Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

Zwykli ludzie protestują, a milionerzy, deweloperzy i pseudobiznesmeni na tym wygrywają.

W Polsce udała się rzecz zdumiewająca. Części polityków i związanych z nimi środowisk przez lata skutecznie przekonywała ludzi, że ochrona przyrody jest czymś wymierzonym przeciwko zwykłemu człowiekowi. Że ekolog to ktoś, kto chce zamknąć las, zabronić zbierania grzybów, odebrać rolnikowi pole, rybakowi jezioro, a mieszkańcowi możliwość wejścia nad rzekę. Powstało nawet pogardliwe określenie „ekooszołom”, którym można było wygodnie przykleić łatkę każdemu, kto zadawał niewygodne pytania o wycinkę drzew, zabudowę wydm, osuszanie mokradeł czy betonowanie kolejnego kawałka wybrzeża.

Konstytucyjna ochrona

Tymczasem ochrona środowiska nie jest żadnym lewicowym wynalazkiem, fanaberią organizacji pozarządowych ani pomysłem przywiezionym z Brukseli. Jest wpisana wprost do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Artykuł 5 mówi, że państwo zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju. Artykuł 74 idzie jeszcze dalej: ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych, a polityka państwa ma zapewniać bezpieczeństwo ekologiczne również przyszłym pokoleniom. I warto o tym przypominać szczególnie dziś, kiedy słowo „ochrona” zaczęło się wielu osobom kojarzyć przede wszystkim z zakazami.

Partnerzy portalu:

Paradoks polega na tym, że część środowiska politycznego, które dzisiaj tak chętnie straszy ludzi „zamykaniem lasów”, sama pokazała już, jak wygląda prawdziwe zamknięcie lasów. W kwietniu 2020 roku, podczas epidemii COVID-19, po rekomendacji rządowego zespołu kryzysowego wprowadzono ogólnopolski zakaz wstępu do lasów. Straż Leśna miała go egzekwować. Zakaz obowiązywał od 3 kwietnia, a dostęp do lasów przywrócono 20 kwietnia. To właśnie był zakaz wstępu.

Ochrona przyrody zazwyczaj wygląda zupełnie inaczej. Nie polega na ustawieniu szlabanu przed każdym lasem i wypędzeniu z niego człowieka. Najbardziej restrykcyjne ograniczenia dotyczą szczególnych obszarów i wyjątkowo cennych fragmentów przyrody. W ogromnej części chronionych terenów nadal funkcjonują drogi, szlaki, turystyka, rolnictwo czy lokalne społeczności. Nawet przy obecnym sporze o planowany rezerwat Uroczysko Mszar koło Krasnopola Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska podkreśla, że utworzenie rezerwatu nie musi oznaczać zakazu zbierania grzybów, jagód czy żurawiny. Problem leży gdzie indziej.

Najważniejszą funkcją ochrony przyrody jest dzisiaj często obrona wspólnego dobra przed człowiekiem, który ma wystarczająco dużo pieniędzy, aby próbować to dobro zamienić we własny biznes. Bo czym właściwie jest piękne jezioro? Dla mieszkańca jest miejscem spaceru, kąpieli, łowienia ryb, krajobrazem i częścią jego małej ojczyzny. Dla inwestora może być przede wszystkim działką, której wartość wzrośnie kilkukrotnie, jeżeli uda się postawić apartamentowiec wystarczająco blisko brzegu.

Czym jest nadmorski las? Dla tysięcy ludzi to wspólna przestrzeń. Dla dewelopera może być „potencjałem inwestycyjnym”. Czym jest widok na góry? Dobrem wspólnym czy produktem premium sprzedawanym za kilkadziesiąt tysięcy złotych za metr? Na tym właśnie polega konflikt, o którym zbyt rzadko mówi się wprost. Nie pomiędzy „ekologiem” i „zwykłym człowiekiem”. Pomiędzy interesem wspólnym a prywatną maksymalizacją zysku. Polska zna już wystarczająco dużo historii pokazujących, do czego prowadzi sytuacja, w której grunt jest wyjątkowo atrakcyjny, a przepisy ochronne zaczynają inwestorowi przeszkadzać.

W Mechelinkach nad Bałtykiem inwestor próbował wykorzystać specjalne przepisy covidowe, aby bez standardowego pozwolenia postawić dziesięć dwukondygnacyjnych domków. Oficjalnym uzasadnieniem miało być przeciwdziałanie COVID-19, możliwość kwarantanny i rekonwalescencji ozdrowieńców. Problem w tym, że inwestycja powstała na terenie objętym zakazem zabudowy, w sąsiedztwie rezerwatu Mechelińskie Łąki i w otulinie Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Co więcej, jeszcze przed pandemią ten sam inwestor zabiegał o możliwość budowy w tym miejscu i jej nie uzyskał. Sprawa zakończyła się nakazem rozbiórki zabudowy i przywrócenia terenu do poprzedniego stanu.

W Zakopanem powstała historia niemal groteskowa. Na Bachledzkim Wierchu pojawiły się drewniane obiekty, choć teren objęty był ograniczeniami zabudowy. Inwestor przekonywał początkowo, że chodzi między innymi o „poidło dla koni”. Ostatecznie stanęło pięć domków turystycznych pod wynajem. W sierpniu 2026 roku zapadło prawomocne rozstrzygnięcie nakazujące ich rozebranie i przywrócenie działki do wcześniejszego stanu.

Nad morzem presję inwestycyjną widać jeszcze lepiej. W Dźwirzynie, które należy do gminy Kołobrzeg – a nie do miasta Kołobrzeg, co warto wyraźnie podkreślić – powstaje The Elements Resort. Inwestycja znajduje się około 50 metrów od plaży, w pierwszej linii brzegowej, i ma obejmować około 350 apartamentów. Materiały branżowe reklamują ją właśnie bliskością morza, widokiem i inwestycyjnym modelem zakupu lokali.

Sama legalna inwestycja nie jest oczywiście przestępstwem. Jest jednak świetnym obrazem tego, jak ogromną wartość finansową ma możliwość zabudowania przestrzeni znajdującej się tuż obok czegoś, czego nikt nie wyprodukował: plaży, morza, lasu czy jeziora. A w tej samej gminie pojawił się jeszcze dużo poważniejszy wątek.

We wrześniu 2022 roku CBA zatrzymało ówczesnego wójta gminy Kołobrzeg. Według śledczych chodziło o 300 tys. zł łapówki w zamian za korzystne zmiany w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Sprawa dotyczyła między innymi terenów w Dźwirzynie i inwestycji sanatoryjno-hotelowych. Prokuratura skierowała później akt oskarżenia przeciwko sześciu osobom.

Czy naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego planowanie przestrzenne i ochrona środowiska muszą mieć mocne zabezpieczenia?

Jeżeli zmiana kilku kresek na mapie może zmienić wartość gruntów o miliony złotych, presja zawsze będzie gigantyczna. Najbardziej spektakularnym symbolem tej logiki pozostaje jednak Stobnica. W środku obszaru Natura 2000 wyrósł kilkunastopiętrowy obiekt stylizowany na zamek. Budowa przez lata była przedmiotem sporów administracyjnych, śledztw i postępowań sądowych. W kwietniu 2026 roku Naczelny Sąd Administracyjny zakończył jeden z najważniejszych administracyjnych wątków sprawy, uznając, że nie ma podstaw do wzruszenia zgody na budowę. Jednocześnie nadal toczył się proces karny dotyczący nieprawidłowości przy realizacji inwestycji. I właśnie dlatego ochrona przyrody nie może być uzależniona wyłącznie od tego, kto ma większy kapitał, droższą kancelarię i więcej cierpliwości do prowadzenia postępowań przez kolejne lata.

A teraz wróćmy na Podlaskie rejony. W Krasnopolu mieszkańcy protestują przeciwko utworzeniu rezerwatu Uroczysko Mszar. Argumentują, że od pokoleń chodzą tam po grzyby, jagody czy żurawinę i obawiają się ograniczeń. Gmina wcześniej sprzeciwiała się także utworzeniu innych rezerwatów, a pod jednym z protestów podpisało się prawie tysiąc osób. Te obawy trzeba traktować poważnie. Nie wolno mieszkańców pouczać ani traktować jak ludzi, którzy „nie rozumieją ekologii”.

Ale warto zadać inne pytanie. Kto najbardziej skorzysta na tym, że określony teren nigdy nie dostanie silniejszej ochrony? Czy człowiek chodzący tam dwa razy w roku po grzyby? Czy może ktoś, kto za dziesięć lub dwadzieścia lat kupi odpowiednio położoną działkę? Podobny mechanizm widzimy wokół Siemianówki.

Dyskusja o ograniczeniu zbiornika w celu poprawy sytuacji Narwi wywołuje potężne emocje. Mieszkańcy i przedsiębiorcy związani z turystyką obawiają się utraty źródeł dochodu. Padają argumenty o bankructwach, spadku wartości nieruchomości i zniszczeniu gospodarki stworzonej wokół zbiornika. Przyrodnicy zwracają natomiast uwagę na wpływ wielkiego sztucznego akwenu na hydrologię Narwi i problem parowania ogromnych ilości wody.

I znowu: rozmowa o rekompensatach czy interesie mieszkańców jest potrzebna. Ale rzeka nie jest własnością właściciela pensjonatu stojącego nad zbiornikiem. Tak samo jak jezioro nie jest własnością właściciela działki przy brzegu. Rzeka jest systemem, od którego zależą całe regiony. Jeżeli jej funkcjonowanie zostaje zaburzone, koszty ponoszą ludzie oddaleni od konkretnego biznesu o dziesiątki, a czasem setki kilometrów.

Podlaskie powinno tę lekcję znać najlepiej. Przecież już kiedyś słyszeliśmy, że garstka „ekologów” przeszkadza w rozwoju regionu. Że przez Dolinę Rospudy musi przejść droga. Że protestujący komplikują życie normalnym ludziom. Że kilka roślin, ptaków czy bagien nie może być ważniejszych od inwestycji. Ludzi broniących Doliny Rospudy nazywano oszołomami. Symbolem protestu stały się desperackie próby zatrzymania budowy. Po latach mało kto chciałby już powiedzieć, że zachowanie Rospudy było błędem. To samo może dotyczyć kolejnych miejsc.

Największym sukcesem przeciwników ochrony przyrody było wmówienie zwykłemu człowiekowi, że ekolog stoi po drugiej stronie barykady. Tymczasem bardzo często ekolog stoi dokładnie po tej samej stronie co zwykły mieszkaniec. Po stronie człowieka, który nie ma miliona złotych na działkę nad jeziorem. Który nie kupi apartamentu za dwa miliony przy samej plaży. Który nie będzie miał prywatnego pomostu, zamkniętego osiedla ani tarasu z widokiem na morze.

Ale który chciałby nadal móc przyjechać nad tę plażę, wejść do lasu, popatrzeć na rzekę i pokazać ją swoim dzieciom. Bo kiedy ochrona przyrody przegrywa, przyroda bardzo często wcale nie staje się bardziej dostępna dla „zwykłych ludzi”. Najpierw znika las. Potem pojawia się płot. Za płotem apartamenty. A na końcu reklama:

„Ekskluzywna inwestycja w otoczeniu dziewiczej natury”. I właśnie przed tym przede wszystkim jest nam potrzebna ochrona przyrody.

Kamil Gopaniuk
Kamil Gopaniuk

Redaktor naczelny Podlaskie TV, dziennikarz z krwi i kości, a od niedawna także pisarz, który postanowił średniowieczne opowieści przenieść z komputera na papier. Z wykształcenia prawnik-administratywista i filolog polski, z ducha — człowiek pogranicza. Z dziada Białostoczanin, z pradziada Kresowiak, niosący w sobie tę mieszankę uporu, nostalgii i ciekawości świata. Fascynuje go wszystko, co ma w sobie ruch i sens: transport, samorząd, turystyka, przyroda i historia. O tych tematach może pisać długo, namiętnie i bez końca — bo w każdym z nich znajduje opowieść wartą opowiedzenia.