych czy miejsc pracy w sąsiednich gminach lub większych miastach. To właśnie te międzygminne przepływy generują największy ruch pasażerski, a przez to czynią linie opłacalnymi i uzasadnionymi.

Dlatego najbardziej efektywnym modelem, rekomendowanym również przez praktyków transportu publicznego, jest budowanie połączeń obejmujących kilka jednostek samorządu terytorialnego – najlepiej w formie związku gmin. Taka współpraca pozwala projektować trasy tam, gdzie faktycznie jeżdżą ludzie, a nie tam, gdzie kończą się granice administracyjne. To również wzmacnia pozycję gmin w procesie ubiegania się o środki.

W poprzednim naborze dofinansowania uzyskały gminy: Szczuczyn, która otrzymała 16,6 mln zł, Stawiski – 14,5 mln zł, a w całym województwie podpisano 57 umów na kwotę 22,1 mln zł, obejmujących łącznie 265 linii o długości ponad 10 tys. km. To dowód, że dobrze zaprojektowane i uzasadnione przedsięwzięcia mają realną szansę na silne wsparcie.

Nie wszystkie gminy posiadają jednak zasób kompetencji, który pozwala samodzielnie przejść przez proces projektowania linii, przygotowania dokumentacji czy sporządzenia wniosku. Właśnie w takich sytuacjach istotną rolę odgrywa PKS Nova, która wspiera podlaskie samorządy w planowaniu i wdrażaniu przewozów autobusowych. Spółka oferuje pomoc w analizie potrzeb mieszkańców, opracowaniu siatki połączeń, przygotowaniu wniosku oraz pełnym przeprowadzenie gminy przez procedury formalne. Dzięki temu nawet niewielkie jednostki, nieposiadające własnych ekspertów, mogą skutecznie ubiegać się o środki i realizować transport publiczny na wysokim poziomie.

Szczególnie ważne jest jednak jedno: czas. Termin składania wniosków mija 5 grudnia 2025. Zwłoka może skutkować utratą możliwości uzyskania dofinansowania na cały rok 2026. Nawet jeśli dokumentacja wymaga w przyszłości dopracowania lub uzupełnienia, najważniejsze jest to, aby wniosek został złożony na czas. Procedury dopuszczają poprawki, lecz nie tolerują spóźnień.

Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych udowodnił już, że przy właściwej organizacji możliwe jest realne odbudowanie siatki połączeń, które odpowiadają na potrzeby mieszkańców. Podlaskie gminy mają do dyspozycji znaczące środki i gotowe wsparcie eksperckie. Teraz pozostaje pytanie, ile z nich wykorzysta tę szansę i zdecyduje się na współpracę, zamiast działać w pojedynkę. Od tej decyzji zależy, czy publiczny transport autobusowy w regionie stanie się realnym narzędziem w walce z wykluczeniem komunikacyjnym, czy pozostanie niewykorzystanym potencjałem.

W jednym można być jednak pewnym: zapotrzebowanie na transport jest duże i rośnie. Mieszkańcy chcą jeździć. Potrzeba tylko jednego — mądrze to zorganizować. Jeśli tego zabraknie, autobusy znów będą kursować puste, a środki publiczne zostaną zmarnowane.

Dziś ruszają magiczne podróże świątecznym pociągiem
fot. LTG Link

Dziś ruszają magiczne podróże świątecznym pociągiem

Świąteczne pociągi LTG Link – naszego litewskiego sąsiada – wracają już po raz czwarty, ponownie zamieniając trasy w pełne świateł i muzycznych dekoracji wagony. Tegoroczna edycja zaczyna się właśnie dziś – 20 listopada i potrwa do 11 stycznia. W wybranych składach pojawią się zupełnie nowe iluminacje inspirowane muzyką.

Dla mieszkańców Podlaskiego to świetna okazja, by połączyć wizytę w Wilnie z wyjątkową, świąteczną podróżą pociągiem. Z naszego regionu codziennie odjeżdża pociąg. Zatrzymuje się w Czyżewie, Łapach, Białymstoku, Sokółce, Augustowie czy Suwałkach. Następnie dojeżdża do litewskiej Mockavy. Tam przesiadamy się do świątecznego pociągu (na tym samym bilecie) i to właśnie tam zaczyna się świąteczna magia. Warto dodać, że po dojechaniu do Wilna, dalej (ale już z osobnym biletem) można ruszyć w dalszą świąteczną podróż.

Warto pamiętać, żeby wybrać wagon numer 2.

Magiczne pociągi kursują na trasach

  • Wilno – Mockava (Warszawa) – dekoracje w wagonie 2 oraz w klasie 1
  • Wilno – Kowno – udekorowany cały pociąg

  • Wilno – Troki – udekorowany cały pociąg

  • Wilno – Kłajpeda – dekoracje w wagonie 2. oraz w klasie 1

  • Wilno – Turmont – dekoracje w wagonie 2. oraz w klasie 1

LTG Link zachęca do wcześniejszego zakupu biletów, zwłaszcza na weekendy. W tych dniach obsługa będzie dodatkowo sprawdzać bilety jeszcze przed wejściem do świątecznie udekorowanych wagonów. Na pozostałe przejazdy bilety będą dostępne jak zwykle. W przypadku zakłóceń lub zmian w ruchu świąteczne pociągi mogą zostać zastąpione standardowymi składami lub transportem zastępczym. Obowiązują wtedy ogólne zasady przewozów LTG Link.

Rozkład jazdy świątecznego pociągu

Mockava → Wilno<

Okres kursowania Godzina odjazdu z Mockavy
21–30 listopada 15:11
1–13 grudnia 15:11
14–31 grudnia 9:09, 15:07, 21:04
1 stycznia 9:09, 15:07, 21:04

Wilno → Mockava

Okres kursowania Godzina odjazdu z Wilna
21–30 listopada 12:35
1–13 grudnia 12:35
14–31 grudnia 6:27, 12:35, 18:30
1 stycznia 6:27, 12:35, 18:30
Featured Video Play Icon

Czy warto jechać do Suwałk poza sezonem? Jeszcze jak! Oto dlaczego.

Suwałki poza sezonem mają ten niezwykły urok, którego trudno zaznać latem – spokój, przestrzeń i czystą naturę bez tłumów turystów. Gdy opadnie gwar wakacyjnych miesięcy, miasto odkrywa swoje prawdziwe oblicze: powolne, harmonijne, pełne lokalnego klimatu i dzikiej przyrody, która wciąż pozostaje na wyciągnięcie ręki.

Jesień i wczesna wiosna to najlepszy moment na odkrywanie samego miasta, powolne spacerowanie po nim, oglądanie zabytków i innych klimatycznych miejsc. Ale to także dobry czas na spędzanie dnia nad pobliskimi jeziorami z krystaliczną wodą oraz odwiedzanie malowniczych szlaków biegnących przez pogranicze polsko-litewskie. Bez korków, kolejek, hałasu, za to z poczuciem, że całe Suwalszczyzna należy tylko do Ciebie. W powietrzu unosi się zapach wilgotnych lasów, a nad polodowcowymi pagórkami często snują się mgły, które tworzą niezwykłą atmosferę.  A jeśli dopisze pogoda, koniecznie trzeba wybrać się na niesamowite wschody nad jeziorem Hańcza.

Co najważniejsze, do Suwałk można dojechać nie tylko samochodem, ale też pociągiem. A gdy już uznamy, że wszystko zwiedziliśmy – można ruszyć na Białystok lub do Kowna i Wilna. Bowiem północne miasto jest także bramą do innych ciekawych miejsc nieopodal. San wyjazd do Suwałk poza sezonem to świeże spojrzenie na region – bardziej autentyczne, naturalne i w pełni zanurzone w suwalskim rytmie. Jeśli szukasz spokoju, natury i prawdziwego kontaktu z miejscem, trudno o lepszą porę, niezależnie czy to plan główny czy tylko przystanek w dalszej podróży.

Featured Video Play Icon

Wigierski Park Narodowy późną jesienią. Czy jest tu co zwiedzać?

Na powyższym filmie widzimy letnie oblicze Wigierskiego Parku Narodowego. To normalne, że zwiedzamy najczęściej w ciepłe dni. Tymczasem, wyjątkowe miejsce na skraju Suwalszczyzny, w listopadzie zmienia swoje oblicze i warto to też zobaczyć na własne oczy. Z letniego, pełnego życia królestwa wody i zieleni przeistacza się w krainę mgieł, szelestu liści i odbić słabego słońca w spokojnych taflach jezior. Choć sezon turystyczny dawno się skończył, to właśnie teraz park pokazuje swoje najbardziej nastrojowe, niemal mistyczne oblicze – idealne dla tych, którzy szukają ciszy, spokoju i kontaktu z prawdziwą naturą. Listopad to czas, gdy szlaki wokół Wigier pustoszeją. Znika zgiełk rowerzystów i kajakarzy, a w ich miejsce pojawia się tylko wiatr i stukot dzięcioła w odległym lesie.

Wigierski klasztor Kamedułów, górujący nad jeziorem Wigry, to obowiązkowy punkt zwiedzania niezależnie od pory roku. Jednak w listopadzie nabiera on szczególnej, surowej urody. Kamienne mury kontrastują z chłodnym błękitem nieba, a z tarasu widokowego rozpościera się widok na spokojne jezioro, które w bezwietrzne dni staje się jak lustro. Warto zajrzeć do cel klasztornych i poczuć atmosferę dawnego życia mnichów – ich rytmu dnia, ciszy i kontemplacji.

Choć większość ptaków odleciała, Wigierski Park Narodowy nie traci na atrakcyjności dla miłośników przyrody. W listopadzie można spotkać łabędzie nieme, kruki, myszołowy, a z odrobiną szczęścia – łosia lub bobra. To też doskonały czas na fotografowanie – niskie słońce tworzy długie cienie i ciepłe, miękkie światło, które wydobywa szczegóły krajobrazu. A po całodniowym spacerze nic tak nie smakuje jak gorąca herbata lub regionalna potrawa w jednej z okolicznych agroturystyk. W wielu miejscach wciąż można wynająć pokój z widokiem na jezioro. – w listopadzie w ciszy i bez pośpiechu.

Wigierski Park Narodowy jesienią to miejsce dla tych, którzy potrafią docenić spokój, chłód powietrza i poetycką urodę północnego krajobrazu. Gdy liście już opadły, a woda milknie, przyroda wstrzymuje oddech – przygotowując się na zimę. I właśnie w tej ciszy tkwi cały urok listopadowego zwiedzania Wigier.

Pociągi pojadą szybciej. Zmiany w rozkładach jazdy.

Pociągi pojadą szybciej. Zmiany w rozkładach jazdy.

Od niedzieli, 26 października, obowiązuje nowy rozkład jazdy pociągów POLREGIO w województwie podlaskim. Najwięcej zmian dotyczy trasy Hajnówka – Siedlce, gdzie z powodu remontu na odcinku Niemojki–Siedlce trzy pociągi będą odjeżdżać kilkanaście minut wcześniej.

Połączenie:

  • Hajnówka (5:10) – Siedlce (7:02) odjeżdża teraz o 4:51
  • Siedlce (15:07) – Hajnówka (16:58) rusza o 14:49
  • Siedlce (18:21) – Białystok (21:30) startuje o 18:10.

Zmiany te będą obowiązywać do 14 listopada. Kolejnego dnia pociągi wrócą do dotychczasowych godzin kursowania. Dodatkowo, w dniach 9–14 listopada, pociąg REGIO z Białegostoku do Ełku (odjazd 14:56) pojedzie na odcinku Prostki–Ełk o 11 minut wcześniej. Na pozostałych trasach — Białystok–Ostrołęka, Białystok–Suwałki i Białystok–Czyżew — rozkład nie ulegnie zmianie. Kolejarze apelują, by przed podróżą sprawdzać aktualne godziny odjazdów.

Tymczasem już 14 grudnia w życie wejdzie nowy roczny rozkład jazdy PKP Intercity, który przyniesie znaczne usprawnienia i nowe połączenia dla mieszkańców północno-wschodniej Polski. Największą zmianą będzie skrócenie czasu przejazdu na trasie Suwałki–Warszawa. Pociąg IC Hańcza pokona tę trasę w 3 godziny i 34 minuty, czyli ponad 40 minut szybciej niż dotychczas, dzięki powrotowi na trasę przez Centralną Magistralę Kolejową (Hańcza jedzie do Krakowa). Skróceniu ulegną także czasy podróży z Białegostoku do innych miast. Do Giżycka – 1 godz. 41 min, do Olsztyna – 2 godz. 59 min, do Krakowa – 4 godz. 7 min. Biorąc pod uwagę ile czasu te trasy pokonywało się wcześniej, trzeba przyznać, że takie rozkłady robią ogromne wrażenie.

Zwiększy się też liczba szybkich połączeń z Białegostoku do Warszawy — z trzech do czterech, które pojadą o godzinach 7:33, 11:33, 17:33 i 19:33, umożliwiając dotarcie do stolicy w zaledwie 1,5 godziny (dzięki nie zatrzymywaniu się na wszystkich stacjach po kolei).

Wśród nowości znajdzie się pociąg IC Wigry relacji Mockava (Litwa) – Suwałki – Białystok – Warszawa – Poznań – Szczecin, co uczyni go trzecim bezpośrednim połączeniem Suwałk z Warszawą. Dodatkowo wydłużona zostanie trasa pociągu IC Korfanty, który pojedzie z Białegostoku aż do Bielska-Białej lub Gliwic, zapewniając mieszkańcom Podlasia wygodny dojazd na Śląsk. W skali całego kraju PKP Intercity uruchomi 56 nowych pociągów, rozbudowując również ofertę międzynarodową o blisko połowę.

Featured Video Play Icon

Zrób to jak dawniej – przetwory z Podlasia wracają do łask

Jesień w Podlaskiem to czas, gdy spiżarnie znowu wypełniają się po brzegi. W słoikach lśnią ogórki, papryka, buraczki, a na półkach dojrzewają kompoty i dżemy z późnych owoców. Choć kiedyś robienie przetworów było koniecznością, dziś coraz więcej osób wraca do tego zwyczaju z wyboru. To nie tylko sposób na zatrzymanie smaku lata, ale też na chwilę spokoju i poczucie, że robi się coś prawdziwego, własnymi rękami.

W Podlaskiem ten rytuał nigdy tak naprawdę nie zanikł. W wielu domach wciąż przygotowuje się tradycyjne kiszonki według rodzinnych receptur, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W beczkach fermentują kapusty, w glinianych garnkach – ogórki, a w piecach suszą się jabłka i grzyby. Coraz częściej młodzi ludzie odkrywają w tym dawnym rytuale coś więcej niż tylko zapasy na zimę – odkrywają spokój i sens prostego życia.

Na giełdzie w Białymstoku z kolei można dostać lokalne przetwory z podlaskich gospodarstw. Bez chemii, bez pośpiechu – z tym samym smakiem, jaki pamiętamy z dzieciństwa. Sok z aronii, miody, chrzany czy ogórki. To wszystko symbol jakości i powrotu do natury. Robienie przetworów to trochę jak zatrzymanie czasu – chwila, w której zapach owoców i ziół przypomina, że życie nie musi być szybkie, by było pełne. Może właśnie dlatego, w epoce gotowych produktów, coraz więcej osób sięga po słoiki, by znów poczuć radość z czegoś własnoręcznie stworzonego.

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Podlaskie w złotej odsłonie jesieni – spaceruj, póki słońce jeszcze grzeje

Jesień rozgościła się w Podlaskiem na dobre, a tegoroczna naprawdę zachwyca. Wystarczy wyjść z domu, by zobaczyć, jak lasy i pola zamieniły się w malarski pejzaż – odcienie złota, czerwieni i pomarańczy tańczą na wietrze, a każdy krok pośród liści brzmi jak cichy koncert natury. To najlepszy moment, by na chwilę zwolnić, wziąć głęboki oddech i poczuć, jak słońce wciąż jeszcze delikatnie ogrzewa twarz.

Wystarczy krótki spacer po Puszczy Knyszyńskiej, wzdłuż Narwi czy po parkach miejskich, by zrozumieć, dlaczego właśnie jesień uchodzi za najbardziej fotogeniczną porę roku. Światło jest miękkie, powietrze czyste, a zapach wilgotnych liści i ziemi tworzy atmosferę, której nie da się odtworzyć o żadnej innej porze. W lesie słychać jeszcze ostatnie śpiewy ptaków przed odlotem, a przydrożne aleje klonów i lip zdają się płonąć w słońcu.

To także czas, kiedy warto oderwać się od ekranu i ruszyć na szlak – nawet krótki spacer wokół wsi, po ścieżkach Biebrzańskiego Parku Narodowego czy bulwarami w Supraślu może działać jak najlepsza terapia. Nie trzeba planować długiej wyprawy – wystarczy pół godziny wśród drzew, by poczuć spokój i przypomnieć sobie, że piękno często jest tuż obok.

Zanim listopadowe deszcze zmyją kolory, wykorzystajmy każdą słoneczną chwilę. Złota jesień nie trwa długo – ale wspomnienia spacerów wśród czerwonych liści zostaną na długo.

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Więcej pociągów z Podlasia na Litwę. Za kilka lat także bez zmiany pociągu.

Dobre wieści dla podróżnych z Podlaskiego i wszystkich, którzy wybierają kolej na trasie do naszych północnych sąsiadów. Od nowego rozkładu jazdy (zmiany są w połowie grudnia) liczba połączeń między Polską a Litwą wzrośnie trzykrotnie. Zamiast jednego pociągu dziennie, z Białegostoku i Suwałk do Wilna będzie można dojechać aż trzema składami. Oprócz dobrze znanej „Hańczy” (Kraków – Wilno przez Warszawę, Białystok i Kowno), na tory wyjedzie również „Wigry” (Szczecin – Poznań – Warszawa – Białystok – Wilno) oraz nowy, krótszy kurs „Jaćwing” na trasie Suwałki – Wilno.

Wszystkie pociągi, tak jak dotychczas, będą wymagały przesiadki w litewskiej Mockavie, gdzie podróżni przechodzą z polskiego składu na szerokotorowy pociąg litewskich kolei LTG Link. Jednak czas przejazdu z Warszawy do Wilna ma się skrócić o około godzinę dzięki lepszej koordynacji przesiadki i temu, że składy „Hańcza” i „Wigry” pokonają odcinek Warszawa – Białystok bez dodatkowych postojów.

Tymczasem za północno-wschodnią granicą prace nad europejską magistralą Rail Baltica wchodzą w decydującą fazę. Na Litwie rozpoczęto już układanie szyn na pierwszych odcinkach nowej linii, m.in. w rejonie Janowa. Do końca roku powstanie niemal dziewięciokilometrowy fragment toru między miejscowościami Šveicarija i Žeimiai, a roboty ziemne i budowa obiektów inżynieryjnych toczą się na ponad 100 kilometrach trasy z Kowna w kierunku Poniewieża.

Rail Baltica to projekt, który całkowicie odmieni podróże między Polską a krajami bałtyckimi. Do 2030 roku powstanie 870 kilometrów normalnotorowej linii kolejowej o europejskim rozstawie 1435 mm – 392 km na Litwie, 265 km na Łotwie i 213 km w Estonii. Tory będą przystosowane do prędkości 249 km/h, co pozwoli pociągom łączyć Warszawę, Białystok, Suwałki z Wilnem, Rygą i Tallinem bez żadnych zmian pociągów i w czasie krótszym niż kiedykolwiek wcześniej.

Dla Podlaskiego to ogromna szansa. Już dziś region staje się ważnym węzłem na szlaku północ–południe, a zwiększona liczba połączeń do Wilna to krok w stronę przyszłej, nowoczesnej kolei dużych prędkości. Do momentu, gdy Rail Baltica będzie gotowa, warto jak najintensywniej rozwijać obecne połączenia – tak, by podróżni z Podlasia coraz częściej wybierali pociąg nie tylko do stolicy Litwy, ale i dalej – ku krajom bałtyckim.

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

Bezmyślni dziennikarze straszą wojną w Podlaskiem, bo to się „klika”. Region ponosi realne straty.

W ostatnich miesiącach media w Polsce znalazły sobie nowe złoto – Przesmyk Suwalski. Temat, który sprzedaje się znakomicie, bo łączy w sobie wszystko, co pobudza emocje: Rosję, wojnę i strach. Każdy, kto wrzuci do tytułu słowa „atak”, „napięcie” i „granica”, może liczyć na tysiące kliknięć. I nie ma znaczenia, że to czysta fantazja – ważne, że ludzie klikają, udostępniają, dyskutują. Strach się sprzedaje, a więc jest produkowany w masowych ilościach. Tyle że w tym wszystkim ginie rzeczywistość, a Podlaskie płaci za tą medialną zabawę bezmyślnych dziennikarzy realną cenę.

Nie ma żadnego zagrożenia dla Przesmyku Suwalskiego. Żadnego. Cała ta narracja o „możliwym ataku” to kompletne brednie, które może powtarzać tylko ktoś, kto nigdy nie spojrzał na mapę i nie ma pojęcia o tym, jak działa armia. Rosja nie może sobie po prostu „najechać” kawałka polskiego terytorium, jakby to była misja w grze komputerowej, gdzie klikamy obszar i wciskamy „atak”. W wojskowości liczy się logika działań i kolejność frontów. Dopóki trwa wojna na Ukrainie, Rosja jest związana tam w stu procentach. Nie ma „zapasowych” sił, zaplecza, ani logistyki, by otworzyć drugi front przeciwko NATO. Żeby w ogóle myśleć o jakimkolwiek ruchu w stronę Przesmyku Suwalskiego, musiałaby najpierw połknąć Ukrainę, potem zająć państwa bałtyckie, a dopiero później – może – rozważać jakieś działania w rejonie Przesmyku Suwalskiego – od strony Litwy. Atak na Polskę przez Suwałki bez zajętej Ukrainy i bez opanowanych krajów bałtyckich to wojskowy absurd, coś, co nie istnieje poza wyobraźnią redaktorów zafascynowanych mapami i czołgami w grach.

Tymczasem te medialne bzdury mają konkretne skutki. Na Podlasie – jeden z najpiękniejszych i najspokojniejszych regionów Polski – ludzie zaczęli rezygnować z wyjazdów, bo „tam może być wojna”. Trzeba wprowadzać bony turystyczne, żeby ratować całe branże. A wszystko dlatego, że medialni nabijacze klikania znalazło sobie sposób na dobry zarobek.

To, co robią media, jest w istocie działaniem przeciwko własnemu krajowi. Bo każdy taki artykuł o „zagrożeniu na wschodzie” uderza nie w Moskwę, tylko w Białystok, Suwałki i Augustów. Zamiast wzmacniać odporność psychiczną społeczeństwa, sieją lęk i nieufność. Zamiast promować Podlaskie jako bezpieczne i piękne, tworzą z niego strefę strachu. Tymczasem tu nikt nie słyszy huku armat, tylko klangor żurawi czy klekot bocianów. Wybrzmiewa też cisza lasu w Puszczy Augustowskiej.

Nie da się zakazać mediom pisania głupot, ale można przestać je nagradzać kliknięciami. Dopóki ludzie będą klikać w każdy tytuł o zagrożeniu w Przesmyku Suwalskim, dopóty te teksty będą powstawać. A więc to od nas zależy, czy pozwolimy się straszyć. Podlasie potrzebuje dziś nie paniki, tylko zdrowego rozsądku. Bo prawdziwe zagrożenie nie nadchodzi ze wschodu, tylko z telewizora i portali, które dawno pomyliły informowanie z sianiem lęku.

Przesmyk Suwalski nie jest żadnym punktem zapalnym, tylko kawałkiem spokojnej ziemi w sercu Europy. Ale jeśli dalej będziemy wierzyć mediom, które żyją z niepokoju, to sami zamienimy ten kraj w jeden wielki obóz strachu. A może lepiej po prostu przyjechać na Podlasie, usiąść nad jeziorem i przekonać się, że jedyne, co tu naprawdę wybucha – to śmiech wszystkich tych, którzy doskonale się bawią w regionie, gdy przełamią strach i przyjadą do nas w gości.

Zamiast bajek o wojnie, lepiej obejrzeć sobie piękną przyrodę z Przesmyku Suwalskiego.