Pseudo-konsultacje w sprawie ścieżki rowerowej do Białowieży. Trzy warianty tego samego absurdu

Pseudo-konsultacje w sprawie ścieżki rowerowej do Białowieży. Trzy warianty tego samego absurdu

Zarząd Podlaskich Dróg Wojewódzkich ogłasza konsultacje społeczne dotyczące budowy drogi rowerowej z Hajnówki do Białowieży. Brzmi dobrze. Demokratycznie. Nowocześnie. Problem w tym, że gdy zajrzymy do szczegółów, okaże się, że „wybór” sprowadza się do trzech wersji tego samego pomysłu: ścieżka ma biec wzdłuż drogi wojewódzkiej. Różnica? Czy bliżej jezdni, czy za rowem melioracyjnym.

Jeśli konsultacje mają polegać na wyborze między spalinami po lewej stronie a spalinami po prawej, to trudno mówić o realnym dialogu społecznym. Trudno też nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z klasycznym odhaczaniem procedury. Środowiska rowerowe od lat powtarzają jedno: człowiek nie wsiada na rower po to, by jechać wzdłuż ruchliwej trasy i wdychać spaliny. Tym bardziej, gdy mowa o trasie do Białowieży – symbolu dzikiej przyrody, ciszy i unikalnego krajobrazu. Ale kto by się przejmował tym co chcą ludzie. Urzędnik wie przecież lepiej.

Trasa rowerowa Hajnówka – Białowieża mogłaby być wizytówką regionu. Leśnym korytarzem prowadzącym przez jeden z najcenniejszych obszarów w Europie. Produktem turystycznym z prawdziwego zdarzenia. Tymczasem proponuje się rowerzystom jazdę wzdłuż asfaltu w cieniu osobówek czy autobusów. To nie jest infrastruktura turystyczna. To jest infrastruktura techniczna, zaprojektowana z perspektywy zarządcy drogi, a nie użytkownika roweru.

Klucz do zrozumienia całej sytuacji jest prosty: Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich ma kompetencje i „władztwo” nad pasem drogowym dróg wojewódzkich. Poza nim – już nie. Budowa ścieżki wzdłuż drogi wojewódzkiej jest więc najprostsza administracyjnie. Najłatwiej zaprojektować, najłatwiej rozliczyć, najłatwiej przeprowadzić inwestycję w ramach własnych kompetencji. Tyle że pytanie brzmi: czy konsultacje społeczne mają służyć wygodzie instytucji?

Jeżeli z góry wiadomo, że inwestor realnie może budować tylko w pasie drogowym, to po co udawać, że analizowane są różne koncepcje? Po co zapraszać mieszkańców i rowerzystów do „wyboru”, skoro wybór dotyczy detali technicznych, a nie kierunku inwestycji? Na mapach PZDW pojawiają się także cztery inne warianty – prowadzące wzdłuż torów kolejowych i przez tereny leśne. I tu pojawia się kolejne pytanie: jak PZDW zamierza realizować inwestycję poza swoim terenem?

Tory to własność innych podmiotów. Lasy – zarządzane przez Lasy Państwowe. Każdy z tych wariantów wymagałby współpracy międzyinstytucjonalnej, uzgodnień, być może zmian kompetencyjnych i odwagi decyzyjnej. Albo inaczej – to te instytucje bezpośrednio mogłyby zbudować ścieżki samodzielnie. Szczególnie Lasy Państwowe, które śpią na pieniądzach. Może nie warto forsować na siłę rozwiązań, które nie są akceptowane przez tych, którzy mają korzystać.

Nie jest to zresztą pierwsza próba budowy tej drogi. Poprzednie władze wojewódzkie również zapowiadały inwestycję i również organizowały konsultacje. Wtedy także mówiło się o wariantach, a w praktyce wszystko sprowadzało się do jednego – ścieżki wzdłuż drogi wojewódzkiej. Był szum, były mapki, były spotkania. A na końcu – cyrk wokół rozwiązania, które od początku budziło sprzeciw części środowiska rowerowego. A dziś historia zdaje się powtarzać.

Konsultacje społeczne mają sens wtedy, gdy istnieje realna przestrzeń do zmiany projektu. Gdy mieszkańcy mogą wpłynąć na przebieg inwestycji, a nie tylko wybrać między rowem po lewej a rowem po prawej. Jeśli jednak ramy inwestycji są tak wąskie, że jedynym dopuszczalnym kierunkiem jest pas drogowy drogi wojewódzkiej, to uczciwiej byłoby powiedzieć wprost: „możemy budować tylko tutaj”.

Wtedy rozmowa byłaby szczera. Można by dyskutować o standardzie, bezpieczeństwie, oddzieleniu od jezdni, ekranach zieleni. Ale dziś mamy wrażenie, że to nie mieszkańcy mają decydować, tylko mają legitymizować wcześniej przyjęte założenia.

Nie po to jedzie się do Białowieży, by pedałować wzdłuż ruchliwej trasy. Jeśli inwestycja nie będzie atrakcyjna, bezpieczna i odseparowana od ruchu samochodowego w sposób rzeczywisty, może okazać się kosztownym symbolem źle rozumianej infrastruktury. Miliony złotych wydane na ścieżkę, która nie stanie się turystycznym magnesem, tylko kolejnym pasem technicznym przy drodze.

Może więc zamiast organizować pseudo-konsultacje, warto zadać fundamentalne pytanie: czy naprawdę chcemy stworzyć trasę rowerową do Białowieży, czy tylko dobudować asfalt w granicach własnych kompetencji? Bo jeśli to drugie, to nie róbmy parodii z konsulacji.

Partnerzy portalu:

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?
Kojle Perty fot. Hubert Stojanowski

Podlaskie ma nowe rezerwaty przyrody. Gdzie się znajdują?

W Podlaskiem powstały trzy nowe rezerwaty przyrody: Beretnica, Kojle i Perty oraz Wigrańce. To oznacza, że w całym województwie mamy już 114 rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 26 tysięcy hektarów. Jednocześnie część wcześniej utworzonych obszarów została udostępniona mieszkańcom – można tam spacerować, jeździć rowerem, konno, a w wyznaczonych miejscach także zbierać grzyby i owoce leśne.

Beretnica to niewielki, niecałe 6-hektarowy rezerwat w gminie Gródek. Chroni torfowisko, czyli podmokły teren porośnięty specyficzną roślinnością. Takie miejsca są dziś rzadkie i bardzo cenne, bo magazynują wodę i pomagają łagodzić skutki suszy. W Beretnicy rośnie m.in. przygiełka biała – roślina, której nie spotyka się często nawet w Puszczy Knyszyńskiej. Teren ma charakterystyczny układ: w środku jest najbardziej mokro, a im dalej, tym bardziej przypomina leśne bagno przechodzące w bór.

Rezerwat Kojle i Perty znajduje się w gminie Rutka-Tartak i obejmuje dwa głębokie jeziora oraz otaczające je tereny. Jezioro Kojle ma około 33 metry głębokości, a Perty około 31 metrów – to naprawdę dużo jak na podlaskie warunki. Wokół nich występują rzadkie rośliny i wiele gatunków zwierząt. Co ważne, mimo objęcia ochroną, jeziora nadal będą użytkowane rybacko i pozostaną dostępne dla wędkarzy. Ochrona ma tu iść w parze z rozsądnym korzystaniem z przyrody.

Największy z nowych rezerwatów to Wigrańce w gminie Sejny. Obejmuje fragment Puszczy Augustowskiej ze starymi sosnami, z których część ma nawet blisko 200 lat. To prawdziwy kawał dawnego lasu, który przetrwał w niemal naturalnym stanie. W takich widnych borach rosną rzadkie rośliny, m.in. sasanka otwarta czy mącznica lekarska. Ciekawostką jest to, że sosna odnawia się tu naturalnie, bez sadzenia przez człowieka.

Równocześnie udostępniono trzy inne rezerwaty: Romanówkę, Połomin i Starą Dębinę. Wyznaczono w nich trasy piesze, rowerowe i konne, a także miejsca, gdzie można legalnie zbierać grzyby i owoce runa leśnego. To odpowiedź na postulaty lokalnych mieszkańców, którzy chcą korzystać z lasu, ale w sposób uporządkowany.

W ciągu ostatnich dwóch lat w województwie podlaskim powołano 20 nowych rezerwatów i powiększono trzy istniejące. Łącznie od połowy 2024 roku objęto ochroną prawie 3 tysiące hektarów nowych terenów. Podlasie i tak było jednym z najbardziej zielonych regionów w Polsce, a teraz udział obszarów chronionych jeszcze się zwiększył.

Partnerzy portalu:

Białystok dopiero w 1919 roku odzyskał niepodległość. Dziś rocznica.

Białystok dopiero w 1919 roku odzyskał niepodległość. Dziś rocznica.

11 listopada 1918 roku Polska wróciła na mapę, ale Białystok jeszcze nie. U nas ta data długo nie brzmiała jak finał, tylko jak początek zamieszania. Dlatego białostockie „odzyskanie niepodległości” ma inną datę: 19 lutego 1919 roku. Tego dnia do miasta wjechało polskie wojsko, a okupujący Niemcy byli już na wylocie. Dopiero wtedy można mówić o realnym włączeniu miasta do odrodzonego państwa.

Żeby zrozumieć, czemu to trwało aż trzy miesiące dłużej niż w większości kraju, trzeba pamiętać, że Białystok w tamtym czasie był miastem wielojęzycznym i wielonarodowym. Najliczniejszą grupę stanowili Żydzi, Polaków było mniej, a w przestrzeni publicznej mieszały się też rosyjski i niemiecki. To wpływało na nastroje i pomysły na przyszłość. Dla części żydowskiej społeczności sensowny wydawał się wariant „wolnego miasta” na wzór Gdańska, pod międzynarodową ochroną. Polacy najczęściej chcieli prostego rozwiązania: Białystok ma być normalną częścią niepodległej Polski. Z czasem, gdy II RP mimo wojny z bolszewikami zaczęła wyglądać na państwo stabilne, poparcie dla autonomii słabło, a coraz częściej pojawiały się głosy o współpracy i wspólnym rozwoju miasta.

Wojna światowa zmiotła z miasta normalność już w 1914 roku. Białystok był wtedy w Imperium Rosyjskim: stan wojenny, aresztowania, mobilizacja, zatrzymanie wypłat, zamykanie fabryk. Rok później Rosjanie uciekli, a miasto przejęli Niemcy. Weszły konfiskaty, ostra kontrola handlu, racjonowanie żywności, wywożenie ludzi na roboty. Produkcja włókiennicza stanęła, brakowało opału i jedzenia, pojawiły się epidemie. Później okupacja trochę „zmiękła”, część zakładów wznowiła pracę na potrzeby armii, a Niemcy chętniej opierali się na żydowskich fabrykantach, których po prostu uznawali za pewniejszych partnerów gospodarczych. Tu przypomnijmy, że mówimy o pierwszej wojnie światowej – czyli dekady przed Holocaustem, gdy Hitler był 25-letnim żołnierzem.

Kiedy w listopadzie 1918 roku Niemcy przegrali wojnę i w Warszawie zaczęło się układanie nowej Polski, w Białymstoku było bardziej „pomiędzy” niż „w środku”. Niemieckie wojsko formalnie miało się wycofywać, ale w praktyce w mieście długo panował bałagan: brak jasnej władzy, rozchodzące się plotki, strzały „dla zabawy”, nerwowość. Były próby dogadywania się, były nadzieje, były też sceny, które dziś brzmią jak z filmu. W pewnym momencie pojawił się nawet samozwańczy „naczelnik”, który ogłosił, że Białystok ma zostać przyłączony do Białorusi, a on będzie tu rządził. To się szybko rozpadło, bo realną grę rozstrzygało nie to, co kto ogłosi, tylko kto ma wojsko i administrację.

Przełom nastąpił dopiero w lutym 1919 roku, kiedy udało się doprowadzić do bezpiecznego wyjścia Niemców z miasta. 18 lutego wyjechali, 19 lutego wjechały polskie oddziały. Kilka dni później zrobiono oficjalne uroczystości przed katedrą i to właśnie te obrazy zwykle dziś wracają na archiwalnych pocztówkach.

Co ciekawe, nawet po tym „wejściu do Polski” Białostocczyzna przez pewien czas funkcjonowała jak teren na specjalnych zasadach. W 1919 roku zdarzało się, że na Narwi działało przejście graniczne i trzeba było mieć przepustkę, żeby swobodnie jechać do Białegostoku czy okolic. Region był podporządkowany administracji wojskowej ziem wschodnich, co budziło sprzeciw lokalnej społeczności, bo wyglądało jak dalsze traktowanie tego obszaru jako „nie do końca Polski”. W tę sprawę mocno angażował się ks. Stanisław Hałko, organizator polskiego szkolnictwa w okupowanym Białymstoku, później poseł z okręgu białostocko-sokólskiego. Argumentował m.in., że frekwencja w wyborach była bardzo wysoka i że znaczna część mieszkańców, także Żydów, normalnie funkcjonuje po polsku. Sprawa skończyła się ustawą z 2 sierpnia 1919 roku o utworzeniu województwa białostockiego, czyli wreszcie pełnym uporządkowaniem statusu regionu.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak urzędnicy trwonią nasze pieniądze. Kolejny „filmik promocyjny” miasta.

Czy po obejrzeniu filmiku w internecie, rzucilibyście wszystko i pojechali do… Suwałk? Na to chyba liczą władze tego miasta, skoro na YouTube możemy oglądać ponad dwuminutowy materiał z lektorem, który przekonuje nas, że tu się żyje „normalnie”. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że za ten film płacimy my wszyscy – z podatków. A owo „dzieło” niewiele wnosi do realnej promocji miasta. Dlaczego? Bo promocja to nie pojedynczy filmik, lecz długofalowa strategia z jasno określonym celem i mierzalnym efektem.

Tymczasem dostajemy produkt urzędniczej wyobraźni (konkretnie z Parku Naukowo-Technologicznego w Suwałkach): dwie minuty ogólników, bez konkretu, bez wyraźnego wyróżnika, bez emocji. Film, który równie dobrze mógłby opowiadać o dowolnym powiatowym mieście w Polsce. Wystarczyłoby podmienić planszę z nazwą.

I tu właśnie rodzi się pytanie: skoro miasto posiada formalnie przyjętą strategię promocji, to gdzie w tym materiale widać jej realizację? Gdzie widać jasno zdefiniowaną grupę docelową, spójny przekaz, konsekwencję budowania marki?

Ten filmik to nie tylko słaba produkcja wideo. To sygnał problemu z myśleniem o promocji. A jeszcze to hasło „Normalnie”. To tak, jakby restauracja reklamowała się sloganem: „U nas da się zjeść”. Gratulacje. Nijakie komunikaty, które nikogo nie obrażą, ale też nikogo nie poruszą. Bo łatwiej wyprodukować materiał, odhaczyć projekt i rozliczyć budżet, niż konsekwentnie wdrażać kilkuletnią koncepcję budowy wizerunku opartą na realnych atutach regionu. A tych w Suwałkach naprawdę nie brakuje.

Suwałki mają potencjał. Krajobraz, przestrzeń, bliskość natury, klimat do życia i pracy zdalnej. Ale tego nie da się sprzedać dwuminutowym klipem wrzuconym w internetową próżnię. Potrzebna jest kampania. Stała obecność w mediach. Współpraca z twórcami. Storytelling. Mierzalny efekt. I przede wszystkim cel – kogo chcemy przyciągnąć. Bo jeśli wszystkich, to w praktyce nikogo.

Najbardziej boli brak odpowiedzialności za publiczne pieniądze. Problemem nie jest sam film. Problemem jest przekonanie, że taki materiał wystarczy, by mówić o skutecznej promocji. Że wystarczy coś nagrać, opłacić lektora i zamknąć temat. Nie, nie wystarczy. Jeśli wydajemy publiczne środki, mamy prawo wymagać nie tylko profesjonalizmu, ale i spójności z przyjętą strategią. Mamy prawo pytać o efekty. Mamy prawo domagać się czegoś więcej niż poprawnej formalnie realizacji dokumentu. Zasługujemy na coś więcej niż urzędnicze minimum.

Wystarczy spojrzeć na inne miasta, które potrafiły przekuć pojedynczy impuls w realny efekt promocyjny. Sandomierz przez lata korzystał z popularności serialu „Ojciec Mateusz” – to nie był przypadek, lecz świadome wykorzystanie rozpoznawalności produkcji do budowania ruchu turystycznego. Wycieczki „śladami serialu”, materiały promocyjne, konsekwentne utrwalanie wizerunku miasta jako miejsca klimatycznego i filmowego – to przełożyło się na konkretne liczby.

Kazimierz Dolny od lat buduje markę miasta artystów i weekendowej ucieczki z Warszawy. Nie jednym filmem, lecz konsekwentnym pozycjonowaniem: galerie, festiwale, obecność w mediach lifestylowych. Krynica-Zdrój od dekad utrwala status uzdrowiska i centrum wydarzeń gospodarczych, wykorzystując Forum Ekonomiczne jako narzędzie promocji wykraczające daleko poza sam event.

Tam widać myślenie kategoriami marki. Widać wykorzystanie atutu i jego multiplikację. A w Suwałkach? Mamy potencjał równie silny – przyrodę, przestrzeń, autentyczność – ale bez wyrazistego, powtarzalnego komunikatu pozostaje on tylko tłem do kolejnych, poprawnych urzędniczo produkcji.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Białystok: Co zostało z miasta wielokulturowego?

W serwisie YouTube coraz wyraźniej widać rosnącą popularność nagrań typu „walking tour”. To kilkudziesięciominutowe, często godzinne spacery po miastach rejestrowane w wysokiej rozdzielczości, bez lektora, bez dynamicznego montażu i bez podkładu muzycznego. Kamera po prostu idzie przed siebie. Słychać kroki, rozmowy przechodniów, odgłosy ruchu ulicznego, czasem wiatr czy ptaki w parkach. Widz nie ogląda reportażu – ma poczucie, że sam znajduje się w danym miejscu i chłonie jego codzienność w najbardziej naturalnej formie.

Do tej pory takie materiały kojarzyły się głównie z metropoliami – Nowym Jorkiem, Tokio czy Paryżem. Coraz częściej jednak podobne realizacje powstają także w Polsce. Najnowszy film prowadzi przez Białystok pod hasłem „Co zostało z miasta wielokulturowego?”. To spokojny, niespieszny spacer po centrum, który pozwala przyjrzeć się architekturze, ludziom i rytmowi miasta bez komentarza narzucającego interpretację. Obraz i autentyczny dźwięk ulic tworzą przestrzeń do własnych refleksji – szczególnie w kontekście historii i wielokulturowej tożsamości, z której Białystok przez dekady był znany.

Tego typu nagrania spełniają kilka funkcji jednocześnie. Dla części odbiorców są formą wyciszenia – działają jak wizualny ambient, który można włączyć w tle podczas pracy czy odpoczynku. Dla innych to sposób na poznawanie świata bez biletu lotniczego, możliwość zobaczenia realnego, nieupiększonego miasta. Z perspektywy wizerunkowej to również subtelna, ale bardzo skuteczna promocja – miejscowość pokazuje się taką, jaka jest naprawdę, bez filtrów i marketingowych sloganów.

Trend ten otwiera duże możliwości także dla całego regionu. Podlasie, ze swoją historią, architekturą i krajobrazem, aż prosi się o podobne realizacje. Wirtualny spacer potrafi obudzić ciekawość skuteczniej niż klasyczna reklama. Godzina spokojnego marszu ulicami może stać się początkiem realnej podróży – tej, w której zamiast ekranu przed oczami pojawia się prawdziwe miasto i jego autentyczna atmosfera.

Partnerzy portalu:

Zrobiła dla Białegostoku bardzo wiele. Zupełnie zapomniana przez władze.

Zrobiła dla Białegostoku bardzo wiele. Zupełnie zapomniana przez władze.

W Białymstoku jedna z głównych arterii nosi imię Jana Klemensa Branickiego. I to jest w pełni zrozumiałe. Hetman wielki koronny uczynił z miasta swoją reprezentacyjną rezydencję, rozbudował pałac, sprowadził wybitnych architektów i artystów, nadał Białemustokowi rangę magnackiego ośrodka o europejskich ambicjach. Bez jego ambicji, pieniędzy i politycznej pozycji XVIII-wieczny rozkwit miasta nie byłby możliwy. Ale historia Białegostoku nie jest historią jednego człowieka.

Izabela Poniatowska, a po wyjściu za mąż za Jana – Branicka pojawiła się tu jako młoda kobieta i bardzo szybko stała się realnym współtwórcą miejskiej elity. Nie była tylko „żoną hetmana”. To ona organizowała życie dworu, który stał się centrum kultury i awansu społecznego. To ona wspierała rozwój szkolnictwa, działalność dobroczynną, opiekę nad ubogimi i chorymi. To też ona dbała o funkcjonowanie struktur gospodarczych dóbr białostockich. To za jej czasów Białystok nie był prowincjonalnym „zaściankiem magnackim”, lecz miejscem, w którym bywało się z powodów towarzyskich, artystycznych i politycznych. Po śmierci męża nie pozwoliła, by wszystko się rozpadło.

I tu pojawia się pytanie do współczesnego Białegostoku. Dlaczego miasto ma reprezentacyjną ulicę Jana Klemensa Branickiego, a nie ma ulicy Izabeli Branickiej w ogóle? Nie chodzi o ideologię. Nie chodzi o modne hasła równouprawnienia. Chodzi o proporcję i elementarną konsekwencję w miejskiej pamięci. Jeśli uznajemy, że Branicki zasłużył na główną arterię – a zasłużył – to trudno racjonalnie wytłumaczyć całkowity brak analogicznego uhonorowania kobiety, która przez dekady współtworzyła prestiż miasta i realnie nim zarządzała.

Przed nami konkretne daty. W 2028 roku minie 220 lat od jej śmierci. W 2030 roku przypada 300. rocznica jej urodzin. To idealny moment, by temat uporządkować spokojnie i nadrobić stracony czas. Jeżeli w Białymstoku powstają nowe, znaczące arterie – jak choćby nowa droga odchodząca od ulicy 42 Pułku Piechoty – może właśnie tam jest miejsce na decyzję o większej skali. Nie skwer, nie krótka uliczka osiedlowa, wepchnięta pomiędzy inny, ale widoczna, komunikacyjnie istotna trasa.

To nie jest rewolucyjny postulat. To raczej przypomnienie władzom, że historia Białegostoku była tworzona Jana Klemensa Branickiego oraz Izabelę Branicką. Jedno nazwisko już widnieje na mapie w sposób godny. Czas, by drugie również się tam znalazło.

Partnerzy portalu:

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

Suwalski Park Krajobrazowy ma już 50 lat!

To najstarszy park krajobrazowy w Polsce. Od 1976 roku chroni to, co w tej części kraju najcenniejsze – surową przyrodę i krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym.

Suwalski Park Krajobrazowy jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc północno-wschodniej Polski. Tutejszy teren ukształtował lądolód, zostawiając po sobie pagórki, głębokie rynny, jeziora i rozległe doliny. To przestrzeń otwarta, momentami surowa, pełna ciszy. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów poza zabudowania, by poczuć, że natura wciąż gra tu pierwsze skrzypce.

Na obszarze parku znajduje się ponad dwadzieścia jezior, w tym najgłębsze w Polsce – Jezioro Hańcza. Są też punkty widokowe, z których widać falujący krajobraz Suwalszczyzny. To miejsce dla tych, którzy lubią ruch i przestrzeń: piesze wędrówki, rowerowe trasy, motocyklowe przejażdżki po krętych drogach i stromych podjazdach.

Od pięćdziesięciu lat park pozostaje przestrzenią, w której przyroda, lokalna historia i codzienne życie mieszkańców splatają się w jedną opowieść. Z okazji jubileuszu powstał film „W krainie Hańczy. 50 lat SPK” – opowieść o krajobrazie wyrzeźbionym przez lądolód i o miejscu, które od pół wieku zachwyca kolejne pokolenia.

Partnerzy portalu:

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Koniec Supraśla, jaki znamy. Deweloperzy wchodzą z buciorami. Blokowiska zamiast turystyki.

Supraśl od lat był symbolem spokoju, drewnianych domów, uzdrowiskowego klimatu i przestrzeni, w której człowiek oddycha inaczej. Kameralne miasteczko na skraju puszczy przyciągało tych, którzy uciekali od zgiełku i blokowisk. Dziś coraz częściej słychać jednak pytanie, czy ten rozdział właśnie się nie kończy.

Wraca temat dużej zabudowy mieszkaniowej na końcu ulicy Nowy Świat. Chodzi o teren dawnej fabryki – miejsce z historią, położone niedaleko rzeki, dotąd otoczone przestrzenią i ciszą. W planach jest nowe osiedle, które wraz z adaptacją zabytkowego budynku mogłoby pomieścić około 300 osób. To już nie wizja kilku domów jednorodzinnych, lecz większe budynki mieszkalne o zupełnie innym charakterze niż dotychczasowa zabudowa tej części miasta.

To początek końca Supraśla. Bo nowe osiedle to nie tylko elewacje i metry kwadratowe. To setki dodatkowych samochodów, większy ruch, presja na infrastrukturę i zmiana krajobrazu. Spokojna część miasteczka przeobrazi się w gęściej zabudowaną strefę mieszkaniową, która coraz mniej przypominać będzie dawny Supraśl. I tyle zostanie z naszej turystycznej perełki.

O wszystkim mają zadecydować radni. Dokument ma jasno określić, co i w jakiej formie będzie można tam wybudować. Wiadomo już, że wysokość zabudowy nie przekroczy 12 metrów – to maksimum przewidziane w obowiązujących dokumentach planistycznych. Jednak nawet przy takim ograniczeniu skala inwestycji budzi emocje. Szczególnie, że podobne napięcie towarzyszy planom zagospodarowania terenu po innej fabryce w centrum Supraśla. Tam również mówi się o osiedlu dla około 300 osób. Zabudowa miałaby powstać obok zachowanych elementów poprzemysłowych – wieży, komina czy dawnej szmaciarki. W praktyce oznacza to kolejne setki mieszkańców w ścisłym centrum niewielkiego miasta.

To decyzja krótkowzroczna i po prostu głupia. Sprzedawanie charakteru miasta za kilka milionów złotych rocznie to rachunek, który w dłuższej perspektywie po prostu się nie spina. Supraśl nie konkuruje z Białymstokiem liczbą mieszkań ani metrażem bloków. Jego siłą jest klimat, skala, krajobraz i spójność przestrzenna. Jeśli to zniszczymy, nie będziemy mieli już niczego, czym można się wyróżnić.

Wpychanie kilkuset nowych mieszkańców w tkankę małego, uzdrowiskowego miasteczka bez realnej odpowiedzi na pytania o dodatkowe drogi, parkingi, szkoły, komunikację to działanie na zasadzie „jakoś to będzie”. Nie, nie będzie. Będzie korek, chaos przestrzenny i narastający konflikt społeczny. Będzie beton tam, gdzie była przestrzeń. Będzie ruch tam, gdzie była cisza. Turystyczne walory zostaną zaorane.

To także uderzenie w lokalną markę budowaną latami. Supraśl promuje się jako miejsce odpoczynku, natury i oddechu. Trudno sprzedawać turystom wizję sielskiego miasteczka, gdy w tle rosną kolejne bloki. Trudno mówić o uzdrowisku, gdy zwiększa się natężenie ruchu i zagęszczenie zabudowy. Tak traci się reputację szybciej, niż się ją buduje.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ignoruje się głos mieszkańców, którzy widzą w tym zagrożenie dla tożsamości miejsca. Rozwój nie polega na bezrefleksyjnym dogęszczaniu przestrzeni, tylko na mądrym planowaniu. Jeśli jedyną wizją na przyszłość jest przekształcenie Supraśla w kolejną sypialnię aglomeracji, to rzeczywiście możemy mówić o końcu miasta, jakie znamy. Bo kiedy zniknie klimat, spokój i wyjątkowość, nie da się ich już odzyskać uchwałą ani kolejnym planem zagospodarowania.

Partnerzy portalu:

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Będzie odstrzał wilków w Podlaskiem. Dlaczego?

Wilk w Polsce jest gatunkiem objętym ścisłą ochroną. Oznacza to, że co do zasady nie wolno go zabijać ani niepokoić, a wszelkie działania wobec tych zwierząt wymagają szczególnej, administracyjnej zgody. Tu dodajmy, że w praktyce wydawana jest ona bardzo niechętnie i w ostateczności.

Dlatego w tym przypadku mamy jednak do czynienia z sytuacją wyjątkową, która – zdaniem organów ochrony środowiska – uzasadnia odstępstwo od ogólnej zasady. Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska wyraził zgodę na odstrzał maksymalnie trzech wilków na terenie gminy Krasnopol. Decyzja została wydana w odpowiedzi na wniosek wójta, który od kilku lat otrzymywał od mieszkańców zgłoszenia o obecności tych zwierząt w pobliżu zabudowań oraz o atakach na zwierzęta gospodarskie. Choć wcześniej dopuszczono płoszenie drapieżników, działania te nie przyniosły oczekiwanych efektów.

Warto jednak dodać, że nie przesądził o tym fakt – ataków na zwierzęta gospodarskie i kręcenie się przy zabudowaniach. Zgoda dotyczy wyłącznie osobników wykazujących wyraźne objawy zaawansowanego świerzbu. Według relacji mieszkańców to właśnie chore wilki podchodzą pod domy i zagrody, stanowiąc zagrożenie dla inwentarza, a potencjalnie również dla ludzi. Do urzędu trafiły zdjęcia, nagrania oraz pisemne zgłoszenia dokumentujące obecność chorych zwierząt i przypadki zagryzień. Część szkód została potwierdzona przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, która wskazała, że za zdarzenia może odpowiadać pojedynczy, osłabiony osobnik.

Organ uznał, że w tej konkretnej sytuacji odstrzał może służyć zarówno poprawie bezpieczeństwa mieszkańców, jak i ochronie samej populacji wilka. Zwierzęta dotknięte ciężką chorobą częściej tracą naturalny dystans wobec człowieka, podchodzą bliżej zabudowań i mogą rozprzestrzeniać pasożyta wśród innych osobników.

Decyzja jest ściśle ograniczona. Odstrzelone mogą zostać wyłącznie te wilki, które zostały udokumentowane na zdjęciach i nagraniach oraz mają widoczne objawy choroby. Zadanie wykonają uprawnieni myśliwi z wyznaczonych kół łowieckich: „Łoś” i „Słonka” w Sejnach oraz „Jedynka” w Suwałkach. Każdy przypadek będzie dokładnie udokumentowany fotograficznie, a zwierzę poddane oględzinom z protokołem zawierającym informacje o płci, wieku i miejscu odstrzału. Dopuszczono także możliwość pobrania próbek do badań naukowych. Zezwolenie obowiązuje do końca grudnia 2026 roku.

Partnerzy portalu:

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Rolnicy kontra Narew. Boją się że wysychająca rzeka ich zaleje.

Planowana budowa progu spiętrzającego na Narwi w rejonie Rzędzian stała się punktem zapalnym, bo dotyka dwóch sprzecznych, ale jednocześnie racjonalnych sposobów myślenia o rzece. Z jednej strony są mieszkańcy i rolnicy, którzy patrzą na Narew przez pryzmat bezpieczeństwa gospodarstw i użytkowania łąk, z drugiej – podejście przyrodnicze, według którego to właśnie nadmierna kontrola i „obsługa techniczna” rzeki doprowadziły ją do obecnego stanu degradacji. Spór nie jest więc prostym konfliktem interesów, lecz zderzeniem dwóch logik zarządzania wodą.

Argument przeciwników progu opiera się na doświadczeniu. W ich ocenie stałe piętrzenie w tak bliskiej odległości od jazu ogranicza możliwość reagowania na zmienne warunki hydrologiczne. Jaz, wyposażony w ruchome klapy, daje możliwość czasowego obniżenia poziomu wody w momentach krytycznych, takich jak wiosenne wezbrania czy okres prac polowych. Stały próg tej elastyczności nie ma. Nawet jeśli jest niższy niż poprzednia konstrukcja, wciąż narzuca minimalny poziom wody, który przy kumulacji opadów i roztopów może skutkować długotrwałym zaleganiem wody na łąkach i w pobliżu zabudowań. Z tej perspektywy budowa kolejnego piętrzenia obok istniejącego jazu wygląda jak dublowanie infrastruktury, które osłabia funkcję obiektu już zmodernizowanego i przenosi ryzyko na tereny użytkowane przez ludzi.

Z drugiej strony, argumenty strony pro-przyrodniczej uderzają w sam fundament takiego myślenia. To właśnie regulowanie rzek, ich pogłębianie, prostowanie i „obsługiwanie” jazami sprawiło, że Narew przez lata traciła kontakt z doliną, szybciej odprowadzała wodę i wysychała w okresach bezdeszczowych. W tej logice jaz, nawet jeśli technicznie sprawny, jest narzędziem kontroli, a nie odtwarzania naturalnych procesów. Stały próg ma wymuszać wyższy poziom wody na dłuższym odcinku rzeki, uruchamiać rozlewiska, zasilać starorzecza i podnosić poziom wód gruntowych w dolinie. Nie chodzi więc o „trzymanie wody w korycie”, lecz o to, by woda znów mogła rozchodzić się szeroko po krajobrazie, zamiast być spuszczana jak najszybciej w dół rzeki.

Oba podejścia mają swoje słabe punkty. Krytycy progu często abstrahują od tego, że sam jaz, nawet z klapami, w praktyce bywa prowadzony w sposób zachowawczy, nastawiony na szybkie odprowadzanie wody i minimalizowanie ryzyka formalnego, a nie na długotrwałe podpiętrzenia sprzyjające przyrodzie. Z kolei zwolennicy progu zakładają, że każde stałe piętrzenie automatycznie „oddaje rzekę naturze”, ignorując fakt, że źle dobrana lokalizacja i brak kontroli mogą prowadzić do podmywania brzegów, zamulania i konfliktów społecznych, które w dłuższej perspektywie kończą się presją na jeszcze silniejszą ingerencję techniczną.

W istocie spór sprowadza się do pytania, czy próg w tym konkretnym miejscu rzeczywiście robi coś, czego nie da się osiągnąć innymi metodami. Jeżeli podniesienie poziomu wody przez próg faktycznie uruchamia boczne połączenia Narwi ze starorzeczami i rozlewiskami, których jaz nie jest w stanie zasilić nawet przy pro-retencyjnym sterowaniu, wtedy argument przyrodniczy zyskuje ciężar. Jeżeli jednak efekt kończy się głównie na podniesieniu lustra wody w korycie i cofce przy jednoczesnym wzroście ryzyka dla łąk i zabudowań, wówczas rację mają ci, którzy widzą w tej inwestycji kolejny sztywny element w już przeinżynierowanym systemie.

Paradoks polega na tym, że obie strony mówią o „ratowaniu rzeki”, tylko rozumieją to inaczej. Jedni chcą ją ratować przed nadmiarem wody i nieprzewidywalnością, drudzy przed wysychaniem i zamianą w rynnę. Sens budowy progu obok jazu nie zależy więc od samej idei piętrzenia, lecz od tego, czy inwestycja rzeczywiście przywraca Narwi kontakt z doliną, a nie tylko przenosi odpowiedzialność za skutki uboczne z instytucji na lokalnych mieszkańców. Bez twardej odpowiedzi na to pytanie każda ze stron będzie mogła z równą siłą twierdzić, że broni racjonalnego interesu – i w obu przypadkach będzie miała ku temu powody.

Partnerzy portalu:

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Czy powstanie Strefa Czystego Transportu w Białymstoku?

Wypowiadanie się na temat Strefy Czystego Transportu w Białystok należy zacząć od autolustracji. Nawiązuję tu do słynnego wywiadu w RMF FM, gdzie poseł Lewicy Maciej Gdula, zapytany przez Robert Mazurek „czym jeździ”, miał w praktyce przejść test moralnej wiarygodności w sprawie ograniczania wjazdu starszych samochodów do centrów miast. Gdy wyszło, że parlamentarzysta porusza się SUV-em, rozmowa nagle przestała dotyczyć ekologii, a zaczęła hipokryzji.

Dlatego, z ostrożności i higieny intelektualnej, dokonam teraz autolustracji. Na Rynek Kościuszki jeżdżę zazwyczaj autobusem. Z prostego powodu: jedną z głównych „rozrywek” tej przestrzeni jest konsumpcja alkoholu, więc przyjazd samochodem mija się z celem. Gdy był jarmark świąteczny, również wybrałem komunikację miejską – mimo że nie planowałem degustacji niczego mocniejszego niż grzane wino bez wina.

Skoro mamy to za sobą, możemy przejść do rzeczy.

Białystok już jest w połowie drogi – tylko jeszcze o tym nie wie

Debata o Strefie Czystego Transportu (SCT) w Białymstoku często zaczyna się i kończy na haśle: „to u nas nie przejdzie”. Tyle że miasto, trochę nieświadomie, a trochę metodą małych kroków, już wykonało znaczną część pracy.

Rynek Kościuszki – zamknięty dla ruchu. Kilińskiego – strefa ruchu pieszego, gdzie ludzie faktycznie chodzą środkiem ulicy, a nie przytuleni do krawężnika jak w latach 90. Św. Rocha – w planach przebudowa na woonerf, czyli przestrzeń współdzieloną, gdzie samochód przestaje być świętą krową. I wreszcie Lipowa – klasyczna arteria, po której ruch odbywa się normalnie, jakby była oderwana od całej tej miejskiej układanki.

Co ciekawe – i tu zaczyna się urbanistyczna fantazja – zamknięcie Lipowej (choćby z pozostawieniem ruchu autobusowego) spinałoby te przestrzenie w jedną, logiczną całość. Św. Rocha, Lipowa, Rynek Kościuszki, Kilińskiego. Kilkaset metrów prawdziwego, ciągłego deptaka. Nie „strefy”, nie „odcinka”, tylko miejskiego kręgosłupa, który żyje, oddycha i zarabia.

I właśnie w tym momencie na scenę wchodzi ona – Strefa Czystego Transportu.

Dlaczego to genialny pomysł (nawet jeśli go nie lubimy)

Zacznijmy od argumentów, które powinny przekonać nawet największych sceptyków. Po pierwsze: powietrze. To banał, więc użyjmy argumentu niebanalnego. SCT nie poprawia jakości powietrza dlatego, że samochody znikają. Ona poprawia ją dlatego, że zmusza miasto do logicznej hierarchii transportu. Nagle okazuje się, że autobus musi być punktualny, rower bezpieczny, a chodnik szeroki. Samochód przestaje być domyślnym wyborem, a staje się jednym z wielu.

Po drugie: pieniądze. Wbrew mitom, strefy ograniczonego ruchu nie zabijają handlu. Zabija go tranzyt. Klient, który przyjeżdża „na chwilę” i parkuje na awaryjnych, nie buduje lokalnej gospodarki. Robi to pieszy, rowerzysta, pasażer autobusu – ktoś, kto zostaje, siada, zamawia, wraca. Zachodnie miasta wiedzą to od dekad, a Kraków wdraża to u nas, choć z oporami i bólem. A po trzecie: miasto jako produkt. Białystok konkuruje dziś nie tylko z Lublinem czy Olsztynem, ale z Berlinem, Pragą i Wilnem – przynajmniej w wyobraźni młodych ludzi. SCT i duży, spójny deptak to jasny sygnał: „to miasto jest do życia, nie tylko do przejazdu”.

I wreszcie argument najbardziej cyniczny, a więc najsilniejszy: SCT i tak przyjdzie. Jeśli nie za pięć, to za dziesięć lat. Pytanie nie brzmi „czy”, tylko „czy Białystok zrobi to na własnych warunkach, czy pod presją odgórnych regulacji”.

A dlaczego to fatalny pomysł (i właśnie dlatego warto go rozważyć)

Teraz odwróćmy perspektywę. Po pierwsze: wykluczenie. SCT uderza w tych, którzy nie mają wyboru. Stary diesel nie zawsze jest wyborem ideologicznym. Często jest jedynym ekonomicznym. Jeśli miasto mówi „nie wjedziesz”, ale nie oferuje realnej alternatywy, to nie jest ekologia – to klasizm w zielonym opakowaniu.

Po drugie: peryferia kontra centrum. SCT wzmacnia centrum kosztem osiedli. Łatwo być ekologicznym, mieszkając przy głównej linii autobusowej. Trudniej, gdy do najbliższego przystanku jest kilometr, a autobus jeździ co czterdzieści minut. Wtedy SCT przestaje być polityką transportową, a staje się deklaracją światopoglądową. A po trzecie: polska specyfika. Lubimy kopiować rozwiązania „z Zachodu”, zapominając o kontekście. Tam SCT było zwieńczeniem dekad inwestycji w transport publiczny. U nas często bywa substytutem – zamiast. Najpierw zakaz, potem zobaczymy. To rodzi bunt, a bunt zabija nawet najlepsze idee.

I wreszcie argument najważniejszy: Białystok nie jest (jeszcze) zakorkowany jak metropolia. Wprowadzenie SCT może wyglądać jak leczenie aspiryną kataru, który jeszcze się nie zaczął. Po co tworzyć problem, skoro go nie ma?

Paradoks, który wszystko komplikuje

Najciekawsze w tej dyskusji jest to, że oba zestawy argumentów są prawdziwe jednocześnie. SCT może być narzędziem poprawy jakości życia, ale może też być symbolem arogancji władzy. Może ożywić centrum albo je skansenizować. Dlatego być może pytanie nie powinno brzmieć: „czy wprowadzić Strefę Czystego Transportu w Białymstoku?”, lecz: czy mamy odwagę zaprojektować centrum miasta bez udawania, że samochód jest jego naturalnym mieszkańcem?

Bo nawet jeśli SCT nigdy tu formalnie nie powstanie, logika, która za nią stoi, już działa. Rynek jest zamknięty. Kilińskiego oddana ludziom. Św. Rocha czeka. Lipowa – stoi na rozdrożu. A Białystok, chcąc nie chcąc, i tak będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, czy jest miastem, przez które się przejeżdża, czy miastem, w którym się bywa.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Historia żydowskiego Białegostoku. Zobacz wyjątkowy film.

Choć film powstał w 2014 roku, zawarta w nim historia nigdy się nie przedawnia. Jest on szczególnie wart uwagi, ponieważ został zrealizowany przez uczennice ówczesnego Gimnazjum im. ks. Wacława Rabczyńskiego w Wasilkowie – Gabrielę Petrykowską, Natalię Kownacką oraz Magdalenę Hałasik. Fakt ten zasługuje na odnotowanie, gdyż w dobie silnych podziałów i politycznych sporów wokół historii, tak świeże spojrzenie młodych autorek zachowuje cenny obiektywizm.

Na filmie możemy zobaczyć archiwalne ujęcia dawnego Białegostoku oraz poznać losy ludzi, którzy tworzyli to miasto. To prawdziwa podróż w niezwykłą przeszłość stolicy województwa podlaskiego. Z perspektywy 2026 roku materiał ten ogląda się ze szczególnym wzruszeniem – miasto przeszło tak ogromne metamorfozy, że po wielu dawnych zakątkach pozostały już tylko strzępki wspomnień.

Historia żydowskiej społeczności Białegostoku wymaga przypominania z jeszcze jednego, niezwykle istotnego powodu. Przedwojenni Żydzi byli pełnoprawnymi obywatelami Polski, a państwo Izrael wówczas jeszcze nie istniało. Podkreślanie tego faktu jest dziś kluczowe w obliczu rosnącej popularności antysemickich partii politycznych w Polsce. Nienawiść do drugiego człowieka jest złem, którego nie można usprawiedliwiać współczesnymi konfliktami politycznymi. Tragedie i działania wojenne toczące się obecnie na Bliskim Wschodzie, w tym sytuacja w Gazie, nie mogą rzucać cienia na historię naszych dawnych sąsiadów. Nie wolno mieszać dzisiejszej polityki międzynarodowej z dziedzictwem Żydów, którzy przez wieki współtworzyli tożsamość Białegostoku.

Powyższy film powinien być dla nas cenną lekcją. Znajomość własnych korzeni pozwala nam – białostoczanom i mieszkańcom Podlasia – budować świadomą tożsamość. To właśnie dzięki tej trudnej, wielokulturowej historii nasze miasto ma swój niepowtarzalny charakter, a my, jako jego mieszkańcy, wiemy, skąd pochodzimy.

Partnerzy portalu:

Piekło zamarza! Będziemy chwalić urzędników.

Piekło zamarza! Będziemy chwalić urzędników.

Rzadko się to zdarza, dlatego warto to jasno powiedzieć: urzędnicy zachowali się tym razem odpowiedzialnie. Po latach kluczenia, przemilczania tematu albo ulegania najgłośniejszym emocjom, pojawił się racjonalny, merytoryczny komunikat, który nie próbuje ani straszyć mieszkańców, ani przypodobać się doraźnym interesom. Zamiast tego — edukuje.

Dotychczas temat wilków w regionie był dla wielu samorządowców politycznie niewygodny. Rolnicy obawiający się strat, mieszkańcy karmieni sensacyjnymi nagłówkami i część środowisk myśliwskich tworzyli presję, której najłatwiej było… nie zauważać. Wójtowie często populistycznie stawali „po stronie strachu”, a urzędnicy unikali jasnych komunikatów. Tym razem stało się inaczej — i to jest dobra wiadomość.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku odniosła się do medialnych doniesień o wilku obserwowanym na terenie Sokółki, studząc emocje i przywracając proporcje. Pojedyncze obserwacje wilków w miastach nie są zjawiskiem nadzwyczajnym — podobne sytuacje miały już miejsce w Warszawie, Łodzi, Tarnowie, Augustowie czy Dubiczach Cerkiewnych. To nie „inwazja”, lecz efekt naturalnych migracji dzikich zwierząt.

Jak podkreśla Sabina Pierużek-Nowak, badaczka wilków z ponad 30-letnim doświadczeniem, osobnik obserwowany w Sokółce jest w dobrej kondycji, nie wykazuje objawów choroby ani agresji. Wilki — co warto wreszcie powiedzieć wprost — nie mają wbudowanego GPS-u. Przemieszczają się na znaczne odległości, czasem pojawiając się w pobliżu zabudowań, a nawet w dużych miastach. Widok wilka z samochodu czy zza okna nie oznacza, że zwierzę „oswoiło się” z człowiekiem ani że stanowi zagrożenie.

Co ważne, komunikat RDOŚ nie bagatelizuje bezpieczeństwa mieszkańców. Wydano decyzję zezwalającą na płoszenie zwierzęcia, a Straż Miejska prowadzi patrole i reaguje na zgłoszenia. To przykład działania proporcjonalnego: bez paniki, ale też bez bezczynności.

Szczególnie trafna jest krytyka medialnej sensacyjności. Nagłaśnianie przez dziennikarzy pojedynczych zdarzeń w formie clickbaitów nie zwiększa bezpieczeństwa — za to skutecznie podsyca strach. W regionach przygranicznych, gdzie napięcia społeczne i informacyjne i tak są wysokie, takie działania są po prostu nieodpowiedzialne.

RDOŚ zwraca też uwagę na niewygodny, lecz istotny fakt: ludzie sami często zapraszają dzikie zwierzęta, pozostawiając otwarte bramy, niezabezpieczone podwórka czy zwierzęta gospodarskie. To nie wilk łamie zasady współistnienia — to my często je ignorujemy.

Apel o spokój i rozsądek jest tu kluczowy. W przypadku spotkania z wilkiem należy zachować dystans, nie dokarmiać zwierzęcia, nie próbować go płoszyć na własną rękę i spokojnie się oddalić. To wiedza podstawowa, ale przez lata niemal nieobecna w oficjalnych przekazach.

Dlatego ten komunikat warto zapamiętać. Nie dlatego, że „broni wilków”, ale dlatego, że broni faktów przed strachem. Jeśli administracja publiczna ma odzyskiwać zaufanie społeczne, właśnie takimi działaniami — opartymi na nauce, odpowiedzialności i odwadze mówienia prawdy — powinna to robić częściej.

Warto w tym miejscu jasno podkreślić jeszcze jedną, często pomijaną kwestię: wilk w Polsce objęty jest ścisłą ochroną gatunkową. Oznacza to, że jego zabijanie, okaleczanie, chwytanie, płoszenie bez zezwolenia czy niszczenie siedlisk jest nielegalne i podlega odpowiedzialności karnej. Ochrona ta nie jest „fanaberią ekologów”, lecz elementem prawa krajowego i europejskiego, wynikającym z realnej potrzeby zachowania równowagi w ekosystemach. Wilk pełni kluczową rolę jako drapieżnik regulujący liczebność zwierzyny kopytnej, co w dłuższej perspektywie ogranicza szkody w uprawach i lasach. Dlatego myśliwi tak go nienawidzą, bo jest dla nich konkurencją.

Partnerzy portalu:

Dezynsekcja Białystok – ile kosztuje usunięcie karaluchów z mieszkania?

Dezynsekcja Białystok – ile kosztuje usunięcie karaluchów z mieszkania?

Karaluchy w kuchni, pluskwy w sypialni, a może mrówki maszerujące przez przedpokój? To koszmar każdego mieszkańca – nie dość, że budzą wstręt, to jeszcze mogą przenosić bakterie i wywoływać alergie. Niestety, domowe metody rzadko przynoszą trwałe rezultaty, a owady wracają po kilku tygodniach. Jak skutecznie pozbyć się niechcianych lokatorów i ile trzeba za to zapłacić? Z naszego tekstu dowiesz się wszystkiego o profesjonalnej dezynsekcji mieszkania i cenach usług w stolicy Podlasia.

Dezynsekcja mieszkania – na czym polega?

Profesjonalna dezynsekcja to coś znacznie więcej niż tylko popsikanie mieszkania środkiem z aerozolu. Specjaliści najpierw dokładnie sprawdzają, z jakim gatunkiem owadów mamy do czynienia – bo przecież karaluchy wymagają innego podejścia niż pluskwy czy prusaki. Następnie wybierają najskuteczniejszą metodę walki, która zależy od stopnia zainfekowania, typu powierzchni i obecności dzieci czy zwierząt w domu.

Najczęściej stosuje się preparaty chemiczne w postaci żeli, proszków lub aerozoli, które nakłada się w miejscach, gdzie owady najchętniej się ukrywają. Coraz większą popularnością cieszy się także dezynsekcja termiczna – metoda polegająca na podgrzaniu pomieszczeń do temperatury, która jest śmiertelna dla insektów, ale bezpieczna dla ludzi i zwierząt. To świetne rozwiązanie dla alergików i osób z małymi dziećmi.

Po zabiegu trzeba zachować kilka zasad bezpieczeństwa. Zwykle przez kilka godzin nie wolno przebywać w pomieszczeniu, a potem trzeba je dokładnie przewietrzyć. Specjaliści dokładnie instruują, jak postępować, żeby efekt był trwały. Czasem potrzebna jest druga wizyta – wszystko zależy od skali problemu.

Do kogo warto zwrócić się po pomoc?

Wybierając firmę do walki z owadami, warto stawiać na profesjonalistów z prawdziwego zdarzenia. Nie chodzi tylko o skuteczność działania, ale też o bezpieczeństwo – źle dobrane środki mogą zaszkodzić domownikom albo zwierzętom. Dlatego dobrze jest zweryfikować, czy firma ma odpowiednie certyfikaty i ubezpieczenie OC.

Stander oferujący dezynsekcję w Białymstoku to przykład takiej sprawdzonej firmy. Działa na terenie północno-wschodniej i centralnej Polski, obsługując ponad 170 punktów dla 60 firm. Wszystkie usługi realizowane są ekspresowo – zwykle w ciągu 24 godzin od zgłoszenia, co jest ogromnym atutem, gdy sytuacja wymaga szybkiej reakcji. Firma daje gwarancję na swoje usługi i posiada ubezpieczenie OC z sumą świadczenia do 1 miliona złotych.

Ile kosztuje dezynsekcja pluskiew?

Cena za dezynsekcję pluskiew to jedno z najczęstszych pytań, jakie zadają właściciele mieszkań zmagający się z tym problemem. Niestety, nie ma jednej uniwersalnej stawki – wszystko zależy od wielkości mieszkania, stopnia zainfekowania i wybranej metody.

W przypadku małego mieszkania o powierzchni 30-40 metrów kwadratowych trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 300-500 złotych za jednorazowy zabieg metodami chemicznymi. Większe mieszkania czy domy to już koszt 500-1000 złotych lub więcej. Jeśli wybierzemy dezynsekcję termiczną, cena może być wyższa – od 800 złotych wzwyż, ale za to jest to metoda ekologiczna i często skuteczniejsza przy dużych inwazjach.

Nie warto oszczędzać na profesjonalnej pomocy. Samodzielne próby często kończą się niepowodzeniem, a owady stają się odporne na preparaty ze sklepu. Zaufaj fachowcom, którzy wiedzą, co robią, i sprawią, że Twoje mieszkanie znów będzie bezpieczne.

Materiał partnerski

Partnerzy portalu:

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!
Likwidacja Siemianówki to szansa na przeżycie dla Narwiańskiego Parku Narodowego (na zdjęciu kładka Waniewo-Śliwno w NPN)

Ta zima to szansa, jakiej nie mieliśmy od lat. Musimy zatrzymać wodę!

Obecna zima na Podlasiu – ze stałą pokrywą śnieżną i długotrwałymi mrozami – jest zjawiskiem, którego nie obserwowaliśmy od wielu lat. Z punktu widzenia przyrody i gospodarki wodnej to wydarzenie wyjątkowe. Przez ostatnią dekadę Polska doświadczała coraz częstszych susz hydrologicznych, niskich stanów rzek i spadku poziomu wód gruntowych. Brak zim oznaczał brak powolnego, równomiernego zasilania środowiska wodą. Tegoroczna sytuacja tworzy jednak krótkie, ale realne okno szansy.

Śnieg jest naturalnym magazynem wody. W przeciwieństwie do intensywnych opadów deszczu, które szybko spływają powierzchniowo, roztopy zasilają glebę i wody gruntowe stopniowo. Jeśli proces ten zostanie odpowiednio wykorzystany, możliwe jest realne poprawienie bilansu wodnego regionu przynajmniej na jeden, a potencjalnie kilka kolejnych sezonów.

Problem polega na tym, że obecny krajobraz Podlasia nie sprzyja zatrzymywaniu wody. Przez dekady prowadzono intensywne melioracje – prostowano rzeki, osuszano doliny i torfowiska, budowano sieć rowów odprowadzających wodę jak najszybciej do głównych cieków. System ten działa sprawnie, ale jego efektem jest błyskawiczny odpływ wody do Wisły i dalej do morza. W praktyce oznacza to, że nawet po śnieżnej zimie wiosną obserwujemy krótkotrwałe wezbrania, a już latem powrót problemu suszy.

Dodatkowym elementem pogarszającym sytuację jest Siemianówka. Zbiornik ten, ze względu na swoją dużą powierzchnię i niewielką głębokość, powoduje bardzo duże straty wody poprzez parowanie. W okresie letnim z jego lustra znikają miliony metrów sześciennych wody, które mogłyby zasilać rzeki i gleby. W warunkach postępujących susz hydrologicznych taki zbiornik nie pełni funkcji magazynu, lecz działa jak czajnik. Z tego powodu zasadne jest postulowanie jak najszybszego opróżnienia Siemianówki i rezygnacji z jej ponownego napełniania w obecnym modelu gospodarowania wodą.

Pojawia się więc kluczowe pytanie: czy da się coś zrobić szybko, jeszcze w tym sezonie, aby zatrzymać wodę z roztopów? Odpowiedź brzmi: tak, ale w ograniczonym zakresie i bez złudzeń co do skali. Nie ma możliwości przebudowy całego systemu hydrologicznego w kilka miesięcy, jednak istnieją działania, które można wdrożyć bez wieloletnich inwestycji.

Przede wszystkim chodzi o tzw. małą retencję. Obejmuje ona spowalnianie odpływu wody poprzez zamykanie zastawek na rowach melioracyjnych, ograniczanie drożności odpływów oraz czasowe cofanie wody na łąki i tereny zalewowe. Są to rozwiązania technicznie proste i relatywnie tanie, możliwe do wdrożenia lokalnie w ciągu tygodni. Każdy dzień, w którym woda pozostaje w krajobrazie, zwiększa jej infiltrację do gleby i podnosi poziom wód gruntowych.

Drugim istotnym działaniem jest przywracanie – choćby czasowe – naturalnych rozlewisk rzecznych. Doliny rzek pełnią funkcję naturalnych zbiorników retencyjnych. Zatrzymują wodę na dłużej, zmniejszają gwałtowność wezbrań i pozwalają jej wsiąkać w grunt. W wielu miejscach wystarczyłoby nie usuwać przeszkód, które tamują wodę. Tak samo nie należy rutynowo udrażniać i pogłębiać rowów melioracyjnych ani koryt rzek. Wtedy pozwolilibyśmy funkcjonować im zgodnie z naturalnym rytmem.

Wykorzystanie tegorocznych roztopów może przynieść wymierne korzyści. Lepsze uwilgotnienie gleb przełoży się na stabilniejsze warunki dla rolnictwa. Wody gruntowe będą odnawiać się szybciej, co zmniejszy ryzyko wysychania studni. Rzeki dłużej utrzymają przepływ, co ma znaczenie zarówno dla przyrody, jak i dla lokalnych społeczności. Zmniejszy się także podatność krajobrazu na skutki letnich fal upałów.

Obecna zima nie rozwiąże problemu suszy w Polsce. Może jednak stać się punktem zwrotnym w myśleniu o gospodarce wodnej. Jeśli po raz kolejny pozwolimy wodzie szybko odpłynąć, zmarnujemy rzadką szansę, jaką daje ten sezon. Jeśli natomiast podejmiemy nawet ograniczone, ale racjonalne działania, zyskamy czas i konkretne efekty, które będzie można odczuć jeszcze w tym roku.

To nie jest kwestia ideologii ani wielkich haseł. To kwestia prostego wyboru: czy woda ma zostać w krajobrazie, czy – jak przez ostatnie lata – znów bezpowrotnie z niego zniknąć.

Partnerzy portalu:

Zabytkowy Dwór w Białymstoku zostanie wyremontowany
fot. Bialystok.pl

Zabytkowy Dwór w Białymstoku zostanie wyremontowany

Zabytkowy Dwór Herbstów przy ul. Nowowarszawskiej w Białystok ma zostać przeznaczony na działalność kulturalną i społeczną. Zgodnie z założeniami obiekt ma pełnić funkcję lokalnego miejsca aktywności dla mieszkańców osiedla Skorupy.

Dwór powstał w latach około 1860–1862 jako część posesji fabrykanckiej. Jest jednym z najstarszych zachowanych drewnianych budynków w Białymstoku i znajduje się w gminnej ewidencji zabytków. Obiekt związany jest historycznie z rodziną Herbstów oraz okresem intensywnego rozwoju przemysłu włókienniczego w mieście. Z przekazów lokalnych wynika, że właściciele prowadzili działalność społeczną, m.in. udostępniali bibliotekę mieszkańcom i wspierali lokalne inicjatywy.

Plan zakłada przystosowanie wnętrz do organizacji warsztatów, spotkań, wystaw, wydarzeń kulturalnych oraz inicjatyw sąsiedzkich. Przestrzeń ma być dostępna dla różnych grup wiekowych, ze szczególnym uwzględnieniem osób starszych. W planach uwzględniono również dziedziniec dworu, który ma zostać udostępniony na wydarzenia plenerowe, takie jak kameralne koncerty, działania artystyczne i spotkania otwarte. Byłaby to jedyna tego typu ogólnodostępna przestrzeń kulturalna na osiedlu Skorupy, zlokalizowana w historycznym otoczeniu.

Dwór Herbstów posiada opracowaną dokumentację projektową. Zakłada ona zachowanie oryginalnych elementów historycznych, remont konstrukcji i detali architektonicznych oraz usunięcie późniejszych dobudówek. Szacunkowy koszt inwestycji wraz z zagospodarowaniem terenu wynosi około 6 mln zł.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To zajęcie jest reliktem w dzisiejszych czasach? Nic bardziej mylnego!

Na pierwszy rzut oka może brzmieć jak relikt dawnych wieków, coś między rycerską legendą a kartą z podręcznika historii. A jednak sokolnictwo ma się zaskakująco dobrze – i co więcej, w XXI wieku przeżywa cichy, ale bardzo sensowny renesans.

Pretekstem do tej opowieści jest projekt zrealizowany jesienią 2025 roku przez Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej. Inicjatywa „W zgodzie z naturą – sokolnictwo jako żywa tradycja” miała na celu popularyzację i ochronę jednej z najstarszych tradycji łowieckich, dziś wpisanej na krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Były warsztaty, pokazy lotów, film edukacyjny i broszura. Ale to wszystko jest tylko punktem wyjścia. Bo prawdziwe pytanie brzmi: po co nam sokolnictwo dzisiaj?

Wbrew stereotypom sokolnictwo nie polega na „tresurze” ptaka. Tu nie ma dominacji ani ślepego posłuszeństwa. Jest relacja. Sokolnik nie rozkazuje – on współpracuje. Drapieżny ptak zawsze może odlecieć. Jeśli wraca, to dlatego, że chce. I właśnie ta dobrowolność czyni sokolnictwo czymś wyjątkowym. Kontakt z ptakiem drapieżnym zmienia perspektywę. Uczy cierpliwości, pokory i uważności. To pasja, która nie znosi pośpiechu – a to dziś rzadkość.

Co więcej, sokolnicy odgrywają dziś ważną rolę w ochronie przyrody. Biorą udział w rehabilitacji ptaków drapieżnych, edukują, współpracują z parkami narodowymi i lotniskami, gdzie ptaki pomagają w naturalny sposób odstraszać inne zwierzęta – bez chemii, hałasu i przemocy.

Można potraktować sokolnictwo jak ciekawostkę – coś egzotycznego, co dobrze wygląda na pokazie. Ale kto zobaczy ptaka wracającego z lotu na rękawicę sokolnika, ten rozumie, że chodzi o coś więcej. O zaufanie między dwoma gatunkami.

Partnerzy portalu:

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.
fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Nowa linia 50 w BKM – sukces obywateli i wielka porażka miasta.

Od dziś białostoczanie mogą korzystać z nowej linii autobusowej nr 50 w ramach Białostockiej Komunikacji Miejskiej. Warto przypomnieć, że linia ta powstała nie w wyniku planowych działań miasta, lecz jako efekt inicjatywy mieszkańców przeforsowanej w Budżecie Obywatelskim. Trasa prowadzi od ul. Filipowicza do ul. Przędzalnianej, w dużej mierze Trasą Niepodległości, z odgałęzieniami na poszczególne osiedla.

I już sam ten fakt powinien skłaniać do refleksji. W mieście tej wielkości podstawowe potrzeby transportowe nie powinny być realizowane dopiero wtedy, gdy mieszkańcy „wywalczą” je w głosowaniu. Skoro linia była potrzebna, to dlaczego nie mogła powstać w normalnym trybie planistycznym? Na to pytanie częściowo odpowiada wiceprezydent Rafał Rudnicki, który na swoim profilu w mediach społecznościowych wskazuje, że przyczyną były wątpliwości co do liczby potencjalnych pasażerów. „Teraz będzie można to zweryfikować” – pisze. Po czym dodaje: „Ale bez względu na to, linia nr 50 i tak będzie cały czas funkcjonować. Wszak jest projektem obywatelskim”.

Ten komentarz odsłania istotny problem systemowy. Z jednej strony miasto deklaruje brak pewności co do sensowności danej linii, z drugiej – uruchamia ją „bez względu na koszty”, ponieważ została przegłosowana przez mieszkańców. Trudno uznać to za racjonalne zarządzanie transportem publicznym. To raczej dowód na brak spójnej strategii i odpowiedzialności decyzyjnej. Wystarczy przyjrzeć się konstrukcji Białostockiej Komunikacji Miejskiej, by zrozumieć skalę problemu. BKM jest zarządzana w sposób skrajnie urzędniczy, a model jej funkcjonowania od lat budzi kontrowersje. Krytyka nie dotyczy jednej decyzji czy jednej linii, lecz wieloletniego kierunku, w którym system ten się kurczy zamiast rozwijać.

Niezrozumiała hybryda

Sprawy personalne to jedno, ale kluczowy jest sam model organizacyjny. BKM obsługiwana jest przez trzy miejskie spółki. Przewozy muszą się więc bilansować finansowo, tymczasem ceny biletów ustalają radni miejscy. W praktyce oznacza to sytuację, w której podmioty odpowiadające za realizację usług nie mają realnego wpływu na ich wycenę. To tak, jakby prowadzić kilka sklepów, w których ceny ustala ktoś z zewnątrz, a następnie oczekiwać rentowności.

Efekt? Bilety są drogie, a komunikacja miejska coraz mniej konkurencyjna. Nie jest tajemnicą, że część mieszkańców wybiera taksówki lub samochody prywatne. Jednocześnie system i tak wymaga stałego dofinansowania z budżetu. Trudno o bardziej sprzeczną konstrukcję.

Całość przypomina hybrydę, w której niewiele elementów ze sobą współgra. Zamiast realnej reformy, od lat utrzymuje się status quo. Po co miastu trzy spółki komunikacyjne? Poza argumentami historycznymi i politycznymi trudno wskazać dziś przekonujące uzasadnienie. Obawy sprzed lat, związane ze strajkami po czasach transformacji, nie przystają do obecnych realiów prawnych i gospodarczych. Polska nie jest już krajem z początku lat 90., a utrzymywanie przestarzałych struktur tylko generuje koszty.

Kolejnym problemem jest sama siatka połączeń. Białystok przez ostatnie dekady znacząco się rozrósł i zagęścił, lecz system komunikacji miejskiej zdaje się tego nie dostrzegać. Od lat 90. (nie licząc linii podmiejskich) uruchomiono zaledwie kilka nowych regularnych linii. Co znamienne, nowa linia 50 w dniu startu nie jest nawet ujęta na stronie internetowej BKM.

zrzut ekranu strony BKM z 30.01.2026

Nie mamy linii ekspresowych. Linie nocne funkcjonują wyłącznie w weekendy. Na schematach wszystko wygląda poprawnie — miasto jest „pokryte” autobusami. W praktyce przejazd między oddalonymi osiedlami często zajmuje ponad godzinę, podczas gdy samochodem ten sam dystans można pokonać w kilkanaście minut albo maksymalnie w pół godziny. Najśmieszniejsze są w tym wszystkim wiecznie puste buspasy. Trudno się dziwić wyborom mieszkańców.

Do tego dochodzi dramatycznie niewystarczająca liczba węzłów przesiadkowych. Realnie są to głównie okolice centrum — skrzyżowanie Sienkiewicza i Piłsudskiego, dworzec kolejowy i autobusowy oraz rejon Hetmańskiej i Solidarności. Przy 29 osiedlach to zdecydowanie za mało. Gęsta komunikacja istnieje właściwie tylko w śródmieściu i okolicach.

fot, Facebook Radała Rudnickiego, wiceprezydenta miasta

Modelowa komunikacja miejska

Gdyby ktoś naprawdę poważnie traktował transport publiczny w Białymstoku, planowałby go w skali całego miasta, a nie punktowo i reaktywnie. Komunikacja miejska w dużym mieście nie polega na „łataniu dziur” pojedynczymi liniami ani na reagowaniu dopiero wtedy, gdy presja społeczna staje się zbyt głośna. To system krwionośny miasta, który musi być projektowany całościowo, z wyprzedzeniem i według jasnych zasad.

Modelowo transport publiczny powinien opierać się na czytelnej hierarchii połączeń. Rdzeniem systemu muszą być szybkie, częste linie główne – kursujące co kilka minut, łączące największe osiedla z kluczowymi punktami miasta. Do nich powinny być dowiązane linie osiedlowe i dowozowe, których zadaniem nie jest „jechać wszędzie”, lecz sprawnie doprowadzić pasażera do węzła przesiadkowego. Przesiadka nie może być porażką – musi być naturalnym elementem podróży, szybkim i przewidywalnym. W Białymstoku cały czas urzędnicy się przed tym bronią. Centra przesiadkowe funkcjonują bardziej „przy okazji”.

Duże miasto nie funkcjonuje bez sieci węzłów przesiadkowych. Nie jednego czy dwóch w centrum, lecz wielu – rozlokowanych na styku osiedli, przy dużych arteriach, centrach handlowych, zakładach pracy i uczelniach. Węzeł to nie przystanek z ławką, lecz miejsce, gdzie linie się spotykają, a rozkłady są zsynchronizowane. Tam pasażer nie „czeka”, tylko płynnie się przesiada.

Kolejna rzecz to czas. Transport publiczny musi być konkurencyjny wobec samochodu. Jeśli dojazd autobusem trwa dwukrotnie dłużej niż autem, to żadna kampania promocyjna tego nie zmieni. Stąd potrzeba buspasów, priorytetu na skrzyżowaniach, linii ekspresowych i realnego uprzywilejowania komunikacji zbiorowej w ruchu miejskim – nie na papierze, lecz na ulicy. Co mamy w Białymstoku? Puste buspasy, uprzywilejowane światła dla autobusów jako ciekawostka, a nie standard, brak lini ekspresowych. A zamiast nich linie długie i ciągnące się jak spaghetti.

Równie istotna jest częstotliwość i prostota. Pasażer nie powinien studiować rozkładu jazdy jak instrukcji obsługi reaktora. W dobrze zaprojektowanym systemie autobus „po prostu przyjeżdża” – co 5, 7 czy 10 minut. Linia nocna nie jest „fanaberią weekendową”, tylko elementem bezpieczeństwa i normalnego funkcjonowania miasta przez całą dobę. Bez tego wszystkiego transport publiczny zawsze będzie przegrywał z samochodem. A miasto, które przegrywa walkę o komunikację zbiorową, przegrywa jakość życia swoich mieszkańców.

Dlaczego ciągle nie mamy Szybkiej Kolei Miejskiej?

Na koniec wisienka na torcie. Białystok ma realne warunki do stworzenia Szybkiej Kolei Miejskiej, ale władze miasta od lat konsekwentnie nie podejmują tego tematu. Zamiast myślenia systemowego dominuje przekonanie, że obecne rozwiązania są „wystarczające”. Efekt? Kolej – najwydajniejszy środek transportu w aglomeracjach – pozostaje w praktyce poza miejskim systemem komunikacyjnym.

Tymczasem połączenie kolei i autobusów byłoby jednym z najprostszych i najtańszych sposobów realnego usprawnienia transportu w mieście. Białystok już dziś posiada linię kolejową przebiegającą przez jego obszar, z przystankami, które naturalnie mogłyby pełnić rolę węzłów przesiadkowych. Nie trzeba budować torów od zera ani wymyślać technologii przyszłości – wystarczy włączyć istniejącą infrastrukturę w system transportu miejskiego.

Dlaczego to działa? Bo kolej miejska jest szybka, punktualna i odporna na korki. Pociąg jadący przez miasto nie stoi na światłach, nie grzęźnie w szczycie komunikacyjnym i nie konkuruje z ruchem samochodowym o każdy metr asfaltu. Dla mieszkańców peryferyjnych osiedli lub miejscowości przyległych oznaczałoby to radykalne skrócenie czasu dojazdu – często o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut.

Integracja kolei z autobusami pozwoliłaby też uporządkować całą siatkę połączeń. Autobusy przestałyby udawać dalekobieżne środki transportu, a zaczęłyby pełnić rolę dowozową – dokładnie tak, jak robi się to w nowoczesnych miastach. Jeden bilet, jeden system informacji, skoordynowane rozkłady i realna alternatywa dla samochodu. To nie jest rewolucja – to standard.

Co więcej, Szybka Kolej Miejska działa najlepiej właśnie tam, gdzie komunikacja autobusowa jest niewydolna na dłuższych dystansach. Czyli dokładnie w takich miastach jak Białystok: z oddalonymi osiedlami i coraz większym ruchem samochodowym. Rezygnowanie z tego narzędzia nie jest przejawem ostrożności, lecz braku ambicji transportowej. Dopóki kolej będzie traktowana jako byt „obok miasta”, a nie jego integralna część, dopóty będziemy kręcić się w kółko: drogie bilety, długie dojazdy, ucieczka mieszkańców do samochodów i kolejne, coraz większe dopłaty z budżetu. A potem zdziwienie, że komunikacja miejska się nie broni.

Partnerzy portalu:

To ostatnie dni ferii. Spędźcie je rodzinnie.

To ostatnie dni ferii. Spędźcie je rodzinnie.

Zimowe ferie powoli dobiegają końca, ale to wcale nie oznacza, że trzeba je spędzić w pośpiechu i bez pomysłu. Wręcz przeciwnie – to idealny moment, by wykorzystać to, co w Podlaskiem zimą najcenniejsze: spokój, przyrodę i czas dla siebie oraz bliskich.

Póki jeszcze leży śnieg, warto wybrać się na leśne spacery. Podlaskie lasy zimą mają w sobie coś pierwotnego – skrzypiący pod butami śnieg, cisza przerywana tylko szumem drzew i śladami zwierząt na białych ścieżkach. To także dobry moment na kuligi – te z końmi, kocami i gorącą herbatą, ale też te bardziej spontaniczne, organizowane lokalnie. A jeśli kulig, to najlepiej zakończony ogniskiem – z kiełbaskami, rozmową i prostą radością bycia razem.

Dla tych, którzy wolą bardziej aktywny wypoczynek w mieście, świetnym pomysłem będzie lodowisko. Ostatnie dni ferii to dobra okazja, by jeszcze raz założyć łyżwy – bez presji, bez rywalizacji, po prostu dla zabawy. Alternatywą są baseny i aquaparki (np. w Suwałkach), które pozwalają na chwilę zapomnieć o zimie i rozgrzać się w wodzie, szczególnie gdy za oknem mróz.

Warto też przypomnieć sobie, jak spędzało się czas „kiedyś”. Wspólne wyjście do kina na seans, który naprawdę się ogląda, a nie przewija w telefonie. Albo do teatru – jako małe święto, chwila skupienia i kontaktu z żywym słowem. To proste rzeczy, które dziś znów stają się wyjątkowe.

Ostatnie dni ferii nie muszą być tylko odliczaniem do powrotu do codzienności. Mogą być spokojnym domknięciem zimowego czasu – z ruchem, rozmową, śmiechem i chwilą oddechu. W Podlaskiem nie trzeba daleko jechać, by przeżyć coś wartościowego.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Białostoccy studenci wynaleźli ubranie przyszłości?

Czy moda może powstawać z… jabłek i porzeczek? Studenci Politechniki Białostockiej udowadniają, że tak. Koło Naukowe „Rolka” z Wydziału Budownictwa i Nauk o Środowisku opracowało innowacyjny materiał o nazwie EcoCorium – w pełni biodegradowalną ekoskórę pochodzenia roślinnego, która może stać się realną alternatywą zarówno dla skóry naturalnej, jak i syntetycznej.

EcoCorium powstało w ramach projektu badawczego realizowanego przez studentów, którzy w warunkach laboratoryjnych testowali m.in. wytłoki jabłkowe oraz pulpę z czerwonej i czarnej porzeczki. Celem było stworzenie materiału przyjaznego środowisku, a jednocześnie estetycznego i użytkowego. Efekty prac nie pozostały jedynie w sferze teorii – z nowego tworzywa powstały już designerskie dodatki, takie jak torebka, etui na długopis czy wizytownik.

– Studenci zrealizowali projekt badawczy EcoCorium, którego celem było opracowanie innowacyjnego, w pełni biodegradowalnego materiału pochodzenia roślinnego, stanowiącego ekologiczną alternatywę dla tradycyjnej i syntetycznej skóry – mówi Kinga Koziak, absolwentka inżynierii rolno-spożywczej i leśnej na Politechnice Białostockiej, związana z Kołem Naukowym „Rolka”.

Potencjał EcoCorium został szybko zauważony. Projekt zdobył grant w wysokości 10 000 zł w konkursie Fundacji Banku Ochrony Środowiska, trafiając do ścisłej czołówki pięciu najlepszych inicjatyw spośród 60 zgłoszeń w kategorii kół naukowych. To wyraźny sygnał, że rozwiązania tworzone w Białymstoku mogą mieć znaczenie nie tylko lokalne, ale i ogólnopolskie.

Czy ekoskóra z owocowych odpadów to tylko ciekawostka, czy zapowiedź rewolucji w modzie i przemyśle materiałowym? Jeśli rozwój projektu pójdzie w stronę skalowania produkcji, EcoCorium może w przyszłości trafić nie tylko do akcesoriów, ale również do ubrań, tapicerki czy elementów wyposażenia wnętrz. Być może właśnie w Podlaskiem rodzi się materiał, który za kilka lat będziemy nosić na co dzień.

Na koniec warto spojrzeć szerzej na to, dlaczego w ogóle szuka się nowych materiałów. Współczesna odzież – szczególnie ta produkowana masowo – w ogromnej mierze powstaje z tworzyw syntetycznych, które rozkładają się setki lat, uwalniają mikroplastik podczas prania. Skóra naturalna z kolei wiąże się z kosztami środowiskowymi i etycznymi, a jej obróbka wymaga użycia agresywnych chemikaliów. Projekty takie jak EcoCorium są odpowiedzią na ten problem – próbą zerwania z modelem „szybko wyprodukuj, szybko wyrzuć” i poszukiwania materiałów, które po zakończeniu swojego życia wrócą do obiegu natury, zamiast pozostawać problemem na dziesięciolecia.

Partnerzy portalu:

Popularny białostocki basen po modernizacji

Popularny białostocki basen po modernizacji

Międzyszkolny Ośrodek Sportowy w Białymstoku wrócił do normalnego funkcjonowania po szeroko zakrojonych pracach modernizacyjnych. Dla tysięcy osób korzystających z pływalni najważniejsze zmiany dotyczą codziennego komfortu, bezpieczeństwa i warunków do nauki pływania oraz treningu.

Najbardziej odczuwalna różnica to poprawa jakości powietrza i akustyki w hali basenowej. Nowa wentylacja nad niecką oraz panele akustyczne ograniczają hałas i wilgoć, które przez lata były jedną z głównych bolączek tego obiektu. Zmieniono także sposób dezynfekcji wody – zastosowanie lamp UV-C pozwala ograniczyć rozwój bakterii i poprawia jej jakość, co ma bezpośrednie znaczenie dla zdrowia użytkowników.

W obiekcie wprowadzono też realne wzmocnienie systemów bezpieczeństwa. Oprócz nowych zabezpieczeń przeciwpożarowych zwiększono dostępność defibrylatorów AED – obecnie na terenie pływalni działa ich sześć. Przebudowano również przestrzenie wspólne: korytarze, hol wejściowy i zaplecze techniczne, dzięki czemu poruszanie się po obiekcie jest bardziej intuicyjne i funkcjonalne.

Nowością jest także siłownia, która uzupełnia ofertę ośrodka i pozwala korzystać z infrastruktury sportowej osobom, które niekoniecznie chcą wchodzić na basen. Dla młodzieży i dorosłych oznacza to dodatkową, bezpieczną przestrzeń do regularnej aktywności fizycznej.

MOS pozostaje jednym z kluczowych punktów sportowych w Białymstoku. Tygodniowo korzysta z niego około 6 tysięcy osób – zarówno w ramach zajęć zorganizowanych, jak i indywidualnych wejść. Szczególną rolę odgrywa nauka pływania dzieci i młodzieży oraz treningi sekcji pływackiej MKS „Juvenia” Białystok, działającej nieprzerwanie od ponad 50 lat.

Prace prowadzono w 2025 roku i zakończono je pod koniec roku. Ich koszt wyniósł blisko 6 mln zł, z czego część została sfinansowana z dotacji państwowej. Wykonaniem zajęło się konsorcjum lokalnych firm.

Partnerzy portalu:

Miliony poszły w bagno. Gmina będzie oddawać dofinansowanie?
fot. UM Łapy

Miliony poszły w bagno. Gmina będzie oddawać dofinansowanie?

Gmina Łapy może zostać zmuszona do oddania około 3,5 miliona złotych unijnego dofinansowania, które kilka lat temu trafiło na uzbrojenie terenów inwestycyjnych w podstrefie ekonomicznej. Problem? Tereny, które miały przyciągać przedsiębiorców, leżą na… torfowiskach.

To jeden z tych przypadków, w których papier przyjmie wszystko, a rzeczywistość brutalnie weryfikuje urzędniczy optymizm. Bo o ile na mapie każdy grunt wygląda solidnie, o tyle w terenie okazało się, że pod przyszłe hale i zakłady zamiast stabilnego podłoża jest grząsko, mokro i mało budowlano. Warunkiem otrzymania dotacji była sprzedaż działek inwestorom. Część gruntów rzeczywiście znalazła nabywców, ale ostatecznie wyszło, że na torfie nie da się sensownie budować. W efekcie jest ryzyko zwrotu unijnych pieniędzy.

Najbardziej zaskakujące w całej historii jest to, że „odkrycie” torfu nastąpiło już po uzbrojeniu strefy. Czyli najpierw wydano miliony złotych na przygotowanie terenów, a dopiero potem okazało się, że nadają się one co najwyżej na lekcję  pod hasłem „jak tego nie robić”. Niektórzy radni zwracają uwagę, że działki można było próbować sprzedać taniej. Pytanie tylko, czy obniżka ceny rozwiązuje problem gruntu, na którym inwestor musiałby najpierw walczyć z naturą, a dopiero potem z przepisami?

Cała podstrefa ekonomiczna w Łapach to 24 hektary, których uzbrajanie trwało kilka lat. Łączny koszt inwestycji przekroczył 18 milionów złotych, z czego blisko 13 milionów pochodziło z Unii Europejskiej. Dziś zamiast nowych miejsc pracy i firm mamy spór o to, ile dokładnie pieniędzy trzeba będzie oddać i z jakiej części inwestycji gmina faktycznie się wywiązała.
Na razie nie ma jeszcze ostatecznej decyzji o zwrocie pełnej kwoty, ale sam fakt, że w budżecie trzeba było „zabezpieczać” środki na oddawanie dotacji, mówi o zarządzaniu gminą dużo.

Partnerzy portalu:

Ferie w Białymstoku? Jest co robić! Gry planszowe, zajęcia ruchowe i warsztaty.
fot, podlaskie.eu

Ferie w Białymstoku? Jest co robić! Gry planszowe, zajęcia ruchowe i warsztaty.

Jeszcze tydzień ferii przed nami. Do ich końca Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego oraz jej filie w Białymstoku prowadzą zajęcia dla dzieci i młodzieży, skierowane głównie do rodzin z młodszymi uczestnikami. Program obejmuje gry planszowe i logiczne, warsztaty plastyczne, aktywności ruchowe oraz zajęcia związane z nowymi technologiami.

W siedzibie głównej przy ul. Marii Curie-Skłodowskiej 14A jeszcze w przyszłym tygodniu odbywać się będą spotkania w ramach „Ferii w Książnicy”. W dniach 28 i 29 stycznia, w godzinach 10.00–13.00, w galerii na parterze zaplanowano wspólne granie w planszówki, czytanie na dywanie, zabawy z klockami LEGO oraz projektowanie i wykonywanie własnych przypinek. Na zakończenie ferii, w sobotę 31 stycznia, biblioteka organizuje zimowy turniej szachowy dla dzieci.

Równolegle Książnica proponuje zajęcia w przestrzeni zbiorów specjalnych, poświęcone technologii i grom. 26 stycznia odbędą się warsztaty programowania dla dzieci w wieku od 7 do 12 lat, natomiast 28 stycznia zaplanowano spotkanie z grami ruchowymi wykorzystującymi konsole oraz technologię VR. W obu przypadkach obowiązują zapisy, ponieważ liczba miejsc jest ograniczona.

Oferta ferii obejmuje również filie biblioteczne w różnych częściach miasta. W wielu z nich dominują zajęcia plastyczne, czytelnicze i ruchowe, a także swobodny dostęp do gier planszowych i konsol. Część placówek przygotowała cykle tematyczne, m.in. ferie detektywistyczne, zajęcia poświęcone dinozaurom, zwierzętom zimą czy historii Białegostoku. W innych filiach zaplanowano warsztaty kreatywne, turnieje gier – w tym FIFA – oraz wspólne czytanie dla dzieci i opiekunów.

Zajęcia odbywają się do 31 stycznia, wstęp na nie jest bezpłatny, jednak w wielu przypadkach wymagane są wcześniejsze zapisy. Szczegółowe informacje dotyczące terminów i dostępności miejsc publikowane są przez poszczególne filie Książnicy Podlaskiej.

Partnerzy portalu:

Śnieżna zima zrobiła coś, czego nie było od lat

Śnieżna zima zrobiła coś, czego nie było od lat

Przez lata brak śniegu sprawił, że sanki stały w piwnicach, jabłuszka kurzyły się na strychach, a dziecięce zimowe zabawy zniknęły same, bez żadnych zakazów. Po prostu nie było warunków. W tym roku wystarczyło kilka solidnych opadów, by wszystko wróciło — jakby czekało w gotowości. Na osiedlach znów pojawiły się górki pełne dzieci, kolejki bez regulaminu, krzyk, śmiech i dźwięk sanek sunących po ubitym śniegu. W wielu miejscach wróciły też anioły na śniegu, bałwany czy  nawet igloo, bo zimy kończyły się na błocie i deszczu.

Zima przypomniała także rzeczy drobne, ale bardzo konkretne: termosy z herbatą, mokre rękawiczki suszące się na kaloryferach, zapach wełnianych czapek w klatkach schodowych. Rzeczy, których nie da się zaplanować ani kupić — pojawiają się tylko wtedy, gdy pogoda na to pozwala. Co ciekawe, wielu rodziców zwraca uwagę na coś jeszcze: dzieci nie chcą wracać do domu. Mimo zimna, czerwonych rąk i przemoczonych butów. Przez kilka godzin ekrany przestają być pierwszym wyborem, nie dlatego, że ktoś je zabrał, ale dlatego, że na zewnątrz w końcu znowu coś się dzieje.

Po latach zim bez śniegu, znów dostrzegliśmy, że podwórka, górki i osiedlowe przestrzenie wciąż są gotowe do życia. Potrzebowały tylko trochę puchu i ludzi. To wszystko paradoksalnie pokazuje nam jak bardzo na zewnątrz obecnie jest „nieciekawie”. Deweloperskie place zabaw, zabetonowane place, galerie handlowe – to miejsca „tylko na chwilę”. Brakuje takich na wiele godzin. Dlatego wszyscy najpierw uciekają za miasto – na przykład do Supraśla, Szelmentu czy do Rybna, by potem finalnie w tamte okolice się z miasta wyprowadzić. Co nam to wszystko mówi? Że człowiek nie chce tego co mu urzędnicy zaserwowali. Woli naturę. Las, rzekę, górki – latem miejsca do spacerów, wielogodzinnych pikników, czy ognisk z kiełbaskami, a zimą do nart, sanek i snowboardu, a także kuligów.

Może więc ta zima nie jest tylko pogodową ciekawostką, ale sygnałem ostrzegawczym. Pokazała, że wystarczy jeden naturalny impuls, by ludzie masowo wrócili do przestrzeni, które dają swobodę, czas i prawdziwe bycie razem. I że jeśli miasta nie zaczną oferować miejsc do życia, a nie tylko do „szybkiego skorzystania”, to śnieg będzie być może wracał co roku, a ludzie — coraz rzadziej.

Partnerzy portalu:

Lodowisko pod blokiem. Jak za dawnych czasów!
fot. Wodociągi Białotocki

Lodowisko pod blokiem. Jak za dawnych czasów!

W Podlaskiem ferie zimowe trwają w najlepsze, a w Białymstoku wróciły obrazy, które wielu mieszkańcom pamięta z własnego dzieciństwa: trzeszczący lód pod łyżwami, czerwone od mrozu policzki i zbiegowisko dzieci pod blokiem. W dwóch spółdzielniach mieszkaniowych powstały właśnie osiedlowe lodowiska, które mają stać się miejscem spotkań, zabawy i drobnych wyścigów, tak dobrze znanych z dawnych zim.

Inicjatywę wsparły Wodociągi Białostockie, zapewniając wodę do przygotowania tafli. Lodowiska pojawiły się w dwóch lokalizacjach: przy ul. Waszyngtona 24 oraz przy ul. Pułaskiego 127. Za kwestie organizacyjne i regulaminy odpowiadają Spółdzielnie Mieszkaniowe Piaski oraz Elemencik.

Choć technika poszła do przodu, zasada pozostała ta sama — im więcej chętnych z sąsiedztwa, tym bardziej żyje przestrzeń między blokami. W czasach, gdy wiele zimnych miesięcy spędzamy przed ekranami, takie inicjatywy przywracają prostą, osiedlową radość: łyżwy, śmiech, miejską zimę w jej najlepszym wydaniu. Jeśli więc ktoś szuka sposobu na ferie bez dojazdów i kosztów — warto zaglądnąć na jedno z osiedlowych lodowisk i sprawdzić, czy pod butem wciąż pamięta się tamten dobrze znany odgłos rozgrzewającego się lodu.

Partnerzy portalu:

Takiej zimy już dawno nie było! Zobacz ile dobrego dzięki niej będzie na wiosnę.

Takiej zimy już dawno nie było! Zobacz ile dobrego dzięki niej będzie na wiosnę.

Dziś o poranku termometry na Podlasiu wskazały -18 stopni Celsjusza. Słońce świeci jednak tak intensywnie, że biel śniegu aż razi w oczy. Według najnowszych prognoz taka aura ma utrzymać się co najmniej do połowy lutego. To zaskakujący zwrot po ostatnich zimach – łagodnych, bezśnieżnych albo tak krótkich, że biały puch znikał po jednym lub dwóch dniach.

Dla mieszkańców to okazja do powrotu do zim z dzieciństwa, z trzaskającym mrozem i skrzypiącym śniegiem pod butami. Ale tegoroczna zima to przede wszystkim zastrzyk korzyści dla całej przyrody. Długotrwały mróz skutecznie ogranicza populację kleszczy, komarów i innych pasożytów, które w ostatnich latach rozwijały się niemal przez cały rok. Śnieg tworzy także naturalną kołdrę ochronną – zabezpiecza glebę, zatrzymuje wilgoć i chroni rośliny przed uszkodzeniami.

Wiosną możemy spodziewać się powrotu spektakularnych rozlewisk na Narwi, Biebrzy czy Bugu. To zjawisko, które jeszcze dekadę temu było symbolem regionu, a które zanikało wraz z łagodnymi zimami. Rozlewiska mają ogromne znaczenie dla ekosystemu: wspierają migrację ptaków, tworzą tarliska dla ryb, wzbogacają siedliska bobrów, a w efekcie podnoszą bioróżnorodność całej doliny rzecznej.

Narwiański Park Narodowy od kilku lat zmaga się z problemem niskich stanów wody. Słynne kładki w Waniewie i Śliwnie przez większość sezonu pozostawały niedostępne, bo rzeka nie zalewa naturalnych niecek i trzcinowisk. Tegoroczna zima może to częściowo odwrócić – długo zalegający śnieg zapewni wolny, równomierny spływ wiosenny, dając szansę na odbudowę rozlewisk, a z nimi całego mikroświata ptaków i płazów. Pojawia się jednak pytanie, na ile efekt ten zostanie utrzymany w kontekście gospodarowania wodą w dorzeczu Narwi.

Bo zanim Park Narodowy z rozlewiskami, pierwszym absorbującym wodę jest Siemianówka. Płytki, sztuczny, rozległy i wyjątkowo zasobożerny zbiornik zbudowany w PRL. Od lat poruszamy jej szkodliwość na łamach PodlaskieTV. Mocno wątpliwa jest jego rola w systemie wodnym Podlasia. Znaczna część retencjonowanej wody traci się przez parowanie, a jej niedobory coraz dotkliwiej widać na odcinkach niżej położonych. Silna i mroźna zima jest więc testem dla całego układu hydrologicznego regionu: czy większy dopływ wody roztopowej rzeczywiście przełoży się na odbudowę mokradeł, czy też zostanie zatrzymany i rozproszony zbyt wysoko, zanim dotrze do Narwiańskiego Parku Narodowego.

Mroźna zima sprzyja również rolnikom – dłuższe zaleganie śniegu pozwala gromadzić zapasy wilgoci w glebie, co przekłada się na lepsze wschody roślin i większą odporność na wiosenne susze.

To wszystko pokazuje, jak bardzo przyroda potrzebuje prawdziwej zimy, nawet jeśli dla nas oznacza to zimne policzki, grube rękawice i skrobanie szyb pojazdów. Podlasie przez lata było kojarzone ze śnieżnymi zimami – tegoroczna wreszcie przypomina, jak wyglądała pora roku wpisana w krajobraz regionu. Jeżeli prognozy się sprawdzą, przed nami jeszcze kilka tygodni mrozu, słońca i skrzącego się puchu. Warto więc patrzeć nie tylko na termometr, ale i na długofalowe skutki, które mogą okazać się wyjątkowo korzystne dla całego regionu.

Partnerzy portalu:

To była jedna z największych inwestycji od lat.

To była jedna z największych inwestycji od lat.

Za niespełna kilka tygodni dawny teren kolejowy przy ulicy Kolejowej przestanie kojarzyć się z opuszczonym, niszczejącym miejscem, a stanie się węzłem komunikacyjnym, który ma uporządkować ruch pasażerski i wprowadzić do miasta standard spotykany dotąd głównie w większych ośrodkach.

Centrum przesiadkowe powstało na bazie dawnego dworca, który przez lata pełnił funkcję bardziej sentymentalnego wspomnienia niż realnego punktu obsługi podróżnych. Nowy obiekt łączy transport kolejowy i autobusowy, a także przewiduje miejsca postojowe dla samochodów oraz rowerów. W środku znajduje się poczekalnia, zaplecze sanitarne i przestrzeń usługowa, która z czasem ma ożywić tę część miasta. Całość została zaprojektowana z naciskiem na dostępność, co oznacza wygodę zarówno dla osób starszych, rodzin z dziećmi, jak i podróżnych z bagażem czy osób z niepełnosprawnościami.

Dla mieszkańców Sokółki ta inwestycja oznacza przede wszystkim poprawę codziennej mobilności. Do tej pory przesiadki między pociągami a autobusami bywały niewygodne i rozproszone, a korzystanie z transportu zbiorowego wymagało dodatkowej logistyki. Po uruchomieniu centrum komunikacja ma stać się bardziej intuicyjna, a droga z pociągu do autobusu zajmie kilka kroków. Dla kierowców przewidziano nową organizację ruchu, a teren przed centrum zyskał czytelniejszy układ i lepszą estetykę.

Znaczenie inwestycji wykracza jednak poza codzienne dojazdy mieszkańców. Sokółka jest punktem kontaktu dla licznych turystów i odwiedzających, którzy kierują się w stronę Bohonik, Kuźnicy, Krynek czy okolicznych szlaków przyrodniczych. Nowe centrum może stać się pierwszym miejscem, z którym zetkną się przyjezdni – a tym samym wizytówką miasta, które stawia na uporządkowany transport i nowoczesną przestrzeń publiczną. Z drugiej strony to także element regionalnej sieci komunikacyjnej, ułatwiający przemieszczanie się pomiędzy Białymstokiem, Suwałkami i granicą polsko-białoruską.

Istotne jest również, że inwestycja zamyka etap wieloletnich dyskusji o przyszłości dawnych terenów kolejowych. Przez lata dworzec był miejscem zapomnianym, choć o dużym potencjale, a jego modernizacja stanowiła wyzwanie finansowe i organizacyjne. Dziś ten fragment miasta zmienia charakter: zamiast pustych murów i chaotycznego ruchu pojawia się przestrzeń uporządkowana, z jasną funkcją i czytelnym przeznaczeniem. To jedna z tych realizacji, które w dłuższej perspektywie wpływają na to, jak miasto jest postrzegane i jak się w nim żyje.

Po odbiorze technicznym trwają przygotowania do użytkowania obiektu. Miasto dopina formalności, a teren zostaje porządkowany pod kątem docelowego funkcjonowania. W najbliższym czasie poznamy datę otwarcia dla podróżnych. Wraz z nią pojawi się odpowiedź na pytanie, jak Sokółka wykorzysta tę inwestycję w praktyce: czy stanie się ona realnym udogodnieniem dla mieszkańców, magnesem dla turystów i wygodnym punktem startowym dla osób odwiedzających region, czy też pozostanie architektonicznym symbolem, który dopiero z czasem wypełni się treścią.

Jedno jest pewne: Sokółka, miasto z bogatą historią i ciekawą geografią, od dawna zasługiwała na rozwiązanie komunikacyjne tej klasy. Nowe centrum przesiadkowe otwiera możliwość łatwiejszego podróżowania, porządkowania ruchu miejskiego i budowania nowoczesnego wizerunku miasta, które przestaje być tylko przystankiem, a zaczyna być miejscem, z którego warto wyruszać i do którego warto wracać.

Partnerzy portalu:

Ferie w Podlaskiem. Nie chcesz na zewnątrz? Wiele będzie działo się w instytucjach.

Ferie w Podlaskiem. Nie chcesz na zewnątrz? Wiele będzie działo się w instytucjach.

Zimowe ferie to moment, w którym Podlasie zwalnia z codziennego rytmu i oddaje pole kulturze, twórczości oraz rodzinnym spotkaniom. W styczniu 2026 roku instytucje kultury z regionu przygotowały szeroki program – od teatru i muzyki, przez warsztaty i spotkania z historią, po propozycje dla najmłodszych, młodzieży i dorosłych. W repertuarze Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki znalazła się „Królowa Śniegu”. Klasyczna opowieść o przyjaźni i odwadze, wystawiana w dniach 14–22 stycznia, okazała się naturalnym pretekstem do rodzinnego wyjścia do teatru, także przy okazji Dnia Babci i Dziadka. Teatr wznawia również cykl „Bajkowe Poranki” – lekką formę teatrzyku dla najmłodszych.

Opera i Filharmonia Podlaska zaproponowała spektakl muzyczny „Karolcia i sekret świątecznej nocy”, przeznaczony dla dzieci od piątego roku życia. Taneczno-muzyczna inscenizacja z elementami interakcji tworzy przyjazne wejście w świat opery, szczególnie dla rodzin, które dopiero oswajają najmłodszych z teatrem muzycznym.

W muzeach regionu ferie oznaczają praktyczne spotkania z historią. Muzeum Podlaskie prowadzi oprowadzania we wszystkich oddziałach oraz cykl weekendowych warsztatów rodzinnych – od Tykocina po Supraśl, od Choroszczy po Białystok. Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej w Wasilkowie stawia na „Ferie na ludowo”, czyli zajęcia o tradycjach, etnodizajnie i dawnych zwyczajach zimowych, adresowane do grup szkolnych.

Z kolei Muzeum Rolnictwa im. ks. Krzysztofa Kluka w Ciechanowcu organizuje RetroFerie – Zimową Akademię Księdza Kluka, podczas której dzieciom towarzyszą warsztaty kulinarne, zielarskie, przyrodnicze, a także zimowa „olimpiada” na terenie skansenu. Skansen Kurpiowski im. Adama Chętnika w Nowogrodzie zaprasza na praktyczne poznawanie kultury Kurpiów: lepienie byśków, pieczenie fafernuchów oraz zajęcia plastyczne, dostępne zarówno stacjonarnie, jak i w formie wyjazdowej.

Twórcza część ferii to także warsztaty i książki. Podlaski Instytut Kultury w cyklu Etnoteka proponuje międzypokoleniowe spotkania wokół makatek, czyli tradycyjnych tekstyliów traktowanych współcześnie jako inspiracja artystyczna. Książnica Podlaska z filami przygotowała szeroki wachlarz aktywności – od lektury i planszówek po LEGO, programowanie, szachy i technologię VR. Oferta jest elastyczna, dostosowana do wieku uczestników i sposobu spędzania wolnego czasu.

Na północno-wschodnich rubieżach regionu Ośrodek „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” w Sejnach i Krasnogrudzie wystawił własny program z warsztatami plastycznymi, muzycznymi i tkackimi, projekcjami filmowymi oraz turniejem gry planszowej „Czterej wędrowcy”, osadzonej w lokalnym kontekście kulturowym. Finał zaplanowano w Dworze Miłosza, z warsztatami, zabawami na śniegu i ogniskiem.

Choć instytucje działają każda we własnej przestrzeni i stylistyce, tegoroczne ferie łączy wspólny motyw: Podlasie pokazuje się jako region, który potrafi opowiadać historię i tradycję bez nachalnego patosu, korzystając z teatru, muzyki, muzeów i warsztatów. Zamiast wielkich deklaracji – praktyczne doświadczenia, kontakt z kulturą i spokojny rodzinny czas.

Partnerzy portalu:

Czas na ferie! Zobacz ile ma do zaoferowania Podlaskie.

Czas na ferie! Zobacz ile ma do zaoferowania Podlaskie.

W ten weekend w województwie podlaskim rozpoczynają się ferie zimowe i potrwają do 1 lutego. To czas długo wyczekiwany przez dzieci, ale także przez dorosłych, którzy planują rodzinne wyjazdy albo szukają pomysłów na atrakcyjne spędzenie wolnych dni na miejscu. Co wyjątkowe, pierwszy raz od lat całe Podlaskie jest skute zimą i na horyzoncie nie widać większych odwilży, co oznacza idealne warunki do aktywności na śniegu przez całe ferie.

Choć wielu mieszkańców ruszy na ferie poza region, równie wielu pozostanie na Podlasiu. W tym roku mogą liczyć na zimę, jaką pamięta się z dzieciństwa, a lista atrakcji na miejscu jest długa i wcale nie gorsza od ofert turystycznych innych części Polski. Wszystko na to wskazuje, że Podlaskie będzie jednym z najciekawszych miejsc w kraju do zimowych rodzinnych aktywności.

Wiele rodzin postawi w tym roku na kuligi – zwłaszcza tam, gdzie zimowe trasy są najpiękniejsze, a śnieg trzyma się na drzewach jak z pocztówki. To jedna z tych atrakcji, które łączą ruch, naturę i klimat dawnych zim, o które coraz trudniej. Z kolei dla miłośników spacerów i krótkich wycieczek znakomitym kierunkiem będzie Puszcza Knyszyńska – zalew w Czarnej Białostockiej o tej porze roku wygląda bajkowo, a rezerwat Krzemianka pozwala zobaczyć, jak zasypane doliny i ścieżki nadają puszczy niemal skandynawski charakter.

Podobnie Puszcza Białowieska – od rezerwatu z żubrami, przez rezerwat ścisły, aż po szlak dębów królewskich – stanowi gotową propozycję na jednodniowe wypady z dziećmi, które często po raz pierwszy mają okazję zobaczyć żubra w zimowej scenerii.

Jeśli ktoś woli bardziej sportowe ferie, wciąż doskonałym wyborem jest narciarski Szelment, który w tym sezonie cieszy się wyjątkowo dobrymi warunkami śniegowymi. Stoki są przyjazne początkującym, a zimowy krajobraz Suwalszczyzny dodaje wrażenia, że ferie odbywają się gdzieś daleko w górach. Podobnie Rybno, gdzie lokalne trasy narciarskie także przyciągają rodziny i amatorów zimowej aktywności, oferując jednocześnie krótszą i łatwiejszą logistykę niż wyjazd na południe kraju.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

To nie jest zwykły film. Cały świat może zwiedzać wirtualnie Białystok.

Pojawił się w sieci materiał, który trudno nazwać „kolejnym filmem z miasta”. To raczej wirtualny spacer po Białymstoku – zarejestrowany w sposób, który od lat promuje największe metropolie świata. Bez cięć, bez sztucznej narracji, bez filtrów i teledyskowego montażu. Jedno ujęcie, naturalne światło, prawdziwe dźwięki ulicy. Dzięki temu każdy widz – niezależnie od tego, czy mieszka w Tokio, Nowym Jorku czy Santiago – może poczuć klimat miasta dokładnie takim, jakie jest.

Tym razem autor nagrał wieczorny spacer przez świąteczny Białystok. Kamera prowadzi przez Pałac Branickich, Kilińskiego, pod katedrę, na rynek, ku choinkom, karuzelom, jarmarkowym straganom i dalej – na Lipową i aż pod bazylikę św. Rocha. Wszystko w 4K, z naturalnym audio i w tempie ludzkiego kroku. Dla jednych to idealne wideo do odpoczynku, dla innych inspiracja podróżnicza, a dla jeszcze innych – precyzyjna forma promocji miasta, jakiej nie da się uzyskać ani dronami, ani krótkimi rolkami.

W tym tkwi siła takich nagrań. Człowiek, który nigdy nie był w Białymstoku, nie ogląda zlepków atrakcji, tylko spaceruje. Słyszy gwar, widzi witryny, restauracje, światła ulic. To właśnie takie doświadczenie buduje ciekawość. Kto zobaczy, że to miejsce ma swój rytm, koloryt i atmosferę – dużo chętniej wybierze je jako cel podróży. Dlatego podobne nagrania stały się ważnym elementem promocji miast w skali globalnej. Paryż, Barcelona, Seul czy Warszawa mają swoje spacery – teraz dołącza Białystok.

Trudno wymyślić prostszy i bardziej autentyczny kanał promocyjny. Nikt niczego nie sprzedaje, nie upiększa, nie „aranżuje”. Kamera tylko towarzyszy rzeczywistości. I właśnie dlatego to działa – bo w epoce nadprodukcji marketingu największym luksusem jest prawda. Jeśli komuś Białystok się spodoba na ekranie, to prędzej czy później będzie chciał sprawdzić, jak pachnie jarmark zimą i jak brzmi Lipowa w sobotni wieczór. A to najkrótsza droga, by turysta stał się gościem, a gość – ambasadorem miasta.

Partnerzy portalu:

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Zaśnieżone Podlaskie ratuje nas przed katastrofą. W jaki sposób?

Podlaskie to kraina trzech Puszcz, trzech parków narodowych, trzech wielkich rzek i dziesiątek pomniejszych cieków wodnych. To również miejsce, gdzie przyroda wciąż żyje własnym rytmem, a krajobraz – od zielonych łąk po bagienne rozlewiska – zależy od delikatnych bilansów wody. W ostatnich latach zdały się one mocno chwiać. Susze letnie, które jeszcze dekadę temu pojawiały się epizodycznie, dziś stają się niemal regułą, pustosząc łąki i spłycając, a nawet wysuszając rzeki. W tym kontekście śnieg, często postrzegany wyłącznie jako utrapienie kierowców, jest jednym z ostatnich naturalnych mechanizmów regulujących cykl wodny regionu.

Zimą, kiedy Podlasie skuwa mróz, a korony drzew w Puszczy Białowieskiej, Puszczy Knyszyńskiej i Puszczy Augustowskiej uginają się pod ciężarem bieli, przyroda wchodzi w stan spowolnienia. Jednak w bieli kryje się zasób – rezerwa wodna odkładana jest na wiosnę. Wolno topniejąca pokrywa śnieżna pozwala wodzie wsiąkać głęboko w glebę i torfy, odbudowując retencję, bez której latem giną zarówno rośliny, jak i owady, płazy czy migrujące ptaki uzależnione od rozlewisk. W parku narodowym, w Biebrzy śnieg decyduje o przyszłych rozlewiskach; w Wigierskim – o kondycji jezior; w Białowieskim – o żywotności lasu i całych sieci zależności ekologicznych.

Rzeki Podlasia – Narew, Biebrza i Bug – oraz setki mniejszych cieków wodnych są żyłami krwionośnymi krajobrazu. To od śniegu zależy, czy wiosenne wody wypełnią doliny Narwi i rozleją się malowniczym labiryntem, czy Biebrza zyska swoje słynne bagienne zwierciadła, a Bug zachowa głębszy nurt. Brak śniegu zimą nie zawsze oznacza nagłą katastrofę, ale oznacza szybsze, prostsze i bardziej dramatyczne przesuwanie się w stronę letniego przesuszenia. Gleba bez zimowego zasilenia staje się jałowa, owady giną, a ptaki tracą bazę pokarmową. Łosie i jelenie, które zimą korzystają z osłony lasów, latem wędrują coraz dalej w poszukiwaniu wodnych schronień.

Śnieg pełni jeszcze jedno zadanie na Podlasiu – chroni. Pąki drzew przed przemarzaniem, korzenie bylin przed wysychaniem, glebę przed erozją, a torfowiska przed utratą wilgoci. W Puszczy Białowieskiej biała pokrywa zamyka obieg materii organicznej, spowalniając rozkład i pozwalając grzybom oraz mikroorganizmom pracować w tempie, które natura zakładała od tysiącleci. W rozlewiskach Narwi zimowa pokrywa śnieżna amortyzuje gwałtowne zmiany temperatur, umożliwiając przetrwanie jajom płazów ukrytych głębiej w mule, a zimą chroniąc drobne ryby i bezkręgowce.

Podlaskie, choć nadal uchodzi za jeden z ostatnich bastionów dzikiej przyrody w Polsce, jest czułe na wahania klimatu. Zimą widać to najsilniej: brak bieli to brak wiosennego zasilania. Jeziora Wigierskiego Parku Narodowego płytko oddychają, bagna Biebrzy schną szybciej, a Białowieski las staje się uboższy pod ziemią, zanim stanie się uboższy nad nią. Śnieg bywa trudny w mieście, ale poza miastem to zasób strategiczny, którego wartość mierzy się nie w centymetrach, a w milimetrach wody i proporcji życia, które może dzięki niej trwać.

W czasach, gdy klimat staje się coraz bardziej niestabilny, warto przypomnieć sobie prostą prawdę: Podlasie żyje dzięki wodzie, a woda wraca dzięki śniegowi. Każda biała zima to inwestycja w zielone lato, w bagienne spektakle Biebrzy, w labirynt Narwi, w potężny spokój Puszcz, w trzepot skrzydeł nad jeziorami Suwalszczyzny i w te niezliczone drobiazgi życia, które milkną, gdy woda znika.

Partnerzy portalu:

Zimowa Puszcza Białowieska to obecnie najbardziej magiczne miejsce na Podlasiu!

Zimowa Puszcza Białowieska to obecnie najbardziej magiczne miejsce na Podlasiu!

W Podlaskiem spadło tyle śniegu, że świat znowu udaje bajkę. A jeśli bajka, to musi mieć swoje serce. Tego zimowego serca nikt nie znajdzie w mieście, w korkach, w pośpiechu ani w sklepach pełnych ludzi. Jest tylko jedno miejsce, gdzie zima wciąż umie czarować do granic — Puszcza Białowieska. W tych dniach jest ona najprawdziwszym, najbardziej magicznym zakątkiem całego Podlasia.

Wczesny ranek. Mróz rysuje delikatne pajęczyny na szybach, śnieg tłumi echo dźwięków, a niebo pali się bladym różem. Puszcza jeszcze śpi, ale gdy wstaje słońce rozpoczyna się spektakl. Najpierw drgają pojedyncze iskry światła na gałęziach, potem całe połacie lasu płoną odcieniami złota. Drogi są miękkie jak wata, płoty w białych kożuchach, a dym z kominów wznosi się pionowo, jakby nie chciał mącić ciszy.

W Białowieży życie płynie wolniej niż gdziekolwiek indziej. Koty wygrzewają się na płotach, owce poskubują trawę skrytą pod puchem, psy bawią się w śnieżne bitwy. Ludzie wychodzą dopiero po dziewiątej, kiedy mróz odpuści odrobinę. Każdy dzień zaczyna się tu podobnie: kilka słów na środku cichej ulicy, przyniesione drewno do pieca, odśnieżony próg domu, zapach dymu i żywicy. Zimowy rytuał Puszczy.

Głębiej w las, tam gdzie wioski topnieją w białą mgłę, zaczyna się królestwo zwierząt. Wystarczy cierpliwość, by czasem zobaczyć żubry jak w legendzie. Dla wilków jesteśmy tylko cieniem. Obserwują z daleka, pamiętając może dawne krzywdy. Lewo, prawo, ślady jak pismo w śniegu, opowieść, którą czyta tylko las.

Idąc leśnym duktem masz wrażenie, że ktoś rozwinął przed tobą płótno malarza. Każda gałąź, każdy mech, każdy zamarznięty źdźbło trawy jest pociągnięciem pędzla. Natura pracuje w technice światła i ciszy; człowiek ma tylko za zadanie nie przeszkadzać.

I tak właśnie wygląda dziś najpiękniejszy zakamarek Podlasia. Z dala od miast, z dala od hałasu, tam gdzie słońce wisi nisko nad białym oceanem puszczy, a czas przestaje mieć znaczenie. Kto raz zimą stanie w Białowieży, ten wraca stamtąd odmieniony — jakby dusza została na chwilę w miejscu, które wymyśliła sama wyobraźnia.

Partnerzy portalu:

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.
Marszałek Województwa Podlaskiego Łukasz Prokorym / fot. Urząd Marszałka Województwa Podlaskiego

Zmiana prezesa PKS Nova. Totalna bezradność marszałka Łukasza Prokoryma.

W regionie przyzwyczailiśmy się do tego, że zmiany personalne w spółkach samorządowych mają być symbolem „nowego otwarcia”. W przypadku PKS Nova trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że odwołanie prezesa i powołanie nowej osoby z prokurą samoistną jest nie tyle demonstracją siły, ile wyrazem bezradności. To rodzaj politycznego uniku: skoro nie umiemy rozwiązać problemu strukturalnego, to zmieńmy nazwisko na wizytówce. Tylko że komunikacja publiczna nie jeździ na papierze.

Marszałek województwa podlaskiego Łukasz Prokorym zaprezentował Adama Byglewskiego jako menedżera „największego kalibru”, z bogatym doświadczeniem w transporcie, logistyce i biznesie. To wszystko prawda. Tyle że kompetencje osobiste nie mają tu znaczenia pierwszoplanowego. PKS Nova nie potrzebuje dziś „mocnego człowieka”, lecz jasnych reguł gry – polityki transportowej, systemu współfinansowania, oraz elementarnej odpowiedzialności ze strony samorządów niższego szczebla. Bez tych trzech warstw – merytorycznego, finansowego i administracyjnego fundamentu – każdy kolejny prezes czy prokurent będzie przypominał kierowcę autobusu, któremu kazano wyjechać w trasę bez rozkładu i z resztkami paliwa.

PKS chce być jednocześnie nierentowny i popularny

Najbardziej absurdalny element tej układanki polega na tym, że od PKS Nova oczekuje się dwóch rzeczy wykluczających się nawzajem: ma zarazem nie przynosić strat i nie zamykać połączeń. Dopóki ktoś próbuje utrzymać fikcję, że spółka publiczna może prowadzić deficytowy transport bez dopłat, dopóty każda decyzja zarządu będzie politycznie toksyczna. Jeśli jakikolwiek prezes, cokolwiek likwiduje – jest wrogiem mieszkańców. Jeśli nic nie likwiduje – jest wrogiem finansów. Dopóki marszałek nie rozstrzygnie, które z tych dwóch „złych” ról wybiera, dopóty żadna osoba na stanowisku kierowniczym nie będzie w stanie wykonać sensownej pracy.

To nie jest abstrakcyjna teoria, tylko realny problem. Kiedy odchodzący z końcem miesiąca prezes PKS Nova – Zbigniew Wojno – w obliczu twardych liczb i braku partnerów po stronie gmin i powiatów – zlikwidował blisko sto nierentownych połączeń, na które nikt nie chciał wziąć dopłat z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych, otrzymał podziękowanie za współpracę od marszałka. Samorządy powiatowe i gminne miały gotowy instrument finansowy. Pieniądze leżały na stole. PKS Nova proponował pomoc, dokumenty, dane i współpracę. Jedna strona krzyczała, że połączenia są potrzebne, druga udawała, że problem nie istnieje. I tak transport publiczny został rozjechany na skrzyżowaniu bezkolizyjnym: nikt nie miał odwagi nacisnąć hamulca ani dodać gazu.

Samorządy odmówiły współfinansowania. To nie była pomyłka

Fakty są bezlitosne. Powiaty i gminy w Podlaskiem świadomie zignorowały instrument, który w innych regionach uratował dziesiątki linii. Nie było tu chaotycznego poślizgu proceduralnego, lecz czyste zaniechanie, które skutkuje komunikacyjnym wykluczeniem całych miejscowości: od Michałowa i Gródka, przez Łapy i Czarną Białostocką, aż po Dąbrowę, Sejny, Olecko czy Mielnik. To nie prezesi PKS Nova zamykają tym ludziom dostęp do lekarzy, szkół średnich i możliwości dojazdu na studia. To wójtowie i burmistrzowie postanowili, że komunikacja zbiorowa jest kosztem, a nie częścią infrastruktury społecznej.

Na poziomie systemowym jest to fundamentalny problem: PKS Nova nie może być jednocześnie przewoźnikiem społecznej misji i przedsiębiorstwem funkcjonującym według rachunku ekonomicznego, jeżeli lokalne władze nie chcą przejąć swojej części odpowiedzialności. Dopóki nie zostanie to rozstrzygnięte, każdy kolejny prezes będzie miał do wyboru tylko dwa scenariusze: albo zatopić spółkę finansowo, albo zatopić ją politycznie.

Zmiana personalna niczego nie rozwiązuje

W tym sensie powołanie Adama Byglewskiego bardziej przypomina próbę odwrócenia wzroku opinii publicznej od faktycznego problemu. Nie ma żadnego znaczenia, czy stanowisko obejmie menedżer z ADAMPOL-u, były minister, czy kompletny outsider. Nie miałoby też znaczenia, gdyby na stanowisku pozostał Zbigniew Wojno. Dopóki marszałek województwa nie zbuduje klarownego modelu współfinansowania z udziałem powiatów i gmin, PKS Nova będzie żyła w stanie permanentnej niestabilności.

Skoro region (a wcześniej także rząd i samorządy) chciałby mieć publiczny transport autobusowy, to musi wreszcie odpowiedzieć na jedno proste pytanie: czy autobus jest usługą komercyjną, czy usługą publiczną? Dziś próbuje być jednym i drugim. Efektem jest katastrofa – finansowa, logistyczna i społeczna.

Zmiana prezesa nie jest zatem „nowym otwarciem”, lecz symbolicznym potwierdzeniem, że system polityczno-samorządowy nie jest w stanie sam siebie naprawić. I w tym sensie to nie prezes został wymieniony, lecz rola marszałka została zdegradowana do roli komentatora wydarzeń, na które nie ma realnego wpływu. To jest istota bezsilności.

Partnerzy portalu:

Bardzo dobre warunki zimowe w Podlaskiem. Narty w Biebrzańskim Parku, Supraślu, Szelmencie i Rybnie!

Bardzo dobre warunki zimowe w Podlaskiem. Narty w Biebrzańskim Parku, Supraślu, Szelmencie i Rybnie!

Gruba, stabilna pokrywa śnieżna i utrzymujące się niskie temperatury sprawiają, że to idealny moment, by aktywnie wykorzystać zimę. Jedną z najciekawszych propozycji dla miłośników ruchu na świeżym powietrzu są trasy narciarstwa biegowego wytyczone na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego.

Wyznaczono je w czterech obwodach ochronnych. Najbliżej dostępny jest obwód Osowiec, gdzie wokół Fortu IV poprowadzono pętlę o długości około 4,5 kilometra. W tym miejscu znajduje się również parking, co ułatwia dostęp osobom przyjezdnym. Kolejne trasy zlokalizowane są na ścieżkach edukacyjnych Brzeziny Kapickie oraz na skraju Czerwonego Bagna. Najwięcej odcinków narciarskich przygotowano jednak w basenie środkowym parku, w obwodzie ochronnym Grzędy. Tamtejsza trasa nie ma charakteru pętli – jej pełne pokonanie oznacza wyprawę o długości około 20 kilometrów, licząc w obie strony.

Warto dodać, że białą zimę można wykorzystać także bliżej aglomeracji białostockiej. Trasy do narciarstwa biegowego są przygotowywane również w okolicach Supraśla, który od lat stanowi popularne miejsce rekreacji zimowej. Leśne tereny Puszczy Knyszyńskiej sprzyjają zarówno początkującym, jak i bardziej doświadczonym biegaczom narciarskim.

Dodatkową propozycją dla osób, które chcą w pełni wykorzystać wyjątkowo śnieżną zimę w regionie, jest WOSiR Szelment. Po długim oczekiwaniu sezon zimowy w ośrodku oficjalnie trwa. Sprzyjające warunki pogodowe pozwoliły na uruchomienie stoku oraz pierwszych atrakcji dostępnych dla odwiedzających.

Do dyspozycji gości oddano trasę szkoleniową, przeznaczoną głównie dla osób początkujących oraz dzieci. Do tego są też inne trasy narciarskie dla bardziej doświadczoncyh. Równolegle uruchomiony został snowtubing, czyli zjazdy na pontonach, a także karuzela śnieżna, stanowiąca dodatkową atrakcję rekreacyjną. Docelowo ośrodek oferuje osiem oświetlonych i regularnie ratrakowanych tras narciarskich o zróżnicowanym stopniu trudności. Na miejscu działa wypożyczalnia sprzętu, zaplecze gastronomiczne oraz baza noclegowa o standardzie hotelowym.

Uzupełnieniem zimowej oferty regionu jest również Stacja Narciarska Rybno. Obiekt oferuje trzy trasy zjazdowe oraz pełne zaplecze dla miłośników sportów zimowych, w tym wypożyczalnię sprzętu, możliwość skorzystania z pomocy instruktorów narciarstwa i snowboardu oraz bar, w którym można odpocząć po aktywności na stoku. Oferta skierowana jest zarówno do dzieci i dorosłych rozpoczynających naukę jazdy, jak i do bardziej doświadczonych narciarzy. Obecnie stok czynny jest w dni powszednie w godzinach od 14.00 do 20.00, a w niedziele i święta od 10.00 do 20.00.

Tak śnieżna i stabilna zima w Podlaskiem zdarza się rzadko, dlatego to dobry moment, by skorzystać z naturalnych warunków i odkryć region z zupełnie innej, zimowej perspektywy.

Partnerzy portalu:

Ruch „Ręce precz od Dojlid” zwyciężył. TIR-y zniknęły z kameralnego osiedla.
fot. Ręce precz od Dojlid

Ruch „Ręce precz od Dojlid” zwyciężył. TIR-y zniknęły z kameralnego osiedla.

W ostatnich dwóch dekadach osiedle Dojlidy w południowo-wschodnim Białymstoku stało się areną intensywnej walki o przyszłości przestrzennej i transportowej tej części miasta. Jedną z najbardziej konsekwentnych i rozpoznawalnych inicjatyw społecznych był ruch „Ręce precz od Dojlid” — oddolna mobilizacja mieszkańców, której determinacja doprowadziła do trwałej zmiany na osiedlu. Zakaz wjazdy dla TIR-ów właśnie tam obowiązuje. Nie było to takie oczywiste, bo Tadeusz Truskolaski od prawie dwóch dekad rządzi na zasadzie „wszystko wiem najlepiej”. 

Początkowym impulsem do zorganizowanej obrony lokalnej społeczności były propozycje miasta powstania szerokopasmowej trasy komunikacyjnej, która miała przeciąć osiedle i stać się elementem głównej sieci transportowej miasta. Koncepcja szerokiej arterii, przekraczającej możliwości lokalnej infrastruktury, budziła obawy o zwiększenie natężenia ruchu, degradację środowiska oraz trwałą utratę kameralnego charakteru obszaru dotąd zdominowanego przez zabudowę jednorodzinną. Towarzyszyły temu postulaty o zachowanie terenów zielonych, stawów i historycznych elementów przestrzeni Dojlid. Ale jak wspomnieliśmy – najtrudniej było w tej walce z podejściem „wszystko wiem najlepiej”.

Kluczowym przedmiotem sporu stała się także organizacja ruchu drogowego w tej części miasta. Przez Dojlidy przebiegała krajowa 19. Przez co wszyscy okoliczni mieszkańcy byli dotknięci nasilonym ruchem tranzytowym pojazdów ciężarowych, który biegł z innego osiedla – Piasta. Mieszkańcy wielokrotnie wskazywali, że obecność tirów przyczynia się do hałasu, drgań konstrukcyjnych domów, wzrostu emisji zanieczyszczeń i obniżenia bezpieczeństwa pieszych oraz rowerzystów.

Po wybudowaniu nowych ulic w mieście, blisko lotniska na Krywlanach, a daleko od zabudowań, prace nad zmianami przebiegu 19 ruszyły. Ale ruch „wszystko wiem najlepiej” nie odpuszczał i sprawa ciągnęła się w nieskończoność. Ostateczne decyzje zostały przyśpieszone dopiero, gdy w 2024 roku, w jeden z domów na Dojlidach wjechał autobus.

I tak, po latach dyskusji i analiz, decyzje władz „wszystko wiem najlepiej” w końcu zmieniły organizację ruchu, tak by w praktyce wyeliminować tranzyt tirów przez środek osiedla.

W efekcie wprowadzonych zmian Dojlidy stoją dziś przed szansą na rozwój zgodny z oczekiwaniami jego mieszkańców — zachowując dużo przestrzeni o dużej wartości przyrodniczej, przy jednoczesnym odciążeniu lokalnych ulic od nadmiernego ruchu ciężarowego. Decyzje te są postrzegane w lokalnej debacie jako dowód na to, że oddolna mobilizacja społeczna może skutecznie wpływać na decyzje władz miejskich, nawet takich, które latami potrafią bezsensownie się upierać tylko dlatego, że „wszystko wiem najlepiej”.

Ruch jeszcze nie składa broni. W międzyczasie pojawiła się druga sprawa. W dyskusji wokół planów zagospodarowania przestrzennego Dojlid pojawiały się różne propozycje dotyczące zabudowy mieszkaniowej, w tym w rejonie terenów użytkowanych wcześniej pod działalność produkcyjną związaną z przemysłem drzewnym. Część mieszkańców wyrażała obawy, że bardziej intensywna zabudowa w tych rejonach mogłaby zmienić charakter przestrzeni sąsiedniej względem dotychczasowego otoczenia. Blokowisko na Dojlidach ma zielone światło, ale jego powstanie nie jest przesądzone.

Partnerzy portalu:

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

Blisko 100 połączeń autobusowych zniknęło. Sabotaż wójtów to komunikacyjny upadek regionu.

W województwie podlaskim z rozkładów jazdy znika blisko sto połączeń autobusowych PKS Nova, bo lokalne samorządy ostentacyjnie odmówiły ich współfinansowania i z pełną świadomością nie sięgnęły po pieniądze, które leżały na stole. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych nie był tajemnicą ani abstrakcyjną obietnicą – był realnym narzędziem ratowania komunikacji. PKS Nova miesiącami biła na alarm, pokazywała liczby, proponowała pomoc w pozyskaniu środków. Odpowiedź? Cisza. Obojętność. Totalne wyparcie odpowiedzialności. Efekt jest prosty: likwidacja połączeń w całym województwie podlaskim. Najwięcej zlikwidowanych połączeń jest między Białymstokiem, a m.in. Łapami, Michałowem, Gródkiem, Czarną Białostocką czy Dąbrową Białostocką.

Nie mamy tu do czynienia z pomyłką ani z trudną decyzją budżetową. To było świadome, zimne zaniechanie władzy lokalnej, które wprost uderza w mieszkańców. Wójtowie i burmistrzowie, którzy nie wykonali absolutnie żadnego ruchu, gdy mogli uratować te połączenia, są dziś bezpośrednio odpowiedzialni za komunikacyjne wykluczenie tysięcy ludzi. To oni zdecydowali, że senior ma być skazany na łaskę innych, gdyby chciał jechać do lekarza. To oni uznali, że młodzież z mniejszych miejscowości musi by prosić rodziców o kosztowne podwózki do szkół ponadpodstawowych. Bardzo kosztowne dla nich będzie też studiowanie czy normalne życie społeczne. To wójtowie skazali wsie na prowincjonalną izolację – bez kina, bez teatru, bez urzędu, bez pracy. To przez nich jeszcze bardziej zapchają się drogi i wyludnią gminy na rzecz dużych polskich miast – i to niekoniecznie Białegostoku.

Nie dlatego, że „system nie pozwalał”. Nie dlatego, że „państwo zawiodło”. Zrobili to, bo im się nie chciało. Bo łatwiej było nic nie zrobić, niż wziąć odpowiedzialność. Pieniądze były. Procedury były. Wsparcie było. Zabrakło tylko jednego: minimalnych kompetencji i elementarnej przyzwoitości. Teraz te środki trafią do innych województw – tam, gdzie samorządowcy rozumieją, że transport publiczny to nie fanaberia, tylko absolutna podstawa funkcjonowania wspólnoty. Podlasie zostaje z niczym, bo jego lokalni włodarze wybrali sabotaż.

Bo nie możemy nazywać tego niekompetencją, bo to słowo nie oddaje w pełni tego co się stało. To jest właśnie administracyjny sabotaż regionu. Cichy, papierowy, przeprowadzony zza biurek, ale skuteczny. Sabotaż, którego konsekwencje mieszkańcy będą odczuwać latami.

Dobrze, że obowiązuje dwukadencyjność dla wójtów i nic nie wskazuje na to, by miała zniknąć. Bo ten poziom pogardy wobec własnych mieszkańców sprawi, że taka lokalna władza, która okupuje stołki od lat wyleci w końcu na polityczny bruk. I słusznie. Samorząd nie może być schronieniem dla nieudaczników, biernych, leniwych i oderwanych od rzeczywistości. Skoro nie potrafili obronić podstawowych interesów swoich gmin, niech przestaną udawać, że kiedykolwiek byli potrzebni.

Lista zlikwidowanych połączeń:

Region Centralny: 

Poniedziałek-piątek

Białystok – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Janów 07:30 08:48

Janów – Czarna Białostocka (Piłsudskiego) – Białystok 08:50 10:09

Michałowo – Białystok 13:15 14:10

Białystok – Michałowo 17:00 17:54

Dąbrowa Białostocka – Białystok 05:30 07:18

Białystok – Dąbrowa Białostocka 07:20 09:12

Dąbrowa Białostocka – Białystok 11:10 12:58

Białystok – Dąbrowa B 13:45 15:37

Białystok – Łapy 17:55

Łapy – Białystok 19:00

Białystok – Łapy 19:55

Łapy – Białystok 21:00

Białystok – Łapy 21:55

Grajewo – Ełk 05:40

Ełk – Grajewo 06:20

Grajewo – Ełk 19:15

Ełk – Grajewo 20:00

Grajewo – Rajgród 12:50

Rajgród – Grajewo 13:30

Grajewo – Szczuczyn 16:10

Grajewo – Radziłów 13:05

Ławsk – Radziłów 06:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Radziłów – Grajewo 14:15

Grajewo – Radziłów – 13:00

Cyprki – 14:30

Cyprki – 07:00

Grajewo – Wojewodzin – Grajewo – 15:05

Wojewodzin – Grajewo – 08:15

Sobota

Łapy – Białystok 06:30 07:25

Białystok – Łapy 07:25 08:30

Łapy – Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Michałowo– Białystok 05:00 05:55

Białystok – Czarna Białostocka Piłsudskiego 07:30 08:12

Czarna Białostocka Pierekary – Białystok 09:35 10:12

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Dabrowa Białostocka- Sokółka – Zor – Białystok 06:30 08:18

Białystok – Dąbrowa 10:30 12:22

Niedziela

Łapy -Białystok 08:30 09:25

Białystok – Łapy 13:25 14:30

Łapy – Białystok 15:00 15:55

Białystok – Łapy 15:55 17:00

Łapy – Białystok 17:00 17:55

Białystok – Łapy 17:55 19:00

Gródek – Załuki – Białystok 06:20 07:25

Białystok – Załuki – Gródek 07:30 08:37

Gródek – Zaluki – Białystok 09:40 10:45

Białystok – Załuki – Gródek 13:45 14:52

Gródek – Załuki – Białystok 15:30 16:35

Białystok – Załuki – Gródek 16:50 17:57

Białystok – Łapy 09:25 10:30

Łapy – Białystok 10:30 11:25

Białystok – Michałowo 15:00 15:54

Michałowo – Białystok 16:20 17:15

Białystok- Mońki 13:15 14:15

Mońki- Białystok 14:20 15:15

Region Południowy 

Łomża – Radziłów o godz. 10:30

Radziłów – Łomża o godz. 12:40

Kolno – Gietki o godz 06:30 i o godz 15:40

Kolno – Lachowo o godz 06:40 i o godz 15:40

Region Północny

Suwałki-Gdańsk, godz. 7:00

Gdańsk-Suwałki, godz. 15:20

Białystok-Suwałki, godz. 5:45

Suwałki-Białystok, godz. 16:30

Olecko-Ełk, godz. 9:30

Ełk-Olecko, godz. 12:55

Ełk-Olecko, godz. 16:00

Suwałki-Sejny, godz. 6:40

Sejny-Suwałki, godz. 14:45

Region Wschodni 

6:30 Wilanowo – Siemiatycze

15:45 Siemiatycze – Wilanowo

8:00 Ciechanowiec – Białystok p. Bielsk Podlaski

16:35 Białystok – Ciechanowiec p. Bielsk Podlaski

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

12:30 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

08:05 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Siemiatycze DA

07:00 Siemiatycze DA – Mielnik, ul. Brzeska

06:55 Mielnik, szkoła- Mielnik ul. Brzeska 21

14:34 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

07:10 Mielnik, ul. Brzeska – Mielnik, szkoła

14:35 Mielnik, szkoła – Mielnik ul. Brzeska 11

Partnerzy portalu:

Wystawiam panu Truskolaskiemu, doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych – pałę z ekonomii.
Monachium

Wystawiam panu Truskolaskiemu, doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych – pałę z ekonomii.

Był koniec lat dziewięćdziesiątych, w Monachium trwała kampania wyborcza, kiedy Burmistrz Christian Ude, sympatyczny socjaldemokrata przemieszczający się po mieście na rowerze i lubiący przycupnąć tu i ówdzie na kufelek, zorganizował konferencję prasową. Centralnym tematem były eksplodujące ceny nieruchomości. Należy w tym miejscu wspomnieć, że trzy lata wcześniej mieszkańcy miasta zdecydowali w referendum, iż żaden nowy budynek na terenie miasta nie może być wyższy, niż wieże prastarej katedry. Ude został więc zapytany, co w świetle stale rosnącej liczby ludności zamierza począć z tymi eksplodującymi cenami.

Odpowiedział… że nic.

Na sali zapanowała grobowa cisza, którą przerwał sam Ude. Postaram się wiernie streścić równie długi, jak i przekonujący wywód: – Zamierzam utrzymać i umacniać pozycję naszego miasta jako centrum gospodarcze najwyższej klasy. Opracowania naukowe mówią, że na zdrowym rynku około 30 do 35 procent dochodów netto mieszkańców pokrywa koszty mieszkania, czy to czynsz najmu, czy rata kredytu. U nas liczba ta sięga 40 procent i czyni nas to najdroższym miastem republiki – mam tego świadomość. Jako swoje zadanie pojmuję więc, by uczynić miasto było tak atrakcyjnym dla przedsiębiorstw, że będą one gotowe wypłacać wynagrodzenia na takim poziomie, by te 60 procent pozostające w kieszeniach mieszkańców gwarantowały maksymalnie komfortowy byt.

Uśmiechając się pokazał palcem w kierunku godziny w pół do drugiej i wiadomo było, że zaraz znów przytoczy Berlin – tak się też stało. – Popatrzmy na Berlin. Tanio się tam mieszka, za mieszkanie o powierzchni 70 m² płaci się koło 600 marek, a średni wydatek na mieszkanie to jedynie jedna trzecia dochodów. Wychodzi nam, według Adama Riese, że do dyspozycji zostaje 1200 marek. Jeżeli zatem u nas miesięczny koszt podobnego mieszkania wynosi 1400 marek i stanowi to 40 procent dochodów, to do wolnej dyspozycji zostaje aż 2100. Bierzcie je i bawcie się dobrze, a ja zadbam o resztę.

Zabawna była konsternacja, jaka w tym momencie na zapanowała w piwnicznej gospodzie starego browaru Paulinów. Ludzie liczyli, mamrotali, wyliczali i chyba wyszło im, że coś jest na rzeczy. Wszak Monachijczyk kupujący samochód płacił tyle samo, co Berlińczyk; to samo w biurze podróży, a i w spożywczakach obu miast ceny różniły się marginalnie.

Czas pokazał, że Ude się nie pomylił. Jego popularność rosła, wygrywał kolejne wybory z coraz większym poparciem (ostatnia kandydatura dała mu aż dwie trzecie głosów!), aż w 2013 sam postanowił zwolnić stanowisko. Skutki twardego wdrażania kontrowersyjnego programu również widać było na każdym kroku: w mieście osiedlały się kolejne firmy technologiczne, farmaceutyczne i medtech, a za nimi powstawały coraz bardziej wymyślne lokale gastronomiczne, cocktailbary, galerie sztuki, pod kompleksem olimpijskim pojawiło się gigantyczne podziemne akwarium, zmodernizowano ogród zoologiczny, a parkingi kurortów w austriackich Alpach i nad jeziorami Garda i Como zastawione były lśniącymi pojazdami, których rejestracje zaczynały się na literę M.

Białystok, rok 2025. Dziennikarz Tomasz Maleta przeprowadza wywiad z urzędującym od dziewiętnastu lat Tadeuszem Truskolaskim. Dysponując nagraniem, przytoczę jego rozumienie ekonomii dosłownie: „Nawet te wskaźniki, które są z pozoru negatywne, na przykład bezrobocie, jest pozytywne dla przedsiębiorców. Jeżeli mówimy, że niska płaca jest negatywna dla tego, który tę płacę otrzymuje, ale dla tego, który płaci, jest pewną przewagą”.

I tu wystawiam panu doktorowi habilitowanemu nauk ekonomicznych pałę z ekonomii. Gdzie te pchające się drzwiami i oknami firmy chcące tę „przewagę” wykorzystać?

Zamiast opisanego na wstępie rozwoju mamy kompletny regres, który z każdym rokiem staje się bardziej widoczny. Przemysł został wyparty przez deweloperkę lewarem planów zagospodarowania, które każdy cal ziemi oddały pod bloki, które do naszej lokalnej ekonomii wnoszą nie więcej, niż kanapę i łóżko – czyli spanie. Kto nie zamierza wznosić kolejnych bloków dla dewelopera, ten się usamodzielnia, czyli szuka popytu i zakłada firmę, by popyt ten zaspokoić.

A że w warunkach najniższych płac popyt wynika głównie z potrzeby oszczędzania, to widzimy kolejne firmy sprowadzające rozbite rupiecie ze Stanów Zjednoczonych, klepiące je, przygotowujące do sprzedaży pod lotną nazwą detailing. Widzimy też kolejne lokale oferujące najprostszą gastronomię, czyli burgery, pizzę i piwo. Ceny w tych lokalach mamy, co dla niektórych może być zaskoczeniem, stosunkowo wysokie. Wynika to z tego, że koszty stałe pokryć trzeba, a jeśli w knajpie siedzi dziesięciu gości inhalujących dwa piwa przez cztery godziny i dwóch gości jedzących, to ci ostatni proszeni są do kasy. Ktoś musi. I tak kolejne burgerownie padają, w ich miejscu otwierają się kebabownie, które z kolei zastępowane są pizzeriami, i tak w koło.

Realną alternatywą jest oczywiście zatrudnienie w strukturach urzędniczo-uczelnianych. I tutaj Truskolaski oczywiście może dostrzec przewagę wynikającą z wysokiego bezrobocia i niskich płac. Im więcej białostoczan zatrudni się w urzędzie, tym więcej rodzin będzie na głosować na swego szefa, i tym mocniej będą gryźć się w języki, jak im się coś nie spodoba.

Partnerzy portalu:

Powstanie gigantyczny poligon na Przesmyku Suwalskim. Będą przesiedlenia i ingerencja w rezerwaty przyrody.
Litewscy żołnierze. fot. 7th Army Training / Flickr.com

Powstanie gigantyczny poligon na Przesmyku Suwalskim. Będą przesiedlenia i ingerencja w rezerwaty przyrody.

W Sejnach, oddalonych o około 15 kilometrów od planowanej lokalizacji poligonu wojskowego w lasach Kopciowa na Litwie z uwagą śledzi się informacje napływające z rejonu łoździejskiego. Planowana jest tam inwestycja, która ma ogromne znaczenie strategiczne, zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa regionu i położenia na Przesmyku Suwalskim. A to jedno z kluczowych punktów na mapie Europy.

Nie ulega wątpliwości, że wzmacnianie zdolności obronnych państw NATO, w tym Litwy, jest dziś koniecznością. Lokalizacja w pobliżu Przesmyku Suwalskiego nie jest przypadkowa – to właśnie to miejsce ma ogromne znaczenie militarne. Nie raz bowiem czytaliście głupie artykuły w mediach, które Was straszyły, jako byłoby tam niebezpiecznie, a putin już się szykował by go zająć. Z naszej perspektywy zagrożenia nie ma, ale nie mamy nic przeciwko poligonowi. Tyle, że warto wsłuchać się w głos protestujących Litwinów. Bo czy rzeczywiście nie było alternatywnych terenów w tym rejonie, które pozwoliłyby zrealizować inwestycję bez sięgania po obszary o wyjątkowych walorach przyrodniczych i krajobrazowych.

Planowany poligon miałby zajmować około 146 kilometrów kwadratowych. Białystok ma 102 kilometry kwadratowe, więc łatwo sobie wyobrazić skalę przedsięwzięcia. Teren ten obejmuje obszary chronione w ramach sieci Natura 2000, rezerwaty przyrody oraz lasy i tereny podmokłe o dużej wartości ekologicznej. Dodatkowo realizacja inwestycji może oznaczać konieczność likwidacji kilkunastu wsi i przesiedlenie około stu rodzin.

Skutki takiej inwestycji nie zatrzymają się na granicy administracyjnej. Stała obecność wojska, hałas ćwiczeń i zmiana charakteru całego obszaru będą odczuwalne również po polskiej stronie granicy. To region o silnym znaczeniu turystycznym i kulturowym, oparty na ciszy, przyrodzie i transgranicznej współpracy.

Dyskusja wokół poligonu powinna się koncentrować więc nie na samym sensie inwestycji, lecz na jej skali i lokalizacji. Czy w tak newralgicznym militarnie obszarze, jak okolice Przesmyku Suwalskiego, naprawdę nie było innych terenów, mniej konfliktowych społecznie i przyrodniczo, które pozwoliłyby pogodzić potrzeby obronności z ochroną unikalnego krajobrazu pogranicza. Życie to nie tylko mapy strategiczne, ale również ludzie i przyroda, które od lat współtworzą to wyjątkowe miejsce na pograniczu Polski i Litwy.

Partnerzy portalu:

KZK ma nową zajezdnię. Deweloper zbuduje blokowisko na Jurowieckiej.

KZK ma nową zajezdnię. Deweloper zbuduje blokowisko na Jurowieckiej.

Teren dawnej zajezdni Komunalnego Zakładu Komunikacyjnego przy ul. Jurowieckiej w Białymstoku czekają duże zmiany. W 2023 roku nieruchomość została sprzedana deweloperowi, a zgodnie z zapowiedziami w miejscu zaplecza technicznego komunikacji miejskiej ma powstać zabudowa mieszkaniowa. Oznacza to kolejne osiedle w śródmiejskiej części miasta, na obszarze dotąd zajmowanym przez infrastrukturę transportową.

Zmiana ta jest bezpośrednio związana z uruchomieniem nowej zajezdni autobusowej KZK przy ul. Pomocnej 1. Nowy obiekt obejmuje stację obsługi pojazdów, plac manewrowy oraz infrastrukturę przystosowaną do ładowania autobusów elektrycznych. Na terenie bazy działa również Stacja Kontroli Pojazdów, z której mogą korzystać także mieszkańcy Białegostoku.

Inwestycja była planowana od wielu lat. Jej początki sięgają 2004 roku, kiedy projekt został wpisany do Zintegrowanego Planu Rozwoju Transportu Publicznego dla Białegostoku. Realizacja przedsięwzięcia wymagała rozwiązania kwestii prawnych i finansowych oraz pozyskania nowego terenu. Prace projektowe rozpoczęły się w 2011 roku, a pozwolenie na budowę wydano w 2013 roku.

Budowę nowej bazy podzielono na etapy. Pierwszy, obejmujący plac manewrowy oraz infrastrukturę do ładowania pojazdów elektrycznych, zakończył się w 2023 roku i kosztował ponad 8 mln zł. Drugi etap, czyli budowa stacji obsługi pojazdów, pochłonął ponad 36 mln zł. W kolejnych latach planowana jest jeszcze budowa stacji paliw, której koszt szacowany jest na blisko 3,4 mln zł.

Źródłem finansowania drugiego oraz planowanego trzeciego etapu była sprzedaż dotychczasowej bazy KZK przy ul. Jurowieckiej. Nieruchomość sprzedano w 2023 roku za blisko 49 mln zł netto, z zachowaniem możliwości użytkowania jej do czasu zakończenia budowy nowej zajezdni. Decyzja o przeniesieniu bazy wynikała z pogarszających się warunków technicznych starego obiektu oraz jego centralnej lokalizacji, która powodowała uciążliwości w codziennym funkcjonowaniu.

Nowa zajezdnia przy ul. Pomocnej zajmuje teren o powierzchni ponad 2,9 hektara. Umożliwia jednoczesne prowadzenie prac serwisowo-remontowych na 11 stanowiskach, w tym obsługę autobusów przegubowych o długości 18 metrów. Na terenie obiektu działa również bezobsługowa myjnia autobusowa w zamkniętej hali, przystosowana do pracy w okresie jesienno-zimowym i wykorzystująca obieg zamknięty wody.

Istotnym elementem zaplecza jest Stacja Kontroli Pojazdów, przystosowana do badania wszystkich typów pojazdów samochodowych. Zgodnie z informacjami KZK, stacja jest dostępna nie tylko dla floty zakładu, ale również dla mieszkańców miasta.

Nowa lokalizacja zajezdni znajduje się w pobliżu ważnego węzła energetycznego, co ma znaczenie w kontekście planowanego rozwoju floty autobusów elektrycznych. Według spółki umożliwia to zwiększanie mocy przyłączeniowej bez ryzyka zakłóceń w dostawach energii dla innych odbiorców. Obiekt ma również zaplecze umożliwiające prowadzenie szkolnictwa zawodowego – obecnie w ramach szkoły przyzakładowej kształcą się uczniowie na kierunkach mechanik i elektromechanik.

Partnerzy portalu:

Świetna wiadomość! Autobusy w Podlaskiem przestają znikać. Transport publiczny wraca do mniejszych miejscowości.

Świetna wiadomość! Autobusy w Podlaskiem przestają znikać. Transport publiczny wraca do mniejszych miejscowości.

Przez lata komunikacja autobusowa w Podlaskiem była symbolem wykluczenia transportowego. Z roku na rok znikały kolejne połączenia, a mieszkańcy wsi i małych miasteczek zostawali bez realnej alternatywy dla samochodu. Trzeba przy tym jasno powiedzieć, że proces odbudowy jest wyjątkowo trudny, bo od dawna nie istnieje już klasyczna „państwowa komunikacja”. Dzisiejsze przewozy realizują spółki działające na zasadach rynkowych – takie jak PKS Nova, której właścicielem jest samorząd województwa, ale która funkcjonuje jak normalna firma.

Oznacza to konieczność pilnowania kosztów, szukania rentowności i unikania pustych kursów, mimo że komunikacja pasażerska z natury rzadko bywa opłacalna. Tym bardziej widoczna jest zmiana kierunku: zamiast dalszego zwijania połączeń, region zaczyna krok po kroku odbudowywać sieć, próbując pogodzić interes mieszkańców z realiami ekonomicznymi.

Dobrym przykładem jest nowa umowa na obsługę komunikacyjną gmin w rejonie Łomży. Na terenie kilku gmin ma funkcjonować aż 11 regularnych linii autobusowych, które w skali roku przejadą ponad 260 tysięcy kilometrów. To nie są liczby „na papierze” – to konkretne kursy, które umożliwiają dojazd do lekarza, szkoły, urzędu, pracy czy zwykłe podtrzymywanie kontaktów rodzinnych i społecznych. Dla wielu mieszkańców oznacza to realną zmianę jakości życia. Osoby starsze nie są już skazane na pomoc rodziny, młodzież zyskuje dojazd do szkół ponadpodstawowych, a osoby bez auta odzyskują podstawową niezależność. Transport publiczny znów zaczyna pełnić swoją najważniejszą funkcję: łączyć, a nie dzielić.

Podobny proces rozpoczyna się w powiecie monieckim. Samorządy przygotowują się do uruchomienia spójnej sieci połączeń obejmującej m.in. Mońki, Knyszyn, Krypno, Jaświły, Jasionówkę, Goniądz i Trzcianne. Kluczowe jest tu myślenie sieciowe – nie pojedyncze, oderwane kursy, ale system, który pozwala realnie zaplanować codzienne życie bez konieczności posiadania samochodu.

Z punktu widzenia mieszkańców najważniejsze są trzy rzeczy. Po pierwsze – przewidywalność: stałe linie, znane rozkłady i ciągłość połączeń. Po drugie – dostępność: połączenia dopasowane do realnych potrzeb, a nie wyłącznie do granic administracyjnych. Po trzecie – skala: im więcej gmin w jednym systemie, tym większa szansa, że autobusy będą faktycznie użyteczne.

To, co dzieje się obecnie w Podlaskiem, można traktować jako ostrożny, ale wyraźny sygnał, że komunikacja autobusowa przestaje być „problemem bez rozwiązania”. Jeśli nowe linie utrzymają się w dłuższym okresie i będą rozwijane na podstawie realnego zapotrzebowania mieszkańców, region może stopniowo wychodzić z transportowej zapaści. Dla Podlasia to coś więcej niż kwestia dojazdów. To warunek pozostania ludzi w mniejszych miejscowościach, szansa na ograniczenie wykluczenia społecznego i element normalnego, codziennego funkcjonowania – bez wielkich haseł, za to z bardzo konkretnym efektem.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Co kryją Siemiatycze? Miasteczko pełne wiary, sekretów i cudów!

Na mapie Podlasia Siemiatycze nie krzyczą wielkością ani tempem życia. I właśnie dlatego potrafią zaskoczyć. To miasto, które odsłania swoje znaczenie powoli – w opowieściach, detalach architektury, w ciszy pomiędzy kolejnymi punktami spaceru. Zwiedzane z lokalną przewodniczką (jak w powyższym filmie) przestaje być tylko miejscem, a zaczyna być historią opowiadaną z perspektywy tych, którzy znają je od pokoleń.

Siemiatycze są przykładem podlaskiego tygla kulturowego w najczystszej postaci. Przez wieki przenikały się tu tradycje prawosławne i katolickie, języki, obyczaje i sposoby życia. Ta wielowarstwowość nie jest muzealnym eksponatem – wciąż jest obecna w przestrzeni miasta, w jego układzie, architekturze i lokalnych opowieściach. Dla tych, którzy szukają małych miasteczek z duszą, slow travel i nieoczywistych kierunków, Podlasie w tej odsłonie potrafi naprawdę zauroczyć.

Siemiatycze to także miasto, w którym historia naturalnie splata się z codziennością i przyrodą. Spacer prowadzi tu nie tylko przez ulice i place, ale również ku przestrzeniom, gdzie można na chwilę zwolnić. To właśnie ta równowaga między miejskim rytmem a bliskością natury sprawia, że Siemiatycze najlepiej poznaje się bez pośpiechu, pozwalając, by samo miasto opowiadało swoją historię.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Tak wygląda magia świąt w Augustowie. Miasto przepiękne również zimą!

Augustów przez lata dorobił się miana letniej stolicy Polski. Kojarzony z wodą, słońcem, portem i niespiesznym rytmem wakacji, zimą pokazuje zupełnie inne, zaskakująco piękne oblicze. Cichsze, bardziej refleksyjne, a jednocześnie pełne światła i symbolicznego ciepła, które w grudniowe wieczory unosi się nad miastem. Z perspektywy drona Augustów zimą wygląda jak ilustracja z książki – geometryczne linie ulic przecinają miękką ciemność, a świąteczne iluminacje prowadzą wzrok ku sercu miasta. Centralna choinka rozświetla park, tworząc punkt skupienia, wokół którego pulsuje spokojne, zimowe życie. To nie jest zgiełk letnich deptaków, lecz subtelna harmonia światła, architektury i natury.

Zachód słońca nad Augustowem zimą ma w sobie coś wyjątkowego. Pomarańczowe i różowe odcienie nieba odbijają się w rzekach i kanałach, które na moment stają się lustrami dla nieba. Z góry widać, jak miasto zwalnia, jak zapalają się kolejne okna, a świąteczne dekoracje przejmują rolę przewodników po zimowym krajobrazie. Ten czas wydobywa z Augustowa to, czego latem często nie zauważamy – kameralność. Zimą miasto oddycha ciszej, ale głębiej. Parki, ulice i nabrzeża nie są puste – są spokojne. Światło lamp i iluminacji nie konkuruje z przyrodą, lecz ją podkreśla, tworząc atmosferę bliską bajce, ale zakorzenioną w realnym miejscu.

Film z drona nie tylko pokazuje Augustów – on go opowiada. O mieście, które potrafi być piękne nie tylko wtedy, gdy tętni turystycznym życiem. O letniej stolicy Polski, która zimą nie zasypia, lecz zmienia tonację. Na cieplejszą, bardziej intymną, świąteczną. To właśnie te chwile – krótkie, ulotne, pomiędzy dniem a nocą – sprawiają, że warto zatrzymać obraz i podzielić się nim z innymi. Bo Augustów zimą to nie zaprzeczenie lata. To jego dopełnienie.

Partnerzy portalu:

Sylwester pod chmurką. Białystok, Łomża i Suwałki organizują skromne imprezy.
fot. materiały UM Białystok

Sylwester pod chmurką. Białystok, Łomża i Suwałki organizują skromne imprezy.

Od lat największe telewizje biją się o widza w sylwestrową noc. W tym wyścigu samorządy nie mają szans, więc z roku na rok jest coraz skromniej, bo gdyby chcieli kontraktować największe gwiazdy, musieliby licytować z telewizjami. Szkoda pieniędzy. Ale z drugiej strony koniec roku to dla wielu osób moment, w którym zamiast domówki chce się po prostu wyjść „do ludzi” – bez biletów, bez rezerwacji i bez zobowiązań. W Podlaskiem tradycyjnie można to zrobić na miejskich sylwestrach. Sprawdziliśmy, gdzie w tym roku będzie można zatańczyć pod chmurką i czego się spodziewać w trzech największych miastach regionu.

W Białymstoku będzie najgłośniej i najbardziej koncertowo, w Łomży bardziej lokalnie i klasycznie, a w Suwałkach tanecznie i bez zbędnych dodatków. Każde z miast oferuje coś innego – warto wybrać to, co najbardziej pasuje do własnego stylu świętowania.

Białystok: Rynek Kościuszki i muzyczny miks stylów

W Białymstoku centrum sylwestrowej zabawy ponownie stanie się Rynek Kościuszki. Start zaplanowano na 31 grudnia o godz. 21:30, więc to propozycja dla tych, którzy nie chcą czekać do północy, by poczuć klimat imprezy. Na początek pojawi się regionalny akcent – duet Maxim & Oliczka, łączący hip-hopowe, miejskie brzmienia z podlaskim białym śpiewem i gwarą. To propozycja raczej nietypowa jak na sylwestra, ale właśnie dzięki temu może przyciągnąć osoby szukające czegoś innego niż standardowa „składanka przebojów”.

Głównym punktem wieczoru będzie koncert Patrycji Markowskiej – rockowo-popowy set z dobrze znanymi utworami, które sprawdzają się na dużej, plenerowej scenie. Po północy i w jej okolicach muzyczną pałeczkę przejmie DJ Brave, stawiający na taneczne klasyki, w tym hity lat 80. Całość ma zostać uzupełniona pokazem laserowym na powitanie Nowego Roku.

To propozycja dla osób, które lubią duże, miejskie wydarzenia i chcą spędzić sylwestra w samym sercu miasta.

Łomża: klasyczny sylwester na Starym Rynku

Łomża pozostaje wierna sprawdzonemu formatowi. Sylwestrowa noc odbędzie się na Starym Rynku, a muzyka zacznie się wcześniej niż w innych miastach – już o godz. 21:00. Line-up opiera się głównie na lokalnych i regionalnych wykonawcach: Mega (21:00), Lovestory (22:00), Julita Kaczyńska z zespołem (23:00), Przemysław Piotrowski z zespołem (ok. 00:10).

Zabawa potrwa do godz. 1:00 w nocy. To sylwester raczej spokojniejszy, bez wielkich nazwisk, ale za to z ciągłością koncertów i wyraźnym tanecznym charakterem. Dobra opcja dla mieszkańców, którzy chcą wyjść na chwilę, spotkać znajomych i wrócić do domu bez zarwanej nocy.

Suwałki: DJ set i taneczna noc na placu Konopnickiej

W Suwałkach sylwester ma bardziej klubowy charakter. Impreza odbędzie się 31 grudnia na placu im. Marii Konopnickiej, a start zaplanowano na godz. 22:00. Za muzykę odpowiada DJ Jurgiel, więc zamiast koncertów można spodziewać się tanecznego seta – rytmy pod zabawę, bez długich przerw i zmian scenicznych. To propozycja dla tych, którzy niekoniecznie przyszli „na gwiazdę”, tylko po to, żeby potańczyć i przywitać Nowy Rok w luźnej atmosferze.

Wstęp jest wolny, a formuła prosta: muzyka, ludzie i wspólne odliczanie do północy.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Czy to najpiękniejsze miejsca Podlaskiego? Bez wątpienia jest na czym oko zawiesić.

Podlasie to region, który nie potrzebuje przesadnych słów ani nachalnych zachwytów. Wystarczy uważnie się rozejrzeć. Film, który widzicie powyżej, powstał podczas krótkiej podróży po północno-wschodniej Polsce na przełomie grudnia 2022 i stycznia 2023 – w czasie, gdy krajobraz zwalnia, kolory cichną, a przestrzeń zaczyna mówić własnym językiem. Minęło od tego czasu już 3 lata, a niewiele się zmieniło.

W kadrach pojawia się Białystok – miasto będące naturalną bramą do regionu. Zimą pokazuje inne oblicze: spokojniejsze, bardziej surowe, ale też uporządkowane i harmonijne. To punkt wyjścia, z którego bardzo szybko można przenieść się w świat wsi, drewnianej architektury i rozległych przestrzeni. Kraina Otwartych Okiennic przyciąga detalem i rytmem codzienności zapisanym w drewnie. Charakterystyczne domy, zdobione okiennice i kolory kontrastujące z bezśnieżnym zimowym pejzażem tworzą obrazy, które trudno pomylić z jakimkolwiek innym miejscem w Polsce. To przestrzeń, gdzie historia nie jest zamknięta w muzeach, lecz nadal funkcjonuje jako część zwykłego życia.

Pustelnia w Odrynkach to z kolei cisza i skupienie. Położona na uboczu, dostępna wąską kładką, staje się symbolem innego tempa – takiego, które pozwala zatrzymać się na chwilę, bez potrzeby interpretowania wszystkiego od razu. Jej surowość tylko wzmacnia wrażenie odosobnienia i autentyczności. Nie mogło zabraknąć także Białowieży i Puszczy Białowieskiej – miejsca, które niezależnie od pory roku pozostaje jednym z najmocniejszych punktów na mapie Podlaskiego. Las, pozbawiony większości liści i dźwięków, odsłania swoją strukturę i potęgę. To przestrzeń, która nie narzuca się odbiorcy, ale zostaje w pamięci na długo.

Ten film i towarzyszący mu tekst nie są próbą odpowiedzi na pytanie, czy to najpiękniejsze miejsca Podlaskiego. Raczej zaproszeniem do własnej oceny. Podlasie nie konkuruje – ono po prostu jest. A czasem to w zupełności wystarcza, by zawiesić na nim oko na dłużej.

Partnerzy portalu:

Łomża będzie miała całoroczne lodowisko i rolkowisko

Łomża będzie miała całoroczne lodowisko i rolkowisko

Łomża podpisała umowę na budowę całorocznego, zadaszonego lodowiska przy ul. Katyńskiej. Dokumentacja projektowa obiektu powstała już w 2018 roku i przed ogłoszeniem przetargu została zaktualizowana, tak aby spełniała obecne standardy techniczne i użytkowe. Nowy obiekt ma umożliwić korzystanie z lodowiska niezależnie od warunków pogodowych oraz wydłużyć sezon jego funkcjonowania — planowane jest uruchamianie tafli nawet w październiku.

Zakres inwestycji obejmuje budowę całorocznego, zadaszonego obiektu sportowo-rekreacyjnego, który zimą będzie pełnił funkcję lodowiska, a w pozostałych miesiącach rolkowiska. Powstanie zaplecze socjalne, bandy rekreacyjne oraz pełna infrastruktura techniczna, w tym instalacje wodno-kanalizacyjne, cieplne, elektroenergetyczne i telekomunikacyjne. Obiekt zostanie wyposażony w monitoring, nagłośnienie, wentylację oraz elektroniczny system obsługi klientów z szafami sterowanymi elektronicznie.

Projekt przewiduje także budowę przyłączy, kanalizacji sanitarnej i deszczowej, sieci energetycznej i wodociągowej oraz zagospodarowanie terenu wraz ze zjazdem z ul. Katyńskiej. Dodatkowym elementem będą trzy bezobsługowe ścianki wspinaczkowe, które uzupełnią ofertę sportową obiektu.

Hala lodowiska będzie miała 50 metrów długości, 25 metrów szerokości i 11 metrów wysokości. Powierzchnia tafli lodowej wyniesie 900 mkw. Obiekt ma służyć mieszkańcom przez cały rok, umożliwiając zarówno jazdę na łyżwach zimą, jak i inne aktywności sportowe w sezonie letnim. Termin realizacji inwestycji wynosi 18 miesięcy od dnia podpisania umowy. Zakończenie prac planowane jest na wakacje 2027 roku.

Partnerzy portalu:

Na ta drogę rowerową czeka bardzo wiele osób. Rozpoczęła się budowa!

Na ta drogę rowerową czeka bardzo wiele osób. Rozpoczęła się budowa!

Rozpoczyna się realizacja inwestycji przy drodze wojewódzkiej nr 676 na odcinku Supraśl – Krynki. Przedsięwzięcie obejmuje budowę infrastruktury pieszo-rowerowej na terenie Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Planowany odcinek ma długość blisko 7,5 kilometra.

Puszcza Knyszyńska od lat przyciąga turystów szukających kontaktu z naturą, ciszy i aktywnego wypoczynku. Przez cały sezon, a coraz częściej także poza nim, trasą między Supraślem a Krynkami poruszają się zarówno samochody, jak i rowerzyści oraz piesi. Brak chodników i ścieżek rowerowych sprawia, że ruch odbywa się w jednym pasie drogowym, co stwarza realne zagrożenie, szczególnie w weekendy i podczas wakacji.

Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w tej części regionu jest Arboretum w Kopnej Górze. To rozległy ogród leśny, w którym można zobaczyć setki gatunków drzew i krzewów oraz odpocząć na wyznaczonych trasach spacerowych. Miejsce to regularnie odwiedzają rodziny z dziećmi, turyści i grupy szkolne. Nieco dalej znajduje się Silvarium w Poczopku – leśny park edukacyjny, który w przystępny sposób pokazuje przyrodę Puszczy Knyszyńskiej. Drewniane rzeźby, tablice edukacyjne i ścieżki tematyczne sprawiają, że jest to popularny punkt na mapie wycieczek pieszych i rowerowych.

Dużym zainteresowaniem cieszy się także Zagroda Pokazowa Żubrów, gdzie można z bliska zobaczyć symbol regionu. To miejsce często odwiedzane przez turystów przyjeżdżających do Supraśla oraz osoby podróżujące z Białegostoku i okolicznych miejscowości.

W ramach inwestycji powstanie ścieżka rowerowa oraz chodniki, które oddzielą ruch pieszy i rowerowy od samochodowego. Przebudowane zostaną zjazdy i rowy przydrożne, zaplanowano również budowę nowych przepustów. Celem prac jest poprawa bezpieczeństwa i komfortu poruszania się po tym odcinku drogi, zarówno dla mieszkańców, jak i odwiedzających region. Zakończenie robót zaplanowano na 23 grudnia 2026 roku.

Partnerzy portalu:

Kto buduje mieszkania w Białymstoku? Przegląd deweloperów i charakterystyka inwestycji.

Kto buduje mieszkania w Białymstoku? Przegląd deweloperów i charakterystyka inwestycji.

Białystok, stolica województwa podlaskiego zmienia swój krajobraz miejski od kilkunastu lat. Dynamika rozwoju miasta to też kolejni inwestorzy na rynku nieruchomości. Nowe inwestycje mieszkaniowe powstają w różnych częściach miasta, oferując przyszłym mieszkańcom szeroki wybór lokali dostosowanych do różnych oczekiwań, wymagań i marzeń. Zmieniając też krajobraz miejski na bardziej dynamiczny, nowoczesny. W tym artykule przyjrzymy się charakterystyce białostockich deweloperów oraz ich inwestycjom.

Różnorodność ofert na białostockim rynku nieruchomości

W Białymstoku działa wielu deweloperów, oferujących szeroki wachlarz inwestycji mieszkaniowych. Charakterystyka tych inwestycji różni się w zależności od lokalizacji, standardu wykończenia oraz zastosowanych rozwiązań architektonicznych. A każdy deweloper ma swoje własne podejście, styl i propozycje dla przyszłych mieszkańców.

Zauważalny jest trend tworzenia osiedli z rozbudowaną infrastrukturą rekreacyjną, taką jak place zabaw, tereny zielone czy ścieżki rowerowe. Ma to związek ze zmieniającymi się oczekiwaniami kolejnych nabywców i z większą świadomością. Deweloperzy stawiają na nowoczesne technologie, energooszczędność i integrację z otoczeniem.

Nowoczesne inwestycje z myślą o przyszłości

W Białymstoku znajdziesz już budynki z zielonymi dachami, fotowoltaiką i innymi rozwiązaniami pro-eko które są zapowiedzią kolejnych zmian. Jedną z firm deweloperskich wprowadzających takie budynki jest firma ASKO S.A. – deweloper działający na białostockim rynku od 2005 roku. Specjalizacja tej firmy to budownictwo mieszkaniowe i biurowe łączące nowoczesność, technologie, ekologię i piękno.

Jedną z flagowych inwestycji ASKO S.A. jest kompleks Ciepła 38. Inwestycja oferuje mieszkania w różnych metrażach, dopasowane do potrzeb klientów. Dodatkowo stawia na ekologiczne rozwiązania w budownictwie.

Kolejnym ambitnym projektem jest Nowe Centrum Verde, będzie zlokalizowane przy ulicy Kolejowej 12, w pobliżu dworca kolejowego. Inwestycja to bardzo nowoczesna architektura, ale w miejskim stylu, a sam projekt to swoiste miasto w mieście. Cel? Stworzenie wygodnego, nowego, tętniącego życiem miejsca wygodnego i przystosowanego do mieszkania, rekreacji, dobrego spędzania czasu w przestrzeni wspólnej.

Zmieniające się lokalizacje – gdzie dziś buduje się w Białymstoku?

Jeszcze kilkanaście lat temu głównym obszarem nowych inwestycji była dzielnica Nowe Miasto i jej najbliższe okolice. Aktualnie Białystok rozrasta się bardzo dynamicznie, a deweloperzy wychodzą daleko poza te granice. Chętnie inwestują na Starosielcach czy rozbudowują okolice osiedla Piasta. Białystok to też lokalizacja ościenne: gmina Choroszcz, Juchnowiec Kościelny.

Każda z tych lokalizacji ma swój indywidualny charakter. Jedne są bardziej spokojne i kameralne, inne intensywnie zurbanizowane i pełne miejskiej energii.

Popularne są miejsca dobrze skomunikowane z centrum i samo centrum, ale dające jednocześnie dostęp do terenów zielonych. Tego typu balans stał się jedną z głównych wartości, jakich poszukują nabywcy – niezależnie od wieku czy stylu życia i taki balans oferuje inwestycja przy ul. Ciepłej 38.

Deweloperzy jako projektanci miejskiego stylu życia

Nowoczesne inwestycje mieszkaniowe w Białymstoku (https://askosa.pl/mieszkania-na-sprzedaz-bialystok/) to już nie tylko budynki z funkcjonalnym rozkładem i nowoczesną elewacją.

Deweloperzy tworzą całościowe koncepty urbanistyczne – z pasażami usługowymi, lokalami gastronomicznymi, strefami coworkingowymi czy zielonymi dziedzińcami, które sprzyjają integracji sąsiedzkiej. Takie podejście można zaobserwować w projektach Asko, które redefiniuje pojęcie komfortowego życia w mieście. Tworząc mikrospołeczności i przestrzenie wspólne, inwestorzy w praktyce projektują styl życia, który dla wielu mieszkańców jest dziś równie ważny jak metraż mieszkania.

centrum Białegostoku

Kto kupuje nowe mieszkania w Białymstoku i czego oczekuje?

Profil klienta rynku pierwotnego w Białymstoku jest coraz bardziej zróżnicowany. Obok młodych par i singli z pokolenia millenialsów, którzy szukają mieszkań funkcjonalnych i dobrze zaprojektowanych, rośnie liczba klientów z grupy wiekowej 50+, zainteresowanych zamianą większego domu na nowoczesne mieszkanie z windą, tarasem i bliskością usług. Kupujący zwracają też uwagę na:

  • jakość użytych materiałów
  • układ pomieszczeń
  • certyfikaty energetyczne
  • rozwiązania ekologiczne
  • estetykę części wspólnych.

Deweloperzy, którzy potrafią odpowiedzieć na te oczekiwania zyskują lojalność oraz zainteresowanie coraz bardziej świadomych nabywców.

Szeroki wybór i sprzedaż mieszkań w Białymstoku tu i teraz.

Białystok oferuje szeroki wybór inwestycji mieszkaniowych, odpowiadających na zróżnicowane potrzeby klientów. Deweloperzy wprowadzają innowacyjne rozwiązania, które nie tylko podnoszą komfort życia mieszkańców, ale także wpisują się w ideę zrównoważonego rozwoju całego miasta. Aktualnie to deweloperzy w dużej mierze kreują nasze przestrzenie, a trend taki jak prezentuje inwestycja Nowe Centrum Verde to dobra ścieżka i wizja pięknego, zrównoważonego miasta i świetnej architektury mieszkaniowej.

Materiał partnera

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Garnki ze Studzianego Lasu. Niesamowity film z archiwów.

Archiwalny film, który dziś powraca w formie zdigitalizowanej i udźwiękowionej, dokumentuje jedną z najstarszych i najbardziej pierwotnych technik garncarskich – technikę wałeczkową, zwaną też lepieniem. To metoda znana ludzkości od tysięcy lat, starsza niż koło garncarskie, wymagająca nie maszyn, lecz doświadczenia, cierpliwości i głębokiego zrozumienia materii.

Proces rozpoczyna się od pozyskania i przygotowania gliny: jej oczyszczania, mieszania z wodą, ugniatania aż do uzyskania odpowiedniej plastyczności. Następnie z gliny formowane są wałeczki, które krok po kroku budują ścianki naczynia. Każdy kolejny element jest dokładnie dociskany i wygładzany rękami, bez pośpiechu, w rytmie pracy ciała. Naczynie rośnie spiralnie, a jego kształt jest wypadkową wprawy rzemieślnika i właściwości samego surowca.

Film ukazuje także kolejne etapy suszenia oraz wypału – momentu kluczowego, w którym krucha forma staje się trwałym przedmiotem użytkowym. Wypał odbywa się metodami tradycyjnymi, dalekimi od współczesnej kontroli temperatury. To proces obarczony ryzykiem, ale i wpisany w logikę dawnego rzemiosła, gdzie nie wszystko podlegało pełnej kontroli, a doświadczenie przekazywane było z pokolenia na pokolenie.

Miejscem, w którym ta technika była praktykowana, jest między innymi wieś Studziany Las – niewielka osada położona w powiecie sejneńskim, na skraju Puszczy Augustowskiej. To przestrzeń oddalona od większych miast, od głównych szlaków komunikacyjnych, zanurzona w lesie i ciszy. Przez dekady takie miejsca funkcjonowały własnym rytmem, opartym na lokalnych zasobach i umiejętnościach.

To właśnie w takich wsiach przetrwały techniki, które gdzie indziej zniknęły wraz z industrializacją i standaryzacją produkcji. Garncarstwo w Studzianym Lesie nie było rzemiosłem artystycznym w dzisiejszym rozumieniu, lecz elementem codziennej gospodarki – odpowiedzią na realne potrzeby mieszkańców. Film archiwalny staje się więc nie tylko zapisem technologii, ale także świadectwem świata, który funkcjonował poza centrum uwagi historii pisanej z perspektywy miast.

Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że materiał został zdigitalizowany i udźwiękowiony w ramach projektu „Postscriptum dźwiękowe. Nowe oblicze archiwalnych filmów”. Dzięki temu zapis zyskuje nowy wymiar – staje się bardziej dostępny, czytelny i oddziałujący także na współczesnego odbiorcę, dla którego nieme archiwa często pozostają trudne w odbiorze.

Podlaskie jest regionem niezwykle bogatym w takie zapomniane historie i techniki. To przestrzeń styku kultur, peryferyjna w sensie administracyjnym, ale centralna, jeśli chodzi o dziedzictwo niematerialne. Tym bardziej cieszy fakt, że to Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie podjęło trud przypomnienia tej konkretnej tradycji i nadania jej nowego życia w obiegu kultury. Nie sposób jednak nie odczuwać pewnego niedosytu. Można jedynie ubolewać, że w samym Podlaskiem przez lata zabrakło instytucjonalnej troski o takie archiwa i lokalne dziedzictwo. Film ze Studzianego Lasu pokazuje, jak wiele jeszcze pozostaje do odkrycia – i jak łatwo te ślady przeszłości mogą zniknąć, jeśli nikt nie uzna ich za wystarczająco ważne.

Partnerzy portalu:

Featured Video Play Icon

Park z iluminacjami pod Białymstokiem. Świetlne atrakcje czekają.

W Podlaskim Muzeum Kultury Ludowej możemy spacerować pośród baśniowych instalacji świetlnych, które zachwycają zarówno dzieci, jak i dorosłych. Zaczarowany Skansen to prawdziwa podróż do świata wyobraźni – alejek rozświetlonych tysiącami świateł, niezwykłych postaci z legend i opowieści oraz scenerii, które na długo zostają w pamięci. Choć wydarzenie wystartowało już jakiś czas temu, warto przypomnieć, że będzie dostępne aż do 1 lutego, więc nadal jest czas, by zaplanować wizytę.

Jeśli czekacie na śnieżną aurę, jest duża szansa, że w nadchodzące święta – po rodzinnych spotkaniach i suto zastawionych stołach – uda Wam się wybrać na spacer po rozświetlonym skansenie. Ponad 150 instalacji świetlnych poprowadzi Was przez niezwykłe zakątki pełne historii i podlaskiego folkloru, tworząc klimat, który trudno porównać z czymkolwiek innym. To nie tylko zwykła wystawa – to doświadczenie, które pozwala poczuć magię zimowych wieczorów. Dzieci zachwycają się olbrzymimi postaciami z bajek, a dorośli odkrywają na nowo uroki tradycyjnej architektury, oświetlonej w sposób, który nadaje jej zupełnie nowy charakter. Całość zmienia dobrze znany skansen w miejsce, jakiego na Podlasiu jeszcze nie było.

Warto także podkreślić, że Zaczarowany Skansen to idealna atrakcja dla rodzin, ale również świetny pomysł na romantyczny spacer czy spokojne zakończenie dnia w wyjątkowej scenerii. Bogactwo detali, szerokie alejki i przemyślana aranżacja sprawiają, że każdy znajdzie tu coś dla siebie – niezależnie od wieku i zainteresowań. Jeżeli więc szukacie pomysłu na zimowy wypad w okolicy Białegostoku, to właśnie jedno z tych miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć. Ostatnie tygodnie działania instalacji to doskonały moment, by zaplanować wizytę i stworzyć wspomnienia, do których będziecie wracać z uśmiechem przez cały rok.

Partnerzy portalu:

Nowy rozkład jazdy Polregio na Podlasiu od niedzieli

Nowy rozkład jazdy Polregio na Podlasiu od niedzieli

W niedzielę, 14 grudnia 2025 roku, zacznie obowiązywać nowy rozkład jazdy pociągów Polregio na terenie województwa podlaskiego. Zmiany obejmują korekty godzin kursowania, a także uruchomienie nowych połączeń regionalnych. Kolejne modyfikacje zaplanowano od 1 stycznia 2026 roku.

Z dobrych wiadomości – południe województwa będzie dobrze skomunikowane. Wśród nowych połączeń, które pojawią się od 14 grudnia, znajdzie się poranny pociąg REGIO relacji Siemiatycze – Białystok, odjeżdżający o godzinie 6:16 i docierający do Białegostoku o 8:34. Skład będzie kursował przez Hajnówkę. Uruchomione zostanie także wieczorne połączenie REGIO z Bielska Podlaskiego do Siemiatycz, z odjazdem o 19:00 i przyjazdem o 20:03. Pociąg ten będzie skomunikowany w Bielsku Podlaskim z połączeniem z Białegostoku do Hajnówki.

Dodatkowo uruchomione zostaną dwa pociągi na odcinku Sokółka – Kuźnica Białostocka. Pierwszy z nich odjedzie z Sokółki o 20:00 i dotrze do Kuźnicy o 20:17, natomiast drugi w przeciwnym kierunku wyjedzie z Kuźnicy o 19:03, przyjeżdżając do Sokółki o 19:19. Połączenia te będą skoordynowane z pociągami kursującymi na trasie Suwałki – Białystok, dzięki czemu mieszkańcy Kuźnicy zyskają dodatkowy wieczorny dojazd do stolicy regionu.

A już od 1 stycznia 2026 roku wejdzie w życie nowa umowa pomiędzy Polregio a Zarządem Województwa Podlaskiego na realizację przewozów kolejowych w latach 2026–2030. Wraz z nią nastąpią kolejne zmiany w siatce połączeń. Do rozkładu powrócą bezpośrednie pociągi na trasie Białystok – Małkinia – Białystok. Dzięki skomunikowaniu w Małkini z pociągami Kolei Mazowieckich możliwy będzie dojazd do i z Warszawy Wileńskiej. Zaplanowano również dodanie dwóch par pociągów na trasie Białystok – Sokółka. Jedna para będzie kursować codziennie, a druga w weekendy i święta. Dodatkowe połączenie pojawi się także na odcinku Białystok – Łapy. W rozkładzie znajdzie się również nowe, codzienne połączenie na trasie Białystok – Czyżew, z wyjątkiem sobót.

Utrzymane zostanie wakacyjne połączenie Białystok – Suwałki, które będzie dostępne w soboty i niedziele od 2 maja do 30 sierpnia 2026 roku, a także 1 maja oraz 4 czerwca, w dzień Bożego Ciała. W 2026 roku ponownie funkcjonować będzie również sezonowa oferta przewozowa na trasie Białystok – Waliły. Pociągi będą kursowały w weekendy od 6 czerwca do 27 września, w układzie dwóch par dziennie, a dodatkowo także od 1 do 3 maja oraz 4 czerwca.

A czerwca 2026 pojedziemy też do Łomży. Pierwszy raz po 30 latach będzie to możliwe przy pomocy pociągu.

Partnerzy portalu: