Jeszcze kilka lat temu komunijnym „hitem” był rower. Dziś coraz częściej rodzice, chrzestni i dziadkowie wybierają hulajnogi elektryczne. Problem w tym, że to nie jest zabawka. To pojazd, który potrafi rozpędzić dziecko do prędkości większej niż biegnący człowiek, bez żadnej ochrony, karoserii czy poduszek powietrznych. A lekarze w Podlaskiem coraz częściej mówią wprost: oddziały urazowe zaczynają zapełniać się dziećmi po wypadkach na hulajnogach elektrycznych.
W Uniwersyteckim Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Białymstoku lekarze alarmują o lawinowym wzroście ciężkich urazów. Tylko w pierwszym półroczu do szpitala trafiło już 26 dzieci z poważnymi obrażeniami po wypadkach na hulajnogach elektrycznych. To nie są otarcia kolan jak po upadku z roweru. Mowa o urazach głowy, krwiakach mózgu, złamaniach twarzoczaszki i pobytach na intensywnej terapii. W jednym z przypadków 15-latek po zderzeniu z autem doznał trzech krwiaków i dużego obrzęku mózgu.
W Augustowie 11-latek jadący hulajnogą próbował wyprzedzić kolegę i zderzył się z samochodem. Trafił do szpitala. Policja podkreślała później, że chłopca przed tragedią uratował kask. W innym przypadku dwóch nastolatków jechało jedną hulajnogą elektryczną. Po awarii koła obaj upadli i trafili do szpitala. Takich historii w regionie jest coraz więcej.
Najbardziej przerażające jest jednak to, że wielu dorosłych kompletnie nie rozumie, czym naprawdę jest zderzenie przy nawet niewielkiej prędkości. Na szkoleniach dotyczących bezpieczeństwa ruchu drogowego instruktorzy często pokazują prostą rzecz: już przy 7 km/h ciało człowieka podczas nagłego zatrzymania doświadcza bardzo gwałtownego przeciążenia. To mniej więcej prędkość szybkiego marszu. Człowiek potrafi wtedy rozbić nos o deskę rozdzielczą albo mocno uderzyć głową.
Przy 20 km/h — czyli typowej prędkości hulajnogi elektrycznej — energia uderzenia robi się ogromna. Upadek bez kasku zaczyna przypominać wyskoczenie z okna pierwszego piętra. Organizm dziecka nie ma żadnej ochrony. Nie ma pasów bezpieczeństwa. Nie ma stref zgniotu. Jest asfalt, krawężnik albo samochód.
A teraz warto przypomnieć sobie jedną rzecz: większość dzieci komunijnych ma 9 lat. Tymczasem zgodnie z przepisami dziecko poniżej 10 roku życia nie może samodzielnie poruszać się hulajnogą elektryczną po drodze publicznej. Starsze dzieci muszą posiadać kartę rowerową lub odpowiednie uprawnienia.
Policjanci i lekarze coraz częściej apelują, by nie traktować hulajnogi jako „fajnego gadżetu”. To pojazd wymagający refleksu, wyobraźni i odpowiedzialności. Problem w tym, że dzieci ich jeszcze po prostu nie mają. Dziecko nie przewidzi, że samochód wyjedzie zza zaparkowanego auta. Nie oceni drogi hamowania. Nie zrozumie, że mokra kostka brukowa zmienia hulajnogę w pocisk bez kontroli.
Rodzice często mówią: „przecież będzie jeździł tylko po osiedlu”. Tyle że większość groźnych wypadków właśnie tam się wydarza. Na chodnikach. Na ścieżkach rowerowych. Pod blokiem. Kilka sekund nieuwagi wystarczy, by zwykły komunijny prezent skończył się karetką, operacją albo tragedią, która zostanie z rodziną na całe życie.
Może więc zamiast elektrycznej hulajnogi lepiej kupić dziecku coś, co daje radość bez ryzyka rozbicia głowy o asfalt.

