Zdrowie, kultura czy transport pasażerski — to nie są biznesy życia. To są przeważnie zadania samorządowe, czyli takie, które z definicji nie muszą się spinać budżetowo. A mimo to samorządy prowadzą je przez spółki prawa handlowego. A spółka, jak to spółka — musi być na plusie. No i wtedy zaczyna się problem.
Weźmy przykład z naszego podwórka. Od 1 października w powiatach wysokomazowieckim i zambrowskim kilka linii autobusowych PKS Nova znika z mapy. Dlaczego? Bo prawie nikt nie jeździ. A jak prawie nikt nie jeździ, to przewóz jest nierentowny. A jak jest nierentowny, to spółka akcyjna musi go zlikwidować, bo przecież akcjonariusze nie żyją z powietrza. Brzmi logicznie, prawda? Tylko że tu logika uderza w pasażerów.
Ironia polega na tym, że właścicielem PKS Nova jest… Województwo Podlaskie. Czyli de facto państwowa instytucja jest prywatnym przewoźnikiem. A gdyby transportem zajmował się po prostu Departament Infrastruktury i Transportu w urzędzie marszałkowskim, to nie byłoby żadnego wymogu „opłacalności”. Autobus by po prostu jechał — choćby i z trzema pasażerami na pokładzie. Poza tym pasażerów byłoby zdecydowanie więcej, bo gdy nie musimy być rentowni, nie ma znaczenia też cena biletu. Może go w ogóle nie być.
Nawet w tych najmniejszych gminach, gdzie dziś pies z kulawą nogą nie wsiada, nagle okazałoby się, że mieszkańcy jednak „chcą jeździć”, tylko niekoniecznie za cenę biletu droższą niż litr benzyny. Studenci, emeryci, dzieciaki jadące do szkoły, a nawet sąsiad, który od lat nie opuszczał wsi — wszyscy by wsiedli. I nie trzeba do tego wielkiej ekonomii: wystarczy przestać udawać, że autobus to biznes życia.
Na papierze siatka podlaskich połączeń wygląda przyzwoicie: do każdej większej miejscowości dojedziemy. Ale województwo to nie tylko miasta. To aż 119 gmin, z czego 80 to gminy wiejskie. I nagle czar pryska. Autobusu nie zobaczą mieszkańcy Płaskiej, Wyszek, Narewki, Grabowa, Krypna, Trzciannego, Nowego Dworu czy Szudziałowa. Nie dojedzie też nic do Krynek, choć to gmina miejsko-wiejska. A w gminach przyklejonych do Białegostoku rządzi komunikacja miejska.
Gdyby PKS Nova był faktycznie prywatny, bez nadzoru z urzędu marszałkowskiego, to zapewne kursów byłoby jeszcze mniej. Prywatny przewoźnik wozi tam, gdzie się opłaca. I tylko tam. Zajrzyjcie do rozkładów jazdy innych przewoźników, naprawdę prywatnych — cudów nie ma.
No dobrze, ale przecież państwo coś z tym robi. I faktycznie — istnieje Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych. Brzmi poważnie: rząd dopłaca gminom, żeby organizowały kursy tam, gdzie się nie opłaca. Czyli w końcu ktoś pomyślał, że komunikacja to nie tylko rachunek zysków i strat, ale też… ludzie. Pieniądze więc są, miliony leżą na stole. Tylko co robią gminy? Ano nic. W 2023 roku wykorzystano zaledwie 31 proc. środków. W 2024 roku — 33 proc. Efekt? 68 milionów złotych poszło do innych województw.
I tak dochodzimy do sedna. Gdy wójtowie będą przed Wami rozkładać ręce i mówić „nie da się”, a autobusy od 1 października po prostu nie wyjadą, to już będziecie wiedzieć kto jest winny. Ten sam co rozkłada ręce. Ludzie zostają bez dojazdu do pracy, szkoły czy lekarza. A winę można by zrzucić na spółki, na przepisy, na rentowność. Ale prawda jest prostsza: to zwyczajna głupota wójtów.
A teraz wyobraźmy sobie, że te 68 milionów złotych, które lekką ręką oddaliśmy innym województwom, zostałoby wrzucone w siatkę połączeń wieś–miasto–duży węzeł transportowy. Zamiast kombinować, błagać sąsiada o podwózkę, ludzie mieliby normalny autobus rano i drugi powrotny. Dzieciaki dojechałyby do szkoły, starsi do lekarza, a pracujący – do zakładów pracy czy biur. Do tego zyskałyby same miasta, bo ruch i życie społeczne nie kończyłyby się na granicy gminy. Województwo zaczęłoby oddychać jak jeden organizm – wieś i miasto przestałyby być oddzielnymi światami, a stałyby się częściami jednej całości. I wszystko to za pieniądze, które i tak już były, tylko ktoś postanowił, że „nie warto sięgać”.



