Burmistrz Wasilkowa strzelił sobie w stopę. Bezmyślne kopiowanie Białegostoku.
fot. UM Wasilków

Burmistrz Wasilkowa strzelił sobie w stopę. Bezmyślne kopiowanie Białegostoku.

Wasilków przez lata wygrywał z Białymstokiem czymś bardzo prostym: był blisko miasta, ale nie próbował go bezmyślnie kopiować. Można było tu mieszkać spokojniej, dojechać nad zalew bez analizowania aplikacji parkingowych, parkometrów i regulaminów, a przestrzeń publiczna nie była jeszcze traktowana wyłącznie jako okazja do pobierania kolejnych opłat.

Od 10 lipca ma się to zmienić. Parking przy zalewie od strony ul. Jurowieckiej będzie płatny przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Każda godzina postoju ma kosztować 5 zł, doba 35 zł, a za brak opłaty kierowca może zapłacić dodatkowe 200 zł. Darmowych godzin jak w galerii handlowej czy innym sklepie – brak. Innymi słowy – skok na kasę.

I trudno oprzeć się wrażeniu, że burmistrz Wasilkowa – Adrian Łuckiewicz właśnie strzelił sobie w stopę.

Wasilków nie konkuruje przecież z Białymstokiem liczbą biurowców, apartamentowców, parkometrów i miejskich zakazów. Wygrywa właśnie tym, że nie ma tu jeszcze wszystkich „wielkomiejskich” głupot. Nie trzeba płacić za każdą chwilę postoju. Nie wciska się bloków w każdy możliwy kawałek wolnej ziemi. Nie tworzy się regulaminu, systemu opłat i aplikacji mobilnej tylko dlatego, że ktoś zostawił samochód na kilka godzin.

Oczywiście urząd przedstawia całą sprawę inaczej. Płatny parking ma zwiększyć rotację pojazdów, poprawić dostępność miejsc dla osób wypoczywających i ograniczyć parkowanie samochodów pracowników okolicznych firm. Dodatkowo gmina liczy na wpływy pozwalające pokrywać koszty utrzymania zalewu oraz odzyskanie 350 tys. zł zapłacone przy budowie obiektu.

Brzmi rozsądnie — dopóki nie spojrzymy na cennik. Pięć złotych za każdą godzinę oznacza, że rodzina, która przyjedzie nad zalew na pięć godzin, zapłaci 25 zł wyłącznie za możliwość pozostawienia samochodu. Jeśli ktoś chce spędzić nad wodą niemal cały dzień, bardziej opłaca mu się kupić postój dobowy za 35 zł. To nie jest symboliczna opłata porządkowa. To stawka znana z centrów większych miast albo komercyjnych parkingów przy atrakcjach turystycznych. Tymczasem mówimy o gminnym zalewie, wybudowanym z publicznych pieniędzy, który miał służyć mieszkańcom.

Szczególnie kuriozalnie brzmi informacja, że system będzie działał 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Jeszcze dziwniej wygląda argument, że parking zajmowali pracownicy okolicznych firm. Jeżeli rzeczywiście to był główny problem, można było wprowadzić ograniczenie czasu postoju i kontrolę w wybranych godzinach albo bezpłatny okres parkowania. Zamiast precyzyjnego rozwiązania wybrano najprostsze: zapłacą wszyscy, przez całą dobę.

Urząd zachęca jednocześnie, by nad zalew przyjeżdżać komunikacją publiczną, rowerem miejskim albo przychodzić pieszo. To klasyczna urzędowa odpowiedź, która dobrze wygląda w komunikacie, ale gorzej w codziennym życiu. Nie każdy mieszka obok zalewu. Nie każdy może przyjechać rowerem z dziećmi, torbami, ręcznikami, jedzeniem, parasolem i sprzętem plażowym. Nie każdy w gminie Wasilków ma dogodne połączenie autobusowe.

Wasilków stał się atrakcyjnym miejscem do życia (według rankingów drugie miejsce po Supraślu) właśnie dlatego, że dawał wygody miasta bez jego uciążliwości. Był blisko Białegostoku, ale pozostawał bardziej dostępny, swobodny i ludzki. Decyzja o płatnym parkingu nad zalewem idzie dokładnie w przeciwnym kierunku.

Dziś parkometr pojawia się nad zalewem. Jutro może paść argument, że kolejne miejsce też jest oblegane przez pracowników lokalnej firmy i również powinno „na siebie zarabiać”. Potem następne i następne. W ten sposób małe miasto przestaje oferować alternatywę dla dużego, a zaczyna kopiować jego najgorsze pomysły.

Gmina oczywiście ma prawo szukać pieniędzy na utrzymanie obiektu. Powinna jednak pamiętać, że przestrzeń publiczna nie jest zwykłym biznesem, a mieszkaniec nie jest klientem, którego należy obciążyć opłatą przy każdej możliwej okazji.

Burmistrz Wasilkowa być może zyska wpływy i ładne tabelki w budżecie. Może jednak stracić coś znacznie ważniejszego: przekonanie mieszkańców, że Wasilków jest miejscem przyjaznym, prostym i wolnym od absurdów, z których coraz częściej słyną większe miasta.

Grajewo. Nowa linia kolejowa ma połączyć miasto z Kolnem i Łomżą

Grajewo. Nowa linia kolejowa ma połączyć miasto z Kolnem i Łomżą

Grajewo ma znaleźć się na trasie planowanej nowej linii kolejowej z Łomży przez Kolno do Ełku.

Odcinek wpisano w założenia Zintegrowanej Sieci Kolejowej do 2050 roku jako część Magistrali Wschodniej. To oznacza odejście od wcześniejszych wariantów, które omijały Grajewo i prowadziły linię z Łomży w kierunku Pisza i Giżycka.

Nowy przebieg ma włączyć Grajewo i Kolno w ważny korytarz transportowy oraz poprawić połączenia w stronę Łomży, Ostrołęki i Warszawy.

Na razie chodzi o docelowy plan rozwoju sieci. Szczegółowe harmonogramy budowy i terminy pierwszych prac nie zostały jeszcze podane.

Zdjęcie ilustracyjne

Mielnik. Ruszyła rewitalizacja zabytkowej plebanii na Górze Zamkowej

Mielnik. Ruszyła rewitalizacja zabytkowej plebanii na Górze Zamkowej

W Mielniku rozpoczęła się rewitalizacja zabytkowej plebanii na Górze Zamkowej.

Do zakończenia prac mieszkańcy i turyści muszą liczyć się z utrudnieniami przy dojściu do ruin kościoła i na wzgórze od strony ul. Brzeskiej. Wejście ma być możliwe od strony Bugu.

Po przebudowie zabytkowy budynek ma służyć zarówno turystom, jak i mieszkańcom. Zaplanowano tam wirtualny punkt informacji turystycznej oraz miejsce spotkań.

Koszt rewitalizacji to prawie 1,1 mln zł. Na zabezpieczenie plebanii gmina pozyskała 1 mln zł dofinansowania z Polskiego Ładu.

Prace mają potrwać do końca roku.

Zdjęcie ilustracyjne

Hajnówka. Linia kolejowa do Białowieży może trafić do PKP PLK

Hajnówka. Linia kolejowa do Białowieży może trafić do PKP PLK

Linia kolejowa z Hajnówki do Białowieży może trafić pod zarząd PKP Polskich Linii Kolejowych.

To kolejny krok w stronę przywrócenia połączeń pasażerskich na trasie nieczynnej od ponad 30 lat. Część linii od Nieznanego Boru do Białowieży od 2007 roku należy do powiatu hajnowskiego.

Przed przekazaniem torów ma zostać sporządzony akt notarialny z udziałem PKP S.A. Nieruchomości. Potrzebna będzie też szczegółowa inwentaryzacja i ocena stanu technicznego trasy.

Później linię czeka gruntowny remont. Przewozy pasażerskie miałby w przyszłości organizować samorząd województwa podlaskiego.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. Prof. Mirosław Broniewicz z nominacją profesorską

Białystok. Prof. Mirosław Broniewicz z nominacją profesorską

Dr hab. inż. Mirosław Broniewicz, prof. Politechniki Białostockiej, otrzymał tytuł profesora nauk inżynieryjno-technicznych.

Postanowienie w tej sprawie wydał prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Karol Nawrocki. Nominacja dotyczy dyscypliny inżynieria lądowa, geodezja i transport.

Prof. Broniewicz jest związany z Politechniką Białostocką przez całe życie zawodowe. Specjalizuje się w budownictwie stalowym, a jego dorobek obejmuje ponad 120 artykułów naukowych oraz 18 monografii i poradników projektowych.

Uczelnia podkreśla, że wyniki jego badań były wykorzystywane przy projektowaniu i realizacji konstrukcji stalowych, m.in. stadionów, portów lotniczych, mostów i kładek. Profesor jest także biegłym sądowym i autorem licznych ekspertyz technicznych.

Zdjęcie ilustracyjne

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

Będą nowe rezerwaty rezerwaty w Podlaskiem? Trwają konsultacje.

W województwie podlaskim może przybyć niemal 1000 hektarów terenów objętych ochroną rezerwatową. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku rozpoczęła konsultacje społeczne w sprawie utworzenia pięciu nowych rezerwatów przyrody oraz powiększenia trzech już istniejących. Łącznie chodzi o 943,89 ha.

Chodzi o fragmenty lasów, torfowisk, dolin rzecznych, rozlewisk bobrowych i terenów wokół wyjątkowych jezior, które mają zostać zabezpieczone przed zniszczeniem, wycinką, osuszaniem albo zwyczajnym „zagospodarowaniem” w stylu: najpierw wjedzie sprzęt, a potem będziemy się zastanawiać, co właściwie straciliśmy.

Nowe rezerwaty mają powstać między innymi w Puszczy Augustowskiej i Puszczy Knyszyńskiej. Planowane jest utworzenie rezerwatu Uroczysko Mszar w gminie Krasnopol, gdzie chroniona ma być chamedafne północna – rzadka roślina związana z chłodniejszym, borealnym klimatem. W Puszczy Knyszyńskiej proponowane są między innymi Uroczysko Skarbacinka, Dolina Świnobródki oraz Misiowa Chatka. To miejsca ważne dla ptaków, owadów, starych lasów, martwego drewna, bagiennych borów i naturalnych dolin rzecznych.

Sama nazwa „Misiowa Chatka” może brzmieć jak atrakcja dla dzieci, ale chodzi o bardzo poważną sprawę: ochronę leśnych siedlisk, w których przyroda może funkcjonować bez ciągłego poprawiania jej przez człowieka. W takich miejscach martwe drewno nie jest bałaganem, tylko domem dla owadów, grzybów i ptaków. Stare drzewa nie są „surowcem”, tylko elementem ekosystemu, którego nie da się odtworzyć w kilka lat.

Na liście jest też Uroczysko Giedź w Puszczy Augustowskiej, gdzie występują rzadkie porosty uznawane za wskaźniki starych lasów. To ważne, bo porosty nie dają się oszukać. Nie wystarczy postawić tabliczki „las naturalny” i zrobić zdjęcia do folderu promocyjnego. Jeżeli przez dekady prowadzono intensywną gospodarkę, takie gatunki po prostu znikają.

Powiększone mają zostać również trzy istniejące rezerwaty: Koryciny, Dolina Rospudy oraz Jezioro Hańcza. Szczególnie symboliczna jest Rospuda. To miejsce, które lata temu stało się jednym z najgłośniejszych przykładów sporu o to, czy rozwój musi oznaczać niszczenie najcenniejszej przyrody. Dziś część terenów, które kiedyś mogły zostać przecięte inwestycją drogową, ma trafić pod mocniejszą ochronę.

W przypadku Hańczy chodzi nie tylko o samą wodę, ale także o lasy w zlewni jeziora. To ważne, bo jeziora nie da się chronić wyłącznie przy brzegu. To, co dzieje się w otoczeniu, wpływa później na jakość wody. Jeżeli dookoła pozwolimy na degradację, spływy zanieczyszczeń i presję inwestycyjną, to samo jezioro prędzej czy później za to zapłaci.

I tu dochodzimy do sedna. Rezerwaty nie są fanaberią urzędników ani zabawką przyrodników. Są jedną z ostatnich skutecznych form ochrony miejsc, które jeszcze nie zostały zajechane, osuszone, rozkopane albo pocięte drogami. W Podlaskiem przez lata wiele decyzji podejmowano według prostego schematu: przyroda jakoś sobie poradzi. Tyle że coraz częściej widać, że nie zawsze sobie radzi. Wysychające rzeki, zanikające mokradła, presja na lasy i coraz większy apetyt na tereny atrakcyjne inwestycyjnie pokazują, że granica została w wielu miejscach przekroczona.

Oczywiście rezerwat nie rozwiązuje wszystkich problemów. Nie zastąpi rozsądnej polityki wodnej, nie zatrzyma suszy, nie naprawi błędów melioracji i nie sprawi, że nagle wszyscy zaczną traktować przyrodę poważnie. Ale jest jasnym sygnałem: są miejsca, których nie powinniśmy już ruszać. Nie dlatego, że „ekolodzy zabraniają”, tylko dlatego, że bez takich miejsc województwo podlaskie straci dokładnie to, czym tak chętnie chwali się w folderach turystycznych.

Warto też pamiętać, że rezerwat nie zawsze oznacza całkowity zakaz wejścia. Część takich obszarów może być udostępniana turystycznie, edukacyjnie czy nawet do zbioru runa leśnego, jeżeli nie szkodzi to celom ochrony. Kluczowe jest jednak to, by człowiek był tam gościem, a nie właścicielem z koparką, piłą i planem „zagospodarowania potencjału”.

Nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi. Wołyń to nie powód, by prześladować Ukraińców.

Nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi. Wołyń to nie powód, by prześladować Ukraińców.

11 lipca to jedna z wielu bolesnych dat w polskiej pamięci historycznej. Tego dnia będziemy wspominać ofiary rzezi wołyńskiej – ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów. To nie jest temat do zamiatania pod dywan, rozmywania, relatywizowania ani udawania, że „jakoś to było”. Była zbrodnia. Były spalone wsie, mordowane rodziny, dzieci, kobiety, starcy. Była nienawiść, która zamieniła sąsiadów w oprawców. Pamięć o tych ofiarach jest obowiązkiem państwa polskiego, historyków, rodzin i każdego, kto rozumie, czym jest narodowa wspólnota.

Ale jest też druga prawda, równie ważna dziś, w lipcu 2026 roku.

Pamięć o Wołyniu nie może być pretekstem do popierania rosji w wojnie przeciw Ukrainie. Z perspektywy prawdziwego polskiego patriotyzmu jest to po prostu niedopuszczalne.

Bo patriotyzm nie polega na tym, by dać się prowadzić za rękę państwu, które od pokoleń traktowało Polskę jak teren do podporządkowania, rozbioru, zniewolenia albo zastraszenia. Patriotyzm nie polega na tym, by w imię słusznego bólu po polskich ofiarach powtarzać dzisiaj hasła korzystne dla rosji. Patriotyzm nie polega na tym, by tak nienawidzić Ukraińców za zbrodnię sprzed ponad 80 lat, żeby nie zauważyć, że obecnie to rosja prowadzi brutalną wojnę, niszczy miasta, morduje cywilów i testuje, jak daleko może przesunąć granicę strachu w Europie.

A Polska jest w tej układance następna. Nie dlatego, że ktoś straszy dla efektu. Dlatego, że historia rosyjskiego imperializmu nie zna pojęcia „wystarczy”. Jeśli moskwie udałoby się złamać Ukrainę, granica zagrożenia przesunęłaby się na Polskę. I wtedy wielu dzisiejszych internetowych „realistów”, którzy dziś z zapałem powtarzają po ruskich botach antyukraińskie narracje, mogłoby się bardzo zdziwić, komu naprawdę pomogli.

Jedno jest pewne. Jeszcze przed 11 lipca rosja eskaluje działania informacyjne wymierzone jednocześnie w Polskę i Ukrainę. Obecnie trwa aktywna faza rosyjskiej operacji, której celem jest zerwanie relacji między naszymi krajami. W tym celu wykorzystywana jest właśnie rocznica zbrodni wołyńskiej, bo Kreml doskonale wie, że to temat bolesny, emocjonalny i łatwy do podpalenia. Szczególnie, że na dokładkę bardzo głupio postąpił ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski gloryfikując zbrodniarzy UPA w ostatnim czasie.

Mechanizm jest prosty. Najpierw rosja może „odtajnić” dokumenty dotyczące Wołynia. Potem będą pojawiać się fake newsy, anonimowe konta, fałszywe przekazy, prowokacyjne wygenerowane przez sztuczną inteligencję plakaty i sugestie, że „Ukraińcy w Polsce” mają rzekomo specjalnie obrażać Polaków przed rocznicą.

Wszystko po to, by zwykły człowiek zobaczył obrazek w internecie, zagotował się z emocji i podał dalej. Dlatego nie dajcie się robić w wała ruskim i putinowi.

Obrazek nie musi nikogo nawet przekonywać, że putin jest dobry. Wystarczy, że przekona, iż Ukraina jest naszym głównym wrogiem. Nie musi mówić: „kochajcie rosję”. Wystarczy, że podsunie: „nienawidźcie Ukraińców”. Nie musi wysyłać czołgów na polską granicę, jeśli wcześniej uda się zatruć polską debatę publiczną tak, by Polacy sami zaczęli powtarzać rosyjskie tezy, kłócić się między sobą i osłabiać własne bezpieczeństwo.

To jest wojna informacyjna. Brudna, cyniczna i bardzo skuteczna, jeśli trafia na ludzi, którzy mylą pamięć historyczną z plemienną nienawiścią.

Bo można i trzeba mówić prawdę o Wołyniu. Można domagać się ekshumacji, godnego pochówku, uczciwej edukacji historycznej, jasnego – negatywnego stanowiska władz Ukrainy wobec zbrodni UPA. Można krytykować ukraińską politykę pamięci tam, gdzie jest ona ślepa, niesprawiedliwa albo raniąca dla Polaków. To wszystko mieści się w dojrzałym patriotyzmie. Ale czymś zupełnie innym jest przechodzenie od pamięci o ofiarach do nienawiści wobec całego narodu.

Historia Europy jest pełna zbrodni, które mogłyby być paliwem dla wiecznej wojny wszystkich ze wszystkimi. Potop szwedzki nie jest dziś powodem, by nienawidzić Szwedów. Holocaust, niemieckie obozy zagłady, pacyfikacje wsi i mordowanie Polaków podczas II wojny światowej nie są powodem, by nienawidzić współczesnych Niemców jako narodu. Katyń, zorganizowany przez rosję, nie powinien prowadzić do ślepej nienawiści wobec każdego rosjanina, choć oczywiście obecne państwo rosyjskie i jego imperialna polityka muszą być negatywnie oceniane bez złudzeń.

Tak samo rzeź wołyńska nie może być podstawą do nienawiści wobec wszystkich Ukraińców. Może być podstawą do pamięci. Do bólu. Do żądania prawdy. Do upominania się o groby. Do mówienia, że pojednanie bez prawdy jest puste. Ale nie może być podstawą do tego, by dziś kibicować rosyjskim rakietom spadającym na ukraińskie miasta.

Tu trzeba postawić granicę bardzo wyraźnie: kto używa Wołynia do usprawiedliwiania rosyjskiej agresji, ten profanuje polską pamięć i obraża Polaków.

Bo ofiary Wołynia nie zginęły po to, by ich tragedia stała się narzędziem w rękach kremla. Nie zginęły po to, by rosyjska propaganda mogła dziś rozgrywać polskie emocje jak tanią kartę w internetowej wojnie. Nie zginęły po to, by ktoś w Polsce, siedząc wygodnie przed komputerem, z oburzeniem pisał o ukraińskich zbrodniach sprzed dekad, a jednocześnie milczał wobec rosyjskich zbrodni dziejących się teraz.

Prawdziwy patriotyzm wymaga pamięci, ale też rozumu. Wymaga serca dla polskich ofiar, ale też zimnej oceny współczesnych zagrożeń. A największym zagrożeniem dla Polski w tej części świata nie jest dziś ukraińska matka z dzieckiem, która uciekła przed wojną. Nie jest ukraiński pracownik, który mieszka obok. Nie jest naród ukraiński, który sam płaci gigantyczną cenę za rosyjską agresję.

Największym zagrożeniem jest rosja – imperialna, agresywna, zakłamana i gotowa podpalać cudze konflikty historyczne, byle tylko osłabić tych, którzy stoją jej na drodze.

Dlatego 11 lipca trzeba pamiętać. Trzeba zapalić znicz. Trzeba oddać hołd pomordowanym. Trzeba mówić prawdę o Wołyniu bez lęku i bez poprawnościowych uników.

Ale trzeba też uważać, kto stoi obok z zapałkami.

Suwałki. Pacjent zaatakował ratownika i lekarza w SOR

Suwałki. Pacjent zaatakował ratownika i lekarza w SOR

Ratownik medyczny i lekarz zostali zaatakowani przez pacjenta w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Szpitala Wojewódzkiego w Suwałkach.

Do zdarzenia doszło w poniedziałek po południu, podczas udzielania pomocy medycznej. Według ustaleń policjantów mężczyzna sam zgłosił się do SOR, a następnie w trakcie świadczeń zdrowotnych zaatakował ratownika medycznego.

Obrażeń niezagrażających życiu doznał także lekarz, który próbował pomóc zaatakowanemu ratownikowi. Agresywny pacjent został ujęty przez personel medyczny i pozostaje pod opieką lekarzy.

Policjanci wyjaśniają okoliczności sprawy. Postępowanie prowadzone jest pod kątem naruszenia nietykalności cielesnej lekarza oraz ratownika medycznego.

Zdjęcie ilustracyjne

Nowogród. Prawie 2 mln zł na remont ośrodka kultury

Nowogród. Prawie 2 mln zł na remont ośrodka kultury

Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Nowogrodzie ma przejść gruntowny remont.

Na inwestycję ma trafić prawie 2 mln zł z programu Fundusze Europejskie dla Podlaskiego 2021-2027. Umowa w tej sprawie została podpisana z samorządem województwa.

Projekt dotyczy budynku M-GOK i ma pomóc w stworzeniu nowocześniejszej przestrzeni do działalności kulturalnej oraz społecznej mieszkańców.

To część szerszego wsparcia inwestycji w subregionie łomżyńskim, obejmującego między innymi projekty związane z kulturą, edukacją, rewitalizacją i poprawą jakości przestrzeni publicznych.

Zdjęcie ilustracyjne

Wasilków. 1,26 mln zł na przeniesienie zabytkowego kościoła i dzwonnicy do skansenu

Wasilków. 1,26 mln zł na przeniesienie zabytkowego kościoła i dzwonnicy do skansenu

Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie otrzyma 1,26 mln zł na przeniesienie zabytkowego kościoła i dzwonnicy z Seroczyna na teren muzeum.

Decyzję o przekazaniu pieniędzy podjął Zarząd Województwa Podlaskiego. Środki pochodzą z budżetu województwa i trafią do samorządowej instytucji kultury.

Przeniesienie obejmie świątynię oraz dzwonnicę. Oba zabytkowe obiekty mają trafić z Seroczyna do muzeum w Wasilkowie.

To jedna z decyzji zarządu województwa podjętych 7 lipca.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

Podlaskie to miejsce coraz większych sporów z przyrodnikami. Dlaczego?

Podlaskie coraz częściej staje się miejscem sporów, które z pozoru wyglądają bardzo prosto: są ludzie, którzy chcą coś robić, budować, wydobywać, pływać, gospodarować albo inwestować — i są przyrodnicy, którzy rzekomo wszystkiego zabraniają. W takiej opowieści łatwo zrobić z ekologów wygodnego wroga. Bo przecież „bronią ptaków”, „blokują rozwój”, „stawiają żubra ponad człowiekiem”, „nie pozwalają pływać”, „utrudniają rolnikom życie”.

Tylko że to jest bardzo wygodne uproszczenie. I bardzo niebezpieczne.

Bo prawda jest taka, że Podlasie przez dekady było drenowane z zasobów. Ziemię kopano, rzeki prostowano, bagna osuszano, jeziora traktowano jak tor wodny, lasy jak magazyn drewna, a przyrodę jak przeszkodę, którą trzeba jakoś obejść. Przez lata zawsze znajdowało się uzasadnienie: rozwój, potrzeby ludzi, miejsca pracy, produkcja rolna, wygoda, inwestycje. Tyle że każde „jeszcze trochę” w końcu prowadzi do momentu, w którym ktoś musi powiedzieć: stop.

I właśnie ten moment coraz częściej widzimy w Podlaskiem.

Ziemia sokólska, jedna z najpiękniejszych części regionu, coraz bardziej przypomina wielką kopalnię żwiru. Tam, gdzie powinny być zielone wzgórza, przestrzeń, krajobraz i cisza, pojawiają się hałdy piachu, wyrobiska i ciężki transport. Oczywiście, żwir jest potrzebny. Drogi same się nie zbudują. Tylko że pytanie brzmi: ile jeszcze? Czy naprawdę każdy piękny pagórek, każde pole, każdy fragment krajobrazu ma być potraktowany wyłącznie jako surowiec? Czy Podlasie ma być regionem, który najpierw sam siebie rozkopie, a potem będzie się dziwił, że stracił to, co czyniło go wyjątkowym?

Podobny dramat rozgrywa się wokół wody. Przez lata melioracja była słowem niemal świętym. Osuszano, prostowano, odprowadzano wodę jak najszybciej, bo kiedyś miało to sens. Po wojnie Polska była krajem biednym, głodnym, odbudowującym się. Potrzebne były pola, plony, żywność. Tyle że czasy się zmieniły, a my dalej często myślimy kategoriami sprzed kilkudziesięciu lat. Dziś problemem nie jest nadmiar wody, lecz jej brak. Coraz częściej widzimy suszę, niskie stany rzek, wysychające mokradła, ginące siedliska.

Najbardziej bolesnym symbolem jest Narew i Narwiański Park Narodowy. Siemianówka przez lata miała dawać korzyści, ale dziś coraz wyraźniej widać, że system wodny został naruszony. Rzeka, która powinna żyć swoim rytmem, została podporządkowana ludzkiej kontroli. A kiedy umiera dolina Narwi, nie umiera tylko „jakiś teren przyrodniczy”. Umiera jedno z najważniejszych miejsc na mapie Podlasia. Miejsce, które powinno być dumą regionu, jego wizytówką i naturalnym skarbem.

To samo dotyczy mniejszych rzek, rowów, łąk i bagien. Przez dekady powtarzano, że trzeba „uporządkować” wodę. Tyle że natura nie jest bałaganem. Bagno nie jest nieużytkiem. Meandrująca rzeka nie jest wadą krajobrazu. Mokradło nie jest przeszkodą w rozwoju. To są systemy, które magazynują wodę, chłodzą otoczenie, chronią przed suszą, dają życie tysiącom gatunków. Kiedy je niszczymy, nie wygrywamy z naturą. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy.

Kolejny spór to jeziora augustowskie i konflikt między przyrodnikami a motorowodniakami. Z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą korzystać z wody, pływać, odpoczywać, rozwijać turystykę. Z drugiej — tych, którzy mówią, że dzikie jeziora, Rospuda, cisza i kajakarze też mają prawo istnieć. I znowu: najłatwiej powiedzieć, że ekolodzy przesadzają. Ale każdy, kto próbował spokojnie płynąć kajakiem, gdy obok przelatuje motorówka, wie, że to nie jest drobna niedogodność. To hałas, spaliny, fale, stres dla ludzi i zwierząt. To zmiana charakteru miejsca.

Nie każde jezioro musi być akwenem do szybkiego pływania. Nie każda rzeka musi być dostępna dla motorowego sprzętu. Nie każde dzikie miejsce musi zostać podporządkowane rekreacji rozumianej jako hałas i prędkość.

Podlasie nie wygra tym, że stanie się kopią Mazur z największych wakacyjnych koszmarów. Wygra wtedy, gdy zachowa to, czego gdzie indziej już prawie nie ma: ciszę, dzikość, przestrzeń i naturę, która nie została całkowicie skomercjalizowana.

Są też konflikty najbardziej emocjonalne, bo dotyczą bezpośrednio ludzi. Żubry wchodzą zimą na pola, niszczą uprawy, zadeptują teren. Wilki zagryzają bydło pozostawione na pastwiskach. Rolnicy czują się bezradni i trudno się temu dziwić. Dla kogoś z miasta żubr może być symbolem pięknej przyrody, a wilk znakiem dzikości. Dla gospodarza to czasem realna strata, stres i poczucie, że państwo chroni zwierzęta, ale człowieka zostawia samego z problemem.

Tego nie wolno lekceważyć. Ochrona przyrody nie może polegać na tym, że mieszkańcom wsi mówi się z wyższością: „macie się cieszyć, bo to cenny gatunek”. Jeżeli państwo obejmuje gatunki ścisłą ochroną, musi też uczciwie i szybko rekompensować szkody, pomagać w zabezpieczeniach i rozwiązywać konflikty. Ale z drugiej strony nie można udawać, że rozwiązaniem jest powrót do czasów, w których wszystko, co przeszkadza człowiekowi, można było po prostu odstrzelić, przepłoszyć albo zniszczyć. Żubr i wilk nie są intruzami w Podlaskiem. One były tu przed naszymi ogrodzeniami i mapami działek.

Podobnie jest z ptakami. Dziś każda większa inwestycja musi brać pod uwagę okresy lęgowe, siedliska i gatunki chronione. Dla części mieszkańców brzmi to jak absurd: „znowu jakieś ptaki blokują robotę”. Ostatnio w Juszkowym Grodzie prace zostały wstrzymane ze względu na ptaki właśnie. Jednak w emocjach łatwiej było obwinić przyrodników, a nie tego kto powinien uwzględnić okres lęgu w harmonogramie prac. To pokazuje szerszy problem. Kiedy inwestycja jest źle przygotowana, winni rzadko są ci, którzy popełnili błąd. Najłatwiej wskazać „ekologów”, bo oni w tej opowieści od dawna pełnią rolę czarnego charakteru.

Tymczasem ochrona ptaków w okresie lęgowym nie jest fanaberią. To element cywilizowanego planowania. Prace można prowadzić, inwestycje można realizować, drogi można budować, remonty można wykonywać. Trzeba tylko robić to z głową.

W tle tych wszystkich sporów jest jedno zasadnicze pytanie: czy Podlasie ma być regionem, który zachowa swoje najcenniejsze zasoby, czy miejscem, które sprzeda je kawałek po kawałku, a potem będzie organizować konferencje o „ratowaniu dziedzictwa przyrodniczego”?

Bo łatwo jest mówić o rozwoju. Trudniej zapytać, jaki to ma być rozwój. Czy taki, po którym zostają dziury po żwirowniach, wyschnięte rzeki, hałaśliwe jeziora, zniszczone siedliska i mieszkańcy skłóceni z przyrodą? Czy taki, który rozumie, że natura nie jest luksusem dla bogatych ani przeszkodą dla inwestycji, lecz podstawą życia, turystyki, rolnictwa, zdrowia i lokalnej tożsamości?

Przyrodnicy nie są całym złem tego świata. Nie są też nieomylni i nie powinni być zwolnieni z rozmowy z mieszkańcami. Ale w wielu przypadkach to właśnie oni mówią dziś rzeczy, których inni nie chcą słyszeć. Że nie można bez końca kopać, osuszać, hałasować, betonować, regulować i eksploatować. Że przyroda ma granice wytrzymałości. Że Podlasie nie jest niewyczerpalnym magazynem surowców, wody, przestrzeni i ciszy.

Największy paradoks polega na tym, że ci, którzy dziś krzyczą, że przyrodnicy blokują rozwój regionu, często bronią modelu, który ten region po cichu niszczył przez dekady. A potem, kiedy zostaną suche rzeki, rozkopane wzgórza i jeziora bez spokoju, będzie już za późno na zdziwienie.

Podlasie nie potrzebuje wojny ludzi z przyrodą. Potrzebuje uczciwej rozmowy o granicach. O tym, że rolnik ma prawo do ochrony swoich upraw, ale rzeka ma prawo płynąć. Że inwestycje są potrzebne, ale nie mogą być prowadzone byle jak. Że turystyka jest ważna, ale nie każda forma rekreacji pasuje do każdego miejsca. Że żwir, pola, jeziora i lasy mają wartość ekonomiczną, ale ich wartość nie kończy się na tym, ile można z nich natychmiast wyciągnąć.

Bo jeżeli dziś nikt nie powie „stop”, jutro możemy obudzić się w regionie, który nadal będzie nazywał się Podlasiem, ale z tego, za co naprawdę je kochamy, zostaną już tylko zdjęcia, foldery promocyjne i wspomnienia.

Łomża. Siedem ofert na budowę nowego dworca kolejowego

Łomża. Siedem ofert na budowę nowego dworca kolejowego

PKP S.A. otworzyła oferty w przetargu na zaprojektowanie i budowę nowego dworca kolejowego w Łomży.

Do postępowania zgłosiło się siedem firm. Najtańsza oferta, złożona przez spółkę MK-BUD, wynosi nieco ponad 7,2 mln zł brutto. Najdroższa propozycja przekracza 11,4 mln zł.

Planowany dworzec ma być niewielkim, modułowym budynkiem o powierzchni użytkowej 68,83 mkw. Większość wnętrza zajmie poczekalnia połączona z holem. Przewidziano też pomieszczenia techniczne, sanitariat i małe pomieszczenie obsługi.

Projekt zakłada duże zadaszenie przy budynku, pod którym mają znaleźć się ławki i stojaki rowerowe. Obiekt ma być dostępny bez progów i schodów.

Po podpisaniu umowy wykonawca będzie miał maksymalnie 82 tygodnie na przygotowanie dokumentacji i realizację prac. Teraz oferty sprawdza komisja przetargowa.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. Miasto wystawiło na sprzedaż pięć mieszkań

Białystok. Miasto wystawiło na sprzedaż pięć mieszkań

Miasto Białystok wystawiło na sprzedaż pięć lokali mieszkalnych w różnych częściach miasta.

Najniższa cena wywoławcza dotyczy kawalerki przy ul. Przędzalnianej 4B. Lokal ma 22,94 m², a przetarg rozpocznie się od 179 900 zł.

Wśród ofert są też mieszkania przy ul. Gen. Józefa Bema 91, Lipowej 37, Zagórnej 4 oraz Hanki Ordonówny 6. Ceny wywoławcze wahają się od 179 900 zł do 484 100 zł.

Przetargi zaplanowano na 4, 13 i 14 sierpnia 2026 roku w Urzędzie Miejskim przy ul. Słonimskiej 1. Przed udziałem w licytacji trzeba wpłacić wadium w wyznaczonym terminie.

Łączna wartość cen wywoławczych wszystkich pięciu mieszkań przekracza 1,6 mln zł.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. Prof. Nataliia Maliutina z UwB otrzymała tytuł profesora

Białystok. Prof. Nataliia Maliutina z UwB otrzymała tytuł profesora

Prof. dr hab. Nataliia Maliutina z Wydziału Filologicznego Uniwersytetu w Białymstoku otrzymała tytuł profesora nauk humanistycznych.

Decyzję w tej sprawie podjął Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Karol Nawrocki 2 czerwca 2026 roku.

Naukowczyni pracuje w Katedrze Badań Filologicznych „Wschód – Zachód”. Jest literaturoznawczynią, rusycystką i komparatystką, a jej badania dotyczą m.in. historii i teorii dramatu wschodniosłowiańskiego.

W dorobku prof. Natalii Maliutiny są publikacje poświęcone ukraińskiej dramaturgii końca XIX i początku XX wieku oraz współczesnej dramaturgii rosyjskojęzycznej.

Zdjęcie ilustracyjne

Czy rowerem można bezpiecznie przejechać trasę Białystok – Augustów?

Czy rowerem można bezpiecznie przejechać trasę Białystok – Augustów?

Między Knyszynem a Krypnem ma powstać blisko 6-kilometrowa droga dla pieszych i rowerów. Na razie nie mówimy jeszcze o samej budowie, lecz o przygotowaniu dokumentacji projektowej. To jednak ważny pierwszy krok, bo ten odcinek od dawna prosił się o bezpieczne oddzielenie rowerzystów i pieszych od samochodów. Inwestycja ma objąć trasę o długości około 5,8 km wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 671 na odcinku Knyszyn – Krypno.

Dla mieszkańców obu gmin to oczywiście poprawa codziennego bezpieczeństwa. Obecnie poruszanie się pieszo lub rowerem przy drodze wojewódzkiej nie należy do komfortowych. Jezdnia jest wąska, samochodów nie brakuje, a ruch lokalny sprawia, że rowerzysta często czuje się tam jak nieproszony gość. To zresztą problem wielu podlaskich dróg. Nawet jeżeli są daleko od ekspresówek i dróg krajowych, nie oznacza to jeszcze, że są spokojne. Dziś w wielu rodzinach są po dwa albo trzy auta, a lokalne drogi przejęły ogromną część codziennego ruchu.

Dlatego budowa drogi rowerowej między Knyszynem a Krypnem to dobra wiadomość nie tylko dla mieszkańców. To także ważny fragment większej układanki, czyli bezpiecznego rowerowego połączenia Białegostoku z Augustowem.

Taka trasa już dziś jest możliwa, ale nie wszędzie jest wygodna i bezpieczna. Z Białegostoku można jechać przez Fasty, Dobrzyniewo Duże, Krypno, Knyszyn, Dolistowo Stare, Biebrzański Park Narodowy, a dalej Białobrzegi, by stamtąd lasem dojechać do samego Augustowa, unikając najbardziej nieprzyjaznych rowerzystom dróg. To jeden z ciekawszych kierunków rowerowych w województwie, bo łączy podmiejskie tereny Białegostoku, okolice Knyszyna, dolinę Biebrzy i leśne odcinki prowadzące ku Augustowowi.

Problem w tym, że „da się przejechać” to jeszcze nie znaczy „da się przejechać spokojnie”. Rowerzyści coraz częściej szukają tras, na których nie trzeba co chwilę oglądać się przez ramię i zastanawiać, czy kolejny kierowca zachowa bezpieczny odstęp. Właśnie dlatego potrzebne są nie pojedyncze, przypadkowe kawałki infrastruktury, lecz logiczne ciągi rowerowe, które realnie łączą miejscowości. Odcinek Knyszyn – Krypno może być jednym z takich elementów.

Największe pytanie brzmi jednak: co dalej? Bo jeżeli naprawdę chcemy mówić o bezpiecznej trasie rowerowej z Białegostoku w stronę Biebrzy i Augustowa, to sam fragment między Knyszynem a Krypnem nie wystarczy. Potrzebny byłby cały szlak od Białegostoku przez Dobrzyniewo Duże, Krypno, Knyszyn aż do Dolistowa. Dopiero wtedy rowerzysta mógłby ruszyć z miasta i bez nerwów dojechać w stronę jednych z najpiękniejszych terenów północno-wschodniej Polski.

To ważne nie tylko dla rekreacji. Dobre drogi rowerowe to także alternatywa dla krótkich przejazdów samochodem, szansa na rozwój lokalnej turystyki i sposób na połączenie małych miejscowości z większymi ośrodkami. Podlasie ma ogromny potencjał rowerowy, ale przez lata infrastruktura powstawała punktowo, bez wystarczającego myślenia o długich, bezpiecznych trasach.

Dlatego informacja o przygotowaniach do budowy drogi dla pieszych i rowerów z Knyszyna do Krypna jest dobrą wiadomością. Nie dlatego, że 5,8 km rozwiąże wszystkie problemy. Nie rozwiąże. Ale dlatego, że może być początkiem szerszego myślenia o trasie, którą kiedyś będzie można bezpiecznie pojechać z Białegostoku aż do Augustowa — nie poboczem, nie w stresie, nie między rozpędzonymi samochodami, tylko normalnie, jak w regionie, który naprawdę traktuje rower jako środek transportu i sposób na turystykę.

Łomżyńska prokuratura wraca do pięciu niewykrytych zabójstw

Łomżyńska prokuratura wraca do pięciu niewykrytych zabójstw

Pięć dawnych spraw o zabójstwo nadal pozostaje w zainteresowaniu Prokuratury Okręgowej w Łomży.

To wynik kwerendy spraw zaliczanych do tzw. Archiwum X, czyli najcięższych przestępstw, do których śledczy mogą wracać po latach. Prokuratura analizowała postępowania z lat 1986-2025, dotyczące m.in. zabójstw, usiłowań zabójstw oraz wybranych przypadków bezprawnego pozbawienia wolności.

Łącznie kryteria spełniło 14 spraw. Obecnie pięć z nich pozostaje w zainteresowaniu śledczych. Wszystkie były prowadzone w kierunku zabójstwa i zostały umorzone z powodu niewykrycia sprawcy.

W takich postępowaniach znaczenie mogą mieć nowe badania DNA, analizy odcisków palców, bazy kryminalistyczne, praca profilerów oraz nowe relacje świadków albo informacje od osób trzecich.

Zdjęcie ilustracyjne

Bielsk Podlaski. Proszkownia Laktopol-B ma zostać wyłączona

Bielsk Podlaski. Proszkownia Laktopol-B ma zostać wyłączona

Starosta bielski nakazał wyłączenie z eksploatacji nowej proszkowni mleka i serwatki w zakładzie Laktopol-B w Bielsku Podlaskim.

Decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności. Oznacza to, że przedsiębiorstwo ma wstrzymać pracę instalacji w ciągu trzech dni od doręczenia decyzji.

Ograniczenia dotyczą linii CDI-800. Obejmują zakaz rozpoczynania nowych cykli produkcyjnych, obowiązek wyłączenia i zabezpieczenia instalacji oraz zakaz odprowadzania ścieków przemysłowych związanych z jej działaniem.

Spółka ma też przekazywać staroście comiesięczne raporty potwierdzające, że instalacja pozostaje wyłączona z eksploatacji.

Decyzja dotyczy instalacji wskazywanej jako źródło uciążliwości zgłaszanych przez mieszkańców. Sprawa może mieć dalszy ciąg w postępowaniu odwoławczym.

Zdjęcie ilustracyjne

Suwałki. Anna Dzienis obchodzi 100. urodziny

Suwałki. Anna Dzienis obchodzi 100. urodziny

Suwalczanka Anna Dzienis obchodzi 100. urodziny.

Jubilatka urodziła się 4 lipca 1926 roku w Cegielni, czyli dzisiejszej Dąbrówce koło Suwałk. W życiu zawodowym pracowała w gospodarstwie rolnym oraz w zakładach drobiarskich.

Wychowała dwoje dzieci, jest babcią, prababcią i praprababcią. Mimo wieku nadal pielęgnuje swoje pasje: kwiaty oraz robótki ręczne na szydełku i drutach.

Z okazji jubileuszu odwiedził ją prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz, który przekazał życzenia, list gratulacyjny i upominek.

Źródło zdjęcia: Oficjalny portal miasta Suwałki

Featured Video Play Icon

Co za film! Tak wyglądała Łomża 25 lat temu. Niewiarygodne zmiany.

Dwadzieścia pięć lat to niby niewiele. W życiu miasta to zaledwie chwila. A jednak wystarczy włączyć archiwalne nagranie z Łomży, żeby poczuć, że patrzymy już na trochę inny świat. Niby te same ulice, znajome budynki, ten sam ruch, ten sam rytm miasta, a jednak wszystko wydaje się jakby spokojniejsze, prostsze i bardziej „analogowe”.

Na filmie nagranym w okolicach dworca PKS widać Łomżę sprzed dwudziestu kilku lat. Dla jednych będzie to zwykły zapis miasta z tamtego czasu. Dla innych — sentymentalna podróż do miejsc, które pamiętają z codziennych dojazdów, powrotów ze szkoły, pierwszych samodzielnych wyjazdów albo rodzinnych wypraw autobusem.

Dworzec PKS przez lata był jednym z ważniejszych punktów na mapie Łomży. To tu zaczynały się i kończyły trasy do Białegostoku, Warszawy, Ostrołęki, Zambrowa, Kolna czy mniejszych miejscowości regionu. Dla wielu mieszkańców nie był tylko budynkiem z kasami i stanowiskami autobusowymi. Był miejscem oczekiwania, spotkań, pożegnań i powrotów. Miał swój własny klimat: odgłos silników, zapach spalin, zapowiedzi odjazdów, ludzie z torbami, uczniowie, pracownicy, podróżni, którzy po prostu chcieli gdzieś dotrzeć.

Dziś takie nagrania ogląda się zupełnie inaczej niż wtedy, gdy powstawały. W momencie nagrywania były zwyczajnym filmem z miasta. Ot, ktoś wziął kamerę, przeszedł się lub przejechał przez okolicę i zarejestrował codzienność. Dopiero czas sprawił, że ten zwykły obraz nabrał wartości. Bo właśnie codzienność starzeje się najciekawiej.

Na takich filmach widać rzeczy, na które kiedyś nikt nie zwracał uwagi: stare szyldy, samochody, ulice, elewacje budynków, przystanki, reklamy, chodniki, sposób ubierania się ludzi. Widać też tempo miasta. Nie ma jeszcze tak wszechobecnych smartfonów, nie wszystko jest podporządkowane ekranom, a miejska przestrzeń wygląda mniej „wygładzona” niż dziś. To Łomża z czasów, które wielu pamięta doskonale, choć jednocześnie wydają się już zamkniętym rozdziałem.

Dziś, gdy oglądamy Łomżę sprzed 25 lat, łatwo złapać się na myśli: „przecież to było tak niedawno”. A potem przychodzi drugie wrażenie — że jednak zmieniło się bardzo dużo. Miasto wyglądało inaczej, ludzie żyli trochę inaczej, podróżowało się inaczej. I choć nie wszystko z tamtych lat było lepsze, to takie filmy mają w sobie szczególny urok. Przypominają, że historia miasta nie składa się wyłącznie z wielkich wydarzeń. Tworzą ją także zwykłe ulice, autobusy, dworce, sklepy, przechodnie i codzienny ruch.

Właśnie dlatego warto oglądać takie nagrania. Nie tylko z nostalgii, ale też po to, by zobaczyć, jak szybko zmienia się świat wokół nas. Bo za kolejne 25 lat dzisiejsza Łomża też będzie wyglądać jak archiwum. A ktoś obejrzy współczesny film i powie dokładnie to samo: „pamiętam, tak kiedyś było”.

Jedwabne. Prokuratura wyjaśnia sprawę porzuconych psów

Jedwabne. Prokuratura wyjaśnia sprawę porzuconych psów

Prokuratura Rejonowa w Łomży wyjaśnia, co stało się z siedmioma psami pochodzącymi z gminy Jedwabne.

Zwierzęta przez pewien czas przebywały w schronisku „Cyganowo” w gminie Mońki. Na początku kwietnia gmina odebrała je i przekazała do psiego hotelu w okolicach Łomży, gdzie przez około miesiąc przechodziły m.in. szkolenie behawiorystyczne.

Później wszystkie siedem psów miała adoptować jedna kobieta. Niedługo potem w mediach społecznościowych pojawiły się nagrania kilku zwierząt błąkających się w okolicach wsi przy kompleksie leśnym Czerwony Bór. Dzięki chipom potwierdzono, że to psy z gminy Jedwabne.

Zawiadomienia do prokuratury złożyli Fundacja Kundelek z Iłowa i burmistrz Jedwabnego. Śledczy będą sprawdzać, kto adoptował zwierzęta, w jakich warunkach przebywały, dlaczego zostały porzucone i gdzie są pozostałe psy z tej siódemki.

Zdjęcie ilustracyjne

Suwałki. Pijany jechał hulajnogą elektryczną

Suwałki. Pijany jechał hulajnogą elektryczną

Suwalscy policjanci zatrzymali mężczyznę, który jechał hulajnogą elektryczną w stanie nietrzeźwości.

Funkcjonariusze ruchu drogowego zauważyli go na ulicy Kościuszki. Styl jazdy mężczyzny wzbudził ich zainteresowanie, dlatego zatrzymali go do kontroli.

Badanie alkomatem wykazało blisko 1,5 promila alkoholu w organizmie.

Za kierowanie hulajnogą elektryczną w stanie nietrzeźwości mężczyzna został ukarany mandatem w wysokości 2500 zł.

Zdjęcie ilustracyjne

Grajewo. Mieszkańcy zbierają podpisy pod referendum

Grajewo. Mieszkańcy zbierają podpisy pod referendum

W Grajewie grupa mieszkańców zbiera podpisy pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania burmistrza Macieja Bednarki.

Komitet został zarejestrowany w biurze wyborczym. Inicjatorzy muszą zebrać 1650 podpisów. Mają na to jeszcze sześć tygodni.

Zarzuty dotyczą m.in. sposobu traktowania mieszkańców, braku inwestycji i przygotowania miejskich spółek do przetargów. Burmistrz odpowiada, że referendum jest narzędziem demokracji i deklaruje gotowość do oceny przez mieszkańców.

Maciej Bednarko podkreśla, że ma za sobą absolutorium i wotum zaufania Rady Miasta Grajewo.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

Rower, Suwałki i Wigry. Ten kierunek to gotowy przepis na świetny dzień.

Są takie miejsca, które najlepiej ogląda się nie zza szyby samochodu, nie w pośpiechu i nie z telefonem przyklejonym do dłoni. Suwałki i okolice Wigier należą właśnie do tej kategorii. Tu warto przyjechać z rowerem, zwolnić tempo i pozwolić, żeby krajobraz robił swoje. A robi bardzo dużo.

Suwałki często traktowane są jako miasto „po drodze”. Ktoś jedzie na Litwę, ktoś w stronę Sejn, ktoś nad jeziora, ktoś jeszcze dalej na północ. Tymczasem warto się tu zatrzymać choćby na kilka godzin. Miasto ma spokojny rytm, szerokie ulice, ciekawą historię i klimat pogranicza. Można przejechać się przez centrum, zajrzeć w okolice ulicy Chłodnej, odwiedzić park Konstytucji 3 Maja, zatrzymać się przy pomniku Marii Konopnickiej i poczuć, że Suwałki nie są tylko punktem na mapie, ale dobrą bazą wypadową do jednej z najpiękniejszych rowerowych tras w tej części Polski.

Bo prawdziwa przygoda zaczyna się kawałek dalej – przy jeziorze Wigry.

Pętla wokół Wigier to propozycja dla tych, którzy lubią, gdy trasa rowerowa ma wszystko: wodę, las, pagórki, widoki, zabytki, drewniane pomosty, ciche wsie, miejsca na odpoczynek i ten charakterystyczny suwalski krajobraz, który raz jest sielski, raz dziki, a raz wygląda tak, jakby ktoś specjalnie ustawił go pod pocztówkę.

Sama trasa wokół jeziora ma około 48 kilometrów. To dystans, który dla wprawionych rowerzystów będzie przyjemną jednodniową wycieczką, ale nie warto robić go na zasadzie „byle szybciej”. Wokół Wigier co chwilę jest coś, przy czym chce się zejść z roweru. A to widok na jezioro, a to drewniana kładka, a to ścieżka przez las, a to miejsce, w którym cisza jest tak gęsta, że człowiek automatycznie przestaje mówić za głośno.

Jednym z najważniejszych punktów na trasie jest oczywiście pokamedulski klasztor w Wigrach. Położony na półwyspie, górujący nad wodą, jest jednym z tych miejsc, które robią wrażenie nawet na osobach, które deklarują, że „zabytki to nie dla mnie”. Tu historia, architektura i krajobraz sklejają się w jedną całość. Można wejść na teren klasztoru, popatrzeć na jezioro z góry i zrozumieć, dlaczego Wigry od lat przyciągają turystów, fotografów, kajakarzy i rowerzystów.

Kolejny punkt, którego nie warto omijać, to Stary Folwark i Muzeum Wigier. To dobre miejsce, by lepiej zrozumieć, czym właściwie jest Wigierski Park Narodowy, dlaczego ten teren jest tak cenny i co żyje w wodzie, lesie oraz na torfowiskach. Przy okazji Stary Folwark może być też praktycznym miejscem startu dla tych, którzy nie chcą zaczynać całej wyprawy z Suwałk.

Po drodze pojawiają się też punkty widokowe, pomosty, leśne odcinki i fragmenty prowadzące przez spokojne miejscowości. Warto zahaczyć o okolice Bryzgla, skąd rozciągają się piękne widoki na jezioro. Warto też mieć oczy szeroko otwarte w rejonie Krusznika, gdzie krajobraz potrafi wynagrodzić każdy podjazd. Bo tak, trzeba to uczciwie powiedzieć: Suwalszczyzna nie jest płaska. Kto spodziewa się trasy jak po bulwarach, może się zdziwić. Są podjazdy, są zjazdy, są odcinki leśne i drogi, na których rower trekkingowy albo górski sprawdzi się lepiej niż delikatna szosówka.

Ale właśnie w tym tkwi urok tej wyprawy. To nie jest nudna ścieżka rowerowa, na której odlicza się kilometry. To trasa, która zmienia się co kilka chwil. Raz jedzie się przez las, potem obok pól, potem znów pojawia się tafla jeziora, potem jakaś zatoka, wieża widokowa, cichy pomost, droga przez wieś. Wigry mają bardzo urozmaiconą linię brzegową, więc jezioro za każdym razem wygląda trochę inaczej. Nie ma tu jednego widoku. Jest ich kilkadziesiąt.

Na taką wycieczkę najlepiej zaplanować cały dzień. Nie dlatego, że same kilometry są nie do pokonania, ale dlatego, że szkoda byłoby przejechać tę trasę jak trening. Warto zabrać wodę, coś do jedzenia, wygodne ubranie, zapasową dętkę i trochę cierpliwości do postojów, bo tych będzie sporo. Przyda się też naładowany telefon z mapą, choć szlak jest znany i popularny. W parku narodowym trzeba też pamiętać o podstawowej zasadzie: jesteśmy gośćmi. Nie hałasujemy, nie zjeżdżamy tam, gdzie nie wolno, nie zostawiamy śmieci i nie traktujemy lasu jak prywatnego placu zabaw.

Dla mieszkańców Podlasia to świetny pomysł na jednodniowy albo weekendowy wypad. Można zacząć od spokojnego zwiedzania Suwałk, zjeść coś w mieście, a potem ruszyć w stronę Wigier. Można też potraktować Suwałki jako bazę, przenocować i następnego dnia zrobić pętlę wokół jeziora bez pośpiechu. Wersja idealna? Jeden dzień na miasto i okolice, drugi na Wigry. Wtedy nie trzeba wybierać między kawą w Suwałkach, klasztorem w Wigrach, widokiem w Bryzglu a odpoczynkiem nad wodą.

Suwalszczyzna ma to do siebie, że nie krzyczy. Ona nie próbuje być modna na siłę. Nie udaje kurortu, nie świeci neonami i nie obiecuje atrakcji co pięć metrów. Zamiast tego daje przestrzeń, pagórki, jeziora, lasy i poczucie, że naprawdę gdzieś się pojechało. A rower jest tu chyba najlepszym środkiem transportu, bo pozwala zobaczyć więcej niż pieszo i poczuć więcej niż z samochodu.

Dlatego jeżeli szukacie pomysłu na aktywny wyjazd, który nie wymaga wielkiej logistyki, warto spojrzeć na północ województwa. Suwałki i Wigry to duet, który działa znakomicie. Najpierw miasto, potem jezioro. Najpierw spokojne ulice, potem lasy i widoki. Najpierw kawa, potem kilometry.

A na koniec zmęczenie, które naprawdę ma sens.

Linia Łomża – Śniadowo. Rowerzystka z dzieckiem przewróciła się na przejeździe

Linia Łomża – Śniadowo. Rowerzystka z dzieckiem przewróciła się na przejeździe

Na przejeździe kolejowym na linii Łomża – Śniadowo doszło do niebezpiecznego upadku rowerzystki przewożącej małe dziecko w foteliku.

Kobieta straciła równowagę i przewróciła się na betonowe płyty przejazdu. W pobliżu był patrol Straży Ochrony Kolei, który natychmiast ruszył z pomocą.

41-latka poturbowała kolano i na krótko straciła przytomność. Funkcjonariusze ułożyli ją w bezpiecznej pozycji, podali wodę i wezwali pogotowie. Ratownicy zabrali kobietę do szpitala na obserwację.

Dziecku nic się nie stało. Dziewczynka trafiła pod opiekę ojca.

Zdjęcie ilustracyjne

Podlaskie. Działa 20 zarejestrowanych kąpielisk

Podlaskie. Działa 20 zarejestrowanych kąpielisk

W województwie podlaskim działa obecnie 20 zarejestrowanych kąpielisk.

Kilka ostatnich rozpoczęło sezon 1 lipca. Ponad połowa miejsc sprawdzonych przez Państwową Inspekcję Sanitarną znajduje się na Suwalszczyźnie.

Największy wybór mają wypoczywający w okolicach Augustowa. Pięć kąpielisk działa na dwóch jeziorach w mieście, a trzy kolejne znajdują się na jeziorze Serwy.

Z kąpielisk można korzystać także m.in. w Suwałkach, nad Wigrami, w Białymstoku, Wasilkowie, Supraślu, Zarzeczanach, Sokółce, Siemiatyczach, Drohiczynie, Ciechanowcu i Czyżewie. W części miejsc opieka ratownicza działa tylko w wybrane dni, a w Czyżewie kąpiel odbywa się na własne ryzyko.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. Miasto wystawia grunty na Krywlanach za 22 mln zł

Białystok. Miasto wystawia grunty na Krywlanach za 22 mln zł

Miasto Białystok wystawia na sprzedaż duży pakiet gruntów na Krywlanach.

Przetarg dotyczy łącznie 14,4653 ha terenów w rejonie ulic Ciołkowskiego i Dywizjonu 303. To rozproszone działki, a największa z nich ma ponad 8,2 ha.

Cena wywoławcza została ustalona na 22 mln zł. Wadium wynosi 2,2 mln zł i trzeba je wnieść do 7 sierpnia.

Przetarg zaplanowano na 14 sierpnia w Urzędzie Miejskim w Białymstoku. Zgodnie z planem miejscowym dominującą funkcją terenu są usługi sportu i rekreacji oraz zieleń urządzona, z możliwością funkcji uzupełniających.

Zdjęcie ilustracyjne

Łomża. Nie było chętnych na działki PKS Nova

Łomża. Nie było chętnych na działki PKS Nova

Nie było chętnych na zakup dwóch działek przy bazie PKS Nova w Łomży.

Przetarg dotyczył terenów przy ul. Piłsudskiego. Jedna z działek ma około 27 arów, druga około 16 arów. Cena wywoławcza za obie nieruchomości wynosiła ponad 1,6 mln zł.

Do sprzedaży nie doszło, bo w wyznaczonym terminie nikt nie wpłacił wadium. Oznacza to, że postępowanie zakończyło się bez wyboru nabywcy.

Sprawa dotyczy majątku regionalnej spółki transportowej, która obsługuje połączenia autobusowe w województwie podlaskim.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. 18-latka zasnęła w autobusie i obudziła się na zajezdni

Białystok. 18-latka zasnęła w autobusie i obudziła się na zajezdni

18-latka zasnęła w podmiejskim autobusie i obudziła się dopiero po zakończeniu kursu, gdy pojazd stał już zamknięty na zajezdni.

Kobieta zadzwoniła pod numer alarmowy z prośbą o pomoc. Na miejsce przyjechali białostoccy policjanci, którzy poinformowali pracowników dworca i awaryjnie otworzyli drzwi autobusu.

Kierowca pojazdu przekazał, że po zakończeniu kursu nie zauważył nikogo w środku. 18-latce nic się nie stało i nie potrzebowała pomocy medycznej.

Policjanci ustalili, że kobieta miała blisko 1,5 promila alkoholu. Ostatecznie trafiła do izby wytrzeźwień.

Zdjęcie ilustracyjne

Brańsk. Policjanci pomogli w resuscytacji 33-latka nad wodą

Brańsk. Policjanci pomogli w resuscytacji 33-latka nad wodą

Policjanci z posterunku w Brańsku pomogli w akcji ratowania 33-latka, który topił się w zbiorniku retencyjnym.

Do zdarzenia doszło w minioną niedzielę wieczorem. Funkcjonariusze patrolowali rejon zbiornika, gdy zauważyli grupę osób wzywających pomocy. Przy nieprzytomnym mężczyźnie resuscytację prowadziła strażaczka ochotniczka.

Policjanci przejęli akcję ratunkową i wezwali pogotowie. Po około 3 minutach mężczyzna odzyskał przytomność. 33-letni mieszkaniec gminy Wyszki został przewieziony do szpitala.

Według ustaleń policji mężczyzna wcześniej spożywał alkohol, a potem wszedł do wody i zaczął się topić.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. Lekarze apelują o ostrożność na hulajnogach elektrycznych

Białystok. Lekarze apelują o ostrożność na hulajnogach elektrycznych

Lekarze z Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku apelują do rodziców o ostrożność przy korzystaniu przez dzieci z hulajnóg elektrycznych.

Do 24 czerwca tego roku do UDSK trafiło już 56 dzieci z urazami po takich wypadkach. Dla porównania w całym 2024 roku było ich 38, a w 2025 roku 41.

Specjaliści podkreślają, że nie chodzi tylko o otarcia czy drobne złamania. Do szpitala trafiają pacjenci z ciężkimi urazami głowy, twarzy, kończyn i narządów wewnętrznych.

Lekarze przypominają, że kask musi być dobrze zapięty i dopasowany, a rodzice powinni kontrolować sposób jazdy dzieci. Eksperci zwracają też uwagę na małe koła hulajnóg, przez które nawet krawężnik, piasek albo drobna nierówność mogą skończyć się utratą panowania nad pojazdem.

Apel jest szczególnie ważny na początku wakacji, gdy dzieci częściej korzystają z hulajnóg i spędzają więcej czasu poza domem.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. RCKiK przypomina krwiodawcom o nawodnieniu podczas upałów

Białystok. RCKiK przypomina krwiodawcom o nawodnieniu podczas upałów

Upały są dodatkowym wyzwaniem dla krwiodawców. RCKiK w Białymstoku przypomina, by przed oddaniem krwi dobrze się nawodnić i wypocząć.

Lekarze podkreślają, że nie chodzi tylko o szklankę wody rano. Dzień przed donacją warto wypić minimum 3 litry wody.

Centrum zachęca też, by oddać krew przed wakacyjnym wyjazdem. Po powrocie z części krajów dawcy mogą być czasowo dyskwalifikowani.

Krew może oddać zdrowa, pełnoletnia osoba. Trzeba zabrać ze sobą dokument ze zdjęciem.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

Pamięć o białostockich Żydach jest obowiązkiem wobec historii

Są takie tematy, przy których łatwo wpaść w pułapkę uproszczeń. A jeszcze łatwiej w czasach, gdy świat dzieli się w mediach społecznościowych na obozy, hasła i natychmiastowe wyroki. Jednym z takich tematów jest pamięć o Żydach zamordowanych przez Niemców podczas II wojny światowej i dzisiejsza ocena państwa Izrael.

Te dwie sprawy trzeba umieć od siebie oddzielić. I to bardzo wyraźnie.

Dzisiejszy Izrael jako państwo zasługuje na ocenę skrajnie krytyczną. Działania izraelskich władz w Strefie Gazy, polityka wobec Palestyńczyków, okupacja, przemoc wobec ludności cywilnej, niszczenie infrastruktury, blokady humanitarne, przymusowe przesiedlenia i język polityczny oparty na etnicznej wyższości — to wszystko są sprawy, obok których nie wolno przechodzić obojętnie. Nie da się udawać, że chodzi wyłącznie o „skomplikowany konflikt”, w którym każdy argument unieważnia poprzedni. Są granice, po których przekroczeniu należy mówić jasno: państwo może stać się sprawcą przemocy, a jego działania mogą nosić znamiona zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości.

Izrael coraz częściej nie jest już postrzegany jedynie jako państwo broniące swojego bezpieczeństwa. Jest postrzegany jako państwo nacjonalistyczne, brutalne, oparte na polityce uprzywilejowania jednej grupy kosztem drugiej. To nie jest antysemityzm. To jest krytyka konkretnego państwa, konkretnych władz, konkretnych decyzji i konkretnego systemu politycznego. Tak samo jak krytyka Rosji putina nie jest nienawiścią do wszystkich Rosjan, krytyka Turcji Erdogana nie jest nienawiścią do Turków, a krytyka Chin nie jest nienawiścią do Chińczyków.

I właśnie dlatego trzeba bardzo mocno powiedzieć drugą rzecz: krytyka Izraela nie może być przenoszona na Żydów jako ludzi, na judaizm, na żydowską kulturę ani na pamięć o żydowskich mieszkańcach Polski. Tym bardziej nie może dotyczyć tych, którzy nie mieli z dzisiejszym Izraelem nic wspólnego, bo zostali zamordowani kilkadziesiąt lat przed powstaniem dzisiejszego porządku politycznego na Bliskim Wschodzie.

Białostoccy Żydzi byli częścią naszego miasta. Nie byli „obcym elementem”, nie byli przypisem do historii, nie byli wyłącznie ofiarami opisanymi w podręcznikach. Przez stulecia współtworzyli Białystok — jego handel, rzemiosło, kulturę, religijność, język ulicy, codzienność i charakter. Miasto, które dziś znamy, wyrasta także z ich obecności. Z tego, że tu mieszkali, pracowali, modlili się, zakładali rodziny, prowadzili sklepy, warsztaty, szkoły, drukarnie, organizacje społeczne. Byli sąsiadami.

27 czerwca 1941 roku rozpoczęła się jedna z najczarniejszych kart w historii miasta. Niemieccy okupanci rozpoczęli zagładę białostockich Żydów. Tego dnia spalili Wielką Synagogę przy ulicy Bożniczej, obecnie Suraskiej, wraz z setkami uwięzionych w niej ludzi. Do tych, którzy próbowali uciekać, strzelano. Szacuje się, że w płomieniach zginęło od 700 do nawet 2,5 tysiąca osób.

To nie była „śmierć w czasie wojny”. To był mord. Zaplanowany, wykonany z zimną konsekwencją, wymierzony w ludzi tylko dlatego, że byli Żydami. Dlatego pamięć o nich nie jest dodatkiem do lokalnej historii. Jest jednym z jej fundamentów.

W 85. rocznicę tamtych wydarzeń Białystok oddał hołd ofiarom „Czarnego piątku”. Pod Pomnikiem-Kopułą Wielkiej Synagogi przy ul. Suraskiej spotkali się mieszkańcy, przedstawiciele władz samorządowych, organizacji i środowisk żydowskich oraz zaproszeni goście. Wspominano ludzi, których świat został brutalnie przerwany. Nie abstrakcyjną grupę, nie symbol, nie polityczny argument, ale konkretnych mieszkańców miasta, którzy mieli swoje domy, rodziny, imiona i życie.

I tutaj właśnie zaczyna się najważniejsza lekcja. Oddanie hołdu białostockim Żydom zamordowanym przez Niemców nie oznacza poparcia dla polityki dzisiejszego Izraela. Tak samo jak krytyka dzisiejszego Izraela nie zwalnia nikogo z obowiązku pamięci o Żydach zamordowanych w Polsce przez niemieckich okupantów. Łączenie tych spraw jest intelektualnie fałszywe i moralnie niebezpieczne.

Bo jeżeli ktoś mówi: „Nie będę upamiętniał Żydów, bo nie popieram Izraela”, to w rzeczywistości popełnia dokładnie ten błąd, który prowadzi do zbiorowej odpowiedzialności. Przenosi winę państwa i jego współczesnej polityki na ludzi, którzy żyli w innym czasie, w innym miejscu i zostali zamordowani jako bezbronne ofiary niemieckiego ludobójstwa. To nie jest krytyka Izraela. To jest wejście na drogę antysemickiego uproszczenia.

Można — a nawet trzeba — stanowczo potępiać zbrodnie wojenne. Można krytykować izraelski nacjonalizm, kolonizację, okupację, przemoc wobec Palestyńczyków i politykę władz w Tel Awiwie oraz Jerozolimie. Można domagać się odpowiedzialności karnej przed trybunałami międzynarodowymi. Można mówić, że cierpienie Palestyńczyków nie może być relatywizowane Holocaustem. Można mówić, że pamięć o Zagładzie nie daje żadnemu państwu immunitetu na łamanie prawa międzynarodowego.

Ale nie wolno z tej krytyki robić nienawiści do Żydów. Nie wolno niszczyć pamięci o dawnych mieszkańcach Białegostoku. Nie wolno udawać, że białostocki Żyd z 1941 roku jest politycznym reprezentantem rządu Izraela z XXI wieku. To absurdalne, okrutne i historycznie fałszywe.

Pamięć o Wielkiej Synagodze jest pamięcią o Białymstoku. O mieście, którego część została spalona razem z ludźmi zamkniętymi w świątyni. O sąsiadach, których Niemcy najpierw odczłowieczyli, potem zamknęli, a następnie zamordowali. O świecie, którego już nie ma, ale którego ślady nadal są pod naszymi stopami — w nazwach ulic, w pustych miejscach, w archiwalnych zdjęciach, w rodzinnych historiach, w miejskiej tożsamości.

Dlatego obecność pod Pomnikiem-Kopułą Wielkiej Synagogi nie jest gestem wobec dzisiejszego państwa Izrael. Jest gestem wobec dawnych mieszkańców Białegostoku. Wobec ofiar niemieckiej zbrodni. Wobec historii, która wydarzyła się tutaj, w naszym mieście, nie gdzieś daleko.

W świecie, w którym polityka coraz częściej próbuje zawłaszczać pamięć, trzeba jej bronić przed prostymi hasłami. Można jednocześnie płakać nad losem Palestyńczyków i oddawać hołd Żydom zamordowanym przez Niemców. Można potępiać izraelskie zbrodnie i zapalić znicz pod pomnikiem Wielkiej Synagogi. Można nie zgadzać się na nacjonalizm państwa Izrael i jednocześnie uznawać żydowskie dziedzictwo Białegostoku za część naszego wspólnego dziedzictwa.

Nie ma w tym sprzeczności. Jest dojrzałość.

Bo pamięć nie powinna być zakładnikiem bieżącej polityki. A ofiary nie powinny po raz drugi tracić swojego miejsca w historii tylko dlatego, że współczesne państwo, które powołuje się na żydowską tożsamość, prowadzi politykę zasługującą na potępienie.

27 czerwca 1941 roku w Białymstoku Niemcy spalili ludzi żywcem. To jest fakt, którego nie wolno rozmywać. I o tych ludziach mamy obowiązek pamiętać — niezależnie od tego, jak surowo oceniamy dzisiejszy Izrael.

Suwałki. Z Zalewu Arkadia wyłowiono ciało mężczyzny

Suwałki. Z Zalewu Arkadia wyłowiono ciało mężczyzny

W Suwałkach z Zalewu Arkadia wyłowiono ciało mężczyzny.

Do zdarzenia doszło w poniedziałek rano. Po godzinie 6 policja dostała zgłoszenie o odnalezieniu ciała w wodzie.

Na brzegu funkcjonariusze znaleźli plecak i ubrania. Na miejscu pracują policjanci, którzy ustalają okoliczności tragedii.

Policja przypomina o ostrożności nad wodą. W ostatnich dniach w całym kraju doszło do wielu utonięć.

Zdjęcie ilustracyjne

Gmina Grabówka z pierwszym absolutorium. Radni jednogłośnie za wykonaniem budżetu

Gmina Grabówka z pierwszym absolutorium. Radni jednogłośnie za wykonaniem budżetu

Rada Gminy Grabówka jednogłośnie udzieliła absolutorium wójt Katarzynie Todorczuk z tytułu wykonania budżetu.

Decyzja zapadła podczas XVII sesji rady i jest pierwszym takim głosowaniem w historii samodzielnej gminy.

Absolutorium oznacza formalną pozytywną ocenę wykonania budżetu za 2025 rok. Dla Grabówki był to pierwszy rok funkcjonowania jako odrębnej jednostki samorządowej.

W tym czasie gmina organizowała pracę administracji, wdrażała procedury i przejmowała realizację zadań publicznych dla mieszkańców.

Jednogłośne głosowanie radnych zamyka pierwszy etap budowania lokalnego samorządu i daje władzom gminy podstawę do dalszych działań.

Zdjęcie ilustracyjne

Kuźnica i Kiersnówka. Strażacy przy LPR i pożarze sadzy

Kuźnica i Kiersnówka. Strażacy przy LPR i pożarze sadzy

W niedzielę strażacy z powiatu sokólskiego interweniowali w Kiersnówce i Kuźnicy.

Rano w Kiersnówce zapaliła się sadza w kominie jednego z domów. Na miejscu działały zastępy OSP Horodnianka, OSP Suchowola i posterunku JRG w Dąbrowie Białostockiej. Ogień nie wydostał się poza komin, a ratownicy po ugaszeniu sprawdzili pomieszczenia miernikiem.

Po godz. 10 zastęp OSP Kuźnica zabezpieczał lądowanie i start śmigłowca LPR przy ul. Spółdzielczej. Maszyna przyleciała po około 70-letnią kobietę, która źle się poczuła i została przetransportowana do szpitala.

Zdjęcie ilustracyjne

Suchowola. Europarada orkiestr dętych w parku miejskim

Suchowola. Europarada orkiestr dętych w parku miejskim

W Suchowoli odbywa się XXIV Europarada Orkiestr Dętych w Centrum Europy.

Do miasta przyjechały orkiestry z Białegostoku, Czajkowa, Wasilkowa, Łącka i Suchowoli. Wydarzenie rozpoczęło się przemarszem do parku miejskiego, gdzie odbyło się uroczyste otwarcie festiwalu.

Orkiestry wspólnie wykonały utwór, a publiczność mogła oglądać także występy mażoretek i kolejne koncerty estradowe.

Festiwal potrwa do wieczora. W programie znalazły się jeszcze koncerty, podsumowanie wydarzenia, występ Mezo oraz dyskoteka.

Zdjęcie ilustracyjne

Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?
Potrzebujemy piętrzenia wody na Narwi i interwencyjnych zrzutów z Siemianówki.

Oto pilne zadania dla Narwi i Siemianówki. Co trzeba zrobić w ramach interwencji?

Trzeba jasno oddzielić dwie rzeczy: długofalową przebudowę sposobu funkcjonowania Siemianówki oraz pilne działania ratunkowe dla Narwi. Ta pierwsza ścieżka już zaczyna się toczyć — o przyszłości zbiornika rozmawiają instytucje, potrzebne będą analizy, dokumentacje, uzgodnienia środowiskowe i decyzje administracyjne. Realnie większych zmian można spodziewać się zapewne dopiero w okolicach 2029 roku. Problem w tym, że Narew nie ma tylu lat zapasu.

Narwiański Park Narodowy, torfowiska, rozlewiska i cała dolina rzeki potrzebują wody tu i teraz, a także w najbliższych sezonach. Dlatego zanim wejdą w życie duże, systemowe decyzje, potrzebny jest program interwencyjny: szybkie, niskie piętrzenia od Bondar w stronę Narwiańskiego Parku Narodowego oraz kontrolowane zrzuty wody z Siemianówki w miesiącach krytycznych – maju, czerwcu, lipcu i sierpniu. To nie ma zastępować docelowej reformy zbiornika. To ma kupić Narwi czas, zanim jakakolwiek reforma w ogóle zacznie działać.

Nie chodzi o „spuszczenie wody z Siemianówki”. Chodzi o uruchomienie wody dla Narwi

Wokół Siemianówki narosło wiele emocji, a wraz z nimi bardzo prosty lęk: że ktoś chce „opróżnić cały zalew”, zostawić po nim błoto i zniszczyć wszystko, co przez lata wokół niego powstało. Owszem można by było to uznać za działanie pozytywne, ale w obecnych realiach politycznych – niemożliwe. Tak czy inaczej całkowita likwidacja Siemianówki działa na wyobraźnię, ale nie opisuje tego, o czym naprawdę powinniśmy rozmawiać.

Bo w przypadku ratowania Narwi nie chodzi o jednorazowe opróżnienie zbiornika. Chodzi o mądre, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody, które obniżą poziom Siemianówki, ale nie zlikwidują zbiornika. Chodzi o to, by część wody, która dziś stoi w płytkim, nagrzewającym się akwenie, zaczęła pracować dla doliny Narwi.

To jest zasadnicza różnica. Siemianówka nie musi zostać „wyłączona”. Powinna zostać przestawiona na inną funkcję. Z biernego zbiornika, który magazynuje wodę głównie dla samego siebie, powinna stać się aktywnym narzędziem ratowania Narwi, Narwiańskiego Parku Narodowego i całego układu mokradeł. Zamiast pytać, czy zalew ma być pełny albo pusty, trzeba zapytać inaczej: ile wody można co roku oddać Narwi tak, by rzeka przetrwała maj, czerwiec, lipiec i sierpień?

Orientacyjne wyliczenia pokazują, że realny program interwencyjny mógłby opierać się na rezerwie rzędu 20–30 mln m³ wody w sezonie. Dla uproszczenia przyjmijmy 25 mln m³. To duża ilość, bo oznaczałaby wyraźne obniżenie poziomu Siemianówki, miejscami zapewne bardzo widoczne dla mieszkańców, turystów i wędkarzy. Ale to nadal nie jest spuszczenie całego zbiornika. Siemianówka ma około 79 mln m³ pojemności całkowitej i około 62 mln m³ pojemności użytkowej. Oznacza to, że nawet przy takim sezonowym programie woda w zbiorniku nadal pozostaje. Zmienia się jednak jej rola: z wody stojącej w zalewie na wodę krążącą w rzece, starorzeczach, rozlewiskach, torfowiskach i mokradłach.

A właśnie krążenia wody najbardziej dziś brakuje Narwi.

Sama ulewa nie uratuje rzeki

Ostatnie tygodnie bardzo dobrze pokazały, że argument „niech popada, to wszystko wróci do normy” jest zbyt prosty. Opady mogą chwilowo podnieść poziom rzek, ale jeśli dolina jest przesuszona, rowy melioracyjne nadal działają jak kanalizacja, a woda szybko odpływa dalej, to po kilku dniach problem wraca. Deszcz spada gwałtownie, nie wsiąka głęboko w przesuszoną ziemię, nie odbudowuje torfowisk i nie zostaje w krajobrazie na długo. Spływa. A potem znów mamy suszę hydrologiczną.

Dlatego zrzuty z Siemianówki nie powinny polegać na prostym otwarciu upustów i puszczeniu wody w dół Narwi. To byłoby marnowanie zasobu. Najpierw trzeba przygotować dolinę tak, by ta woda miała gdzie się zatrzymać. Innymi słowy: zanim zaczniemy większe interwencyjne zrzuty, trzeba zbudować system niskich, naturalnych piętrzeń na odcinku od Bondar do wejścia Narwi w Narwiański Park Narodowy.

Nie chodzi o betonowe zapory. Nie chodzi o wielkie hydrotechniczne budowle, które zamienią rzekę w kanał schodkowy. Chodzi o rozwiązania bliskie naturze: progi z kamienia i drewna, bystrza, zastawki na rowach odpływowych, przetamowania bocznych kanałów, odbudowę dawnych rozlewisk, lokalne spiętrzenia w miejscach, gdzie woda może wejść w łąki, starorzecza i obniżenia terenu. Mówiąc obrazowo: trzeba częściowo zastąpić bobry tam, gdzie ich praca została usunięta, ograniczona albo nie wystarcza wobec skali problemu.

Najpierw piętrzenia, potem zrzuty

Jeżeli chcemy, żeby interwencyjne zrzuty miały sens, potrzebny jest prosty plan: najpierw spowolnić odpływ, potem zasilić rzekę. Od Bondar, czyli od zapory Siemianówki, do rejonu Suraża i wejścia Narwi w obszar Narwiańskiego Parku Narodowego mamy mniej więcej 90 km doliny. To wystarczająco długi odcinek, by woda spuszczona ze zbiornika mogła albo zostać wykorzystana dobrze, albo zostać zmarnowana.

Dlatego na tym odcinku powinien powstać kaskadowy system około 10–12 niskich piętrzeń i stref retencyjnych. Nie jedno wielkie spiętrzenie, lecz seria małych progów, rozlewisk i zastawek rozmieszczonych co kilka kilometrów tam, gdzie rzeka przecina drogi, dawne przeprawy, starorzecza, boczne kanały i obniżenia doliny. Taki układ działałby jak sznur małych hamulców wodnych. Każdy z nich zatrzymywałby część zrzutu, podnosił lokalnie zwierciadło wody, zasilał glebę i mokradła, a dopiero nadmiar przepuszczał dalej.

Roboczo można wskazać następujący układ:

  • Pierwsze piętrzenie powinno znaleźć się tuż poniżej zapory w Bondarach. Jego zadaniem byłoby ustabilizowanie wypływu ze zbiornika i niedopuszczenie do tego, by zrzut od razu gwałtownie uciekał w dół rzeki. To powinien być próg rozpraszający energię wody, a nie tama.
  • Drugie piętrzenie powinno powstać na odcinku między Bondarami a ujściem Narewki do Narwi. To ważne miejsce, bo właśnie tam można zacząć budować pierwszy bufor wodny poniżej zbiornika i wykorzystać naturalne obniżenia doliny.
  • Trzecie piętrzenie powinno znaleźć się poniżej połączenia Narwi z Narewką, w rejonie, gdzie rzeka zaczyna wyraźniej nieść wodę z całego układu puszczańskiego. Chodzi o to, by zrzut z Siemianówki nie był jedynym impulsem, ale łączył się z wodą dopływającą z Narewki i pracował dalej jako wspólny zasób.
  • Czwarte piętrzenie powinno powstać w rejonie miejscowości Narew, najlepiej przy istniejącej przeprawie drogowej i starorzeczach. To jedno z najważniejszych miejsc na całym odcinku, bo daje dostęp techniczny, możliwość kontroli i naturalny punkt zatrzymania wody przed dalszym biegiem rzeki.
  • Piąte piętrzenie powinno objąć odcinek poniżej Narwi, w stronę rozgałęzień i starorzeczy w rejonie Skaryszewa, Nowosiółki i Doratynki. Tam nie chodzi o podniesienie rzeki o metr, lecz o przywrócenie kontaktu wody z bocznymi formami doliny.
  • Szóste piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Plosek, gdzie dolina Narwi jest szeroka, czytelna i przecięta ważną infrastrukturą drogową. To miejsce powinno działać jako większy węzeł retencyjny: próg na rzece, zastawki na odpływach bocznych i kontrolowane rozlewanie wody na tereny, które mogą ją przyjąć bez szkody dla zabudowy.
  • Siódme piętrzenie powinno powstać poniżej Plosek, na odcinku w stronę Ryboł i Strabli. Ten fragment powinien zatrzymywać wodę, która po przejściu przez Ploski nadal miałaby tendencję do szybkiego odpływu głównym korytem.
  • Ósme piętrzenie powinno zostać zaplanowane w rejonie Strabli lub pobliskich obniżeń doliny, gdzie można wykorzystać istniejące starorzecza i łąki jako naturalny magazyn wody.
  • Dziewiąte piętrzenie powinno znaleźć się w rejonie Doktorc i Samułek, czyli tam, gdzie woda powinna być już nie tylko przepuszczana, ale aktywnie rozprowadzana po dolinie. To byłby odcinek szczególnie ważny dla zasilania gleb i mokradeł przed wejściem Narwi w system parkowy.
  • Dziesiąte piętrzenie powinno powstać przed Surażem, jako ostatni bufor przed Narwiańskim Parkiem Narodowym. Jego zadaniem byłoby nie tyle zatrzymanie wody na stałe, ile wyrównanie przepływu i doprowadzenie do Parku wody stabilniejszej, wolniejszej i dłużej obecnej w krajobrazie.

Do tego należałoby dodać 2–3 mniejsze piętrzenia boczne na rowach melioracyjnych i odpływach z doliny, szczególnie tam, gdzie widać szybkie odprowadzanie wody z łąk. Bo jeśli zatrzymamy wodę tylko w głównym korycie, a rowy nadal będą ją odsysać z boków, efekt będzie połowiczny. Prawdziwe ratowanie Narwi zaczyna się nie w samym nurcie, ale w całej dolinie.

Podkreślmy jeszcze raz: mówimy o niskich, naturalnych piętrzeniach, a nie o betonowych tamach. Takie progi powinny być wykonywane z materiałów pasujących do doliny rzeki: kamieni polnych, głazów narzutowych, żwiru, faszyny, gałęzi, pni drzew, drewnianych pali, wikliny, darni, mat kokosowych lub jutowych oraz lokalnego urobku ziemnego używanego tylko tam, gdzie trzeba ustabilizować brzegi albo zamknąć boczny odpływ. Ich zadaniem nie byłoby zatrzymanie Narwi jak na zaporze, lecz spowolnienie odpływu, lekkie podniesienie zwierciadła wody, rozproszenie nurtu i skierowanie części wody z powrotem w starorzecza, obniżenia terenu, łąki i mokradła. To mają być konstrukcje „bobrowe” w logice działania: proste, niskie, przepuszczalne, możliwe do korygowania i wpisane w krajobraz, a nie ciężka infrastruktura hydrotechniczna. Najważniejsze – ma być to szybkie do wykonania, bo nie mamy już czasu.

Jak powinny wyglądać zrzuty?

Po zbudowaniu takiego systemu można mówić o interwencyjnych zrzutach wody z Siemianówki. Najbardziej sensowny wariant to nie jeden wielki zrzut, ale sezonowe „dopalenie” Narwi od maja do sierpnia. Właśnie wtedy rzeka i mokradła najbardziej cierpią, a upały, parowanie i susza hydrologiczna najszybciej obniżają poziom wody.

Można to sobie wyobrazić jako dwa poziomy działania. Pierwszy to stałe, łagodne zasilanie Narwi, na przykład rzędu 1–2 m³/s w okresach suszy. Drugi to krótsze impulsy, na przykład 3–4 m³/s przez kilka lub kilkanaście dni, uruchamiane wtedy, gdy poziom wody w Parku spada do wartości alarmowych albo gdy prognozy pokazują dłuższy okres bez opadów.

Przelicznik jest prosty: 1 m³/s przez dobę to 86 400 m³ wody. Zrzut 2 m³/s przez tydzień to około 1,2 mln m³. Zrzut 3 m³/s przez tydzień to około 1,8 mln m³. Przy sezonowej rezerwie około 25 mln m³ można więc przez kilka miesięcy prowadzić realny program wsparcia Narwi: częściowo stały, częściowo impulsowy, zależny od pogody, poziomu wody i potrzeb przyrodniczych.

Takie działanie obniżyłoby Siemianówkę. Trzeba to powiedzieć uczciwie. Nie da się jednocześnie utrzymywać maksymalnie wysokiego poziomu zalewu i skutecznie ratować Narwi w dole rzeki. Woda nie może być naraz w dwóch miejscach. Ale to obniżenie nie oznacza zniknięcia zbiornika. Oznacza zmianę priorytetu: w okresach krytycznych część wody z zalewu powinna trafić tam, gdzie daje największą korzyść przyrodniczą.

Dlaczego to się opłaca przyrodzie?

Narew nie jest zwykłą rzeką, którą można oceniać wyłącznie po poziomie wody w jednym przekroju. To cały system naczyń połączonych: główne koryto, boczne odnogi, starorzecza, rozlewiska, łąki, torfowiska, trzcinowiska i mokradła. Kiedy brakuje wody, nie cierpi tylko sama rzeka. Cierpią ptaki wodno-błotne, ryby, płazy, owady, roślinność szuwarowa, torfy i cała naturalna zdolność doliny do zatrzymywania wilgoci.

Interwencyjne zrzuty połączone z piętrzeniami mogłyby odtworzyć przynajmniej część tego mechanizmu. Woda nie szłaby szybko głównym korytem, tylko rozlewałaby się wolniej, podsiąkała w gleby, zasilała boczne obniżenia, podnosiła poziom w starorzeczach i dłużej utrzymywała wilgoć. To właśnie jest najważniejszy efekt. Nie chodzi o to, by przez kilka dni „podnieść rzekę” na wykresie. Chodzi o to, by przywrócić wodę krajobrazowi.

W praktyce oznacza to większą odporność Narwi na upały, dłuższe utrzymywanie wody w dolinie, lepsze warunki dla ptaków i płazów, mniejsze ryzyko gwałtownego przesychania torfowisk oraz realne wsparcie dla Narwiańskiego Parku Narodowego. A przy okazji także dla turystyki, bo Park bez wody traci swój najważniejszy sens. Nie da się promować „Polskiej Amazonii”, jeśli Amazonia zaczyna przypominać przesuszoną łąkę.

Dlaczego to się opłaca także Siemianówce?

Paradoksalnie, obniżenie poziomu Siemianówki może być korzystne również dla samego zbiornika. Dzisiejszy problem polega na tym, że duży, płytki, nagrzewający się akwen jest bardzo podatny na parowanie, zakwity i degradację jakości wody. Im więcej płytkiej, stojącej, ciepłej wody, tym większe ryzyko problemów w środku sezonu. Trzymanie zalewu „na siłę” w wysokim stanie nie musi oznaczać ochrony turystyki. Może oznaczać odsuwanie w czasie kryzysu, który i tak będzie wracał.

Niższy poziom wody, utrzymany w sposób kontrolowany, może otworzyć drogę do nowego modelu Siemianówki: częściowo rekreacyjnego, częściowo mokradłowego, bardziej odpornego na suszę, bardziej przyrodniczego i mniej uzależnionego od masowej plażowej turystyki. To nie musi być koniec lokalnego rozwoju. To może być jego przebudowa.

Oczywiście nikt rozsądny nie powinien udawać, że taka zmiana będzie bezbolesna. Mieszkańcy, przedsiębiorcy, wędkarze, właściciele działek i gospodarstwa agroturystyczne muszą dostać jasny plan, konsultacje i wsparcie. Ale nie wolno też udawać, że obecny model jest dobry. Jeśli wody w regionie będzie coraz mniej, a Narew będzie coraz częściej spadała poniżej stanów krytycznych, to ucierpią wszyscy: Park, przyroda, turystyka, lokalna gospodarka i wizerunek całego Podlasia.

Najważniejsze: nie spuszczać bez planu

Najgorszy możliwy scenariusz wyglądałby tak: otwieramy Siemianówkę, spuszczamy wodę, ona szybko przepływa przez Narwią w dół, a po kilku tygodniach mamy niższy zalew i nadal przesuszoną dolinę. Tego właśnie trzeba uniknąć. Dlatego kolejność musi być odwrotna niż w najprostszych hasłach.

Najpierw inwentaryzacja doliny od Bondar do Suraża. Potem wybór miejsc pod 10–12 niskich piętrzeń i 2–3 dodatkowe zastawki na odpływach bocznych. Następnie szybkie prace interwencyjne w miejscach najmniej konfliktowych, najlepiej tam, gdzie można działać na gruntach publicznych, przy istniejących przeprawach, starorzeczach i rowach. Dopiero potem sezonowe zrzuty z Siemianówki, prowadzone według poziomu wody w Narwi i potrzeb Narwiańskiego Parku Narodowego.

To powinien być program ratunkowy, a nie eksperyment na ślepo.

Siemianówka może stać się narzędziem ratowania Narwi

Najważniejsze jest dziś odczarowanie hasła „spuszczanie wody”. Bo ono brzmi tak, jakby ktoś chciał wyjąć korek z wanny i patrzeć, jak znika jezioro. Tymczasem prawdziwa propozycja jest zupełnie inna. Chodzi o kontrolowane, sezonowe, interwencyjne zrzuty wody połączone z zatrzymywaniem jej w dolinie. Chodzi o obniżenie Siemianówki po to, by Narew mogła żyć. Chodzi o to, by woda nie była tylko powierzchnią do oglądania, ale zasobem, który krąży, zasila, podsiąka, chłodzi, nawadnia i utrzymuje przy życiu cały krajobraz.

Jeżeli 25 mln m³ wody zostanie po prostu wypuszczone w dół rzeki, efekt może być krótkotrwały. Ale jeśli ta sama ilość zostanie rozprowadzona przez system naturalnych piętrzeń, rozlewisk, starorzeczy i mokradeł, może pracować dla Narwi przez całe lato.

Dla skali warto dodać jeszcze jedno: gdyby potraktować Siemianówkę jak zamknięty zbiornik, do którego nie wpada już ani kropla wody — bez opadów, bez roztopów, bez dopływów, w warunkach zupełnie teoretycznej, totalnej suszy — to sezonowe wykorzystanie 25 mln m³ oznaczałoby zapas na około 2,5 roku, licząc pojemność użytkową zbiornika, albo nieco ponad 3 lata, licząc całą jego pojemność. W realnym świecie oczywiście tak to nie działa, bo zbiornik jest zasilany wodą, a bilans zależy od opadów, dopływów, parowania i decyzji hydrologicznych. Ale ten prosty rachunek pokazuje jedno: interwencyjne zrzuty nie są pomysłem na „opróżnienie Siemianówki w jeden sezon”, tylko na kupienie Narwi czasu. A ten czas musi zostać dobrze wykorzystany. Najpóźniej do 2030 roku powinny wejść w życie duże zmiany systemowe, po których Siemianówka przestanie być klasycznym jeziorem-zalewem, a stanie się przede wszystkim obszarem mokradeł, rozlewisk i retencji naturalnej — czyli miejscem, które nie trzyma wody dla samego widoku tafli, lecz oddaje ją całemu żywemu systemowi Narwi.

I właśnie o to powinna dziś toczyć się rozmowa. Nie o straszenie ludzi pustym zalewem. Nie o wojnę między Siemianówką a Narwią. Nie o konflikt turystyki z przyrodą. Tylko o mądre zarządzanie wodą w świecie, w którym każda jej ilość będzie coraz cenniejsza.

Siemianówka nie powinna być symbolem sporu. Powinna stać się magazynem ratunkowym dla Narwi. Ale żeby tak się stało, trzeba przestać traktować ją jak nietykalny akwen, a zacząć traktować jak część większego organizmu. Tym organizmem jest cała dolina Narwi — od Bondar, przez Narew, Ploski, Strablę, Doktorce i Suraż, aż po serce Narwiańskiego Parku Narodowego. Woda musi ruszyć. Ale zanim ruszy, trzeba ją nauczyć zostawać.

Featured Video Play Icon

Żar poleje się z nieba. Nawet 40°C! Gdzie na Podlasiu szukać ochłody?

Podlasie szykuje się na pogodę z gatunku: „wyjdę tylko na chwilę po bułki”, po czym człowiek wraca jak pieróg wyjęty z wrzątku. Według prognoz nad region nadciąga fala ekstremalnych upałów, a temperatura miejscami może dobijać nawet do 40 stopni. To już nie jest zwykłe lato. To jest moment, w którym cień pod drzewem staje się dobrem luksusowym, klimatyzacja w sklepie brzmi jak zaproszenie do sanatorium, a człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego koty całymi dniami leżą i niczego od życia nie oczekują.

Dlatego przygotowaliśmy pięć miejscówek, w których można będzie jakoś przetrwać ten żar. Nie obiecujemy, że człowiek od razu poczuje się jak na Alasce, ale przynajmniej nie będzie miał wrażenia, że jest bohaterem filmu Hydrozagadka.

Jezioro Rajgrodzkie

Pierwszy kierunek to Jezioro Rajgrodzkie. I tu nie ma żartów, bo to naprawdę jedna z najlepszych opcji na upalne dni. Woda, przestrzeń, plaże, widoki i ten cudowny moment, gdy człowiek zanurza się po szyję i nagle przypomina sobie, że życie jednak ma sens. Rajgród i okolice to dobry wybór na cały dzień, szczególnie jeśli ktoś chce połączyć kąpiel, odpoczynek i małą ucieczkę od miejskiego betonu.

Uciekaj do lasu

Druga propozycja to Supraśl i Puszcza Knyszyńska. Gdy miasto zamienia się w piekarnik, las robi to, co las robi najlepiej: daje cień, zapach żywicy i złudzenie, że świat jeszcze nie zwariował. Spacer nad rzeką, odpoczynek wśród drzew i powolne tempo to dokładnie to, czego potrzeba, gdy słońce próbuje przeprowadzić na człowieku eksperyment kulinarny.

Perła północy

Trzecia miejscówka to Wigry i okolice Wigierskiego Parku Narodowego. To już trochę dalszy kierunek, ale w zamian dostajemy jezioro, lasy i klimat, który potrafi uratować dzień. Wigry mają w sobie coś z wakacyjnej pocztówki, tylko bez filtra z Instagrama. W upał najlepiej celować tam wcześnie rano albo pod wieczór, bo w południe nawet najpiękniejszy krajobraz nie pomoże, jeśli człowiek zaczyna się topić we własnych sandałach.

Czy znacie Giby?

Czwarta propozycja to Giby i okolice jeziora Gieret. To już kierunek dla tych, którzy naprawdę chcą uciec przed upałem, a nie tylko symbolicznie stanąć w cieniu przystanku. Lasy, jeziora, spokojniejszy klimat i wrażenie, że telefon sam zaczyna mówić ciszej. W największy skwar można tu złapać oddech, schować się pod drzewami i przypomnieć sobie, że lato nie musi oznaczać człowieka przyklejonego do fotela jak ser do zapiekanki.

Wśród starych drzew

Piąte miejsce to Puszcza Białowieska. Stare drzewa, głęboki cień i leśny chłód to zestaw, którego nie da się podrobić żadnym wiatrakiem z marketu. W czasie upałów las jest jak naturalna klimatyzacja, tylko bez pilota, bez rachunku za prąd i bez sąsiada, który narzeka, że mu buczy. Trzeba tylko pamiętać o wodzie, nakryciu głowy i rozsądku, bo nawet w lesie organizm nie działa na zasadzie „jakoś to będzie”.

A skoro już o rozsądku mowa: w największe upały lepiej nie udawać niezniszczalnego. Między 11:00 a 17:00 słońce potrafi być mniej więcej tak delikatne jak urząd skarbowy po terminie. Warto pić dużo wody, unikać alkoholu, zakładać jasne ubrania, chronić głowę i pilnować dzieci, seniorów oraz zwierząt. Samochód zostawiony na słońcu nagrzewa się błyskawicznie, więc nie zostawiamy w nim nikogo „tylko na chwilkę”. Ta chwilka może być bardzo niebezpieczna.

Pewnie zauważyliście, że na naszej liście nie ma Augustowa. Nie dlatego, że przestał być piękny. Wręcz przeciwnie – właśnie dlatego, że podczas takich upałów wpada na ten sam pomysł pół Polski. Efekt? Zamiast relaksu będziecie leżeć na plaży jak sardynki. Tyle że nie na Sardynii, tylko w puszce. Dlatego tym razem postawiliśmy na miejsca trochę mniej oczywiste, gdzie szansa na znalezienie kawałka plaży większego niż ręcznik jest zdecydowanie wyższa.

Podsumowując: będzie gorąco. Bardzo gorąco. Tak gorąco, że nawet komary mogą zacząć latać wolniej. Dlatego zamiast walczyć z upałem na środku rozgrzanego parkingu, lepiej zaplanować ucieczkę nad wodę, do lasu albo w miejsce, gdzie cień nie jest tylko wspomnieniem z dzieciństwa.

Gmina Juchnowiec Kościelny. Od 1 lipca ruszą nowe linie autobusowe

Gmina Juchnowiec Kościelny. Od 1 lipca ruszą nowe linie autobusowe

Od 1 lipca w gminie Juchnowiec Kościelny ruszą cztery nowe linie autobusowe użyteczności publicznej.

Nowe połączenia obejmą trasy: 451 Juchnowiec Kościelny – Hermanówka – Juchnowiec Kościelny, 452 Juchnowiec Kościelny – Wojszki – Juchnowiec Kościelny, 453 Juchnowiec Kościelny – Klewinowo – Juchnowiec Kościelny oraz 454 Juchnowiec Kościelny – Kleosin.

Na liniach 451, 452 i 453 zaplanowano po siedem kursów w dni robocze oraz po cztery kursy w soboty i święta. Linia 454 będzie miała cztery kursy w dni robocze i dwa w soboty oraz święta.

Bilet jednorazowy normalny ma kosztować 3,50 zł, a miesięczny 120 zł. Autobusy mają ułatwić dojazd do centrum gminy oraz przesiadki w kierunku Białegostoku.

Zdjęcie ilustracyjne

Sokółka. Burmistrz z wotum zaufania i absolutorium

Sokółka. Burmistrz z wotum zaufania i absolutorium

Rada Miejska w Sokółce udzieliła burmistrz Ewie Kulikowskiej wotum zaufania i absolutorium za wykonanie budżetu za 2025 rok.

Za wotum zaufania głosowało 14 radnych, czterech było przeciw, a jedna osoba wstrzymała się od głosu. Absolutorium poparło 15 radnych, jedna osoba była przeciw, a trzy wstrzymały się od głosu.

Podczas dyskusji wrócił też wątek zarzutów prokuratorskich wobec burmistrz. Ewa Kulikowska zaprzeczyła zarzutom i mówiła, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

Zdjęcie ilustracyjne

Featured Video Play Icon

Pociąg dojeżdża do Walił. A mógłby dalej – aż pod samą granicę.

Dziś dla pasażera linia kolejowa nr 37 kończy się w Waliłach. To właśnie tam dojeżdża sezonowy pociąg z Białegostoku, który od lat jest jedną z ciekawszych wakacyjnych propozycji dla mieszkańców regionu, turystów i rowerzystów. Sama podróż ma swój urok: skład powoli wyjeżdża z miasta, mija kolejne przystanki i wprowadza podróżnych w zielony świat Puszczy Knyszyńskiej. Problem w tym, że ta historia mogłaby mieć znacznie mocniejsze zakończenie.

Bo Waliły nie musiałyby być końcem tej wyprawy. Historycznie linia kolejowa nr 37 prowadziła dalej, w kierunku Zubek Białostockich i granicy państwa. Dziś za Waliłami zaczyna się inna opowieść: o torach, które mogłyby pracować dla turystyki, lokalnej gospodarki i bezpieczeństwa, ale zamiast tego pozostają na uboczu. Po drodze jest między innymi opuszczona stacja kolejowa w Zubkach Białostockich – miejsce, które samo w sobie mogłoby stać się punktem na mapie wypraw po zapomnianym Podlasiu.

Warto zadać proste pytanie: skoro pociąg może dojechać do Walił, to dlaczego w dłuższej perspektywie nie miałby dojeżdżać dalej, bliżej granicy? Nie chodzi o sentyment do starych rozkładów jazdy ani o kolejarską nostalgię. Chodzi o bardzo praktyczny pomysł na turystykę we wschodniej części województwa.

Na pasie przygranicznym, w promieniu wygodnej jednodniowej lub weekendowej wyprawy, znajduje się wiele miejsc, które już dziś przyciągają ludzi szukających czegoś więcej niż deptaka, lodów i parkingu pod atrakcją. Są ruiny kościoła św. Antoniego w Jałówce – jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w regionie. Są Kruszyniany z tatarskim dziedzictwem, drewnianym meczetem, mizarem i kuchnią, której smak trudno pomylić z czymkolwiek innym. Są Krynki – miasteczko pogranicza, wielu kultur, starej historii i charakterystycznego układu urbanistycznego. Do tego dochodzą wsie, lasy, szutrowe drogi, ciche cmentarze, dawne trakty i cały krajobraz, który dla turysty z Białegostoku, Warszawy czy Gdańska może być czymś absolutnie unikalnym.

Taki pociąg nie musiałby być zwykłym środkiem transportu. Mógłby być osią gotowego produktu turystycznego: „koleją na pogranicze”. Rano wyjazd z Białegostoku, po drodze rowery, dalej trasy do Jałówki, Kruszynian, Krynek, Nietupy, Gródka czy Michałowa. Pociąg stałby się nie tylko atrakcją samą w sobie, ale też kręgosłupem komunikacyjnym dla całego fragmentu regionu.

Jest jeszcze drugi wymiar tej sprawy, którego nie da się dziś pominąć. Granica polsko-białoruska od kilku lat nie jest zwykłą kreską na mapie. To miejsce realnego napięcia, obecności służb i wojska, a także stałego myślenia o bezpieczeństwie państwa. W takim kontekście czynna linia kolejowa w stronę granicy nie jest fanaberią. To infrastruktura o znaczeniu strategicznym.

Kolej ma w logistyce wojskowej ogromne znaczenie. Pozwala przewozić ludzi, sprzęt, materiały, paliwo, zapasy i elementy zaplecza szybciej oraz bardziej efektywnie niż wiele innych form transportu. Oczywiście nikt rozsądny nie będzie twierdził, że każda lokalna linia powinna natychmiast stać się magistralą wojskową. Ale utrzymywanie i przywracanie infrastruktury kolejowej w regionach przygranicznych powinno być traktowane poważnie – nie tylko jako kwestia rozwoju lokalnego, lecz także odporności państwa.

Dlatego odtworzenie lub przynajmniej etapowe uporządkowanie odcinka za Waliłami warto byłoby analizować nie tylko z perspektywy turystyki, ale też obronności. Skoro w Polsce i Europie mówi się dziś o mobilności wojskowej, infrastrukturze krytycznej i wzmacnianiu wschodniej flanki, to Podlasie powinno umieć upominać się o swoje. Czynna linia kolejowa przy granicy to skarb – nawet jeśli na co dzień woziłaby turystów, rowery i mieszkańców.

Waliły już udowodniły, że kolej turystyczna w tym kierunku ma sens. Pociąg z Białegostoku nie jeździ w próżnię – wozi ludzi do lasu, na rowery, na wypoczynek, po oddech od miasta. Teraz warto zapytać, czy nie czas zrobić krok dalej. Dosłownie dalej: za Waliły, w stronę opuszczonych stacji, zapomnianych torów i miejsc, które mogłyby dostać drugie życie. Bo Podlasie ma takich miejsc mnóstwo. Tylko trzeba do nich dojechać.

Rafał Rudnicki zablokował mnie na Facebooku. Pękniecie ze śmiechu – gdy poznacie powód.

Rafał Rudnicki zablokował mnie na Facebooku. Pękniecie ze śmiechu – gdy poznacie powód.

Od 1 lipca w Białostockiej Komunikacji Miejskiej mają wejść nowe zasady podróżowania. W skrócie: pasażerowie będą musieli częściej korzystać z przycisków. Żeby wejść do autobusu, trzeba będzie nacisnąć guzik przy drzwiach. Żeby wysiąść, też trzeba będzie nacisnąć guzik. A na przystankach na żądanie trzeba będzie odpowiednio wcześniej zasygnalizować kierowcy, że chce się wsiąść lub wysiąść.

Miasto tłumaczy, że chodzi o oszczędności, komfort, ograniczenie uciekania ciepła zimą i lepsze działanie klimatyzacji latem. Czyli generalnie: mniej otwierania drzwi bez potrzeby, więcej odpowiedzialności po stronie pasażera. Zmiana jak zmiana. Można ją popierać, można mieć wątpliwości, można zapytać o sens, szczegóły albo praktykę.

No więc zapytałem.

Pod postem Rafała Rudnickiego, wiceprezydenta Białegostoku, który nadzoruje między innymi Białostocką Komunikację Miejską, napisałem komentarz. Nie był to elaborat. Nie była to tyrada. Nie było tam wyzwisk, wielkich liter, teorii spiskowych ani mema z autobusem jadącym do piekła.

Mój komentarz brzmiał dosłownie:

„Po co?”

I wtedy wydarzyła się rzecz piękna w swojej absurdalności.

Zostałem zablokowany.

Tak, dobrze czytacie. W mieście, w którym pasażer ma naciskać guziki, ja najwyraźniej nacisnąłem ten niewłaściwy. Nie „stop” w autobusie. Nie przycisk otwierania drzwi. Tylko obywatelski guzik z napisem: „zadaj proste pytanie”.

I ten guzik najwyraźniej uruchomił procedurę awaryjną.

Nie mogę już obserwować postów Rafała Rudnickiego. Czyli moje skrajnie agresywne, brutalne i destabilizujące system samorządowy pytanie „Po co?” doprowadziło do sytuacji, w której dialog z mieszkańcami najwyraźniej uznano za ryzyko komunikacyjne.

Przyznaję: nie doceniłem mocy języka polskiego.

Myślałem, że „Po co?” to normalne pytanie. Takie, które można zadać, gdy miasto wprowadza zmianę dotyczącą tysięcy pasażerów. Myślałem, że urzędnik może odpowiedzieć: „Po to, żeby autobusy nie traciły ciepła zimą”, „Po to, żeby zmniejszyć koszty”, „Po to, żeby dostosować system do rozwiązań znanych z innych miast”.

Ale po co odpowiadać, skoro można zablokować?

Rafał Rudnicki dostosował swój poziom do poziomu komunikacji miejskiej. Mieszkaniec pyta: „Po co?”. Władza odpowiada: „Nie będzie pan już więcej pytał”. Elegancko. Szybko. Bez zbędnych konsultacji. Bez marnowania energii. Prawdziwa oszczędność — nie tylko ciepła w autobusie, ale też słów w debacie publicznej.

Najzabawniejsze jest to, że cała sprawa dotyczy przycisków. Miasto mówi mieszkańcom: teraz musicie nauczyć się naciskać przyciski. A ja nacisnąłem jeden przycisk za dużo — przycisk zdrowego rozsądku. I nagle okazało się, że system działa znakomicie. Tylko nie ten autobusowy. Przycisk „blokuj” zadziałał natychmiast. Przycisk „odpowiedz mieszkańcowi” najwyraźniej był chwilowo nieczynny.

Nie mam problemu z tym, że miasto zmienia zasady działania komunikacji. Być może te zmiany mają sens. Być może rzeczywiście przyniosą oszczędności. Być może pasażerowie szybko się przyzwyczają i po kilku tygodniach nikt nie będzie pamiętał, że kiedyś kierowca otwierał wszystkie drzwi.

Ale mam problem z tym, że pytanie „Po co?” wystarczy, żeby człowiek zniknął z dyskusji. Bo jeżeli osoba publiczna informuje mieszkańców o zmianach, to musi liczyć się z tym, że mieszkańcy będą pytać. Czasem długo. Czasem krótko. Czasem uprzejmie. Czasem kąśliwie. A czasem po prostu: „Po co?”. To nie jest hejt. To nie jest atak. To nie jest naruszenie powagi urzędu. To jest najprostsze pytanie świata. I może właśnie dlatego tak bardzo zabolało.

Bo „Po co?” ma w sobie coś niebezpiecznego. Otwiera drzwi. Nie te autobusowe, tylko te dużo ważniejsze — drzwi do rozmowy o sensie decyzji. O tym, czy mieszkańcy są tylko odbiorcami komunikatów, czy jednak mają prawo zapytać, dlaczego coś się dzieje. O tym, czy profil polityka samorządowego służy do rozmowy z ludźmi, czy tylko do nadawania komunikatów w jedną stronę.

W Białymstoku od lipca pasażerowie będą musieli naciskać przyciski, żeby wejść i wyjść z autobusu. Ja nacisnąłem przycisk wcześniej. Zapytałem: „Po co?” i wysiadłem z dyskusji przymusowo.

Featured Video Play Icon

Siemiatycze pachniały rybą, serem, miodem i Francją. Za nami piknik „Bardzo Cenne Małocenne”

W Siemiatyczach odbył się rodzinny piknik „Bardzo Cenne Małocenne”, zorganizowany w ramach Dni Siemiatycz. Było to wydarzenie, które połączyło lokalną kuchnię, edukację ekologiczną, regionalne produkty, występy artystyczne, atrakcje dla dzieci i muzyczny finał z francuskim akcentem. PodlaskieTV objęło wydarzenie patronatem medialnym.

Gotowanie na żywo

Dzień rozpoczął się od zawodów wędkarskich, które trwały od rana do wczesnego popołudnia. Później impreza przeniosła się do centrum Siemiatycz, gdzie rozpoczął się piknik rodzinny. Na miejscu czekały stoiska, degustacje, animacje dla dzieci, występy lokalnych artystów oraz spotkania z ekspertami, którzy opowiadali o tym, dlaczego ryby małocenne są w rzeczywistości bardzo cenne.

Sama idea wydarzenia zwracała uwagę na mniej popularne gatunki ryb słodkowodnych. To ryby, które często są pomijane w codziennej kuchni, choć mogą być smaczne, wartościowe i ważne z punktu widzenia rozsądnego korzystania z naturalnych zasobów. Podczas pikniku można było przekonać się, że edukacja ekologiczna nie musi mieć formy wykładu — może odbywać się przez rozmowę, gotowanie na żywo, degustację i rodzinne spotkanie w plenerze.

Jednym z najmocniejszych punktów programu było gotowanie na żywo z Mikołajem Reyem, kucharzem znanym między innymi z programu „MasterChef”. Publiczność mogła zobaczyć, jak przygotowywać ryby słodkowodne i dlaczego warto częściej sięgać po lokalne, niedoceniane produkty. Pokazy kulinarne połączone były z degustacją, więc uczestnicy nie tylko słuchali o nowych smakach, ale mogli ich po prostu spróbować.

Święto sera

W Siemiatyczach pojawił się też mocny wątek regionalny. Obecni byli lokalni wystawcy, którzy prezentowali swoje produkty, między innymi miody. Nie zabrakło również święta sera, co w Siemiatyczach ma szczególne znaczenie — to właśnie tutaj powstają popularne sery camembert. Ten element bardzo dobrze połączył lokalną tożsamość miasta z francuskimi inspiracjami obecnymi podczas całej imprezy.

Francuskich akcentów było zresztą więcej. Występy dzieci z siemiatyckich przedszkoli i szkół nawiązywały do francuskiej kultury, muzyki i atmosfery. Dzięki temu motyw Francji nie pojawił się jedynie przy okazji gwiazdy wieczoru, ale przewijał się przez cały program wydarzenia, tworząc ciekawy most między Siemiatyczami, serem camembert, kuchnią i muzyką.

Na scenie wystąpili najmłodsi artyści z Przedszkola numer 5, Szkoły Podstawowej numer 1, Przedszkola numer 3 i Szkoły Podstawowej numer 3. Publiczność mogła też posłuchać Siemiatyckiego Bractwa Akordeonistów, Orkiestry Dętej OSP Siemiatycze oraz muzyków związanych ze Szkołą Muzyczną. Dzięki temu wydarzenie miało bardzo lokalny, rodzinny i wspólnotowy charakter.

Była zabawa i koncerty

Nie zabrakło też atrakcji dla dzieci. Najmłodsi mieli swoją przestrzeń do zabawy, animacji i aktywności, a całe rodziny mogły spędzić niedzielę w spokojnej, letniej atmosferze. Był to jeden z tych pikników, na których można było jednocześnie czegoś się dowiedzieć, czegoś spróbować, posłuchać muzyki i po prostu pobyć razem.

Finałem wydarzenia był koncert François Martineau — francuskiego muzyka mieszkającego w Polsce, znanego między innymi z programu „Mam talent!”. Jego występ zamknął piknik w radosnym, energetycznym stylu i dopełnił francuski charakter tegorocznego spotkania.

„Bardzo Cenne Małocenne” pokazało, że lokalne wydarzenia mogą łączyć wiele tematów w naturalny i ciekawy sposób. W Siemiatyczach spotkały się ryby, sery, miody, dziecięce występy, regionalni twórcy, nauka, kuchnia i muzyka. A wszystko to w rodzinnej atmosferze, która najlepiej pokazuje, że Podlasie potrafi opowiadać o sobie smakiem, dźwiękiem i dobrym spotkaniem.

Materiał partnerski

Białystok. Wręczono Nagrody Artystyczne Prezydenta Miasta

Białystok. Wręczono Nagrody Artystyczne Prezydenta Miasta

Katarzyna Herman, Zespół Szeptucha, Nie Teatr oraz Anna Skorko zostali laureatami Nagrody Artystycznej Prezydenta Miasta Białegostoku za 2025 rok.

Gala wręczenia nagród odbyła się w niedzielę, 21 czerwca, w Operze i Filharmonii Podlaskiej.

Katarzyna Herman została uhonorowana za całokształt działalności artystycznej. Zespół Szeptucha doceniono za płytę live z koncertu na festiwalu Pol’and’Rock oraz całokształt działalności. Nie Teatr otrzymał nagrodę za rozwijanie autorskiej formuły miejsca spotkań ze sztuką, a Anna Skorko za dotychczasową działalność związaną m.in. z przywracaniem pamięci o Białostockich Zakładach Przemysłu Bawełnianego „Fasty”.

W tym roku wpłynęło 26 wniosków. Najwięcej dotyczyło dokonań twórczych w takich dziedzinach jak film, fotografia, muzyka, plastyka, taniec i teatr.

Zdjęcie ilustracyjne

Wygoda. Upamiętniono 82. rocznicę bitwy w Czerwonym Borze

Wygoda. Upamiętniono 82. rocznicę bitwy w Czerwonym Borze

W Wygodzie pod Łomżą upamiętniono 82. rocznicę bitwy w Czerwonym Borze.

Uroczystości odbyły się w niedzielę, 21 czerwca. Po mszy polowej uczestnicy przeszli pod pomnik przy szkole, gdzie złożono kwiaty i zapalono znicze. W obchodach uczestniczyli mieszkańcy, harcerze, poczty sztandarowe, żołnierze i przedstawiciele lokalnych instytucji.

Podczas uroczystości dr hab. Karol Polejowski, pełniący obowiązki prezesa IPN, wręczył srebrne Medale Reipublicae Memoriae Meritum. Otrzymali je wójt gminy Łomża Piotr Kłys oraz Jarosław Strękowski, współzałożyciel Regionalnej Izby Historycznej w Zambrowie.

Bitwa w Czerwonym Borze rozegrała się 23 czerwca 1944 roku. Oddziały Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowej Organizacji Wojskowej zostały otoczone przez niemiecką obławę. Poległo około 90-100 Polaków.

Zdjęcie ilustracyjne

Bagny. Rowerzysta trafił śmigłowcem do szpitala po zderzeniu z autem

Bagny. Rowerzysta trafił śmigłowcem do szpitala po zderzeniu z autem

Rowerzysta został ranny w wypadku na drodze Dąbrowa Białostocka – Suchowola.

Do zdarzenia doszło w niedzielę, 21 czerwca, około godziny 10:02 w okolicy miejscowości Bagny. Zderzyły się tam samochód osobowy i rower.

Na miejsce pojechali strażacy z Dąbrowy Białostockiej i OSP Olsza, policja oraz zespół ratownictwa medycznego. Poszkodowanemu kierującemu jednośladem udzielono pierwszej pomocy, a następnie przetransportowano go śmigłowcem LPR do szpitala w Białymstoku.

Działania służb trwały do godziny 11:15. Okoliczności wypadku ustalają policjanci.

Zdjęcie ilustracyjne

Białystok. Pięć osób zatrzymanych w sprawie grupy narkotykowej

Białystok. Pięć osób zatrzymanych w sprawie grupy narkotykowej

Pięć osób zatrzymanych w Białymstoku usłyszało zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, która miała wytwarzać i wprowadzać na rynek narkotyki.

Zatrzymani to obywatele Polski w wieku od 30 do 40 lat. Podczas działań służby zabezpieczyły ponad 23 kilogramy narkotyków, w tym klofedron, amfetaminę, kokainę i marihuanę. Ich czarnorynkową wartość oszacowano na ponad milion złotych.

Zabezpieczono także przedmiot przypominający broń palną oraz pieniądze w różnych walutach o łącznej wartości ponad 200 tysięcy złotych.

Podejrzani usłyszeli zarzuty między innymi udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i przestępstw narkotykowych. Wobec dwóch osób zastosowano tymczasowy areszt.

W całym postępowaniu jest dotąd 38 podejrzanych, a śledztwo ma charakter rozwojowy.

Zdjęcie ilustracyjne

Podlaskie. Blisko 24 mln zł dotacji na badania i nowe technologie

Podlaskie. Blisko 24 mln zł dotacji na badania i nowe technologie

Podlaskie firmy otrzymają blisko 24 mln zł dotacji na rozwój badań i nowych technologii.

W środę podpisano umowy na realizację dziewięciu przedsięwzięć badawczo-rozwojowych. Łączna wartość projektów to blisko 38,9 mln zł, z czego prawie 24 mln zł stanowi dofinansowanie ze środków europejskich.

Pieniądze mają pomóc przedsiębiorstwom w inwestycjach w sprzęt, badania i rozwiązania technologiczne, które zwiększą ich konkurencyjność.

Wsparcie trafi do firm z różnych branż działających w regionie.

Zdjęcie ilustracyjne

Bielsk Podlaski. Służby badają sprawę rzeki Białej

Bielsk Podlaski. Służby badają sprawę rzeki Białej

W Bielsku Podlaskim służby badają sprawę zanieczyszczenia rzeki Białej.

Mieszkańcy od miesięcy zgłaszają uciążliwy zapach i silne zabrudzenie wody. Problem ma być związany ze ściekami z zakładowej oczyszczalni działającej przy miejscowym zakładzie mleczarskim.

Miasto wskazuje, że nie ma kompetencji do nakazania modernizacji instalacji ani wstrzymania działalności zakładu, dlatego sprawę prowadzą wyspecjalizowane instytucje. Korespondencja i postępowania dotyczą między innymi WIOŚ, starostwa, Wód Polskich, RDOŚ, prokuratury i inspekcji weterynaryjnej.

Starosta Bielski prowadzi postępowanie w sprawie cofnięcia lub ograniczenia pozwolenia zintegrowanego dla spółki. Termin zakończenia tej sprawy wyznaczono na 1 lipca 2026 roku.

WIOŚ prowadzi też postępowania dotyczące kary administracyjnej oraz użytkowania oczyszczalni ścieków. Ostatnia kontrola została zakończona w maju, a jej wyniki włączono do prowadzonego postępowania.

Zdjęcie ilustracyjne

Kolno. Basen ma przejść dużą przebudowę

Kolno. Basen ma przejść dużą przebudowę

Basen w Kolnie ma przejść dużą przebudowę.

Podpisano już umowę na zaprojektowanie nowego wyglądu i wyposażenia obiektu. W planach jest rozbudowa budynku, druga niecka albo stałe tory do nauki pływania dla dzieci, nowe sauny oraz kilka jacuzzi.

Burmistrz Kolna Andrzej Duda wskazuje, że pływalnia działa od początku lat dwutysięcznych i od ponad 20 lat nie przechodziła generalnego remontu. Według władz miasta modernizacja jest potrzebna także ze względu na stan techniczny części budynku.

Prace mają rozpocząć się jeszcze w tym roku. Przebudowa ma potrwać 12 miesięcy.

Zdjęcie ilustracyjne